KRAINA WIECZNYCH CZARÓW – YELLOWSTONE

*

W Krainie Wiecznych Czarów (gorące źródła i gejzery w Parku Narodowym Yellowstone)

*

Pewna młoda osoba imieniem Agata pisała nie tak dawno pracę magisterską o Yellowstone i – widocznie uznawszy mnie za osobę kompetentną w tej dziedzinie – postanowiła jeden z jej rozdziałów poświęcić na coś w rodzaju wywiadu, w którym odpowiadałbym na jej pytania.
Jako że Yellowstone był w swoim czasie moim oczkiem w głowie i spędziłem w nim w sumie parę miesięcy swojego życia, tym chętniej przystałem na ten pomysł, czego rezultatem jest poniższy tekst.
Uważam, że Yellowstone należy do tych szczególnych i niezwykłych miejsc na świecie, które warto w swoim życiu zobaczyć.

*

Gejzer Old Faithful – najsłynniejszy gejzer świata

Dlaczego Amerykanie za największą atrakcję turystyczną uważają nie NYC, czy Las Vegas… ale właśnie parki narodowe?

Ktoś ze znanych ludzi powiedział, ze parki narodowe to najlepszy pomysł jaki Amerykanie dali światu. Rzeczywiście, parki narodowe są chlubą zamieszkujących Stany Zjednoczone ludzi. Podchodzi się tu do nich wręcz z pietyzmem, cieszą się też olbrzymią popularnością wśród turystów. Oczywiście Nowy Jork czy Las Vegas odwiedzane są równie tłumnie (może nawet bardziej), jednak prestiż parku narodowego jako turystycznej atrakcji jest wyższy. Trudno bowiem zestawić ze sobą konsumpcyjny raj na Manhattanie czy kasynową krzykliwą rozrywkę w Las Vegas z wypoczynkiem na świeżym powietrzu, na łonie natury, wśród autentycznych cudów przyrody.

Według źródeł w USA jest 58 parków narodowych. Dlaczego jednak najbardziej prestiżowy i najczęściej odwiedzany jest Yellowstone National Park?

Od Yellowstone wszystko się zaczęło – sama idea parku narodowego poczęła się i krystalizowała właśnie tutaj. Yellowstone jest najsłynniejszym z wszystkich parków, a swoją sławę zawdzięcza nie tylko animowanym filmikom z misiami Yogi i Bubu.
Bez wątpienia jest to park najbardziej różnorodny i najciekawszy. Znajduje się tutaj najwięcej zwierzyny (niektórzy Yellowstone nazywają amerykańskim Serengetti), no i oczywiście zjawisk hydrotermalnych, czyli gorących źródeł i gejzerów.
Nie bez znaczenia jest również bardzo dobrze rozwinięta infrastruktura parku, jego dostępność dla zwiedzających. Być może jeszcze więcej ludzi odwiedza znajdujący się w Apallachach Park Narodowy Smokey Mountains, lecz to wynika z przyczyn demograficznych – na wschodzie Stanów Zjednoczonych jest większe zaludnienie, do parku można wybrać się na weekend. Natomiast Yellowstone leży z daleka od wielkich skupisk ludności i dotarcie tam wymaga większego wysiłku, będąc już wyprawą z prawdziwego zdarzenia.

Kto zajmuje się marketingiem i promocją parku?

Park Yellowstone jest tak znanym parkiem, że właściwie nie potrzebuje żadnej promocji czy marketingu. Wiadomo, że i tak zawsze odwiedzi go odpowiednia ilość ludzi. Miejsca w hotelach na terenie parku rezerwowane są na kilka miesięcy wcześniej.

Bizony forsujące wpław rzekę Yellowstone

*

Jaka jest chłonność turystyczna parku i czy taka ilość turystów nie determinuje „dzikości” parku, oraz czy możliwość obcowania bezpośredniego (noclegi na terenie parku, wspinaczki, łowienie ryb, spływy ) nie mają negatywnych skutków?

Zachowanie równowagi pomiędzy udostępnieniem parku ludziom a protekcją jego naturalnych zasobów to jedna z ważniejszych idei ochrony środowiska, która kształtowała się właśnie w Yellowstone – często zwykłą metodą prób i błędów.
To jest permanentna kwestia: wpływu naszej cywilizacji na przyrodę nie da się wykluczyć, należy jednak zminimalizować jej szkodliwość.
Każdego roku Yellowstone odwiedza ponad 3 mln. turystów. Największe tłumy zjawiają się oczywiście latem (każdego dnia około 15 tys. ludzi); zimą zaś, kiedy park jest równie piękny, tyle że trudniej dostępny – 150 tysięcy w całym sezonie.
Robi się wiele, aby wpływ tak wielkiej liczby zwiedzających miał jak najmniej negatywnych skutków na tzw. „dzikość” parku.
Przede wszystkim istnieją surowe przepisy regulujące zachowanie się turystów na terenie parku, a nad ich przestrzeganiem czuwa Służba Parków Narodowych, mająca uprawnienia policji federalnej. Zdecydowana większość turystów podporządkowuje się tym rygorom, zawsze jednak znajdą się tacy, którzy owe przepisy będą łamać – bardziej lub mniej świadomie. Wtedy dochodzi do szkód. I pokrzywdzonymi są zarówno ludzie, jak i środowisko naturalne.

Ogólnie rzecz biorąc, udaje się jednak zachować pewną równowagę, również dzięki wzrastającej wśród wizytujących świadomości o konieczności zachowania pewnych reguł w naszym obcowaniu z naturą.
Ci, którzy się w parku wspinają po skałach, nocują w namiotach, idą na długi szlak, łowią ryby… są zazwyczaj bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi ludzmi, niż tzw. niedzielni turyści, którzy zwłaszcza latem zalewają park. Z ich strony Yellowstone nie doświadcza jakichś większych szkód.
Natomiast turystyczne tłumy przewijają się na stosunkowo małym obszarze parku (wokół tzw. 8-ki, czyli pętli obiegającej park). To jest najbardziej newralgiczny punkt, jednakże właśnie na tym styku egzekwowana jest najściślejsza kontrola przez służby parku.

Niedźwiedzica grizzly z małym niedźwiedziątkiem (Yellowstone NP)

*

Jakie są zagrożenia parku?

Te zagrożenia wynikają z problemu poruszonego w poprzednim pytaniu, czyli odnoszą się do przeciążenia frekwencyjnego parku.
Jednak największym zagrożeniem jest ogólna degradacja środowiska – w skali całego naszego globu, wliczając w to zmiany klimatyczne związane z tzw. „efektem cieplarnianym”.
Położenie Yellowstone jest o tyle szczęśliwe, że ów znajdujący się na wyżynie park porównać można do wyspy otoczonej „morzem” prerii – z dala od wielkich miast i ośrodków przemysłowych.
Jeśli zaś chodzi o zwierzynę, to w parku ustaliła się pewna równowaga populacji różnych gatunków. Sukcesem zakończyła się zarówno próba wskrzeszenia bizona (będącego na granicy wymarcia), jak również reintrodukcja wilków, całkowicie wcześniej wytępionych.

Pewnym zgrożeniem są także pożary, ale i one należą do zjawisk naturalnych, z którymi przyroda, prędzej czy później, daje sobie radę.
Naturalnie, w kazdej chwili można się spodziewać gigantycznej erupcji wulkanu, jakim tak naprawdę jest Yellowstone. A wtedy szkody równe byłyby w skutkach wybuchowi miliona bomb atomowych, na czym ucierpiał by nie tylko Yellowstone, ale i cała nasza planeta (taka erupcja zdarza się tu przeciętnie co 600 tys. lat, a ostatnia miała miejsce mniej więcej właśnie taki czas temu).

Czy należy obawiać się gejzerów?

Jak najbardziej!
Należy obawiać się nie tylko gejzerów, ale i gorących źródeł. Każdego roku bowiem zdarzają się w Yellowstone nieszczęśliwe wypadki, spowodowane ludzką nieostrożnością, czy wręcz bezmyślnością.
Można tego uniknąć trzymając się wyznaczonych szlaków i przestrzegając reguł bezpieczeństwa.
Rozwaga wskazana jest oczywiście nie tylko wobec zjawisk hydrotermalnych, ale również wobec zwierzyny, zwłaszcza bizonów, jeleni i niedźwiedzi.

greydot

Nastrojowa erupcja

*

YELLOWSTONE W OBIEKTYWIE

Yellowstone to raj dla fotografów. O zawrót głowy może już przyprawić różnorodność fotograficznych tematów: począwszy od krajobrazowego ukształtowania terenu, przez niezwykłość form i kolorystyki gorących źródeł i gejzerów, po zwierzynę, której w Yellowstone jest w bród. Co nie znaczy, że fotografowanie tego wszystkiego w Parku jest łatwe, nie wymagając wysiłku, skupienia czy nawet determinacji. Wręcz przeciwnie – nie można się bowiem poddać swoistemu automatyzmowi, który zwykle cechuje przeciętnego turystę, wpadającego do parku zwykle na kilka godzin, strzelającego fotki jak i gdzie popadnie, zwabionego (złudną przecież i pozorną) łatwością robienia zdjęć, wynikającą z tematycznego bogactwa i dostępności do niezwykłych obrazów. Istnieje też niebezpieczeństwo zdominowania naszej uwagi spektakularną potęgą yellowstońskiej natury kosztem detali, które absolutnie zasługują na naszą uwagę – bo to właśnie one, moim zdaniem, tworzą tę zniuansowaną unikalność nadającą Yellowstone specyficznego charakteru i smaku wyjątkowości.
Na Yellowstone – jak zresztą na wszystko – trzeba umieć patrzeć, aby następnie można było to nasze spojrzenie zaaplikować do fotografii mającej utrwalić i pokazać pikturalną urodę tego unikalnego zakątka naszej planety. Oczywiście przydaje się w tym wszystkim nasze uwrażliwienie na piękno natury, umiejętność wychwycenia przyrodniczej fotogeniczności miejsca, zdolność do odczuwania przyjemności jaką daje nam obcowanie z Naturą i jej tworami (wliczając to nie tylko pejzaż, ale także faunę i florę).

