PODGLĄDANIE WIECZNOŚCI

.

Mój dom rodzinny na Podkarpaciu

Śnieżnobiała szadź – piękno (na chwilę) zatrzymane. (Zdjęcie własne: mój dom rodzinny na Podkarpaciu.)

.

“…chybił celu życia, kto nie zaznał goryczy rozpaczy,
choćby jego życie było nie wiem jak piękne i radosne”
Soren Kierkegaard, “Albo-albo”

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.

Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?

A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe), jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…

A może jednak początkiem czegoś innego?

.

ZDĄŻYĆ NA CZAS (wspomnienie o Małgorzacie)

*

Pomyślałem dziś o Małgorzacie. Wróciłem do wpisu jaki jej poświęciłem trzy lata temu (to niewiarygodne jak ten czas szybko mija, ciągle ukazując nam rzeczywistość w coraz to innych konfiguracjach). I znów słowa tam zawarte nabrały dla mnie innego – szczególnego – znaczenia. Jak np. te: „Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.” To uderzające, że Małgorzata (Defendo), wypowiedziała tu dokładnie to samo, co – odległy, jakby się wydawało, o światopoglądowe antypody – ksiądz Jan Twardowski w swoim słynnym wersie: „Śpieszmy się kochać innych. Tak szybko odchodzą”.  Przypomniała mi się również jedna z naszych rozmów, jaką odbyliśmy pod jej tekstem „Nie chciałam, samo wyszło”.

*

Logos Amicus: Defendo, Twoje stwierdzenie „nie chciałam, samo wyszło” to są wg mnie słowa kluczowe dla całej tej sytuacji, którą tutaj opisujesz. Zresztą, nie tylko dla niej. Może dla całego naszego życia – dotycząc również egzystencji każdego człowieka?
Właśnie: czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?
Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, mogę skonstatować: znów dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
Archetypy są właśnie naszą próbą – niekiedy rozpaczliwą próbą – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność. Dzięki nim chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy aby archetypy służyły naszemu poznaniu.
Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?
Nie wiem…

Defendo: Logosie – też nie wiem. Archetypy mogą występować w formie symboli (albo personifikacji), a ich treść może być wyrażona tylko przy pomocy metafor.
Metafory uważam za jedno z narzędzi poznania.
Bywają jednak groźne. Potrafią generować nazizm, nienawiść rasową, wojnę.
Zadałeś wiele pytań. Nie znam odpowiedzi.
Tak jak nie wiem, co właściwie mi wyszło, w miejsce tego, co zamierzyłam. Ten chłopak usiłował kogoś zabić – przy pomocy noża. Nie mam pojęcia, co czuł, kiedy wyjmował pozornie zakrwawiony nóż z chleb-ciała, któremu przypisaliśmy wcześniej tak wiele znaczeń. Nie umiem opowiedzieć jego twarzy. Tej niesamowitej ciszy. Jakby wstrzymali oddechy.
Mam nadzieję, że wtedy każdy z nas coś zrozumiał, ale straciłam kontrolę nad tym, CO pojęli inni. Jeśli nie pojęli, to przynajmniej odczuli.
A chciałam tylko uwrażliwić ich na to, że tylko prawdziwa sztuka ma prawo dotykać najważniejszego, że jest sfera sacrum (ściśle chroniona, której nie wolno niszczyć) i sfera profanum, dostępna wszystkim, ale w której nie wolno nurzać rzeczy naprawdę istotnych.
Nie wiem, co trzymał w dłoni ten chłopak. Nie wiem, czy te sfery są rozłączne. Może zdarza się czas i miejsce, w których mieszają się bez uszczerbku dla tabu?
Od czego to zależy?

Logos Amicus: Defendo [wybacz] (…) ale, niestety, odnoszę nieodparte wrażenie, że te Twoje zakrwawione sztylety ocierają się o kicz.

Defendo: (…) Oczywiście, że to kicz – zamierzony i wykonany („biełyje rozy”, czarne tło, sztylet – a tak naprawdę kord oficera Marynarki Wojennej, sztyletem nie dysponuję, krew tak czerwona, że aż wiadomo, że nierzeczywista). Ten rodzaj kiczu, który chciałam zdezawuować i obrzydzić moim podopiecznym. Właśnie dlatego przygotowałam całą tę „spaloną” scenkę.
Nic TU się nie ociera o kicz – jest kiczem, jak inkrustowane sztucznymi brylantami tipsy panienki wracającej ostatnim podmiejskim autobusem z dyskoteki, jak sceniczny biustonosz Madonny, jak tekst pretensjonalnej piosenki. Kicz zamierzony i wykonany. Zdarzenie z chlebem straciło [jednak] część cech kiczu – i nadal nie wiem, czym się stało.

Logos Amicus: (…) Nie spodziewałem się, że tak łatwo mi przytakniesz.
A już szykowałem się na coś w rodzaju obrony kiczu…
Chciałem wspomnieć o operach, malarstwie Dalego, tajskich świątyniach, „Bohemian Rhapsody” zespołu Queen…
Czyli o kiczu, który czasami przemienia się w arcydzieło.

