SAGA O BIZONIE (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

*

Chcąc w jakiś sposób wypełnić przerwę w prowadzeniu bloga postanowiłem opublikować tutaj kilka moich artykułów z cyklu „Krajobrazy, ludzie zdarzenia – wędrówki po Ameryce”, który ukazywał się na łamach polonijnej prasy w latach 90-tych (wpierw w „Dzienniku Chicagowskim”, następnie w „Dzienniku Związkowym”). Nie jest to wielka literatura a po prostu teksty ujmujące w popularną i (mam nadzieję) przystępną formę epizody i opowiadania związane z historią Stanów Zjednoczonych lub opisujące niezwykłe zakątki amerykańskiego kontynentu. Uważam, że warto je przypomnieć bo pozwalają zarówno zrozumieć sposób w jaki kształtował się amerykański mit, jak i przybliżyć nam drogę, jaką przebyli Amerykanie od momentu zdobycia przez nich niepodległości. A to z kolei może być kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się w tym kraju obecnie.

*

BIZON  –  SYMBOL AMERYKAŃSKIEGO ZACHODU

Żywioł bizoniego stada w galopie

“Biały człowiek jest prawie bogiem, ale zarazem i wielkim głupcem” – powiedział kiedyś jeden z wodzów plemienia Indian Prerii. Czy nie uderza nas prostota, a zarazem trafność tego stwierdzenia? Uznaliśmy się panem wszelkiego stworzenia, przydając sobie niemal boskich atrybutów. Bardzo też przejęliśmy się biblijnym postulatem, by czynić sobie ziemię poddaną. I czynimy – czasem z rozmachem demiurga. Niestety, zbyt często te nasze “boskie” kreacje zamieniają się w diabelską destrukcję.
Przypadek amerykańskiego bizona jest tego doskonałą ilustracją. To wspaniałe, największe na kontynencie zwierzę, niegdysiejszy król prerii i wieczny symbol amerykańskiego Zachodu, tylko cudem przetrwało chciwość, krótkowzroczność i agresję człowieka. Przed Kolumbem żyło w Ameryce około 100 mln. bizonów. W 1900 r., po masakrze, która miała miejsce w drugiej połowie XIX wieku, na wolności doliczono się ich… 25 sztuk!

Prawie doszczętnie wytępiono zwierzę, o którym jeden ze słynnych traperów Charles M. Russel miał się kiedyś wyrazić następująco: “Trudno byłoby dotrzeć do Gór Skalistych bez niego… Był jednym z najwspanialszych darów natury i ten kraj winny mu jest podziękowanie”. Dość przewrotny i okrutny jest niekiedy sposób w jaki człowiek wyraża swoją wdzięczność.
Większość z nas w swojej wyobraźni nosi obraz bizona, który bardziej jednak przypomina symbol, ikonę, niż żywe, prawdziwe zwierzę. Utrwaliły to wyobrażenie westerny, filmy o Indianach, opowieści z Dzikiego Zachodu, nawet… wizyty w zoo. Jednak dopiero spotkanie z dzikimi, żyjącymi na wolności bizonami; widok stada w otoczeniu naturalnej scenerii dolin, prerii czy gór, pozwala na głębsze odczucie istoty tych zwierząt.
Bezpośrednie zetknięcie z bizonami jest najczęściej niezapomnianym przeżyciem. Zwierzęta te wydają się nam uosobieniem siły, wolności, godności i niezależności. Jednak które z tych cech są prawdziwe, a które ledwie projekcją naszej wyobraźni?
Niewątpliwa jest tężyzna fizyczna bizona, zwłaszcza byka. Może on ważyć tonę, być wysoki na dwa metry. Niezwykle masywny przód pokryty jest gęstym ciemno-brązowym futrem. Rzuca się w oczy wielki garb, którego silne mięśnie i ścięgna podtrzymują ciężki, szeroki, owłosiony łeb. Spod grzywy łypią wielkie ślepia, po bokach sterczą solidne, wygięte w półksiężyc, ostre rogi. Trójkątny pysk zdobi długa czarna broda, dopełniająca ową czarcią urodę. Tył bizona wydaje się nieproporcjonalnie mniejszy, porastająca go sierść jest krótsza. I wreszcie – last but not the least – ogon, ciągle w ruchu, kiedy bizon ogania się od much, lub uniesiony w górę, kiedy jest podekscytowany.
Czym jest i skąd wzięła się ta bestia?

