OSTATNIA RODZINA

.

Karykaturalny portret rodzinny we wnętrzu - Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik i Aleksandra Konieczna w Ostatniej rodzinie

Karykaturalny portret rodzinny we wnętrzu – Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik i Aleksandra Konieczna w Ostatniej rodzinie

.

      Robert Bolesto, autor scenariusza Ostatniej rodziny w jednym z wywiadów powiedział: „Zanurzyłem się w ich życiu, wszedłem do ich domu i pomyślałem: ‘Kurczę, to byli pogodni ludzie, a nie żadne potwory’. Mieli niezwykłe poczucie humoru, rozmawiali ze sobą szczerze i o wszystkim. Wyjątkowość tej rodziny nie polega na tym, że była bardzo dziwna, tylko na tym, że tak bardzo się kochała. Znam naprawdę niewiele podobnych domów – nie wyłączając własnego – w których rodzice poświęcaliby dzieciom tyle uwagi.”
A ja się teraz zastanawiam: dlaczego więc pokazał nam portret takiej rodziny w sposób tak bardzo karykaturalny, czyniąc z niej panopticum dziwaków – z postaciami ojca i syna, którzy rywalizowali ze sobą w psychicznym pokręceniu, bo na pewno nie we wzajemnej miłości.
No i gdzie się podziała ta pogoda? Bo na pewno nie było jej w neurotycznych konwulsjach filmowego Tomasza opętanego obsesją śmierci, ani na topornym, znaczonym grymasami obliczu nękanego fobiami Zdzisława (o jego mrocznym, apokaliptycznym malarstwie nie wspominając); ani tym bardziej we frasobliwości Zofii – ich żony i matki, jedynej „normalnie” zachowującej się postaci w filmie.

      Byłoby mi znacznie łatwiej ocenić ten film, gdyby nie jednoznaczne odwołanie się jego twórców do rodziny Beksińskich i zaznaczenie, iż opiera się on na wydarzeniach rzeczywistych. Siłą rzeczy nie można w takim przypadku uniknąć odniesienia do konkretnych ludzi, którzy stali się osobami publicznymi a na dodatek pozostawili po sobie wiele śladów – również świadectwa tych, którzy Beksińskich znali osobiście.
Gdyż abstrahując od rzeczywistych postaci, Ostatnia rodzina Jana P. Matuszyńskiego jest filmem naprawdę dobrym, świetnie zrealizowanym (nie będę tu powtarzał tych wszystkich peanów ani powielał entuzjazmu krytyków zachwyconych filmem, który nota bene zdobył Złote Lwy na ostatnim Festiwalu w Gdyni) i znakomicie zagranym (zwłaszcza Andrzejowi Sewerynowi należał się ten deszcz pochwał, jaki spadł na niego w związku z jego wystąpieniem w roli malarza). Jako karykatura, a nawet groteska, film ten sprawdza się przykładnie, ale jako obraz biograficzny – to już nie za bardzo.
I nie mam tu na myśli tego, że dziedziny, w których spełniali się obaj Beksińscy – dla Zdzisława było to malarstwo, dla Tomka translatorstwo i muzyka rockowa – zostały niejako w filmie odsunięte na plan dalszy. Bo to była chyba dość rozumna i sensowna decyzja, jeśli chciało się pokazać tych ludzi przede wszystkim w ich relacjach rodzinnych (sam to wyraziłem na spotkaniu z Sewerynem, które odbyło się po projekcji – i aktor mi przytaknął). Jednakże sposób ukazania tych relacji – i sama karykaturyzacja postaci – były już moim zdaniem mniej fortunne i zasadne są chyba stwierdzenia tych, którzy Beksińskich znali i uznali, że film jest dla nich – a zwłaszcza dla Tomka – krzywdzący.

      Kreacja Seweryna – sama w sobie rewelacyjna, bo wypracowana autonomicznie (ekranowy Zdzisław staje się nowym, spójnym charakterologicznie człowiekiem) – nie oddaje według mnie tego, co siedziało w głowie prawdziwego Beksińskiego – wraz z jego intelektualną kulturą, wiedzą i osobowością par excellence twórczą. Niestety, ja na ekranie zobaczyłem lekko zbzikowanego safandułę i zupełnie nieprawdopodobne wydało mi się, by taki człowiek stworzył obrazy, które znałem – z ich niesamowitością, wyrafinowaniem i estetyczną znakomitością. Więcej czasu twórcy filmu poświęcili jego maniakalnemu i dziwacznemu hobby filmowania wszystkiego, co się rusza (i nie rusza), niż temu co stanowiło jednak jądro jego artystycznej osobowości – a było nim malarstwo. Może to właśnie dlatego, równie nieprzekonujące wydały mi się jego zachowania rodzinne – zwłaszcza w kontekście odtworzenia rzeczywistej postaci i zakorzenienia w realnym świecie rodziny Beksińskich. (Jednakże, nie obwiniałbym za to aktora, tylko ewentualnie scenariusz.)

      W jeszcze większym stopniu raził mnie pod tym względem ekranowy Tomek, choć paradoksalnie grę Ogrodnika uznać można za wybitną – więc z drugiej strony dostarczyła mi ona pewnej satysfakcji. Jako neurotyk i histeryk Ogrodnik był świetny, jednak jego przerysowanie i nadmierna ekspresja pozbawiały postać Tomka tego, co było jednym z głównych rysów jego osobowości, a mianowicie poczucie humoru i pewien romantyzm. Poza tym mało wiarygodne wydało mi się to, że ktoś tak niezrównoważony, może prowadzić na żywo audycje radiowe, stając się jednym z najbardziej lubianych prezenterów muzycznych – i zjednując sobie przy tym całe rzesze znajomych, fanów i przyjaciół.

      Szerokim echem odbiła się opinia znanego dziennikarza muzycznego Wiesława Weissa, którą pozwolę sobie tutaj (we fragmentach) przytoczyć: „Znałem Tomka dwadzieścia lat, ale nigdy nie widziałem takiego Tomka, jakiego pokazali (w filmie) NIGDY! Tomek nie wyrzucał telewizorów przez okno, nie rozwalał szafek kuchennych, nie rozbijał butelek o ściany. Tomek nie bił nikogo pejczem i sam nie był przez nikogo bity pejczem. Tomek nie był żałosnym samotnikiem skazanym tylko na rodziców i przypadkowe panny, których nie potrafił zadowolić. Tomek nie był człowiekiem jednowymiarowym, którego można zagrać na jednej nucie. Tomek nie był świrem i półgłówkiem, a taką postać WYMYŚLILI panowie Bolesto, Matuszyński i Ogrodnik i nazwali ją Tomasz Beksiński. Bo co? Bo jeśli ktoś nie żyje, można wszystko? (…) Poznałem Dawida Ogrodnika, kiedy pracował nad Ostatnią rodziną. Opowiadał mi ciekawie, jak zbierał informacje o Tomku. A w pewnej chwili zaczął nienachalnie go podgrywać, co było naprawdę wzruszające. Zapewniał, że film pokaże go uczciwie. Kłamał. Film nie pokazał go uczciwie. Także dlatego, że Dawid Ogrodnik nie zagrał w nim Tomka. Nawet nie próbował w jakiś sposób zniuansować swojego bohatera. W najbardziej prymitywny sposób go zmałpował. Przerysował jego gesty, tworząc żałosną karykaturę. (…) Ktoś powie: Tomek był przecież cholerykiem. Wybuchał. Wściekał się. Owszem, ale naprawdę nie wybuchał w tak malowniczy sposób. I nie składał się z prawie samych wybuchów – jak w filmie Ostatnia rodzina. Był delikatnym, subtelnym, wrażliwym człowiekiem. Ale żeby pokazać delikatnego, subtelnego, wrażliwego człowieka, trzeba samemu mieć w sobie choć odrobinę wrażliwości.”
Daruję sobie tutaj epitety w rodzaju „podły”, „nikczemny”, „nieuczciwy” – jakimi obdzielił film i jego twórców Weiss – bo uważam że są przesadzone i niesprawiedliwe. Jednakże jest coś na rzeczy, bo na podobne opinie trafiłem kilkakrotnie – a ich wyrazicielami były osoby, które Tomasza Beksińskiego osobiście znały. (Nieprawdą więc jest – jak stwierdził na spotkaniu z publicznością Seweryn – że głos Weissa był odosobniony.) Był on również dobrym znajomym mojego przyjaciela – z okresu jego studiów w Rzeszowie. Dzięki temu pewnego razu sam zetknąłem się z Tomkiem, jednak nie było to chyba dla mnie jakieś wielkie przeżycie, bo niewiele z tego spotkania pamiętam. Pamiętam jednak audycje Tomka w trójce – bo sam byłem wówczas fanem zarówno tej stacji, jak i rocka, który prezentował tam z pasją i fantazją Beksiński. I lubiłem tych audycji słuchać.

      Oczywiście można się tutaj przerzucać argumentami, że przecież twórcom filmu przysługuje licentia poetica – że mogą interpretować fakty zgodnie z własną koncepcją artystyczną dzieła, jednakże w przypadku, gdy na kanwę biorą realne postaci, muszą się liczyć z odniesieniem tego do rzeczywistości – do wiedzy, oczekiwań i wyobrażeń tych, których obchodzi tzw. „prawda” o konkretnym człowieku, zwłaszcza o człowieku, który nie jest (nie był) im obojętny. I bynajmniej nie chodzi to idealizowanie, lukier i czołobitność, a o uczciwe zadośćuczynienie temu, co stanowiło istotę człowieka – w całej jego złożoności. W przeciwnym razie pozostanie tylko karton i karykatura – krzywe zwierciadło rzeczywistości – obraz, który może razić.

      Wiem, że dla równowagi powinienem teraz napisać coś o zaletach Ostatniej rodziny – o tym, co w tym filmie mnie się spodobało, a miejscami wręcz porwało – jednak, jak już wspomniałem, zebrał on już tyle pochlebnych opinii tudzież tak wielkie splendory na niego spłynęły – że doprawdy moje superlatywy niewiele więcej do tego obrazu chwały by wniosły.

*  *  *

Nota: film zaprezentowany w ramach rozpoczętego właśnie w Chicago 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

Reklamy

PANNY, WDOWY I MATKA KRÓLÓW albo o stosunku Polaków do historii, męczeństwa i zaklęć cenzury (rozmowa z Januszem Zaorskim)

.

