WIELKOŚCI UROJONE

Napoleon Wielki – „bóg” wojny czy tyran megaloman?

*  *  *
Jest w nas jakaś irracjonalna i być może podświadoma skłonność do uznawania wielkości w ewidentntych skądinąd zbrodniarzach, których szaleńcza i megalomańska polityka doprowadziła do poniewierki i śmierci milionów ludzi. Nie mówię tu już o takich postaciach, jak np. Atylla, Dżingis Chan, Aleksander Wielki czy Napoleon, których wielkość, jeśli jest problematyczna, to dla niewielkiej grupki ludzi, zważywszy na spore oddalenie w czasie i zamazanie się prawdziwego charakteru ich wyczynów. Przy czym, nikomu nie przychodzi jakoś do głowy, by rozliczyć tego typu ponadczasowych bohaterów z humanitarnego punktu widzenia, biorąc pod uwagę ludobójstwo, jakiego byli sprawcami.
Myślę zwłaszcza o takich indywiduach, jak Hitler, Stalin, Mao…
Monstrualni zabójcy, „wielcy” właśnie przez swoją potworną dyktatorsko-tyrańską skuteczność… choć przecież niemal wszyscy z nich skończyli marnie.
Każdy normalny człowiek musi uznać ich za morderców, jednak w głębi duszy może też być zafascynowany w jakiś sposób ich „geniuszem zła”.
Może więc, jeśli już chcemy używać określenia „wielki” w polityce, to warto się umówić, iż będzie ono uwzględniać pewną ludzką szlachetność, nobliwość, humanistyczną klasę.
Biorąc to pod uwagę, przydomek „wielki” przy Hitlerze czy Stalinie, może już tylko oznaczać wielkiego zbrodniarza. Właśnie dlatego tak oburzające były te głosy – słyszalne tu i ówdzie, nawet na Zachodzie – określające komunistycznych przestępców chińskich Mao i Denga mianem wielkich polityków.
Ale już tęsknota wielu Rosjan za „dobrym Ojcem” Stalinem raczej nie dziwi, zważywszy na ich sentyment i poddańcze wpatrzenie w neo-cara Putina.
*  *  *

Lew Tołstoj

W czasie, kiedy powstawała jedna z największych powieści epickich w dziejach literatury „Wojna i pokój” (nota bene dotycząca czasów zwanych powszechnie „epoką napoleońską”), Tołstoj pisze w swoich „Dziennikach” o Napoleonie:
„Cała wyprawa egipska to francuski bandytyzm wynikający z próżności. Świadome kłamstwo wszystkich bulletins (fr. relacje wojenne – przyp. LA). Pokój w Parkesburg – escamote (szalbierstwo). Na moście Arcoli wpadł do kałuży zamiast sztandaru. Kiepski jeździec. W czasie wojny włoskiej wywozi obrazy, posągi. Lubi jeździć po polu bitwy. Trupy i ranni – to radość. Małżeństwo z Józefiną – sukces w świecie. Trzy razy poprawiał relacje z bitwy pod Rivoli – wciąż kłamiąc. Poza tym, człowiek początkowo nawet silny dzięki swej jednostronności – potem niezdecydowany – żeby jakoś było! Lecz jak? Wy jesteście ludzie prości, ja zaś widzę w niebie swoją gwiazdę.
Nie on jest interesujący, lecz tłumy, które go otaczają i na które on działa. Z początku jednostronności i
beau jeu (szczęśliwa karta) w porównaniu z Maratami i Barrasami, potem po omacku – zadufanie i szczęście, a potem szał – faire entrer dans son lit la fille des cesars (wprowadzić do swego łoża córkę cezarów).
Zupełny szał, zniewieścienie i nicość na Św. Helenie. Kłamstwo i wielkość tylko dlatego, że miał wielką przestrzeń, a jak się skurczył zasięg działalności, zrobiło się zero.
I haniebna śmierć!”