Defendo: Wiem, przecież się rozumiemy ;)
Jasne, że bardziej niż dosłownie.

* * *

Ktoś pod pożegnalnym wpisem o Małgorzacie napisał: „Wierzę Małgosiu i poprzez uczucia jakie mi towarzyszą teraz, próbuję po raz enty zrozumieć niepojętą tajemnicę życia i śmierci…
Quietus est – perpetus sopor!

Na co starałem się odpowiedzieć:  Jest niepojęta, a i tak próbujemy zrozumieć. Choć nigdy nie zrozumiemy – najwyżej poddamy się wierze lub jakiemuś przekonaniu. A może tu nie ma nic do zrozumienia, tylko do… pogodzenia się z tym lub… nie pogodzenia? Perpetus sopor. Czyli sen, z którego nie można się przebudzić? A może jednak – poza czasem – nie ma ani wiecznego snu ani przebudzenia?
A jest tylko trwanie lub nieistnienie?

Kto to wie?

* * *

DROGA I HORYZONT

polna droga w zimie

*

Za horyzontem, który sami kreślimy
(bo przestrzeń nieskończona nie mieści się nam w głowie)
jest kraj nieznany pełen wszystkich pór roku
gdzie pogodnym latem nie myśli się jeszcze o zimie
ale chmurną jesienią pamięta się już tylko wiosnę,
która była i której już nigdy chyba nie będzie

*

Kres mrozi wszystko a może wszystko spala?
Może wszystko pozostaje takie samo
i nic nie może zamienić się w nic?
Być może nie będzie już wtedy niczego
i wszystko znajdzie się tam gdzie było
na początku, który zarazem był końcem
tego, co miało się stać i powstało
ostatecznie z niczego – by trwać i zginąć
by zginąć i trwać

*

Tu naszą miarą odmierza się czas
(bo niekończąca się wieczność mąci nasze myśli)
pracują dla nas zegary i biją nam dzwony
na radość lub na trwogę – a nie ma to znaczenia
dla kogoś kto już jest po drugiej stronie – tam

dokąd prowadzi każda z naszych dróg

*

* * *

Zdjęcie własne (polna droga zimą na Podkarpaciu)

W TWOICH OCZACH…

*

*

I
*
Czy zobaczę w Twoich oczach wieczność?
(kiedy już wreszcie będziemy razem –
dwa czujące pyłki rzucone w otchłanie Kosmosu)
*
Czym jest bicie naszych serc
wobec ogromu
i chaosu Wszechświata
który może ładem jest
podległym prawom nieodgadnionego Boga?
Któż to wie?
*
Co pozostanie…
po nas, z nami, w nas?
Gdzie przetrwają nasze ślady?
Czy to możliwe
poza czasem i przestrzenią
kiedy już materia nie zda się na nic?
*
I I
*
Dotyk dłoni, czy spojrzenie
uśmiech, słowo, pocałunek…
ból albo szczęście
wszystkie nasze sny i jawy
zagubione i odnalezione miłości
*
Chwila spełnienia
która zapala się
w naszych ciałach i umysłach
i która gaśnie…
*
I I I
*
Zatrzymać moment
chłonąć istnienie
być, czuć, kochać…
a po nas choćby potop
i pożoga
zimne bryły meteorów
i popiół spalonych gwiazd…
*
W Twoich oczach chcę zobaczyć wieczność
i to byłaby odpowiedź Boga
na wszystkie moje pytania
*
* * *

DEFENDO O ŚMIERCI

samo tak wychodzi… (fot. defendo)

„Defendo odchodzi… tak jak chciała… bez bólu, jęków i majaczenia…. spokojnie…”

*  *  *

Gdyby nie te słowa, które pojawiły się niedawno na blogu Defendo, tego wpisu nie byłoby. Niczego bardziej nie chciałbym sobie (?) życzyć. Niestety, słowa te nadal tam są i odkąd je przeczytałem, próbuję jakoś się z nimi uporać. A to trudne. Również dlatego, że wywoływały one we mnie różne uczucia: zaskoczenie, konsternację, niedowierzanie, zmieszanie, żal, smutek, współczucie, bezradność…
Defendo jest kobietą niezwykłą. Obecną w mojej świadomości od samego początku mojej przygody z prowadzeniem bloga (a więc od ponad dwóch lat). Jej bezkompromisowe, kontrowersyjne, przenikliwe i świetnie napisane teksty czytałem zawsze z wielkim zainteresowaniem. Podobnie jak dyskusje, które one prowokowały, gromadząc z czasem spore grono czytelników. Trudno mi sobie wyobrazić to, by na blogu Defendo nie pojawił się już żaden nowy wpis. A tymczasem wróciłem do starych. I przypomniało mi się, co o śmierci – a było to dokładnie dwa lata temu – napisała Defendo w tekście pt. „Akt woli”, którego fragmenty pozwolę sobie tutaj przedstawić (cz. I), uzupełniając to wyrywkami z wypowiedzi Defendo w komentarzach (cz. II).

