INTYMNOŚĆ NA POKAZ, czyli Madonna naszych czasów

Każda epoka i każde pokolenie ma takie bożyszcza na jakie zasługuje. Nasze czasy wojeryzmu, czasy inwazji w prywatność, czasy pomieszania z poplątaniem, (których, bądź co bądź, my sami jesteśmy także nieodrodnymi dziećmi) mają swoją Madonnę. Louise Veronica Ciccone, Amerykanka włoskiego pochodzenia, stała się w ciągu ostatniej dekady figurą w pop-kulturze kultową.
Co reprezentuje sobą „najsłynniejsza kobieta świata”? Jakie niesie wartości, za czym obstaje, co głosi, z czym walczy? Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.

*

Madonna

Madonna

*

O Madonnie znów głośno.* Nie tylko ze względu na niedawne wyznanie Denisa Rodmana, który o swojej byłej partnerce powiedział, że „nie była akrobatką, ale też in nie była zimną rybą”. Najpierw Madonna zagościła we wszystkich mediach, kiedy została matką; a ostatnio pełno jej wszędzie w związku z filmem „Evita”, w którym zagrała słynną i kontrowersyjną żonę dyktatora Argentyny, Perona.

Podobno Madonna po urodzeniu dziecka „ustatkowała się” i zrównoważyła. Również jej image w związku z „Evitą” odbiega od tego, jaki utrwalił się poprzednimi laty w masowej wyobraźni. Ja jednak chciałbym wrócić do czasów, kiedy Madonna stała się „najsłynniejszą kobietą świata”, co miało miejsce gdzieś na początku naszej dekady. Czy właśnie w tamtym czasie można się doszukać wyjaśnienia istoty fenomenu Madonny? Próbowałem tego dokonać, kiedy dość przypadkowo wpadł mi przed oczy film „Truth or Dare”, będący dokumentem nakręconym podczas jej słynnego „Blond Ambition Tour” po Stanach Zjednoczonych, Europie i Japonii.

wyuzdana lalka barbie

Otóż najkrócej można stwierdzić, że „Madonna naszych czasów” jest ikoną-kameleonem, który pod tuzinami przybrań i kostiumów chce ukryć własny lęk i zagubienie. Madonna to również „wyuzdana lalka barbie” („New York Times”), która zakazane zabawy i igraszki wydobywa z „klozetu” przed światła reflektorów. Madonna to kolejny – śpiewający i tańczący – przykład ziszczenia amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”. Wyrwała się z zapadłej mieściny Bay City w stanie Michigan, opuściła ojca, pięciu braci i dwie siostry (matka zmarła, kiedy mała Louise miała 5 lat); rzuciła szkołę baletową i jako 19-latka zjawiła się w Nowym Jorku z 35 dolarami w kieszeni. Po paru latach występów off-broadway’owych, klubo-knajpowych – po wielu próbach podrzucania różnym wytwórniom płytowym swoich taśm demo – jej ambicji stało się zadość. Jeden z oddziałów wytwórni Warner Bross wydaje jej płytę „Madonna” (1979). Zaraz później pojawia się album „Like a Virgin”. Obie pozycje lądują na pierwszych miejscach listy bestsellerów Billboardu.
Wszystko rozkręca się na astronomiczną wprost skalę w drugiej połowie lat 80-tych. Kolejne płyty, występy w filmach („Desperately Seeking Susan”, „Who’s That Girl”, „Dick Tracy”); dalej: trasy koncertowe, no i oczywiście skandale. Czas „Blond Ambition Toour” to okres szczytowania Madonny. Przełom ósmej i dziewiątej dekady oznacza apogeum jej show(wo)mańskiej kariery. Romansując z Warrenem Beatty, symulując masturbację na scenie, zachęcając do głosowania, będąc owinięta jedynie w amerykańską flagę… również spółkując ze swoim najnowszym boyfriendem w video-clipach („Justified My Love” został zakazany nawet przez MTV, która do instytucji purytańskich raczej nie należy). A było to nic innego, jak pożywką dla żądnych plotek i sensacji mass-mediów. Dzięki temu miało się wrażenie, że Madonna jest wszędzie: w kinach, salach koncertowych, sklepach muzycznych, serwisach informacyjnych, telewizji… Czyli woda na młyn multi-milionowego interesu. A kryła się za tym solidna polityka promocyjna, super precyzyjna machina menadżerska i najwyższej próby profesjonalizm (abstrahując od jego rodzajowości). To właśnie wyrobiło Madonnie opinię jednej z najbardziej niestrudzonych estradowców w historii muzyki pop. „Forbes”, prestiżowy magazyn zajmujący się ekonomią i biznesem, zasugerował, że Madonna to jedna z najsprytniejszych businesswoman w kraju, a jako najlepiej zarabiająca kobieta w show-businessie ($125 mln. w ciągu trzech lat), wydaje się być symbolem naszej „odpadkowo-śmieciarskiej” – i faszerującej się przy tym „szmalem” – epoki

Madonna z makijażem

Portret Madonny, jakim jest film „Truth or Dare”, to również znak naszych czasów. Dlatego też warto się tu nim bliżej zająć. Właściwie jest to autoportret, gdyż wszystko co widzimy, znalazło się w nim z przyzwolenia Madonny, która zresztą go firmuje, jako executive producer.
Co uderza najbardziej?
Otóż totalny ekshibicjonizm – i to zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Zaciera się różnica między tym, co na scenie, tym, co za kulisami i tym, co w życiu prywatnym artystki. Intymność wystawiona na pokaz. Intymność, która wskutek tego przestaje być intymnością, a staje się czymś publicznym. Również wystawionym na sprzedaż towarem. (Przypieczętowaniem tych skłonności Madonny było wydanie albumu „Sex”, pełnego jej aktów – w różnych konfiguracjach, w różnym towarzystwie mieszanym – płciowo i rasowo). „Czy nie jest to w jakimś sensie prostytucja?” – takie pytanie zadał jeden z (bynajmniej niekonserwatywnych) komentatorów.
Jednak pociąga to za sobą jeszcze inne konsekwencje. Otóż okazuje się, że za owymi licznymi fasadami… niewiele tak naprawdę się kryje. Długo przedzieramy się przez sfabrykowane śmiecie i błyskotki, by dotrzeć do… „prawdziwych” śmieci i błyskotek. Głębia jest pozorna. Właściwie nie ma żadnej głębi. To właśnie dlatego nazwano Madonnę „najpłytszą, najgłębszą osobą Wszechczasów”.
Film „Truth or Dare” składa się z przypadkowych i improwizowanych scen ukazujących Madonnę w przeróżnych sytuacjach, rzec można – banalnych. Jednak Madonna dzięki swojej ekscentryczności, nawet z braku sensu i banału potrafi zrobić widowisko. Świadczymy więc jej przygotowaniom do występu: użerkę z elektrykami, nakładanie makijażu, przybieranie kostiumów… Kamera „śledzi” ją w garderobie, za kulisami, w hotelu pokojowym, na korytarzu… Madonna je sałatę, czesze włosy, pije wodę mineralną, rozmawia przez telefon, wybiera się na party, przyjmuje gości i przyjaciół, bierze udział w konferencjach prasowych, składa oświadczenia… etc. A jednak ciągle mamy wrażenie, że wszystko to zgryw. Mało tego. Coraz bardziej jesteśmy pewni, że właśnie ten zgryw jest głównym rysem osobowości Madonny. Tak, jakby inne rysy uległy stępieniu i pozostała tylko sama poza.
Jeden z krytyków amerykańskich pisał: „Film poddaje te scenki i gagi transcendencji – odziera, warstwa za warstwą, tę w pełni świadomą (można chyba powiedzieć: wykalkulowaną – przyp. LA) ikonografię „materialistycznej dziewczyny” („Material Girl” to jeden z hitów Madonny – przyp. LA), striptizerki, bogini srebrnego ekranu, spluwającej i klnącej seniority, Übermädchen z monoklem, outsiderki, wykolejeńca, dziwki, madonny…”.