Janusz Zaorski: "My Polacy, jesteśmy bardzo drażliwi, ciężko znosimy krytykę i prawdę o sobie. Drażliwość wyrasta z kompleksów, a Polacy są zakompleksieni w sposób niebywały."  (zdjęcie własne)

Janusz Zaorski: „My Polacy, jesteśmy bardzo drażliwi, ciężko znosimy krytykę i prawdę o sobie. Drażliwość wyrasta z kompleksów, a Polacy są zakompleksieni w sposób niebywały.” (zdjęcie własne)

Zanim jeszcze Janusz Zaorski zaczął polityczno-kadrowe walce na Woronicza (kwatera główna polskiej telewizji) w randze prezesa Radiokomitetu; zanim jeszcze zaczął sprawiać wrażenie totumfackiego prezydenta Wałęsy, angażując się w różne przepychani „na górze” – tak więc, zanim to wszystko nastąpiło, Zaorski był filmowym reżyserem. I to reżyserem odpowiedzialnym za powstanie filmu nie byle jakiego, bo samej „Matki Królów”.
Obraz ten, jak pamiętamy, był chyba najgłośniejszym filmem polskim ubiegłej dekady i – obok „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego – odstawiony przez cenzurę na półki przepastnych magazynów, obrósł z biegiem lat mitem i legendą najważniejszego z polskich „półkowników”.
„Matka Królów” – opowieść o tragicznych losach Zofii Król i jej synów, z którymi historia obchodzi się w sposób bezpardonowy – przez pięć lat nie mogła trafić do widowni. Kiedy więc spotkałem się z Januszem Zaorskim w Chicago, nie mogłem nie zapytać o to, jak czuje się twórca, który nie może zaprezentować swojego – uważanego przez wielu za najwybitniejsze – działa? A może to, iż egzystował on w świadomości filmowców, aktorów, ludzi kultury i sztuki jako film znaczący, osładzało nieco reżyserowi tę gorycz? Zawsze też mógł się on pocieszyć tym, że to wszystko pracuje na legendę obrazu, który i tak, prędzej czy później, musi trafić na ekrany.
Zaorski odparł: „Mogę mówić tylko za siebie, gdyż nie wiem jak inni twórcy czuliby się w takiej sytuacji. Myślę jednak, że większość z nich byłaby sfrustrowana. Ja psycho-fizycznie nie nadaję się na męczennika, który dobrze się czuje gdy jest bity, kopany, szykanowany… Uważam, że film robi się po to, by jak najszybciej trafił do widowni. Więc gdy ‚Matka Królów’ nie mogła do niej dotrzeć, to oczywiście było to dla mnie głęboko frustrujące. Były to czasy stanu wojennego i władze bały się, że film spowoduje dyskusje, podnieci nastroje przeciwko komunizmowi, gdyż ukazywał – co tu kryć – jak ciężko było żyć w tym ustroju.
Czy film trafi wreszcie na ekrany – tego nie wiedziałem i wiedzieć nie mogłem. Wszelkie przypuszczenia przypominałyby wróżenie z fusów. Miałem co do tego poważne wątpliwości. Oczywiście protestowałem, gdy film nie dostał debitu cenzury. Próbowałem dotrzeć do urzędnika, który był za to odpowiedzialny, lecz ten po prostu mi uciekł. Wreszcie gdzieś go dopadłem i mówię: ‚Proszę, oto protest w imieniu całej ekipy, wszyscy czujemy się pokrzywdzeni. Na kolaudacji nie negowano wartości artystycznej filmu, ci co się przyczepiali mieli na uwadze jego wymowę polityczną. Dlaczego więc nie chcecie go przepuścić?’ Na co on mi odpowiada: ‚Bo to nie jest czas tego filmu’. ‚W takim razie, kiedy taki czas nadejdzie?’ – pytam się. ‚Wtedy, kiedy partia się umocni’ – usłyszałem. Więc pomyślałem, że nigdy film nie wejdzie na ekrany, gdyż wiedziałem, że partia nie umocni się nigdy. Tak jak w tym dowcipie, co jest szczytem niemożliwości: ‚przeszczepić Polakom komunizm z dupy do głowy’. A jeśli nawet miałoby się to stać faktem, to już wolałbym, żeby film jednak został na półce.”

STAN WOJENNY I PREMIERA W WARSIE

„Matkę Królów” zaczął realizować Zaorski jesienią 1981 roku i kończył – o dziwo! – w stanie wojennym, a więc w momencie, kiedy wystarczyło małe skinięcie pazurkiem WRON-y, by zawiesić zdjęcia i wysłać całą ekipę z planu filmowego do domu, albo i do więzienia. Jak wobec tego możliwe było powstanie takiego filmu?
Zaorski wyjaśnił: „Tak, to prawda. Zacząłem ‚Matkę Królów’ jeszcze za pierwszej Solidarności, kiedy nastał stan wojenny miałem 1/3 zdjęć za sobą. W tym całym burdelu, jaki wywołał stan wojenny, tego filmu nie ruszono. ‚Matka Królów’? – a to pewnie o królowej Bonie – myślano. Tytuł nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Więc po cichutku, w Łodzi, bez tych telefonów, faksów i teleksów, które wówczas nie działały, udało się nam go ukończyć. Dostali gotowy film – dla tych wszystkich kapturowych gremiów pasztet trudny do przełknięcia. Stąd te wszystkie korowody.”

Czy Zaorski zna reakcje widowni, kiedy wreszcie „Matkę Królów” dopuszczono na wielki ekran? Okazało się, że było to przeżycie dla reżysera specjalnego rodzaju:
„Było to w 1987 roku, czyli w bardzo nietypowym i niepewnym okresie – wspominał Zaorski. – Przyznam się, że bardzo obawiałem się tej premiery, m.in. z uwagi na nastroje, jakie wówczas panowały wśród ludzi. W czasach kiedy jest ciężko wszyscy chcą chodzić na komedie, a nie na ciężkie filmy problemowe. Jednak ku mojemu szczęściu, ludzi to wciągnęło. W warszawskim kinie ‚Wars’, na rynku Starego Miasta, film szedł przez 4 miesiące, co jest swoistym rekordem w Polsce. Nie chciano go szerzej rozpowszechniać, bo nadal się go bano. W ten sposób mogli to odfajkować i powiedzieć, że nie ma u nas problemu ‚półkowników’.
Kiedyś sam się wybrałem na projekcję, by zobaczyć jak widzowie na ‚Matkę Królów’ reagują. Kolejki były ogromne, koniki sprzedawały bilety po cenie 10-krotnie wyższej, niż w kasie. Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać ‚Jeszcze Polska nie zginęła’. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego – coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym.
Mówi się już o tym obrazie jako o klasyce, o ostatnim filmie ‚szkoły polskiej’. Chociaż tamten okres to lata 1956-62, ale przecież wtedy powstała książka Brandysa, na podstawie której napisałem scenariusz. Wiem, że chciał to robić Munk, również Wajda, jednak im nie pozwolono. Ja czekałem cały czas i gdy zacząłem film robić, chciałem zachować tamtą stylistykę, manierę. Jest to więc obraz jakby w tonacji neorealistycznej, rodzaj pokłonu dla moich kolegów, którzy to chcieli zrobić, ale im się nie udało. Więc teraz ja spijam tę śmietankę, choć film powinien powstać już 30 lat temu.”

Zaorski: "Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać 'Jeszcze Polska nie zginęła'. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego - coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym." (Magda Teresa Wójcik w "Matce Królów")

Janusz Zaorski: „Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać ‚Jeszcze Polska nie zginęła’. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego – coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym.” (Magda Teresa Wójcik w „Matce Królów”)

KICZ CZY KLASYKA?

Jak widzimy Zaorski wpadł w ton podniosło-celebracyjny, mówiąc o swoim „dziecku”. Nie był to grzech skromności: „Jeszcze Polska nie zginęła”, „coś wspaniałego, wielkiego”, „klasyka”, „Munk”, „Wajda”, „pokłony”… Jednak w czasie naszej rozmowy miałem także w świadomości zarzuty skierowane pod adresem „Matki Królów” – że jest ona „politycznym kiczem”, a obraz epoki jaki przedstawia, zakłamany. Z drugiej strony te znakomite recenzje i zachwyty. Jak możliwa jest taka rozbieżność opinii wśród ludzi myślących, znających tamte lata, epokę, którą zajmuje się film – podchodzących nawet do niego bez uprzedzeń natury politycznej, czy jakiejkolwiek innej? Poza tym, jest to historia – mimo swej treści kontestacyjnej i na poły rewizjonistycznej – opowiedziana z perspektywy lewicowca, jeśli nie komunisty. Podzieliłem się swoimi rozterkami z Zaorskim, na co on zareplikował:
„Jestem osobą publiczną, zajmuję się reżyserią już od 20 lat i jakby wpisane immanentnie w uprawianie tego zawodu jest, że ktoś może napluć na to, co zrobiłem, robić ‚ochy’ i ‚achy’… i czy chcemy tego, czy nie, musimy przyznać ludziom prawo do najbardziej nawet druzgoczącej krytyki. Ktoś lubi zupę pomidorową, ktoś inny rosół – i to jest normalne. Natomiast gorzej jest, jeśli dochodzi do pewnych manipulacji. Jeśli ktoś jest służalczy, serwilistyczny, ‚wazeliniarski’, będzie to również stosował do krytykowania innych, przypochlebiając się drugim. Dam panu taki przykład. Ten sam człowiek, który domagał się, by ‚Matka Królów’ nie weszła na ekrany, w ankiecie na najlepszy film ubiegłej dekady, właśnie ten tytuł postawił na pierwszym miejscu. To jest typowy przykład koniunkturalizmu – ktoś chce za wszelką cenę każdej władzy się przypodobać.
A zarzuty o polityczny kicz szły w zasadzie pod adresem Brandysa. Może to były porachunki z pisarzem, który w pewnym momencie uległ zauroczeniu tą ideologią, służył jej? Być może jest to polska specyfika, bo przecież nawet Tadeusz Konwicki był członkiem partii, część tych ‚młodych pryszczatych’, Woroszylski… To jest jakiś fenomen. Nie wiem… Nigdy nie byłem w żadnej partii i myślę tę postawę pielęgnować. Uważam, że twórca powinien być niezależny, co nie znaczy, że nie powinien mieć własnych poglądów.”