I.

Wracam z najdalszej podróży i wciąż nie chcę rozpakować walizek.
Właściwie jest dobrze. Ani o jeden księżyc za wiele czy za mało. Tyle uderzeń serca, ile trzeba. Nie za wiele gwiazd. Dom. Ostrożność wobec obcych. Tyle ciepła dla bliskich, ile są w stanie znieść. Wszystko akuratnie poukładane. Na swoim miejscu. Buty, rękawiczki, książki. Nawet cierpienia w miarę, tyle ile należy wytrzymać, żeby odróżnić od niego radość nie-cierpienia. Starannie wybrana muzyka z absolutnie posłusznego głośnika. Ludzie i zwierzęta troszczą się o mnie. Kwiaty przyzwoicie umierają w wazonie, w którym codziennie zmieniam wodę.
Zadbano i o to, żeby dzwonek powiadamiał mnie o wizytach.
– Kto tam? Jestem nieubrana, proszę poczekać!
– Nie szkodzi, wielu zastaję nieubranych.
– Kim jesteś?
– Aniołem Twojej śmierci. Przyszedłem zabrać Cię na spacer.
Za drzwiami stoi wspaniały okaz ludzkiego samca: elegancki, pięknie pachnący, doskonale ubrany, uśmiechnięty. Patrzy mi prosto w oczy.
– Nie znam Cię, chociaż masz w sobie coś znajomego…
– Znasz, znasz. Zanim się urodziłaś – byłaś martwa. Potem umierałaś wiele razy.
– Naprawdę muszę się ubrać. Nie mogę tak wyjść.
– Możesz. Wszystko możesz, bo już czas.
– Rzeczywiście mogę, wszystko już poukładałam, zostawiłam porządek. Tylko jeszcze kilka słów komuś napiszę.
– Nie pisz. Przyszedłem, bo w tym uporządkowanym świecie nie ma dla Ciebie miejsca.

Budzę się i gorączkowo przywracam chaos. Uspokojona. Wiem już, że kiedy wszystko wokół mnie znajdzie się na swoim miejscu, kiedy odbiorę rzeczom ich znaczenie, zadzwoni dzwonek. Chciałabym tylko, żeby ten wilk, którego widziałam w zwierzyńcu, zamknięty w klatce i uporczywie biegający wzdłuż siatki, tam i z powrotem, wydostał się wreszcie na wolność.
(…)

Jedyne, co dostałam naprawdę na własność, co posiadam bezwarunkowo – to życie. Mam więc prawo je przerwać w dowolnym momencie, precyzyjnie wybranym. W ten sposób mogę zyskać przewagę nad czasem, władać śmiercią, której nie będę posłuszna. Przyjdzie, kiedy ją wezwę i zmuszę do zaistnienia. To ja zdecyduję o tym, jak będę na jej przyjęcie ubrana, nie zaskoczy mnie żaden dzwonek. Myślenie o tym, jak wielką mam nad nią władzę, sprawia mi przyjemność niemal fizyczną. Mam do niej wszystkie prawa. Zastrzegłam je sobie. Ostemplowałam znaczkiem „c” w kółeczku. Wytatuowałam. Nie mam obowiązku żyć, jedynym moim obowiązkiem jest dyskurs – poznanie poprzez operacje myślowe. Nie przez postrzeganie i intuicję – ten rodzaj poznania toczy się równolegle, obarczony błędami i złudzeniami. Posiadam życie. Decyduję o nim. Każdy ma prawo przerwać własne w dowolnie wybranej chwili. Nie pod wpływem smutku czy rozpaczy. Po prostu zrezygnować. Odejść z niego. Zewsząd.
Wobec zdarzeń losowych pozostanę bezsilna. Myślę o prawie do odejścia nie w chwili jakiejś słabości czy rozpaczy – ale o geście świadomym, poprzedzonym długotrwałą gotowością na śmierć. Można być wolnym do tego stopnia, żeby móc nawet śmierć sobie wybrać. Śmierć bywa świadectwem niezależności. Od Boga, losu, ludzi. Znakiem wolności totalnej.
(…)

Śmierć jest częścią życia, nie czymś egzotycznym, wrogim i osobnym. Z faktu mojego przyjścia na świat nie wynika, że cokolwiek mi się należy – poza życiem, które mam na własność. Realizując je – realizuję również śmierć. Czyż nie? Mam więc prawo do realizacji tej części życia zgodnie z moją wolą.
Życie jest darem? Zatem obchodzę się z nim jak z darem – mogę o nie dbać, odkurzać, rozbudowywać, chuchać nań i dmuchać, mogę też je zniszczyć lub wyrzucić. Akt samounicestwienia nie ma żadnego celu – nie ma pobudzać innych do czegokolwiek. Nie jest ofiarą. Dlaczego nie miałabym mieć prawa decydowania o swoim życiu? Dlaczego mam zakładać, że dostałam je od Boga? Czy muszę wierzyć w Jego istnienie? A jeżeli nawet jest – dał mi życie nie stawiając warunków. Nie pytał, co z nim zrobię. Skazał mnie na nie? Przecież nie jest okrutny… nie zrobił tego.
To nie jest żadne wołanie o pomoc.
(…)

Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.
(…)

II.