PRZODKOWIE

Bizon ma za sobą długą drogę w czasie i przestrzeni. Podobnie jak w przypadku Indian, przodkowie jego zawędrowali na kontynent północno-amerykański z Azji, w epoce zlodowacenia.
Przed dziesiątkami tysięcy lat na terenie Ameryki Północnej żyło kilka gatunków bizonów. Bardzo rozpowszechniony był tak zwany bizon “stepowy” (Bison priscus). Żył on także w Euroazji. To jego sylwetki malowali prehistoryczni artyści w europejskich grotach, spośród których najsłynniejszą jest jaskinia Lascaux. Ich potomkiem jest nasz polski żubr.
Bison priscus zamieszkujący północne połacie Ameryki ewoluował w gatunek, który okazał się największym bizonem, jaki kiedykolwiek nosiła matka ziemia. Był to Bison latifrons, gigant dwa razy większy od dzisiejszego bizona. Odległość między jego rogami sięgała 2 – 3 m. Niestety, olbrzym ten wymarł jakieś 20 – 25 tys. lat temu, wraz z innymi wielkimi ssakami pleistoceńskimi. Nie wiadomo, co bardziej się do tego przyczyniło – ocieplenie klimatu, czy polujący człowiek.
Ostała się jednak mniejsza forma bizona, tzw. bizon “antyczny” (Bison antiquus), który rozprzestrzenił się po całym kontynencie, docierając nawet do Ameryki Środkowej.

Bizonia para (zdjęcie własne)

Jednak i on zniknął  wraz z ostatnim lodowcem, jakieś 10 tys. lat temu, a jego miejsce zajął Bison occidentalis, który z kolei, parę tysięcy lat później, zamienił się w gatunek żyjący do dzisiaj, czyli Bison bison. Jest to współczesny bizon amerykański, dzielący się jeszcze na dwa podgatunki: Bison bison bison (bizon równinny, zwany też preriowym) oraz Bison bison athabascae (bizon leśny, żyjący w Kanadzie).
W epoce prekolumbijskiej na terenie Ameryki Północnej – od Gór Kaskadowych po Apallachy i od Kanady po Meksyk – żyło od 30 do 100 mln. bizonów. Mogło też być ich więcej. Po dramatycznej kolizji bizona z człowiekiem (zwłaszcza w XIX w.), naturalna ewolucja tego gatunku została zatrzymana i tylko niezwykłe szczęście w nieszczęściu sprawiło, że bizony nie wyginęły ze szczętem.

INDIANIE  I  BIZONY

Zażyłość Indian z bizonami datuje się od prehistorycznych czasów. Na terenach gdzie pasły się bizony, indiańskie życie w mniejszym lub większym stopniu koncentrowało się wokół tych zwierząt. Bardziej niezależni od nich byli Indianie, którzy zajmowali się zbieractwem lub uprawą roli. Najściślej z bizonami związane były plemiona zamieszkujące prerie Wielkich Równin, takie jak np. Siuksowie, Czejeni, Komancze, Crow, Czarne Stopy, Szoszoni, Nez Perce. Bizon stał się dla nich nie tylko podstawą egzystencji, źródłem utrzymania, ale i pewnym determinantem życia społecznego i religijnego.
Sezonowe migracje stada zmuszały Indian do wędrownego trybu życia, jak również do zmian technik polowania, które zależały od ukształtowania terenu. Było ich kilka.
Najprostszy sposób polegał na ostrożnym podchodzeniu zwierzyny pod wiatr, często w kamuflażu. Do bizonów strzelano z łuków, rzucano dzidami, używano też noży, pałek i kijów.
W terenie leśnym, z gałęzi drzew i krzaków budowano pułapki, w które zapędzano bizony i po odcięciu drogi zabijano. Podobnie wykorzystywano też naturalne jary i wąwozy.
Najbardziej zadziwiającą metodą było jednak polowanie zwane pishkun, co oznaczało “bizoni skok”. Myśliwi zmuszali stado do galopu w kierunku wysokiego urwiska. Pędzące bizony są niepowstrzymaną siłą, tratujące wszystko na swojej drodze, nawet słabsze i wolniejsze osobniki. Kiedy zwierzęta nagle znalazły się nad przepaścią, nie miały możliwości odwrotu i spychane przez nacierające stado, spadały w nią na złamanie karku. Te, które nie zginęły na miejscu, były dobijane przez myśliwych.
Koń, z którym tubylców zapoznali Hiszpanie w XVI wieku, zrewolucjonizował życie i kulturę większości Indian, a tym samym wpłynął na zasięg i sposób polowania na bizony. Przy czym, co ciekawe, mimo dostępu do broni palnej, Indianie woleli używać łuków i strzał, przynajmniej w początkowym okresie.
Bizon i koń zaczęły stanowić centrum świata Indian, którzy zamieszkiwali Wielkie Równiny. Dla niektórych plemion, jak np. Kiowa, bizon był dostarczycielem wszystkiego, co one posiadały. Był ich życiem, światem, religią. Indianie Crow nazywali bizona cherapa, czyli “świętym”.