Fotografując Yellowstone nie można się bać koloru – choć ktoś, kto preferuje bardziej stonowane i monochromatyczne obrazy również znajdzie w tym rejonie możliwości, by zadowolić swoje oko. Lecz, według mnie, być w pobliżu bajecznie kolorowych gorących źródeł, czy niezwykłej malowniczości Wielkiego Kanionu Rzeki Yellowstone i zamknąć oczy na owe orgiastyczne bogactwo barw, form i kształtów, byłoby zbyt daleko idącym zaniechaniem reportażowego niemal obowiązku oddania sprawiedliwości faktycznemu charakterowi ich obrazowej atrakcyjności. A tę można zrozumieć (odebrać?) chyba tylko wtedy, kiedy w jakiś sposób „ominiemy” nasze estetyczne upodobania (będące zresztą często zwykłymi uprzedzeniami) odnoszące się do sztuki (czyli czegoś z natury swej „sztucznego”) i otworzymy się na wizualne walory i splendor tego, co jest już par excellence naturalne – a co nadal może wpływać pozytywnie na nasze zmysły i estetyczną percepcję.
Tak więc: oglądając Yellowstone, otwórzmy szeroko nasze oczy – starając się przy tym nie tylko przyjąć piękno oferowanych nam obrazów, ale i zrozumieć to, na co patrzymy.

greydot

Fotogeniczny korzeń

*

*

Poranek wśród yellowstońskich osobliwości

*

*

Yellowstone to raj dla fotografów

*

WSTĘP DO YELLOWSTONE

*

Yellowstone – najstarszy i najsłynniejszy park narodowy na świecie. Bez wątpienia wart jest tej swojej reputacji jednego z najbardziej interesujących zakątków naszej planety. To właśnie tu piekło z rajem przenikają się nawzajem, a my nie do końca jesteśmy pewni, co robi na nas większe wrażenie – diaboliczny dramatyzm dzikiej nieposkromionej natury i jej żywiołów, czy też boska malowniczość pejzaży i dyskretny urok dziejących się tu nieustannie czarów.

*

Kiedy na początku ubiegłego stulecia zaczęły docierać na amerykański Wschód wieści i opisy tej nieznanej jeszcze wówczas krainy Gór Skalistych, nie dawano im wiary. Johna Coltera, członka słynnej ekspedycji Lewisa i Clarka, który w 1806 roku odłączył się od swoich towarzyszy i spędził w okolicach Yellowstone zimę, uznano za człowieka szalonego, kiedy wróciwszy do “cywilizowanego świata” opowiadał o gorących kolorowych stawach, woniejących siarką „bulgotkach”, strzelających w górę fontannach, błotnych kotłach i dymiących dziurach w ziemi. Tę jego wyimaginowaną – jak uznano  – krainę zaczęto nawet ironicznie nazywać “piekłem Coltera”. Jeszcze w latach 60-tych, tuż przed pierwszymi oficjalnymi wyprawami naukowymi w tamte rejony, nie chciano publikować w prasie relacji z Yellowstone, jako zbyt fantastycznych i niesprawdzonych. Po prostu nie chciano im wierzyć. Kiedy Thomas Moran, jeden z bardziej znanych malarzy tamtych czasów, zaczął pokazywać na Wschodzie swoje szkice i obrazy przedstawiające kaniony, rzeki, jeziora i wodospady Yellowstone, uznano, z niejakim podziwem zresztą, że ten pacykarz to ma dopiero fantazję. Tym razem obyło się bez podejrzeń o szaleństwo. Cóż, artystom przysługuje wszak licentia poetica.
Yellowstone jest przedmiotem nieustającej ludzkiej fascynacji. Co roku przybywa tu ponad 3 mln. gości, co stawia to miejsce w rzędzie największych atrakcji turystycznych świata. Cały czas trwają badania naukowe, kręci się filmy, pisze nowe książki. Interesujący jest Yellowstone zarówno dla rzeszy profesjonalistów, przyrodoznawców, jak i dla całych zastępów laików, ogarniających ten park narodowy bardziej ogólnie i powierzchownie.
Uznaje się, że jest to największy obszar stosunkowo nieskażonej przyrody na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski) i najbogatsze w Ameryce zbiorowisko mieszkających na swobodzie ssaków.

Jest jeszcze jeden niepobity rekord świata należący do Parku Narodowego Yellowstone. Otóż znajduje się tu połowa wszystkich gejzerów jakie zliczylibyśmy na całej Ziemi. W tym niezwykłym północno – zachodnim rogu stanu Wyoming jest ich ponad 300. Wyróżniają się one spośród 10 tys. występujących tu tzw. “tworów geotermalnych”, do których, oprócz gejzerów, zaliczają się jeszcze gorące źródła, błotne wulkany i fumarole.

Wizyta w Yellowstone jest dla każdego człowieka innym doświadczeniem. Wynika to nie tylko z naszej ludzkiej odmienności, ale również z przyrodniczej różnorodności oferowanej nam przez tutejszą ziemię. Bowiem – jak ktoś to zauważył – jest wiele parków Yellowstone. Z innej perspektywy patrzy stojący godzinami w wodzie wędkarz, z innej jadący na skuterze śnieżnym motocyklista. Czymś innym jest zetknięcie się oko w oko z niedźwiedziem, czymś innym udział w publicznym widowisku urządzanym nam regularnie przez gejzer Old Faithful. Czy można do czegokolwiek porównać zachwyt jaki ogarnia niektórych, gdy stają na krawędzi Wielkiego Kanionu Rzeki Yellowstone, patrząc na jego bajecznie kolorowe zbocza, ich niezwykłą rzeźbę oraz potężny wodospad cudownie w to wszystko wkomponowany? To właśnie w takich miejscach łatwiej jest nam uwierzyć w boski talent Wielkiego Artysty.
A jednak trzeba pewnego przygotowania, by właściwie ogarnąć całe to bogactwo Yellowstone,  czy choćby tylko jego cząstkę. Potrzebna jest nam wiedza oraz pewne nastrojenie, które to wszystko umożliwią. Bez tej świadomości może nam umknąć wiele niuansów z piękna i harmonii tego miejsca. Otwórzmy więc nasze umysły, wyostrzmy wzrok, wyczulmy serca… Może wtedy poczujemy się tak samo oczarowani, jak Thomas Wolfe, który pisał: “Jest to baśniowa kraina, jedyna taka baśniowa kraina; jedyne miejsce, gdzie cuda nie tylko się zdarzają, lecz zdarzają się cały czas”.

greydot

PS. Powyższy rozdział „Wstęp do Yellowstone”, jak również poniższe: „Zwierzęta Yellowstone” i „Skąd te kolory?” są fragmentami monografii Parku Narodowym Yellowstone mojego autorstwa, napisanej i opublikowanej w latach 90-tych w prasie polonijnej w Stanach Zjednoczonych.

*

Potężny i monumentalny Wodospad Dolny (blisko 100-metrowej wysokości) położony w Wielkim Kanionie Rzeki Yellowstone to jeden z najbardziej spektakularnych widoków na naszej planecie

*

*

Łania wapiti pod malowniczymi acz groźnie wyglądającymi Gorącymi Źródłami Mamucimi

*

*

Wodospad w wąwozie żółtych skał i kamieni, (od koloru których Park wywodzi swoją nazwę)

*

*

Tarasy trawertynowe i gorące źródła w ciągłej przemianie (okolica Mammoth Hot Springs)

*

*

Niebiańsko-piekielne krajobrazy Yellowstone – więcej uroku czy grozy?

*

ZWIERZĘTA W YELLOWSTONE

Park Narodowy Yellowstone to dla dzikiej zwierzyny i jej entuzjastów prawdziwe sanktuarium. Nie ma na terenie Stanów Zjednoczonych (wyjąwszy Alaskę), drugiego takiego obszaru, gdzie żyłoby tak wiele ssaków. A to właśnie one wzbudzają największe zainteresowanie przeciętnego gościa parku. Są wśród nich zarówno roślinożerne zwierzęta kopytne: ponad 3 tys. bizonów, 30 tys. jeleni amerykańskich (wapiti), kilkadziesiąt tysięcy jeleni „mulaków”, po parę tysięcy łosi, widłorogów i jeleni wirginijskich, kilkaset owiec gruborogich; jak również drapieżniki zdecydowanie mięsożerne, takie jak: wilki, lisy, kojoty, pumy, rysie, żbiki i łasice; oraz wszystkożerne niedźwiedzie – ponad 500 czarnych i około 350 grizzly.
Ta obfitość zadziwiła ludzi jeszcze przed powstaniem parku narodowego w 1872 r. Oto co na temat tej ziemi mówił jeden z poszukiwaczy złota, który zawitał tu dwa lata wcześniej: „Dotarliśmy do pięknej równiny, którą nazwaliśmy Równiną Buffalo, gdyż ujrzeliśmy tam tysiące spokojnie gryzących trawę bizonów… Widzieliśmy liczne jeziora i najwspanialsze góry na świecie. Spotkaliśmy też tam wszelkie odmiany łownej zwierzyny – oprócz bizonów, jelenie, niedźwiedzie i łosie”.

