CO SIĘ PLECIE W KAJECIE (zapiski II)

*

Wszystko co jest spełnione (a tym samym pełne) przestaje być twórcze. Tworzą tylko ludzie, w których jest jakieś pęknięcie – w ten sposób dążą oni do sklejenia siebie w jedną nierozsypującą się całość (stan jednak rzadko osiągany).

greydot

Skąd wynika to wrażenie, że istota myśli wywodzi się z czegoś, czy też związana jest z czymś, co jest nieuchwytne, ulotne, nieokreślone, niesubstancjalne? Z naszej ograniczonej wiedzy o morfologii mózgu, czy też z tęsknoty za „duchowością”?
A może z niezgody na to, by uznać się za nic więcej, jak tylko precyzyjną maszynę?
Czy myśl to jedynie elektryczne wyładowanie?

greydot

Jeśli uznamy, że mózg jest tylko fizjologicznym organem, to w konsekwencji musielibyśmy uznać, że myśl jest jedynie rodzajem fizjologicznej wydzieliny. Czy jednak człowieczeństwo da się zapisać w chemicznym równaniu? Materialiści za wszelką cenę chcą zdegradować „ducha” usuwając go ze swojego słownika. I odnoszą w tym sukces. To dlatego materializm staje się czymś bezdusznym.

greydot

Bunt jest jeszcze jednym rodzajem zniewolenia – jak wszystko, co podporządkowuje nasze działanie jakiemuś celowi. Czyżby więc prawdziwym wyzwoleniem byłoby dopiero wyzwolenie się od celu?  Czyli, innymi słowy: rezygnacja z dążenia do poznania sensu? Wtedy nawet absurd nie miałby żadnego znaczenia.

greydot

Nabokov napisał kiedyś, że “kosmiczny” od “komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki “proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o pewnej desperacji? Albo pewnej próbie weryfikacji nadziei?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary (lub niewiary), uprawiając jak gdyby nigdy nic nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby “dobrze”? Albo uciekając od myślenia, od tego co nie jest lekkie i „zwięzłe”, od wszystkiego, co trąci – o zgrozo! – „filozofią”?

greydot
Czytam wywiad z dwoma specjalistami od budowy Wszechświata i teorii strun, zdobywcami nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Na pytanie „Czy istnieją inne wszechświaty?” pierwszy z nich odpowiada: „Prawie na pewno istnieją”, zaś drugi: „Nie wiem. Mogę powiedzieć, że nie wierzę w nie.”
Oto prawdziwy zakres naszej – podobno coraz głębszej i szerszej – wiedzy o Kosmosie: pewność kontrowana niewiedzą, odwołująca się do wiary, czy też raczej niewiary.

greydot

Sięgamy w Kosmos, nie znając naszego własnego mózgu.

greydot

Fundamenty być może istnieją, ale pozostają (i pozostaną) nam nieznane – więc nie możemy (i nigdy nie będziemy mogli) się na nich oprzeć.
Czyżby więc trzymała nas tylko solidność iluzji? Ale czy to jest konkret?

greydot

Tylko cywilizacja dotknięta antropocentryczną megalomanią mogła stworzyć coś takiego, jak Renesans (a tym samym: wszystkie te jego wspaniałości).
Czy jednak umieszczenie człowieka w centrum systemu wartości jest megalomanią, czy też raczej koniecznością określenia własnej tożsamości w rzeczywistości, która jest na ludzkie wartości absolutnie obojętna?

greydot

W ludzkim stwarzaniu bogów jest tyleż pokory co pychy.
Pokora jest odbiciem lęku i bezradności, pycha wynika z przeświadczenia, że jesteśmy w świecie kimś wyjątkowym.