Indianin polujący na bizona

*

GALOPUJĄCY  SUPERMARKET

Zdumiewa pomysłowość, z jaką Indianie wykorzystywali dosłownie wszystkie części upolowanego bizona. Przede wszystkim żywił on plemię. Zjadano właściwie wszystko, oprócz skóry, kości i pewnych narządów, które bynajmniej nie wyrzucano. Za przysmak uchodziła świeża wątroba i mięsisty garb, które spożywano na surowo. Jedzono nerki, jelita, język, szpik kostny… Krew wypijano. Mięso pieczono lub gotowano, a nadwyżki suszono na słońcu, otrzymując tzw. jerky, które mogło być przechowywane nawet i przez kilka lat.
Z wyprawionej i barwionej skóry robiono okrycia na teepee i łóżka oraz przeróżne części ubrania, takie jak koszule, spodnie, sukienki, mokasyny, pasy, okrycia głowy… Również lalki, torebki i inne drobiazgi. Jako barwnika używano tłuszczu zmieszanego z mózgiem i wątrobą.
Niewyprawiona skóra służyła do wyrobu naczyń, bębnów, podeszew, tarcz, siodeł, masek a nawet łodzi. Pęcherze wykorzystywano jako pojemniki do przechowywania żywności i płynów lub gotowania wody.
Z kopyt i nóg otrzymywano klej, rogi zamieniano na grzechotki i kaganki, trzymano w nich proch lub przybierano nimi głowę w czasie ceremonialnych tańców.
Bizonie włosy to nici. Zszywano i dekorowano nimi odzież; z twardszych i mocniejszych pleciono sznury i powrozy.
Niezwykle cenne były ścięgna i rdzeń kręgowy, którymi wzmacniano wiązania łuków, strzał, różnych konstrukcji i narzędzi.
Kości przerabiano na noże, łopatki, skrobaczki i dziecięce zabawki.
Bardzo ważne i użyteczne dla Indian  były zwłaszcza bizonie odchody. Na prerii, gdzie brakowało drewna, łajno było znakomitym i często jedynym opałem. Palono je również w fajkach, a nawet używano jako coś w rodzaju dziecięcych pieluch.
Nic więc dziwnego, że Biali nazwali bizona “galopującym po prerii supermarketem”, zaś Indianie – mimo, a może raczej dzięki, owej totalnej eksploatacji – otaczali to zwierzę szacunkiem, uważając je za szczególny dar bogów.

OCEAN  BIZONÓW

Nieprzebrane stada bizonów pasły się na amerykańskiej ziemi jeszcze na początku XIX wieku, choć ich zasięg zaczął się kurczyć. Gdzieś w latach 30-tych bizony zniknęły z terenów na wschód od Mississippi, a jeszcze wcześniej na zachód od Gór Skalistych. Niemniej jednak na Wielkich Równinach było ich około 30 – 40 mln. Wówczas jeszcze niewiarygodne wydawało się to, by zwierzęta te mogły całkowicie zniknąć. Prerie porównywano do morza, mnogość bizonów do obfitości ryb. Czy może zabraknąć ryb w oceanie?
Pierwsi osadnicy nie posiadali się ze zdumienia, kiedy patrzyli na olbrzymie stada, ciągnące się aż po horyzont. Nie sposób było objąć je wzrokiem. Według niektórych relacji, stado mogło być szerokie na 30 – 40 km, a długie na 60 – 90 km. Zajmowało więc dwa całe amerykańskie powiaty.
A jednak niewiarygodne stało się prawdziwe. W ciągu zaledwie 50 lat praktycznie wszystkie bizony zniknęły z powierzchni ziemi.
Jak do tego doszło?
Sami Indianie nie mogli zagrozić istnieniu tego gatunku, dysponując nawet końmi i bronią palną. Po tym, jak w latach 30-tych XIX wieku skończyła się moda na czapy z bobrzych futerek (głownie z powodu wytrzebiania bobrów), wzrosło zapotrzebowanie na bizonie skóry. Aż do lat 40-tych, prawie wyłącznymi ich dostawcami byli jednak Indianie, z którymi Amerykanie handlowali. Kiedy w latach 40-tych i 50-tych na Zachód ruszyła fala osadników, na bizona zaczęli również polować również i Biali.