porno i religia

Niewątpliwie, mimo całej tej błazeńskiej maskarady, „Truth or Dare” przybliża nam Madonnę jako człowieka – ale w tym sensie, że się z jej osobą niejako oswajamy. Oczywiście, że widzimy w niej jeszcze wyraźniej „zepsutą panienkę” – wydaje się, że zupełnie pozbawioną hamulców; widzimy niedojrzałą emocjonalnie i uczuciowo kobietę, która jednakże rozbraja nas, niczym dokazujące, a nieświadome swoich wybryków, dziecko. To chyba dlatego te quasi-religijne ekscesy w jej wykonaniu trudno brać za bluźniercze. Innego zdania był jednak Watykan, którego interwencja spowodował odwołanie kilku koncertów Madonny we Włoszech.
Istotnie, osobie nieuprzedzonej szokujące mogą wydać się inscenizacje Madonny, w których wykorzystuje ona religijną symbolikę i katolickie rekwizyty w skeczach zgoła zmysłowych, naładowanym seksem. I jeszcze te dwuznaczne tańce z księdzem, całowanie się ze świętym, krzyże na nagim torsie i prześwitujący spod ażuru biust… Czy można uznać, że katolickie wychowanie Madonny zwariowało? Zrepresjonowany seksualizm wybucha, mieszają się dowolnie – i bez większego sensu – symbole i wartości…
Casus Madonny zaświadcza ponadto o bliskim pokrewieństwie pasji religijnej i zmysłowej. Bo czy może ktoś zaprzeczyć, że seks i religia to jedne z najistotniejszych komponentów życia psychicznego człowieka? Dwa źródła najmocniejszych doznań człowieka w jego dualizmie cielesno-duchowym (psycho-fizycznym) – tam, gdzie Homo eroticus spotyka się z Homo religiosus, niekiedy usiłując przy tym pozostać Homo sapiens (choć oczywiście ze zmiennym powodzeniem).
W wywiadzie dla „Newsweeka” Madonna powiedziała: „Pamiętam, że kiedy dorastałam, ludzie robili pewne rzeczy, by się ukarać, odpokutować. Znałam takich, co spali na ułożonych na łóżku wieszakach na ubranie, albo klęczeli na nieugotowanym ryżu i modlili się godzinami. Jako dziecko czułam się tym wszystkim zdezorientowana. Tym bardziej, że dawało się w tym odczuć jakąś ekstazę. (…) Myślę, że szczególnie w kościele katolickim ból miesza się często z przyjemnością. Ten masochizm jest chyba również we mnie i w moich przedstawieniach”. (Nota bene, Madonna każdy występ rozpoczynała od zakulisowej wspólnej modlitwy z grupą towarzyszących jej wykonawców. Zaznaczmy przy tym, że ta modlitwa do Boga traktowana była przez nich jak najbardziej szczerze i poważnie.)

Inny rodzaj seksu?

Inny rodzaj seksu?

w łóżku z Madonną

Obserwując Madonnę, niejednokrotnie odnosimy wrażenie, jakby wokół niej prysła jakaś otoczka konwenansów, a także zwykłego taktu i pewnej moralnej restrykcji, którą można nazwać po prostu przyzwoitością. Tak, jakby pękły więzy, które utrzymują w obyczajowych ryzach większość ludzi. Może więc rzeczywiście Madonna nie różni się tak bardzo od innych, „zwykłych” ludzi, którzy noszą w sobie podobny potencjał ekscesu i tłumione popędy. Może o tym świadczyć choćby jej ogromy wpływ na masową wyobraźnię – wręcz histeria popularności, zawładnięcie najsilniejszymi instynktami młodzieży.
A może dałoby się skwitować zachowanie Madonny stosowanym przez psychiatrów określeniem moral insanity? Termin ten (dosłownie „moralna niepoczytalność”) oznacza w psychiatrii rozluźnienie hamulców  moralnych, utratę możliwości rozróżnienia między tym, co przyzwoite, a co już obsceniczne – między tym, co moralne, a co niemoralne. W wypadkach ostrzejszych objawia się to wyuzdanym zachowaniem, seksualnymi ekscesami, nieokiełznaną lubieżnością…
„Truth or Dare” naładowany jest seksem: seks na scenie, seks za kulisami, seks w rozmowach, żartach, piosence… Jednak także ów panseksualizm, (który równie dobrze można nazwać erotomanią) wydaje się tu blefem doskonałym. (Madonna: „Seks jest dla mnie tylko metaforą. Tak naprawdę to chodzi mi o miłość.”) Jest to seks na odległość, seks bez cielesnego kontaktu – jak przystało na nasze czasy dotknięte plagą AIDS. Stąd amerykańskie media nazwały wojeryzm „najbezpieczniejszym sposobem uprawiania seksu”. Stąd rzekomy zalew rynku rozrywki utworami erotycznymi; stąd wreszcie rozkwit pornografii.
Wydaje mi się jednak, że jest to dorabianie  pewnej ideologii do faktów dość prozaicznych i nienowych przecież. Walter Kendrick, autor książki „Muzeum Tajemnic: erotyzm we współczesnej kulturze”, przedstawia m.in. teorię tłumaczącą ten zalew golizny na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Jakie były tego przyczyny? Otóż właśnie AIDS, jak również potępienie przez Republikanów bardziej swobodnej, a przez to ryzykowniejszej rozrywki, przyczyniły się do erotycznego boomu. „Występuje pewien rodzaj buntu i przekorna ucieczka w seksualizm, kiedy usiłuje się demonizować seks” – pisze Kendrick i uzupełnia: „Daje się również zaobserwować wtedy większe zainteresowanie innymi formami seksualnej aktywności. Np. skóra czy łańcuchy, różne pęta… stały się ostatnio bardzo widoczne w seksualnych praktykach, ponieważ – paradoksalnie – są bardziej bezpieczne”.

odmieńcy

„Inne formy seksualnej aktywności” – jakże akuratnie określenie to odnosi się do Madonny i jej środowiska. To właśnie ją obarczono odpowiedzialnością za wprowadzenie do mainstreamu alternatywnej, „innej” erotyki. Z udergroundu, w którym się nasza bohaterka obracała, zanim jeszcze stała się „światową gwiazdą”, wydobyła ona na światło dzienne homoseksualistów, transwestytów, lesbijki… Nie tylko otoczyła się nimi podczas swojego tournee (nota bene wszyscy jej tancerze to geje), ale wprowadziła ich do kulturowego obiegu. Mogła to też być forma kontr-reakcji na potępienie homoseksualistów w związku z plagą AIDS.
W filmie słyszymy od Madonny, że celowo otoczyła się „ludźmi zwichniętymi uczuciowo, kalekimi emocjonalnie”, gdyż chce odgrywać wobec nich rolę „matki”. I rzeczywiście: wygląda na to, że jest wobec nich matką ochraniającą, powiernicą i pocieszycielką – ale też, przy tym, nieznoszącym sprzeciwu „bossem”.
To także dla niej okazja, by opowiedzieć się za tolerancją i akceptacją: „Patrzcie tylko – każdy ma inne pragnienia, potrzeby, preferencje, pożądania i fantazje. I nie powinniśmy potępiać ani sądzić kogoś tylko dlatego, że są one inne od naszych.”
Wszystko pięknie, podobnie jak powoływanie się Madonny w publicznych oświadczeniach na prawo do wolności słowa i ekspresji samego siebie („Express Yourself!”), zwłaszcza wtedy, gdy zawieszono jej koncert we Włoszech, oraz po ostrzeżeniach policji kanadyjskiej, że zostanie aresztowana, jeśli nie zrezygnuje z publicznej masturbacji na scenie podczas wykonywania numeru „Like a Virgin”. („Co oni uznają za masturbację?” – pyta nie na żarty wystraszona Madonna. „To, jak łapiesz się za krocze” – odpowiada jeden z członków jej ekipy.) Tylko czy prawo to może odnosić się do tego typu „ekspresji” uskutecznianej na oczach milionów nastolatków całego świata? – pytają się inni.

