CZY S…SYN MOŻE NAPISAĆ „HYMN O MIŁOŚCI”?

czyli moja i telemacha KRÓTKA HISTORIA NIKCZEMNOŚCI

(rzecz poniekąd także i o Św. Pawle)

*

HYMN O MIŁOŚCI

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

i znał wszystkie tajemnice,

i posiadał wszelką wiedzę,

i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.

a miłości bym nie miał,

byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,

a ciało wystawił na spalenie,

lecz miłości bym nie miał,

nic bym nie zyskał.

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje

(…)

Znany nam wszystkim „Hymn o miłości” pojawił się kiedyś w komentarzach pod jednym z wpisów na moim poprzednim blogu. Zaraz potem pojawiły się tam intrygujące słowa telemacha:

TELEMACH: A zatem 13 rozdział pierwszego listu do Koryntian. Logosie to jest pole minowe, wierz mi. Ukłony.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, ja nie muszę Ci wierzyć, ja to wiem. Każdy z wersów tego listu może być przedmiotem krytycznej analizy, można te słowa przepuścić przez młynek różnej maści wyznawców – od strukturalistów po post-strukturalistów, od konstrukcjonistów po dekonstrukcjonistów – wszystkie te modernizmy tudzież różne kretyn-izmy…
Może pozostałem jakimś reliktem idealistycznej epoki – może ciągle kołacze się we mnie jakiś naiwny romantyzm – bo jednak słowa „Hymnu o miłości” nadal wydają mi się być czymś wspaniałym, a w przeszłości zdarzało się, że dostarczały mi wielkiego wzruszenia. Po prostu dotykają czegoś, co siedzi we mnie głęboko i wcale się tego – przy całej swojej małości, marności i niedoskonałości – nie wstydzę, ani też tego nie ukrywam.
Powiem Ci, że ja się wcale nie boję takich „pól minowych”. Bo niby co mogą mi zrobić? Wysadzić mnie z jakiegoś intelektualnego siodła? Zdradzić moją naiwność i sentymentralizm? Uświadomić mi, żem cymbał brzmiący? Że „Hymn o miłości” to nieosiągalny w naszym życiu idealizm? Ja o tym wszystkim wiem.

TELEMACH: „Hymn o miłości” przepiękny. Niepowtarzalny – i wszystkie „izmy” niewiele mają z tym wspólnego. Pole minowe znajduje się jednak gdzie indziej, wkraczamy na nie gdy konfrontujemy ten tekst z niektórymi szczegółami z życia jego twórcy. Theillard de Chardin powiedział kiedyś: „nieważne na co się patrzy, ważne skąd się patrzy”. Nad wyraz słusznie moim zdaniem. Myśl Theillarda można jednak rozszerzyć: nie ważne co zostało powiedziane, ważne kto to powiedział. I zaczyna się robić dziwnie. Dziękuję za inspirację, zajmę się tematem gdy się uporam z podatkami.

Parę dni minęło i oto czym dał nam znać o sobie znać telemach„Z podatkami się nie uporałem, ale tematem zająłem się mimo to. Wyszło z tego…” (i tutaj znalazł się link do jego wpisu pt. „HAGIOGRAFIA. ŚWIĘTY SZCZEPAN”, który w całości pozwolę sobie tutaj przytoczyć:

Święty Szczepan jest świętym wyjątkowym. Pierwszy męczennik Chrześcijaństwa zasługuje na naszą szczególną uwagę. Przypatrzmy mu się zatem bliżej bo warto. Myliłby się ten, kto by sądził, że nasz Szczepan – zwany dalej dla ułatwienia studiów porównawczych Stephanosem – zawdzięcza swą palmę męczeństwa i tytuł świętego nienawistnym poganom, którzy uwzięli się na zwolenników religii opartej na miłosierdziu i miłości bliźniego. Było zupełnie inaczej i z perspektywy czasu raczej śmiesznie.

Stephanos był nieomal rówieśnikiem Chrystusa, rok młodszy od Nazareńczyka, przeżył go jednak jedynie o lat kilka. Zadbała o to gmina braci w wierze. A było tak:

Po śmierci Jezusa, malutka gmina chrześcijańska postawiła sobie za punkt honoru, obok głoszenia sławy Pana, opiekę nad potrzebującymi ze szczególnym uwzględnieniem nędzarzy, chorych, wdów i sierot. Opieka polegała na wspomaganiu takowych dobrym słowem a także uczynkiem. Mówimy tutaj o dobrach materialnych, sprawa jest raczej jasna i nie ma powodu aby owijać ją w bawełnę. W krótkim czasie doprowadziło to niebywałego wzrostu popularności Chrześcijaństwa, szczególnie wśród chorych nędzarzy oraz obdarzonych licznym potomstwem wdów. Te akurat garnęły się do nowej religii że aż ho. Gmina, a szczególnie stojący na jej czele Apostołowie stanęli w obliczu sytuacji kryzysowej, której niełatwo było sprostać. Rysowała się groźba rozłamu: frakcja judeoaramejczyków posiadała zupełnie inne wyobrażenia na temat priorytetów i misji chrześcijaństwa niż judeogrecy. Istotą kontrowersji było czy Apostołowie powinni poświęcić się w pierwszej kolejności zagadnieniom krzewienia wiary czy też raczej praktykowaniu miłosierdzia. Rzesza potrzebujących skłaniała się ku drugiemu wariantowi, Apostołowie preferowali pierwszy. Istotne też było, komu należy się więcej miłosierdzia: wdowom oraz sierotom aramejskim, czy też raczej judeogreckim. Aby uniknąć rozłamu, zwołano walne zgromadzenie chrześcijan i wybrano z łona obu frakcji siedmiu diakonów, których zadaniem była troska o nędzarzy, wdowy i sieroty, Apostołowie mogli w końcu odetchnąć i zająć się chwaleniem Imienia Pańskiego. Jednym z diakonów był nasz Stephanos, jak imię wskazuje mąż o greckim rodowodzie, wybrany w celu reprezentowania judeogreckich wdów i sierot. Te bowiem czuły się dyskryminowane, twierdząc że datki i zapomogi płyną raczej w kierunku zupełnie niewłaściwym, czyli nędzarzy aramejskich.
To właśnie z grupy podopiecznych Stephanosa rozczarowanych niewystarczającą ich zdaniem opieką wypłynął donos do Synhedrynu jakoby nasz miły diakon miał powiedzieć, iż Chrystus miał jakoby z całą pewnością powiedzieć iż Świątynię Jerozolimską należy zburzyć. Coś takiego i jeszcze kilka innych ciekawostek w tym stylu mających doprowadzić Synhedryn do białej gorączki. Stephanosa wezwano przed oblicze i zadano mu jedno jedyne pytanie, a mianowicie, czy zarzuty mają odbicie w rzeczywistości. W odpowiedzi Stephanos zaczerpnął oddechu i wygłosił zawiłą mowę obrończą trwającą dwa dni z której nikt niczego nie zrozumiał. Byłaby to sprytna taktyka, gdyby jakieś licho nie pokusiło naszego diakona aby – gdy główne niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane – wznieść nagle oczy ku niebu i zawołać: „Widzę jak otwiera się niebo a syn człowieczy stoi po prawicy Pana!”. Każdy może mieć chwilę słabości. Synhedryn potrzebował kilku sekund na skazanie Stephanosa na zwyczajowe w takim przypadku ukamienowanie. Nadzór natychmiastowego wykonania powierzono młodemu, zaangażowanemu człowiekowi o imieniu Saulus, znany zapewne większości polskich czytelników pod pseudonimem Szaweł. Z obowiązku wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając. Nie wiemy czy trafił i czy jego rzut był rozstrzygający. Gdyby jednak tak było, to byłby to ciekawy przyczynek do historii chrześcijańskiej martyrologii. Saulus przeszedł do historii jako Święty Paweł, Ojciec Kościoła, ten od podróży misyjnych i listów. Zestawienie – wśród jego rozlicznych zasług – obok sławiącej potęgę miłości pieśni zawartej w „Liście do Koryntian” również celnych rzutów kamieniami, których wynikiem był pierwszy męczennik kościoła może wprawić i wprawia w zadumę.
W rozlicznych pismach Św. Pawła na próżno szukać wzmianki o onegdaj ukamienowanym przezeń Stefanosie. Pamięć bywa zawodna, szczególnie jeśli chodzi o błędy młodości.