Wielki Książę Aleksy i generał Custer odpoczywają po polowaniu na bizony

*

GŁUPIE ZWIERZĘ,  “MYŚLIWI”  I  BIZNESMENI

Zabijanie stało się bardzo łatwe. Mógł to robić każdy, nawet parafialne kółka różańcowe (autentyczny przypadek w Kansas, gdzie zorganizowano polowanie w celu zebrania pieniędzy na kościół). Urządzano wycieczki pociągami na prerie, podczas których mieszczuchy bawiąc się w myśliwych, strzelały do bezbronnych zwierząt z okien wagonów.
Na polowanie do Ameryki przyjechał nawet syn cara rosyjskiego Wielki Książę Aleksy Aleksandrowicz. Geofrey C. Ward w swojej znakomitej książce “The West. An Illustrated History” opisuje jego przygodę. Carewicz wynajął cały luksusowy skład pociągu i wybrał się koleją do Nebraski. Obstawę miał nie byle jaką. Generał Sheridan Wielkim Marszałkiem polowania mianował bowiem samego Georga A. Custera (zginął on później w bitwie po Little Bighorn), a przewodnikiem został legendarny już wówczas William “Buffalo Bill” Cody. Ich zadanie polegało na tym, by Książę wrócił do Rosji cały, usatysfakcjonowany i oczywiście z trofeami.
Pierwsze spotkanie z bizonem wykazało, że nie było to wcale takie łatwe. Książę wystrzelał cały magazynek do dwóch byków, nie trafiając żadnego. Widząc to Buffalo Bill dał myśliwemu z Rosji swoją strzelbę i podprowadził jego konia na odległość trzech metrów od bizona. Ślepy by trafił. Zwierzę padło martwe, co uczczono butelką szampana na głowę. Podobnie było, gdy padł drugi bizon. Bill, który za kołnierz nie wylewał, wspominał później: “Nabrałem nadziei, że zanim dotrzemy do obozu, zabije on pięć lub sześć (bizonów) więcej”.
Ostatni dzień polowania zaplanował rozrywkowo Custer. Postanowił zabawić się z Księciem, udając, że szarża na stado bizonów jest atakiem na Indian. Wielki Książę zabił wówczas 12 bizonów i z całej tej radości aż ucałował Custera. Ten wówczas jeszcze nie wiedział, że była to ostatnia szarża, z której cało wyniósł głowę.
Podobno z wdzięczności Aleksy namówił Buffalo Billa, by ten zajął się show-businessem na Wschodzie. Tak się też stało i wkrótce William “Buffalo Bill” Cody rozkręcił swój “Wild West Show”, z którym pojechał nawet do Europy.
Niestety, bizony mimo swej siły nie potrafiły się bronić w konfrontacji z karabinami. Najczęściej stały i czekały na śmierć. Jeden z “myśliwych”, nastawionych do polowania komercyjnie (wkrótce na preriach było takich krocie), opowiadał: “Tym, co musieliśmy umieć – my biznesmeni ze strzelbą – było zabicie za jednym strzałem. Nasz sukces opierał się na przytłaczającej głupocie bizona, bez wątpienia najgłupszej zwierzynie łownej na świecie… Jeżeli zraniłeś przywódcę, nie zabijając go od razu, reszta stada, czy byłoby to sztuk trzy czy trzydzieści, zbierała się wokół niego i głupio kręciła w kółko… Wtedy wystarczyło wybierać sztuka po sztuce i uważać, by za każdym strzałem padło martwe zwierze… aż do czasu, kiedy całe stado zostanie zmiecione. Pewnego razu wziąłem 269 skór zużywając tylko 300 naboi”.