Zawsze koncentrujemy się na bólu tych, którzy przeżyli – ale największy stał się udziałem tych, którzy odeszli. Kochanowski nie rozpaczał nad cierpieniem córki – on trenami próbował uporać się z własnym bólem.
Może w dawnych misteriach pogrzebowych było więcej empatii? Bo czymże innym, jeśli nie próbą uczestniczenia w cierpieniu zmarłych był zwyczaj rozorywania paznokciami własnej skóry, zadawania sobie ran, płacz? Czymże innym był relikt dawnych obyczajów w postaci czuwania przy trumnie zmarłego, jeszcze kilka lat temu powszechny na polskich wsiach?
* * *
Rozważam życie, a ponieważ śmierć jest jego konieczną częścią – rozważam i śmierć.
Kiedyś było to naturalne. Ludzie umierali we własnych domach, w obecności bliskich. Cudza śmierć była przeżyciem mistycznym, była jednak w pewien sposób oswojona, oczywista, naturalna. Dopiero dla nas ciało stało się towarem, uprawiamy kult młodości, a śmierć zasłoniliśmy szpitalnym parawanem. Boimy jej się. To jest naturalne?
* * *
Próba zapominania o śmierci jest formą zniewolenia.
* * *
Myślę, że śmierci boją się tylko ci, którzy nigdy nie żyli naprawdę. Mądry człowiek potrafi kochać ją, jak każda z części własnego życia – i bratać się z nią podczas zwyczajnych zajęć. To przed nią przecież – jedynym wodzem i odbiorcą – mówimy swój wielki monolog. Szeherezada pokochała w końcu męża, a tak się go przecież bała. Nie zrobił jej krzywdy. Tak właśnie trzeba kochać Tancerkę z naszej wizji.
* * *

(defendo)

Wszystko to, co napisała Defendo, nabiera teraz innego, głębszego znaczenia. To zastanawiające, dziwne i niesamowite, jak zmiana perspektywy (i wiedza, której nam przybywa) zmienia nasz sposób widzenia świata i odbioru sygnałów, jakie do nas docierają.
Długo się zastanawiałem, czy zamieścić tutaj ten wpis  („tutaj”, czyli w blogosferze – tym królestwie dwuznacznych ekshibicjonizmów i bardziej lub mniej narcystycznego targowiska próżności). Lecz w końcu – znając przecież Defendo, i to nie tylko wirtualnie – postanowiłem, że to zrobię. Zadecydowały o tym pożegnalne słowa, zamieszczone na jej blogu. Niech więc ten wpis będzie dowodem na obecność Małgorzaty w moich myślach, wyrazem wdzięczności za inspirację, której niejednokrotnie mi dostarczała, podziękowaniem za uwagę jaką mi (nam) poświęcała…
Wiem… to jest dziwne – to całe nasze blogowanie. Niby zabawa, takie bujanie w (wirtualnych) obłokach, coś niezbyt poważnego, taka sobie bagatela…
A tu nagle słowa: „Defendo odchodzi”. I konsternacja. Bo przecież tego się nie robi innym uczestnikom zabawy. Bo przecież wszystko miało być „na niby”.
Jednak okazuje się, że nasze wirtualne pląsy i harce jak najbardziej splatają się z naszym życiem, i niestety, także z naszą śmiercią. Wirtualna rzeczywistość potrafi ugodzić w nasze prawdziwe uczucia – i vice versa, to co odczuwamy projektujemy na blogosferę. Okazuje się, że tak naprawdę, to nie da się do końca oddzielić życia naszego gravataru (który jest fantomem) w Wirtulandii od życia istoty z krwi i kości, którą jesteśmy w świecie realnym.
* * *
Jest jednak coś, z czego się cieszę. Np. to, że mogłem Cię Małgorzato poznać naprawdę, nie tylko poprzez komputerowe łącza. To te godziny naszych rozmów podczas spotkania w Krakowie. Fascynujących rozmów, które wcale nie tak często się zdarzają. Lecz niestety, z drugiej strony, jest to tym bardziej przykre, bowiem stałaś się dla mnie człowiekiem mającym wymiar jak najbardziej realny.
Wielokrotnie różniliśmy się w naszych opiniach, inaczej widzieliśmy pewne sprawy, ale przecież jest to naturalne, tak właśnie ma być (w końcu  Twój blog to są „kontrowersje”). Zawsze mi imponowałaś umiejętnością rozmawiania ze swoimi czytelnikami – bez złości, zapalczywości, ale za to z cierpliwością i zrozumieniem, zachowując jednak przy tym swoje zdanie. Wiem, że niektóre moje komentarze mogły Cię dotknąć, były jakimś nieporozumieniem, a mimo to  zawsze odpowiadałaś na nie bez negatywnych emocji, a nawet z przychylnością. Nie będę za nie przepraszał, bo  byłoby to pretensjonalne. Prowadziliśmy dyskurs i byliśmy sobą – to wszystko było jego częścią, której nie ma sensu wymazywać.
Ciągle mam nadzieję, że jeszcze doczekam(y) się Twoich słów – tego co chciałabyś nam przekazać.
A na razie chcę Ci powiedzieć: do zobaczenia.
* * *