ZAKLĘCIA CENZURY

Peerelowska cenzura zawsze miała pełne ręce roboty. Na temat swoistej zabawy „w kotka i myszkę”, jaka rozgrywała się między cenzurą a a polskimi twórcami w PRL-u można by napisać grubą rozprawę, która zdradziłaby niejeden sekret i mechanizm twórczej inspiracji, a nawet pewnego rodzaju symbiozy prześladującego z prześladowanym, nękającego z nękanym… Czyli cenzura jako bodziec? Nie jest to chyba tylko czczy wymysł. Jednak, przede wszystkim – w tym kontakcie bezpośrednim, konkretnym – cenzor nie był dla artysty żadnym inspiratorem, a po prostu utrapieniem. Przypomniałem sobie i Zaorskiemu, jak np. reżyser Waldemar Krzystek opowiadał o swoich bojach i targach z tym urzędem przy okazji kręcenia i montowania filmu „W zawieszeniu”. A to musiał podpisać oświadczenie, że nie będzie scen, w których UB bije, a to przesłuchań pokazał zbyt wiele; kazano mu także wyrzucić z tytułu słowo „Śmierć” (… w zawieszeniu) etc.
Czy nie uważa pan – skierowałem pytanie do Zaorskiego – że przypomina to gusła i zaklinanie przeszłości? I ta złudna, naiwna wiara, że przeszłość da się poprawić, czy też nawet zmienić, ingerując w sam sposób mówienia o niej, ignorując, czy też pozbywając się jej pewnych elementów?
„Oczywiście, że tak!” – przyznał Zaorski i dodał: „Powiem coś, co brzmi jak anegdota, niemniej jednak jest faktem. Otóż Wicherek – postać znana w Polsce z Dziennika TV, gdzie przez parę klat podawał prognozę pogody – przyznał się kiedyś, że władze partyjne kazały mu zawsze przed 1 Maja mówić, że będzie ładna pogoda – by ludzie szli na pochód. Czy to nie jest właśnie zaklęcie? Wystarczy tylko powiedzieć, że nie będzie padało, a deszczu nie będzie. Przecież to przejaw totalnego okłamywania – nie tylko narodu, ale i siebie.”

MARTYROLOGIA PANIEN I WDÓW

Do Chicago, na Festiwal Filmu Polskiego, przywiózł Janusz Zaorski „Pany i wdowy” – sagę pięciu pokoleń Polek, ciągnącą się od momentu powstania styczniowego do czasów nam współczesnych. Wydawać by się mogło, że film podejmuje ryzyko spojrzenia na losy Polaków, wpisując je w tło tragicznych zwrotów naszej historii. „Panny i wdowy” kręcone były już w latach 90-tych, a więc powstawały w zupełnie innej rzeczywistości, w warunkach pozwalających na pewne przewartościowania, konfrontacje z dotychczasowymi interpretacjami dziejów Polski. Co robiło niejakie nadzieje. Niestety, moje rozczarowanie filmem było znaczne. Czy winna tu była zalatująca grafomanią proza Nurowskiej, której książka posłużyła za kanwę scenariusza? Napiszę wprost, że określenie „Panien i wdów” mianem kiczu byłoby nie tylko usprawiedliwione, ale i konieczne. Takie pomieszanie melodramatyzmu mydlano-operowego z historycznym przyczynkarstwem, pełnym tez inspirowanych przez opozycję wobec dotychczasowych cenzurowych restrykcji. Nastąpił więc przechył w drugą stronę.
Moim zdaniem „Panny i wdowy” chciały opowiedzieć o tak wielu sprawach, że w końcu nie powiedziały o niczym. Film był wyrywkowy i sprawiał wrażenie bardzo powierzchownego. Akcja obejmowała bardzo długi okres – począwszy od powstania styczniowego (z reminiscencjami z listopadowego) do ruchu Solidarności, biegnąc szybko do przodu. Zdecydowanie za szybko. Widz nie ma więc czasu na złapanie emocjonalnego kontaktu z postaciami bohaterek, nie pozwalając tym samym na przejęcie się ich losami. Stąd reakcje widowni na pewne sceny – diametralnie różne od tych, jakie by sobie reżyser życzył (śmiech na sali na widok tragedii).
Trudno się było oprzeć wrażeniu, że ze względu na ten ciąg nieszczęść jakie spadają na wszystkie bohaterki, mamy do czynienia ze skłonnością do patrzenia na nasza historię z perspektywy martyrologicznej. Czy nie było to kolejne – po tendencjach mesjanistyczno-heroiczno-romantycznych – zniekształcanie prawdy historycznej, tym razem w imię naszych fobii, kompleksów i złudzeń?
To jeszcze nie wszystko. Postaci Sowietów wydały mi się np. bardzo stereotypowe, niemal karykaturalne: są to bez wyjątku same chamy, gbury, pijacy i gwałciciele, debile, barbarzyńcy i oprawcy. Czy przez tę charakterystykę nie popadano w drugą skrajność? (Przypomnijmy sobie tutaj postacie towarzyszy radzieckich ukazywanych przez filmy w czasach PRL-u – będące niemalże uosobieniem wszelkich cnót i prawości.) Tym bardziej mogło to razić, że film miał intencje utrzymania konwencji realistycznej.
Z okupacją rozprawiono się w filmie w parę minut. Niemców prawie że nie widać, nikogo nie zabijają, bohaterce udaje się nawet wydostać z katowni gestapo. Zaraz później, przez kilkadziesiąt filmowych minut obserwujemy gehennę Polaków w sowieckim obozie pracy i wyrafinowane tortury, jakie serwuje im obwieszony medalami, potworkowaty komendant obozu. Czy tym sposobem nie gubiono jakichś proporcji?

„POTRAKTOWAŁEM TEMAT BARDZO BRUTALNIE”

Podzieliłem się tymi uwagami i zastrzeżeniami z reżyserem. Odpowiedź Zaorskiego była więc próbą odparcia tych wszystkich zarzutów:
„Film przedstawia sceny, jakich wcześniej w filmach polskich nie było. Są to konkretnie łagry z epoki stalinowskiej i zsyłki na Sybir. Nie było, bo nie mogło być – z przyczyn cenzuralnych. Na Zachodzie takie rzeczy pokazywano, ale przeważnie w filmach typu ‚bondowskiego’, gdzie służyły bardziej kryminalnej akcji, suspensowi, niż stronie historycznej, psychologicznej. Rzeczywiście, to co chcieliśmy przedstawić było ryzykowne, ale tak zawsze jest, gdy się chce wypełnić te ‚białe plamy’, czy też lepiej – ‚czarne dziury’ – jak ja to nazywam.
Czy martyrologia? Nie do końca jest to martyrologia, gdyż na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne. Jeżeli zaś chodzi o te nieszczęścia, to kobiety polskie spotykały jeszcze większe tragedie. Jest to saga pięciu pokoleń, rozciągnięta na przestrzeni ponad stu lat. Od tego typu filmu zawsze oczekuje się za dużo, jak również tego, że odpowiedzą na wszystkie pytania.
Uważa pan, że film przez to nie powiedział do końca o niczym? Pańskie prawo do takiej opinii i bardzo możliwe, że ma pan rację. Może rzeczywiście w tej wersji kinowej, dwu- i pół-godzinnej wszystko jest skrótowe. Ale powstała także wersja serialowa, składająca się z pięciu jedno-godzinnych odcinków. Tam to chyba jest pełniejsze.

Janusz Zaorski: "Na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne." ("Panny i wdowy")

Janusz Zaorski: „Na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne.” („Panny i wdowy”)

W ‚Pannach i wdowach’ temat, który dotychczas traktowany był zazwyczaj bardzo rozlewnie, ja potraktowałem raczej brutalnie, opowiadając dynamicznie i szybko montując. Wiem, że jest to pewnego rodzaju próba mieszania ‚ognia’ z ‚wodą’ w kinematografii. Chciałem prowadzić wątki jak w ‚action movie’, ale w tonacji artystycznej – w sensie artystycznym kina psychologicznego. Zresztą, każda z pięciu bohaterek dostała po pół godziny na narysowanie swojego portretu i myślę, że udało mi się osiągnąć to, co zamierzyłem. Ktoś inny może mieć inne zdanie, do kogoś innego mogło to nie dotrzeć… Np. ludzie z starszego pokolenia chcą pewnego wybrzmienia, oczekują tradycyjnej sagi, tempa moderato cantabile… To jest ta sprzeczność.
Za mało okupacji, powiada pan? Okupację potraktowałem w ten sposób świadomie. Filmów na ten temat zrobiono tyle, że kiedy strzelano na ulicach Warszawy, to wszyscy mówili, że to Passendorfer robi kolejny film o wojnie. Jest to więc wyeksploatowane szalenie.
Ciągle w pańskich pytaniach wyczuwam chęć, że powinienem pokazać to stylistycznie: tyle samo okupacji – tyle samo łagra; żeby był dobry – i żeby był zły. To wszystko mogłoby się wtedy zrobić letnie, mdłe… A ja pewne smaki chciałem dobrać ostrzej, a pewne pominąć – mając np. na uwadze, że w filmie polskim Rosjanina złego nie można było pokazać. Przez 40 lat kopy – jak pan zauważył – mieliśmy na kopy wspaniałe postacie towarzyszy, cudownych, ciepłych… itd. Film musi trafić w swój czas, a dla widza lat 90-tych novum stanowi to, że można go pokazać jako gbura i kreaturę – bo takich też przecież nie brakowało.

HISTORIA A OBIEKTYWIZM

Zarówno „Matka Królów”, jak i „Panny i wdowy” można określić mianem filmów historycznych. Podzieliłem się wobec tego z Zaorskim wątpliwością, czy rzeczywiście możliwe jest oddanie tzw. obiektywnej prawdy historycznej? A jeżeli utwór jest subiektywną wizją artysty – interpretacją przefiltrowaną jego widzeniem świata – to czy nie daje to dziełu statusu prawdy cząstkowej? Czy nie deprecjonuje w pewnym sensie jego wysiłku?
Zaorski odparł: „Myślę, że nie ma obiektywnych prawd – wszystko jest subiektywne. Dobrze jest, jeśli to odczucie subiektywne trafi w odczucie zbiorowe. Subiektywizm jest zawsze, ale gdy twórca jest wrażliwy, uczulony na emocje i umie je przekazać, to zdolny jest tą swoją ‚prawdą’ zarazić innych. Wysiłek taki nigdy nie jest daremny, nigdy nie idzie na marne. Publiczność jest zmienna, ale nie można się na nią obrażać i gdy ktoś mówi, że ona jest ‚głupia’, bo nie chodzi na nasze filmy, to trzeba przyczyny poszukać w sobie samym.”

