RZEŹ BRACI MNIEJSZYCH (nie tylko o książce Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”)

 

1.

Przyznam, że jest to pierwsza książka Olgi Tokarczuk jaką przeczytałem. I po jej lekturze nie jestem pewien, czy sięgnę po następne. Jeśli bowiem te inne wykreowane przez jej pisarstwo światy są tak efemeryczne, dziwaczne i aksjologicznie ekscentryczne jak w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, to wątpię, czy mógłbym się do nich kiedykolwiek przekonać. Tudzież przejąć się losami występujących w nich postaci… tak, jak to się stało w przypadku głownej bohaterki powieści, czyli Janiny Duszejko, której poczynania pozostawiły mnie – nie tyle chłodnym i niewzruszonym, co pełnym niechęci i skonsternowanym.
W tym miejscu chciałbym uprzedzić ewentualnych czytelników tej książki. Posiada ona bowiem wątek kryminalny, więc jeśli ktoś spodziewa się po niej utrzymania suspensu, to proszony jest teraz o zaniechanie czytania tego tekstu.
Zresztą, w pewnym sensie „spoilerem” może być również ten wpis dla tych, którzy książkę Tokarczuk odebrali przychylnie, może nawet się nią wręcz zachwycili (choć to ostatnie doprawdy trudno jest mi sobie wyobrazić).

Niewątpliwie Olga Tokarczuk chciała nam swoją powieścią przekazać coś ważnego i istotnego, tyle, że – moim zdaniem – rozbiło się to o infantylizm, zahaczając przy tym lekko o absurd. Gdyż przesłanie (a nie można chyba tego nazwać inaczej), mówiące iż zabijanie zwierząt (myśliwstwo, rzeźnie, przemysł mięsny) może być karane zabójstwem ludzi w to zamieszanych, jest nie do przyjęcia, nawet w przestrzeni metaforycznej (jaką w pewnym sensie jest sama książka) – w obrębie literackiej fikcji, czy też alegorii.

Sam nie jestem zwolennikiem polowania na zwierzynę „dla sportu”. Uważam, że zabijanie żywych istot dla przyjemności (a myślistwo dla niektórych ludzi bywa wręcz rozkoszą), jest barbarzyństwem i atawizmem, który w dzisiejszym świecie nie może mieć już racji bytu. Ponadto, mimo iż rozumiem oburzenie tych, którzy zwracają uwagę na horrendalne niekiedy warunki w jakich zwierzęta zabijane są na skalę przemysłową, by zaspokoić zapotrzebowanie ludzi „na mięso”, czy inne produkty pochodzenia zwierzęcego, to jednak daleki jestem od konkluzji, że jest to większe zło, niż zabicie odpowiedzialnych za to ludzi (co wydaje się być poparte aprobatą Olgi Tokarczuk pozwalającej na uniknięcie kary zarówno przez mordercę, jak i tych, którzy mordercę wzięli pod swoją opiekę.)

2.

Prawo do zabijania prawem uniwersalnym? (fot. Vipez)

Wygląda na to, że książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” usiłuje dotknąć jednego z ważniejszych problemów etycznych naszych czasów, a mianowicie stosunku człowieka do zwierząt (a w szerszym aspekcie: do przyrody, i to zarówno ożywionej, jak i nieożywionej, czyli, ogólnie rzecz biorąc, do natury). Na tym ewentualnie może się osadzać jej wartość: uświadomienie nam pewnych ważnych pytań, jak np. o to, jak się ma zwierzęce cierpienie do cierpienia ludzkiego? Dalej: czy zwierzęta mają swoje życie wewnętrzne (i wiążący się z tym problem istnienia zwierzęcej „duszy”). Jakie prawa powinno mieć zwierzę (a jakich praw mieć nie musi)? Kto dał nam prawo do zabijania zwierząt? A jeśli jest to „nasze” prawo, to jakie są podstawy do tego, byśmy sobie uzurpowali tworzenie takiego prawa? Czyli: jeśli już ono istnieje, to co jest jego źródłem i jakie są jego przesłanki? Czy może jest to wręcz prawo wszystkich praw, czyli uniwersalne, immanetne wobec naszego bytu prawo naturalne? (Wystarczy wskazać choćby na istniejący w przyrodzie bezwględny i „piekielnie” konsekwentny łańcuch pokarmowy, walkę wszystkich ze wszystkimi, odbywającą się dosłownie w każdej chwili orgię zabijania – holocaust uśmiercania słabszych przez silniejszych.)