A czy nie jesteśmy? Czy samouświadomienie się materii jest we Wszechświecie aż tak powszechne? Może – podobnie jak to było z naszym jednostkowym zaistnieniem (zważywszy na setki milionów plemników rywalizujących o zapłodnienie jajeczka, zwycięstwo „naszego” plemnika, dzięki któremu ja to piszę, a Ty to czytasz, wydaje się być czymś niewiarygodnie przygodnym i nieprawdopodobnym) pojawienie się żywych istot w pewnym mikroskopijnym zakątku Drogi Mlecznej zwanej przez nich Ziemią, jest fenomenem równie niesłychanym i unikalnym?

greydot

Nie ma rady: uzyskaliśmy świadomość. Już nigdy nie wywiniemy się od pytania: po co?
Perfidia całej sytuacji polega na tym, że zadając je, sami jesteśmy zmuszeni na to pytanie odpowiadać… nigdy nie mogąc uzyskać odpowiedzi, którą można by zweryfikować przed wszystkimi ludźmi. Czy aby nie dlatego, że taka odpowiedź – jeśli jest, to jest poza człowiekiem (czyli nie mieści się w „ludzkim” świecie)?

greydot

Ktoś mógłby powiedzieć, że nasza wolność może być tylko mierzona długością łańcucha, którym jesteśmy skuci. Czy jednym z takich łańcuchów jest łańcuch DNA? Z pewnością geny są tym, co konstytuuje nas materialnie. Jednak dopiero duchowość może zapewnić nam pewne (choć ograniczone) pole wolności.

greydot

Teraźniejszość jest reliktem przeszłości.
Jednym z takich reliktów jesteśmy my sami.
Przyszłość jest reliktem, który się jeszcze nie ujawnił.

greydot

Czy jesteśmy warci tyle ile sami sobie przydamy wartości? Czy też wartości nabieramy dopiero wtedy, kiedy przydadzą jej nam inni? Altruizm zastawił na nas pułapkę przekonując, że jesteśmy warci tyle, ile jesteśmy zdolni dać drugiemu człowiekowi.

greydot

Mówi się, że młodość jest permanentnym upojeniem. Nic dziwnego, że nałóg ten może się za nami ciągnąć aż do późnej starości.

greydot

Seks może istnieć bez erotyzmu, podobnie jak erotyzm bez seksu. Pierwszy przypadek jest atawizmem, drugi – romantyzmem. Jednak dopiero gdy występują ze sobą razem, stają się czymś ludzkim – natura w człowieku dopełnia się z kulturą.

greydot

Życie jako kara? Życie jako dar?
Jakie życie?
Buddyzm, jak każdy system antropocentryczny, hierarchizuje życie. I niestety, w swoim rdzeniu jest wymierzony przeciw życiu. Jeśli mówi, że życie robaka jest ważne, to tylko dlatego, że ów robal może być rodzajem tymczasowego cielesnego „pojazdu” dla jakiejś zbłąkanej (ukaranej?) ludzkiej duszy.

greydot

Racją istnienia każdej religii jest obwarowana dogmatami postawa: wszystko albo nic (zbawienie albo potępienie). Buddyzm, (jeśli uznać go za religię) jest jedyną religią, która mówi: wszystko i nic (czy też raczej: wszystko czyli nic).

greydot

Budda, Chrystus… Dla nas ludzi Bogiem staje się człowiek, który odrzuca życie. Czyżby to był rodzaj naszej zemsty za naszą bezradność wobec konieczności życia?

greydot

Czy  Budda mógłby być  kobietą?
W jaki sposób jego płeć wpłynęła na nauki, jakie zaczął głosić?
A może płeć Buddy nie ma (nie miała) żadnego znaczenia? Czy żadnego znaczenia nie ma także płeć Jezusa Chrystusa albo papieża?
Czy można sobie wyobrazić genitalia Boga? (a przecież niczym innym jak genderyzacją Boga jest obdarzanie Go brodą czy męskim głosem).

Jak widać, mamy wielkie trudności, by określić czyjąś istotę abstrahując od jej płci – tożsamość musi mieć płeć. Dlatego androgyne jest jakby kimś (czymś?) tak naprawdę pozbawionym osobowości, „nie wiadomo kim”. Stąd rodzaj nijaki – czyli bezpłciowy (a to ostatnie określenie zawsze ma w naszej świadomości wydźwięk pejoratywny).
Wydaje się, że konieczność personifikacji wpisana jest w nasze „kulturowe” geny. Siebie samego odkryliśmy dopiero wtedy, kiedy odkryliśmy drugiego człowieka (czyli wtedy, gdy stał się ona dla nas personą). Podobnie było z Bogiem.

greydot

Ludzki mózg. Co z nim począć? Może to rodzaj ewolucyjnego nowotworu, odpowiedzialnego za taką narośl, jak kultura i cywilizacja? Taki tumor Universum? (W pewnym sensie może się to potwierdzić, jeśli gatunek ludzki doprowadzi do własnej samozagłady.)