Kiedy podobne widoki ukazują się nam w Yellowstone dzisiaj, to mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, a my zaglądamy w jego okna.
A jest co oglądać: ponad 60 gatunków ssaków, 300 gatunków ptaków, kilkanaście gatunków ryb, 100 gatunków motyli, 10 gatunków płazów i gadów. Wszystkie nosi ziemia, na której glebie rośnie ponad 1100 gatunków roślin.

greydot

Rodzinka misiów czarnych – baribali (widok niedźwiedzia w Yellowstone nie należy do rzadkości)

*

*

Jelenie wapiti jesienią prezentują swoje wspaniałe poroże

*

*

Kanadyjskie owce gruborogie przypominają o tym, że Yellowstone leży na terenie Gór Skalistych

*

*

A oto mniej spektakularne, ale przecież zawsze wdzięczne motyle

*

*

Bizonie oseski – każdej wiosny stado wzbogaca się o takie oto sympatyczne istoty

.

.

Yellowstoński zmierzch – ze stadem saren (i jednym jelonkiem)

*

SKĄD TE KOLORY ?

Wielki Kanion Yellowstone jest bajecznie kolorowy, takie też bywają gorące źródła. W wielu miejscach park przypomina malarską paletę. Czym to jest powodowane ?
Podczas gdy ryolit, bazalt i inne skały pochodzenia wulkanicznego, stanowiące fundament yellowstońskich wyżyn są szare i mało efektowne kolorystycznie, to przeobrażone chemicznie nabierają barw. Przykładem są malownicze zbocza Wielkiego Kanionu zbudowane z hydrotermicznie zmienionego ryolitu. Również brązowo-żółte kolumny bazaltowe znajdujące się na krawędziach północnej części Wielkiego Kanionu (bardzo blisko Tower Falls), nie tylko wyróżniają się kolorystycznie, ale stanowią również ciekawą i zaskakującą naturalną kompozycję.
Gejzeryt, skała tworzona przez gejzery, jest biało-szary. Podobnie błotne wulkany i kociołki są zwykle brudno-szare, brunatne lub popielate z niebieskim odcieniem. Czasem jednak znajdzie się jakiś ślad innego koloru, którego źródłem są minerały, substancje nieorganiczne. Kolor zółty zdradza siarkę; zaś czerwienie, brązy i pomarańcze – żelazo.
Biały trawertyn, z którego zbudowane są tarasy w Mammoth Hot Springs, to nic innego, jak węglan wapnia. A wapno jest przecież białe.

Jednak  najbardziej zdumiewa koloryt gorących źródeł: intensywne zielenie, błękity, czerwienie, pomarańcze, żółcie… Poruszyły nawet jednego z traperów, który jeszcze w latach 30-tych XIX-wieku dotarł nad Grand Prismatic Spring: “Strumień, który wypływał ze źródła, wyróżniały trzy kolory: biały, blado-czerwony i błękitny jak niebo. Czy było coś niezwykłego w atmosferze, czy też jakieś chemiczne zawartości w wodzie… Nie jestem w stanie tego powiedzieć i muszę zostawić to wyjaśnienie naukowcom turystom, którzy będą to miejsce odwiedzać w przyszłości”.
Naukowcy przyszli i objaśnili, znajdując przy okazji nieznane dotychczas nikomu organizmy żywe – bakterie termofilne, które wręcz nie mogą żyć bez bardzo wysokich temperatur. Okazało się, że są i takie, które dobrze się maję we wrzącej wodzie!

Gorące źródła swoje kolory zawdzięczają właśnie żyjącym  w nich bakteriom i algom, czyli organizmom żywym. Kolor niebieski jest zaś odbiciem nieba. Bakterie i algi te żyją w środowisku wodnym, więc pochodzący od nich koloryt świadczy o aktywności źródła i o temperaturze w danym miejscu. Bliżej wylotu źródła żyją głównie bakterie zawierające pigmenty żółte i białe. Tam też temperatura jest najwyższa. Dalej, w miarę jak woda staje się coraz chłodniejsza, zaczynają dominować pomarańczowe i brązowe algi. W niektórych miejscach błękit nieba nakłada się na kolor żółty bakteryjnych mat, czego efektem jest piękna szmaragdowa zieleń (patrz: Emerald Pool).

greydot

Jak nie z tej planety

*

*

Bajecznie kolorowe tarasy trawertynowe Mammoth Hot Springs

*

*

Mammoth Hot Springs – jedno z wielu niezwykłych miejsc w Yellowstone

*

*

Niewiarygodna paleta malarska Natury – tutaj dominują pomarańcze i żółcie

*

*

Rezultat aktywności gorących źródeł przybiera często niezwykłe formy

*

*

Jeszcze jedno niezwykłe dzieło „artystki” Natury

*

*

Kompozycja jakiej nie powstydziłby się niejeden twórca sztuki współczesnej

*

*

Marmurowe paciorki

*

*

*

*

“Odlotowe” faktury Grand Prismatic Springs (Środkowa Kotlina Gejzerów)

*

*

Grand Prismatic Sprsng – największe (i chyba najbardziej kolorowe) gorące źródło na świecie (warto zwrócić uwagę na maleńkie postacie ludzkie – widać wtedy potęgę całego zjawiska)

*

*

Robota zaiste koronkowa

*

*

Kolorystyczne abstrakcje

*

*

Dziwy nad dziwami (bąble-perełki w wulkanie „błotnym”)

*

Zapraszam do obejrzenia wystawy zdjęć pt. „YELLOWSTONE – PANORAMY”, na stronie „Świat w obrazach” TUTAJ.

*


Najsłynniejsze chyba gorące źródełko w Yellowstone – wygląda pięknie i zostało obdarzone równie piękną a ponadto bardzo adekwatną nazwą: Morning Glory

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

*

WIELKI PRZEŁOM RIO GRANDE, czyli na szlaku do Rio Bravo

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. II)

Nad (niemal wyschniętą) Rio Grande – ta skała w tle to już Meksyk a rzeka o tej porze wcale nie wygląda jak Rio Bravo

*

NA SZLAKU – GÓRY GUADALUPE

Zachodni Teksas to płaska pustynna równina, której monotonia daje się we znaki nawet dzisiaj, w dobie klimatyzowanych wehikułów i dobrych amerykańskich dróg, które zaprowadzić mogą człowieka do każdej teksaskiej dziury, nawet tej in the middle of nowhere gdzie kojoty d… szczekają (ciekawa sprawa że tutaj właśnie tak się mówi, co zrodziło moje podejrzenie, że mogli w tym maczać palce nasi wszędobylscy rodacy – jak by nie było pierwsza polska osada Panna Maria, założona została przez Polaków właśnie w Teksasie).
Jednak owa równinna monotonia zostaje przerwana, kiedy zbliżamy się do granicy z Nowym Meksykiem – już z daleka widać wysoką na kilometr ścianę, która była kiedyś rafą powstałą na obrzeżach permskiego morza. Ale to było prawie ćwierć miliarda lat temu. Znacznie później, bo zaledwie przed kilkoma milionami lat, ruchy tektoniczne wypiętrzyły ją ponad teren, tworząc w ten sposób góry Guadalupe.

Ja wiem – geologia większości z nas wydaje się nudna… ale nie dotyczy to mojego przyjaciela, geologa z wykształcenia, który niedawno napisał do mnie: kiedy będziesz w Guadalupe, koniecznie wybierz się do kanionu McKittrick, bo to prawdziwe geologiczne cudo. Cóż więc miałem robić? Poszliśmy zobaczyć kanion. To było wczoraj.
Dziś wspomnienie cudu nieco się rozwiało, bo zdobyliśmy najwyższą górę w Teksasie, którą jest Guadelupe Peak (na mój własny użytek nazwaną przeze mnie Pikiem Kapitalizma – to przez tę naftę dookoła). Zajęło nam to zaledwie 6 godzin.

Na teksaskim szlaku – czyli nie tylko pustynia

Teraz jest już wieczór, czuję przyjemne zmęczenie w kościach, siedzę sobie w jakimś motelu w mieścinie Van Horn, wyglądam za okno i … widzę, że budynek otoczony jest przez dziesiątki policyjnych wozów straży granicznej, której przedstawicieli jest tu więcej niż lokalnych mieszkańców i przejezdnych podróżnych razem wzietych. Czy dzięki temu będziemy się czuć bardziej bezpiecznie?

Przez dwa dni żyliśmy górami Guadalupe. Obawiałem się nieco, że może już być za gorąco na dłuższe szlaki, ale nie było tak źle, zwłaszcza z podejściem na Guadalupe Peak (2760 m. n.p.m.) Spodziewałem się, że pójdziemy otwartą granią i będziemy musieli się smażyć na słońcu (temperatura na dole sięgała 40 st. C. w cieniu… choć o ten cień nie jest na pustyni łatwo).  Jednak im wyżej prowadził szlak, tym powietrze było chłodniejsze, od przełęczy wiał przyjemny orzeźwiający wiatr, a w pewnym momencie weszliśmy nawet do… sosnowego lasu, którego można by się spodziewać raczej w miejscu położonym kilkaset kilometrów na północ, niż tutaj – w tej strefie klimatycznej. Co za kontrast ze skąpą i wyschniętą florą pokrywającą leżącą u stóp Guadalupe równinę.
Siedmiokilometrowe podejście na szczyt pokonaliśmy w niecałe trzy godziny. Tempo niezłe.

Uwielbiam tę transformację, jaką zwykle się przechodzi na górskim szlaku. Bakcyla wałęsania sie po górach połknąłem jeszcze za szczenięcych lat, kiedy to wyruszaliśmy całą paczką na rajdy po Bieszczadach. To właśnie wtedy po raz pierwszy poznałem smak owej przemiany, jakiej dokonać mogą w nas góry. Komuś, kto lubi podobne wędrówki, nie potrzebne są żadne wyjaśnienia. Byłoby to przekonywaniem już przekonanego. A kto jest jeszcze nie przekonany, tego żadne słowa przekonać raczej nie mogą, tylko własne doświadczenie. Prawdziwie głębokim przeżyciem wędrownym może być tylko wielodniowy trekking, choć całodzienne lub nawet kilkugodzinne wypady na szlak także robią swoje.