*  *  *
Wielkość urojona staje się zabójcza, kiedy obdarza się ją realnymi atryburtami siły. Obłęd i paranoja krystalizują się, tworząc nową rzeczywistość. Bestia historii gotuje się do skoku – szczerzy zęby, warczy, drapie ziemię pazurami… i zawsze znajdą się tacy, którzy będą na to patrzeć zafascynowani, głusi na jęk narodów.
Jak do tej pory, potwory te udawało się ujarzmić – zwalczyć je nie tylko w świecie realnym, ale i tym urojonym.
Bowiem w świecie iluzji także staczane są bitwy, których wygrane lub klęski odczuwamy już na własnej skórze.
*  *  *

Naród porwany przez Führera (Hitler w Reichstagu, 1938)

*
Ilustracje: Jean-Auguste-Dominique Ingres (Napoléon 1er sur le trône impérial) oraz archiwum.
*

GURU, MISTRZ, NAUCZYCIEL, PRZYWÓDCA, PASTERZ, FÜHRER…

Akademia Platońska (mozaika z Pompei)

Czy potrzebujemy nauczycieli, nawet jeśli jesteśmy już ludźmi dorosłymi, ukształtowanymi, dojrzałymi – kiedy już wiemy czego chcemy? (Czy jednak na zawsze jesteśmy już „ustaleni” i zawsze wiemy czego chcemy)? Czy potrzebne są nam autorytety? Czy szukamy jakiejś sankcji dla naszych wyborów (i wzorów myślenia) u ludzi mądrych, wykształconych – przerastających nas wiedzą, roztropnością i doświadczeniem?

*  *  *

Rozważmy przypadek skrajny, który jednak może uwidocznić nam pewne mechanizmy, dzięki którym ludzie podporządkowują się przywódcy – komuś, kto ma nad nimi władzę, (i którą to władzę oni zwykle akceptują).
Chodzi mi tu o posłuszeństwo absolutne, bezwarunkowe, całkowite… O poddanie się, oddanie, uległość… np. taką, jaka występuje we wszelkich zakonach, sektach; wśród urzędników i serwilistów państw autorytarnych; w hierarchicznej strukturze kościelnej; również w religiach i kultach skupiających się wokół swego mędrca, guru, mistrza…

Czy mamy wtedy do czynienia z ucieczką od samego siebie? Czy tym sposobem pozbywamy się własnego „ja”?
Czy oddając naszą wolność, zyskujemy spokój, bezpieczeństwo i wygodę?
Dlaczego jesteśmy gotowi zrezygnować z własnej wolnej woli? Czy nie jest to po prostu jakaś radykalna próba pozbycia się (wielkiego) brzemienia wolności?
Czy komfort w (często dobrowolnej) niewoli więcej jest dla nas wart od niepokoju na wolności? Dlaczego swoboda tak często jest dla nas w rzeczywistości ciężarem?

*  *  *

Myślę, że ludzie, przyjmując nauki Mistrza, nie tyle chcą się pozbywać samych siebie, co zachować siebie, ale wzmocnionego naukami Mistrza. Nawet jeśli jest to związane z tzw. „odrzuceniem”, „pozbyciem się”, czy też zmianą pewnych aspektów własnego „ja”. Tak więc, paradoksalnie, nawet jeśli komuś się wydaje, że porzuca własne „ja”, to robi to z pobudek ego-istycznych.
Zauważmy, że wtedy – tak naprawdę – nie następuje jakaś redukcja „ego” ale wprost przeciwnie: to „ego” podłączane jest niejako pod jeszcze większe EGO Mistrza (nauczyciela, guru, religijnego przywódcy, proroka, führera…). Człowiek nie pozbywa się wtedy swojego „ego”, raczej się ubezwłasnowalnia – cedując swoją wolną wolę na podporządkowanie się Przywódcy, który często staje się Obiektem Kultu.