(Kontekst: Organizmy o prymitywnych mózgach bywają o wiele lepiej przystosowane do środowiska naturalnego, niż człowiek. Ostatnie badania wykazały wręcz, że bardzo rozwinięty i złożony ludzki mózg, nie był tym organem, dzięki któremu człowiek przetrwał na ziemi. Jego “inteligencja” była wobec pewnych zaistniałych w przeszłości zjawisk i warunków bezsilna – podobno, w krytycznym momencie na kontynencie afrykańskim ostało się zaledwie parę tysięcy przodków Homosapiens.)

Ludzka perspektywa odrzuca jednak insynuację, jakoby mózg człowieka był w świecie czymś kancerogennym. Kultura stała się bowiem źródłem naszych największych wartości, określa naszą tożsamość. To właśnie ona czyni z nas ludzi (i z tym m.in. wiąże się jeden z aspektów naszej „opozycyjności” wobec Natury, czy też niezgodności z nią). Człowiek, który zaczął się utożsamiać ze swoją kulturą, nie może więc uznać siebie za coś takiego jak „złośliwy guz” Wszechświata. Choć znaleźli się przecież i tacy, którzy, jak np. Beaudlaire, uważali ludzkość za pewnego rodzaju zanieczyszczenie środowiska. Podobnie było z jednym z najbardziej znanych poetów amerykańskich Robinsonem Jeffersem, który – wobec wojennego szaleństwa ludzkości XX wieku – uznał, że gatunek ludzki jest tylko skażeniem uniwersalnego porządku i – jako taki – zasługuje na zniszczenie. (Lecz wg mnie, wbrew pozorom, nie jest to nihilizm, a swego rodzaju ahumanizm.) Może niektórzy z nas pamiętają też obrzydzenie (nie tylko człowiekiem, ale i wszelkim bytem) jakiego doznawał stykając się z ludźmi i światem Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”? Również Gombrowicz sugerował, że jesteśmy w porządku Natury „niczym nie usprawiedliwionym ekscesem”. W sumie – perspektywy to mało sympatyczne.

Całkiem możliwe, że jesteśmy jednak na tyle wolni, by samemu dokonać wyboru: pogrążyć się z powrotem w tej bezgranicznej otchłani oceanu nicości (w niebycie) lub podjąć próbę spełnienia się (zbawienia?) w ramach praw rządzących Kosmosem, wypełniając jeden z możliwych wariantów – planów zakreślonych przez Wielkiego Architekta lub wyznaczonych przez siły Nadrzędnego Porządku. Do tego pierwszego celu dążą wszystkie religie (to było jedną z racji ich zaistnienia), do tego drugiego – wszystkie idee upojone perspektywą cywilizacyjnego postępu. A jeśli jesteśmy jednak wobec wszystkich tych mocy bezsilni? I nasze przeznaczenie zadecydowało się już na samym początku, zanim jeszcze powstała przestrzeń i zaczął płynąć czas – zanim słowo stało się ciałem? A samowolnie nie ma prawa drgnąć nawet najmniejsza drobina Wszechświata?

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak, to dlaczego obdarzono (?) nas tak wielką samoświadomością (bo mimo naszej niewiedzy i mocno jednak ograniczonej percepcji, jest ona w ożywionym świecie ewenementem) a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie skomplikowaną i zadziwiającą konstrukcją? Po co to wszystko? Czy możemy znać na to pytanie odpowiedź? Czy tylko w nią uwierzyć –  wymyślając?