konkluzja

Zdaję sobie sprawę, że ukazany tu portret Madonny może wzbudzić kontrowersje. Starałem się nakreślić go w miarę obiektywnie – wedle dostępnych mi ewidencji. Przedstawiłem więc to, co można było zobaczyć gołym okiem, w publicznym zachowaniu Madonny. Wnioski nasuwały się same – czasem bardziej oczywiste, czasem mniej. Nie zamierzam też absolutnie robić z siebie jakiegoś arbitra moralności (bo z czymś takim mi zdecydowanie nie do twarzy), lecz gwoli sprawiedliwości wspomnę, że i mnie samego niejednokrotnie, zwłaszcza w początkach kariery Madonny, irytował nieco ten jej image zepsutej panienki, która usilnie starała zrobić z siebie zrobić skandalistkę. Później jednak (muszę to przyznać) zaimponowała mi ona poniekąd swoją żelazną konsekwencją oraz – co może się wydać paradoksalne – prawdziwym charakterem, mimo wspomnianej płynności estradowej, swoistego pozerstwa i kostiumowej zmienności kameleona. Zaś jakość muzyki jaką uprawia to całkiem odrębny temat, którego jednak nie chciałbym już tutaj poruszać (tym bardziej, że nigdy się jakoś do niej nie przekonałem).
Madonna cały czas jest na topie. Tyle, że w innym już nieco wydaniu. Czas pokaże, czy ten jej nowy wizerunek nie jest aby kolejną pozą na sprzedaż.

Madonna - kolejny image na sprzedaż

Madonna in chains

 

* Artykuł „Intymność na pokaz, czyli Madonna naszych czasów” ukazał się na łamach ‚Dziennika Chicagowskiego”, 17 stycznia 1997 r.

SCENY Z ŻYCIA (POZA)MAŁŻEŃSKIEGO, czyli soft-porno w wersji feministycznej (o filmie Małgorzaty Szumowskiej „SPONSORING” )

*

Z jednej strony trudno mi jest pisać o tym filmie, bo nie dostrzegłem w nim większej głębi ani treści istotnej – brakło mi w nim artystycznej klasy oraz intelektualnej nośności (więc istnieje pokusa, by ten film po prostu zlekceważyć, dojść do wniosku, że nie wart jest on uważniejszej recenzji – a przecież nie chcę tego robić).
Z drugiej zaś, aż nadto łatwe wydaje mi się wskazanie na jego słabe strony – na to wszystko, co według mnie w „Sponsoringu” nie zadziałało, co sprawiło, że film wydał mi się nietrafiony, nieudany, niewiarygodny… po prostu zły.
Pójdę więc chyba na kompromis i wymienię pokrótce te aspekty filmu, które wydają mi się szczególnie felerne – ale po uprzednim, uważniejszym jednak wglądzie i rozważniejszej refleksji.

*

1.

Większość z reżyserów wzbrania się przed tym, by wyjawić wprost tezę, jaka kieruje nimi przy tworzeniu filmu. A przecież bez tezy nie może powstać żadne dzieło artystyczne, a tym bardziej film. (Taki film bez tezy byłby po prostu filmem bez sensu – czymś w rodzaju bełkotliwej brei.) Jednakże Szumowska (w wywiadach) swojej tezy nie ukrywała. A i na podstawie tego, co widzimy na ekranie, możemy się domyślić, jaka też ona była: reżyserce chodziło o to, by (bez oceniania – co wielokrotnie podkreślała) przedstawić portrety kobiet „sponsorowanych” czyli sprzedających swoje usługi seksualne, jako kobiety niezależne, będące – wg słów samej Szumowskiej – „u władzy”, nie będące ofiarami, a wręcz przeciwnie: lubiące to (czyli uprawianie seksu za pieniądze) robić, czerpiące z tego przyjemność…
Czy jej to się jej udało? Moim zdaniem nie – i to zdecydowanie nie.
Bo przecież ewidentne jest dla nas, że te młode kobiety uzależniają się, choćby od pieniędzy swoich sponsorów – nie wspominając o przesiąkaniu prostytucją, która staje się swego rodzaju nałogiem i to znacznie poważniejszym niż palenie papierosów (to porównanie do palenia można w filmie usłyszeć parokrotnie).
Te kobiety nie są też „u władzy” (wręcz przeciwnie – są one na swój sposób „zniewolone”, choćby przez pewne mechanizmy społeczne, przez „chory” – jak się wyraża Szumowska – system; również przez swoją sytuację materialną, przez własne konsumpcyjne wymagania… etc.)
Są jednak również ofiarami: choćby społecznego ostracyzmu, zrywanych więzów z najbliższym otoczeniem (rodzina, partnerzy), poczucia winy (bo zmuszone są kłamać), wreszcie samego gwałtu per se (jak choćby w przypadku butelki Chyry).
Trudno mi też sobie wyobrazić, że przyjemnie jest tym kobietom uprawiać seks z obcym na dobrą (a raczej złą) sprawę facetem, zwykle znacznie od niej starszym, zupełnie jednak przypadkowym. Warto tu wspomnieć, że wszyscy mężczyźni w „Sponsoringu” zachowują się raczej żenująco (są ulegli, słabowici, miękcy, mazgajowaci) – co jest oczywiście arbitralnym wyborem autora scenariusza, czyli także samej Szumowskiej. Trudno mi uwierzyć w to, że te dziewczyny cieszą się tym seksem nawet wtedy, kiedy jakiś tatuś zechce na nich oddać mocz (o słynnej butelce Chyry – wpychanej im w odbyt – litościwie już nie wspominając).

2.

(niezaspokojona seksualnie) kobieta na skraju załamania nerwowego (Juliette Binoche w filmie „Sponsoring”)

Szumowska wielokrotnie podkreślała, że nie chciała swoich bohaterek oceniać. (Osobny tekst oraz dyskusję na ten temat przeczytać można TUTAJ.) W porządku – rzeczywiście takiego obowiązku nie miała. Ale czy jednak nie mamy prawa oczekiwać od każdego twórcy czegoś w rodzaju… hm… ustalenia etycznej bazy, ustawienia pewnej aksjologicznej perspektywy? W końcu każde prawdziwe dzieło sztuki pretenduje do tego, by nieść ze sobą jakieś moralne ziarno, posiadać etyczny rdzeń, bo tylko wtedy może mieć ono dla nas wartość kulturową, czasem nawet katarktyczną. Musi być czymś w rodzaju zakamuflowanego moralitetu, przesłania, bo inaczej pozostawi nas w jakiejś cywilizacyjnej próżni, tudzież w konsternacji, bo nie będziemy w stanie przejrzeć sposobu widzenia świata (i jego interpretacji) przez twórcę (a przecież wyrażanie siebie samego na tym właśnie polega: na wzajemnej relacji między nami a światem i innymi ludźmi – na konfrontacji naszych kulturowych status quo i przyjętych przez nas wartości).
A jak możemy określić nasz stosunek wobec zachowania innych ludzi bez jego oceny? Moim zdaniem jest to niemożliwe. Nie ma moralności bez oceniania. A ocenianie wcale nie musi być moralizowaniem.