O MITACH I POKORZE

Kto jest na tyle odważny, czy może szalony, by obalać mity? Czy odrzucenie, naturalna „degradacja” mitu, czyli ostentacyjne zdemaskowanie jego urojeniowej proweniencji – wskazanie, że w tzw. „rzeczywistości” jest nieprawdą, a nawet „fałszem” – może mieć znaczenie pozytywne? Na zakończenie wywiadu podzieliłem się z Zaorskim nawiązującymi do tego myślami: Czy aby nie powinniśmy pewnych okresów w naszej historii zostawić tak, jak funkcjonują w społecznej świadomości? Jak działa obalanie mitów narodowych – tak, jak robili to np. Gombrowicz, Mrożek czy Różewicz – na świadomość zbiorową? Dewastująco czy uzdrawiająco? Na co Zaorski odpowiedział:
„Te pytania dotykają rzeczywiście czegoś ważnego. Uważam, że pewne przewartościowania są szalenie potrzebne. Podziwiam tych pisarzy, których pan wymienił, za to, co zrobili. Podziwiam Gombrowicza za to, że napisał coś tak mocnego o Sienkiewiczu, właściwie druzgocząc go kompletnie. Podziwiam to, co napisał Mrożek o ‚Popiele i diamencie’ – i to zarówno o książce Andrzejewskiego, jak i filmie Wajdy – uznając to za apokryficzne dziełko, pokrętne i wręcz lizodupcze. Ale przecież to literatura, na której wychowało się wielu Polaków, a ‚Popiół i diament’ jest uważany przez wielu za najlepszy film polski w ogóle.
Pamiętam, jakie gromy padały na Munka za jego film ‚Zezowate szczęście’, że ‚jak on śmiał! dobre imię polskiego żołnierza!’
Uważam jednak, że taka kuracja terapeutyczno-wstrząsowa jest dobra. Mówi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów i że uparte trwanie przy czymś jest stagnacją, zastojem. Bowiem świat, cywilizacja zmienia się… itd. To wszystko prawda, jednak pewne wartości – te rudymentarne – pozostają niezmienione. Dla mnie np. wiara w Boga oznacza zadawanie mu pytań, mierzenie się z nim, a nie przyjmowanie wszystkiego, jako pewnik. Dlatego naprawdę bardzo sobie cenie tych twórców, którzy mają odwagę – nawet w imponderabiliach – szukać jeszcze rozmaitych asocjacji, którzy nie uznają pewników. To jest według mnie potrzebne. Choćby po to, byśmy nie popadli w jakiś polonocentryzm, nie uważali się za pępek świata, za naród wybrany. Trochę pokory, panowie!”

* * *

Na spotkaniu z publicznością, po chicagowskiej premierze „Panien i wdów”, reżyser powiedział, że na razie da sobie spokój z robieniem filmów historycznych. Kiedy już rozmawiałem z nim w willi jego przyjaciół w Morton Grove (pamiętam do dziś tę olbrzymią bibliotekę z książkami poupychanymi od podłogi po sufit i długi rządek białych grzbietów paryskiej „Kultury” na jednej z półek) poprosiłem go o potwierdzenie tego oświadczenia, na co Zaorski rzekł: „Tak, to prawda. Ale wcale nie myślę zamilknąć. Wiadomo, że raz robi się coś lepiej, raz gorzej. Uważam się za reżysera profesjonalnego, który – mówiąc trochę bezczelnie – wyedukował się i może tworzyć w rozmaitych gatunkach. W związku z czym reżyserię traktuję nie tylko jako powołanie, ale po prostu – jako aktywność zawodową. Będę więc dalej robił swoje.”
I rzeczywiście, Janusz Zaorski dalej „robił swoje”, choć była to działalność na poletku nieco innym, niż filmowym* – mam tu na myśli jego prezesowanie w Komitecie do Spraw Radia i Telewizji. Czy może ktoś powiedzieć, że odbywało się to z korzyścią dla telewizji, a ze stratą dla kina? A może odwrotnie?

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 29 grudnia, 1995 r.)

* Janusz Zaorski, sześć lat po tej deklaracji, zrobił film „Szczęśliwego Nowego Jorku”, później jeszcze kilka następnych (z różnym artystycznym skutkiem), a w ubiegłym roku przywiózł do Chicago „Syberiadę polską” – kolejny film historyczny, nawiązujący do naszej narodowej martyrologii (moim zdaniem niezbyt nieudany, o czym pisałem TUTAJ).

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

ŻÓŁTO NA BIAŁYM (o „Dziennikach” Stefana Kisielewskiego )

7 marca tego roku mija dokładnie 100 lat od urodzin Stefana Kisielewskiego – słynnego Kisiela, który był jedną z najbardziej znaczących postaci w historii polskiej kultury drugiej połowy XX wieku. Warto z tej okazji przypomnieć zwłaszcza „Dzienniki” – w opinii wielu największe (wraz z felietonami) jego dzieło, mimo iż pisane niejako mimochodem. Poniższy tekst powstał przed laty i opublikowany był dwukrotnie w prasie polonijnej: w 1996 roku w „Dzienniku Chicagowskim” (a więc kiedy „Dzienniki” ukazały się po raz pierwszy drukiem) oraz w 2002 roku w „Dzienniku Związkowym” (tutaj okazją było ich wznowienie). Przypomnijmy sobie tego niezwykłego człowieka – zaproszenie to kieruję zwłaszcza do młodszych pokoleń, osób zainteresowanych polską kulturą, którym Stefan Kisielewski jest mało znany.

Stefan Kisielewski: „Pozdrawiam nieznanego Czytelnika, który po latach te zapiski przeczyta – albo i nie przeczyta. Ciekawe pomyśleć, że mnie już wtedy nie będzie. Ale jeszcze ciekawsze – co będzie po owych latach w Polsce.”

‚Dzienniki’ to dzieło na miarę Montaigne’a, tyle że smutne, nudne i błahe niewymownie” – pisał o zapiskach Stefana Kisielewskiego jeden z jego redakcyjnych przyjaciół, Marcin Król.
Smutne? Raczej choleryczne. Nudne? Bardzo rzadko. Błahe? Na pewno nie. (Jak może być coś na miarę Montaigne’a a jednocześnie błahe – to pozostanie zagadką sofistów.)
Pierwsze wydanie „Dzienników” Kisiela okazało się bestsellerem. Po serii dodruków wyszła niedawno jego nowa edycja. Wszystko to świadczy o nieustającym zainteresowaniu tym, jednym z najbardziej notorycznych, i niepokornych felietonistów w powojennej historii Polski.
Czy „Dzienniki” warte są tej uwagi? Kto ma rację? Ci, którzy tę książkę chwalą, czy też ci, którzy ją ganią? Jedno jest pewne: Kisiel nie przestał wszystkich zaskakiwać nawet po swojej śmierci.

*

KTO  ZAGLĄDA  DO  „ŻÓŁCIOWEGO DZIENNICZKA”?

Dzieło na miarę Montaigne’a?

Pierwsze wydanie Kisielowych „Dzienników” rozeszło się w mig i już wkrótce pojawiły się pierwsze recenzje krytyczne. Autorami byli zazwyczaj ludzie, którzy autora znali osobiście, a ponadto sami zanurzeni byli w peerelowskim żywiołku opisywanym tak namiętnie, choć niemal po kronikarsku, przez Kisielewskiego. Niewątpliwie były to wypowiedzi najcenniejsze i najbardziej kompetentne, szkoda tylko, że tak powściągliwe, asekuracyjnie dwuznaczne (jak cytowany wyżej artykuł Króla w „Tygodniku Powszechnym”), czyli, innymi słowy, mijające się nieco z prawdą i nie do końca szczere. Postawa wobec Kisiela – człeka przecież bezceremonialnego, ostrego, ciętego, po sarmacku ostentacyjnego – zgoła nie na miejscu. Doprawdy, wg mnie zasłużył on sobie na inne traktowanie i sam pewnie wyśmiałby letniość swoich recenzentów. Letniość o tyle niezrozumiałą, że Kisiel podotykał niewybrednie w swoich zapiskach całe mrowie ludzi, szastając (często pochopnie) na prawo i lewo słowami kąśliwymi, wręcz grubiańskimi, a przez to niesprawiedliwymi.
Lecz pewną nietykalność za swoje niepohamowane ekscesy towarzysko-polityczne zyskał on już sobie za życia, więc tym bardziej po śmierci nie oczekiwano oburzonych i gwałtownych reakcji na opublikowany „żółciowy dzienniczek”, jak sam go sobie nazwał. Niemniej jednak Kisiel godzien jest podejścia bardziej bezpruderyjnego, mniej dyplomatycznego, bez zbędnej kurtuazji, która niezbyt dobrze do niego pasuje.

Obawiam się, iż to nie przypadek, że książkę tę omawiali ludzie ze starszych pokoleń, w przeszłości zżyci – jakby nie było – z PRL-em. Nieważne – dyspozycyjnie, czy też opozycyjnie, (gdyż opozycja to także pewna forma symbiozy z adwersarzem, tyle że niejako a rebours). Wszyscy oni zainteresowani byli tymi zapiskami z różnych względów. Przede wszystkim sam Kisiel: persona nad wyraz oryginalna, niezależna, niestereotypowa, nieprzewidywalna, barwna, radykalna… Każdy jego sąd był niezawisły, indywidualny, bywało że dziwaczny i fantazyjny, ale też niezmiennie ciekawy. Kisiel często i gęsto się mylił, lecz rzadko – w bezpośrednim kontakcie – nudził. A to już było osiągnięciem niebagatelnym.
Z drugiej strony sprawa PRL-u była i jest w okresie po transformacji ciągle żywa. Rewizje, remanenty, przewartościowania, spory o schedę, ochota do lustracji i dekomunizacji, społeczno-polityczne obciążenia świadomości, odniesienia, analogie i resentymenty ludowej przeszłości… – z tym wszystkim, chcąc nie chcąc, wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza w kręgach polityki, kultury i publicystyki, musi się liczyć. A Kisiel rzuca przy tej okazji własne ostre światło.
Niebagatelny jest też chyba powód osobisty. Są tacy, którzy rozrachunek z własną przeszłością, samoświadomością i tożsamością robią na swój własny rachunek.
Na pewno wieloma czytelnikami przy sięgnięciu po „cegłę” Kisiela (950 stron!) powodowała zwykła ciekawość – czy też nie znajdą w niej wzmianki o sobie samym lub o osobach znanych im osobiście, tudzież o wydarzeniach, w których sami brali udział. W końcu Kisiel, choć odcięty przez cenzurę i partię od masy społeczeństwa, w środowiskach elitarnych był postacią znaną.