Dlaczego Św. Szczepan został patronem bednarzy, woźniców, murarzy, tkaczy, krawców i cieśli pozostanie tajemnicą tych, którzy na ten pomysł wpadli. Skierowane do niego modlitwy pomagają jak ręką odjął w przypadku napadu szału, bólów głowy i ataków kamicy nerkowej.

(telemach)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu Drogi, przypominam sobie, jak kiedyś, w jednej z chicagowskich garkuchni, popijaliśmy sobie z Andrzejem Mleczko golonkę piwem. Na moje pytanie o źródło twórczych popędów, Mistrz odpowiedział: „A co mnie to obchodzi, czy ktoś napisał dobrą książkę ślęcząc w bibliotece, modląc się na klęczkach, czy też grzejąc wódę, balangując i pieprząc przy tym panienki – każdej nocy inną !?”
Wprawdzie niezbyt harmonijnie koresponduje ta odzywka z poetyką „Hymnu o miłości” Św. Pawła, to jednak porusza coś istotnego, jeśli chodzi o proces twórczy, czy też o wartościowanie dzieła artysty poprzez pryzmat moralnej oceny jego życia.
Telemachu, nie podzielam Twoich – wybacz, że tak to nazwę – insynuacji, które każą kwestionować moralną weryfikowalność słów Szawła, zważywszy na jego przeszłość. Dajesz mocny przykład w jego domniemanym uczestnictwie w ukamienowaniu Św. Szczepana. Chcę również zaznaczyć to, że nie jest do końca pewne, czy „Hymn” został napisany przez Św. Pawła (tudzież w takiej wersji, jaką znamy), ani też to, czy Szaweł rzeczywiście brał czynny udział w tym ukamienowaniu męczennika, (które zresztą było wykonaniem, zgodnego z ówczesnym prawem, wyroku Sanhedrynu… choć ponoć bez kontrasygnaty). Pewne jest natomiast to, że słowa „Hymnu i miłości” towarzyszą ludziom od blisko dwóch tysięcy lat, mocno na nich oddziaływając.
Jakie znaczenie może mieć przy tym to, kto jest ich rzeczywistym autorem, jakim był on człowiekiem, jaką miał przeszłość, w jakich okolicznościach je napisał?
Ważna jest moc tych słów – tu i teraz! Siła trafienia w ludzkie uczucia i serce.
Ponadto: jeśli już przyjmiemy że „Hymn” napisał Św. Paweł, i jeśli już zaczniemy brać pod uwagę jego przeszłość, to, moim zdaniem, słowa te nabierają w tym kontekście dodatkowej mocy i wiarygodności. Przecież nawrócenie Szawła w drodze do Damaszku można uznać niemalże za jeden z kamieni milowych Chrześcijaństwa, w tym samym nowożytnej cywilizacji Zachodu – symbolem moralnego wstrząsu, który prowadzi do ekspiacji; dowodem na ludzką zdolność do przemiany swojego życia, (a nawet i osobowości), odkupienie grzechów, wkroczenie na drogę cnoty… (celowo używam tych słów, które jednak w dalszym ciągu mają dla wielu ludzi wartość i nie wydają się im jeszcze śmieszne – tak jak, podejrzewam, śmieszne wydają się Tobie).
Koniec końców, przeszłość Św. Pawła jako człowieka złego (bo był prześladowcą pierwszych Chrześcijan) jest wszem i wobec znana, rzec można – ikoniczna. Tym bardziej cenione jest dobro, które później czynił – a jego listy mogą być wysłuchiwane z należną im uwagą i przejęciem.
Dzięki Bogu i poecie za lirykę i piękno „Hymnu o miłości”.

TELEMACH: Drogi Logosie, Twój interesujący nad wymiar komentarz zasługuje na równie staranną i rzetelną odpowiedź. A może nawet na nowy wpis. Bo temat odpowiedzialności za własną przeszłość i i granic prawa do swobodnej ekspiacji jest tematem fascynującym. Za słowo „insynuacje” nie obrażam się – użycie terminu może być uznane za zasadne jeśli przyjmiemy Twój tok rozumowania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, sam wszak napisałeś: „‘Hymn o miłości’ (jest) przepiękny, niepowtarzalny…” Czyli co… jeśli Św. Paweł okazałby się sukinsynem, to hymn ten przestałby być „przepiękny” i „niepowtarzalny”?
A z tego co wiemy, Św. Paweł sukinsynem raczej nie był… w każdym razie tak było po wstrząsie, jakiego doznał w drodze do Damaszku (był ponoć przez kilka dni nieprzytomny). Wtedy stał się innym człowiekiem. Należy przecież odróżnić jego zaangażowanie w prześladowanie Chrześcijan, (o której każdy wie i bez Twoich wywodów) od późniejszej działalności misjonarskiej, której się poświęcił, wędrując po wielu krajach basenu Morza Śródziemnego.
Nieszczęsne ukamienowanie Św. Szczepana dzieli od napisania listów do Koryntian 20 lat. W tym czasie Św. Paweł był człowiekiem, który niósł innym dobre słowo, radę, pociechę, ukojenie… Tym sposobem Paweł odpokutował za grzechy Szawła, i im zadośćuczynił… choćby przepięknym i niepowtarzalnym „Hymnem o miłości”. Pisanie że: „z obowiązku (nadzoru ukamienowania) wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając” jest po prostu pomówieniem, bo przecież nie znamy tak naprawdę przebiegu tego zdarzenia.
Co więc zyskujemy dyskredytując moralną kompetencję Św. Pawła przy pisaniu „Hymnu o miłości”?
Usprawiedliwienie naszego sarkazmu?