greydot

Co jest lepsze: krótkie czy długie? Czy można wartość tego, co się pisze, mierzyć długością tekstu?
Skąd się bierze nasza preferencja i przekładanie długiego nad krótkie (czy też vice versa – krótkiego nad długie): z naturalnej skłonności czy też wyrobionego gustu – z głębokiej motywacji, czy też z naszych ograniczeń? Czy naprawdę to, co jest nam łatwiej przełknąć jest lepsze od tego, z czym trzeba się trochę pomęczyć – by to ugryźć, a potem jeszcze przetrawić? Czy wyznacznikiem wartości słów i treści ma być ich lekkostrawność? Czy rzeczywiście chcemy, by nasze menu złożone było z samych przystawek, snacków i grysików?
Czy wszystko da się powiedzieć w „dwie słowie”? Czy „Ulisses” Joyce’a stałby się jednym z najsłynniejszych dzieł współczesnej literatury, gdyby liczył 5 stron?
Zwięzłość jest cnotą? W takim razie Joyce jest niecnotą, takoż Cervantes, Szekspir, Nabokov, Houellebecq, Faulkner… całe tłumy pisarzy zgoła mało cnotliwych, a najczęściej niecnotliwych wcale. Nie wydaje mi się, by cnotliwość sprzyjała dobrej literaturze.
Moim zdaniem jest czas na elaborat i czas na haiku, chodzi tylko o to, by nam samym wystarczało tego czasu, a nie byśmy byli skazywani na muśnięcie sensu i impresję złożoną raptem z dwóch, trzech zdań? I mówili, że tylko coś takiego jest naprawdę fajne, bo zwięzłe i krótkie. Czy może ktoś z czystym sumieniem powiedzieć, że rozwiązłość wychodzi literaturze na złe? Chyba jednak jest na odwrót.

Dlaczego odmawiać wartości tekstowi, który liczy słów więcej niż dwadzieścia sześć? Tylko dlatego, że nie chce się nam tego czytać ani pomyśleć nad tym jaką to ma treść – a dwadzieścia sześć byłoby w sam raz na miarę naszego short attention span?
Może bardziej lubimy krótkie teksty, bo przeczytanie (napisanie?) dłuższego jest dla nas męką i przerasta po prostu nasze siły i możliwości – w ten sposób z konieczności i ograniczenia czynimy cnotę? Przeczytać coś w pięć minut – to dobre; a poświęcić czemuś innemu minut dwadzieścia – to już jest „be”? Dlaczego? Bo ten nieabsorbujący czasowo i w gruncie rzeczy powierzchowny engagement umożliwia nam lekkie i radosne skakanie z kwiatuszka na kwiatek? Bo nie musimy się borykać z czymś cięższym, czyli bardziej treściwym?
Ależ oczywiście, że geniusz często objawia się w krótkiej formie: w zwięzłości, kondensacji, syntezie – w samoograniczeniu, rezerwie, odrzuceniu zbędnego balastu. Ale objawia się także w czymś, co jest obszerne: gruba księga wcale nie musi być gorsza od tej cieniutkiej. I vice versa.
Każda treść poszukuje swojej formy, czyli także: poszukuje odpowiedniego dla siebie rozmiaru.

greydot

MÓJ STOS EX-LIBRYSTYCZNY

 

 

Ostatnimi czasy natknąłem się w sieci na kilka blogów, z których wprost emanuje miłością do książek. O tej namiętności sam mógłbym co nieco powiedzieć, bo znana jest mi ona od samego zarania, czyli od mojego dzieciństwa. Do dzisiaj czuję zapach niektórych książek, ciągle przed oczami mam ilustracje, które wówczas zdały mi się czymś zgoła magicznym, jakże wyraźnie pamiętam pewne sceny w tych książkach spisane… Nawet wtedy, kiedy przyszedł czas mojego buntu i kontestacji – wyrażany głównie przez używanie niecenzuralnych wyrazów, picie taniego wina, mówienie, że religia to „bajki” a wszyscy ludzie to hipokryci, noszenie obdartych dżinsów, zapuszczanie długich po ramion włosów i słuchanie Hendrixa – nie rozstawałem się z książką. Tym sposobem uzbierałem w domu dość pokaźną bibliotekę i ślęczałem po nocach nad rewelacjami, które znajdowałem w dziełach Camusa, Lema, Dostojewskiego czy Manna.

Włosy teraz noszę już krótsze (nie wspominając już o siwiźnie), wino piję już lepsze, rzadko przeklinam albo rzucam kalumnie, mój bunt bardziej oswojony a spodnie bez dziur, religie co najwyżej wiążę z mitami (szanując wszak jej tajemnice)… lecz nadal żyję z książką pod ręką (w moim nowym domu księgozbiór już dawno przestał się mieścić), a i Hendrix w dalszym ciągu jest w stanie przeszyć mnie dreszczem.

