TRAGEDIA W BOSTONIE – DEMONSTRACJA SIŁY CZY DOWÓD SŁABOŚCI?

*

Można stanąć obok tego wszystkiego obok, ale w końcu, w taki czy inny sposób, będzie to dotyczyć nas wszystkich. Chodzi o słabość państwa, w którym żyjemy. I nie chodzi mi teraz o kryzys finansowy i ekonomiczny, ani nawet o powódź, która nawiedziła w ostatnich godzinach nasze miasto (bo to wszystko jest do przezwyciężenia). Chodzi mi o to, co dzieje się teraz w Bostonie, a co oczywiście można zdiagnozować w szerszym kontekście – np. narodowego bezpieczeństwa.
Oto dwójka młodych chłopaków, zupełnie zwyczajnych, sympatycznych, przez wszystkich lubianych (jedni z najlepszych uczniów w swoich szkołach, uprawiający sport) paraliżuje na kilkadziesiąt godzin wielomilionowe miasto: niemal wszystkie ulice zamknięte, nie działa komunikacja miejska, zamknięto nawet lotniska (sic!) – zaangażowane w to wszystko dziesiątki tysięcy policjantów, agentów FBI a nawet wojsko.
Wbrew pozorom nie świadczy to o sile, ale wręcz przeciwnie – o słabości naszego systemu obrony, ale przede wszystkim o zupełnym nieprzygotowaniu do tego rodzaju sytuacji. Wydaje się to paradoksalne, ale tak właśnie jest: dowodzi tego wspomniany przeze mnie paraliż kilkumilionowej metropolii oraz zupełna dezorientacja społeczeństwa, nie mającego pojęcia, skąd takie akty terroru się biorą. A dopóki Amerykanie nie będę wiedzieli dlaczego niektórzy ludzie chcą ich zabić – a przynajmniej sterroryzować – skąd się bierze nienawiść do Ameryki w świecie – dopóty ten proces będzie postępował, stwarzając sytuacje znacznie groźniejsze, niż ta w Bostonie.

Czy Amerykanie zdają sobie np. sprawę z tego, że atak na WTC był właściwie zemstą ludzi, którzy odreagowywali fatalną politykę Stanów Zjednoczonych w świecie (zwłaszcza arabskim), forsującą bezwzględnie własne interesy, destabilizującą całe regiony, stosującą wszelkie możliwe środki – które ze sprawiedliwością i etyką zwykle nie miały niczego wspólnego? Czy wiedzą o tym, że oprócz 4,5 tysiąca zabitych żołnierzy amerykańskich zginęły także setki tysięcy Irakijczyków – głównie cywili; że wycofując się z Iraku zostawiliśmy ten kraj w znacznie gorszym stanie, niż przed jego inwazją (którą nota bene oparto na kłamstwie), a ponadto w stanie permanentnej wojny domowej? Czy rozlicza się administrację Obamy – i samego prezydenta – z nielegalnego, gwałcącego prawo międzynarodowe, używania dronów do ataku na terytoria obcych państw, w których zginęło już kilka tysięcy ludzi – w zdecydowanej większości cywilów (kobiet i dzieci – określanych eufemistycznie jako collateral damage?) Czy zdają sobie sprawę z tego, że każdy taki atak produkuje nowych zaprzysięgłych, dozgonnych i zdecydowanych na wszystko wrogów Ameryki? A może na tego rodzaju atak, w którym giną niewinne kobiety i dzieci w czasie wykonywania zupełnie prozaicznych, powszednich zajęć, nie związanych w żaden sposób z działaniami na szkodę Ameryki, spojrzeć z takiej perspektywy, jak na zamach w Bostonie, w którym także zginęły zupełnie przypadkowe i niewinne ofiary? Przecież pod względem etycznym i humanitarnym jest to właściwie to samo. Więc, kiedy dron zabija jednorazowo dziesiątki niewinnych ludzi w Jemenie, Pakistanie czy Afganistanie to cisza, morda w kubeł i wszystko jest OK, a kiedy u nas ginie kilka osób w Bostonie, to wielkie larum na całą Amerykę – i świat!
Nie chcę tu być źle zrozumiany: współczuję rodzinom ofiar zamachu w Bostonie, jak i ludziom, jacy zostali zranieni w zupełnie absurdalnych okolicznościach tego zbrodniczego czynu, którego w żaden sposób nie można usprawiedliwić. Leży mi także na sercu dobro kraju, w którym żyję i któremu wiele zawdzięczam. Ale to właśnie z tych względów wszystko to piszę. Chodzi o to, byśmy to, co się dzieje – a co jednak dotyczy bardziej lub mniej bezpośrednio nas samych – lepiej zrozumieli i poznali mechanizmy, które do takich sytuacji prowadzą – byśmy lepiej zdawali sobie sprawę z ich przyczyn i skutków.

Nie bez kozery wspomniałem z tej strasznej okazji tragicznych zajść w Bostonie o wojnach w Iraku i Afganistanie, o ludziach, którzy giną zabijani przez amerykańskie wojsko i służby specjalne w odległych krajach, bo – jak słyszę w podawanych wiadomościach – właśnie to motywowało braci Carnajew w przygotowaniu tej ohydnej zbrodni. Co najgorsze, jej źródłem nie była jakaś choroba psychiczna, czy kliniczne szaleństwo. Motywy, niestety, były racjonalne – choć, oczywiście, sam akt terroru był absurdalnym gwałtem na przypadkowych ludziach. Ale to gwałt zrodził gwałt: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
Mieszane uczucia mną targały, gdy patrzyłem na te tysiące policjantów, wszystkie te pojazdy opancerzone, uzbrojonych po zęby żołnierzy – na ulicach sparaliżowanego Bostonu (non stop transmitują to teraz wszystkie telewizyjne stacje). Ktoś mógłby odebrać to jako demonstrację siły. Niestety, ja – jak już pisałem – widziałem w tym dowód słabości. Po raz kolejny ktoś pokazał, jak łatwo jest Amerykę zranić – mimo jej domniemanej siły, całych gór pieniędzy wydawanych na tzw. „obronę”, najnowocześniejszych rodzajów broni, sprzętu i technologii… Na nic to się w takich sytuacjach zdaje. Nie tędy droga. Jeśli chcemy coś zmienić, to raczej nie pomogą nam w tym bagnety, rekiety, czołgi i lotniskowce. Te zmiany muszą się dokonać w ludzkich głowach – musi za tym iść zmiana mentalności i podejścia do innych ludzi, zwłaszcza tych, których uważamy za „innych”, „obcych” – gorszych dlatego, że żyją w biedniejszym kraju, i dlatego, że zostali wychowaniu w innej kulturze.
A dwójka chłopaków z Bostonu dopięła jednak swego: zburzyli spokój setek milionów Amerykanów, sparaliżowali całą olbrzymią metropolię, zwrócili na siebie uwagę wszystkich… (w czym, niestety, pomogło im zachowanie władz, służb bezpieczeństwa i amerykańskie media).
Tylko gdzie leżą tego prawdziwe przyczyny?

*

MAŁE POST SCRIPTUM

THAT’S WHAT ALSO WRONG WITH AMERICA

„The New Yorker”: „The decision to shut down Boston, though doubtless made in good faith and from honest anxiety, seemed like an undue surrender to the power of the terrorist act—as did, indeed, the readiness to turn over the entire attention of the nation to a violent, scary, tragic, lurid but, in the larger scheme of things, ultimately small threat to the public peace.
The toxic combination of round-the-clock cable television—does anyone now recall the killer of Gianni Versace, who claimed exactly the same kind of attention then as Dzhokhar Tsarnaev did today?—and an already exaggerated sense of the risk of terrorism turned a horrible story of maiming and death and cruelty into a national epic of fear. What terrorists want is to terrify people; Americans always oblige.”

And our President said: „They failed because the people of Boston refused to be intimidated. They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”

„They failed”?
(Przecież ten atak terrorystyczny udał się im jak najbardziej.)

„the people of Boston refused to be intimidated”
(Przez cały dzień miasto i żyjący w nim ludzie byli sterroryzowani, ubezwłasnowolnieni, musieli siedzieć zamknięci w domu, ulice były opustoszałe, zamknięto komunikację miejską, ustalono „no flying zone”… etc.)

„They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”
(Patrz powyżej)

A na dodatek, drugiego podejrzanego schwytano zupełnie przez przypadek – już po cofnięciu blokady miasta. Na co więc zdała się ta cała armia uzbrojonej policji, agentów i wojska?

W jakiej rzeczywistości (a raczej iluzji) żyje nasz prezydent, a wraz z nim większość naszego społeczeństwa? A może jednak ktoś chce nam wcisnąć iluzję jako rzeczywistość?