Można zadać pytanie (tak, jak zrobiła to Porcelanka): „Czy jeśli odrzuca się własne ‚ja’, to można w tym wypadku mówić o zachowaniu siebie?”
Moim zdaniem tak, bo człowiek w każdej chwili (sytuacji) jest sobą – zawsze sobą. Nawet jeśli udaje, przywdziewa maskę, gra, kreuje się na „kogoś innego”, staje się ślepo posłuszny, czy wręcz odrzuca własne „ja”.
Nie ma ucieczki od samego siebie.

*  *  *

W tym wszystkim najbardziej koszmarne wydaje mi się „ślepe” posłuszeństwo. To właśnie ono było powodem… a właściwie umożliwiło te wszystkie zbrodnie, których dopuszczano się w państwach totalitarnych, zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych.
Niestety, patrząc na to z drugiej strony, możemy stwierdzić, że zdolność ludzi do podporządkowywania się władzy (autorytetom, politycznym czy też religijnym przywódcom), jest jedną z najważniejszych cech społecznego zachowania się człowieka – wręcz warunkiem, bez którego społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować a państwo zaistnieć. To jest ta potężna siła konstytuująca „stadne” życie Homo sapiens.
Dlatego też większość ludzi tworzących społeczeństwo, wydaje się być konformistami i oportunistami. Także uciekać od wolności (co zauważył nie tylko Fromm) – gdzieś pod skrzydła gotowych formuł politycznych i religijnych, bo to jest nie tylko wygodne, ale i – jak się wydaje – konieczne.

*  *  *

Czym się różni „bezgraniczne” zaufanie od „ślepego” posłuszeństwa? W jakim momencie przywódca staje się „führerem”? Czy „krytykować” nie oznacza „mylić krok”, podważać autorytet, kwestionować mądrość guru? Może właśnie dlatego wszystkie „wiary”, sekty, religie, ideologie (cóż, przepraszam, że ustawia się to wszystko w jednym rządku) nie znoszą, tak naprawdę, krytyki? Wszystkie dążą do wzmocnienia swoich fundamentów a każda wątpliwość (oraz krytyka) jest tych fundamentów osłabieniem. Okazuje się, iż najlepszym „budulcem” owych fundamentów jest Fanatyzm (wraz ze swoją siostrą, Ortodoksją). Każdy krytyk jest potencjalnym dysydentem – może skierować myśli do innego obszaru mózgu, gdzie mogą one zdobyć pewną suwerenność. A to jest zagrożeniem dla „prawdy i tylko prawdy” – w obrębie jedynie „prawdziwych” wyznań, religii, wierzeń, ideologii… A Prawda nie znosi Relatywizmu.

*  *  *

Przeciętny człowiek nie jest w stanie stworzyć autonomicznych reguł własnego postępowania – stąd potrzeba szukania Mistrza, Nauczyciela, Drogowskazu… ( jest to niczym innym, jak podporządkowywaniem się kulturowemu status quo). Stąd rycie przykazań (dla wszystkich) na kamiennych tablicach, stąd zapisywanie (obowiązujących) kodeksów na kamiennych kolumnach, stąd księgi ze „świętym” prawem.
I tylko nieliczni mają odwagę (albo są na tyle szaleni) by „przewartościować” obowiązujące dotychczas „wartości” – i próbować zastąpić je własnymi. Niestety, najczęściej trafiają oni na krzyż (lub stos), zakuwa się ich w kajdany, albo zakłada kaftan bezpieczeństwa i zamyka w domu wariatów.
Lecz zdarza się i tak, że niektórzy z nich stają się zarzewiem nowych ruchów społecznych, nowej filozofii, nowej religii… Niekiedy trudno jest odróżnić człowieka obłąkanego od tego, który jest oddany jakiejś misji, lub któremu się wydaje, że wypełnia wolę bogów.

*  *  *

Jean Delville – „‚L’École de Platon” (Musée d’Orsay, Paris. Zdjęcie własne)

*