TELEMACH: Logosie, myślę sobie że to wszystko nie jest takie proste jak by się z pozoru wydawało. Sądzę również, że o wiele nam do siebie bliżej niż przypuszczasz. Tekst ma w istocie – jak zauważyłeś – charakter lekko prowokacyjny. I nie chodziło mi w nim ani o moralny osąd czynu Szawła/Pawła, ani o podważenie niezaprzeczalnego piękna „Hymnu o miłości”. Rozumiem ten tekst raczej jako zaproszenie do refleksji nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.
Pomijam już monthypytonowskie niemalże losy gminy chrześcijańskiej w pierwszych dziesięcioleciach jej istnienia – jeśli chcemy być uczciwi to musimy przyznać, że nie wiemy nawet czy Dzieje Apostolskie (w tym przypisywany Św. Łukaszowi fragment D. App. 8.1-9, w którym poczytać możemy o udziale Szawła w egzekucji Szczepana) nie zostały w znacznym stopniu zełgane w II wieku n.e. Również pisma Pawła – w tym list do Koryncjan – mogły powstać już po jego śmierci i zostać mu wraz z budującą historią o cudownym nawróceniu najzwyklej przypisane przez nadgorliwego skrybę łgającego ku chwale Pańskiej. Dla mnie to wszystko nie jest aż tak ważne. Dla mnie istotny jest archetyp sytuacji, w której ten sam człowiek, z takim samym zapałem i niezachwianym przekonaniem czyni to, co on sam uważa za dobro, a co okazuje się być w zależności od punktu widzenia i historycznej perspektywy albo problematyczne albo najzwyczajniej złe. Chodzi mi o typ człowieka pozbawionego dobrodziejstwa wątpliwości, gotowego poświęcać dla wartości uważanych przez siebie za wyższe, to co jego zdaniem poświęcone być może i nie cofającego się nawet przed udziałem w mordzie.
Mam z tym poważny kłopot. Z jednej strony widzę w naszym kraju nagonkę na ludzi, którym niezależnie od oceny ich dzieła i dalszego życiorysu, zapalczywi katoliccy talibowie nie są gotowi wybaczyć najmniejszego grzechu młodości. Nawet gdy wynikał on z nieświadomości, niedojrzałości, braku alternatyw lub błędnej oceny sytuacji. Michnik, Bauman, Szymborska, Miłosz, Szczypiorski, Woroszylski. You name it…
Z drugiej strony zastanawiam się, czy gdyby Eichmann stanął po wojnie na czele założonej przez siebie Amnesty International to czy gotów byłbym przyznać mu prawo do ekspiacji, czy gdyby Beria założył Ligę Humanistyczną to gotów byłbym mierzyć go tą samą miarą jaką zwykliśmy przykładać do Św. Pawła, aktywnego uczestnika odrażającego mordu na lekko obłąkanym bliźnim mającym „widzenie”.
Logosie, ja nie znam odpowiedzi na te pytania, ale jak być może zauważyłeś, nie roszczę sobie pretensji do formułowania jednoznacznych i słusznych odpowiedzi i szermowania ocenami. Wystarczy mi, że zastanowię się wraz z innymi, czy niektóre pytania nie powinny być trochę inaczej sformułowane. Stąd też tytuł tego bloga.
A wracając do Św. Pawła to ja boję się najzwyczajniej w świecie ludzi przekonanych bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów. Najzwyczajniej się ich obawiam. Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka. Ktoś potem w imię wyznawanych przez niego dogmatów palił żywcem Katarów i Albigensów, ktoś uruchomił Inkwizycję, ktoś inny napisał z jego imieniem na ustach „Młot na czarownice”. I szczerze powiedziawszy mam takie dziwne przeczucie że Paweł – gdyby żył dajmy na to w Rewolucyjnej Rosji to nawróciłby się ponownie na neandertalski ateizm i propagowałby wieszanie popów i palenie cerkwi. W imię nowej religii której oddałby się z takim samym przekonaniem jak tym poprzednim.
To wszystko mi się nasuwa i kojarzy gdy widzę gdzieś zachwyt nad „Hymnem o Miłości”. Którym też się zachwycałem i nadal zachwycam.
A z Andrzejem Mleczko się zasadniczo zgadzam. Do momentu gdy przypomnę sobie że Pol Pot w młodości pisywał podobno całkiem piękne wiersze.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, Twój komentarz jest niezwykle interesujący ale uwalniający taką kaskadę wątków i tematów, że nie sposób odnieść się do tego wyczerpująco w kilku zdaniach. Zabrzmiało to dość osobiście – niczym coś w rodzaju Twojego credo (może raczej dis-credo). Widzę tu pole do szeroko zakrojonej dyskusji… Może w końcu udałoby się nam wyeliminować parę zbędnych pytań na zadane odpowiedzi?

*  *  *

Tak sobie teraz czytam (ponownie) tę rozmowę i zastanawiam się, gdzie też leży pies pogrzebany w tych moich polemikach (nieporozumieniach?) z Telemachem, (które sobie na swój sposób cenię, a dowodem na to jest choćby ten wpis). No cóż, dochodzę do wniosku, że ma to wiele wspólnego… nie tyle z intelektem, co z tym, co anglojęzyczni nazywają guts – z pewnym rodzajem wewnętrznego przeczucia, intuicji, piętna charakteru… co dopiero później wspierane jest racjonalną (jak by się mogło wydawać), intelektualną argumentacją. Dyskusja z mizantropem jest jednak trudna.
Oto Telemach czyta mój wpis, gdzie przywołuję piękno i wielkość „Hymnu o miłości” Św. Pawła i naraz zapala mu się światełko: „Wierz mi Logosie, to jest pole minowe”, by zaraz potem wysmażyć wielce stylizowany (i mocno zabarwiony jednak tak charakterystycznym dla siebie sarkazmem) tekst o „monthypytonowskich losach” pierwszych chrześcijańskich gmin, tudzież o tym, że jednak Paweł to był kawał sukinsyna, i takim właściwie do końca pozostał (a durni i naiwni ludzie uznali go za „świętego” i się podniecają tym, co on w swoim zakłamaniu i fałszywości wyskrobał).
Co ciekawe, później Telemach pisze, że on wcale tego nie chciał, i że tak naprawdę to chodziło mu o refleksję „nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.”
Jeśli tak, to uważam że nawiązanie w tym kontekście do Św. Pawła (i podanie go jako exemplum) jest nad wyraz chybione. A tym bardzie chybione (być może nawet skandaliczne) jest zestawienie Św. Pawła z takimi figurami jak Pol Pot, Beria czy Eichmann…

Telemach jakby ignorował moje przypomnienie, że przecież tak naprawdę to niewiele wiemy o tym, jaki był udział Szawła w ukamienowaniu Szczepana, ani też nawet nie jesteśmy pewni tego, że autorem „Hymnu” jest Św. Paweł, a tym bardziej nie mamy zielonego pojęcia, jakim tak naprawdę był on człowiekiem… etc.
Zamiast tego (w ostatnim komentarzu) powtarza z uporem człowieka, który jednak (na to wygląda) jest „przekonany bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów” i raczy nas taką oto filipiką:
„Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka.”
Czyli wracamy do punktu wyjścia (jakby żadnej dyskusji nie było).

A ja się mogę zapytać: czy to, co zrobił tu Telemach nie jest właśnie „paradoksalnym pomieszaniem losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen”, czyli jego własnym przyczynkiem do pogłębienia zjawiska, nad którym tak on boleje?

*  *  *

Św. Anna (fresk z Faras, VIII w.)

*

MEFISTO I RIEFENSTAHL – ŻYWOTY RÓWNOLEGŁE?

Artyści na usługach zbrodniczego systemu. Czy można sztukę odseparować od polityki? (Kadr z filmu Istvána Szabó „Mefisto” – adaptacji powieści Klausa Manna pod tym samym tytułem.)

*  * *
Każdy człowiek ma swojego Mefista.
Wewnętrzny głos, który podszeptuje mu wybór Zła – najczęściej pod przybraniem Dobra. Choć niekoniecznie… bywa i tak, że ktoś, mając nawet świadomość tego, że zaprzedaje się Złu, wybiera to w zamian za korzyści, jakie dzięki temu mogą spłynąć na niego tu i teraz, czyli na scenie życia naszego powszedniego, w sztuce, do której główne wątki snuje zazwyczaj ktoś inny, a tło stanowią dekoracje epoki. Dzięki temu nawet statysta może czasem zagrać jedną z głównych ról. Ale nie może się wtedy łudzić, że zwolniony zostanie z cenzury, jaką jemu i całej tej tragi-farsie w jakiej bierze udział, wystawi zmieniający się czas i ludzie.
Dobro, Zło… i to pisane z dużej litery! Każdy szanujący się postmodernista może w tym momencie ziewnąć. I trudno się temu dziwić – tak zdewaluowały się wszystkie te nasze moralizatorskie ględzenia, które zwykle psu na buty się zdają, kiedy przychodzi do konfrontacji morałów-ideałów z konkretem sytuacji i okoliczności, czyli, mówiąc po prostu – z życiem.
Porzucając więc ową patetyczną retorykę i teatr, zajmijmy się dwoma przypadkami, które mimo pretensji do związku z  motywem faustowskim, ujawniają dość prozaiczną (by nie napisać pospolitą) ludzką skłonność do konformizmu i powiązanego z nim oportunizmu. Tyle że przybraną tu dla niepoznaki w artystowskie szatki, łudzącą się nobilitacją, jaką rzekomo daje przynależność do świata kultury i sztuki.

Mefisto i Leni – na ile podobni, na ile różni?