*

SANDY HOOK

*

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że pewną część winy za takie tragedie, jaką jest to ostatnie masowe zabójstwo w Connecticut, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar – jak również wnikająca z tego wszystkiego orgia informacji i wiadomości, którymi główne media katują nas non stop od wielu już godzin. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają i w wielu wypadkach jak – nie przymierzając – hieny rzucają się na ochłapy jakichkolwiek informacji, byle tylko zaspokoić głód żerowania na sensacji. Kto wie, czy ta ostatnia tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie tak dawna strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdy” masowego mordu. Kto wie czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem, którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi na całym świecie? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości jakie zapewne żywi wobec siebie zabójca. Być może ten okrutny akt to także wykrzyczenie wobec całego świata własnej desperacji, czy też krzywdy, jaką według niego wyrządził mu ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się wobec tego mniej medialnej burzy a więcej powściągliwości? Może też lepiej byłoby zachować anonimowość mordercy – albo po prostu mniej rozbierać go na czynniki pierwsze i nie czynić kimś wyjątkowym – bo i tak to, co w nim znajdziemy, to będzie rozpacz, gniew, agresja i nienawiść, pokrętne albo wręcz patologiczne relacje rodzinne, a w najlepszym razie psychiczna choroba?
No i – last but not the least – może wreszcie zrobi ktoś porządek z tą tzw. „bronią”, czyli z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy i desperaci, będący w stanie zgromadzić z nich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (Bo tu przecież nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ, ewentualnie o idiotyczne hobby. Najwyższy więc czas by przegonić na cztery wiatry tych wszystkich hipokrytów i cyników z National Rifle Association – jak również wspierające je lobby.)
Jest jeszcze nasz prezydent. Wzruszył się, załamywał mu się głos, ocierał ukradkiem łzy jakie mu się zakręciły w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie, Pakistanie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie w tym także i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Czy on, albo ktokolwiek z jego administracji zająknął się choćby słowem o śmierci kilkudziesięciu palestyńskich dzieci zabitych parę tygodni temu przez izraelskie wojsko – czy ktoś w tych kręgach przejął się tym i wyraził to publicznie? Wbrew pozorom życie afgańskiego, palestyńskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam. Ale i tak to do nich nie dotrze.
*

CZAS PRZEMOCY

*

…(drugiemu) jeźdźcowi dano władzę
zabrania pokoju z ziemi, tak żeby
ludzie wzajemnie się mordowali.
I dano mu wielki miecz.
Apokalipsa, VI, 4.

1. GENY, EROS I THANATOS

*

Wojna jest zorganizowana formą agresji, wojsko jej narzędziem. Kulminacją agresji jest mord. Od zarania ludzkości ciągnie się za nami to Kainowe dziedzictwo – nasza historia jest historią wojen.
Edward O. Wilson w książce „O naturze ludzkiej” sięga do źródeł:
„Niektóre nowe społeczeństwa uznały wojnę za narzędzie polityki, a ci, którzy najlepiej umieli się nim posługiwać, odnosili – co jest rzeczą tragiczną – największe sukcesy. Ewolucja wojny była autokatalityczna reakcją. (…) Wraz z tym, jak społeczeństwo staje się coraz bardziej scentralizowane i złożone, rozwija wyrafinowaną organizacje wojskową i technikę wojenną, a czym większe militarne wyrafinowanie  danego społeczeństwa, tym bardziej prawdopodobne jest to, że rozszerzać będzie swoje terytorium i wypierać rywalizujące z nim kultury. Siłą napędową rozwoju cywilizacji było wzajemne pobudzanie się kulturowej ewolucji i zorganizowanej przemocy, co doprowadziło do tego, że obecnie tylko jeden krok dzieli nas od nuklearnej zagłady.”

Często – w jakimś sensie usprawiedliwiając tym samym wojnę – wskazuje się na agresję jako cechę przypisaną i nieodłączną naturze ludzkiej. Bez wątpienia leży ona u podstaw konfliktów i jest motorem walk między ludźmi.
Czy możemy mówić o wrodzonej, genetycznie uwarunkowanej ludzkiej agresji?
Dziedzicznie jest przekazywana nie tyle agresja jako taka, co predyspozycje i skłonności do niej. Może się ona wyzwolić w pewnych okolicznościach nawet u najbardziej pokojowo nastawionych społeczności – u ludzi, wydawałoby się, niezdolnych do walki i zabijania.

Wszystko wskazuje na to, że w kategoriach biologicznych agresja jest jednak niezbędna do zachowania życia. Ale „agresji człowieka nie należy uważać ani za szatańskie piętno, ani za bestialski instynkt” (Wilson). Nie musi ona przybierać najbardziej destruktywnych i brutalnych form. Darwinowska koncepcja struggle for life zapewniająca ewolucyjny rozwój gatunkowy i dominację nad słabszymi, brzmi już dzisiaj nieco anachronicznie, nie wytrzymując do końca konfrontacji z przyrodniczą rzeczywistością. Ponadto, po to przecież tworzymy kulturową nadbudowę, by nie identyfikować się do końca ze światem zwierząt.

Popełniane w czasie wojen potworne okrucieństwa i zbrodnie, których nie można nawet uzasadnić „racjami” strategicznymi i militarnymi (takimi np. jak żądza podboju, zdobywania łupów, narzucanie swojej woli innym i wykorzystywanie ekonomiczne tych, nad którymi zdobywa się władzę), wydają się potwierdzać pesymistyczną teorię Ericha Fromma: ludzka agresja osiąga czasem patologiczny i nieumotywowany racjonalnie poziom, jakiego nie spotykamy nawet u zwierząt, co tłumaczy się istnieniem w człowieku instynktu śmierci (o którym pisał już wcześniej Zygmunt Freud), skłonności do destrukcji. W koncepcji Freuda Thanatos jest stale obecny w ludzkich dążeniach. Agresja występuje tam w stosunku antagonistycznym do Erosa (dwubiegunowa opozycja Eros – Thanatos). Sięgnął on tym samym do filozofii i religii dalekiego Wschodu, według których zmaganie się między miłością a nienawiścią leży u prapoczątków świata. W doktrynie manichejskiej, konflikt między Dobrem a Złem toczy się odwiecznie w kosmicznym wymiarze. Dla chrześcijan jest to walka między Aniołem a Szatanem.
Zdaniem Freuda wojna jest skutkiem niestłumionej agresji, skierowanym przeciw obcym grupom lub jednostkom nie należącym do danej społeczności. Agresja stłumiona prowadzi zaś do autodestrukcji. Wobec takiej alternatywy nie dziwi chyba obfitość wojen.

*

2. ARCHETYP CIENIA

*

Na irracjonalne, skryte motywy ludzkich zachowań wskazywał też Carl Gustav Jung. Twierdził on, że na życie wewnętrzne człowieka (rozumianego nie tylko jako jednostka, ale i gatunek), a w konsekwencji na jego działanie, decydujący wpływ wywiera tzw. „nieświadomość zbiorowa”, tj. leżąca poniżej progu świadomości warstwa psychiki wspólna wszystkim ludziom, w których są nagromadzone doświadczenia poprzednich generacji. Jest ona potężnym dziedzictwem duchowego rozwoju ludzkości, odrodzonym w konstytucji każdej jednostki. Składają się na nią, oprócz instynktów i popędów, tzw. archetypy. Jednym z nich jest archetyp cienia (przynależny jakby do tej ciemniejszej strony jaźni). Archetypy te ujawniają się w sytuacjach dla człowieka ekstremalnych, granicznych, a więc w momentach rzeczywistego lub urojonego zagrożenia, w konfrontacji ze śmiercią, w sytuacjach konfliktowych wreszcie. Archetyp cienia jest przejawem tej niższej, prymitywnej, zwierzęcej części naszej osobowości, gdzie znajdują się skłonności, namiętności i pragnienia, które trudno jest zaakceptować świadomie ze względu na ich amoralność, niezgodność z wyznawaną przez nas (otwarcie) hierarchią kulturowych wartości. W człowieku i w świecie istnieją tuż obok siebie zarówno dobro, jak i zło, które łatwo może się wyzwolić. Wystarczy tylko nagromadzić odpowiedni materiał, a już tkwiące w człowieku „diabelskie” siły, potrafią nim zawładnąć i go wykorzystać: „Wiadomo, że karabiny same zaczynają strzelać, gdy tylko zbierze się ich dostateczną ilość” – pisał Jung.

Dlaczego, mimo postępów cywilizacyjnych, wysoko rozwiniętej kultury, w której szczególnie wyeksponowane są elementy humanistyczne, liczącego dwa tysiące lat chrześcijańskiego dziedzictwa z jego ideałami miłości bliźniego i przykazaniem „nie zabijaj” – stale wybuchają nowe, coraz to okrutniejsze konflikty i cięgle wisi nad nami realna groźba nuklearnej, apokaliptycznej zagłady?
Jeszcze raz Jung – obrazowo i sugestywnie – próbuje dać odpowiedź:
„Spójrzmy tylko na niewiarygodne okrucieństwa naszego tzw. cywilizowanego świata, okrucieństwo, które rodzi się przecież z ludzi i stanu ich ducha! Spójrzmy na diabelskie środki niszczenia! Stworzyli je, wymyślili szanowni obywatele, którzy skądinąd są ludźmi takimi, jakich moglibyśmy sobie życzyć. A kiedy wszystko biorą diabli i na ziemi zaczyna szaleć nie dające się opisać piekło zniszczenia – nie ma wówczas winnych. Po prostu stało się. A wszystko zrobili przecież ludzie. (…) Nikt nie zdaje sobie w pełni sprawy, że ta w pełni zorganizowana masa zwana państwem lub narodem, poruszona jest przez bezosobową i niewidzialną, lecz straszną potęgą, niekontrolowaną przez nikogo i przez nic. Ta przerażającą siłą jest lęk przed sąsiednim narodem, który podejrzewa się, że jest opętany przez złego ducha. Ponieważ nikt nie jest w stanie zrozumieć, jak bardzo sam jest opętany, rzutuje po prostu własny stan na sąsiada i uważa za swój święty obowiązek posiadanie największych armat i najbardziej trujących gazów.”