Moja biblioteka przeżywa ciężkie chwile zwłaszcza wtedy, gdy wracam z wizyty w Polsce. Także i tym razem wywiozłem z kraju cały kufer książek, który jakimś cudem udało mi się zmieścić do samolotu bez zbędnych perypetii – te pół tony makulatury, będacej efektem szperania po (głównie) krakowskich ksiągarniach i antykwariatach, także parę prezentów… (poniżej znaleźć można niemalże pełną listę tytułów).

* * *

 

Cóż nas tak ciągnie do słowa pisanego? Co powoduje, że uwielbiamy trzymać w ręku książkę, decydując się nawet na… jej przeczytanie? Skąd uzależnienie, słodka narkomania – ten pewien rodzaj intelektualnego nałogu?

Dlaczego bez lektury trudno jest niektórym żyć?

Otóż bez wątpienia sprawia to bogactwo światów, które zawarte jest tamże, między okładkami – zapisane czarnym drukiem na białych kartkach papieru. Za każdym razem, kiedy łapiesz sens przeczytanego zdania, twoje istnienie nabiera większego znaczenia, staje się bardziej intensywne i zwielokrotnione, łacząc się w jakimś magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje. To taki rodzaj prawie że religijnej komunii, stopienia się monad – skupienia porozpraszanych w kosmosie drobin ludzkich egzystencji.

* * *

„Co pozostaje?” – pyta się w swoich notesach Nicola Chiaromonte i odpowiada: nie ważne jest to co się otrzymało, ważne jest to co trwa i istnieje. Co w takim razie pozostaje w nas z naszych lektur? Czy ogrom trafiających do nas myśli i fraz nie podmywa brzegów naszej jaźni, czy nie rozmywa wewnętrznego świata o ustalonych już konturach i uformowanych brzegach? Co zapożyczamy, a co kradniemy? I czy nie przestajemy być sobą – z każdym słowem i zdaniem, które sączy się nam do mózgu i oblepia nasze poskręcane myśli? Czy zachłanność na słowo pisane nie jest właśnie jakimś narkotycznym głodem? Czy pochłaniając te gęste treści jesteśmy w stanie to wszystko przetrawić?

Czy poprzez lekturę naprawdę się wzbogacamy? Czy nasze ograniczone wnętrze zdolne jest pomieścić cały ten splendor? Czy jest w nim dostatecznie miejsca by przyjąć to bogactwo myśli, wyobrażeń, słów i idei? Czy wszystko, co czytamy jesteśmy w stanie zrozumieć, ogranąć, przyswoić? Do jakiego poziomu możemy się wznieść, nie mogąc wszak przeskoczyć siebie samego? Wreszcie, czy aby czytając mądre książki, sami stajemy się mądrzejsi?

Czy wszystko co nowe jest dla nas lepsze? A może nowe powoduje erozję starego ale pewnego, czyli tego, co już się w nas osadziło, stało podporą, mocnym fundamentem? Chyba jednak nie: nagrodą za burzenie gnuśnego spokoju jest olśnienie cudem nieustającej przemiany.

* * *

Lecz jeśli miałbym wybierać: książka albo świat i życie? (Ale czyż książka sama nie jest niczym świat i życie?) Cóż, wyrzuciłbym „albo”, wstawiłbym „i” pozostając przy świecie i życiu, gdzie jest również to „i”, czyli książka. Ja wiem, że to szelmostwo, cwaniactwo, pycha i zarozumiałość. Lecz właśnie tego nauczyło mnie życie i… – co tu kryć! – książki.