POKOLENIE W ROZKROKU

Zastanawiam się teraz, czy to pierwsze wydanie „Dzienników” Kisiela miało wielu czytelników wśród mojego pokolenia (wówczas) dwudziesto- trzydziestolatków, które o PRL ledwie się otarło, a już na pewno nie było z tym tworem ustrojowo-państwowym związane konformistycznie ani oportunistycznie. Nie chcę tym twierdzić, że to pokolenie lepsze od poprzednich. Może po prostu nie zdążyło się jeszcze w socjalizmie dobrze usadowić? Choć przecież i wśród moich kolegów i koleżanek znaleźli się SZSP-owcy, czy nawet partyjni, a wśród dalszych znajomych – nawet ubeccy kapusie. Jednak w swej pokoleniowej masie wszyscy byliśmy anty… – jedni radykalnie bardziej, drudzy mniej. Po prostu z racji szczenięcego wieku bardziej nadawaliśmy się na kontestatorów status quo, niż nasi rodzice, z których wielu posiadało czerwone legitymacje i związanych było z peerelowską strukturą zawodowo. Oczywiście nie pozbawiało ich to krytycyzmu, tyle że był to najczęściej krytycyzm towarzysko-domowy, nie wykraczający poza prywatne opłotki.
Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nasz bunt miał bardziej znamiona młodzieńczego buntu pokoleniowego, niż politycznego. Mówię o latach 70. Później, już za „Solidarności”, nasze pokolenie zaczęło odgrywać rolę bardziej konkretną, z tym, że PRL zaczynał przypominać ledwie żywego truposza, sztucznie podtrzymywanego przy życiu przez namioty tlenowe partyjnej inercji, w których głównym miechowym był generał Jaruzelski. Większych zasług w obaleniu tzw. „komunizmu” nie możemy sobie przypisać, bo trudno uznać za takowe studencko-zomowskie bijatyki na ulicach czy też drukowanie i kolportaż „bibuły”.

Tak się więc złożyło, że moje pokolenie nie trafiło w czas… Ale przecież każde niemal pokolenie ma takie wrażenie. Byliśmy rozkraczeni między zieloną szczeniackością lat 70-tych, a tymczasowością i nieokreślonością lat 80-tych. Rewolucję  – przeciwko „komunizmowi”! – robili za nas głównie lewicowcy i socjaliści, wspierając się w dodatku proletariatem, który jednakże nie mienił się czerwonym a raczej katolickim, stąd późniejsza możliwość doczepienia się doń partii i partyjek uważających się za prawicowe.
Ludzie pokroju Stefana Kisielewskiego, pamiętający jeszcze polską niezawisłą rację stanu, byli zakneblowani, na emigracji lub na wymarciu. A o solidnym podłożu, na którym mogłaby się rozwinąć zdrowa nowoczesna polska prawica, w ogóle nie mogło być mowy.

Przyjdzie mi teraz usprawiedliwić ten przydługi nieco wstęp. Bierze się on z tego, że odczuwam jakąś podskórną potrzebę wytłumaczenia się, że także i ja chcę się wypowiedzieć o „Dziennikach”, choć, jak już zaznaczyłem, należę do pokolenia, któremu Kisielewski był w zasadzie obcy, a i sama istota PRL-u wymykała się (z racji naszego wieku i braku historycznego dystansu) właściwej percepcji. A może właśnie dlatego taki głos „z zewnątrz” może posiadać pewne walory? W każdym bądź razie nieco śmieszne to chyba skrupuły.

Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych i politycznych zawirowań

ZWIERZ POLITYCZNY W WALCE Z „DYKTATURĄ CIEMNIAKÓW”

„Dzienniki” zaczęły powstawać w 1968 r., już po marcowych czystkach, awanturze ze studentami i żydami, u schyłku epoki Gomułki i Moczarowców (choć wówczas jeszcze tak dekadencko to nie wyglądało). Kisiel dostał szlaban na wszelkie publikacje po tym, jak ówczesny sposób partyjnego rządzenia Polską nazwał publicznie „dyktaturą ciemniaków”. Dwa tygodnie później spuszczono mu lanie w jednej z bram Starego Miasta. Trzy miesiące potem, pod koniec maja 1968 r., w zeszycie pojawia się pierwszy zapis: „Nareszcie po długim okresie chmurnego zimna trochę słońca. Waham się, czy pisać, czy też pojechać na rowerze lub opalać się na słońcu. Pisanie dla siebie rzecz złudna, trudna, choć czasem w perspektywie lat owocna”.
Natura Kisiela – ekstrawertyczna, wybujała – knebla znieść nie mogła. Jego zapiski osobiste pełniły jednak wiele różnych funkcji, będąc nie tylko wentylem bezpieczeństwa, którym uchodziła żółć sfrustrowanego, skazanego na publiczny niebyt zwierza politycznego i publicystycznego. Zgoda, terapeutyczne zadanie „Dzienników” było tu najistotniejsze, lecz Kisiel traktował je również jako kronikę swoich czasów, utrwalenie dziejów peerelowskiego „absurdu” – bo tak tę rzeczywistość widział.
Wielokrotnie dawał też wyraz swoim obawom, iż totalne zakłamanie, obłudna polityka Zachodu i prasowe łgarstwa skutecznie blokują prawdę o rzeczywistej stronie tzw. „realnego socjalizmu”, którą trzeba bezkompromisowo obnażać i demaskować. To, że akurat dowód Kisiela miałby tu być monopolem krytycyzmu i nieomylności, nosi oczywiście pewne znamiona megalomanii, a jednak, gdy tak przyjrzymy się ogólnemu stanowi ówczesnej opozycji, to owo egotyczne podejście Kisiela okazuje się mieć pewne realne postawy: na tym tle jego postać opozycjonisty i stronnika kapitalizmu, wydaje się być skrystalizowana, wyjątkowa, wręcz wybitna.

Przez wiele lat Stefan Kisielewski związany był z „Tygodnikiem Powszechnym” gdzie na ostatniej stronie miał swoją trybunę. Wielu ludzi głównie dla Kisiela kupowało „Tygodnik”, od jego felietonu lekturą zaczynając i często – jeśli wierzyć nieco złośliwemu komentarzowi Daniela Passenta z „Polityki” – na tym lekturę „Powszechnego” kończąc. Strona ta stała się niemal instytucją samą w sobie, będąc bez wątpienia jednym z najważniejszych fenomenów ówczesnej publicystyki w Polsce.
Po zaatakowaniu „ciemniaków” redakcja Jerzego Turowicza otrzymała absolutny zakaz druku czegokolwiek co wyszło spod pióra Kisielewskiego. Restrykcjami zresztą objęto także inne pola, na których mógł on działać, np. muzykę Dla rasowego publicysty-felietonisty i politycznego pasjonata był to cios. W „Dzienniku” możemy śledzić kilka wątków. Jednym z nich jest sposób w jaki Kisiel z tym ciężkim szlabanem musiał się szarpać. Użerki z cenzurą były w owym czasie na porządku dziennym, jednak nie mogły się nawet równać z zakałą całkowitego zakazu.
Kisiel więc miota się i wyżywa przy swoim biurku: „20 lat pisałem a tu nagle pysk zasznurowany tylko czytaj człowieku tę najgłupszą prasę świata, gdzie w powodzi panegiryzmu na temat siebie, oraz w falach aroganckiej krytyki wszystkiego co inne (z Ameryką, rzecz prosta, na czele), z rzadka znaleźć można coś do sensu, poruszającego jakąś istotę sprawy”. Także, nie mniej dosłownie, w innych miejscach autor poddaje się „… charakterowi niniejszych notatek, mających być czymś w rodzaju ‘pamiętników żółciowca’, gdzie wyładowuje się drobne wściekłości, których nie sposób wylać gdzie indziej.”
Kisiel ma pełną świadomość tej katarktycznej, oczyszczającej funkcji swoich zapisków. W pewnym momencie przytacza nawet sposób hinduskich joginów na pozbycie się żółci. Otóż zalecali oni napisanie listu z wymyślaniami na tego, do kogo czuje się złość, by zaraz potem wybuchowy i zjadliwy liścik zniszczyć. Przypomniało mi to, iż onegdaj w Ameryce można było zamówić rodzaj manekina na wzór osoby, która człowieka „wnerwia” (np. żony, męża, ewentualnie szefa) i go sobie w domu dla ulgi nokautować.
Kisiel pisał w dziennikach głównie o polityce, sam nazwał swoje notatki kroniką obsesji; z masochistyczną wręcz pasją wertował dziesiątki polskich gazet, dość regularnie powracał też do periodyków francuskich, niemieckich i amerykańskich. I wściekał się oczywiście przy tej lekturze, ale przecież, jak sam przyznawał, lubił pisać o tym, czego nie lubił, więc nic dziwnego, że szukał tam dla siebie nie tylko informacji, ale też narkotyku i podniety.

PRAWDA I TYLKO PRAWDA?

Mimo, że Kisielewski nie mógł oficjalnie publikować w „Tygodniku Powszechnym” (nie wspominając już o innych pismach), to jednak kilkakrotnie zdołał przemycić własne teksty pod pseudonimem, próbował komponować (głównie zlecone drobiazgi, choć mocował się też z symfonią), no i równolegle tworzył swe „dzieła” vel „romanse” czyli powieści, które pod nazwiskiem Tomasz Staliński wydawane były sukcesywnie przez paryską  „Kulturę”.

Choć Kisielowi daleko było do artysty pięknoducha (uduchowioną mimozą to on nigdy nie był, bardziej gargantuicznym cholerykiem), to niewątpliwie duch artystowski nie był mu obcy. Jako były poseł, a także powieściopisarz, eseista i kompozytor, stykał się blisko nie tylko ze światem polityki, która była jego największym i najbardziej naturalnym żywiołem, ale i ze światem sztuki. Przy czym, z racji cech specyficznych Kisiela, zderzenie to dawało nieraz nad wyraz zaskakujące, niepowtarzalne, niezmiernie ciekawe efekty.
Wydawać by się mogło, że  – zważywszy na charakter i okoliczności powstawania dziennika – będzie on zawierać absolutną prawdę (Kisielową) i tylko prawdę („a tu mogę pisać co chcę”); porażać nas swoim emocjonalno-intelektualnym ekshibicjonizmem – bez zahamowań, kruczków, aluzji, gry i mrugania okiem… I tak jest rzeczywiście, choć zdarzały się momenty, że Kisiel się po prostu i po ludzku bał. Niekiedy nie mamy pewności, czy jego częste wspominki o śledzeniu go i mnogości ubeckich agentów wokół, miały źródło w konkretnej rzeczywistości, czy też były symptomem jakiejś manii prześladowczej, tworem wyobraźni. Lecz inwigilacja i kontrola Kisiela przez „ubezpieczalnię” była faktem niewątpliwym, co potwierdzają najbliższe mu osoby.
Właśnie wtedy zdarzały mu się takie zapiski: „Ciekawa jest rzecz z tym dziennikiem, piszę go nie całkiem szczerze, bo wciąż mam w głowie myśli, że wpadnie w czyjeś ręce. A więc pełny kamuflaż  – gdzie istnieje człowiek zupełnie wyzbyty kamuflażu?” (…) Ale z drugiej strony: „Przeczytałem sobie ten dziennik i przestraszyłem się, że taki ostry – jak go władze wezmą, to krewa. Poza tym za dużo w nich wymyślań, ostrych słów, a to jest zawsze dowodem bezsilności. Trzeba się hamować: złość piękności szkodzi.”