Dwa przypadki – dwoje ludzi. Dwie postaci, z których jedna jest fikcyjna, druga zaś jak najbardziej prawdziwa (choć ta fikcyjna zdaje się czasem być bardziej prawdziwą, a ta prawdziwa – fikcyjną). Chodzi o bohatera filmu Istvána Szabó „Mefisto” oraz o jedną z najsłynniejszych reżyserek kina XX wieku – Leni Riefenstahl. Oboje uznani zostali za tych, co zaprzedali duszę Diabłu (jakim niewątpliwie był niemiecki faszyzm), by zrobić karierę, mamiąc się przy tym, że nie jest to służba Lucyferowi, a Sztuce.
*  *  *
Bomba wybuchła kilka lat temu, kiedy okazało się, że Szabó, jeden z najbardziej uznanych reżyserów europejskich ostatnich lat, był w latach 50-tych agentem służb specjalnych węgierskiego komunistycznego reżimu Kadara (zachowało się blisko pól setki pisanych przez niego „raportów”, w których donosił on na swoich kolegów). W tym momencie wielu z admiratorów reżysera wróciło pamięcią do jego najsłynniejszego filmu „Mefisto”, adaptacji głośnej swego czasu powieści Klausa Manna, opartej na życiorysie autentycznej postaci, jaką był Gustav Gründgens, najbardziej prominentny aktor (i zarazem dyrektor Teatru Państwowego) nie tylko III Rzeszy, ale i powojennych Niemiec. (Nota bene, jego kreację Mefista z 1955 r. uważa się za najwybitniejszą w dziejach teatru.) Sława Gründgensa polegała również na tym, że był on dla wielu – głównie dzięki książce Manna – synonimem człowieka, który by dopiąć swych ambicji, poświęca własne sumienie, oddając się służbie zbrodniczego w swej istocie systemu.
W takim oto świetle obraz Istvána Szabó nabrał nowych odcieni i jeszcze głębszych tonów – okazało się, że rozterki Mefista mogły nie być obce także samemu jego twórcy.
Mimo, że film Szabó pamiętałem dość dobrze (dwadzieścia kilka lat temu zrobił on na mnie, jako na młodym jeszcze wówczas człowieku, ogromne wrażenie), parę dni temu obejrzałem go ponownie. Bodźcem do tego okazała się dla mnie dyskusja, jaka wywiązała się pod moim ostatnim wpisem „Winni czy niewinni”, gdzie rozważana była kwestia odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło (w kontekście kolaboracji takich nietuzinkowych artystów, jak np. Ernst Jünger, Ezra Pound, Ferdinand Céline i Leni Riefenstahl z faszystami). Sporo miejsca poświęciliśmy tam zwłaszcza tej ostatniej.

Gustav Gründgens w jednej ze swoich szekspirowskich ról

Uderzyły mnie wówczas pewne analogie i porównania, a wszystko to spowodowało, że zacząłem zastanawiać się nad równoległością żywotów Leni i Mefista (a właściwie Hendrika Hoefgena, głównego bohatera filmu Szabó, wzorowanego na postaci Gründgensa) – nad tym, co ich łączyło, a co dzieliło, do czego dążyli, jak się samooszukiwali, na ile byli świadomi istoty i prawdziwego charakteru sił jakim zaczęli się wysługiwać. Dla mnie był to jeszcze jeden asumpt do nieustającego zainteresowania źródłami cywilizacyjnej katastrofy, jaką okazały się systemy totalitarne Europy XX wieku i spowodowane przezeń masowe ludobójstwa.
Aby więc tej komparatystyce Leni i Mefista podołać, przyjrzałem się także bliżej samej Riefenstahl, która zawsze mnie intrygowała, ale informacje o niej docierały do mnie zwykle „z drugiej ręki”, przefiltrowane już zazwyczaj przez sympatie (lub antypatie) tych, którzy o tej nader kontrowersyjnej postaci się wypowiadali.
Zależało mi zwłaszcza na spojrzeniu „świeżym” i „nieuprzedzonym” okiem na jej najsłynniejsze dzieło, jakim był „Triumf woli”, które dotychczas znałem jedynie z fragmentów i opinii niektórych krytyków kina. Tak oto doszło do tego, że zapoznałem się nie tylko z kompletnym „Triumfem woli”, ale i z pozostałymi filmami dokumentalnymi Leni, (których nota bene zbyt wiele nie ma, raptem… 4 lub 5), jak również z ponad 3-godzinnym filmem dokumentalnym poświęcony reżyserce („The Wonderful, Horrible Life of Leni Riefenstahl”). Przejrzałem także inne materiały na jej temat, m.in. głośny esej Susan Sontag pt. „The Fascinating Fascism” opublikowany przed wieloma już laty w „The New York Review of Books”.
I cóż się okazało? Otóż choćby to, że moje dotychczasowe wyobrażenia na ten temat muszę poddać dość ostrej rewizji: bowiem obraz Leni Riefenstahl, jaki się z tego wszystkiego wyłonił, dość mocno z nimi kolidował.
*   *   *
Jaka cecha łącząca obie te postaci uderzyła mnie najbardziej?
Bez wątpienia niepohamowana ambicja, która u obojga z nich nabrała znamion obsesji, dzięki której zaczęli oni tracić kontakt z rzeczywistością. Oboje bowiem poddali się iluzji – z jednej strony okłamując samych siebie, że tak naprawdę służą sztuce i pięknu; z drugiej zaś – że to co dzieje się wokół za sprawą ich panów i sponsorów, tak naprawdę nie dotyczy ich samych.
Co zaś różniło?
Nazwałbym to… strukturą charakteru: Leni sprawiała wrażenie monolitu, Hendrik pełen był rys i pęknięć (w pierwszej chwili pomyślałem, że w porównaniu z Leni był po prostu człowiekiem słabym, ale to nieprawda: oboje byli ludźmi o silnej osobowości, być może właśnie za sprawą obsesji, której ulegli).
Co jednak najmocniej mnie uderzyło?
To, że – wbrew moim dotychczasowym skłonnościom – Hendrik wydał mi się postacią bardziej ludzką, powiedziałbym nawet – choć pewnie zabrzmi to dwuznacznie – sympatyczną, w przeciwieństwie do Leni, która jednak wszelką moją sympatię utraciła. Zdałem sobie sprawę, że właściwie podziw, jaki dla niej do tej pory miałem, był odbiciem podziwu, jaki dość bezmyślnie powielany jest w setkach publikacji na jej temat.

Leni Riefenstahl – dla Hitlera była ideałem aryjskiej kobiety

*
Trochę mi jest za to wstyd, bo nagle dotarło do mnie, że to, co było źródłem tego podziwu, ma zdecydowanie atawistyczny charakter: Leni to uosobienie heroicznej superwoman, pięknej, silnej, zdrowej, mitycznej samicy – archetypu, do którego podświadomie lgnie… nie tylko wielu mężczyzn, ale i kobiet. (Teraz widzę, że dokładnie to samo było źródłem atrakcji, jaką do Leni odczuwał Hitler, która była w jego oczach uosobieniem aryjskiego ideału kobiety.)
Jednak co w tym wszystkim okazało się być najważniejsze?
Otóż uświadomiłem sobie z całą oczywistością to, że nazwanie Leni Riefenstahl „największą dokumentalistkę w dziejach kina” jest nie tyle kolosalnym nieporozumieniem, co skandalem. Jeśli już uznać „Triumf woli” za arcydzieło (a powtarzają to wszyscy jak papugi), to jest to arcydzieło pustoty i nikczemności (innymi słowy: trudno w historii kina znaleźć dzieło równie bezrefleksyjne i haniebne).
*  *  *
Pamiętajmy, że Mefisto w przypowieści o doktorze Fauście był nie tyle samym diabłem wcielonym, co posłannikiem Piekieł, a konkretnie, jego szefa – Lucyfera. To Faust zaprzedawał duszę diabłu w zamian za władzę, wiedzę i przyjemności życia.
Biorąc to pod uwagę, Faustem bardziej była Leni, a nie Hendrik. Z tym, że zdobyła ona dzięki paktowi z Lucyferem (Hitlerem) władzę i przyjemności (środki zabezpieczające jej egzystencję i oddanie swojej sztuce) – ale raczej nie wiedzę, a tym bardziej mądrość. Hendrik na zawsze pozostał „pośrodku” – rozdarty między udręką a ekstazą, między poczuciem mocy a zupełną bezsiłą, spełniony i niespełniony zarazem. Dzięki temu jest postacią bardziej złożoną, głębszą i pełniejszą, niż Leni; bardziej też tragiczną, choć – w rzeczywistości – to tej ostatniej podwinęła się noga, a  nie Hendrikowi -Gründgensowi.
Hendrik Hoefgen zostaje Mefistem jakby na ironię – rozdarty, niepewny i rozedrgany; Leni jest silna i skupiona, ale nazbyt zamknięta w swojej obsesji, by stać się świadomą wysłanniczką (posłanką, rzeczniczką) hitlerowskiego piekła.