Ktoś powiedział, że jedyną prawdziwą podróżą, jaką człowiek może odbyć, jest podróż wgłąb samego siebie. A właśnie na szlaku człowiek ma możliwość wsłuchać się w swoje wnętrze. To jest pewien paradoks, bo tak naprawdę słyszymy wtedy otaczające nas zewsząd głosy natury. A może właśnie tylko wtedy możliwe jest nasze zestrojenie się z przyroda? Może to dowód na to, że jednak ciągle bliżej nam do natury niż do cywilizacji, że cywilizacja oddala nas od naszego prawdziwego ja, czegoś pierwotnego? Ale przecież staliśmy się ludźmi tylko dzięki kulturze, którą stworzyliśmy. To jest nasze rozdwojenie: znaleźliśmy się na rozdrożu, na którym nigdy nie stanęło żadne ze stworzeń żyjących na ziemi.
Stąd być może wynika nasz ambiwalentny stosunek do natury.

Natura jako źródło lęku i fascynacji (wąż napotkany w Teksasie)

*
Z jednej strony wzbudza ona w nas zachwyt, dostrzegamy w niej piękno, potrafimy ją kochać; z drugiej zaś strony wzbudza nasz lęk, może nawet przeraża – niekiedy rodzi wręcz odrazę, postrzegamy ją jako coś obcego, wrogiego… czasem nawet próbujemy się wobec niej buntować.
Czy nie świadczy to o tym, że człowiek pragnie swojej emancypacji, chce się usamodzielnić, wyrosnąć wreszcie ze swych zwierzęcych powijaków? Zachowuje się podobnie, jak wchodzący w dorosłe życie młody człowiek, który musi – po to, by stać się sobą – odciąć pępowinę, więzy łączące go ze swoimi rodzicami. (Kto z nas nie przeżył tych emocji, kiedy dorastając, jednocześnie potrafiliśmy mocno kochać i nienawidzić naszych rodziców?)

Pisze to wszystko lekko oszołomiony, czując jakże przyjemne zmęczenie w mięśniach, łagodne ciepło w całym ciele… Parę dni fizycznego wysiłku sprawia że organizm zaczyna pracować na innych obrotach, umysł się przejaśnia, świat wygląda bardziej kolorowo, życie nabiera innego smaku … Czułem jak na szlaku strzepują się ze mnie wszelkie cywilizacyjne brudy (a że takie nas otaczają, – zwłaszcza w wielkich miejskich metropoliach – temu raczej trudno jest zaprzeczyć); rozluźniają się szczęki stresów, jakie powoduje życie i praca, utrzymująca nas na powierzchni cywilizowanego społeczeństwa. I tutaj może się w nas zrodzić pewna konsternacja: czy w naszym nowoczesnym domu nie zaczyna nam brakować natury, której – choć jest ona naszą rodzicielką – spychamy na cywilizacyjne obrzeża?

HOTEL GAGE

Przydrożne logo hotelu Gage

Wprawdzie o hotelu Gage słyszałem wcześniej od znajomych, którzy gościli w nim kilka lat temu, to osobiste spotkanie z nim było dla nas pełnym zaskoczeniem.
Po wyjechaniu z Van Horn odbiliśmy na południowy wschód, jadąc drogą prowadzącą przez niezbyt ciekawe rudo-buro-żółte pustkowie, wątpliwie urozmaicone mijanymi co jakiś czas osadami, które, mimo że zamieszkałe, przypominały bardziej ghost towns, czyli miasta-widma, niż normalne, zamieszkałe przez ludzi miasteczka.
Podobne scenerie otaczały nas zanim dotarliśmy do miejscowości zwanej Marathon (Eh, to amerykańskie nazewnictwo: wszystkie te Warszawy, Paryże, Londyny, Moskwy, Ateny, Florencje, Syrakuzy i Lizbony… tak jakby chciano tu przeszczepić całą Europę, mimo że wcześniej z tej Europy do Ameryki uciekano.)
Tam, w położonym w samym sercu pustyni Marathonie, trafiliśmy do hotelu, którego nie powstydziłby się najbardziej ekskluzywny resort, choć akurat nie resortowej wygody szukaliśmy na teksaskiej pustyni. Na szczęście okazało się, że urok hotelu Gage nie wynikał z jakiegoś pretensjonalnego i snobistycznego luksusu, lecz z autentycznej atmosfery łączącej najlepsze tradycje amerykańskiego Zachodu i południowego pogranicza. Wybudowany 80 lat temu przez „bydlęcego” (tzn. posiadacza olbrzymich stad była) magnata, podupadł nieco z biegiem czasu, jednakże w latach 70-tych trafił w ręce człowieka nie tylko bogatego (choć 30 tys. dolarów, jakie zapłacił on za hotel nie było raczej ceną wygórowaną), ale i wykształconego (co w Ameryce niekoniecznie musi iść w parze) i to w dodatku historyka, który odnawiając go dokonał renowacyjnego cudu, zdobiąc go i wyposażając w sprzęt, meble i obiekty najciekawsze, jakie tylko można było znaleźć w całym rejonie Trans-Pecos.
Jeśli chodzi o architekturą, to hotel Gage jest połączeniem stylu Santa Fe i adobe – widzimy tu mocne wpływy hiszpańskiego kolonialnego Południa (hacjenda) z elementami architektury indiańskiej (pueblo).

Co tu kryć… pustynia na dłuższa metę jest męcząca, skały i piasek gorący, tudzież słońce palące… Wzrok nuży się monotonią terenu, nigdzie nie widać żywego ducha (ani nawet martwego), tylko od czasu do czasu na drogę wejdzie zabłąkany cielak, czy też przejedzie nią jakiś pogiętym leniwy i wyblakły pick-up.
Aż tu nagle: taka oaza! Trafia się jak zbawienie!

Oaza na pustyni – patio hotelu Gage

Lecz ta oaza to nie tylko zielone palmy, barwne oleandry i basen pełen nęcącej chłodnej wody… ale i ciekawe wnętrze złożone z interesujących zakątków i pomieszczeń wypełnionych różnymi eksponatami. Na każdym kroku znajdujemy coś, co przykuwa nasz wzrok: a to misternie rzeźbione skrzynie, ławy i piedestały z kutego ręcznie żelaza, lampy z rogów, brązu i mosiądzu, myśliwskie trofea, skóry i futra, malowane obrazy, rzeźby przeróżne, a nawet… wypchana puma oraz łeb białego bizona (chociaż dzieł sztuki można tu spotkać znacznie więcej, niż tych ostatnich kuriozów, wątpliwej jednak artystycznej jakości).
Wszak najlepsze wrażenie robią mozaiki  terakoty, pokryte stucco ściany i piękne, podparte dekoracyjnymi belkami sufity. Wszystko to razem tworzy unikalną, aczkolwiek swobodną atmosferę – klimat prawdziwej i niewymuszonej gościnności.

Jakby tych estetycznych – architektonicznych, dekoracyjnych i wystrojeniowych – przyjemności było mało, w lokalnej kuchni czekają nas rozkosze kulinarne. Cafe Cenizo słynie w całym Teksasie jako jedna z najlepszych restauracji stanu. Nic dziwnego: chef to wykształcony na klasycznej francuskiej kuchni restaurator, który przybył tu jakiś czas temu z Manhattanu i zrobił bez mała furorę. Zaczął od rewolucji: założył własne, zaopatrujące kuchnię we wszystko, gospodarstwo z paro-hektarowy ogrodem. Z piwnic powyrzucał wszystkie wina podłe i sikacze, zastępując je trunkami, jakich nie powstydziłyby się najlepsze winiarnie Włoch czy Francji.

I cóż mogę do tego wszystkiego dodać? I ja tam byłem, pyszne potrawy jadłem, doskonałe wina piłem… A pisząc to o wybaczenie proszę i obiecuję, że już się więcej w podobnym hedonizmie tak nurzał nie będę!
PS. Gwoli formalności i jasności podaję (choć dżentelmenom podobno o pieniądzach pisać nie wypada), że nocleg w hotelu Gage kosztuje kilkakrotnie mniej, niż w podobnym, jeśli chodzi o standard, hotelu europejskim – polskie w to wliczając.

Nad Rio Grande w Big Bend – granica z Meksykiem

WIELKI PRZEŁOM RIO GRANDE

To właśnie Big Bend skusił mnie najbardziej, by wybrać się w tę podróż. Obszar o powierzchni 1100 mil kwadratowych wydzielony z północnych rubieży pustyni Chihuahua, rozłożony w „siodle” przełomu granicznej rzeki Rio Grande, która właśnie tutaj, w południowo-zachodnim Teksasie tworzy kilkuset-kilometrową pętlę, rzeźbiąc w skałach głębokie kaniony.
W sercu tego zakola wznoszą się zaś wysokie na dwa i pół kilometra góry Chisos, tworząc z kolei w swoim obrębie nieckę Chisos Basin, która jest prawdziwą oazą chłodu i zieleni, otoczoną bezkresnymi przestrzeniami niegościnnych pustkowi. Kotlina ta jest niczym ostatni bastion bogatszego życia broniącego się przed napierającą zewsząd pustynną posuchą czyli słynna Rio Bravo)

Czuję się jednak teraz jak dekadent zepsuty współczesnymi dogodnościami, siedząc na tarasie widokowym Chisos Mountains Lodge, pisząc te słowa i popijając orzeźwiająco zimną iced tea. Wróciliśmy właśnie z Kanionu Santa Elena, uznanego za jeden z najbardziej spektakularnych gardzieli amerykańskiego Desert Southwest (czyli Pustynnego Południowego Zachodu).
To poczucie dekadencji wynika jeszcze z czegoś innego. Otóż kilka godzin temu dokonałem… czynu nielegalnego. Brodząc po kolana w Rio Grande przebrnąłem na drugą stronę rzeki i postawiłem swoją stopę (a nawet dwie) na meksykańskiej ziemi. Gdybym nie miał szczęścia i trafił na strażnika-służbistę, to przyjemność ta mogłaby mnie kosztować nawet 5 tys. „bucksów”. Taką bowiem, po atakach 11 września, nałożono karę za „dzikie” przekroczenie granicy.

