ZBRODNIA W RADOŚCI

*

dark street

*

WYMIAR (NIE)SPRAWIEDLIWOŚCI

Kolejna projekcja „Długu” w Chicago. Na tle zalewu polskich filmów „amerykańskich” babrzących się z upodobaniem w półświatku zbrodni i bandytyzmu, film Krzysztofa Krauzego dorobił się opinii dość poważnego studium genezy przestępstwa i sprowokował dyskusje na temat koślawości polskiego prawa karnego, a także granicy, jakiej nie można przekroczyć w obronie własnej.
To wydarzyło się naprawdę: z Wisły wyciągnięto dwa trupy z odrąbanymi głowami. Wszystko wskazywało na mafijne porachunki. Po jakimś czasie na policję zgłosili się jednak prawdziwi sprawcy tego czynu. Byli nim dwaj młodzi ludzie, niedoszli biznesmeni, od których – jak się okazało – przemocą i szantażem wyłudzano pieniądze. Doprowadzeni do ostateczności, nie wierząc w ochronę i skuteczność policji, za jedyne wyjście uznali fizyczną likwidację szantażysty, czyli po prostu zabójstwo. Zostali za to skazani na 25 lat więzienia.
Nie pierwszy raz czujemy coś w rodzaju współczucia, a już na pewno zrozumienia dla kogoś, kto dokonał zabójstwa. Nie mówię o przypadkach oczywistych, kiedy ktoś zabija w obronie własnej, lecz o sytuacji, gdy osoba maltretowana fizycznie i psychicznie, z ofiary przemienia się w zabójcę, sama niejako wymierzając sprawiedliwość, tyle że nie usankcjonowaną prawnie. Nie musimy tutaj sięgać ani do literatury, ani tym bardziej do filmu, który już z samej swej natury „manipuluje” naszymi emocjami, co z kolei mąci nam niekiedy rozum i zaburza ostrość widzenia. Sporo przykładów znajdziemy w otaczającym nas życiu.

Nie każde zabójstwo uważane jest za zbrodnię, np. zabijanie podczas wojny, lub w akcjach służb specjalnych przeciw terrorystom czy groźnym przestępcom – o egzekucji w „majestacie prawa” nie wspominając. W normalnie funkcjonującym społeczeństwie, pozbawienie kogoś życia zastrzeżone jest więc do powołanych do tego jednostek. Kiedy czyni tak kto inny, zawsze uważa się to za ciężkie przestępstwo, z wyjątkiem absolutnie koniecznej obrony przy bezpośrednim zagrożeniu własnego życia. Niezły (bo nie epatujący złem i przemocą) film Krauzego, umożliwia nam poznanie motywów zabójstwa, może nawet utożsamienie się z nieszczęsnymi bohaterami. Jednakże zrozumieć – zwłaszcza w kontekście kolizji z prawem – niekoniecznie już musi oznaczać: wybaczyć. Emocje nie mogą chyba mieć przystępu do sędziowskiej deliberacji, wpływając na decyzję i wyrok sądu. Temida jest nie tylko ślepa. Ona, niestety, musi być także pozbawiona serca… Chociaż w starożytności była nie tylko boginią sprawiedliwości, ale i – mityczną wprawdzie, ale zawsze – opiekunką pokrzywdzonych i potrzebujących pomocy.
Ci z nas, którzy długo nie byli w kraju nad Wisłą, niekiedy ze zgrozą śledzą wybuch przestępczości w Polsce. Oto sytuacja się odwróciła: czujemy się w miarę bezpiecznie w amerykańskim kraju, który – kiedy byliśmy jeszcze w Ojczyźnie – postrzegaliśmy (czasami) jako siedlisko zbrodni, występków, gangów, mafii i ulicznych strzelanin (co, z drugiej strony, w jakiś przedziwny sposób nie psuło nam wyobrażenia Ameryki jako wytęsknionej Ziemi Obiecanej – krainy wręcz mlekiem i miodem płynącej). Teraz, będąc po drugiej stronie Oceanu, patrzymy na polskie społeczeństwo terroryzowane przez oprychów szumnie nazwanych mafiozami (prawdziwa mafia terroryzuje państwo), widzimy Polskę dziczejącą obyczajowo, gdzie mało kto odważy się przejść samemu nocą po ulicy.
Jednak ile w tym prawdy? Czyżby znowu nasze spojrzenie było zmącone, zniekształcone złą perspektywą? A może dostrzegamy jedynie mały i to marginalny wycinek polskiej mozaiki – krajowego puzzla? Przejmować nas to tutaj na emigracji może jeszcze z innego względu: po prostu nie chcemy, by nasz kraj rodzinny stawał się nam coraz bardziej obcy.