Gigantomania i patos – dwie zasadnicze cechy faszystowskiej estetyki (Leni pod germańskim orłem)

Kto był większym artystą?
Należy przyznać, że oboje sprawiali wrażenie, iż całym swoim jestestwem oddają się sztuce, ale dla mnie większym artystą był Hendrik. Riefenstahl była wielka swoją pasją, wytrwałością, pracowitością i silną wolą, tyle że ostateczny, artystyczny efekt jej pracy został pochłonięty przez potwora ideologii, legł w cieniu propagandy i partii, której tak spektakularnie uległa. Riefenstahl została porwana przez ducha (a raczej upiora) czasu, natomiast prawdziwy geniusz temu nie ulega – on raczej tego ducha czasu kreuje. Bardziej już niezależny pod tym względem był Hendrik – jego szekspirowskie aspiracje i osiągnięcia miały bardziej uniwersalny charakter, nie poddając się bankructwu i doraźności swojej epoki.
*  *  *
Niestety (a może jednak „stety”?) nie byłem świadkiem osiągnięć, sztuki i artyzmu Gustava Gründgensa. W filmie Szabó mogę podziwiać kunszt i fantastyczną kreację Klausa Marii Brandauera – a za jego pośrednictwem mistrzostwo ekranowego Mefista, ale koniec końców wszystko to jest gra i fikcja – nie wiadomo w jakim stopniu odzwierciedlająca talent pierwowzoru, którym był Gründgens. Natomiast efekt Pracy Leni Riefenstahl widoczny jest wszem i wobec, rzec można – czarno na białym.
Zasiadłem więc przed ekranem monitora, otworzyłem plik z „Triumfem woli”, kliknąłem „Play” i co zobaczyłem?
Coś niesłychanie interesującego, tyle że… interesującego inaczej.

„Triumf woli” to bardziej kreacja hitlerowskiego mitu niż dokument

*
Przede wszystkim to, że „Triumf woli” wcale – w swojej najgłębszej istocie – dokumentem nie jest. Jest on natomiast potężną i niesłychanie efektywną kreacją fikcji, której dominującą siłą napędową jest mit Mesjasza i Wybawcy, jakim już wówczas jawił się Leni Riefenstahl Hitler.
W tym świetle twierdzenie, że Riefenstahl tylko „dokumentowała” pewien historyczny moment, jest totalnym nieporozumieniem. Ona była jedną z najbardziej efektywnych kreatorek tego momentu (w tym konkretnym przypadku – do spółki z architektem III Rzeszy, Speerem, któremu cały ten bombastyczny teatr zjazdu nazistów w Norymberce pomogła zainscenizować i wyreżyserować).
„Triumf woli” jest dokumentem o tyle, że rejestruje (w sensie fizycznym) fakty, które w rzeczywistości miały miejsce. Np. przemówienia nazistowskich prominentów, militaryzm (i para-militaryzm) ruchu narodowych socjalistów, konkretnych ludzi i konkretne sceny historii… – i właśnie w tym sensie film jest czymś niesłychanie interesującym.
A co z samą estetyką obrazu? (Tutaj należy zwrócić uwagę, że właśnie za ów – domniemany lub prawdziwy – „artyzm” obwołano Riefenstahl geniuszem kina.)
Nie wątpię, że obrazy „wygenerowane” przez Riefenstahl mogą – nawet i dzisiaj – robić kolosalne wrażenie. Ich hipnotyczny wręcz potencjał jest niezaprzeczalny. Także od strony technicznej (i innowacyjnej) film jest niewątpliwym majstersztykiem. Wszystkie te elementy decydują o tym, że Riefenstahl uznano za „wielką” artystkę.
Tylko czy dzieło sztuki można rozważać w jego oderwaniu od treści? Czy można się zachwycać formą ignorując jej (myślową, aksjologiczną, ideową, intencjonalną) zawartość? Czy ten zachwyt nad czystą estetyką nie powoduje tego, że dzieło sztuki staje się czymś… nieludzkim? Czyli: czy można tak – bezkarnie i bez konsekwencji – zastąpić etykę estetyką?
Ale… nawet jeśli spojrzymy na ten film od strony czysto estetycznej (tzn. weźmiemy pod uwagę jego „artyzm”), to przecież nie może to zwolnić go od ewentualnych zarzutów.
A moje są następujące: obsesyjna repetycja (powielanie) tych samych elementów, dłużące się ujęcia, sztuczność, teatralność, manipulacja, czy wreszcie… nieznośny patos tego wszystkiego, gigantomania na niespotykaną dotychczas skalę, poddanie się topornej (przecież), megalomańskiej i przesiąkniętej ideologią estetyce, która stała się znakiem firmowym faszystowskiej sztuki.
Czy zachwycając się „Triumfem woli” nie zachwycamy się aby przypadkiem tym samym, czym zachwycili się naziści?
*  *  *

Fascynacja Führerem zaczęła się dla Riefenstahl od zachwytu nad „Mein Kampf”

To, że Leni Riefenstahl jest osobą z krwi i kości, która uwikłała się w fascynację dla sił, jakie w końcu położyły trupem dziesiątki milionów ludzi i obróciły w perzynę pół Europy, przysłania nieco drugiego „bohatera” naszych rozważań – Mefista-Gründgensa. Zostawmy go więc w tym cieniu i zwróćmy jeszcze uwagę na jedną, nieuniknioną przy tym temacie kwestię „winy” tej artystki.
Ona sama, konsekwentnie, do końca swojego długiego (bo ponad 100-letniego) życia, wypierała się zdecydowanie jakiejkolwiek winy („Za co mnie można winić?” „Co ja takiego zrobiłam?” „Ja się oddałam tylko sztuce”. „Przecież należy oddzielać politykę od sztuki!”… takie i podobne stwierdzenia po stokroć wychodziły z jej ust.
Kiedy teraz oglądałem materiały związane z Leni Riefenstahl, przytłoczyły mnie jej kłamstwa. Kłamała, kłamała, ciągle kłamała… i to w najbardziej istotnych kwestiach. Zacierała ślady, wypierała się, grała komedię zupełnej ignorantki… mało tego – sama zrobiła z siebie ofiarę przeszłości.
Kłamała, że nigdy nie zrobiła filmu gloryfikującego Wehrmacht (dopóki nie odnaleziono go 30 lat po wojnie). Kłamała, że Goebbels jej nienawidził i że bez przerwy rzucał jej kłody pod nogi. Kłamała, że nic nie wiedziała o obozach koncentracyjnych. Kłamała, że dystansowała się do faszystowskiej ideologii i że nic nie miała z nią nic wspólnego (a to właśnie jej zachwyt nad „Mein Kampf” Hitlera spowodował, że napisała do niego list i zaoferowała mu swoje usługi). Kłamała, że nie „używała” do realizacji jednego ze swoich filmów Cyganów, „wypożyczonych” z obozu, gdzie czekali na transport do Auschwitz. Tę litanię kłamstw można ciągnąć dalej, tak jak i dowody, które te jej kłamstwa demaskują, tyle że nie chcę, aby ten tekst upodobnił się do jakiegoś (sądowego) aktu oskarżenia.
Gwoli ścisłości, należy tu, tak á propos dodać, że sąd jaki odbył się po wojnie nad Riefenstahl „oczyścił” ją z zarzutów „aktywnego” wspierania nazistów, uznając ją zaledwie za „sympatyzującą” z reżimem. (Jednakże jeszcze wtedy nie wiedziano o wielu faktach, które dopiero ujrzały światło dzienne wiele lat później, kiedy to otwarto radzieckie archiwa.)