Podobnie napisał też kiedyś Robert Musil:
„Najbardziej elementarne przykazania moralne, mówiące że nie można łamać umów, pożądać cudzej własności i zabijać, wciąż jeszcze nie obowiązują w stosunkach między państwami, które wobec siebie nawzajem kierują się jedynie prawem własnej korzyści, realizowanym drogą przemocy, podstępów i ekonomicznego nacisku, przy czym każde państwo w oczach drugiego państwa uchodzi naturalną koleją rzeczy za zbrodnicze, natomiast własnym obywatelom wydaje się wcieleniem ich honoru i moralnej dojrzałości.

*

3. OBLĘŻONA TWIERDZA.

*

Najjaskrawszych przykładów na potwierdzenie tezy o tworzeniu w sytuacjach konfliktowych stereotypu wroga, (którego trzeba zniszczyć), budowaniu i wykorzystywaniu syndromu „oblężonej twierdzy”, dostarczają faszystowskie Niemcy, choć jest to nader uniwersalny mechanizm, działający we wszystkich ludzkich zbiorowościach. Funkcjonowanie agresywnej wojennej propagandy III Rzesza doprowadziła do perfekcji, opierając się głównie o prymitywną w sumie „filozofię” nazistowską, której zręby uwidoczniły się wyraźnie już w „Mein Kampf” Hitlera, a zostały rozwinięte wkrótce przez serwilistycznych ideologów faszyzmu. Mistrzem propagandy okazał się Goebbels, a zasady perswazji, jakimi zaczął się on kierować indoktrynując społeczeństwo niemieckie, okazały się niezwykle skuteczne. Było to przed wszystkim odwołanie się do „pierwotnych” instynktów nacjonalistycznych, archetypicznej miłości Matki Germanii, „serca” narodu bijącego najmocniej w podgrzanej emocjonalnie atmosferze odwiecznej tradycji i heroicznych mitów. Wszystko to miało niewiele wspólnego z racjonalną oceną sytuacji, za to pławiło się i nurzało po uszy w gęstej i lepkiej zupie iluzji, przesądów i złudzeń; także w marzeniach o nadludzkiej wręcz potędze i władaniu nad światem. Zaczęła obowiązywać jedna jedyna „prawdziwa” idea, zaczęto bezwzględnie zwalczać wszystkich myślących „inaczej ” – konformizm stał się naczelną zasadą funkcjonowania jednostki w społeczeństwie, dzięki czemu wola propagandystów stawała się coraz bardziej „wolą” całego narodu.

Szczególną wagę propaganda faszystowska przywiązywała do filmu, obwołanego bronią nowoczesnej Europy, i uznanego za  znakomity nośnik dominującej ideologii, „równie skuteczny jak karabin i działo”. Wprzęgnięto więc kino – ale również inne rodzaje sztuki – w masową indoktrynacje i lansowanie nazistowskich „cnót”, tez i ideałów: kult mocy, siły i fizycznej sprawności, pięknego ciała – zachwyt nad urodą aryjskiej rasy i głoszenie konieczności zachowania jej czystości (Rosenberg: „Nordyk staje się synonimem świetlistości, aseksualizmu i niebiańskości”), wiara w „boską” misję führera, monumentalizm i odwołanie się do germańskiej mitologii. Dalej: idealizowanie wojny i śmierci bohaterów, nadawanie temu cech patetycznych; gloryfikacja odwagi, wytrwałości, wyrzeczeń dla narodu i ojczyzny, rozpalanie patriotyzmu, bezgranicznego posłuszeństwa, stosowanie racji opartych jedynie na prawie i dyscyplinie, głoszenie pruskiego ideału żołnierza, masowej solidarności w walce z wrogiem, niezłomny opór aż do końca.

Przygotowanie gruntu pod ekspansywną agresję i jej usprawiedliwienie, wymagało stworzenia w społeczeństwie mitu „oblężonej twierdzy”, mającego z kolei na celu zrodzenie więzi zagrożenia. Dokonywano tego posiłkując się wszystkimi dostępnymi środkami przekazu, głównie za pomocą filmu, radia i prasy. Obcym przypisywano oczywiście wszelkie negatywne cechy – zdemoralizowanie, tchórzostwo, okrucieństwo, zidiocenie, awanturnictwo, warcholstwo, zezwierzęcenie, fizyczną szpetotę… itd.; Niemcom – cechy wyłącznie pozytywne.

*

4. EUFEMIZM I PRZEMILCZANIE

*

Oprócz typowych metod agresywnej propagandy – takich jak: lansowanie własnej ideologii i tworzenia odpowiedniej struktury społeczno-politycznej, podkreślanie własnej wyższości (rasowej, moralnej, intelektualnej, militarnej…), rozpalanie patriotyzmu (czyt. nacjonalizmu), napastliwości i kreowanie urojeniowego obrazu wroga, ideowa „dywersja” i zachowanie pozorów „prawdy” (podkreślanie tej”prawdy”); karykatura, przesada i oczernianie – należy także zwrócić uwagę na szeroko stosowaną i perfidną w swojej istocie metodę eufemizmów. Oto np. w kuriozalnym  „Kolbergu” (dla potrzeb realizacyjnych filmu zaangażowano 185 tys. pełniących czynna służbę żołnierzy – w 1944 roku!), na polecenie Goebbelsa wycięto sceny, jego zdaniem zbyt realistycznie przedstawiające okropności wojny, choć pochłonęły one czwartą część ogromnego budżetu filmu.
W faszystowskich kronikach nie można było ukazywać śmierci niemieckich żołnierzy. Kto zwracał uwagę na straty ponoszone przez Niemców, oskarżany był o defetyzm. Nie było to zjawisko nowe. W czasie I wojny światowej istniał powszechny zakaz przedstawiania w kronikach filmowych trupów, które milionami wówczas zalegały pola bitew; zatrutych gazem żołnierzy wypełniających kilometrowe okopy i transzeje. Ta cenzura obowiązywała po obu stronach frontu.

Eufemizm i przemilczanie ma uniwersalny charakter. W serialu „Wojna i pamięć”, który miał ponoć ambicję ukazania wszelkich okropności II wojny światowej, o zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki wspomniano dyskretnie, i jakby wstydliwie. Pełne pokazanie katastrofy i jej skutków – zmiecione z powierzchni ziemi dwa olbrzymie miasta wraz z setkami tysięcy ich mieszkańców – byłoby nietaktem? Na pewno wprowadzałoby jakąś dyskomfortową dwuznaczność. W filmie Formana „Hair”, bombastyczne, napuszone, grające na patriotyzmie i chwale amerykańskiego oręża przemówienie wyższego rangą oficera, kierowane do odlatujących do Wietnamu żołnierzy, przerywają nagle ogłuszające dźwięki muzyki i nieoczekiwany komentarz o „wnętrznościach zaplątanych w kolczasty drut”, o „rozrywanych granatami ciałach”… Na twarzach dowódców pełna konsternacja, graniczący z paniką popłoch. Rozwiązaniem sprawy okazuje się ostrzelanie megafonu.

*

5. WSPÓLNOTA ZŁA

*

Istnieje mocne i proste w zasadzie, psychologiczne uzasadnienie podtrzymywania syndromu zagrożenia ze strony wroga, zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych, w stanie wojny. Wtedy to integracja grupy jest niezbędna zarówno do ofensywnego, jak i defensywnego skutecznego działania. Wówczas też znaczna część wyobraźni kreująca obraz wroga ma charakter wyraźnie urojeniowy. Rozsądek, poczucie realizmu jest stępione specyfiką sytuacji i okoliczności. Zaczynają tez działać mechanizmy związane z psychologią tłumów (nietolerancja, impulsywność, autorytaryzm, podatność na sugestię, bezkrytyczne uleganie wątpliwym autorytetom…). Pożądane jest wszystko, co umacnia więź grupową i pozwala się z nią identyfikować: przekonanie o własnym posłannictwie, wyjątkowości, bohaterstwie, boskiej opatrzności, a także poczucie krzywdy oraz przydawanie sobie wszelkich możliwych cnót.