* * *

Gwoli zaspokojenia ewentualnej ciekawości dociekliwych, podaję autorów i tytuły książek w stosiku (jego ideę zaczerpnąłem ze zdumiewających wręcz blogów czytelniczych, kórych sprawcami są głównie Panie, pochłaniające książki jak piranie):

Od dołu: „Musee d’Orsay” i „Muzeum Narodowe w Krakowie”  (wydane przez Arkady albumy malarstwa), Susan Sontag – „O fotografii”, Le Bon – „Psychologia tłumu”, J.M. Coetzee – „Zapiski ze złego roku”, Miron Białoszewski – „Chamowo”, Bruno Schulz – „Księga listów”, Leszek Kołakowski – „Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne opowiadania”, Stefan Chwin – „Dziennik dla dorosłych”, Beata Nowacka, Zygmunt Ziątek – „Ryszard Kapuściński. Biografia Pisarza.”, Zygmunt Bauman – „Nowoczesność i zagłada”, Claude Levi-Strauss, Didier Eribon – „Z bliska i z oddali”, Anais Nin – „Dziennik”, T.S. Eliot – „Chrześcijaństwo-Kultura-Polityka”, Umberto Eco – „Diariusz najmniejszy”, Fryderyk Nietzsche – „Wola mocy”, Hermann Hesse – „Siddharta”, Milan Kundera – „Spotkanie”, Emil Cioran – „Historia i utopia”, Kurt Vonnegut – „Niedziela palmowa”, Herta Müller – „Król kłania się i zabija”, J.M. Coetzee – „Młodość”, Nicola Chiaromonte – „Co pozostaje”, Josif Brodski – „Tym tylko byłem”, Aldous Huxley – „Filozofia wieczysta”, Virginia Woolf – „Chwile wolności. Dziennik 1915-1941”, I.B. Singer – „Felietony. Eseje. Wywiady.”

*

WSZYSTKO I NIC (i to co pomiędzy)

 

 
WSPOMNIENIA Z RAJU
 
Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.
* * *
Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.
* * *
Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.
* * *
Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas uratować; to co nas ratuje, może też nas zabić.
* * *
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.
 
 * * *
 
 ADVOCATUS DIABOLI
 
 
Świat zarażony złem?
Przewlekła metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.
 * * *
Wydaje się, iż wszystko musi mieć przeciwwagę, nic nie może istnieć bez swego przeciwieństwa.
Nawet (w naszych wyobrażeniach) Bóg nie może obyć się bez diabła.
 * * *
Diabeł nie śpi.
A jeśli już leży, to tylko w szczegółach.
 * * *
Ludzie tracą wiarę w Niebo ale wiara w Piekło trwa nadal – głównie za sprawą otaczającej ich rzeczywistości.
Niebo się ulatnia, piekło zaś materializuje.
Diabła wymacać łatwiej niż aniołka.
 * * *
Demony budzące się kiedy rozum śpi są niczym w porównaniu z demonami, które osaczają człowieka na jawie.
 * * *
Diabeł jest czerwony, anioł zaś biały…
Nic więc dziwnego, że człowiek jest różowy.
 * * *
Gdy rozum śpi, budzą się potwory – oświadczył kiedyś Goya.
Jednak czasem trzeba również uśpić rozum, by obudziły się anioły.
 * * *
Powinno być:
człowieka strzela, diabeł kule nosi.
 * * *
Diabeł jest niczym ta kloaka, ktorą stworzył człowiek, by zwalać tam swoje grzechy i zło.
I tak oto powstaje piekielne szambo.
* * *
Kto ma większą moc uwodzenia: Anioł czy Szatan?
(Częściej jednak do tej roli angażujemy tego ostatniego. Dlaczego?)
* * *
Każdy wyobraża sobie Diabła jako samca.
Czy nie jest to jednak pewna dyskryminacja?
* * *
 
 
 ILUZJA PRAWDY, PRAWDA ILUZJI…
 
*
Na początku myśl krótka, ledwie uchwytna…
Usiłuje wydostać się na powierzchnię świadomości.
Mam poczucie tego, że jest to coś ważnego i istotnego, choć nieznanego – coś, co skrywa się gdzieś na peryferiach osobowości, w jakichś studziennych głębinach psychiki.
 Czyje to źródło? Moje czy mojego gatunku?
Te poskręcane sznury aminokwasów: ile w tym jest mnie, a ile ślepych sił życia? (Stwarzającego się według nieodgadnionego i nieprzejrzanego planu?)
Jeśli to plan, to czyj (albo czego)?
Jeśli przypadek, to dlaczego?
Jeśli nie przypadek, to po co?
I w jakim celu?
Skąd to wszystko przyszło, i dokąd to wszystko prowadzi?
Gdzie istnieje?
Czy istnieje?
DNA – jeden długi łańcuch z pytajników.
I wplątany weń człowiek.
* * *
A jednak jesteśmy spętanymi więźniami, którzy roją sobie sny o wolności.
Śnimy więc, kiedy uważamy się za wolne duchy.
Lecz bez tego snu nie moglibyśmy być ludźmi.
W swoim śnie jesteśmy wolni – i tylko śniąc możemy poczuć się wolni.
* * *
Śnijmy więc aby żyć, bo życie jest snem a rzeczywistość iluzją.
Jeśli jesteśmy prawdziwi, to prawdziwe są również nasze sny.
Czyż iluzja nie jest naszą prawdą?
Czyż iluzja nie jest naszą rzeczywistością?
Czy wszystko co ludzkie nie jest prawdziwą iluzją?
* * *
Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to naprawdę chcemy tego, by nie chcieć?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