Wrzesień 1939 r. Umundurowana i uzbrojona Leni wyrusza na front by za pomocą kamery dokumentować początki aryjskiego podboju świata

Teraz, kiedy wiem o Leni Riefenstahl nieporównanie więcej, niż dotychczas, zdumiewa mnie, ale także – nie będę tego krył – do pewnego stopnia oburza i niepokoi jej renesans jako „wielkiej artystki kina”, „najlepszej dokumentalistki wszechczasów” – co jest efektem nie tylko procesu wybielania tej kobiety i „przebaczania”, ale i zwykłej bezmyślności, tudzież zbiorowej amnezji.
Leni Riefenstahl chciała najwidoczniej, byśmy uwierzyli w jej ignorancję i polityczną „ślepotę”. Jednym słowem – robiła z siebie (przepraszam za ten kolokwializm) idiotkę. Wszak wszystko wskazuje na to, że idiotką jednak nie była. Była natomiast wyrachowaną, pochłoniętą przez ambicję i „artystyczną” obsesję, nieprzeciętnie utalentowaną indywidualistką, pełną wigoru i życiowej energii piękną (jeśli chodzi o aparycję) kobietą, która zatraciła zwykły, ludzki zmysł humanistycznej przyzwoitości. Bez wątpienia uległa zafascynowaniu totalitarną ideologią, której pozostawała tak naprawdę wierna aż do momentu, kiedy klęska Hitlera stała się nieunikniona, czyli właściwie do samego końca wojny.
Nie przekonują mnie zupełnie argumenty, że wówczas, kiedy kręciła swoje słynne dokumenty w hitlerowskich Niemczech, nie wiedziano jeszcze o tym, co przyniosą rządy nazistów. Doprawdy!?
„Triumf woli” Riefenstahl realizowała dosłownie w kilka miesięcy po „Nocy długich noży”, kiedy to Hitler i jego partyjni poplecznicy zamordowali kilkaset swoich – domniemanych i rzeczywistych – „przeciwników” (na czele z głównym rywalem Hitlera, Röhmem). Tylko głuchy, ślepy i pozbawiony przytomności człowiek mógł tego nie wiedzieć. Riefenstahl wiedziała o tym doskonale, co nie przeszkodziło jej wcale z mordercy i kryminalisty (jakim de facto był już wówczas Hitler), zrobić heroicznego pół-boga, Wyzwoliciela i Zbawcę najlepszego (i najczystszego rasowo) narodu na świecie.
*  *  *


*

KONIECZNOŚĆ MITU?

Ludzie dzielą się na tych, którzy mity tworzą i na tych, którzy mity obalają.
Przy tym, nawet ci, którzy mity obalają, również je tworzą.
Wszyscy jesteśmi mitotwórcami.

* * *
Mity mają to do siebie, że są odporne na racjonalne weryfikacje. Argumenty tych, którzy poszukują prawdy, tudzież mity demaskują, bywają nieskuteczne, bo operują na innym poziomie – niejako w innym wymiarze rzeczywistości.
(A trzeba pamiętać, że sfera mityczna również tworzy naszą rzeczywistość.)

Ludzkość potrzebuje mitów – jest to wpisane w jej rozwój kulturowy.
Nigdy nie jest tak, że ludzkie głowy wypełnia tylko czysty racjonalizm (nawet wśród tych, którzy się za stuprocentowych racjonalistów uważają).

Mit jest więc stale obecny w naszej kulturze, i wszystko wskazuje na to, że właśnie dzięki mitom ta kultura wogóle powstała.

Wobec tej wszechobecności mitu ważne jest to, by mity rozróżniać.
Bowiem mit może zarówno generować zło, jak i dobro; może być czymś konstruktywnym, jaki i destruktywnym; może wyzwalać, ale i niewolić; może skłaniać ludzi do tolerancji, jak i nienawiści… etc.

Zastanawiać może to, dlaczego ktoś chce dany mit zburzyć.
By zastąpić go nowym mitem? Może w imię tzw. prawdy historycznej (czy też „prawdy” wogóle)?
Wydaje mi się jednak, że dotarcie do takiej prawdy jest niezwykle trudne więc często to, co nazywamy „prawdą”, jest jedynie naszą interpretacją.

Jestem przekonany, że niekiedy warto zostawić mit w spokoju i go nie niszczyć…
Zwłaszcza jeśli nie ma się niczego, aby ten mit zastąpić.

* * *
Nie można wyobrazić sobie wygaśnięcia konfliktu między „realnością mityczną” a tym, co racjonalne, empiryczne, „dotykalne”, gdyż oznaczałoby to stagnację.
Leszek Kołakowski uważał, że na takie współżycie jesteśmy skazani i że jest ono nieuchronne i niemożliwe zarazem. Cały świat jest oparty na dialektyce, a biegunowe przeciwieństwa wyznaczają jego rozwój i kierunek.
Jak pisał Kołakowski: „Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność”.

Mit jest wszędzie. I kto decyduje się na walkę z nim, z góry skazany jest na przegraną. (Można powiedzieć, że przestrzeń mityczna pełna jest smoków z natychmiast odrastającymi głowami.) Jednakże nie musimy patrzeć na to fatalistycznie, uznawać to za jakieś kulturowe brzemię. Mity są nam wszystkim potrzebne.
Od naszej mądrości, wyczucia, (również śwtatopoglądu, ale także charakteru i temperamentu) zależy jednak, które z tych mitów zaakcaptujemy, a które będziemy skłonni demaskować. Walczymy z mitami, dementujemy, obnażamy ich iluzoryczną genezę… A i tak, mimo wszystko, pozostaniemy zanurzeni po uszy w sferze mitycznej, jaką jest cała nasza kultura.

* * *
Nasze nieporozumienia związane z mitem biorą się m.in. stąd, że różne rodzaje mitów mamy na myśli. Nie można zawężać naszych rozważań jedynie do takich mitów, które są pewnym zafałszowaniem historii, samookłamywaniem się, czystą a jałową ułudą, manipulacją, czczym wymysłem… etc.
Myślę że większość z nas takie mity określa pejoratywnie.
Lecz mit jest pojęciem bardzo szerokim, choćby dlatego, że jest jednym z najważniejszych narzędzi w tworzeniu całej naszej kultury.

Mit jest pewną konstrukcją, która nie tylko tworzy kulturę, ale także ją spaja – pomaga w konstytuowaniu wartości, zapewnia kulturową ciągłość, pozwala ludziom się porozumieć, poczuć wspólnotę, znosi dyskomfortowe wrażenie przypadkowości istnienia, nadaje sens w świecie, któremu rozum i fakty odmawiają sensu…

Mity są konieczne – i to nie tylko dla ludzi „słabych”. Są konieczne dla nas wszystkich… gdyż wszyscy jesteśmy słabi w kontekście naszej La condition humaine, (ponieważ zawsze istnieją siły, które nas przerastają).

Jednakże potrzeba mitu nie wynika tylko z naszej słabości, niewiedzy czy też skłonności do fałszowania rzeczywistości.
Wręcz przeciwnie.
Jestem skłonny widzieć ją jako wielką (często wspaniałą) siłę ludzkiej wyobraźni. Jest ona wyrazem naszego pragnienia zadomowienia się w świecie… jak również pomaga nam z tym światem się zmagać.