Ale czyż nasze człowieczeństwo nie polega m. in. na tym, byśmy tzw. „prawu naturalnemu” się sprzeciwiali albo przynajmniej adoptowali je do warunków tworzonej przez nas kultury?
Jeśli tak, to czym właściwie mamy się kierować ustalając wśród zwierząt hierarchię: ten gatunek należy chronić, nad tymi zwierzętami nie można się znęcać… ale już te bestie trzeba wytępić, a te bydlaki wyeliminować.
Gdzie w świecie zwierząt przebiega granica, która pozwala nam stwierdzić: ten zwierzak może być moim przyjacielem (zabawką, maskotką, cipciaczkiem), albo: tę gnidę trzeba zgnieść i rozdeptać, a tamtą świnię zaszlachtować!
Czyż nie zachowujemy się w tym wszystkim jak uzurpatorzy, jednocześnie mamiąc się (i usprawiedliwiając) tym, że owo prawo (do „czynienia sobie ziemi poddaną”) nadano nam z poruczenia jakiejś Wyższej Instancji?
Homo sapiens niby mieni się już człowiekiem, lecz nadal zachowuje się jak drapieżnik, przy czym nie za bardzo chce się do tego przyznać.

3.

A może okazujemy się po prostu hipokrytami zabraniając z jednej strony znęcania się nad zwierzętami, z drugiej zaś przyzwalając na odbywające się „w majestacie prawa” (i ku powszechnemu przyzwoleniu) masowe zwierzobójstwo na fermach, w rzeźniach, tuczarniach, ubojniach… tych fabrykach mięsa, czyli obozach masowej zagłady istot żywych? Czy pierwszy lepszy mięsny sklep – z tymi swoimi wiszącymi na hakach połciami krwistego mięsa, jelitami wypchanymi pociętym, rozsiekanym i zmielonym ciałem zwierząt (nazywanym przez nas oględnie mięsem); z podrobami, czyli resztkami zwierzęcych organów takich jak serce, nerki, mózg, wątroba, płuca, jądra, flaki…; wszystkie te kości, chrząstki, szpiki i tłusze; zmieszane z krwią kasze, pasztety, kiszki, salcesony, łoje… – czy nie jest to jakimś potwornym horrendum, do którego wszyscy są przyzwyczajeni, w związku z czym nikt już nie zauważa w tym żadnego piekła i zgrozy?
Jeszcze raz można zadać pytanie: skąd wynika prawo do zabijania i spożywania mięsa istot nam podobnych, z którymi człowiek może się skądinąd zaprzyjaźnić?
Czym tak zasadniczo różni się morska świnka czy też homik, jakiego głaszcze tkliwie nasze dziecko od myszy, którą truje się strychniną?

Rzeźnia, etyka, horror, estetyka (Francis Bacon - "Postać z mięsem", Rembrandt - "Ćwierć wołu")

4.

Myślę, że takie lub podobne dylematy i pytania, tudzież myśli i refleksje, mogły zaprowadzić Janinę Duszejko, czyli główną postać książki Tokarczuk, do wniosków i dokonań zbyt daleko jednak idących, bo zaburzających cywilizacyjną, obowiązującą w danej chwili hierarchię wartości, w której życie człowieka jest wszak ważniejsze od życia zwierzęcia.
Jednak nie tylko z tego powodu trudno jest mi uznać Janine Duszejko za bohaterkę mojego romansu. Ta kobieta straciła bowiem nie tylko zdolność odróżniania świata ludzkiego od zwierzęcego, ale i świata rzeczywistego od wyimaginowanego. Oczywiście, taki zaburzenie nie zawsze jest czymś dla człowieka dyskredytującym, wbudzającym niechęć czy antypatię. Tym jednak, co wyimaginowany świat Janiny Duszejko dyskredytuje, jest jego – co tu kryć – bzdurność. Chodzi mianowicie m. in. o astrologię, którą jednak – mimo podziwu, jaki żywię dla potęgi ludzkiej wyobraźni – uznaję osobiście za bezrozumną fanaberię.