Na szlaku w Big Bend – w dole płynie Rio Grande (czyli słynna Rio Bravo)

*

Jednak przez wiele lat do tradycji należało swobodne przechodzenie z jednej strony na drugą. Odwiedzano meksykańskie wioski, korzystano z usług tubylczych przewodników, smakowano inną kulturę… Teraz już niestety tego nie ma, choć oczywiście nikogo się nie zamyka za taplanie się w Wielkiej Rzece, która tak naprawdę wcale nie jest tutaj o tej porze taka wielka. Z okolicznych wzgórz położonych po stronie amerykańskiej, widać biedne, prażące się w pustynnym słońcu meksykańskie osady. Szlaki biegną tuż obok granicy. Od czasu do czasu spotkać można na nich coś w rodzaju małych kramów z pamiątkami i rękodziełem, które wystawiają tu Meksykanie z nadzieją, że ktoś zostawi w puszce kilka „zielonych”.

Przez długi czas granica między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem istniała tylko na papierze. W rejonach Wielkiego Przełomu grasowały bandy Metysów. To właśnie stąd, każdej jesieni, wyruszali na południe Komancze, by grabić, mordować i brać jeńców. Jedni rozbójnicy warci byli drugich. Z pewnością nie przyczyniali się oni do tworzenia romantycznej legendy pogranicza. Trochę lepiej było z Apaczami, którzy jednak w rzeczywistości też nie byli aż tak szlachetnymi wojownikami, jakich wydumał sobie Karol May, opisując przygody Winnetou (nota bene nigdy nie będąc w tych rejonach i wysysający wszystkie swoje westernowe historyjki z palca, siedząc w więzieniu). Lecz mitologia Dzikiego Zachodu to odrębny temat, którego nawet nie śmiem tu zaczynać.

Człowiek z osiołkiem – po meksykańskiej stronie Rio Bravo

Big Bend interesujący jest dzisiaj głównie ze względu na przyrodę, walory rekreacyjne, scenerie… Park przecinają setki mil szlaków. Wielka przygodą jest kilkudniowy spływ po Rio Bravo (ta nazwa również uważana jest za historycznie poprawną) między sięgającymi 500 m. wysokości brązowo-żółto-czerwonymi skalnymi ścianami.
Mimo to, ze względu na odległości i oddalenie od dużych skupisk ludności, Big Bend National Park należy do najrzadziej odwiedzanych amerykańskich parków. Ilość jednak nie zawsze przekłada się na jakość. Wszyscy napotkani tutaj przez nas ludzie to zaprawieni w bojach podróżnicy, którzy nie trafili do Big Bend przypadkowo. Wczoraj np. spotkaliśmy Holendrów, parę – tak na oko – w wieku około lat 60-ciu, którzy są tu już po raz drugi, a jutro wybierają się na 25-kilometrowy szlak do Południowej Krawędzi Kotliny Chisos, co zajmie im jakieś 12 godzin. (Nawet się do tego nie przyznawaliśmy, że my za wyczyn uznaliśmy naszą 3-godzinną wspinaczkę na Szczyt Guadalupe.) Swoją drogą, Holendrzy ci wywarli na nas bardzo sympatyczne wrażenie, jak zresztą niemal wszyscy ludzie, z którymi się w tym miejscu zetknęliśmy). Ta sympatia nie zniknęła nawet wtedy, kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy Polakami. Gdyż, szczerze mówiąc, do naszych rodaków mieli oni spore obiekcje, a to z powodu burd, pijaństwa i drogowych wypadków, którymi raczą ich kraj Polacy, masowo zjeżdżający się tam teraz do pracy i zakładający jakieś dziwne obozowiska. Ale darujmy sobie jednak tę socjologię.

Wyschnięte i spękane koryto Rio Grande

Big Bend poczuliśmy na własnej skórze – we wszystkich naszych mięśniach i kościach. Spędziliśmy tutaj kilka dni, większość czasu przebywając na szlakach, zarówno w górach Chisos, jak i tych biegnących wzdłuż Rio Grande. Skutecznie zdołaliśmy uniknąć upałów, wybierając się w piesze wędrówki rankiem oraz późnym popołudniem. Tylko wtedy bowiem pokonywanie szlaku mogło być dodającą sił przyjemnością, a nie wyczerpującą mordęgą w spiekocie.

W miejscach podobnych do tego, często dociera do mnie to, jak bardzo powierzchowny jest jednak nasz ogląd przyrody. Wystarczy bliżej zapoznać się z pierwszym lepszym gatunkiem fauny czy flory, by uświadomić sobie, jak olbrzymia jest nasza niewiedza dotycząca wszystkich pozostałych. Lecz w jaki sposób można tego uniknąć nie studiując tematu latami, nie spędzając większości życia na łonie przyrody, albo też w laboratorium? Czy jednak ta głęboka i obszerna wiedza jest niezbędną do tego, by zestroić się w jakimś stopniu z naturalnym środowiskiem? A może wręcz przeciwnie – większa wiedza i świadomość rządzących nami mechanizmów w tym zespoleniu się z naturą przeszkadza?

Jaki rodzaj świadomości potrzebny jest nam do tego, by cieszyć się życiem? Oto idziemy górska ścieżką, otaczają nas kolorowe skały o przeróżnych kształtach; wokół rosną drzewa, krzewy, kaktusy, trawy… (w Big Bend można znaleźć ponad 1000 gatunków roślin); słychać śpiew ptaków (w Big Bend fruwa ok. 400 gatunków ptaków); tu i ówdzie przebiegnie jaszczurka, przepełznie wąż, spojrzy na nas sarna – możemy nawet spotkać pumę czy niedźwiedzia… Chłoniemy przyrodę, rozkoszujemy sie naturą… W takich chwilach wystarcza nam sama świadomość własnego istnienia, poczucie tego, że się żyje, że jesteśmy nieodrodną cząstką tego świata. Bo to jest nasz świat i nasze w nim życie.

.

Część I zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Radosne spotkanie z wielką skałą w Big Bend o zachodzie słońca

© ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia Parku Narodowego Wielkiego Przełomu rzeki Rio Grande w Teksasie obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ, a hotelu Gage – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)

BALLADA O PUSTYNI I GÓRACH, czyli tam gdzie jest bliżej nieba i piekła

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. I)

EL PASO

Pustynia jako miejsce opuszczone – ale czy opustoszałe? (Miasto-widmo gdzieś na pograniczu Nowego Meksyku i Teksasu.)

Jeszcze kilka godzin temu czułem chłodne chicagowskie powietrze, a oto teraz smaga mi twarz gorący pustynny wiatr wiejący gdzieś znad doliny Rio Grande. Jestem w El Paso, mieście pogranicza. Na sąsiednich wzgórzach, tuż za rzeką, która stanowi granicę, hiszpańskie napisy obwieszczają meksykański patriotyzm mieszkańców Ciudad Juarez. Lecz Meksyk czuje się wszędzie już w samym El Paso, gdzie twarze białe gubią się wśród smagłych, gdzie częściej na ulicy słyszy się język hiszpański niż angielski, gdzie zewsząd dochodzą zapachy meksykańskiej kuchni. A wokół wieżowce, dość eleganckie, dobrze utrzymane budynki… Tak pewnie wyglądałby Meksyk gdyby poszedł amerykańską drogą.
Na przejściu granicznym znowu była dziś strzelanina. Zginęli ludzie. Sytuacja się powtarza. Pamiętam, kiedy zawitałem tu po raz pierwszy 10 lat temu, zastrzelono nad Rio Grande kilku przemytników kokainy.

Rio Grande… Wielka Rzeka. Tutaj jest taka tylko z nazwy. W rzeczywistości wygląda bowiem jak mały potok, który można by przeskoczyć jednym susem. Wąski ściek rudawej wody obwiedziony zielonkawym paskiem drzew i krzewów. Aż dziw bierze, że to granica między dwoma wielkimi państwami, które dzieli ekonomiczna i kulturalna przepaść.
El Paso nie jest jednak miastem – bohaterem mojego romansu. Zatrzymujemy się tu tylko na chwilę, by – po zdobyciu jakiegoś środka lokomocji – uderzyć w prawdziwe pustynie Nowego Meksyku i Teksasu.  Zatopić się w krajobraz, który uśmierzyłby chicagowskie, cywilizacyjne stresy.

WSTĘP DO PUSTYNI

Zawsze fascynowały mnie pustynie, a na ziemi amerykańskiej zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. Utah, Nevada, Arizona, południowa Kalifornia… obszary rozległych pustyń o zdumiewających obrazach, nie znanych nam w Europie, tym bardziej więc dla nas egzotycznych.

Pustynia jest naturalnym fenomenem, który zawsze splatał się z pewnymi aspektami kultury człowieka. Co ciekawe, często największy ferment cywilizacyjny miał miejsce na jakimś stosunkowo niewielkim a życiodajnym obszarze otoczonym rozległymi, niezbyt gościnnymi obszarami pustynnymi lub półpustynnymi. Przykładami mogą tu służyć choćby Egipt, Bliski Wschód, dorzecze Tygrysu i Eufratu, Dolina Indusu, czy nawet sama Grecja.
Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.

Znikomość ludzkiej drobiny (na Białych Piaskach)

Czym była – i jest – dla ludzi pustynia?
Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. A więc pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.