Natomiast wizerunek wroga maluje się w najczarniejszych barwach – przypisuje się mu wyłącznie cechy negatywne, staje się on doskonałym przeciwieństwem własnego image. W skrajnych przypadkach odmawia mu się w ogóle cech ludzkich. Łatwo jest wtedy zabijać, mając ponadto satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku – własne sumienie zastępuje wówczas ideologia.
Wszelkie odstępstwa od tych zasad stawiają człowieka poza wspólnotą, grożą wykluczeniem ze zbiorowości, bowiem zdają się kwestionować nienaruszalność wspólnie wyznawanych wartości, podważać bezwzględność i słuszność takich konsolidujących i mobilizujących pojęć jak patriotyzm, honor, ojczyzna, bohaterstwo, żołnierski obowiązek. Erich Maria Remarque musiał uciekać z hitlerowskich Niemiec, gdyż groziła mu tam śmierć. Był przez faszystów znienawidzony. Uważano, że „Na Zachodzie bez zmian” jest paszkwilem na „ducha narodu”, osłabia morale (sic!) młodych żołnierzy. W przedwojennej Polsce pacyfiści też nie byli mile widziani, podobnie jak w innych krajach Europy, która szykowała się wówczas do krwawej jatki, jaka miało już wkrótce nastąpić.
Zresztą także w Ameryce patrzono z potępieniem na tych mało walecznych. Charlie Chaplin kiedyś nie wytrzymał tego „bojowego ducha” i wygarnął: „W obozach ćwiczebnych uczono ludzi walki na bagnety – jak trzeba wrzeszczeć, rzucać się naprzód i wbijać ostrze w bebechu wroga, jeśli utknie w jego pachwinie, to strzelić mu w brzuch, by je uwolnić. (…) Nie lubię, kiedy mi mówią kogo mam zabijać i za co umierać, a wszystko w imię patriotyzmu.”
Oczywiście po tej wypowiedzi prasa odsądziła Chaplina od czci i wiary, właśnie za brak patriotyzmu. Szeroko znana jest nagonka, jaka się rozpętała w Ameryce za jego bezkompromisowość, niezależność w formułowaniu sądów i nonkonformizm.
Podobny los spotkał także Witolda Gombrowicza, który miał odwagę skrytykować napuszono-sztuczną manifestację niektórych naszych narodowych „świętości” (np. w „Transatlantyku”) i otwarcie zamanifestować swoją pacyfistyczną postawę: „Ale ja nie tyle bałem się wojska i wojny, ile tego, że mimo najlepszej woli nie mógłbym im sprostać. Nie jestem do tego stworzony. Dziedzina moja jest inna. Rozwój mój od najwcześniejszych lat w innym poszedł kierunku. Jako żołnierz byłbym katastrofą. Przysporzyłbym wstydu sobie i wam. Czy myślicie, że jeśli patrioci tacy jak Mickiewicz lub Szopen nie wzięli udziału w walce, to jedynie z tchórzostwa?” – pisał Gombrowicz w „Dzienniku”.

*

6. CZY WRÓG TO BRAT?

*
Symptomatyczne są tu dzieje niektórych dzieł literackich, czy filmowych, zakazanych czy też zwalczanych z powodu nie przystającej do oficjalnej wersji patriotyzmu i obowiązków wobec opanowanego przez militaryzm państwa.
W przypadku „Towarzyszy broni” Renoira nastąpił sprzeciw cenzury wobec sposobu przedstawienia żołnierza niemieckiego – ukazanie jego ludzkiego oblicza wzbudzało zbyt wiele sympatii. „Najeźdźcy” Pabsta – dyskomfortowa dla Niemców, rodaków reżysera, (ale i także dla Francuzów) symboliczna scena zbratania się rannego Francuza z umierających Niemcem; „Na Zachodzie bez zmian” Milestone’a – ekranizacja należącej do klasyki pacyfistycznej książki Remarque’a, zawierająca podobne w wymowie epizody, w Niemczech kategorycznie zakazana; „Ścieżki chwały” Kubricka – wstrząsający film, przez kilkanaście lat zakazany we Francji ze względu na ukazanie francuskich oficerów w nader niekorzystnym świetle, obnażający ich bezduszność wobec własnych żołnierzy, traktowanych jak armatnie mięso, poświęcanych „dla dobra sprawy”; wreszcie pamfletyczny obraz Losey’a „Za króla i ojczyznę” – ujawniający bezwzględny mechanizm działania wojskowej machiny „sprawiedliwości” (dla niektórych była to prowokacyjna konfrontacja z obowiązującym dotychczas, bohaterskim i pełnym chwały obrazem angielskiej armii i jej przywódców).
Można jeszcze tu wspomnieć o dwuznacznej moralnie postaci porucznika Diestla (Marlon Brando) z „Młodych lwów”, nakręconych według głośnej książki Irvina Shawa pod tym samym tytułem – spojrzenie na niemieckiego oficera jak na zupełnie podobnego nam człowieka, uświadomienie sobie jego ludzkich uczuć, słabości, wahań, szlachetności, tragizmu wreszcie… podważa przyjęty (i uznany przez naszą stronę) porządek świata. To, że walczymy z takimi samymi jak my ludźmi, nie może bowiem dotrzeć do naszej świadomości, gdyż osłabiłoby to naszą waleczność i determinację, skuteczność w „eliminacji” przeciwnika. Dlatego w wojsku nie mówi się o zabijaniu, ale eufemistycznie o „uszczuplaniu stanu liczebnego jednostek nieprzyjaciela”. Na ćwiczebnych tarczach strzelniczych człowiek zredukowany jest do doskonale anonimowej sylwetki, z „dziesiątką” nieco poniżej zarysu hełmu.

*

7. CZY ŻOŁNIERZ TO PSYCHOPATA?

*
Oto bez mała szokujące stwierdzenie, jakie padło z ust płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”) podczas wywiadu udzielonego „Polityce”:
Wilk: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną” (podkreślenie własne).

Tak więc „psychopatyzacja” jako przystosowywanie (przygotowanie) do pewnych warunków (sytuacji) historycznych, społecznych i kulturowych? Psychopatyzacja, czy też raczej wtłaczanie człowieka w pewne ramy systemu przemocy – wymuszanie na nim zachowania zgodnego z oczekiwaniami grupy, bo przynoszącego jej korzyści? Żołnierz, jak by na niego nie patrzeć, jest także państwowym narzędziem do zabijania. Wszystko wskazuje na to, że nie może się to wszystko obejść bez depersonalizacji, czyli pozbawienia człowieka (do pewnego stopnia) osobowości, tak by lepiej mógł się on znaleźć w nowej, przypisanej mu przez społeczeństwo (państwo)  roli. Ciekawe, że dr Wilk wiąże to także z socjopatią, choć wydaje się, że takie zachowanie jest społecznie pożądane, czyli stanowi niejako socjopatii przeciwieństwo.

Być może użyte tu sformułowania są postawione nieco na wyrost, niemniej jednak jest coś na rzeczy z „wykrzywianiem” psychiki kandydata na żołnierza, a już na pewno istnieje mnóstwo dowodów na traumatyzm doświadczeń frontowych, w wielu przypadkach uniemożliwiających późniejsze, normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jest to chyba cena, jaką musi człowiek zapłacić za to, że brał udział w czynach, które obnażyły przed nim pierwotną okrutność zabijających się wzajem osobników Homo sapiens – wszystkie te momenty, kiedy człowieczeństwo zostaje odarte z kulturowej waty a pozostaje tylko zew krwi – nagi zwierzęcy instynkt.
*

8. SKARCENIE PIOTRA

*
Dopóki wątki pacyfistyczne i antywojenne (w literaturze czy filmie) są przez odbiorców rozpoznawalne i i pozostawiane w sferze wartości ogólnych, wyjęte z kontekstu narodowego i politycznego, dopóty nie budzą oporu i sprzeciwu. Ale jeśli tylko zaczynają dotykać spraw zakodowanych w społecznej świadomości jako nienaruszalne, przedstawiać w nieco inny niż zwyczajowo przyjęty sposób, poddawać w wątpliwość i podważać ustalony system narodowych wartości, wtedy zaczynają się kontrowersje, podnoszą się nawet głosy oburzenia – następuje efekt naruszenia tabu (o czym świadczą podane wyżej przykłady).

Czy na pacyfizm należy patrzeć z wyrozumiałą pobłażliwością jak na utopię? Z ideami pacyfistycznymi spotykamy się na różnych szczeblach rozwoju cywilizacji człowieka, w różnych kulturach i epokach. Były one przeciwległe biegunowo agresji, destrukcyjności, wrogości i nienawiści. Można chyba powiedzieć, że dialektyczne ścieranie się wypływających z nich myśli i wartości, wyznaczało kierunki naszego rozwoju cywilizacyjnego. Pacyfizm ma więc mocne przesłanki: odrzucenie przemocy jako wymóg determinowany czynnikami natury religijnej, filozoficznej czy etycznej, postulat o tolerancji, wzajemnej współpracy i sukcesywnej poprawy stosunków między narodami; łagodzenie napięć i konfliktów, redukcję zbrojeń (lub rozbrojenie), rezygnację ze stosowania siły w rozwiązywaniu międzynarodowych sporów.
Inną sprawą jest jego skuteczność. Tylko w ubiegłym wieku i tylko w Europie wymordowało się wzajemnie i wyniszczyło ponad 100 mln. ludzi, w ogromnej większości deklarujących się chrześcijanami, a więc uważającymi się za naśladowców Jezusa Chrystusa, który skarcił Piotra Kefasa za dobycie i użycie w jego obronie miecza. W takiej rzeczywistości pacyfizm naprawdę  może się wydać jakimś irracjonalnym wyznaniem wiary.