NOTATNIK PARYSKI: Père-Lachaise

*

greydot
Cmentarz Père-Lachaise. Olbrzymia nekropolia. Miasto zmarłych. Zastygłe, znieruchomiałe – otoczone przez tętniące życiem paryskie dzielnice.
800 tys. trupów, zwłok i szkieletów w gęsto upakowanych kamiennych kwaterach.
Kultura dysponowania zmarłymi. Nasze przeklęte – ale i błogosławione – przywiązania do materii.

Obsadzone drzewami aleje wśród niekończących się grobowych pól. Nawiedzane nie tylko przez pogrzebowe orszaki. Każdego roku przewija się przez nie kilka milionów ludzi.

Czego szukają tu żywi? (Jeśli pominąć bezrefleksyjnych, zaliczających kolejną paryską „atrakcję”, turystów.) Własnych nadziei, wspomnień, tęsknot, świętości? Pamięci po zmarłych, pozostałości po czymś co się kochało? Ręki opiekuńczego Boga? Ofiar jakiejś diabelskiej egzekucji? Może to wyraz pragnienia, by obłaskawić przeznaczenie – odsunąć wyrok, klątwę, potępienie?
Uczepieni skrawka marmuru, żelaza, brązu, kamienia, betonu – zaklinamy materię, by tchnąć w nią coś, co nie ulega rozkładowi: ducha, ideę, pamięć, uczucie. Ale czy wraz z rozproszeniem materii nie ginie to, co podtrzymuje zawarte w niej tchnienie?

greydot
Nad jedną z bram wejściowych na cmentarz Père-Lachaise wyryto w piaskowcu słowa z Wulgaty: „spes illorum immortalitate plena est”. („Ich nadzieja pełna jest nieśmiertelności.”)
O czyją nadzieję jednak chodzi? Czyżby tych, którzy się już w proch zamienili? Czy może jednak o naszą?

greydot

Grobowiec Abelarda i Heloizy

Le secteur romantique.
W cieniu zarośli przypominający gotycką kapliczkę grób Abelarda i Heloizy. Wiekowe drzewa, bluszcz, zwykłe chwasty… Zszarzałe groby, zmurszałe płyty, rozsypujące się nagrobki, zamieniające się w gruz krypty.
Roślinność oplątująca i rozsadzająca kamienne pomniki, popiersia, posągi…

Jaka estetyka, jaki genre, jaki sentyment pozwala na nazwanie tej bezwzględnej zaborczości natury romantycznością?

greydot
Jesteśmy wygnańcami z niebytu, którzy chcą się gdzieś zadomowić w istnieniu. Jeśli istnienie (bycie) nas cieszy, to już wystarcza… To właśnie w takich momentach żyje się chwilą.
Lęk czai się na nas na progu przyszłości, której nie znamy. Może ogarnąć nas smutek, kiedy widzimy jak ginie chwila, która nam sprawiła radość. Bowiem lękamy się, że następna przynieść nam może ból. A może nawet unicestwienie?

greydot

Nieuniknione jest to, co się stanie.
Stanie się to, co jest nieuniknione.
Tym właśnie jest przeznaczenie.

greydot
Wszystko podlega prawom, które obowiązują we Wszechświecie.
Nawet nieśmiertelność.
greydot

Być może wszystko to, co mogło/może się stać, już się stało (a w takim świecie czas jest tylko złudzeniem).

greydot

Cały otaczający nas świat jest jednym wielkim cmentarzyskiem.
Nasze samochody poruszają się dzięki morzu oleju wyciśniętego z trylionów uśmierconych organizmów żywych. Nawet piękno marmurowych rzeźb wyryte jest w materii, która była częścią zwierząt nieżyjących już od milionów lat. Oddychamy tlenem, które zostawiły nam w spadku wymarłe lasy. Czarny węgiel, białe wapienie, tłuste pola ropy… Niezmierzone zwały miliardów zwłok, szczątków i trupów, którymi karmi się zachłanne życie.
A zatem, czyż nie jest ono jakimś pasożytem?