Pustynia w literaturze, w kinie…
Dla wielu z nas zaczęło się od przygód Stasia i Nel opisanych przez Sienkiewicza w nieśmiertelnej, pełnej afrykańskiej egzotyki powieści „W pustyni i w puszczy”. Później był Saint-Exupéry ze swoją przerażającą przygodą w „Ziemi, planecie ludzi”; dalej: fantastyczna „Diuna” Franka (przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha), „Kobieta z wydm” Abe Kobo, Coelho… Nasze wyobrażenie pustyni kształtowały też filmy: „Lawrence z Arabii”, „Pożegnanie z Afryką”, „Faraon”, westerny… można by tak wymieniać długo.
Specyficzną rolę zaczęła odgrywać amerykańska pustynia w kinie hollywoodzkim ostatnich dekad. Często miała ona obraz pustyń właśnie zachodniego Teksasu, obszaru Trans Pecos. Przypomnijmy sobie „Ostatni seans filmowy” Bogdanovicha, „Paris, Teksas” Wendersa, „Bonnie and Clyde” Peckinpaha, „Badlands” Malicka….
A ostatnio? Choćby „No Country For Old Men” braci Cohen, czy „There Will Be Blood” ze wstrząsającą kreacją Daniela Day Lewisa, wyciskającego bezlitośnie z pustyni płynne „czarne złoto”.
Tutaj pustynia była miejscem, gdzie kwitły egzystencjalne lęki bohaterów, gdzie wreszcie rodził się i nękał ich obłęd. Ale była również „ziemią obiecaną”, którą człowiek czynił sobie poddaną, jak robili to choćby Mormoni w Utah.

Jednym zdaniem – pustynia zagościła na dobre w naszej indywidualnej i masowej wyobraźni…. przy czym niekoniecznie tu mam na myśli pustynię kulturalną.

BIAŁE PIASKI NOWEGO MEKSYKU

Białe Piaski Nowego Meksyku. Największa gipsowa pustynia na świecie. Nieogarniony wzrokiem obszar wydm białych jak śnieg, sypkich jak mąka. Można dostać zawrotu głowy, stając na szczycie jednej z tysięcy gipsowych gór i rozglądając się wokół na rozlewające się aż po horyzont morze falujących hałd, kopców, stożków, kopuł… zwałów gipsowych ziaren, które od tysięcy lat przemieszcza z miejsca na miejsce niespokojny wiatr.
Ta biała pustynia jest tu w ciągłym ruchu, ale schwytana w pułapce kotliny Tularosa, niczym gigantyczna klepsydra pełna miliardów ton białego piasku, odmierza czas mijający od ostatniego zlodowacenia, kiedy nieckę tę wypełniało olbrzymie jezioro. Jednak te przesypujące się drobiny pamiętają czasy jeszcze dawniejsze. Są one właściwie pozostałością po organicznych depozytach, jakie odłożyły się na dnie morza, które znajdowało się tutaj 250 mln. lat temu.

Cóż nam jednak mówią owe czasowe interwały? Miliard lat nie robi na nas większego wrażenia jak milion, ponieważ nasza wyobraźnia jest pod tym względem mocno ograniczona czasem, jaki przebywamy na ziemi i trudno jest jej sięgnąć poza czubek nosa własnego krótkiego żywota. Bowiem w skali Wszechświata jest on niczym mgnienie oka jakiegoś kapryśnego bóstwa.

Dyskretne i delikatne piękno niemiłosiernej (skądinąd) pustyni

To nieprawda że pustynia jest pusta. Lepiej chyba i bardziej adekwatnie określa ją nazwa angielska a desert, bo sugeruje ona bardziej opuszczenie, niż pustkę. Opuszczenie przez człowieka, ale nie przez życie w innych formach, które w zadziwiający sposób radzi sobie w tych ekstremalnych warunkach. I odnosi się to zarówno do roślin, jak i do zwierząt.
Zdolności adaptacyjne organizmów żywych są wprost niewiarygodne, chciałoby się napisać – wielce „pomysłowe”, ale przecież mówimy tu o ewolucji, która ponoć jest ślepa i bezrozumna, zdana na przypadek i dyktaturę środowiska, podległa jednak ściśle prawom przyrody. Co byśmy jednak nie sądzili o planie stworzenia i matrycy bytów ożywionych na naszej planecie – siły witalne istnień ją zamieszkujących wydają się być niewyczerpane. Trudno mi jest uwierzyć, że jest to jedynie dziełem przypadku. No ale pisać o Bogu… nie czuję się wszak być do tego powołany.

Wróćmy jednak do Białych Piasków. Jest to bez wątpienia jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Wiedziałem o nim już od dawna, i mimo że do tej pory kilkakrotnie znalazłem się w jego pobliżu, to jednak nigdy nie zdołałem tutaj trafić.
Wiedziałem, że ponad pół wieku temu wybuchła tu pierwsza bomba atomowa, wymyślona przez Oppenheimera i spółkę w ramach tajnego projektu „Manhattan”, realizowanego w laboratoriach położonego nieopodal urokliwego miasteczka Santa Fe. Wiedziałem również, że Białe Piaski otacza jeden z największych poligonów doświadczalnych na świecie (należące do US Army 4000 mil kwadratowych ziemi), gdzie testuje się najnowszą amerykańską Wunderwaffe. Nie wiedziałem jednak tego, że jest to miejsce tak spektakularne. Trzeba było dopiero samemu to wszystko zobaczyć na własne (zdumione) oczy.

JASKINIE KARLSBADZKIE

Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że pędzimy wszyscy w Kosmosie z zawrotną prędkością? Czy uświadamiamy sobie to, że żyjemy na wulkanie, a pod nami kipi gigantyczny kocioł pełen roztopionej, rozgrzanej do białości skały? Oczywiście większość z nas o tym wie, ale sobie raczej tego nie wyobraża, więc nie robi to w sumie na nas większego wrażenia…
Może jednak jest tak lepiej, że nasze zmysły ślizgają się zaledwie po powierzchni zjawisk, bo tym sposobem możemy zachować pewną równowagę?

Czy jednak ci, którzy wymyślili piekło, wiedzieli o płonących, pełnych żaru czeluściach kryjących się w głębi ziemi. Być może coś takiego przeczuwali i dlatego właśnie tam je umieścili? Otóż byli by mocno zdumieni, gdyby zobaczyli Jaskinie Karlsbadzkie. Gdyż w niczym nie przypominają one piekła, a wręcz przeciwnie – wyglądają bardziej jak bajeczna kraina pełna niewyobrażalnych cudów i dziwów.

Z wielu jaskiń jakie do tej pory widziałem, żadna nie dorównuje tej karlsbadzkiej pod względem różnorodności występujących tam tworów; żadna nie jest tak piękna i osobliwie dekoracyjna. Nie jest to właściwie jedna jaskinia, a cały system olbrzymich komnat, pełnych stalaktytów, stalagmitów, kolumn, draperii, heliocytów i kryształów, które tworzą zdumiewający obraz podziemnego świata o cudownej kompozycji, nieprzebranym bogactwie form i kształtów.
Koronkowa robota natury?

Maleńkie ludzkie postacie giną w nieziemskim otoczeniu ogromnej pieczary (Jaskinie Karlsbadzkie)

Jednakże obawiam się, że i tak nie ma większego sensu o tym pisać, gdyż mało kto uwierzy mi tu na słowo, być może posądzając na dodatek o pewna egzaltację. Podobnie nie chciano wierzyć młodemu „chłopakowi od krów” Jimowi White, który odkrył i eksplorował te jaskinie ponad sto lat temu. Dopiero fotografie, które trafiły do Waszyngtonu, a konkretnie na biurko prezydenta Coolidge’a, przekonały decydentów o konieczności nadania tym terenom specjalnego statusu – wpierw pomnika przyrody, a kilka lat później (w 1930 r.) – parku narodowego. Na swoją listę chronionych miejsc Światowego Dziedzictwa Ludzkości wpisało również jaskinie UNESCO.

Czy owe fakty czynią moją opinie bardziej wiarygodną? Być może, ale i tak w niczym nie pomogą wyobrazić sobie tego fenomenu przyrody. Podobnie jest jeśli chodzi o fotografie: żadna nie jest w stanie przekazać prawdziwego obrazu bajecznie udekorowanych jaskiń; żadna nie zrobi takiego wrażenia, jakiego się doświadcza patrząc na nie własnymi oczami. Darujmy więc sobie tu dalsze opisy.

Zamiast tego chciałbym się tu podzielić pewną kwestią, która czasami zaprzątała mi głowę, kiedy spotykałem się z niezwykłymi tworami przyrody i obserwowałem przeróżne nań reakcje – i to zarówno własne, jak i innych ludzi. W jaki sposób estetyka natury koresponduje z estetyką, którą stworzył człowiek? Co było na początku – harmonia, którą dostrzegliśmy w przyrodzie i której elementy zaadoptowaliśmy dla potrzeb naszej sztuki, czy też kanon estetyczny stworzony przez nas, a który zaczęliśmy niejako rzutować w otaczający nas świat?
Problem ten można sprowadzić do jednego pytania istotnego: co powoduje, że w naturze dostrzegamy piękno? Pomijam kwestie indywidualne, a więc rodzaj wrażliwości, zdolność do estetycznej sublimacji, inne w każdym człowieku wyczulenie na grę światła, faktury, kształtów i barw… etc. Byłem np. świadkiem setek przeróżnych ludzkich reakcji na widok Wielkiego Kanionu rzeki Kolorado. Mieściły się one w przedziale od totalnej obojętności (ktoś ledwie rzucał na Kanion okiem, i pędził do świecidełek i tandetnych suwenirów, które oferowano tuż obok), po autentyczne łzy zachwytu, mniejszy lub większy estetyczno-emocjonalny szok.
Objawy to skrajne ale charakterystyczne i stanowiące jakby estetyczną i emocjonalną skalę reakcji na ten niezwykły twór przyrody, który niektórzy gotowi są uznać za cud Natury.