Kisiel: „Polska dzisiejsza to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów”

Niech nas jednak podobne stwierdzenia nie zwiodą. Jeśli Kisiel stosuje jakąś autocenzurę, to tylko na chwilę, bowiem zaraz później porywa go znów ten jego choleryczny, polemiczny, antykomunistyczny temperament i chlasta on swych adwersarzy jak trzeba. Nie mamy więc tak naprawdę żadnych powodów czy przesłanek, by uważać „Dzienniki” en gross za nieszczere, zakamuflowane, czy nie daj Boże, bojaźliwe. Podobne uwagi są czynione przez autora właściwie en passant, mimochodem, i jako takie nie mają istotnego znaczenia. A różnorodność reakcji, niedoskonałości charakteru, pewne odkrycie się z uczuciami, które ktoś inny mógłby uznać za wstydliwe czy niezbyt chwalebne, przybliżają nam tylko autora jako człowieka.

DOKUMENT NASZYCH CZASÓW

Na przekór tym denuncjacjom o maniach, obsesjach i problematycznej merytoryczności „Dzienników”, są one prawdziwym zagłębiem wiedzy, informacji, faktów, nazwisk, świadectw tamtej epoki. Biorąc nawet poprawkę na silne emocjonalne zabarwienie, pewien brak obiektywizmu czy też wręcz zdecydowaną stronniczość, „Dzienniki” należy uznać za ważny dokument swoich czasów, choćby nawet kuriozalny. Miejscami zajmuje on nas bardziej, miejscami mniej – by nie napisać, że jest nużący – to znów wydaje się bez mała fascynujący, bulwersuje. Dla czytelnika, który za kulisy PRL-u nie miał wstępu tudzież wglądu, lektura tej księgi może być czymś w rodzaju nadrabiania zaległości – wypełniania luk w wiedzy o najnowszej historii rodzinnego kraju, bez znajomości której trudno by zrozumieć to, co się dzieje obecnie w Polsce.
A Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, tkwił w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych, politycznych i gospodarczych zawirowań. Mimo narzuconej mu izolacji, pozbawienia możliwości wpływania na społeczny ogół, cały czas trzymał rękę na pulsie bieżących spraw, utrzymywał kontakty z mnóstwem liczących się w kulturze i polityce ludzi (niejedną wódkę z nimi wypił), miał też bezpośredni wgląd w sytuację na świecie. Będąc przy tym obserwatorem przenikliwym, niepoprawnie zachłannym, o diabelsko ruchliwej wyobraźni i ciekawości, z niepoślednim intelektem, unikalną umysłowością, zostawił po sobie ślad, nad którym nie sposób przejść – nawet po wielu latach – obojętnie.

*  *  *

PATRIOTYZM  SFRUSTROWANY

*

Polska – to był największy ból Stefana Kisielewskiego. I był to ból przewlekły, tak jak przewlekła była sowiecka kuratela nad naszym krajem. Lata mijały a patriotyczna chandra Kisiela nie ustępowała, co na kartach „Dzienników” widoczne jest aż nazbyt ostro. Choroba „na Polskę”, głęboka frustracja biorąca się z różnicy między tym, co wyobrażał i czego życzył sobie (i krajowi) Kisiel, a rzeczywistym stanem peerelowskim.

Kisiel „chory” na Polskę

To, że był to starej daty patriotyzm, raczej nie ulega wątpliwości. Sprawa polska leżała Kisielowi nie tylko na wątrobie ale i na sercu. Jakże inaczej tłumaczyć ową polemiczną pasję roztrząsania – i to niemal każdego dnia – najistotniejszych dylematów gospodarczych, politycznych i społecznych występujących nad Wisłą? Prawdziwe powody znajdziemy oczywiście w „Dziennikach”, lecz nie zawadzi tu przytoczyć także opinię Czesława Miłosza, który w swoim „Abecadle” pisze tak: „Dla człowieka kochającego swój kraj – a Kisiel był patriotą – to, co się działo w Polsce po 1945 roku, przedstawiało się jako jedno wielkie niszczenie i marnotrawstwo”.
Nie tylko niszczenie i marnotrawstwo. Kisiel analizuje za swojego punktu widzenia różne aspekty peerelowskiej rzeczywistości: wasalskie uzależnienie od Rosji, stan polskich „elit” i innych grup społecznych, jak również narodu polskiego jako całości. Zajmuje go sposób rządzenia, polityka władzy, irytują ustrojowe paradoksy i absurdy.
Uważał, że „sojusz” ze Związkiem Radzieckim, pętając Polskę, czyni z niej kraj zacofany, zupełnie przez Zachód lekceważony. Przyszłość jednak pokazała, że Stefan Kisielewski był o wiele bardziej trzeźwym realistą, niż ci, którzy uważając się za „realistów”, szli na kompromis i tym samym system ten wspierali, moszcząc się wygodnie – naiwnie lub z wyrachowaniem – w jego strukturach. Realizm Kisielewskiego polegał na tym, że odrzucał on oparcie socjalistycznej ekonomii na fikcyjnych podstawach. To właśnie funkcjonowanie rynku i gospodarki w socjalizmie było na bakier z realizmem ekonomicznym, nie odwrotnie. I tu Historia przyznała Kisielowi rację.

DOM WARIATÓW I OPERETKA

Podczas swoich częstych podróży po Polsce, Kisiel oczywiście wszystko dookoła bacznie obserwował, czyniąc uwagi, które niekiedy wymykały się jakby tej jego pesymistycznej  i krytycznej idiosynkrazji. Pisał np: „ładny kraj, idylliczny na pozór”; autentycznie zachwycał się morzem czy górami (namiętnie spacerował i jeździł na rowerze), rajcował go (z początku przynajmniej) „rozkwit” Warszawy za Gierka. Parę przychylnych uwag poczynił pod adresem górali, młodzieży („ładna, dobrze odchowana, ubrana”)… etc. Natychmiast jednak wskakiwał na tego swojego wierzgającego byka krytyki. Jego uwaga koncentrowała się na czerwonej płachcie braków, ułomności, absurdów otaczającej go „socjalistycznej rzeczywistości”: „Polska dzisiejsza – Kisiel pisze to na dwa miesiące przed zajściami grudniowymi 1970 r. – to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów: to wszystko, co w Rosji jest tragiczne czy dramatyczne, tu jest tylko operetkowe. Kraj z tajemniczą, nikomu nieznaną ‘elitą’ na górze, rządzony w myśl doktryny, którą mało kto podziela, z prawami dziwacznymi i zawile sformułowanymi, egzystujący od przypadku do przypadku, w dużym stopniu dzięki korupcji i łamaniu tego prawa; nie informowany o niczym i mający wszystko w dupie, ale za to kierujący się węchem i siódmym zmysłem; kraj, gdzie wszyscy boją się czegoś nieznanego, nikt natomiast nie boi się oszukiwać i naciągać, wiedząc doskonale, że bez tego nie można żyć; kraj, gdzie nikt nie wierzy w marksizm, a partia marksistowska ma 2 mln. członków – etc. Jak z domu wariatów wyłoni się normalny naród?”
Temu narodowi dostają się cięgi i gorzkie sarkazmy: „…masochizm narodowy i mesjanizm już są nieaktualne, bo jakże gloryfikować ten naród biedny wprawdzie, ale w swej biedzie mało wykazujący wielkości, intrygancki, plotkarski, tchórzliwy?” Zapis z 30 marca 1972 roku: „Polacy nie mają już odwagi cywilnej (tej zresztą nigdy nie mieli) ani godności. Narody, którym odebrano godność, czyli kraje demokracji ludowej – tak bym to określił”. 30 grudnia 1976 r.: „Komunizmowi mogą się oprzeć tylko społeczeństwa rozwinięte przemysłowo, mające nową elitę, nową szlachtę, arystokrację pieniądza. W kraju zniwelowanym, pozbawionym wszelkich elit, siłą faktu elitą zostaje centralistyczno-biurokratyczna partyjna sitwa, której służy zastrachana i skurwiona inteligencja naukowo-techniczna i prasowo-artystyczna”. 22 października 1978 r.: „Czy my wszyscy nie jesteśmy przypadkiem zdegenerowani? Przecież już od 30 lat akceptuje się, żyjąc w nim, stan rzeczy, że na białe mówi się czarne, dyktaturę nazywa się demokracją, gwałt przyjaźnią etc., to muszą z tego wyniknąć jakieś konsekwencje psychiczne (…) A co będzie z polskim narodem? Młodzi chcą go teraz otrzeźwić, ale czy doceniają, jak on w tym sowietyźmie zeskurwysyniał?”

Czesław Miłosz: „Kisiel był patriotą” Kisiel: „Naród w sowietyźmie zeskurwysyniał”