Wróćmy więc do „Sponsoringu” i deklaracji reżyserki, że ona nie chce nikogo oceniać. Szkopuł w tym, że w wywiadach Szumowska wyraziła się dosłownie i jednoznacznie: swojej córce, pomysł oddania się sponsoringowej prostytucji, wybiłaby z głowy; podobnie jak swojemu synowi wydawanie pieniędzy na seks z uniwersytutką. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że uważa ona takie postępowanie za złe. Czyli jak to jest?: w swoim filmie pani Szumowska tego nie ocenia, ale jeśli chodzi o własną rodzinę, to uważa to za złe? Czyż nie jest to klasyczny przykład podwójnej moralności, a w konsekwencji – hipokryzji? Inne miarki przykłada się do siebie, a inne do drugiego człowieka.
Na jakim stanowisku stoi więc Szumowska? Cóż ona chce nam w swoim filmie przekazać, co udowodnić? To, że dawanie „d…y” za pieniądze to fun i coś, czego można pozazdrościć (jak zazdrości grana przez Binoche Anne dziewczynom, które to robią)? Kto się da na to nabrać oprócz tych, którzy w tę fantazyjną bajeczkę są w stanie uwierzyć?

3.

Czym jest tak naprawdę zafascynowana Anne? Co ją tak gwałtownie zmienia (w ciągu jednej doby!)? Co dobrego (albo złego) widzi ona w świecie uniwersytutek? Co ją w nim pociąga – oprócz chuci i seksu?
Trudno mi to pojąć i zrozumieć, bo sposób w jaki przedstawia ten świat Szumowska, czyni go moim zdaniem zupełnie czymś… nie tylko, że nie atrakcyjnym, co zdecydowanie wręcz odpychającym. I nie chodzi tu o to, że ta wizja jest niemoralna i że ja się przy niej oburzony i zgorszony trzęsę. Nie, to nie to. Ona jest po prostu dla mnie nieprzekonywująca. A nie jest to zarzut natury etycznej, tylko estetycznej. Prawdę mówiąc, nie przeszkadzałoby mi to, jeżeli twórca byłby libertynem (sytuacja byłaby przynajmniej jasna), albo nawet złym człowiekiem. Tutaj przeszkadza mi to, że twórca jest niestety… złym reżyserem.

Juliette Binoche stara się jak może, ale co może zrobić, skoro scenariusz wpycha ją w jałowe rozmowy (z dziewczynami) oraz w sytuacje, w których grana przez nią Anne zachowuje się co najmniej dziwnie, jeśli nie zabawnie? Czy takie naiwne pytania może zadawać rasowa, inteligentna reportażystka? Bez cienia krytycyzmu? Bez żadnej socjologicznej (ale i psychologicznej) głębi? Bez drążenia tematu? Bez chęci otrzymania odpowiedzi na pytanie: „dlaczego”? (A Anne się zachowuje tak, jakby prowadząc te wywiady, powodowana była tylko i wyłącznie voyeurystyczną ciekawością).
Poza tym: gdzie ona widzi romantyzm w tych – excuse my french – kurewskich schadzkach? (Scena, kiedy Anne wyobraża sobie, że podczas wspólnej kolacji ze znajomymi w jej domu, do stołu przysiedli się klienci uniwersytutek, jest wg mnie nader kuriozalna: to ma być ta alternatywa dla jej pustego ponoć la vie bourgeoise (Szumowska: „Ok, ja bywam mieszczańska, np. kiedy zajmuję się gotowaniem, swoim synem itd. Mam takie naleciałości, choć bardzo tego nie lubię.”) – cała ta galeria żałosnych typów, to alfonsowate panoptikum pretensjonalnych lovelasów i krypto-perwertów? (Ktoś napisał, że wszyscy ci mężczyźni są atrakcyjni… Niestety – a raczej na szczęście – nie dla mnie.)

Można zrozumieć to, że człowiek wyposzczony seksualnie (zwłaszcza jeśli posiada urodę i temperament Juliette Binoche), zdolny jest do czynienia największych głupstw, a nawet do desperacji, by głód seksu zaspokoić. Ale po co od razu dorabiać do tego jakąś wielką historię ze sponsoringiem i udawać, że się opisuje świat, którego tak naprawdę się nie zna, nie rozumie i zupełnie nie czuje?
Czy w tym wszystkim przypadkiem nie chodzi o coś całkiem innego?
Może o to, by na nośnym temacie przemycić film soft-pornograficzny – coś, co tak naprawdę zajmuje się niemal wyłącznie „d…ą Maryni”?

Seks za pieniądze – pożyteczny fun czy gra w rosyjską ruletkę? (Andrzej Chyra jako klient i Anaïs Demoustier jako żywa oferta)

4.

Dlaczego soft-porno? (Soft dlatego, że nie widzimy genitaliów aktorów, a porno?… to zaraz postaram się wyjaśnić.)
W jednym z wywiadów Szumowska rozbrajająco stwierdziła, że chciałby aby widzowie oglądający jej film w kinie, poczuli nagle chęć do tego, aby się kochać. Teraz może sobie poczytać, jakie odczucia wśród widzów oglądających jej sceny ukazujące seks przeważały: żenada, niesmak, niekiedy wręcz obrzydzenie… Ja jeszcze mogę dodać reakcję wielu widzów podczas projekcji filmu w Chicago: śmiech na sali. Być może Szumowska chciała nas sprowokować perwersją – ale wg mnie nawet ta jej perwersja jest sztuczna i aseptyczna, jak genitalia aktorów, którzy musieli przed zagraniem tych scen zakleić je jakimiś plastrami.
Swoją drogą, właśnie wtedy, kiedy kręci się film z intencją, aby przede wszystkim wzbudzić podniecenie seksualne widza, można to uznać za przesłankę do zakwalifikowania takiego obrazu jako pornograficznego. Erotyzm w kinie jest OK, ale kiedy nie angażuje naszych wyższych funkcji myślowych, to redukuje nas tylko do konsumenta pornografii, czyli do opanowanego popędem płciowym zwierzątka. To też jest (czasami) OK, ale w konsekwencji film, który to robi, musimy uznać nie za dzieło sztuki, tylko właśnie pornografii, bez jakiejś większej  intelektualnej czy duchowej wartości.
Z filmem Szumowskiej nie jest aż tak źle, ale jednak balansuje on na tej cienkiej granicy dzielącej pornografię jawną od zakamuflowanej.

5.

Tak się złożyło, że niemal w tym samym czasie co „Sponsoring”, pojawił się w kinach „Wstyd” – obraz także zajmujący się borykaniem współczesnego człowieka z seksem, ale w jakże odmienny sposób. Niestety, zestawienie obok siebie tych filmów tylko podkreśla przepaść dzielącą „Wstyd” od „Sponsoringu” – jeśli wziąć pod uwagę ich artystyczną klasę oraz zdolność potrząśnięcia wrażliwością i myśleniem widza. Także w filmie McQueena nie brakuje scen ukazujących seks w sposób „ostry” i nie zawoalowany. Jednak nie ma w nich krzty pornograficznej… nie wiem jak to nazwać… lubieżności, prostactwa – właśnie tej chęci epatowania erotyzmem dla samego efektu wzbudzenia podniecenia u widza. One są tam tylko po to, by łatwiej nam było wejść do wnętrza i psychiki bohatera – poczuć jego ból i poznać dramat człowieka, który ulegając seksualnej obsesji, niszczy siebie samego i swoje relacje ze światem. I McQueen też wcale nikogo tam nie ocenia – ale tak przedstawia sprawy, że to my oceniamy, choć też nie robimy tego wprost. Lecz oceniamy nie dlatego, że chcemy kogoś potępić za niemoralne czyny, tylko po to, by nazwać złem coś, co niszczy człowieka.
A filmie Szumowskiej? Szkoda jednak gadać. Anne też ogarnia seksualna obsesja, ale pokazuje się ją nam tylko po to, by ugloryfikować seksualne „wyzwolenie” uniwersytutek, które skądinąd dla nas widzów nie jest żadnym „wyzwoleniem”, ani tym bardziej czymś, co ma w sobie choć odrobinę glorii. To jest jednak porażka – nie tyle moralna, co właśnie artystyczna.