PRYWATYZACJA ZBRODNI

Jakby na potwierdzenie tych obaw, w ostatniej książce Stanisława Lema „Świat na krawędzi”, natrafiłem na taki oto passus: „Czy ktoś sobie dawniej wyobrażał, że w Polsce naśladować się będzie Ala Capone i organizować napaści na banki? System miniony leżał na wszystkim jak betonowa płyta, tym samym jednak także udaremniał ruchy osób zbyt skorych do złego. Zbrodnia była upaństwowiona, obecnie zaś uległa prywatyzacji i reprywatyzacji. Zbrodniarzem może być każdy, komu się zechce, jeśli jest dostatecznie zręczny…”
Takie to są historyczne paradoksy i ironia losu. Ceną wolności w Polsce okazuje się być wzrost przestępczości. Powołując się na Lema, możemy spekulować, że skoro zbrodniczość zbankrutowanego systemu nie ma już racji bytu, to niejako drogą osmozy przechodzi ona na indywidualnych ludzi, stając się inicjatywą bardziej prywatną. I znowu jest równowaga (?) – tak jakby ilość zła na świecie musiała być wielkością stałą.
Zło jest zdecydowanie bardziej spektakularne od dobra, a niektórzy twierdzą, że i bardziej pociągające. Stąd dowcipy o nudnym niebie i ekscytującym piekle.
Zło jest agresywne, dobro bardziej pasywne; zło jest krzykliwe, dobro zaś ciche, o czym łatwo się przekonać, zestawiając choćby obok siebie Hitlera i Jana Pawła II – dwóch przywódców z księstw ciemności i światła.
Zło ulega paranoi, dobro skłania się ku melancholii. Dobro (zgoda) – buduje, zło (nienawiść) rujnuje.
Co jest silniejsze?
Lem stwierdza bez ogródek: „Moc sprawcza, moc niszczycielska, a nawet moc przekonująca zła jest daleko większa aniżeli dobra.”
Sąd to głęboko pesymistyczny. Jeśli miałby być prawdziwy, nie wróżyłby naszej cywilizacji dobrej przyszłości. Któż z nas – oprócz etycznych popaprańców zafascynowanych złem – chciałby w to uwierzyć, może nawet pragnąć ostatecznego zwycięstwa zła?
Lem jest ateistą i to może tłumaczyć jego pesymizm. Żaden człowiek wierzący w (dobrego) Boga nie mógłby podzielić jego wiary w dominację zła.

PRĘŻĄC ATLETYCZNE MUSKUŁY

Dość przypadkowo trafiłem niedawno na wystawę pt. „The Nazi Olympics. Berlin 1936”, mającą miejsce w Muzeum Stanu Missouri w St. Louis. Oglądałem jak sport wyglądał dawniej, kiedy jeszcze nie był zepsuty pieniędzmi, technicznymi gadżetami i sztucznym dopingiem, ale kiedy już zaczęła nim manipulować polityka. Przypomniały mi się sylwetki Jessego Owensa i Janusza Kusocińskiego, lecz czułem, jak te moje wrażenia przytłaczane są przez panoszącego się już tam wtedy potwora faszyzmu: wszystkie te, widoczne na każdym kroku swastyki, mundury, bojowość, musztra i wojskowy dryl zaczadzonych już faszystowską ideologią Niemców.
Za każdym razem, kiedy stykam się z faszystowskim fenomenem – szaleństwem jakie ogarnęło Niemcy pod wodzą Hitlera i pod wpływem nazistowskiej ideologii –  dopada mnie nieme, pełne przerażenia, zdumienie. Te nieprzeliczone tłumy ludzi i żołnierzy, składające w ekstazie hołd „Führerowi”! Tym bardziej, że nie stało się to udziałem narodu prymitywów czy ignorantów, a „artystów, poetów i filozofów”!
Być może te kadry z filmowych kronik, czy propagandowych obrazów Leni Riefenstahl, straszą nas tak mocno dlatego, że zdradzają nie tylko opętanie ducha niemieckiego narodu, ale wprost wystawiają świadectwo ludzkiej naturze w ogólności. Najczęściej nie chcemy się do tego przyznać, lecz podświadomie to właśnie przeczuwamy: równie łatwo moglibyśmy się w takim tłumie znaleźć my sami.
Do dziś zdumiewają mnie przemówienia Hitlera czy Goebbelsa. Ta histeria, paranoja i wręcz psychopatia ziejąca wprost z ich gestów, twarzy, mimiki i słów. Trudno mi uwierzyć w tak raptowną przemianę ludzkiej natury – w nagłą mądrość społeczeństw i tłumów – ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne. Owszem, co jakiś czas wyskakuje tu i ówdzie podobne indywiduum, tyle że jest to wybryk raczej lokalny, kacyk będący co najwyżej utrapieniem tubylców, a nie zagrożeniem globalnym. Któż by go więc traktował poważnie na międzynarodowej arenie?
A może jednak jest to tylko złudzenie i nasza stadna straceńczość niepoprawnych lemingów czyha gdzieś w ukryciu, by ponownie przewrócić świat do góry nogami?