To prawda, zdarzają się ludzie estetycznie indyferentni, jednakże większość z nas zdolna jest dostrzec istniejące (czy tylko dla nas?) w naturze piękno. I nazywamy to pięknem – obcowanie z tym jest dla nas przyjemnością. I uznajemy, że jest to dla nas czymś dobrym. Dlaczego? Wydaje mi się, że właśnie dlatego, iż piękno w naturze widzimy w tym, co jest dla nas jednocześnie dobrem i przyjemnością. Zwykle łączy się to z ładem i harmonią, ale niekoniecznie, bo pozytywnie estetyczne wrażenie robią na nas także żywioły… ale pod warunkiem, że nie stanowią dla nas bezpośredniego zagrożenia.

Jednak dobrze się chyba stało, że nie zaprzątałem sobie tym wszystkim głowy, kiedy podziwiałem karlsbadzkie jaskinie. (Jest czas na doświadczenie, wrażenia i czas na refleksję). Oglądałem ten fantastyczny świat dla samej radości poznawania go i eksploracji, spacerując po ciągnących się kilometrami bajecznych komnatach, które z każdego miejsca wyglądały inaczej, ale równie pięknie i zadziwiająco.
Kto by przypuszczał, że to pogranicze Nowego Meksyku i Teksasu, które tworzy monotonna równina rozciągająca się u stóp gór Guadalupe, kryje pod swoją powierzchnią takie cuda? Nic bowiem tego nie zapowiada, kiedy jedziemy po tej rozległej pustyni, a jedynym urozmaiceniem są naftowe szyby i olejowe pompy zwane obrazowo końskimi łbami. no i może jeszcze czasami czmychający nam spod kół struś pędziwiatr, który wprawdzie pędzi gdzieś na złamanie karku, ale któremu chyba już za bardzo nie chce się latać.

.

Część II zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Widok pustynnej równiny teksaskiej z Guadalupe Peak – najwyższej góry stanu Teksas (2667 m. n.p.m.)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć pustyni Białych Piasków w Nowym Meksyku obejrzeć można TUTAJ, jak również w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)

Ponadto, niezwykłe pustynne krajobrazy (położone na terenie Kalifornii i Arizony pustynie Sonora i Mohawe) zobaczyć można TUTAJ oraz (inny zestaw) TUTAJ (Światowid).

PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?

 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

9.9/10

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

YELLOWSTONE

Wróciłem oto z yellowstońskich rubieży. Pora więc przestawić się na zupełnie inne tory – “łono” dzikiej przyrody zamienić na cywilizacyjne teatrum wielkiego miasta. Stało się to szybko: dwie godziny jazdy samochodem z parku Yellowstone do Idaho Falls, stamtąd trzy kwadranse lotu samolotem nad Górami Skalistymi do Denver, a z Denver – dwugodzinny lot do Chicago. I oto złote kaniony Yellowstone ustąpiły miejsca ulicznym kanionom chicagowskiego downtown.

Mimo zmiennej pogody wyjazd był udany. W ciągu kikunastu dni przeżyłem wszystkie poru roku: od zimowego śniegu i gradu, przez wiosenno-jesienne burze deszczowe z piorunami, po piękne słoneczne ciepłe dni lata. Kiedy pogoda nie pozwalała na cieszenie się parkiem, można się było zaszyć z książką i herbatą z rumem, gdzieś przy kominku w jednej z kilku yellowstońskich górskich lodge (czyli schronisk- zajazdów).
Te przerwy były nawet wskazane: można było bowiem odpocząć zarówno po chodzeniu po szlakach (a w Yellowstone jest gdzie chodzić, jako że znajduje się tu blisko  1,5 tys. km. “utrzymywanych” szlaków), jak  i po… fotografowaniu – choć tego ostatniego zajęcia nigdy nie jest mi za dużo.

Zanim zdołam uporządkować jakoś swój fotograficzny plon wywieziony z Yellowstone, tudzież napisać coś konkretniejszego, chciałbym przedstawić mały wybór pochodzących z niego zdjęć.
Przy okazji dziękuję wszystkim tym, którzy zechcieli TUTAJ zajrzeć i zostawić dla mnie (oraz dla innych Gości tego bloga), parę przyjaznych słów.

**

Yellowstone pełen jest „nieziemskich” zakątków.

*
*

Gorące źródła bywają też kolorystycznie wysublimowane – wręcz koronkowe, a nawet subtelne i delikatne.

*

Bajecznie kolorowe gorące źródło nad rzeką Firehole (Górna Kotlina Gejzerów).

*
*

„Odlotowe” faktury Grand Prismatic Springs (Środkowa Kotlina Gejzerów).

*

Mama grizzly ze swoim bobasem (obserwowana z odległości ok. 150 m. – stąd niezbyt dobra jakość zdjęć).

*

Wymowne spojrzenie innej bestii – starego bizona (niech nas jednak  nie zwiodą te niewinne oczęta – bizony zabijają ludzi niemal każdego roku).

m
*

Zmierzch nad Wyoming

m

Wieczorne pożegnanie z gejzerem Old Faithful.

*

Więcej o Yellowstone dowiedzieć się można z następujących wpisów:

*

KRAINA WIECZNYCH CZARÓW

*

ZDJĘCIA:

YELLOWSTONE: PANORAMY

– fantastyczne twory termalne: KOLORY YELLOWSTONE

– fauna: ZWIERZĘTA (Światowid)

NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie

*

Piękno to jeden z atrybutów, jakie przydajemy Naturze

* * *
Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu – jak pisał Nietzsche.
Ale życie to także poddanie się owemu „flow” Natury – skore lub bezwiedne płynięcie z jej nurtem, poczucie harmonijnego z nią współistnienia, współdziałania, swoistego sojuszu i zjednoczenia.
Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni – czasem wręcz błogością lub zachwytem, co możemy nawet nazwać szczęściem.
Taki stan nie trwa jednak stale. Tym bardziej więc należy go docenić – w jakiś sposób starać się zatrzymać i utrwalić.

Coś podobnego można przeżyć będąc na szlaku w górach, w lesie, idąc jakąś dziką plażą, mając tuż obok siebie morze lub ocean.
Ciągnie mnie w takie miejsca zawsze, bowiem obietnica przeżycia tego wszystkiego, doświadczenia takich chwil, działa na mnie jak narkotyk, który (dający się niekiedy we znaki) ból istnienia zamienia zwykle w jego przeciwieństwo, czyli w radość, a czasem nawet i w pewien rodzaj euforii.

* * *

Chmurnie, śnieżnie i strzeliście

Błędem jest chyba traktowanie Natury jako jednego organizmu (choć sam Wszechświat uznaje się za swego rodzaju Jednię). Takie homogeniczne podejście do Natury jest jednak uproszczeniem, bo przecież Natura – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Natury niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Natura może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?

Wszystko to można wg mnie wyjaśnić pewną oczywistością: natura sama jest pełna sprzeczności, istnieją w niej przeciwstawne sobie siły – jest ona czymś nieskończenie złożonym, działającym w wielu kierunkach.
Owe sprzeczności pojawiają się wtedy, kiedy Naturę zaczynamy – tak po ludzku – personifikować.

Nie chciałbym jednak aby ta konstatacja o ścieraniu się różnych – a niekiedy i przeciwstawnych – sił w Naturze, zabrzmiała niczym jakiś współczesna wersja manicheizmu, gdyż złożoność Natury jest czymś o wiele bardziej kompleksowym i skomplikowanym, niż ów manichejski, prosty (bo dwubiegunowy) podział na Dobro i Zło, wyróżnienie tylko sił konstruktywnych i destruktywnych.
Ogólnie można powiedzieć, że każde zastosowanie wobec natury jakichkolwiek ludzkich pojęć nieuchronnie wiąże się z trudnością uchwycenia jej sensu, a wynika to po prostu z naszych ograniczeń. Może też być skutkiem mitologicznych właściwości tworzonej przez nas kultury.

* * *
To co w Naturze wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Naturze jest tożsama z transformacją. (Jest to nic innego, jak przemiana jednej formy energii w drugą.)
Na nas, jak zwykle, większe wrażenie robi zagłada (rozpad) istniejącej dotychczas formy – zwłaszcza kiedy nie jesteśmy jeszcze w stanie dostrzec tej nowej, (a przywiązani jeszcze jesteśmy do starej).

* * *
To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Naturę.

Zabawne, bo „przyginamy” ją do naszych pragnień, tęsknot i wyobrażeń, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Naturę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisię – gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy „fun” … etc. Czyli totalny i dość bezczelny utylitaryzm, który zakradł się nawet do naszych najświętszych ksiąg, które wszak mówią: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Bo człowiek ma być przecież „panem wszelkiego stworzenia”.
Straszne, bo z drugiej strony zdarza się nam patrzeć na Naturę jak na okrutnego Potwora bez czucia, działającego bez celu i bez sensu – doskonale obojętnego na nasze cierpienie, ból i przerażenie. Wobec takiej Natury jesteśmy ledwie mikroskopijnym trybikiem, jedną z „biliona bilionów śrubek wielkiego mechanizmu” (Miłosz) – niewiele znaczącą, bezbronną istotką wykorzystywaną bezdusznie przez gigantyczną, będącą w ciągłym ruchu machinę przemian i transformacji na kosmiczną skalę.

Tutaj zresztą również rzutujemy na Naturę nasze lęki, widma, strachy i demony (jednakże sama świadomość tej projekcji nie jest dla nas żadną pociechą).
Wobec horrendum jakim niekiedy jawi się nam świat przyrodzony, istnieją wszak środki uśmierzające: przymknięcie oczu, zamglenie świadomości, ucieczka w mit, wypełnienie nicości naszą ludzką treścią, powołanie sensu, wytyczenie kierunku i celu… wreszcie uznanie Stwórcy za demiurga dobrego.
Czy też uznanie, że jakiś Stwórca wogóle istnieje.