Stefan Kisielewski miał szlaban nie tylko publicystyczny, ale i graniczny: przez długi czas nie mógł opuścić Polski, odmawiano mu wydania paszportu. Kiedy więc udało się mu wyjechać i przez 7 miesięcy na przełomie 1973 i 74 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Francji i RFN, zakosztował wolności i Zachodu, jego diagnoza socjalistycznej rzeczywistości polskiej po powrocie była druzgocząca: „Kraj niedemokratyczny, z fochami i fumami, gdzie każdy chce przewodzić innymi, wszyscy razem są prymitywni i biedni. Cóż za system kretyński i demoralizujący ludzi – bo nieszczęście ludzi nie czyni sympatyczniejszymi, przeciwnie! Jakież tu wszystko jest nielogiczne, niewygodne, absurdalne (…) Do tego monotonia życia, ubóstwo kulturalne, potwornie idiotyczna prasa i radio. Zresztą wszędzie ten absurdalny, nic wspólnego z rzeczywistością nie mający żargon partyjny, mieszanina abstrakcyjnej doktryny z konsekwentnym cwaniactwem oszustów – wszystko to jest niesamowite”.
System oparty na fikcji i utopii musi się w swym oderwaniu od rzeczywistości wspierać różnymi trikami: dymne zasłony ideologiczne, magia słów, doktrynalne zaklęcia, ignorowanie oczywistych faktów, utwierdzanie mitów, sankcjonowanie kłamstwa i obłudy. Wiadomo to skądinąd, nie tylko dzięki Orwellowi. Kisiel raz po raz punktuje owe zjawiska jednoznacznie, ocierając się nawet czasem o profetyzm: „Cała nasza elita partyjna zmienia się w automaty, ludzi nieczułych i niewrażliwych na drganie prawdy, nie dopuszczających istnienie innych poglądów, nie znających prawdziwej dyskusji, nie robiących niczego co nie uzgodnione, nie postanowione z góry. Rezultat – chcąc coś zmienić, trzeba wyjść na ulicę i palić komitet. Gierka też to spotka, to jasne, bo on już też tak odrętwiał jak Gomułka”.
Wielu ludzi PRL-u było świadomych tego, że żyją w świecie, który kształtować i kontrolować chciano za pomocą fikcyjnej ideologii, jednak instynkt samozachowawczy – niektórzy powiedzą: mimikra – powodowało, że przyjmowali reguły gry, urządzali się jakoś i egzystowali w czymś, co można nazwać orwellowskim „dwójmyśleniem”. Kisiel ich nawet czasem usprawiedliwiał. Był to kamuflaż, słynne, spotykane zwłaszcza wśród inteligentów „barwy ochronne”. Nie wszyscy jednak – choć byli to nieliczni – owe barwy przybierali. I to nie tylko z powściągliwości czy nawet wstrętu do tego rodzaju obłudy. Po prostu niektórzy nie byli do tego zdolni. Kisiela, to co się działo wokół niego zdumiewało „jak sen wariata  śniony nieprzytomnie”, a najbardziej zdumiewało go to, że tak niewielu się tym w sumie zdumiewało.
Zapewne nieraz Kisiel zadawał sobie pytanie: kto tu zwariował – on czy cała reszta? Pytanie wszelkich niepokornych, nieprzystosowanych do zunifikowanego systemu, których rzeczywiście jako „wariatów” zamykano w szpitalach psychiatrycznych. Tak było np. w ZSRR, gdzie patologia komunizmu objawiła się najostrzej (przykłady: Brodski, Mandelsztam i wielu innych). Sam Kisiel przyznał parokrotnie, iż naprawdę trzeba posiadać pewne cechy szaleńca, by uprawiać opozycję w komuniźmie, nie mówiąc już o próbach buntu i wzniecania rewolucji. Na tym też osadza on jeden z dylematów życia w totalitaryzmie: „wyobcować się czy przyjąć ogólną konwencję?”.

ORĘDOWNIK KAPITALIZMU CZY DENUNCJATOR GOSPODARCZEJ FIKCJI SOCJALIZMU?

W przeciwieństwie do innych krytyków komunizmu czy socjalizmu, Stefan Kisielewski stosunkowo rzadko wdawał się z tymi systemami w głębsze dysputy natury ideologiczno-filozoficznej. Nie rozwinął też własnej alternatywy ustrojowej, choć niejednokrotnie dawał wyraz swemu poparciu dla kapitalizmu – i to ostatnie właśnie przylgnęło do jego wizerunku opozycjonisty. Powiedzmy sobie szczerze, że przylgnęło bardziej na zasadzie mitu i legendy, niż czegoś wynikającego z rzeczywistych przesłanek. Sam Kisiel daje wyraz temu w „Dziennikach” przyznając, iż kapitalizmu nie zna na tyle, by ogłosić siebie jego otwartym i kompetentnym poplecznikiem. Uczciwe postawienie sprawy.
Nie przeszkadza mu to jednak w obnażaniu słabizn ekonomicznych ustroju, stawianiu diagnoz chorej gospodarce: „Obłędna jest niepraktyczność tego ustroju (…) Uderza mnie tu bałagan, zła organizacja i lekceważenie wszystkiego przez wszystkich”. (…)„Budowano to głupio, po doktrynersku, bez ekonomistów”. (…) „W socjaliźmie wielki popyt, mała podaż, fatalna organizacja, pełne zatrudnienie, niskie płace, równość w brakach życiowych i w baraku praw do gadania; w kapitaliźmie – odwrotnie”.

Krytyka stanu gospodarki w socjaliźmie łączy się u Kisiela z powierzchowną co prawda, niemniej jednak dobitną krytyką ideologii, podstaw ustrojowych, a więc marksizmu i komunizmu. Trudno się temu dziwić skoro upolitycznianie wszystkiego było nieodłączną cechą funkcjonowania systemu
Raz po raz wraca Kisielewski do denuncjacji fikcji, na której opiera się ustrój i sposób rządzenia w PRL-u: „Wczoraj oglądałem w telewizji otwarcie sejmu – coś wręcz przerażającego: od czasu do czasu, gdy ja byłem posłem, drętwość tego widowiska posunęła się naprzód, ku swej ‘doskonałości’, w sposób po prostu niewyobrażalny. Jakby marionetki poruszane sznurkiem, wszystko wyreżyserowane, bez cienia autentyzmu (…) Potworna nieruchoma fasadowość tego wszystkiego, mająca na celu ukrycie jakichkolwiek konfliktów, zdradza kurczowy strach przed społeczeństwem, przed życiem, przed jakąkolwiek zmianą (…) Polityka pojęta jako utrzymanie władzy i tajności jej kulis za wszelką cenę”.

KTO TĘSKNI ZA PRL-em?

Warto zwrócić uwagę na powyższe sądy Stefana Kisielewskiego tym wszystkim, którzy niejako zwątpili dziś (tekst pisany był w drugiej połowie lat 90-tych – przyp. LA) w zasadność i dobrodziejstwo całej solidarnościowej zawieruchy kładącej kres PRL-owi. A że takie zwątpienie jest stale obecne, to nie ulega wątpliwości. Społeczeństwo polskie w dużej mierze tęskni za „bezpieczeństwem” i „komfortem”, które jakoby panowały w czasach Polski Ludowej. W tych tęsknotach zapomina się jednak o kosztach, jakich ten „komfort” wymagał – o cenie jaką trzeba było płacić. Nie bierze się też przy tym pod uwagę jakie to wszystko było papierowe, budowane w powietrzu, na ruchomych piaskach – i skazane przez to na zawalenie i ruinę. Złudna była niezawisłość, niepewne bezpieczeństwo narodowe, urojona gospodarcza potęga, sztuczny i nietrwały dobrobyt (zwłaszcza w czasie przejadania zagranicznych kredytów); wreszcie – na fałszu oparta była oficjalna ideologia. Na tym zasadzały się peerelowskie „dobrodziejstwa” i „spokój”.

Daniel Passent: „Był autorytetem. Każdy jego felieton był dla mnie wyrzutem sumienia.”

Okazało się, iż taka jest prawdziwa kolej rzeczy: komunizm, jak również tzw. realny socjalizm (gdyż w Polsce prawdziwego komunizmu, dzięki Bogu, nie było nigdy), skazany był na bankructwo, nawet gdyby nie miał swoich przeciwników i kontestatorów. Stało się więc to, co musiało się.
O ile sobie przypominam, poglądy wyrażone tak ostro, jednoznacznie, śmiało i jaskrawie przez Kisiela, podzielane były w Polsce coraz powszechniej, krążyły w obiegu nieoficjalnym. Stefan Kisielewski miał odwagę wypowiadać je głośno i publicznie – dopóki było to możliwe. Później to samo głosił w swoim środowisku, utrwalając jednocześnie w dziennikach. Wszyscy w zasadzie przyznawali mu rację (po cichu raczej), choć niewielu tak pełnie, elokwentnie i z taką swadą potrafiło te myśli wyrazić. Często nie była to nawet sprawa odwagi, co właśnie przenikliwości i ruchliwości umysłu.

WYRZUT SUMIENIA

Myślę, że dość adekwatną opinią na temat postawy Kisiela będzie tu zdanie Daniela Passenta, którego doprawdy trudno by uznać za opozycjonistę PRL-u, czego on się zresztą wcale nie wypiera, wyznając otwarcie, choć nie bez pewnej kokieterii: „Dla mnie najważniejsza w tych felietonach była odwaga. Stanowiły one wyrzut sumienia, że nie posuwam się w swych wnioskach tak daleko, jak autor ‘Gwoździ w mózgu’. Z tych samych przesłanek Kisiel wyciągał bowiem wnioski, jakich ja nie wyciągałem (…) Czytało się więc Kisiela jako tego, który zasadniczo ma rację, mimo że w tej czy innej sprawie mógł się mylić. Pochlebna wzmianka w jego felietonie dawała satysfakcję, reprymenda – bolała, takim był autorytetem. Każdy jego felieton był więc dla mnie wyrzutem sumienia”.

Przyznaję, opinie Kisiela o polskim społeczeństwie (padło nawet słowo „naród”) mogą bulwersować. Sądy to ostre, nie przebierające w epitetach, nie wolne nawet od inwektyw. W ustach nie-Polaka, człowieka z zewnątrz, zabrzmiałyby niewątpliwie jak zniewaga, obelga, jednak akurat Kisielowi skłonni byliśmy to odpuścić. Mało kto, tak jak on, miał prawo do podobnego sarkazmu i bezceremonialności. Silne emocjonalne zabarwienie świadczyć może tylko o zaangażowaniu. Jeśli naród byłby Kisielowi obojętny – letnie i obojętne byłyby o nim wzmianki. Przy okazji odpowiedzmy sobie w duchu: czy sami nie odczuwaliśmy nigdy takiej potrzeby, by wyrzucić z siebie to, co nas boli z powodu tych mniej chlubnych cech naszych narodowych – by, po prostu, naurągać nieco naszemu własnemu plemieniu? I wcale nie byłby to dowód braku patriotyzmu, czy tym bardziej zdrady. A Kisiel jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o zdradę i zaprzedanie.

NIEPRZEKUPNY

Właśnie… według mnie, najważniejszą cechą Kisiela, która zawsze budziła mój najwyższy podziw i szacunek, była jego niezależność i niesprzedajność – to, że nie można go było kupić. A na powszechnym udawaniu i oportunizmie (różnie to nazywano: „kompromis”, „rozsądek”, „realizm”, „spryt”, „życiowość” etc.) oparty był cały system. Jakże niewielu było (i mimo wszystko nadal jest), takich ludzi, którzy bez względu na konsekwencje potrafią śmiało głosić swoją opinię, poglądy i zapatrywania wtedy, gdy nie jest to popularne, alb gdy grożą za to konkretne restrykcje, utrata czegoś wymiernego. Konformizm jest w zasadzie postawą powszechną. Wchodzi się w tzw. „układy”, urabiając pod zewnętrzne wymagania, w konsekwencji gubiąc nieraz gdzieś samego siebie.
Doprawdy nie chciałbym tu takiej postawy oceniać, ani tym bardziej ganić (w końcu jest to takie „ludzkie”). Chcę jedynie podkreślić, jak bardzo cenni mogą być ludzie, którzy z tych reguł potrafią się wyłamać. Cena jaką za to płacą bywa niekiedy przeraźliwie wysoka. Dostają oni zewsząd cięgi, skazywani są na ostracyzm, niekiedy ich kosztem jest tzw. zmarnowane życie. Tym bardziej należy się im hołd. Poświęcając się, narażając siebie, ocalają tym samym coś niezwykle szlachetnego i wartościowego. Nie tylko prawdę. Jednym z tych niewielu był Stefan Kisielewski.