Odrzucenie przemocy i dążenie do osiągnięcia społecznego celu bez gwałtu, było centralnym punktem filozofii duchowego przywódcy Indusów, Mahatmy Gandhiego. Jego postawa, podobnie jak w przypadku Jezusa z Nazaretu, realizowała się w wymiarze archetypicznym, stąd zdolność Ghandiego do porwania za sobą całych rzesz. Wykorzystanie jedynie siły, która rodzi się z prawdy i miłości (satygagraha), działanie negujące przemoc wyniósł on do rangi zasady etycznej (idąc w ślady Lwa Tołstoja, pod którego wielkim wpływem kształtowały się poglądy Gandhiego). Miało to przynieść konkretne, wymierne i praktyczne skutki: „Walka bez gwałtu nie sprowadza się u mnie jedynie do prostej zasady systemu filozoficznego… To nie jest cnota zakonna mająca spowodować spokój wewnętrzny i zapewnić indywidualne zbawienie. Jest to najskuteczniejszy i nieofensywny sposób, aby dać wartość prawom politycznym i ekonomicznym tym wszystkim, którzy są ciemiężeni i wyzyskiwani.”

Max Weber nazwał etykę niestosowania przemocy „etyką pariaską”. Gandhi potraktował ja w innych kategoriach, umieścił w innym obszarze – udowodnił, że może być bronią słabych i bezbronnych. Jednak, jak uważają zwolennicy tej doktryny, ta słabość nie jest słabością ducha. Przeciwnie, wymaga wielkiej siły wypływającej z niezłomnych moralnych zasad. Ten paradygmat jest silnie osadzony w myśli chrześcijańskiej: czerpanie mocy z cierpliwości, łagodności, miłości, współczucia, miłosierdzia,  prawdy i piękna, użycie tego do przemiany świadomości i postępowania adwersarzy. Podobnie jest w filozofii buddyjskiej, której najbardziej znanym na świecie reprezentantem, głosicielem i nauczycielem jest Dalaj Lama.
*

9. CZY ZASŁUGUJEMY NA POKÓJ?

*
Jak wynika z naszych dziejów, przemoc jest siłą, która nieuchronnie i bezpowrotnie niszczy nasze najwyższe, uniwersalne wartości: ludzkie życie, miłość i zaufanie, harmonijną współpracę, wiarę w moralny porządek świata i elementarną sprawiedliwość… Choć jest ona czymś, co można wytłumaczyć, to czy można ją również usprawiedliwić?
Wybór przemocy jako sposobu naszego działania – i to bez względu na intencje i motywacje – wiąże się zawsze z koniecznością ponoszenia odpowiedzialności. Niepostrzeżenie możemy też stać się podobni do naszych wrogów, którym przypisujemy wszelkie zło. Niestety, bardzo rzadko jest ten wybór świadomy. Ale czy nieświadomość może tu kogokolwiek  usprawiedliwić?
Znane jest stwierdzenie Remarque’a, że na wojnie wszystkie ofiary są w jakimś sensie winne. Rozwija tę myśl i uzasadnia Jean-Paul Sartre w swoich żołnierskich wspomnieniach i zapiskach z frontu. Oto fragment jego „Dziwnej wojny” dotykający problemu indywidualnej odpowiedzialność każdego człowieka biorącego udział w wojnie:

„Mówi się, że ludzie nie zasługują na pokój. To prawda. Prawda po prostu w tym sensie, że uczestniczą w wojnie. Nikt z ludzi obecnie zmobilizowanych (siebie naturalnie nie wykluczam) nie zasługuje na pokój dlatego, że gdyby naprawdę zasługiwał, nie byłby tutaj. Ale mógł zostać zmuszony, poddany presji… Nie! – był wolny. Wiem oczywiście, że poszedł na wojnę wierząc, że nie może postąpić inaczej. Ale ta wiara jest złudna. I dlaczego tak zdecydował? Odnajdujemy tu wspólnictwo. Przez inercję, bezwładność, respekt dla siły, strach przed potępieniem… Ponieważ rozważył szanse i wyliczył sobie, że mniej ryzykuje podporządkowując się, niż sprzeciwiając (…) – z pychy, głupoty, naiwności, konformizmu, niedostatku wyobraźni – ze strachu przez samodzielnym myśleniem. Ponieważ jest bojowy jak kogut. Oto dlaczego na wojnie nie ma niewinnych ofiar a ludzie nie zasługują na pokój.”

A Ty – czy zasługujesz na pokój?
*

Albrecht Dürer, „Czterech jeźdźców Apokalipsy” (fragm.)

*

WOJNA JAKO WIDOWISKO

Wojna jako pornografia szaleństwa, atawizmów i okrucieństwa – bombastyczna euforia „Czasu Apokalipsy”.

*

STRASZNA I FASCYNUJĄCA

Na wojnę patrzymy zarówno z przerażeniem i odrazą, jak i fascynacją. Jest ona stałym elementem naszej „kultury”. Pełno jej na ekranach kin i telewizorów, pełno w literaturze… Co nie dziwi wobec faktu, że to właśnie wojna, gwałt i przemoc były w dużej mierze tym, co kształtowało naszą cywilizację.
Oczywiście wiemy dlaczego wojna nasz przeraża. Ale co powoduje, że wydaje się nam ona fascynująca? Na czym polega wojenna atrakcja? Dlaczego tak chętnie piszą o wojnie „ludzie pióra” i z takim entuzjazmem biorą się za ten temat filmowcy? Co powoduje, że my sami z patrzymy na nią z takim zainteresowaniem, zadziwieniem i uwagą, ale i ekscytując się nią,  często poddając przy tym nasze myśli i nerwy wielkiej próbie wytrzymałości?
Co nas tak w wojnie pociąga?
Otóż wiele.

Jej dramatyzm. Wojna postrzegana jako najwyższe i najgłębsze doświadczenie człowieka. Mobilizująca wolę i zmysły, wyostrzająca ludzkie uniwersalia… Na wojnie żyje się szybciej (i krócej), przeżywa intensywniej, zapomina o cenie (i wartości) życia. To nie tylko okrucieństwo pcha ludzi do walki, ale również dreszcz podniecenia. To nie tylko chęć potępienia i smutna zaduma nad fatalizmem wojen przyciąga nas widzów przed ekran, ale także siedzący w każdym z nas okrutny podglądacz walki gladiatorów. Największe historie opowiadane przez człowieka, największe tragedie i poematy nie mogą się obejść bez wojen – bez tego bogactwa i dramatyzmu ludzkich losów, zakręconych wojenna zawieruchą. „Iliada”, „Pieśń o Rolandzie”, „Wojna i pokój”, sienkiewiczowska trylogia, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny”

Jej fatalizm. Niestety, wszystko wskazuje na to, że dopóki na ziemi będzie istniała ludzka cywilizacja, dopóty będą wojny. Reszta jest chyba utopią i pobożnym życzeniem. „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoja drogę” (by wybuchnąć) – uważał Brecht, a Camus konstatował: „Często się zastanawialiśmy gdzie mieszka wojna i co czyni ja tak podłą i ohydną. Teraz już wiemy gdzie mieszka wojna – w nas samych.” A więc wojna jako nieodłączna część ludzkiej egzystencji. Czy to nie wystarcza aby się nią zająć?

Jej fotogeniczność. Tak jest! Każdy z nas, wiecznych chłopców wie, jak wspaniale na ekranie wygląda wielka batalistyka. Obraz bitwy – co jest bardziej godne malarskiego płótna? (Chyba tylko kobieta.) Kiedy jako szczenięta oglądaliśmy westerny, każdy facet musiał mieć zatknięte za pasem dwa colty, a w najgorszym wypadku jeden, no i trup musiał się ścielić gęsto. Inaczej to nie był western. Sowieckie filmy wojenne tolerowaliśmy tylko dlatego, że do kręcenia scen batalistycznych angażowano w nich po parę dywizji wojska i bitwy na ekranie wyglądały bardziej spektakularnie, niż te, które odbyły się w rzeczywistości.

Jej okrucieństwo i absurd. A jednak sądzę, że większość twórców obiera sobie ten temat, by wyrazić swój sprzeciw wobec wojny – zamanifestować swoją niezgodę na rozsiewane przez nią zło. Najlepsi z nich nie wyrażają tego wprost, lecz pośrednio. Ich film to np. studium charakterów. Analityczna próba ogarnięcia wpływu, jaki wywiera wojna na ludzką psychikę, myślenie, postępowanie i osobowość oraz na relacje z innymi ludźmi.

Wojna to nie tylko walka na śmierć i życie. To także walka o duszę człowieka. Jean-Louis Trintignant zatruwa swoim cynizmem serce młodego rekruta w filmie „Fiesta”.

MIĘDZY NAMI, KUTASAMI

Oto oglądam „Fiestę”. Francuski obraz z hiszpańską wojną domową w tle. Na pierwszym planie: cyniczna postać starego pułkownika Masaquala (Jean-Louis Trintignant) i Rafaela, młodszego syna jego szlacheckiego przyjaciela. Masaqual staje się dla chłopca prawdziwym mentorem z piekła rodem. By jak najszybciej zrobić z niego mężczyznę (jak na ironię sam pułkownik jest homoseksualistą), przydziela go do plutonu egzekucyjnego i Rafael przechodzi chrzest bojowy zabijania, rozstrzeliwując także kobiety, dzieci i księży. Dzieje się to podczas wojny domowej, jednak narodowe rozdarcie i walka klas nie jest     głównym tematem „Fiesty”... choć czasem przypominają się słowa Saint-Exupery’ego: „W wojnie domowej linia ognia jest niewidoczna, przechodząc przez ludzkie serca”. Film skupia się na dialogu między pułkownikiem a świeżym rekrutem. Pojedynek to nierówny: cynizm i przebiegłość contra idealizm i zwątpienie. Oto próbka chłodnej i sarkastycznej tyrady Masaquala: „Jest to wojna bogatych z biednymi. Tak naprawdę to nie chodzi tu o żadną Ojczyznę, ani o honor, ani o ideały. Tu chodzi o władzę i pieniądze. My, żołnierze, jesteśmy kutasami i walczymy z kutasami. Wygra ten, kto jest większym kutasem.”