A jeśli śmierć to alter ego życia?
Może śmierć i życie stanowią jedno, będąc dwiema stronami tego samego medalu? Może to kurioza, które pojawiły się we Wszechświecie będąc wielkim żartem znudzonego Boga? Albo eksperymentem, który wymknął się spod kontroli? Programem kosmicznego komputera? Piekłem determinizmu? Przemijaniem bez celu? Efemerydą?
Niestety, przekleństwo naszej niepewności polega na tym, że każda ewentualność jest możliwa.

greydot

W Naturze życie może się wydawać zachłannym potworem, który nie dba o pozostawiane za sobą trupy. Mało tego: owo witalne monstrum na tych martwych zwłokach żeruje. Człowiek, jako jedyne zwierzę, próbuje się owej przyrodzonej makabrze sprzeciwiać. Jednakże sam jest częścią Natury.
Czyżby więc Natura poprzez gatunek Homo Sapiens w jakiś sposób się nobilitowała?
Wątpliwe, zważywszy na potworności jakich dopuszcza się człowiek. I na obojętność natury wobec wszelkich ludzkich mrzonek, jak np. szlachetność, styl, nobliwość, godność, świętość, moralność, honor, nadzieja…

greydot
Możliwe, iż jedynie życie jakie się w nas tli i pulsuje (choć czasem nawet kipi i eksploduje) sprawia, że nie dostrzegamy istniejącego wokół nas cmentarzyska, a wypatrujemy tego, co się rodzi i żyje. Pierwsze wiosenne pędy, listki, pąki, owoce, nasiona i kwiaty; uśmiech i nieporadne dreptanie dziecka; namiętny pocałunek skąpanej w słońcu pary młodych ludzi…

Patrząc na życie nie możemy widzieć śmierci, gdyż jej tam nie ma.
To co żyje, nie jest (jeszcze) martwe.
Niestety, cały nasz niepokój pochodzi od owego „jeszcze”.
To właśnie przez to słowo szukamy na cmentarzach czegoś więcej, niż rozkładających się zwłok i rozsypujących się grobów.

Im większa potęga śmierci, tym większe pragnienie nieśmiertelności.

greydot

Bez śmierci możliwe jest istnienie, ale nie życie.

greydot

Rozpacz, znużenie, odpoczynek, sen wieczny – ludzkie uczucie zaklęte w kamieniu (Cmentarz Pere-Lachaise, zdjęcie własne)

Więcej zdjęć z cmentarza Père-Lachaise obejrzeć można TUTAJ w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym).

*

I NA ZAKOŃCZENIE JESZCZE ANEKS (jakim jest komentarz Magamary zamieszczony przez nią na moim poprzednim blogu oraz moja dla niej odpowiedź):

Magamara: Père-Lachaise, to jak słusznie ująłeś miasto w mieście. I miasto niezwykle, bo zastygłe w bezruchu. Wielkie pionowe grobowce wyglądają przecież bardziej jak domy mieszkalne niż stare mauzolea. I podczas spaceru po Père-Lachaise nagle drzwi grobowca się otwierają i wychodzi z nich kobiecina z wiadrem i szczotką, to instynktownie wiesz, że pierwsze zdziwienie jest właściwie niepotrzebne. Tutaj i żywi i umarli są na tych samych prawach, więc mogą się swobodnie po swoim mieście przechadzać.
To, co mnie urzekło w Père-Lachaise, to przede wszystkim piękno rzeźb na nagrobkach. Ile z nich zatrzymanych jest w ruchu, w pięknych, subtelnych pozach.
Dziękuję serdecznie za podróż sentymentalną w tamto miejsce, którą za sprawą Twoich zdjęć można odbyć z wielką przyjemnością.

Logos Amicus: jest jakiś fenomen w tym, że najczęściej na cmentarzach odczuwamy spokój. Oczywiście, kiedy właśnie straciliśmy kogoś bliskiego, to możemy odczuwać smutek, czasem nawet rozpacz. Ale jednak cmentarze działają na nas tak jakoś… kojąco.
Ile w tym naszej mądrości, ile braku wyobraźni, ile zaprzeczenia, ile działania jakiegoś mechanizmu obronnego?
Mimo wszystko śmierć jest w nas obecna zawsze, bez względu na to, czy myślimy o niej świadomie, czy też spychamy ją w nieświadomość.
Próbujemy sobie dawać z tym radę, najczęściej uciekając się do religii, jakiegoś systemu wierzeń, światopoglądu.
Uśmierzamy w jakiś sposób ból przemijania. Obłaskawiamy śmierć na wiele różnych sposobów. Np. obdarzając sentymentem (lub aurą romantyczności) cmentarze. Stąd te piękne i wdzięczne figurki, rzeźby, romantyczne nagrobki, górnolotne epitafia, kolorowe kwiatki, obsadzone drzewami dróżki…
Usiłujemy się zachowywać tak, jakby nic się takiego strasznego nie działo, jakby świat zmarłych był przedłużeniem naszego świata żywych. Stąd groby jak domy, cmentarne alejki jak ulice, a sam cmentarz jak miasto.
Zwykle też, tzw. refleksji i zadumie oddajemy się społecznie tak jakby… na komendę – zazwyczaj przy okazji Święta Zmarłych (czyli Wszystkich Świętych – swoją drogą ciekawe zestawienie).
Zawsze mnie jednak zastanawiało: na czym właściwie polega owa „zaduma”?
Nad konstatacją banalnego (tak naprawdę) cytatu z Wulgaty: „Vanitas vanitatum et omnia vanitas”?
Ile w tym głębi, a ile powierzchowności? Czyż nie jest to zwykły odruch? Potrzebny może tylko do tego, by tak naprawdę o tym wszystkim nie myśleć?