*  *  *

Kisiel: „Wyobcować się czy przyjąć ogólną konwencję?”

Zdjęcia: Włodzimierz Echeński, Włodzimierz Wasyluk, tvp east news

MIŁOŚĆ W CZASACH DONOSÓW („Różyczka”)

*

Miłość, zdrada i polityka. (Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn w filmie Jana Kidawy-Błońskiego "Różyczka".)

*
*  *  *
Czy od filmu Kidawy-Błońskiego można oczekiwać tego, by oddawał tzw. prawdę (zarówno tę „namacalną” – fizyczną, jak i psychologiczną) o rzeczywistych ludziach, do których życia nawiązuje? (A należy tu wspomnieć, że scenariusz dość dokładnie opiera się na autentycznej historii Pawła Jasienicy i jego żony Zofii Beynar-O’Bretenny, agentki Służby Bezpieczeństwa, którą to panią sama „bezpieka” wepchała do łóżka pisarza, a która jeszcze z pogrzebu swego męża napisała gorliwy raport dla SB.)
Cóż… mam co do tego pewne wątpliwości. I to nie dlatego, że odtwórcy głównych ról, czyli Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn zupełnie nie przypominają aparycją tamtej pary, a obraz jest bardziej żywy i kolorowy, niż ówczesne peerelowskie scenerie. Głównym powodem jest to, że „Różyczka” to po prostu serwujący nam fikcję film rozrywkowy, należący do głównego nurtu kina popularnego. Wydaje mi się, że Kidawa-Błoński doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nalega (tak, jak to zrobił po projekcji, na spotkaniu z chicagowską publicznością), by jego filmowej opowieści nie wiązać raczej z osobami Jasienicy i jego żony.
Napisawszy, że „Różyczka” to kino popularne i w zasadzie nic więcej, muszę przyznać zarazem, iż jest to film zrealizowany bardzo sprawnie, by nie napisać znakomicie, a tym samym mogący dostarczyć widzowi sporej satysfakcji.
A jednak zastrzeżenia twórców filmu by nie widzieć w „Różyczce” historii konkretnych, znanych z imienia i nazwiska ludzi, którzy istnieli naprawdę, brzmią dwuznacznie, ponieważ – z drugiej strony – roszczą sobie oni pretensje do tego, by „Różyczkę” traktować jako studium odzwierciedlające „prawdę” o czasach, do których film nawiązuje (a więc PRL-owską rzeczywistość drugiej połowy lat 60-tych, ze szczególnym nawiązaniem do Marca ’68) – co np. widoczne jest w wykorzystaniu zdjęć i dokumentalnych „migawek” z tamtego okresu.
Niewątpliwie ich intencją było również to, abyśmy i na filmowych bohaterów, mimo iż fikcyjnych, patrzyli jak na ludzi z krwi i kości, dostrzegając przy tym całą ich psychologiczną złożoność.
Być może ta ambiwalencja wynika już z samej istoty każdego dzieła sztuki (w tym i dzieła filmowego), które za pomocą „kłamstwa” fikcji, chce przedstawić „prawdę” rzeczywistości?
Ale, ale… zostawmy tu tak wielkie słowa, jak „sztuka” i „dzieło” i zajmijmy się bliżej „Różyczką”.
*  *  *

Czy esbek może mieć duszę? Robert Więckiewicz w roli "prowadzącego" TW "Różyczkę" kapitana SB.

Trzeba przyznać, że film ten żyje dzięki bardzo dobrej reżyserii, świetnie napisanemu scenariuszowi, ale przede wszystkim – dzięki wyrazistej grze aktorskiej, zwłaszcza Roberta Więckiewicza (odtwarzającego rolę oficera „bezpieki” Romana Rożka), który niejako „kradnie” cały ten filmowy show.
W centrum uwagi leży jednak sama Kamila (pseudonim „Różyczka”) i jej związek z pisarzem Adamem Warczewskim, którego ma ona za zadanie uwieść, inwigilować i oczywiście składać na niego raporty do SB. Problem w tym, że mimo iż Kamila jest dziewczyną Rożka, (może się wydawać, że jednak wiąże go z nią coś więcej niż seks) to wchodzi ona w coraz bardziej intymny związek z Warczewskim, który z czasem staje się dla niej nie tylko mentorem, ale i kochankiem, a wreszcie i mężem.
To prawda, że Kamila na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia wybitnie sprawnej intelektualistki, zdającej sobie sprawę z politycznej gry jaka wokół niej się rozgrywa. Ma ona jednak tę zaletę, że obdarzona jest niezwykle ponętnym ciałem, któremu nie może się oprzeć nawet taki tytan erudycji, myśli i społecznego morale, jak Warczewski. Powiedzieć jednak, że Kamila jest pustą idiotką a nawet zwykłą k…ą (jak co poniektórzy ją w filmie nazywają) byłoby mimo wszystko zbyt daleko idącym uproszczeniem. Bo „Różyczka” z czasem zdobywa także i naszą przychylność, a nawet sympatię. Widzimy jak dziewczyna coraz bardziej przywiązuje się do (starszego przecież od niej o całe pokolenie) mężczyzny, jak stopniowo uświadamia sobie wagę – tak, nie bójmy się tego jakże niemodnego dziś słowa – ideałów, które on reprezentuje i wyznaje… jak staje się ona po prostu pełniejszym i bardziej świadomym (siebie i innych ludzi) człowiekiem.
Także w samym Warczewskim, mimo że uroda Kamili jest dla niego punktem wyjścia do nawiązania z nią bliższych (hm…) stosunków, zaczyna się rodzić głębsze uczucie, w które nawet jesteśmy skłonni uwierzyć (również za sprawą świetnej, jak zwykle zresztą, kreacji Seweryna). Koniec końców dostrzegamy, że… tak, tak, nie zżymajmy się na tę konstatację – zaczyna w tym wszystkim chodzić o prawdziwą miłość.
*  *  *

Polityka wchodząca ludziom do łóżka - jeden z wielu perfidnych tricków sytemu totalnej kontroli

No ale co z tym Rożkiem?
To prawda, biorąc pod uwagę sposób, w jaki przedstawia go scenariusz, wydać się on nam może zwykłym palantem, gburem, brutalem i służalczym wobec systemu pionkiem, to w interpretacji Więckiewicza postać ta nabiera niespodziewanej głębi. Może właśnie dlatego odczułem naturalny odruch sprzeciwu, kiedy sam Kidawa-Błoński nazwał Rożka „prymitywem”. Być może Rożek to prymityw, ale dzięki Więckiewiczowi zaczynamy wierzyć w to, że „zdrada” Kamili staje się dla niego osobistą tragedią.
Mimo tego, że lata 60-te kojarzą się większości pamiętających je Polaków z peerelowską siermiężnością i szarością, to „Różyczka” ową szarość przełamuje okazując się filmem (dosłownie i w przenośni) barwnym, przykuwającym uwagę i mimo swojej skłonności do melodramatyzmu, zasługującym na bardziej pogłębioną analizę. To, po „Rewersie” Lankosza, drugi ważny w polskim kinie obraz ukazujący rzeczywistość nie tak dawnego okresu w historii naszego kraju, bez świadomości której niemożliwe wydaje się być zrozumienie tego wszystkiego, co dzieje się obecnie w Polsce .
* * *

Fikcja i rzeczywistość: żona Pawła Jasienicy Zofia Beynar-O'Bretenny oraz Magda Boczarska jako filmowa "Różyczka"

Przy okazji tego filmu odżyła w naszym kraju bulwersująca sprawa Pawła Jasienicy i donoszącej na niego żony. Wielu z nas nie mogło się pomieścić w głowie, jak można pisać donosy na kogoś, z kim dzieli się najbardziej intymne momenty swojego życia, kto jest tą naszą „drugą połówką”; wreszcie po kimś, kto  jest ostatnią osobą, po której moglibyśmy się spodziewać, że będzie naszym politycznym wrogiem, wydającym nas na pastwę represyjnego systemu.
Zostawiając na boku fikcję, zastanowiłem się nad tym, jak to jest możliwe z psychologicznego punktu widzenia. Siłą rzeczy, aby temu podołać, należało zwrócić uwagę na samą „bohaterkę” naszego skandalu, czyli żonę Jasienicy, Zofię Beynar-O’Bretenny. A tutaj możemy tylko polegać na świadectwach ludzi, którzy ją znali, a i tak nie do końca, bo przecież to, kim jesteśmy naprawdę, nie pokrywa się raczej z tym, jak nas widzą inni. Czyżby więc pozostawały tylko domysły?
Cezary Łazarewicz w swoim, opublikowanym w „Polityce” artykule pt. „Nesia doniesie wszystko. Podwójne życie żony Jasienicy”, przytacza opinie tych, którzy się z tą kobietą zetknęli osobiście.
Oto, co pisał o niej np. Stefan Kisielewski: Jest to osoba wyszczekana, inteligentna, bywała, jeszcze »akówka«, ale coś mi za mądra.
Wydaje mi się, że owo „coś mi za mądra” należy brać jednak z przekąsem, bo szczególnej bystrości w Nesi raczej nikt nie zauważał. Ot, choćby jej znajoma Marta Miklaszewska: Miała bardzo dużo wdzięku i była niezwykle towarzyska. Ale żaden intelekt to nie był. Po półgodzinnej rozmowie stawała się już bardzo nudna, bo okazywało się, że nic nie wie i niczym się nie interesuje, poza sukienkami, zagranicznymi wycieczkami i ploteczkami.
Natomiast „prowadzący” ją, (jako TW „Ewa-Max”) kapitan SB Adam G. wyraził się o niej bez ogródek: O Ewie myślałem: a to kurwa, i jednocześnie zacierałem ręce. Ona robiła więcej, niż do niej należało. Pokazywała mi prywatne listy, zanim ją o to poprosiłem.
Należy dodać, że to właśnie jemu Zofia Beynar-O’Bretenny zadedykowała swoją, wydaną (pod pseudonimem Zofia Darowska) w 1970 roku książkę zatytułowaną „Tajemnica piastowskich orłów”, napisaną niewątpliwie przy wydatnej pomocy Pawła Jasienicy, u boku którego w końcu ją pochowano.
No cóż… trudno jest jednak połapać się w tej love story alla polacca.
*  *  *

Pogrzeb Pawła Jasienicy w 1969 roku (Zofia Beynar-O'Bretenny stoi pierwsza z prawej). U góry: Paweł Jasienica w swojej bibliotece oraz Zofia Beynar-O'Bretenny (zdjęcie zrobione podczas pogrzebu męża).

*