KIEDY JESTEŚ…

 

*

*

To tylko Twoja skóra
oblekająca przestrzeń, w której już jesteś
a jednak mój dotyk rzeźbi Cię i stwarza
za każdym razem
kiedy zamykają się nasze oczy

Kości, krew, paznokcie, włosy…
to tylko dodatki do Ciebie
Ty jesteś w mgnieniu oka,
odbiciu źrenicy i splocie dłoni
w westchnieniu, jęku, muśnięciu rzęsy…
refleksie światła na obnażonej piersi
w jasnej smudze nagiego uda

Mimo to nie jesteś zwiewna i ulotna
a rzeczywista, dotykalna, cielesna
– miękka, wilgotna, oddana, ciepła…

Czy ta rozkosz to tylko przynęta,
którą natura zwabia nas
do swojej matni zwanej życiem?
Czy też boska nagroda
za poszukiwanie i znajdywanie
– za dopełnianie się w miłości?

To tylko moment
wykradziony zachłannej wieczności
a jednak smakuje tak,
jak haust życiodajnej wody,
jak schwytany na gorącym uczynku sens
– wyciśnięta z niebytu kropla istnienia

Wyłaniasz się z mroku
jasnym ciałem
i cichym szeptem

Język Twojej nagości
może się obyć bez słów
lecz Twoje plecy potrzebują światła,
które odbija się we mnie

Chwytając oddech
nie pragnę niczego więcej
może tylko…
jeszcze jednej chwili
takiej jak ta

* * * 

 (zdjęcie własne)

GROT Z OBSYDIANU

 

 

I.

Na początku był kamień
ostry niczym wilczy kieł
choć z drugiej strony był obły i gładki
w sam raz dla chwytnej dłoni,
którą stawała się moja owłosiona łapa

Serce zwierzęcia już nie biło jak moje serce
jego oczy tak ruchliwe przed chwilą
wpatrywały się teraz w coś
czego ja jeszcze nie mogłem dostrzec

Odciąłem łeb, rozprułem brzuch,
zanurzyłem ręce w ciepłych i parujących trzewiach
Odurzył mnie słodki zapach krwi
połechtał widok czerwonego mięsa
Przełykając ślinę dziękowałem bogom
– znów mi się udało przechytrzyć duchy
upolowanej ofiary

Czy przebłagały je nasze modły?
A może mazidła na skalnej ścianie?

II.

To zwierzę, które śpi w kącie mojej jamy
jest trochę do mnie podobne,
ale ma w sobie mleko,
którym karmi mojego syna
Ma też gładszą skórę, smuklejsze palce
i dziwne upodobania:
przegląda się w spokojnej wodzie
wpina w swoje kudły kwiat
a kiedy moja strzała chybi jakiegoś kolorowego ptaka
to klaszcze z uciechą w łapki

No i opowiada jeszcze niestworzone historie,
których słowa zaczynają płynąć jak mgły
albo śpiewać jak wiatr pomiędzy drzewami

Ale czy mógłbym się bez tej istoty obejść?
Czy utrzymałbym to ciepło i ogień?
Może więc wymyśleć dla niej jakieś ludzkie imię?
(Ciągle jeszcze,
na wspomnienie jej rozchylonych ud
zaczynam dyszeć
rozszerzają się moje nozdrza
wysycha przełyk
i czuję jak pod moim brzuchem
nabrzmiewa męskość)

* * *
Nie daje mi też spokoju
ten kamień, który pokazał mi kiedyś
mój bardzo dziwny brat,
którego plemię uparło się nazywać szamanem:
przypominał samicę z wielkimi piersiami, łonem
i jeszcze większym zadem
Nie pozwolił mi jednak jej dotknąć
a tylko patrzeć,
jak kładą się na niej cienie ogniska
i bierze ją w posiadanie księżyc

III.

Ta figurka nie ma głowy – pomyślałem
Neonowe światło gabloty było chyba zbyt mocne
bo rozpraszało nie tylko chropowatość kamienia
ale i moją uwagę – musiałem więc zmrużyć oczy.

Kobieta, której zapach jeszcze mnie nie opuścił
(nie zabił go nawet antyseptyk hotelowej pościeli
ani moje pachnidło allure – homme – Chanel)
stała w drugim kącie sali
wpatrzona w kontury z czerwonej ochry i ryty
jakie można było jeszcze dostrzec
na popękanych kamiennych tablicach
(a może była tam również krew?)

Wiedziałem, że zaraz podejdzie do grotów z obsydianu
a ja zdradzę się
ze swoim bijącym jak dzikie źródło sercem

Cóż innego mi pozostało,
jak ścisnąć mocniej
ten chłodny a zabójczy metal,
który trzymałem w ukryciu kieszeni?
I odgonić od siebie koszmarny,
towarzyszący mi od zarania obraz:
gasnące oczy zwierzęcia,
w których zatrzymało się
przerażenie widokiem bestii
 

* * *

 

_________________________________________________________

Ilustracja: Pablo Picasso („Minotaur Caressing a Sleeping Woman„)
_________________________________________________________