greydot

Sentymentalnie, romantycznie, wdzięcznie… na różne sposoby obłaskawiamy śmierć na cmentarzu (Père-Lachaise, zdjęcie własne)

*

WIZYTA

 

Jest czwarta nad ranem, Wielkie Miasto śpi jeszcze, czarne niebo zawisło nad zimnym jeziorem, lampy uliczne wyłaniają z ciemności zarysy domów, ciszę lekko zaburza odległy szum przelatujących co jakiś czas samolotów oraz sącząca się z półmroku muzyka… Minęło już kilka dni od mojego powrotu z kraju, a ja ciągle budzę się w środku nocy – moje skołowane ciało nadal działa wedle polskiego zegarka. Piję kawę, w mieszkaniu jest ciepło, wokół panuje spokój, choć z głośników wydostają się dość nerwowe i niepokojące dźwięki „Filles de Kilimanjaro” Milesa Davisa. Wszystko to sprawia, że odczuwam pewne odrealnienie, bardziej lub mniej świadomie zanurzając się w oniryzmie wspomnień tego, co wydarzyło się – we mnie i wokół mnie – podczas ostatnich kilku tygodni spędzonych w Polsce.

 

Nie chcę się tutaj bawić w żadne epickie opisy, w których mogłaby się rozmyć esencja wrażeń, roztrwonić ładunek doznań… Może więc tylko ograniczę się do zarysowania kilku mocniejszych impresji – stworzenia czegoś w rodzaju konspektu istotniejszych tematów, które dotknęły mnie w kraju.

Zima w moim ogrodzie

 

STRONY RODZINNE

Jakiż to atawizm sprawia, że chcemy raz po raz wracać na ziemie, gdzie wyciągnięto nas za uszy z nicości? Bez względu na to, czy cierpimy, czy też oddajemy się wszelakim przyjemnościom życia, ciągnie nas do miejsca, gdzie zaczęliśmy się oswajać ze światem, którego przecież nigdy nie uda się nam oswoić. Że rodzina, znajomi, przyjaciele… że swojskie kąty, dom pierwszy (zły albo dobry) – że nasze ogrody, lasy, rzeki, niebo i klimat…? Tak, tak… i jeszcze to, że w naszej świadomości jest to epicentrum naszego roztrzęsionego bytu, taki metafizyczny pępek – punkt centralny otaczającego nas Wszechświata;  początek, który chce nas zawlec do samego końca – do dołu gdzie wrzucą nasze kości, do momentu, gdzie dusza będzie się mogła przekonać o tym, czy w ogóle istnieje.

CZAS I LUDZIE

Czas biegnie w zawrotnym tempie (choć ponoć, tak naprawdę, to go nie ma), kolejne lata lądują w śmietniku naszej przeszłości a my się zachowujemy tak, jakby nic się takiego szczególnego nie działo – ot, zwykła kolej rzeczy, egzystencjalna normalka. Nie ma powodu by rozdzierać szaty, bo przecież na nic się to nie zda, a zdarzy się to, co ma się zdarzyć. To nic, że w gardzieli zachłannego przemijania giną na zawsze chwile naszego życia, że ciało wiotczeje, serce bije wolniej, krew bardziej gęsta, włos się już tak nie jeży na głowie; to nic, że w stawach coraz głośniej nam trzeszczy, ręce zaczynają drżeć, nogi uginać, plecy przygarbiać, a wzrok przysłania coraz gęstsza mgła… Na znajomych i bliskich nam ludzi chcemy patrzeć tak, jakby dla nich (i dla nas) czas się zatrzymał, jakby mieli oni pozostać wiecznie młodzi – tak jak na zdjęciach z naszego dzieciństwa, które trzymamy w szufladzie biurka (i tylko dziwiąc się czasem, że tak pożółkły i że tak jakoś same się pomięły).

Czas trzyma nas wszystkich na uwięzi – na łańcuchu, z którego nie sposób się zerwać. I, naturalnie, chcemy usilnie tego, żeby tak trzymał nas jak najdłużej, choć czasem ujadamy, czy też skomlimy, nie zawsze czując się szczęśliwymi jak ten merdający radośnie psi ogon.