(Ostatecznie, wychodząc poza te wszystkie zawiłości, można skonstatować jedno: ponownie dotykamy tutaj kwestii wolnej woli i determinizmu.)
* * *
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym?
Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
 
 * * *

CUDOWNA PRZYGODA

 

* * *
Próbuję po swojemu demontować tę wielką machinę rzeczywistości, która mnie otacza; przejrzeć na wskroś ową gigantyczną konstrukcję, przyglądnąć się z bliska jej poszczególnym elementom…
A mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym podglądał świat przez dziurkę od klucza.
I chyba tak powinno być, i chyba tak jest dobrze. Bowiem nie wiem czy zniósłbym ten widok, gdyby nagle drzwi otwarły się przede mną na oścież.

* * *
Czyż nie jest naszą największą mądrością – mądrością człowieka – właśnie świadomość własnej niewiedzy i zdolność do ciągłego poddawania w wątpliwość tego, co już „wiemy”?
Wydaje mi się, że tylko dzięki temu może istnieć postęp w ludzkiej kulturze – w naszym poznaniu i myśleniu…

* * *
Nie jesteśmy w stanie ogarnąć całego świata zewnętrznego.
Za pomocą naszych niedoskonałych i mocno ograniczonych receptorów (zmysłów, umysłów – dostępnych nam instrumentów poznania) tworzymy nasz mały, wyodrębniony po ludzku świat, bardziej lub mniej adekwatny do tego, co istnieje (niezależnie) poza nami. Stąd to nasze częste poczucie, że żyjemy w świecie iluzji, snu, marzenia – w szklanych cieplarniach, pod jakimś kloszem, w zamkach na piasku…
Ale cóż nam innego pozostaje?
Ktoś może powiedzieć: „Inaczej się nie da.”
Musimy więc – chcąc nie chcąc – przyjąć konwencję, wziąć udział w grze, posługiwać się tylko takimi narzędziami, które są nam dostępne – np. językiem, który stworzyliśmy… Inaczej się nie da.

Tak naprawdę niczego nie możemy być pewni. Jednak z taką świadomością życie jest niemożliwe – musimy więc uchwycić się czegoś. Stąd religia, normy, prawo, zasady, wartości, nadzieja, cała kultura wreszcie…
W dostępny nam sposób wypełniamy przestrzeń naszego świata – nie można bowiem żyć w próżni.

Kiedy więc – odrzucając choćby samobójstwo – decydujemy się na życie, to nie ma innej drogi, jak poddać się pewnym paradygmatom (które są częścią tworzonej przez nas kultury). Bez nich niczego byśmy się nie nauczyli, niczego nie pojęli, z nikim nie mogli się porozumieć… Istnienie naszego świata bez tych paradygmatów byłoby niemożliwe – tak jak np. mowa nie mogłaby istnieć bez języka.

Musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli… próbując przy tym dotknąć tego świata zewnętrznego, zbliżyć się do innych ludzi, zrozumieć to, co możemy zrozumieć.
W przeciwnym razie będziemy mieli poczucie życia w próżni właśnie – w jakimś nadmuchanym balonie tymczasowej bytności, spowici oparami absurdu, nicości a może i rozpaczy.

* * *
Mimo wszystko uważam życie za cudowną przygodę, która nam się przydarza w tym niepojętym dla nas i nieodgadnionym Wszechświecie.
Na przekór wszechobecnemu cierpieniu i niepojętności.

* * *