6.

Tytuł francuski filmu stanowi słowo „Elles”, czyli „One”. I to – nie tylko moim zdaniem – znacznie lepiej oddaje treść samego filmu, którą tak naprawdę nie jest jest zjawisko sponsoringu, lecz seksualność występujących w filmie kobiet. Moim zdaniem, jeszcze lepiej byłoby, gdyby film nosił tytuł „Ona”, bo właściwie tylko grana przez Binoche Anne stanowi centralną postać, która mogłaby uwiarygodnić dla nas cały film i to jego seksualne „halo” – gdyby tylko pozwolił jej na to scenariusz i dostarczył jej do tego kontekstu – pretekstu. Ale tak się niestety nie stało i dlatego Anne jak gdyby miotała się w pozbawionej większego sensu próżni. Szkoda mi było aktorstwa Juliette Binoche. Wydaje mi się że jej zaangażowanie w rolę wypływało nie tylko z tego, że jest ona profesjonalistką i perfekcjonistką – na pewno aktorką solidną i ponadprzeciętną – ale również z tego, że ona cały czas myślała, iż gra w lepszym filmie. A teraz, kiedy widzi gotowy efekt na ekranie, kiedy czyta w recenzjach, że wystąpiła w niewiele znaczącej wydmuszce, to może poczuć, że ktoś zawiódł jej zaufanie.
Podobnie zawiodła mnie Małgośka Szumowska, której „33 sceny z życia” rozbudziły we mnie pewne wobec niej – a właściwie wobec jej reżyserskiej kompetencji – oczekiwania. Miejmy nadzieję, że następnym razem będzie jednak lepiej.

„Sponsoring” – pusta i zimna mieszczańska wegetacja contra gorący, witalny i zmysłowy świat studenckiej prostytucji?

*

PS. Przeczytaj również poprzedni tekst nawiązujący do wywiadu z reżyserką M. Szumowską TUTAJ, a zwłaszcza dyskusję jaka się wywiązała pod tamtym wpisem.

*

*

METAFIZYCZNY KICZ, POETYCKI HORROR, ARTYSTYCZNY PORNOS? (Więcej niż kino: „Antychryst”)

Na granicy sztuki i pornografii - czyli mainstreamowe kino ekstremalne Larsa von Triera

Pierwsze minuty filmu Larsa von Triera są zaiste hipnotyczne: czarno-białe (z całą symfonią odcieni), pięknie skomponowane kadry w zwolnionym tempie – i w zbliżeniach – ukazują akt seksualny mężczyzny i kobiety, na przemian z widokiem dziecka, które budzi się, schodzi z łóżeczka, widzi kochających się rodziców, wspina się na parapet otwartego okna, staje nad przepaścią i…
A wszystko dzieje się przy boskich dźwiękach arii „Lascia Ch’Io Pianga” Haendla.
Wow?… pomyślałem sobie. Skoro tak to się zaczyna, to co dopiero będzie dalej?

Ale dalej było różnie: obrazy bez mała wizjonerskie przeplatające się z takimi, które przypominały horrory klasy B; przejmująca, sięgająca głębi symbolika sąsiadująca z metafizyką dla ubogich; wstrząsające doświadczenia wewnętrzne bohaterów pomieszane z tanią, pseudo-terapeutyczną psychoanalityczną papką.
Co jest grane?… myślałem sobie raz po raz, ale dopiero na spotkaniu z odtwarzającym główną rolę Willemem Dafoe, które odbyło się po projekcji filmu, dotarła do mojej świadomości przyczyna tych wahań. Stało się to wtedy, kiedy Dafoe powiedział, że Lars von Trier tworzył swoje dzieło znajdując się w głębokiej depresji.
To by tłumaczyło wiele: trącący geniuszem reżyser wspina się na szczyty natchnienia by następnie ześliznąć się w prostrację – przy czym powtarza się to cyklicznie.

Sam tytuł jest wielce mylący – „Antychryst”.
Można się więc było spodziewać np. czegoś w rodzaju apokaliptycznej wizji ogarniającej krańce Universum, a co najmniej takiej o zasięgu globalnym (czyli jednak lokalnym). Tym zaś co zobaczyłem na ekranie, była dość kameralna tragedia rozgrywająca się między dwójką protagonistów: mężem – terapeutą a żoną – psychopatką, którzy uciekają w jakieś leśne głusze (do swej chatki zwanej… uwaga! – Edenem), gdzie próbują dojść do siebie po stracie własnego dziecka. Czyli dokładnie tak: „mała, mroczna historyjka”  jak to określił na spotkaniu z widzami Dafoe.
Skąd więc ten tytuł?
Ach to wszystko przez to, że Lars lubi się czasem tak zaafiszować – dopowiedział jeszcze Dafoe.
No i jak to brzmi, jakie jest chwytliwe! – dodałem sobie we własnym zakresie.

Film może zapisać się w pamięci choćby tylko z powodu dwóch scen (chociaż tak naprawdę chciałbym pamiętać jedynie ten jego oniryczny, przejmujący i niezwykłej urody początek, który nie wahałbym się nazwać małym filmowym arcydziełem).
Pierwsza z tych scen ukazuje męski członek w stanie erekcji, z którego zamiast spermy tryska krew; druga zaś wielką na cały ekran pochwę, z której oszalała kobieta wycina sobie nożyczkami łechtaczkę.
Ufff…

Natura jako "kościół Szatana" - poletko, na którym rozgrywa się horrendum cierpienia istot żywych?

Naturalizm i brutalność niektórych scen jest wręcz szokująca. Gdyby nie artystyczna klasa von Triera (a reżyser mimo wszystko ją posiada, co przecież udowodnił nie raz jeden), również skłonny byłbym nazwać te obrazy sado-masochistyczną pornografią, jak uczynili to co poniektórzy krytycy kina.
Ale nie nazwę, bo, po pierwsze – tak tego nie odebrałem, a po drugie – chyba jednak wyczuwam intencje reżysera: Lars nie epatuje nikogo okrucieństwem, perwersją, seksem, patologią, obsceną, nihilizmem… on to wszystko… przeżywa.

Wygląda na to, że podobnie jak Nietzsche chciał swoją filozofię uprawiać młotem, tak Lars von Trier chce nam dać w kinie po łbie obuchem – także potraktować nożem, wiertarką, szpadlem, pałą, a nawet… szlifierką!
Ale nie po to, by się nad kimś znęcać, lecz po to, by wstrząsnąć tym co siedzi w nas głęboko, poprzez strach skłonić do refleksji – nawet jeśli doprowadziłoby to kogoś nad nihilistyczne przepaście.
Wspominam sobie teraz tę jego uroczą opinię, że film winien być niczym ten kamyk w bucie… (No, ładne mi to kamyczki!)

Oczywiście, że wszystko to balansuje na granicy porno i groteski, ale moim zdaniem tej granicy nie przekracza.
Tak naprawdę, to tylko w jednym momencie uśmiechnąłem się z pewnym niedowierzaniem i chyba jednak z lekką żenadą: otóż wtedy, kiedy na ekranie pojawił się jakiś wyleniały, zmokły lisek-apokalisek, który przerywając na moment wyjadanie własnych wnętrzności, zacharczał nam prosto w uszy: „rządzi chaos!”.
Ha!
Również „objawienia” typu „Natura jest kościołem Szatana” plasowały się wg mnie zbyt blisko zalatującej nieco kiczem pseudo-filozoficznej pretensjonalności, gotowej taplać się w jakiejś mętnej metafizyce.