* * *

Krakowskie planty zimą (widok z hotelowego okna na ulicę Św. Tomasza)

 

KRAKÓW

Miasto to niemal zawsze jest wśród miejsc, które odwiedzam na trasie moich wędrówek po Polsce i niemal za każdym razem jest to przynajmniej pobyt kilkudniowy. Tak było również i tym razem. Mimo wielce niesprzyjającej aury, osiem krakowskich dni upłynęło mi dość intensywnie. I choć o długodystansowych spacerach musiałem tym razem zapomnieć, to spotkania ze znajomymi, bliższą rodziną i przyjaciółmi szczelnie wypełniły mój czas. Poza tym był teatr, kino, muzyka, wystawy, galerie, kawiarenki, antykwariaty, księgarnie, restauracje… no i trzymające mnie w cieple i aktywności psycho-fizycznej grzańce, nie wspominając o wytrawnym czerwonym winie z Chile, którego – jak się okazało – w Krakowie pod dostatkiem.

To tyle gwoli (mocno rzeczowego) wstępu do teatralnej trylogii, o której chciałem teraz napisać.

BAGATELE, GROTESKI, KOMEDIE, DRAMATY…

Podczas mojej bytności w Krakowie trwał tam akurat „festiwal dramatyczny Bagateli”, więc pomyślałem, że jeśli się nań wybiorę, to może być dosyć lekko, łatwo a może nawet i przyjemnie – choć teatru „ogromnego” raczej się nie spodziewałem. Tak się jednak złożyło, iż trafiłem na (mocno) odgrzewaną klasykę, która – jak się okazało – w dobie silnej komercjalizacji i walki artystów sceny o przetrwanie, różne może mieć oblicze, (czy też raczej różne maski przywdziewać.)

Na pierwszy ogień poszedł „Tramwaj zwany pożądaniem” w małej, zimnej i niewygodnej jak plastikowe krzesło salce na Sarego… za cholerę nie chcącej przypominać gorącego, parnego i dusznego amerykańskiego Południa, którego erotyzm tak skutecznie rozpalali ongiś w sobie i na wielkim ekranie Liz Taylor i Marlon Brando. Tutaj Stanley Kowalski z ciepłej i kolorowej Luizjany był tylko Stanleyem Kowalskim z chłodnej i szarej krakowskiej ulicy, i nawet grająca z emfazą (lecz jakże wdzięczna miejscami, jakże pięknie się poruszająca) Magda Walach nie zdołała wykrzesać z niego owej samczej iskry pożądania, które przecież musi drzemać w tekście Tennessee’go Williamsa. Jeśli zaś chodzi o moje kameralne doznania, to wyraźnie zmiękłem tudzież poczułem słabość do z lekka upadłej Blanche Dubois, kiedy ta zstąpiła ze scenicznych wyżyn ku nam (czyli widzom), zmuszając nas niejako do fizycznego wejścia w ten jej mocno poplątany świat (a ja do dzisiaj czuję na mojej dłoni jej dotyk).

I do dzisiaj też stoi mi przed oczami postać mocno roztrzęsionego oraz silnie histeryzującego Raskolnikowa, tego dyżurnego mordercę wieku uśmiercenia Boga i nihilistycznej otchłani, nad którą zawisł absurdalny świat, i gdzie wszystko jest dozwolone, nawet zabójstwo. Podczas gdy na scenie przy Krupniczej rozgrywała się intensywna psychodrama „Zbrodni i kary”, ja siedziałem wśród szczelnie wypełniającej salę widowni i zadawałem sobie pytanie, jak też nasza współczesność znosi teraz kogoś tak mocno zaangażowanego etycznie i metafizycznie, jak Dostojewski oraz w jaki sposób mogą dziś trafić do nas ci jego – porozdzierani tak strasznie, i tak straszliwie na serio traktujący swą marną egzystencję – bohaterowie, wypełnieni po brzegi cierpienia chorą rosyjską duszą?

Myślałem że bliższa mi jednak będzie, może nie tyle chora, co równie neurotyczna amerykańska dusza Woody’ego Allena, którego także na swoich deskach postanowiła zaadaptować Bagatela, biorąc się za jego „Seks nocy letniej”. Co z tego wyszło, lepiej jest zbyć milczeniem. Gdybym nie znał allenowskiej wersji filmowej (inspirowanej zresztą Bergmanem, który z kolei zainspirował się Szekspirem) czyli „Midsummer Night’s Sex Comedy” , to raczej nigdy bym nie wpadł na to, że mam do czynienia z tekstem błyskotliwego i genialnego skądinąd Jajogłowego Króla Neurotyków Allena. Rozciągnięta do granic wytrzymałości (a konkretnie aż do trzech godzin) sztuka, która w zamierzeniu miała być lekką a zabawną, kostiumową i erotyczną komedią, okazała się miernie zagraną, chybioną inscenizacyjnie i scenograficznie farsą, w której erotyzmu było tyle co kot napłakał a bohaterowie miotali się między sobą udając, że napędzają ich same demony seksu. Moim zdaniem było to jedno wielkie nieporozumienie, choć prawdopodobnie publiczność była innego zdania niż moje.

* * *

Krakowski tryptyk teatralny (od lewej: „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Zbrodnia i kara”, „Seks nocy letniej”. Fot. Piotr Kubic)

* * *