WAGNER W DŻUNGLI

Wracam do „Czasu Apokalipsy”. Film niezapomniany. Daleki od frontowego dokumentu. Wojenna rzeczywistość ulega tu zdecydowanej deformacji – film Coppoli jest niczym surrealny fresk epoki atomu i napalmu, monstrualne wyolbrzymienie i tak już zniekształconego wizerunku wojny. Już samo zestawienie muzyki Wagnera z rozległą panoramą skąpanej w ogniu dżungli, narzuca obrazowi specyficzny, patetyczny klimat. Na tym tle postacie dwóch szaleńców-antagonistów przynależą zdecydowanie do sfery metafor i symboli. (Myśli biegną ku „Jądru ciemności” Konrada, także do „Podróży do kresu nocy” Celine’a.)
Biorąc pod uwagę jedynie zewnętrzną warstwę wizualno-fabularną filmu, można mu wiele zarzucić: nieprzystająca do tematu barokowość, swoistą „bizantyjskość”, niebezpiecznie zbliżające się do dziwaczności wyrafinowanie (manieryzm gry Marlona Brando?), niezbyt jasne intencje czy przesłanie… Ale atmosfera „wietnamskiego obłędu” została tu ewokowana z niezrównaną siłą artystycznego wyrazu a sam obraz zdolny jest podziałać na widza wręcz piorunująco – ta metaforyka przestaje być mentalną zabawką bawiącego się w oglądanie kina  i napawającego się wojennym spektaklem vouyera, a staje się czymś, co zbliża nas do odkrycia samego rdzenia atawistycznej żądzy mordu.

LŚNIĄCE MIĘŚNIE RAMBO

Zgoła inaczej mają się sprawy z wojennymi widowiskami, których posądzenie o artyzm byłoby już czystym nieporozumieniem, bowiem prezentują one estetykę krwistego befsztyku i bezsensownych fajerwerków. Wszystkie te filmy klasy B bezmyślnie eksploatujące gwałt, brutalność i przemoc, dla których wojna jest ledwie pretekstem do ukazania na ekranie infantylnej a krwawej jatki.
Weźmy choćby takiego „Rambo”,a zwłaszcza jego kolejne części (bo część pierwsza „First Blood” jest jednak odrębnym zjawiskiem i nie do końca przystaje do tego, co chcę tu napisać o Rambo w kontekście późniejszych eksploatacji tej postaci) , o całej masie epigońskich obrazków klasy „C” nie zapominając).
Przy czym, warto zaznaczyć, że nawet tego typu zjawiska mają głębsze podłoże – można tu bowiem mówić o fenomenie Rambo.
Imponujące, napięte mięśnie Stallonego dzierżącego w męskim uścisku dłoni potężny, równie imponujący karabin (analogicznie rzeczy mają się w „Conanie”, „Terminatorze”, „Komandzie”…) wywołują wśród nastoletniej widowni dreszcz ekscytacji,  zachwytu i uwielbienia. Identyfikacja z tego typu bohaterem, przeżywanie jego zwycięstw i potęgi, jest zastępczą formą realizacji własnych, często nieuświadomionych pragnień, marzeń, popędów i skłonności. Rambo – będąc supersprawną maszyną do zabijania – wystrzeliwuje i wysadza w powietrze tuziny przeciwników; niekiedy mamy wrażenie, że są to całe wietnamskie pułki. A jednak śmierci wydajemy się nie zauważać – jest ona dla nas abstrakcyjna i umowna.
Poniekąd komiksowy charakter tych takich obrazów stanowi zabezpieczenie przed zagrożeniem widowni. Pod warunkiem jednak, że różnica między ekranową iluzją a rzeczywistością jest rozpoznawalna. W samej swej istocie przecież, kino ma charakter ludyczny, a nawet bajeczny. Stąd ewentualne usprawiedliwienie konwencji, mających uatrakcyjnić filmowe widowisko. Wskazuje się także na kompensacyjny charakter tych obrazów, uważając, że są one swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa dla młodzieżowej agresji, zastępczą formą jej odreagowania. Jednak czy tolerancja nie powinna się kończyć w miejscu, gdzie pod wpływem bezmyślnie i nieodpowiedzialnie wykreowanych wzorców, następuje bardziej lub mniej świadome przyjęcie proponowanych pseudo-wartości, przenoszenie tego ze sfery wirtualnej fikcji do rzeczywistości? Tylko gdzie przebiega ta granica? Wiemy, że zależy ona nie tyle od konkretnego utworu, ile od mentalności widza, jego osobowości, podatności na sugestię i ukrytą perswazję. Również od tego, w jakim on funkcjonuje środowisku. I jeszcze jedno: kto weźmie na siebie ryzyko etycznej oceny tego rodzaju widowisk, narażając się tym samym na dolepienie kompromitującej w permisywnym świecie etykiety moralisty?

Rambo: tępawy osiłek z rozbudowanym instynktem walki czy nieskorumpowany bohater walczący z Imperium Zła?

PRODUKT DLA  PÓŁGŁÓWKÓW?

W „ideologii” obrazów Rambo-podobnych, będących dowodem na „odrodzenie się prawicowych schematów wojennych w amerykańskich fabułach” (jak pisano w „Sight and Sound”), dopatrywano się nawet elementów faszystowskich: „Twierdzenie, że Rambo ma nastawienie praktyczne (a sugerował to sam Reagan – przyp. LA) oznaczałoby groźne  nadawanie prestiżu zjawisku, które nie jest niczym innym jak reakcyjną paranoją. Jego filozofia sprowadza się do skondensowania poglądów graniczących z faszyzmem (…). Najbardziej chorobliwym aspektem fenomenu ‚Rambo’ jest skuteczność z jaką Stallone wykorzystuje uczucia wywołane przez u widza przez reakcyjne poglądy (…). W filmach serii ‚Rambo’ wojna wcale nie jest obrzydliwa. Ona jest olśniewająca jak muskuły bohatera.” („Washington Post”).
Zacytuję jeszcze kilka, miejscami niewybrednych określeń, jakimi obdarzono stworzoną przez Sylvestra Stallone postać rambo: „tępawy osiłek z rozbudowanym instynktem walki”, „nieskażony myśleniem, zrobotyzowany”, zabijaka o „ponuro-zamyślonej intensywności”, „dinozaur okresu zimnej wojny”, „bohaterski kolos, duma nad zgnilizną moralną wszystkich superpotęg”, „psychopata, dla którego jedynym odpowiednim miejscem jest więzienie albo pole walki”. Sam film określono jako „typowy produkt półgłówków wymyślony dla zamulania świadomości naiwnych”.

Z KARABINEM PO STRONIE DOBRA

Można się jednak pokusić o próbę obrony Rambo. Pierwsza część cyklu niesie ze sobą symptomatyczna treść. Rambo okazuje się tu być jednym wielkim wyrzutem sumienia i oskarżeniem społeczeństwa amerykańskiego, obojętnego na los wietnamskich weteranów. Jest tu również sugestia, że amerykańscy chłopcy walczyli w Wietnamie  dzielnie i pełni poświęcenia, ale zdradzili ich wojskowi dowódcy i skorumpowani politycy.
O tym, że Rambo w walce z Królestwem Zła stoi po stronie Dobra i Sprawiedliwości, większość Amerykanów nie wątpiła. Dowodem napisy, jakie można było przeczytać choćby na okładce „Newsweeka”: „Sylvester Stallone przywrócił do życia bohatera amerykańskiej mitologii, odzianego w żołnierski mundur i wymierzającego sprawiedliwość karabinem”.
Dochodzi tu do głosu zastanawiającym dualizm: tradycyjny amerykański konserwatyzm ze swoimi deklaracjami poszanowania prawa i sprawiedliwości z jednej strony, z drugiej zaś – uwielbienie dla mocnego indywidualizmu i sprawnego, autorytatywnego działania. Jednak czy lansowanie tego typu dwuznacznych cnót przez kreacje Stallonego, Norrisa i Schwarzeneggera nie wydaje się cokolwiek chybione a może nawet i niebezpieczne?

Wojenne piekło w dżungli (Willem Dafoe w „Plutonie”)

WYZWALANIE SIĘ OD POTWORA

Być może rozpanoszenie się „ducha Rambo” na ekranach spowodowało odwrót od infantylnego traktowania wojny jako heroicznego spektaklu i pojawienie się w kinach filmów o wymowie zdecydowanie anty-wojennej. Przełomem był głośny „Pluton” Olivera Stone’a, obwołany natychmiast „najbardziej prawdziwym” filmem o Wietnamie. Zaraz po nim powstają dopełniające go obrazy: „Kamienne ogrody” Coppoli oraz „Full Metal Jacket” Kubricka.