Czy przebywanie w zażyłej bliskości z Naturą może nas zmienić?

* * *
Miejsce zwane Krainą Czarów, miejsce zwane Rajem – miejsce zwane Piekielną Kuchnią, miejsce zwane Ogrodem Diabła (nota bene wszystkie te nazwy istnieją naprawdę).
Czyli: Natura jako poletko Pana Boga – natura jako dantejskie Inferno.
Wieczne odradzanie – skazanie na zagładę.
Anielskie harmonie niebiańskich sfer, boski ład stworzenia – szatański chaos Universum, pustka zimnego Kosmosu.
To właśnie pomiędzy tymi skrajnościami mieszczą się nasze wyobrażenia o Naturze.

* * *
Człowiek jako boskie ziarno, żywa cząstka Wszechświata, jedna z nieprzeliczonych monad martwo-żywego kosmicznego Organizmu – wypełniony tęsknotą za Stwórcą, próbujący koić się wiarą w Boga.
Człowiek wydarty siłą z niebytu i rzucony bezwolnie w istnienie; marny „pyłek” i „trybik” – jednakże obdarzony jaźnią, czuciem a niekiedy i świadomością absolutnej samotności – wyobcowany, drżący, zagubiony i zalękniony; zawieszony nad otchłanią Nicości.

Kim jesteśmy?
Albo jeszcze mocniej i konkretniej: kim jestem?
Kim jestem wobec Natury, którą chcę zgłębić – lękając się jej i zachwycając się nią? Przerażony i zafascynowany?

* * *
Czy kilkanaście dni spędzonych w górach i lasach – na „łonie przyrody” – mogą kogokolwiek zbliżyć do odpowiedzi na te wszystkie pytania?
Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?
Czy jest to wogóle możliwe, gdy chce się jednocześnie pozostać człowiekem?
Wszak, już tylko używając języka i słów, stwarzamy swój własny świat – nadajemy imiona roślinom i zwierzętom, kreślimy topograficzną mapę uczuć krajobrazu i przyrody, obdarzamy góry, jeziora, drzewa i kwiaty osobowością.

We mgle…

Nazywając świat kreujemy go dla siebie na nowo. Czy jednak ten werbalizm nie oddala nas od poznania tego, co naprawdę JEST? Ale czy zbliżyłoby nas do tego milczenie? Przecież zdarza się, że kiedy milczymy, czujemy jeszcze mocniej, w przeciwieństwie np. do głazu. Czucie wywołuje emocje, a te z kolei „mącą” nam umysł, przez co poznanie staje się jeszcze trudniejsze.
Ideałem bezczucia byłby więc kamień, dzięki czemu, być może, to właśnie on jest najdoskonalej zespolony z Naturą, bo sam należy do jej esencji. W tym kontekście wydaje się, że na przeszkodzie do zgłębienia istoty Natury stoi nasza świadomość.

* * *
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego – po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).

Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć – choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam – unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.

Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest nie tylko ambiwalentny, ale i dziwny. Dziwny, jak my sami.
(No właśnie: może to nie dziwny jest ten świat, a tylko my sami?)

* * *
Relacje między cywilizacją człowieka a światem przyrodzonym (czyli Naturą), to jest temat-rzeka, którego nawet nie próbuję tutaj poruszać, bo mógłby mi on niechybnie eksplodować, roznosząc skromne ramy tego bloga.
Może więc tylko wspomnę o tej disney’owskiej, infantylno-naiwnej perspektywie z jakiej wielu z nas postrzega przyrodę podczas turystycznych, rutynowych wypadów „za miasto”. (A mogłem się na to napatrzeć do woli – choćby podczas częstych wizyt w parkach narodowych.)

Sarenki jak z bajki?

Wynieśliśmy to po części z naszego dzieciństwa, w którym karmiono nas całą masą antropomorfizujących zwierzęta bajek, dzięki czemu przypisujemy teraz nasze ludzkie atrybuty nie tylko zwierzętom, ale samej Naturze. Obdarzamy cechami istot żywych przedmioty martwe, ale również zjawiska przyrody – i temu animizmowi ulegają prawie wszyscy z nas.

Jest to niczym innym jak zwyczajnym oswajaniem świata (albo oswajaniem się z tym światem nas samych); i bywa zwykle czymś bardzo powierzchownym. Z jednej strony niezwykle ujmująca wydawać się może nasza „miłość do zwierzątek”, (dajmy na to głaskanie misia po futerku czy kózki po brodzie – wszystkie te nasze „żabcie” i „kiciusie”, „myszki” i „kaczucie”, „pieseczki” i „cipusie”).
Z drugiej – jakże naiwne i infantylne (ale i niebezpieczne) jest to przeświadczenie, że taki zwalisty niedźwiedź grizzly, tudzież ważący ponad tonę bizon, nie mogą nam zrobić żadnej krzywdy (więc pokarmy ich z ręki, więc posadźmy im na grzbiecie nasze dziecię).

Istnieje również pojmowanie przyrody głębsze – w sposób, w jaki robią to pasjonaci, entuzjaści, naturaliści… a i takich przecież spotkałem: byli to często pracownicy parku, naukowcy, artyści – ludzie, których wiedza przyrodnicza była niczym bezkresny i głęboki Ocean, na swój sposób onieśmielająca i nieco przytłaczająca.
Jednakże i oni nie byli w stanie przekroczyć naszej ludzkiej kondycji, ograniczeń, percepcji. Także i ich wiedza miała swoje granice – i gdy do tych granic docierali, zaczynało się niezrozumienie, które mogło być tylko przełamane wiarą (a u tych „niewierzących” – kolejnym domysłem lub hipotezą).

Dmuchawce, latwce i wiatr w drzewach

* * *
Oto kilka (pierwszych z brzegu) paradoksów, kóre wyłaniają się na styku naszego człowieczeństwa z naturą:

Nie wiadomo gdzie nas prowadzi cywilizacja (choć na pewno coraz dalej od Natury), ale jednak to właśnie ona czyni z nas ludzi.

Do Natury mamy ambiwalentny stosunek, gdyż z jednej strony jesteśmy jej dzieckiem; z drugiej zaś – chcemy się od niej wyemancypować.

Natura nas przyciąga i odpycha zarazem. (Możemy odczuwać wobec niej wstręt, ale również ją kochać.)

Walczymy z naturą a jednocześnie chcemy się stać jej sprzymierzeńcem.

Oddalamy się od natury (czesem wręcz od niej uciekamy), a jednocześnie lgniemy do niej i szukamy w niej ukojenia.

Z jednej strony natura nas rozstraja, z drugiej zaś – harmonizuje.

Zrazu natura wydaje się nam prymitywna, to znów czymś niewiarygodnie złożonym.

* * *

Cisza przed burzą – a w tle dramatyczne pasmo gór Teton (Wyoming)

* * *
Wydaje się, iż poddając się tylko naiwności i ufności dziecka, możemy uznać Naturę za Matkę, a jej dramatyczne teatrum ciągłych a bezlitosnych przemian za „łono” przyrody.

* * *
Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury.
To być może tłumaczy paradoks naszego odbioru Natury: z jednej strony może być ta percepcja po ludzku głęboka, a z drugiej powierzchowna, omijająca istotę rzeczy – czyli po prostu nieadekwatna.

* * *
Niezwykła i zadziwiająca jest ta transformacja w sposobie jaki wielu z nas potrafi zmienić ucieczka przed cywilizacją na owo „łono” przyrody. Muszę się jednak przyznać, że nie lubię tego ostatniego określenia, bowiem wydaje mi się ono trywializować coś, co wg mnie może być głębokim doświadczeniem egzystencjalnym, a nie tylko piknikowym.

Co pozostaje…?

Jest w tym coś z katarktycznego przeczucia: będąc na szlaku – idąc w górach, w lesie, nad oceanem – odnoszę wrażenie, iż staję się innym człowiekiem. Wówczas uświadamiam sobie, że my wszyscy, przytłoczeni dobrodziejstwami i okropieństwami cywilizacji, prowadzimy jak gdyby podwójne życie.
Z jednej strony są w nas trzewia, krew i kości – prawieczna bestia, zwierzę, istota, która wyłoniła się z gliny, mułu i wody; z drugiej zaś – otaczają nas cywilizacyjne przybrania i protezy, które stały się dla nas bardziej realne, niż ta rzeczywistość pierwotnie nam przyrodzona.
Czyni to z nas istoty cudowne, ale i dziwaczne zarazem, rozkraczone między zwierzęcością a człowieczeństwem, miedzy naturalizmem a sztucznością, której już od dawna nie śmiemy nazwać pozytywizmem.
Na razie czekamy co też przyniosą nam te kolejne eksperymenty: z globalizacją i oplątaniem się informacyjną siecią, z manipulowaniem przy genach, nano- i bio-inżynierią, z coraz większą ilością protez, sztuczności i substytutów.

* * *
Moment, chwila, wrażenie,uczucie, impresja…
Może tym tylko jesteśmy?
Może tylko po to żyjemy?
Czyż nie z tego składa się nasze życie?

Czym (dla innych) będą „buty i telefon głuchy”, które po nas pozostaną?

* * *
Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki… biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
Pewnie tak.
Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy, w przeciwieństwie do niej, obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
Mrówka pada – ot, tak sobie.
Ale czy my padamy metafizycznie?

* * *

WSZYSTKIE ZDJĘCIA ILUSTRUJĄCE  TEKST  (z wyjątkiem jednego, ukazującego Grand Teton) POCHODZĄ Z POŁOŻONEGO W STANIE WASZYNGTON PARKU NARODOWEGO MT. RAINIER. WIĘKSZY ICH WYBÓR MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.