Lecz nie tylko ta przypadłość mentalna głównej bohaterki wzbudziła podczas lektury mój dyskomfort i poirytowanie. Niezbyt znośne i mało wiarygodne były wg mnie także… imaginacyjne projekcje personifikujące zwierzęta – począwszy od jej suk nazywanych przez panią Janinę „Dziewczynkami”, poprzez „dostojnego” czeskiego lisa Konsula, aż po dzika obdarzonego jakże bezpretensjonalnym mianem „młodzieńca”.
Jako przykład, pozwolę tu sobie przytoczyć małą próbkę prozy pani Tokarczuk:

„Podeszłam bliżej i zobaczyłam – to był dzik. Nie całkiem dorosły, leżał w kałuży brunatnej krwi. Śnieg wokół był wytarty do samej ziemi, jakby zwierzę rzucało się po nim w konwulsjach. Wokół widniały też inne ślady – Lisów i Ptaków. Sarnie racice. Mnóstwo zwierząt tu było. Przyszły na własne oczy zobaczyć zbrodnię i odprawić żałobę po młodzieńcu.”

„Zbrodnia”, „żałoba”, „młodzieniec”… – to już chyba jednak jakaś przesada. Podobnie, jak nadawanie przez Janinę Duszejko swoim sąsiadom dziwacznych imion, które w jej mniemaniu oddawały ukrytą istotę danej postaci, jak np. Wielka Stopa, Dobra Nowina, Czarny Płaszcz, Popielista… Zresztą, z „prawdziwymi” nazwiskami i imionami też było dość kuriozalnie: Pyzio, Świętopełek, Wnętrzak, Studzienni… No i jeszcze, osobisty samochód pani Duszejko – Samuraj.
Chociaż są to w sumie drobiazgi, to świadczą one jednak o infantylnej i niezbyt adekwatnej do rzeczywistego świata wizji naszej Bohaterki, która nota bene jest narratorką całej powieści. Wrażenie to potęgowały tyleż trywialne co pretensjonalne, pseudo-poetyckie cytaty z Blake’a; również – do pewnego stopnia – konturowe, czarno-białe ilustracje, niczym z jakiejś koszmarkowej bajeczki dla niegrzecznych dzieci.

Wobec tego wszystkiego trudno mi było nie tylko identyfikować się z tą postacią, ale i poczuć zwykłą do niej sympatię… o aprobacie dla jej (wyrażając się mocno eufemistycznie) niekonwncjonalnego postępowania nie wspominając. Mimo więc podjęcia przez Olgę Tokarczuk ważnego tematu, (który i mnie samemu leży na sercu), jego egzekucja jest moim zdaniem chybiona. Dlatego dziełko „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie tyle nie rzuciło mnie na kolana, co pozostawiło chłodnym, sceptycznym i niezbyt dotkniętym.

5.

W sumie, mimo pozornej głębi, treść tej książki wydaje mi się płytka, wymowa – pretensjonalna, przesłanie – nieprzekonywujące, filozofia – naiwna, etyka – dwuznaczna, styl – niezbyt jednak wysokich lotów… dzięki czemu cała ta literatura (zwłaszcza jeśli porównam ją z książką, którą czytałem równolegle, a mianowicie z „Zapiskami ze złego roku” Coetzee’go) sprawiła na mnie wrażenie miernej i pośledniej. Szkoda.

 

Czarno-białe zwierzaki (ilustracje Jaromira Svejdika do książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych")

*

Reklamy