„Plutonowi” zarzucano nawet, że jest „surowym dokumentem frontowym” – o ile traktować to można jako zarzut. Wydaje się to być jednak przesadą, bowiem ostro zarysowany konflikt trójki głównych bohaterów ma wyraźnie fabularny charakter, mimo rzeczywiście lekko wyczuwalnej publicystyki. Stone, jak wiadomo, sam walczył w Wietnamie, blisko 20 lat musiał czekać na to katharsis, jakim była dla niego realizacja „Plutonu”: „… tamta wojna skończyła się dla mnie dopiero ostatniego dnia zdjęć. Poczułem się wtedy… dobrze. Wyzwolony od tego potwora z dżungli.”
Obraz Stone’a w sposób wyważony i esencjonalny ogniskuje w sobie wątki najistotniejsze dla zrozumienia charakteru wojny, które były do tej pory albo przesadnie wyeksponowane, albo też ledwie zaznaczone. Żaden z nich w sposób tak uniwersalny, głęboki i sugestywny nie ukazywał traumatycznych przeżyć przeciętnych marines – psychologicznych powikłań  ich służby w Wietnamie. Walka toczy się tu w kilku wymiarach: frontowym – z wietnamskim przeciwnikiem, wewnątrz samego oddziału i w duszy Chrisa (z którym identyfikuje się niejako sam Stone). Żołnierski trójkąt tworzą dwaj antagonistyczni sierżanci: Elias i Barnes, oraz szeregowiec Chris Taylor. Barnes (Tom Berenger) to pozbawione skrupułów, żądne krwi indywiduum o fizjonomii pirata i mentalności psa wojny, przyczajony i małomówny – jego bezduszność i okrutna nieobliczalność budzą w nas dreszcz grozy i niemalże metafizyczny lęk. Elias (Willem Dafoe) – łączy w sobie cechy sprawnego, dobrze wyszkolonego komandosa z rycerską szlachetnością i prawością określoną granicami żołnierskiej powinności. Chris (Charlie Sheen), nieuformowany charakterologicznie i światopoglądowo idealista, stopniowo ulega przemianie – od postawy naiwnego ochotnika patrioty, do realisty zdecydowanego nie tylko ocalić swoje życie, ale i człowieczeństwo. Obserwując zmagania dwóch sierżantów, zmuszony jest do jednoznacznego opowiedzenia się po którejś ze stron. Chris, chcąc ocalić w sobie dobro, musi zastrzelić rannego Barnesa. Zabija go tym sposobem w samym sobie.

Metaforyka „Plutonu” nie ucieka na metafizyczne wyżyny „Czasu Apokalipsy” z jego przeestetyzowanym mistycyzmem. Nie jest też płaską, stereotypową alegorią z arbitralnym podziałem na Dobro i Zło. Film ten jest bez wątpienia utworem do głębi anty-wojennym, nazwano go nawet manifestem pacyfizmu. Nie ma tu patosu monumentalnych batalistycznych widowisk. Jest zamiast tego prawda frontowego życia: wycieńczające do cna, niekończące się marsze przy wtórze niesamowitych odgłosów dżungli i szczękającego żelastwa, lepiące się od potu i brudu mundury i ciała… I zgoła mało chwalebne obrazy walki: zwierzęca żądza przeżycia, paniczny strach rodzący ślepe okrucieństwo, pociski rozszarpujące ciało na strzępy, przejmujące rzeczywiste obcowanie ze śmiercią… C’est la guerre!
A jednak nie łudźmy się, że „Pluton” wstrząsnął umysłami młodych Amerykanów i wybił im z głowy militarystyczne zapędy – właśnie w okresie największej popularności filmu, w armii amerykańskiej odnotowano najliczniejszy napływ ochotników. Być może zauroczonych krzepą Rambo.

DO SAMEGO KOŃCA

Od czasów kiedy Lenin uznał kino za najważniejszą ze sztuk, przeżyliśmy kilka rewolucji medialnych, a obecnie jesteśmy w trakcie gremialnego wsiąkania ludzkich umysłów w internetową breję. Nasze wyobrażenia o świecie coraz bardziej się wirtualizują. To co spotyka się w sieci, uznawane jest coraz powszechniej za prawdziwy obraz świata.
Czy tak było również z kinem w epoce, kiedy miało ono znacznie większy wpływ na masową wyobraźnię, niż teraz? Czy obrazy wojen na ekranach decydowały o pojęciu, jakie miała o niej tzw. „szeroka” widownia?
Na pewno ten wpływ był większy w przypadku, kiedy widz nie znał wojny z autopsji. Wtedy był on bardziej podatny na artystyczną perswazję filmowego twórcy, który tym łatwiej mógł mu przekazać własną wizję wojny. Albo wykorzystać jego nieświadomość i niewiedzę do osiągnięcia pewnego propagandowego czy też politycznego celu. Wprawdzie film jest tylko rozrywką, niemniej jednak zawsze w jego podtekstach, poza ludyczną fasadą, znajduje się coś, co jest kulturowo (również społecznie i historycznie) istotne. Jakiś symptom naszych czasów, wyznacznik masowego stanu świadomości, kierunku w którym zmierza nasz cywilizacyjny wehikuł.
Kino to również medium, które wydatnie przyczynia się do kształtowania zbiorowej pamięci historycznej. W tym pamięci o wojnach, które prowadziliśmy w przeszłości z regularnością wręcz obsesyjną. A skoro wojna w kinie lub literaturze pozostaje tak wdzięcznym artystycznie tematem – spektaklem, który nigdy się nie znudzi – to możemy być pewni, że ten ekranowy show będzie trwał jeszcze długo… Być może aż do momentu, kiedy już nie będzie nikogo, kto mógłby nakręcić jakikolwiek film, i to niekoniecznie o wojnie.

THE END

Wojna – nigdy niekończący się spektakl („Czas Apokalipsy”)

*

WOJENNA SCHIZOFRENIA

Wojna. Jeśli uznaje się, że zło jest brakiem dobra, to konsekwentnie można uznać, że wojna jest brakiem pokoju. Brzmi to oczywiście i logicznie, jednakże jest to oczywistość cokolwiek zwodnicza. Bo podejrzewamy, że zło nie jest wcale brakiem dobra tylko istnieje autonomicznie, niezależnie od przejawów dobra. Podobnie wojna. Nie jest żadnym brakiem. Jest świadomym działaniem człowieka, choć jest to działanie, które najczęściej wymyka się spod ludzkiej kontroli.
To nieprawda, że kiedy zbierze się dostateczna ilość karabinów, to zaczną one same strzelać – jak mawiał C. G. Jung. Bo przecież musi być ktoś, kto pociągnie za spust, kto naciśnie guzik. Oczywiście nie Bóg, ani nie diabeł, czy jakaś fatalistyczna siła – tylko człowieka. Lecz warto tu jednak sobie uzmysłowić, iż w tym, że sprawcą wojny zawsze jest człowiek, tkwi nie tylko jej tragiczny fatalizm. Tkwi również – co może wydawać się paradoksem – sama nadzieja.

*

Braterstwo walki i obłęd zabijania, "męstwo" i strach, euforia i cierpienie ("Piękna wieś pięknie płonie")

DZIEJE PEWNEGO MOTTA

Swego czasu przygotowywałem dla miesięcznika „Film na Świecie” cykl, który nosił tytuł „Człowiek wojujący” i pod pretekstem omawiania sposobu, w jaki kino ukazywało wojnę, zajmował się samym mechanizmem wojny – jego społeczną, psychologiczną i propagandową stroną.
Potrzebowałem motta.
I oto, całkiem przypadkowo, w książce Egona Naganowskiego o twórczości Roberta Musila znalazłem taki oto kwiatek, który wyszedł spod pióra nie kogo innego, jak Tomasza Manna w 1915 r. (czyli w czasie I wojny światowej). Wielkopisarz stwierdził: „Wszystkie cnoty i cała piękność Niemiec rozkwitają dopiero podczas wojny”.

Wiedziałem, że Mann pisał swoje „Dzienniki” także w okresie II wojny światowej, będąc już na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Byłem więc pewny, że znajdę w nich antytezę do tej szowinistycznej gloryfikacji wojny, ukazując w ten sposób, jak ambiwalentny bywa stosunek ludzi wobec wojny, nawet jeśli chodzi o umysł tego samego człowieka i to umysł powszechnie uznany za wybitny.
No i proszę, na co trafiłem:
„Co zamierza los pozwalając na tryumf czegoś najpodlejszego i najbardziej szatańskiego, co świat widział? Sytuacja jest przerażająca, to tortura dla rozsądku i uczucia” – pisał Mann w 1940 roku.

WSPANIAŁA  MIARA  CZŁOWIEKA

Przykłady świadczące o dwoistym stosunku człowieka do wojny można by mnożyć. Ralph W. Emerson, XIX-to wieczny amerykański piewca wiary w postęp społeczny i moralny na gruncie kapitalizmu, twierdził: „Wojna kształci umysły, pobudza wolę do akcji, doskonali konstytucję fizyczną, przywodzi ludzi w krytycznym momencie do tak nagłego i bliskiego starcia, że można wtedy człowieka mierzyć człowiekiem”.
To, że pochwałę wojny głosił słynny generał Patton, raczej nie dziwi: „Bitwa to najwspanialsze współzawodnictwo, w jakim może człowiek brać udział. Przynosi ze sobą wszystko to, co najlepsze, ujawnia prawdziwą podstawę rzeczy. W czasie bitwy każdy się boi. Tchórz jest tym, kto pozwala, by jego strach przezwyciężył poczucie obowiązku. A ten obowiązek jest istotą męstwa”.