Niemniej jednak film jest w stanie dostarczyć materii na dyskusję o wzajemnych relacjach natury i człowieka (w tym natury mężczyzny i natury kobiety); o istocie żalu, strachu, cierpienia, rozpaczy, bólu, odkupienia…; o ciążącym nam od zarania grzechu pierworodnym; o predestynacji naszych klątw i upadków… co poświadczyła dyskusja, jaka wywiązała się po projekcji „Antychrysta” między widzami a Willemem Dafoe (doskonale przez wszystkich pamiętanego choćby z „Plutonu” Olivera Stone’a, czy „Ostatniego kuszenia Chrystusa” Martina Scorsese) i krytykiem filmowym „Chicago Tribune” Michaelem Philipsem.

Mimo wszystko film ten gotów jestem ocenić dość wysoko, bo wydaje mi się, że przenika go – tak, proszę się nie śmiać! – głęboka pasja tworzenia, jaka wyróżnia „Antychrysta” z całej tej miałkiej masy szpanerskich bzdetów i dyrdymał, której pełne jest dziś kino popularno-popkornowe.
A że film nie ma właściwie żadnego przesłania?
No cóż, czy każde poetyckie dzieło sztuki musi mieć przesłanie?
* * *

Obok scen brutalnych i odrażających - obrazy urzekające swoją poetyką i mistycznym tchnieniem

*

BACHANALIOWE VARIÉTÉS (Dionysos Recidivus)

Bachus – bóg wina, płodności i urodzaju (tak, jak go widział i namalował Velazquez)

 *

Dionizje, bacchanalia, orgie, karnawał… zmysły spuszczone z postronka, zwierzę rozprawia się w człowieku z rozumem. Rozsądek gubi się w rozpętanej chuci. Wyzwolenie z norm – nakazów i zakazów – poczucie archetypicznej wolności, szał powrotu do świata niczym nie skrępowanych instynktów. Moment oddania się siłom popędu – mocy, która kreowała nas – w naszej nieświadomości – przez miliony lat.
Ekstaza łączenia się z Ponadczasowym, Nieogarniętym, Bezkresnym i Niepojętym.
Powrót do Boga, czy też do Diabła?
A może do tego samego Źródła, gdzie boskość i diabelskość wirują razem w kosmicznym Tańcu Stworzenia i Wiecznego Powrotu?
Poczucie w trzewiach – podbrzuszu, łonie i jądrach – tam gdzie poczyna się nowe życie; gdzie krew zaczyna krążyć szybciej i pulsować w żyłach – to krwawe wino gotujące się w naczyniu płodności.
Płomień, który podsyca, trawi i oczyszcza.
Pożądamy, łakniemy i gasimy pragnienie. Spalamy się i odradzamy.
Wieczność chwili – chwila Wieczności. W Jednym.

*  *  *

Motyw bachanalii przewijał się w malarstwie europejskim przez wszystkie epoki. Przy czym, istotna była nie tylko jego treść, ale i estetyczne możliwości jakie ów temat dostarczał twórcom. Każdy z nich mógł bowiem zaadoptować bachanalia do ekspresji swojego stylu, osobowości – własnej artystycznej koncepcji.

*

1. Guilio Romano ( „Bacchanalia”. Fresk z Palazzo Ducale w Mantui.)

Sztuka Renesansu pod pretekstem humanizmu popularyzowała także rysy pogańskie, czerpiąc pełnymi garściami z kultur starożytnych, przed-chrześcijańskich. Tym samym tworzył się klimat, w którym Europa mogła dążyć wprost do Oświecenia. Korzystał z tego również Romantyzm. Swoje apogeum zaś neopoganizm znalazł w dionizyjskim nietzscheaniźmie.

*

2. Andrea Mantegna ( „Bachanalie z Sylenem” ).

Mantegna, skądinąd wirtuoz perspektywy, tu, w swych „Bachanaliach z Sylenem”, prezentuje nam kompozycję dość płaską, szeregową. Ale już ten jego „ponuryzm” widoczny jest doskonale – nawet z tak kipiącego siłami witalnymi wydarzenia, jakim było święto boga wina i płodności, Mantegna robi w tym sztychu paradę udramatyzowanych smutasów.
Aż trudo uwierzyć, że ten tłusty i obrzydliwy Sylen był kompanem i nauczycielem Dionizosa. Największy pijak w mitologii, był ponoć także największym mędrcem. Może więc jednak Mantegna jest jednym z tych niewielu interpretatorów bachanalii, który trafia w ich ciemne jądro?

*

3. Nicolas Poussin ( „Bachanalie przed statuą Pana” ).

Poussin, największy klasyk XVII wiecznej Francji, zapatrzony w antyk, przesiąknięty już kartezjanizmem, ale na swój sposób… zesztywaniały. Wystudiowana do granic sztuczności kompozycja, każda postać staje się modelowa – klasyczny ideał piękna ulega w obrazach Poussina pewnemu skostnieniu. Mit zostaje poddany tutaj nadmiernej intelektualizacji, która okazuje się dla niego zabójcza.

*

4. Tycjan ( „Bachanalia Andrian” ).

Płótno to przypomina nieco Poussina, ale wielki Wenecjanin idzie tu o wiele dalej, niż spętany klasycyzmem Francuz Mikołaj. Przede wszystkim „rozpuszcza” swoje postacie, które mają w tej przestrzeni na tyle swobody, że wchodzą w dość spontaniczne między sobą relacje – czego efektem jest większa naturalność kompozycji. Z jednym wyjątkiem: goła laska przeciągająca się w prawym dolnym rogu płótna. Trochę ni przypiął, ni przyłatał… Może to rodzaj haraczu, jaki spłacał Tycjan modnemu w jego czasie, leżącemu aktowi kobiecemu, z którego tak dumna była wenecka szkółka?

*

5. Pablo Picasso ( „Bachanalia” – wedle Tycjana).

Szkoda, że nie możemy zobaczyć tego obrazu w całej jego okazałości. Dopiero wtedy bowiem moglibyśmy docenić twórczy wysiłek Picassa, który po dekompozycji dzieła Tycjana dokonuje syntezy – scala swoją wizję za pomocą własnego języka, wychwytuje ten z pozoru bezładny kalejdoskop kształtów i barw, zamieniając go w coś monumentalnego, ale i żywego zarazem.
Obraz ten przypomina mi słynną „Guernicę”, z tym, że „Guernica” była orgią destrukcji, zaś „Bachanalie” są orgią witalności.
Lubię Picassa z tysiąca różnych powodów (choć niektóre jego płótna wydają mi się po prostu szkaradne). Będąc jednym z największych artystów współczesnych (jeśli nie największym), nie zanegował całego dziedzictwa malarstwa europejskiego (jak uczyniło to – często z dezynwoltury, a czasami i ze zwykłego lenistwa – wielu zarozumialców sztuki współczesnej), lecz dokonał swoistej transforamacji tego malarstwa, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie. (Warto przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta). Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów – ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmnij równy.