POZNAJ SAMEGO SIEBIE

Henry Miller napisał kiedyś, że studiowanie zbrodni należy zacząć od poznania samego siebie. Dostojewski wcale nie musiał tego pisać – takie to było dla niego oczywiste (i z tej oczywistości właściwie powstały jego arcydzielne studia zbrodniczej psychiki, takie jak „Biesy”, „Bracia Karamazow”, wreszcie sama „Zbrodnia i kara”).  W afekcie stać nas na czyny, o które w normalnej sytuacji nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. Nikt z nas nie zna bowiem siebie do końca. Jeśli by tak było, moglibyśmy przewidzieć swoje zachowanie w każdej sytuacji. A na to przecież nas nie stać – bo nie we wszystkich potencjalnie możliwych sytuacjach już byliśmy. Znamy się więc na tyle, na ile nas sprawdzono – lub na ile sprawdziliśmy się sami.
Jak np. zareagowalibyśmy na jawny bandytyzm? Czy w przypływie gniewu nie użylibyśmy drastycznych a dostępnych nam środków, nawet jeśli sami nie bylibyśmy zagrożeni? Czy gdybyśmy tylko mogli, nie zemścilibyśmy się na kimś, kto w bestialski sposób zamordował kochanego przez nas człowieka? Czy zważanie na prawo, miałoby dla nas w takim momencie jakiekolwiek znaczenie?
Usłyszałem niedawno rozmowę z Arturem Pazderskim, współautorem książki „Przestępczość – jak uniknąć jej wpływu?”, który na pytanie dlaczego powstała ta książka, odpowiedział: „Bodźcem do jej napisania było zakatowanie w sierpniu 1997 roku mojego serdecznego przyjaciela. Stało się to w biały dzień w pobliżu dworca w Radości. Obok przechodziło wielu ludzi i nikt nie zareagował. Winni zbrodni byli znani, ale z braku dowodów sprawę umorzono. Policja nie uczyniła nic. W godzinach rozpaczy spotkałem znajomych, którzy pracowali w Komendzie Stołecznej Policji i zwróciłem się z zapytaniem, co możemy zrobić? Okazało się, że nic.”
Również w Chicago znamy tę bezsilność, kiedy żadna moc – nawet policja i prawo – nie mogą zapewnić zadośćuczynienia sprawiedliwości. (Swoją drogą, to jednak ewenement, by reakcją na bandycki napad było napisanie książki.)

SUMIENIE POLICJANTA

Parę tygodni temu popełnił samobójstwo jeden z dziewięciu policjantów z Jefferson Park, podejrzanych o wymuszanie haraczy od zatrzymanych na ulicy (i nie tylko) polskich imigrantów, których straszono aresztowaniem i deportacją. Proces dopiero się rozpoczął, więc nie można tu jednoznacznie stwierdzić winy, choć wiadomo, że FBI oraz wydział Internal Affairs zebrały sporo dowodów obciążających. I powiedzmy sobie szczerze, że te dowody muszą być oczywiste, skoro zdecydowano się na spektakularne wzięcie „kapów” za kołnierz.
Co uderzające, Charles Bowery, ojciec trojga dzieci, który strzelił sobie w głowę w swoim garażu, nie należał do czwórki głównych oskarżonych, przeciwko którym wytoczono najcięższe zarzuty. Nie wyrzucono go nawet z policji. Przeniesiono jedynie do pracy biurowej.
Co więc popchnęło go do takiej desperacji? Jakie to musiało być poczucie winy, które czyniło jego dalsze życie nie do zniesienia? Skądinąd wiadomo przecież, że zbrodnie daleko większe od tych, o jakie podejrzewało się Bowery’ego, niejednemu złoczyńcy zupełnie nie przeszkadzały w kontynuowaniu wygodnego i niczym niezmąconego żywota.