GENERALSKIE WYZNANIA

Dziwi raczej to, że na szczerość wyrażania swojej opinii o wojnie decydują się ludzie, dla których – jak by się wydawało – jest ona żywiołem i racją profesjonalnego bytu.
Generał Robert E. Lee, głównodowodzący wojskami Południa w czasie wojny secesyjnej (1861 -1865), w której zginęło około 600 tysięcy ludzi (liczba jak na ówczesne warunki niewyobrażalna), pisał w jednym ze swoich listów: „Jaką okrutną rzeczą jest wojna, rozdziela i rujnuje rodziny i przyjaciół, niszczy najczystszą radość i szczęście, do jakich Bóg dopuszcza nas na tym świecie; napełnia nasze serca nienawiścią zamiast miłością (dla naszych sąsiadów); dewastuje i szpeci jasne oblicze tego pięknego świata”.

Kiedy podczas tej samej wojny domowej mieszkańcy Atlanty prosili generała Shermana, aby oszczędził ich miasto, ten odpowiedział: „Nie możecie określić wojny w bardziej ostrych słowach, niż ja to robię. Wojna jest okrucieństwem i nie można tego zmienić”.
Kilkanaście lat później, tenże generał w przemówieniu do armii amerykańskiej powiedział: „Wielu z was patrzy na wojnę, jak na coś podobnego glorii; ale – chłopcy – ona jest piekłem. Możecie przekazać to ostrzeżenie przyszłym pokoleniom. Patrzę na wojnę z przerażeniem”.
Tak rzekł generał William Tecumseh Sherman, który spalił w końcu Atlantę a zaraz potem urządził ze swoją 150-tysieczną armią pamiętny marsz 50-milową ławą przez Georgie, zabijając, paląc i niszcząc wszystko, co spotkał na swojej drodze.
Nie mamy więc powodów, by nie wierzyć jego słowom.

KREW I ABSTRAKCJA

Wojna zawsze rozgrywa się jakby na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi polityka: wojskowo-rządowy establishment, na warsztacie którego wojna posiada wymiar teoretyczny, w pewnym sensie abstrakcyjny (plany, cele, plansze, statystyka…) Drugi poziom to front – okopy, czołg, samolot, okręt, przemieszczanie się wojska i walka… – czyli tam gdzie bezpośrednio ścierają się walczący ze sobą ludzie; tam gdzie leje się krew, łamią się kości, umiera się na polu bitwy, dogorywa w polowym szpitalu lub przymiera głodem w jenieckim obozie.

W tej właśnie konkretnej strefie rozgrywa się film Sergieja Bodrowa „Jeniec Kaukazu”. Jego uniwersalizm (nota bene obraz ten powstał na kanwie jednego z opowiadań Lwa Tołstoja) polega m. inn. na tym, że ukazuje on wojnę jako ponadczasową przypowieść o ludzkiej konieczności ciągłego przezwyciężania fatalizmu nadzieją., co wydaje się naiwne, ale jednak niezbywalne.
Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie i wojna rosyjsko-czeczeńska nazwana jest po imieniu („Jeńca Kaukazu” kręcono w górach Dagestanu, 30 km. od Groznego), to polityczna istota tego konfliktu nie odgrywa w nim żadnej roli. Jest to więc obraz wojny zdecydowanie apolityczny i dlatego bardziej wyraziście odmalowują się w nim ludzie z krwi i kości – ich humanizm, intencje, pasje, uczucia i emocje – dokładnie tak, jak napisał to Tołstoj przed 150 laty, po swoich doświadczeniach wojennych na Kaukazie, gdzie służył jako oficer carskiej armii. Jego opowiadanie ma coś z wiecznego mitu, dla którego czas i dekoracje z epoki nie mają znaczenia. Liczy się zakorzenienie w człowieczej duszy.

W wojennym zamęcie ("Jeniec Kaukazu", reż Sergiej Bodrow)

CZY WRÓG JEST CZŁOWIEKIEM?

Napisać, że „Jeniec Kaukazu” to kolejny utwór o wymowie antywojennej, byłoby wobec tego filmu banalnym nietaktem. Bowiem zasadniczą cechą obrazu Sergieja Bodrowa jest jego unikalność, która nie pozwala, by umknął on szybko naszej pamięci.
Choć rzeczywiście – to, że widzimy na ekranie opowieść o prawdziwych ludziach po obu stronach frontu, nie jest w historii opisu wojen czymś nowym. Wystarczy przypomnieć sobie „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, gdzie autor nie staje ani po stronie „swoich”, ani „wroga”, tylko przedstawia nam ludzkie istoty (i ich reakcje), których właściwie tylko przypadek stawia po przeciwnych stronach barykady (frontu), „zmuszając” ich tym samym do wzajemnego mordowania się.

Partyzanci kaukascy biorą do niewoli dwóch młodych rosyjskich żołnierzy. Abdoul, jeden z bardziej znaczących ludzi w wiosce, zamierza wykupić nimi swojego syna, który dostał się do rosyjskiej niewoli. Więźniów pilnuje niemy Hasan i młodziutka, 13-letnia dziewczyna, córka Abdoula. Nagła bliskość tych obcych sobie ludzi zmusza ich do spojrzenia na siebie, jak na człowieka, a nie jak na wroga. To właśnie na tej prostocie elementarnego ludzkiego doświadczenia wydaje się opierać siła przesłania filmu, które w całej pełni ujawnia się nam w jego finale i zakończeniu.

LIRYZM I ROZPASANIE

„Jeniec Kaukazu” –  uznany na jednym z canneńskich festiwali za najlepszy film pokazany poza konkursem – różni się diametralnie od filmu Srdana Dragojevića „Piękna wieś pięknie płonie” zajmującego się wojną na terenach byłej Jugosławii, filmu pełnego okrucieństwa, gwałtu, destrukcji, śmierci, pożarów… Wyglądało na to, że serbscy twórcy chcieli nim odreagować własną traumę, jaką uderzyła w nich wojna domowa szalejąca w ich kraju. Rosjanin Bodrow jest w swoim „Jeńcu Kaukazu” bez porównania bardziej powściągliwy w obrazowym ujawnianiu wojennego gwałtu i okropieństw. Mało tego: jego wizja jest bez mała liryczna – ale tym liryzmem szorstkim, prostym, oszczędnym surowym… niczym góry Kaukazu i ich mieszkańcy (same scenerie, wśród których rozgrywa się akcja filmu, są niebywałe, a na dodatek pięknie sfilmowane).
Tak więc mamy rozpasanie „Piękna wieś pięknie płonie” i oszczędność „Jeńca Kaukazu” – a oba filmu zdecydowanie antywojenne (bynajmniej jednak nie pacyfistyczne).
Który sprzeciw mocniejszy? Czy ma to jakiś związek z temperamentem, sposobem odczuwania, rodzajem wrażliwości?
Na pewno tak, choć można wybrać różne drogi wiodące do tego samego celu. Ważna jest skuteczność… choćby tylko w oddziaływaniu na świadomość widza, bo przecież filmami trudno jest zapobiec jakiejkolwiek wojnie.

 BEZ UROJEŃ

Wojna w Czeczenii postrzegana jest przez niektórych w szerszym kontekście – jako jedno z ognisk zapalnych na granicy ścierania się cywilizacji chrześcijańskiej z islamem. Choć doprawdy armia rosyjska (a właściwie sowiecka) według mnie tyle miała wspólnego z chrześcijaństwem, co miały kiedyś faszystowskie hordy Hitlera. Ponadto uznanie, że pamiętne wypadki w Groznym są przejawem ofensywy cywilizacji islamskiej, byłoby niezbyt poważne, trącące na dodatek jakąś urojoną teorią spiskową – tym razem na globalną skalę.
Film Bodrowa daleki jest od takich dywagacji, choć islam jest w nim widoczny bardzo wyraźnie. Przyczynia się jednak to tego, by uświadomić nam tezę o wspólnocie wszystkich ludzi, bez względu na ich kulturowy czy też polityczny backgroud.
„Jeniec Kaukazu” porusza nas także swoją mądrością – cechą niestety rzadko widywaną nie tylko na ekranach kin, ale i w mediach popularnych czy kulturze masowej. A mądrość ta – jak każda mądrość – jest prosta. Mówi nam, że sztuka życia w dużej mierze polega na umiejętności przebaczania. Wojnę zaś można zakończyć tylko wtedy, kiedy zrezygnuje się ze ślepej nienawiści i krwawej zemsty.
I jeszcze jedno: pokój nie jest wcale brakiem wojny. Jest ciągłym, wymagającym od człowieka nieustannej uwagi, wysiłkiem.

*  *  *

Wojenne upojenie - życie na morderczym "haju" ("Piękna wieś pięknie płonie", reż. Srdan Dragojević)

*