*

6. Peter Paul Rubens ( „Bacchanalia” ).

Mój faworyt. Któż inny, jak nie Rubens ze swoim ekstatycznym rozbuchaniem koloru i kompozycji nadaje się na najlepszego bachanalistę?
Warto zwrócić uwagę, jak jego podejście do tematu jest oryginalne i niebanalne: nie spotkamy tu frywolnej orgietki (zabawiających się winem, śpiewem i kobietami) drobnych pijaczków. Są natomiast masywne, diablopodobne, parzystokopytne opoje – rozsadzane przez siły bynajmniej nie wegetatywne. Bujnie ucieleśnione macierzyństwo, niczym weneryczny relikt z Willendorfu; nieokiełznana włochata samczość – doprowadzająca do orgazmu samice mocne i namiętne; zatrważająca zaś samiczki płoche, słabe i bojaźliwe (bo zarówno jednym, jak i drugim kojarząca się z diabelskością).
Genialna kompozycja: jedno wielkie – organiczne wręcz! – kłębowisko upoj(o)nej, kipiącej, przelewającej się elan vitale.

*

7. Henryk Siemiradzki ( „Bachanalie” ).

W obrazie Siemiradzkiego widzimy już tę XIX-wieczną mgiełkę dekadencji, ale jest również lekkość, całkiem znośna zresztą. Pan Henryk bez większych ceregieli przerzucał się z tamatów biblijnych na orgiastyczny antyk, ale robił to z pełnym kolorystycznym i kompozycyjnym wdziękiem, który nawet na jego „Pochodnie Nerona” pozwala nam patrzeć, jak na barwne bukoliki.
Oglądając zaś te „Bachanalie” nie mogę się oprzeć wrażeniu, że są one takie… swojskie, niemalże kresowe – mimo dziwnych strojów panieniek i rozrywających je, uwieńczonych laurowych zielskiem, hulaszczych brodaczy.

*

8. Kazimierz Sichulski ( „Bachanalia” ).

Podejrzewam, iż Sichulski nieźle się tym obrazkiem bawił. Uwalony w czte… sorry – w trzy d… Bacchus jest tu bardziej jowialną karykaturą pijanicy, uśmiechającym się błogo satyrem, niźli samym winnym bóstwem, który ma zagrzewać do orgii. Wygląda na to, że bardziej go pociągały targane przez osły beczki wina i ich zawartość, niż ten dziewczęcy tercet (i jego zawartość).
Radosna, jasna paleta akwareli nadaje obrazkowi lekkości i rumieńców wdzięcznej, bezpretensjonalnej bagateli.

*

9. Auguste Leveque ( „Bacchanalia” )

Na pierwszy rzut oka scenka ta wygląda niczym marzenie erotomana śniącego orgię z udziałem pięknych, modelowych wręcz kobiet, ale po głębszym wejrzeniu dostrzegamy, że płótno to jest manifestacją bardziej kobiecego, niż męskiego erotyzmu. Obraz bowiem dominują kobiety – a właściwie ich ciała. Ukazani tu mężczyźni wyglądają na jakichś takich… zapracowanych w tym swoim pożądaniu – sprawiają wrażenie, jakby byli tylko jakimiś dodatkiem – ledwie instrumentami dostarczającymi kobiecie rozkoszy. Bo to kobiety, ich erotyczna ekstaza i zmysłowe wyuzdanie, są tutaj główną treścią. Zresztą, to właśnie one brały udział pierwotnie w bacchanaliach, dopiero później dopuszczeni do nich zostali mężczyźni. Kobiety pozostały jednak liderkami kultu.

*

10. Autor (mi) nieznany ( „Bacchanalia” )

A oto sprośność mocno wyrazista choć posunięta dość w latach… mam tu na myśli satyrów, którzy jako żywo wyglądają już na dziadków. Z tym, że dziadków – jak to wyraźnie widać – jurnych. Czyli chuć stara ale jara. Przykład erotyzmu gerontologicznego, a na dodatek szelmowskiego.
Cała orgietka zdaje sie mieć miejsce w jakimś ogrodzie obfitości – tak jakby to pełne erotycznej dezynwoltury towarzystwo zbierało owoce swojego bujnego życia i nie przejmowało się żadnymi dietami i restrykcjami, zwłaszcza obyczajowej przyzwoitości zarezerwowanej dla stłamszonych i wygaszonych już seksualnie frajerów.
Niestety, nie znam autora tej ryciny, choć odnoszę nieodparte wrażenie, że kiedy wykonywał on to swoje bachnaliowe dziełko, był dokładnie w wieku ukazanych w nim satyrów. A jeśli chodzi o styl? Chyba jednak więcej w nim baroku niż dekadencji, więcej ochoczej żywotności i popędu niż znużonego przesytem zblazowania.

*

11. Benjamin Canas ( „Bacanal” ).

Obraz ten zalatuje mi jakimś magicznym surrealizmem, ale jest w nim coś solidnego, opartego na mocnych podstawach. Tłumaczyć to można tym, że Benjamin Canas był również – a może nawet przede wszystkim – architektem.
Dionizyjskie siły witalne wypełniają tu bryłowate ciała Bachusa i jego wielko-udej kobiety, które wszak – mimo swojej atletyczności – zdradzają jakiś podskórny lęk, tak jakby ulegały jednak obcej presji, np. dziwnego, ospowatego księżyca. Mamy wszelako wrażenie, że zarówno przyciąganie ziemskie, jak i muzyka jest po ich stronie.

*

12. Marc Chagall ( „Bacchanalia” ).

Toporność konturów Chagalla jest tu oczywiście zamierzona – mistrz wielkim poetą był a jego skłonność do oniryzmu widoczna jest wszędzie, zwłaszcza w takich – wydawałoby się – infantylnych malowankach. Jest to jednak dziecinność poddana grze nieuświadomionych, niepokojących popędów – tych drzemiących lub skradających się bestyjek seksu.
Bachanalia, niby naiwne, ale jednak nasycone erotyzmem – krwistą czerwienią dionizyjskiego wina, która dominuje słoneczną żółć zwiewnej pogody ducha i pastoralną zieleń zmysłowej przyjemności.

*

13. Miriam Brumer ( „Bacchanalia” ).

Figuratywność bachanalii zastąpiła tu radosna feeria barw tętniącego życiem mikrokosmosu. Z abstrakcji wyłania się pulsujący organizm – przezwyciężony zostaje amorfizm materii.
Czy patrzymy na dionizyjskie źródło?
Czy możliwe jest aby w końcu wyłoniła się z tego apollińska harmonia?
Czy aby na pewno tęsknimy za ładem wobec tak spontanicznej witalności?

*

14. William Bouguereau ( „Bacchanalia” ).

Akademizm zbierał cięgi przez długie dekady, aż wreszcie wrócił do łask, i to nawet wśród autentycznych koneserów sztuki, zmęczonych zagubionym estetycznie modernizmem. Już nie jest takim obciachem przyznawanie się do patrzenia przychylnym okiem na słodkawe i kolorowe dziełka Bouguereau, Gerome’a czy Alma – Tademy, w których doceniono wreszcie mistrzostwo pędzla. Bowiem niewątpliwie, aby namalować takie obrazy, trzeba być w swojej klasie mistrzem.
Jednakże rozumiem doskonale przesłanki XIX wiecznej walki nowej sztuki z akademizmem – a była to walka na śmierć i życie .
Lubię te „Bachanalie” Bouguereau – podoba mi się tu zwiewność, lekkość i atmosfera; świetliste ciała urodziwych nimfetek bałamucących odurzonego już mocno Bachusa (a może one chcą go po prostu umyć? – przed czym on się wzbrania rękami i… kopytami). Taki obrazek to wytchnienie – w momencie kiedy na niego patrzę nie odczuwam potrzeby głębi, doszukiwania się ukrytych znaczeń, odkrywania wyrafinowanego symbolizmu… Wystarcza mi jego powierzchowna „ładność”.