Bardzo nierównie są ludzkie sumienia. To co dla jednego człowieka jest boleśnie gryzącym molem, dla drugiego bywa zaledwie mało znaczącym wspomnieniem (lub w ogóle nie jest pamiętane). Jest w tym jakiś rodzaj (a)moralnej ironii, może nawet złośliwości losu: to właśnie ta cząstka dobra, która jeszcze pozostała w czyniącym zło człowieku, powoduje jego destrukcję. Czasem ma się więc wrażenie, iż najlepiej w świecie mają się ludzie zupełnie tego sumienia pozbawieni. Ale czy wtedy można ich uznać za ludzi?
To jest naprawdę tragiczne i na swój sposób okrutnie paradoksalne: ten policjant na pewno by się nie zabił, gdyby był zwyczajnym sukinsynem. Jak podała prasa, Charles Bowery uważany był za „…wspaniałego ojca, męża i sąsiada. Był praktykującym katolikiem, ochotniczym trenerem szkolnych i parkowych drużyn baseballowych i koszykarskich. Jeździł z dziećmi na wycieczki szkolne. Ścinał trawę sąsiadom…”

FRAGMENTY

Łatwiej jest nam opisywać – i zrozumieć – świat, posługując się uogólnieniami, ale stajemy się przez to bardziej niesprawiedliwi, ulegając na dodatek stereotypom. Równocześnie, popełniając błąd uogólnienia, sami zafałszowujemy sobie rzeczywistość – często pod pozorem jej uproszczenia. Czym, tak naprawdę, niewielu z nas się przejmuje, bo zwykle ułatwia nam to życie i poruszanie się w labiryncie świata. Jednakże, według mnie, sprawiedliwiej – i bliżej prawdy – jest z całości sądzić o cząstkach, niż z cząstki sądzić o całości. Gdyż postrzegamy  zaledwie jakiś niewiarygodnie maleńki wycinek rzeczywistości. To powinno wywołać w nas pokorę, ale – gdzież tam! – zachowujemy się tak, jakbyśmy naszym umysłem świat cały ogarniali
Niestety, bycie zupełnie obiektywnym, nikomu zbyt dobrze nie wychodzi. Potrafimy wygłaszać kategoryczne sądy i opinie o całych grupach ludzkich, narodach i rasach, często nie znając dobrze spośród ich przedstawicieli nikogo. I zwykle posługujemy się właśnie wtedy stereotypami, których nigdy nam raczej na podorędziu nie brakuje. Co znaczące, często taki radykalizm wydaje się źródłem siły i skutecznego wpływu, o czym świadczą chociażby polityczne sukcesy, jakie w pewnych momentach politycznych odnosili ekstremiści, fanatycy i dyktatorzy – o wszelkiej maści populistach nie wspominając.
Dla dobra rozumu jednak nie jest dobrze dać się zakleszczyć ograniczeniami naszego środowiska i redukować całego świata do klatki subiektywizmu, w której najczęściej siedzimy. Nie można chyba sądzić całej ludzkości po wybrykach niektórych osobników, czy nawet pokoleń. Nie oceniajmy człowieczej natury po zwierzęcym zachowaniu się ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Gdyż człowiek w warunkach nieludzkich, sam często staje się nieludzki.
Niestety, dobre mniemanie o Człowieku, nie przychodzi łatwo. Wymaga wysiłku – trzeba o nie zabiegać, nieustannie walcząc z mizantropią w sobie.

O podobnym dylemacie pisał nie tak dawno w jednym ze swoich felietonów Lech Falandysz: „Adwokat, podobnie jak policjant, prokurator czy sędzia, nie powinien oceniać ludzi i moralnego stanu społeczeństwa na podstawie przypadków, z którymi spotyka się w pracy. Musiałby bowiem dojść do wniosku, że ludzie są nieuczciwi, kłamliwi, interesowni i podstępni, a w życiu społecznym króluje oszustwo i przemoc.”
Podobnie, jeśli chodzi o całe społeczeństwo amerykańskie, nie powinno się na jego temat wyciągać ogólnych wniosków tylko na podstawie – dajmy na to – niewiarygodnie głupich telewizyjnych talk-shows. Czy też o amerykańskiej demokracji sądzić jedynie z wyborczego cyrku, jaki miał niedawno miejsce na Florydzie. Stany Zjednoczone są bowiem krajem tak różnorodnym i niejednoznacznym, że wszelkie kategoryczne uogólnienia na jego temat z gruntu muszą być błędne – jako że nie są one zdolne objąć całości (mimo, że noszą pozory słuszności). O Ameryce można wygłosić dwa sprzeczne ze sobą sądy i każdy będzie wyglądał na prawdziwy, gdyż można tu znaleźć dowolną ilość przykładów na poparcie dowolnej tezy. A nic tak nie potrafi zagmatwać sporu jak „nieodparte” argumenty obu stron.

greydot

PS. Rozszerzając nieco formułę bloga, postanowiłem co jakiś czas zamieszczać na stronie Wizji Lokalnej artykuły napisanych przeze mnie przed laty i opublikowane w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst „Zbrodnia w Radości” ukazał się na łamach „Dziennika Związkowego”, 5 – 7 stycznia 2001 r.)

*