* * *

APPENDIX

Moja „prywatna” definicja mitu (sprowokowana przez Magamarę):

Mit jest pewną konstrukcją myślową, dzięki której człowiek (dysponując swoimi ograniczonymi możliwościami poznawczymi, doświadczalnymi, intelektualnymi…) próbuje zrozumieć (przedstawić, opisać) jaka jest jego rola w świecie, czym jest los, w który został on uwikłany.  Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie jest w stanie sensu nadać. Mit próbuje też uprościć wielką złożoność świata, który nas otacza; umożliwia odnalezienie w nim jakichś punktów orientacyjnych – ustala pewne punkty odniesienia, jak również usiłuje “uwspólnić” nasze międzyludzkie doświadczenia egzystencjalne… Daje wskazówki jak mamy się zachować, co wybierać… Owiewa też poetycką aurą to, co bez tej otoczki mogłoby się nam wydać zbyt surową, krwistą tkanką nieludzkiej, bezwzględnej i ślepej Natury.

Mit w zasadzie opiera się dychotomii “prawda – fałsz”, bo funkcjonuje na innym poziomie świadomości niż “zero-jedynkowe” metody weryfikacji.

* * *

Iluistracja: fragment ryciny Albrechta Dürera „Upadek człowieka. Adam i Ewa.”

*

ODSZCZEPIENIEC TAKI JAK WSZYSCY (Stefan Chwin, „Dziennik dla dorosłych”)

Chwin: "Dziennik pisze się po to by mieć drugie życie"

Stefan Chwin pisze, że właściwie to jest on taki sam jak inni, ale co jakiś czas ma „nieodparte, trudne do zdefiniowania poczucie Różnicy„. Dlaczego? Czyżby myślał i czuł inaczej niż inni? Bynajmniej. Wg niego ludzie myślą i czują to samo co on, jednak wolą „dla świętego spokoju udawać, że nie czują i nie myślą tego samego co on”.
Tak więc – jak należy zapewne rozumieć – on sam nie udaje lecz pisze to co czuje i myśli.
Czyżby więc Chwinowi nie zależało na świętym spokoju?
A może on po prostu świętego spokoju nie jest w stanie osiągnąć? I nie może się oprzeć kompulsywnej potrzebie ujawnienia tego co mu siedzi w mózgu – leży na wątrobie?
Tutaj rodzi się jeszcze inne pytanie: czy rzeczywiście inni czują i myślą to samo co on? A może Chwinowi nie daje spokoju właśnie świadomość tego, że jednak tak nie jest? Że owa „Różnica” wynika z czegoś innego? Że jest to pewien sposób wyalienowania, „wyrodzenia” się, odszczepienia, braku poczucia solidarności?
Zamiast podobieństwa mamy więc Inność, którą Chwin w jakimś sensie pielęgnuje swoim pisarstwem. Mało tego… bez tej Inności on najprawdopodobniej pisarzem by nie był.

„Dziennik dla dorosłych” czytałem – co tu kryć! – z wielkim zainteresowaniem. Co w tym dziwnego?… może ktoś zapytać. Wszak każdy chce się dowiedzieć co też myśli i czuje, ale (w domyśle) nie ma odwagi by o tym światu powiedzieć. Tym sposobem możemy sprawdzić na czym właściwie polega nasze tchórzostwo.
No dobrze… żarty żartami, ale daję słowo, że nie jest moją intencją, aby wysnuwać wobec Pana Chwina jakiekolwiek złośliwości. Gdyż „Dziennik” jest ciekawy, a miejscami nawet pasjonujący i to nie tylko dlatego, że Chwin pisze ciekawie o rzeczach ciekawych, czyli o takich, które nie tylko wydają się nam – ale i są dla nas – bardzo istotne. Dla nas, a ściślej dla tych, którzy chcą się jakoś odnaleźć w przestrzeni międzyludzkiej rozciągniętej na obszarze Europy Środkowej; także dla tych, którzy chcą posiąść zdolność rozszyfrowywania kulturowych kodów, jakimi w tej przestrzeni ludzie się posługują. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z jakąś lokalną klaustrofobią, a wręcz przeciwnie – ma tendencję do przenoszenia się na dość rozległe obszary gdzie poumieszczane są nasze uniwersalia. „Dziennik” przykuwa uwagę także przez to, że Chwin pisze językiem niezwykle plastycznym – pisze gęsto i intensywnie. Być może dlatego tam, gdzie mogliśmy się doszukać pasji, czasem widzimy obsesję, zaś tam gdzie oczekiwalibyśmy sprawiedliwości, spotykamy się z pewną dozą stronniczości.

Mimo dość oczywistych ciągot kronikarskich (co w przypadku tej formy literackiej nie powinno raczej dziwić), polegających na komentowaniu społecznych, czy też międzynarodowych aktualiów (np. odniesienia do spraw polsko-niemieckich, rewizji solidarnościowego zrywu, rozprawy z mitem „narodowej kultury”, postępującej homogenizacji świata, europejskich zagrożeń…), Chwin w swoich zapiskach jest bardzo prywatny – jego „osobistość” (choć zatrzymującą się na granicy intymności) znajdujemy niemal na każej stronie „Dziennika dla dorosłych”. Być może właśnie na tym polega jego atrakcja, wzmocniona dodatkowo rozprawą nad takim (ważnymi dla większości z nas) kwestiami, jak np. antysemityzm, lustracja, eutanazja, stereotyp, czas, śmiertelność… ?
Chwin jest oczywiście także kontrowersyjny, bo ośmiela się spojrzeć na utarte schematy z zupełnie innej perspektywy, nie godząc się na powielanie kolejnych mitów i złudzeń. Narusza też spiż narodowych ikon (Sienkiewicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Giedroyć, Herbert, Grass, Venclova…), ale również i tych, którzy sami ten spiż naruszali, ale i tak na ikony się wybili (Gombrowicz).
Jak to robi?
Moim zdaniem warto się o tym przekonać samemu.

Stefan Chwin: "...ja biorę garściami fakty z życia różnych ludzi i z puzzli cudzego losu los mój własny w dzienniku układam, dużo prawdziwszy od rzeczywistego. Żyjemy na Ziemi nie po to, żeby po sobie zostawić ślad prawdziwy, tylko osobę ulepioną z pamięci, wyobraźni i zimnej premedytacji, wyraźniejszą i mocniejszą niż my sami. Więc chociaż mój S. nie jest mną zupełnie, jest bardziej mną, niż ja sam..."

 

 

A oto kilka fragmentów „Dziennika dla dorosłych” , w których Stefan Chwin sam opisuje, czym ten „Dziennik” jest, a czym nie jest; jakie są jego intencje i jakich nieporozumień najbardziej się obawia:

  „Ja w swoim dzienniku pozwalam sobie – i to dość często – na ironię, na kpinę, na drwinę, a nawet śmieję się dość głośno z różnych niezmiernie poważnych spraw, mówię dość ryzykowne rzeczy, błądzę, mylę się, wyrażam uczucia nieobyczajne, kocham, ale też dość mocno nienawidzę, bo (…) ja bym chciał, żeby to był dziennik żywego człowieka, a nie jakaś ze wszech miar słuszna autobiografia intelektualna wymyta do czysta mydełkiem krakowsko-paryskiego estetyzmu, jak to bywa u niektórych polskich pisarzy.
A tu mnie teraz spotykają różne przykrości, że ja niby w moich „Kartkach” wygłaszam niesłuszne poglądy.
Mój dziennik nie jest żadnym referatem poglądów na cokolwiek! To raczej ruchomy, witrażowaty, rozsypujący się i składający się na powrót obraz życia wewnętrznego pewnego człowieka, który na początku XXI wieku żyje w pewnym mieście nad zatoką zimnego morza i może jest trochę podobny do mnie. (…)

Ach, żeby tak chociaż na parę chwil wyswobodzić się z polskiego łańcucha, zrzucić obrożę, przez minutę, albo dwie poczuć słodko-gorzki luksus wolności. Bo u nas wolność ogólna niby wybuchła po zejściu komunizmu do grobu z wielką siłą, ale ze swobodą intelektualno-duchową, swobodą osobistą każdego z nas z osobna, sprawy już tak różowo nie wyglądają, chociaż z pozoru rozbestwiona samowola umysłowo-moralna Polskę naszą niepodległą zżera i ciężko udręcza… Stadne fale myśli płyną sobie po naszej krainie jak za dawnych czasów, szeroko i rozlewnie. I wiadomo, że są rzeczy, których lepiej nie ruszać. Więc ja (…) piszę swój dziennik między innymi po to, by zakosztować przez minutę lub dwie tych okropnych luksusów swobody. (…)
Ruch myśli mnie bawi, sprawdzanie różnych ryzykownych idei, posuwanie się za daleko w niestosownych pytaniach i myślach (…).