 

SEKS W ŚWIĄTYNI (erotyczny splendor Kadżuraho)

*

*

„To jedyny kraj, w którym spółkowanie nie jest występkiem, lecz warunkiem trwania w przyzwoitości”.
(Mircea Eliade o Indiach)

*

Kiedy przechadzałem się pośród niezwykłych świątyń Kadżuraho, uświadomiłem sobie to, jak niewiele wiem o prawdziwym znaczeniu tych pysznych erotycznych rzeźb, które tysiąc lat temu wyczarowali tu z kamienia jacyś anonimowi artyści. Mimo, że z ponad 80 pokrytych rzeźbami świątyń pozostało zaledwie 25, to jednak w niczym nie umniejsza to wrażenia bogactwa i obfitości tej wyrytej w piaskowcu sztuki. Tysiące posążków, w które zaklęto Indie sprzed millenium. Obecność nie do końca uświadomionych bóstw. Strzelające w niebo sikhary, wyrażające – niczym falliczne symbole linga skryte w ich wnętrzach – witalność ludzkiej natury.
Erotyka stanowi zaledwie część tematyki wszystkich rzeźb Kadżuraho, ale jednak niemal wszyscy odwiedzający to miejsce wpatrują się z większą uwagą w tę wykutą w skale Kamasutrę, niż w scenki rodzajowe odtwarzające powszednie życie mieszkańców okolicznych wiosek i miast, dworów i klasztorów, jakie rozgrywało się za czasów dynastii Czandela, kiedy to świątynie owe powstały. Trudno się dziwić: nigdzie indziej na świecie nie miała miejsce taka eksplozja erotyki w rzeźbie; nigdzie indziej na tak wielką skalę nie łączono sakralności z seksem.

Żadne z zasłyszanych na miejscu wyjaśnień co do sensu owego fenomenu nie mogło mnie zadowolić. Kilka zabrzamiało wręcz absurdalnie. A to – mówiono – zabezpieczano w ten sposób świątynie przed piorunami (takie decorum pozyskujące przychylność bóstw i gwarancję ochrony przed destrukcyjnymi siłami przyrody); to znów uważano, iż te rzeźbione pozycje były jakby podręcznikiem seksu dla wchodzących w życie, a szkolących się przy świątyniach, młodych braminów…
Jednakże wszystkie te teorie pod względem humorystyki przebiła ta, wedle której seksualne wygibasy posążkow są niczym innym jak sugestią, iż tak naprawdę ów seks jest sposobem praktykowania… wstrzemięźliwości, a to ze względu na kontarast gorących uścisków z pozbawionym emocji wyrazem twarzy spółkujących. (Czy jednak ktoś z twórców owego konceptu słyszał o kamiennym obliczu? To akurat nie jest tutaj prawdą – wystarczy spojrzeć na zmysłowość i ekspresję wypisaną nie tylko na pupach i biuście tych wszystkich świątynnych nimf i kurtyzan, ale również na kamiennych fizys zwierząt, wśród których uśmiechają się nawet… słonie, o małpach nie wspominając!)

Panuje jednakże powszechna zgoda, że owe erotyczne parady przedstawiają sceny z zaślubin boga Siwy z Parvati, uosabiającą boską kobiecą moc (shakti), i są niczym innym jak tantryczną manifastacją potęgi i znaczenia seksu w kreacji, nie tylko ludzkiej, ale i kosmicznej – twórcza siła boskości miała bowiem charakter seksualny. (Świat, który powstał podczas stosunku seksualnego bogów, to jeden z motywów hinduskiej kosmogonii.)
Wiąże się to wszystko z obecną w Hinduiźmie tendencją do sakralizacji seksu – uznania prokreacji za jeden z głównych aspektów egzystencji. Szła za tym religijna konfirmacja przyjemności i poszukiwanie rozkoszy (kama), jako jednego z trzech głównych celów życia, obok dotrzymywania praktyk religijnych (dharma) i uczciwego bogacenia się (artha). Mimo więc istnienia mocnych inklinacji ascetycznych i purytańskich, tworzyły się również sekty, w których stosunki seksualne stawały się wręcz elementem religijnego rytuału. Stąd tylko krok dzielił ich od sakralnych orgii, które miały również na celu zdobycie jakiejś nadnaturalnej mocy. Działo się tak nie tylko w hinduiźmie, ale i w buddyźmie.

Jak pisze Arthur Basham w swoich monumentalnych „Indiach”: „W obrzędach seksualnych tantrycznego buddyzmu anulowano wszelkie rodzaje tabu. Dozwolone było nawet kazirodztwo, gdyż to, co było grzechem dla człowieka pogrążonego w niewiedzy, stawało się cnotą dla wtajemniczonego. Podczas tantrycznych sabatów pito alkohol, spożywano mięso, zabijano zwierzęta, a czasem nawet istoty ludzkie – dozwolone były wszelkie występki, jakie tylko można sobie było wyobrazić. Wszystko to jednak odbywało się pod ścisłą kontrolą i dostępne było tylko dla ludzi wtajemniczonych w święte obrzędy. Podobnie jak tantryści bengalscy w późniejszych czasach, wyzanawcy wadzrajany mogli być w codziennym życiu zupełnie normalnymi ludźmi, okresowa rozpusta sakralna stanowiła jakby katharsis dla ich złych skłonności psychologicznych i mogła im rzeczywiście pomagać w prowadzeniu godziwego w ich pojęciu życia”.

Podobne zachowania spotykamy w innych kulturach (sabaty, dionizje, bachanalia), ale zawsze stanowiły one raczej margines, i błędem byłoby kojarzyć te ekscesy z głównymi nurtami życia społecznego i religijnego. Także w Kadżuraho interpretacja tych wszystkich erotycznych wątków jakie ukazują rzeźby, nie powinna iść aż tak daleko. To, co widoczne gołym okiem jest po prostu tym, czym jest, czyli pełną artyzmu, gracji i humoru gloryfikacją sił witalnych, piękna kobiecego ciała i męskiej potencji, jako siły ważnej w stwarzaniu i rządzeniu światem. Sądząc po efektach ich pracy, rzeźbiarze musieli po prostu odczuwać radość wyczarowując z bezdusznego i zimnego kamienia te jakże wdzięczne, emanujące gorącą namiętnością ciała kobiet i mężczyzn łączące się w odwiecznym rytuale płciowej atrakcji i przedłużania życia.

Oczywiście, że wiele z pozycji ukazanych na ścianach świątyń w Kadżuraho ma walor wręcz akrobatyczny, zdarzają sie motywy zoofilne, nie brakuje też bestiarium, ale ma to według mnie charakter bardziej estetyczny niż wyuzdany czy orgiastyczny, jest też nasycone sporą dawką humoru – i jako takie winno być postrzegane… No, chyba że ma się mocno purytańskie zacięcie, tudzież jest się wypełnionym po brzegi pruderią, niczym owi brytyjscy odkrywcy, którzy w pierwszej połowie XIX-go wieku natknęli się na te zagubione w dżungli Madyah Pradesh światynie i pozostawili po sobie zdegustowane komentarze traktujące o „dzikiej rozwiązłości”, jaką ich zdaniem ukazywały rzeźby.
Sądząc po reakcjach współczesnych turystów, mentalność purytańska jest raczej w odwrocie. Nikt się nie oburza, nie gorszy, nikogo to nie szokuje… Cóż, większość odwiedzających to miejsce przybyszów traktuje je jako kolejną turystyczną atrakcję, jakich w Indiach wiele.
Czyżby to skutek przesycenia dzisiejszej pop-kultury seksem? A może, po prostu – wśród natłoku wrażeń – straciliśmy umiejętność patrzenia na takie kulturowe unikaty, jak te cudowne erotyczne rzeźby w Kadżuraho? Kto powiedział, że kamienia nie można obdarzyć sex-appealem ?

*  *  *

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

Więcej zdjęć świątyń w indyjskim Kadżuraho zobaczyć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym) .

Natomiast więcej o Indiach przeczytać można w  ZAPISKACH INDYJSKICH .