Pan sugeruje, że ja ‚portretuję’ różne osoby po to, by je odbrązowić, pomniejszyć, że uparcie skaz w nich szukam, nie siły? Proszą Pana, a na cóż ja miałbym odbrązawiać kogokolwiek? Mnie szkoda czasu na takie rzeczy. Ja tylko z bólem serca widzę i opisuję (wytłuszczenia autora – przyp. LA). To właśnie grzech jest mój główny. Że widzę i opisuję. Ale zapewniam Pana, że ja żadnego dziennika bezgrzesznego pisać nie będę, bo pisanie dziennika bezgrzesznego uważam za pozbawione sensu. (…) Ja jestem grzeszny człowiek. Na sumieniu mam siedem grzechów głównych, a nawet więcej niż siedem, dobrze wiem, że myśli i uczucia często miewam zupełnie niewłaściwe i wcale nie zamierzam tego przed światem zatajać.
Ja piszę dziennik dla dorosłych. A dziennik dla dorosłych to nie jest żaden dziennik o jakichś smakowitych kłopotach łóżkowych, na których widok aż się oblizujemy z łakomstwa, tylko dziennik o sprawach trudnych do zniesienia, z którymi ani ja sam, ani inni ludzie dorośli nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić.”

 * * *

Mimo, że robi się tu dość obszernie, nie mogę się oprzeć pokusie, by przytoczyć jeszcze jeden, niezwykle moim zdaniem smakowity kąsek prozy Chwina, który sam autor zatytułował „Dziennik dla Nietoperzy” :

„… a dla kogo piszę? Ależ dla was, moi drodzy Nietoperze, szlachetni desperaci pisma, dla was, bracia moi, nieumiejący przeżyć nawet jednego dnia bez pożerania suchego prowiantu liter, dla was, wymierający zjadacze druku, wąchacze książkowego papieru, miłośnicy zadrukowanych kartek, dla was, sybaryci lampy nad łóżkiem i wygodnego fotela, pasjami lubiący czytać w wannie, w pociągu, na sedesie, w hotelu, w parku, na plaży, w autobusie, pod ławką szkolną, w tramwaju, u fryzjera, w kawiarni, na stojąco, na siedząco, na leżąco, z ręką pod głową, na brzuchu, na plecach, dla was, oglądacze Programów dla Nietoperzy, puszczanych w telewizji koło północy, dla was, żywe pół procenta oglądalności (…), do którego ja razem z wami od dawna należę…

Ach, bracia moi, mieszkańcy Domów z Powietrza, smakosze od Mozarta i Mahlera, Szukacze Nie Wiadomo Czego, skłonni do bezproduktywnych rozmyślań i niebezpiecznych zamyśleń, uciekinierzy ze świata realnego do Innych Światów, Gacki moje drogie, kochające ciszę i szelest przewracanych kartek… Jeszcze żyjemy, jeszcze się trzymamy, choć topniejemy w oczach jak śnieg marcowy na ciepłym parapecie, my, marginesowy target, my, cierpliwi widzowie małych kin studyjnych, oglądający w telewizji po północy filmy robione dla nikogo, my, Nocni Myśliwcy, polujący na Cotrazaara, Kołakowskiego, Bergmana, Felliniego i Eisensteina, my, rekordziści Nocnej Orgii Czytania, my, mistrzowie Zaczerwienionych Oczu, cierpiący od czasu do czasu na słodką bezsenność… z powodu nieopisanego głodu liter…”

* * *

Photo: Maciej Korycarz, Cato Lein, Jan Ledóchowski

O „Kartkach z dziennika” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

*

WSZYSTKO I NIC (i to co pomiędzy)

 

 
WSPOMNIENIA Z RAJU
 
Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.
* * *
Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.
* * *
Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.
* * *
Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas uratować; to co nas ratuje, może też nas zabić.
* * *
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.
 
 * * *
 
 ADVOCATUS DIABOLI
 
 
Świat zarażony złem?
Przewlekła metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.
 * * *
Wydaje się, iż wszystko musi mieć przeciwwagę, nic nie może istnieć bez swego przeciwieństwa.
Nawet (w naszych wyobrażeniach) Bóg nie może obyć się bez diabła.
 * * *
Diabeł nie śpi.
A jeśli już leży, to tylko w szczegółach.
 * * *
Ludzie tracą wiarę w Niebo ale wiara w Piekło trwa nadal – głównie za sprawą otaczającej ich rzeczywistości.
Niebo się ulatnia, piekło zaś materializuje.
Diabła wymacać łatwiej niż aniołka.
 * * *
Demony budzące się kiedy rozum śpi są niczym w porównaniu z demonami, które osaczają człowieka na jawie.
 * * *
Diabeł jest czerwony, anioł zaś biały…
Nic więc dziwnego, że człowiek jest różowy.
 * * *
Gdy rozum śpi, budzą się potwory – oświadczył kiedyś Goya.
Jednak czasem trzeba również uśpić rozum, by obudziły się anioły.
 * * *
Powinno być:
człowieka strzela, diabeł kule nosi.
 * * *
Diabeł jest niczym ta kloaka, ktorą stworzył człowiek, by zwalać tam swoje grzechy i zło.
I tak oto powstaje piekielne szambo.
* * *
Kto ma większą moc uwodzenia: Anioł czy Szatan?
(Częściej jednak do tej roli angażujemy tego ostatniego. Dlaczego?)
* * *
Każdy wyobraża sobie Diabła jako samca.
Czy nie jest to jednak pewna dyskryminacja?
* * *
 
 
 ILUZJA PRAWDY, PRAWDA ILUZJI…
 
*
Na początku myśl krótka, ledwie uchwytna…
Usiłuje wydostać się na powierzchnię świadomości.
Mam poczucie tego, że jest to coś ważnego i istotnego, choć nieznanego – coś, co skrywa się gdzieś na peryferiach osobowości, w jakichś studziennych głębinach psychiki.
 Czyje to źródło? Moje czy mojego gatunku?
Te poskręcane sznury aminokwasów: ile w tym jest mnie, a ile ślepych sił życia? (Stwarzającego się według nieodgadnionego i nieprzejrzanego planu?)
Jeśli to plan, to czyj (albo czego)?
Jeśli przypadek, to dlaczego?
Jeśli nie przypadek, to po co?
I w jakim celu?
Skąd to wszystko przyszło, i dokąd to wszystko prowadzi?
Gdzie istnieje?
Czy istnieje?
DNA – jeden długi łańcuch z pytajników.
I wplątany weń człowiek.
* * *
A jednak jesteśmy spętanymi więźniami, którzy roją sobie sny o wolności.
Śnimy więc, kiedy uważamy się za wolne duchy.
Lecz bez tego snu nie moglibyśmy być ludźmi.
W swoim śnie jesteśmy wolni – i tylko śniąc możemy poczuć się wolni.
* * *
Śnijmy więc aby żyć, bo życie jest snem a rzeczywistość iluzją.
Jeśli jesteśmy prawdziwi, to prawdziwe są również nasze sny.
Czyż iluzja nie jest naszą prawdą?
Czyż iluzja nie jest naszą rzeczywistością?
Czy wszystko co ludzkie nie jest prawdziwą iluzją?
* * *
Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to naprawdę chcemy tego, by nie chcieć?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

(Ostatecznie, wychodząc poza te wszystkie zawiłości, można skonstatować jedno: ponownie dotykamy tutaj kwestii wolnej woli i determinizmu.)
* * *
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym?
Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
 
 * * *