Polowanie na bizony z pociągu

WIELKIE  ZABIJANIE

Prawdziwa machina do zabijania ruszyła pełną parą w latach 70-tych i 80-tych, kiedy to prerie zaczęły przecinać coraz to nowe linie kolejowe. Transport ludzi, skór i mięsa (wynaleziono wagony – lodówki) stał się łatwiejszy. Ponadto sami ustawiacze torów – a były ich tysiące i pracowali oni przez parę dekad – żywili się prawie wyłącznie bizonim mięsem, które trzeba było im dostarczyć. Zajmował się tym m.in. Buffalo Bill, znany już wówczas choćby z tego, że w ciągu półtora roku potrafił zabić ponad 4 tys. bizonów. Stąd jego przydomek.
W międzyczasie opracowano też komercyjny sposób wyprawiania skór, ich konserwacji i farbowania, co spowodowało lawinowy popyt na bizonie skóry. Tysiące myśliwych ruszyło na prerie, by wzbogacić się na tym skórzanym Eldorado. Marzenia rozpalały ich wyobraźnię i chciwość. Jeden z nich kalkulował sobie następująco: “Kiedy zająłem się tym interesem, usiadłem i uświadomiłem sobie, jakim to naprawdę jestem szczęściarzem. Pomyślcie tylko! Jest 20 mln. bizonów, każdy wart co najmniej $3 – razem $60 milionów. Nabój kosztuje 25 centów, więc za każdym razem kiedy strzelam, moja inwestycja zwraca mi się 12-krotnie. Mogę zabić 100 bizonów dziennie… To byłoby $6000 na miesiąc – czyli trzy razy więcej, niż zarabia prezydent Stanów Zjednoczonych  i sto razy więcej, niż może zarobić człowiek mający dobrą pracę. Czyż nie byłem dzieckiem szczęścia odkrywając taką łatwą i szybką drogę do fortuny?”
Nic dziwnego, że podobnie myślący patrzyli na bizony, jak na “chodzące bryłki złota”. Sprawę komplikował nieco fakt, że owych aspirantów do fortuny było całe mrowie.
Na początku lat 70-tych skoncentrowano się na stadach południowych. W 1872 r. tylko w samym zachodnim Kansas grasowało około 2000 myśliwych. Stu z nich zamarzło, na siedemdziesięciu felczerzy z Dodge City dokonali amputacji przemarzniętych kończyn. Z miasteczka tego, tylko w ciągu pierwszych trzech miesięcy istnienia, wysłano pociągami na Wschód 43 tys. skór i 800 ton mięsa (tak mała ilość mięsa świadczy o tym, że prawie całego bizona po odarciu ze skóry zostawiano na prerii.) Tam gdzie dosłownie wczoraj pasły się jeszcze miriady bizonów, leżały teraz miriady trupów.
Tylko w latach 1872-74 wybito w tamtych rejonach ok. 2 mln. bizonów. Bonanza trwała do 1878 roku, kiedy to południowe stada przestały istnieć.
Niestrudzeni myśliwi skierowali się wtedy na północ w poszukiwaniu kolejnej “wiktorii”. Tym razem ich armia była znacznie silniejsza, gdyż liczyła około 5 tys. myśliwych i wyprawiaczy skór. Na preriach Montany żyło jeszcze wówczas ok. 6 mln. bizonów. Krwawa hossa trwała trzy lata – od 1881 do 1883 roku. W 1884 r. było już po Wielkim Polowaniu. Bezpowrotnie zniknęły wielkie dzikie stada. W całych Stanach uchowało się niespełna 1000 bizonów, głównie w ranczerskich stadninach. Na wolności – w dzikich ostępach parku Yellowstone – zostało ich mniej, niż 100.

Góra z bizonich czaszek

*

OSTATECZNE  ROZWIĄZANIE

Eksterminacja bizonów to tylko jeden z aspektów szerszego fenomenu historycznego, jakim była ekspansja terytorialna USA i podbój amerykańskiego Zachodu. Jak zauważył w swoim eseju “Other West” Richard White, Amerykanie dążyli do dominacji nie tylko nad ludźmi, ale i nad naturą, czego konsekwencją był np. los bizonów.
Bezpośrednim i głównym powodem niemal zupełnego wyginięcia tych zwierząt były oczywiście nieumiarkowane, zmasowane polowania w latach 70-tych i 80-tych XIX wieku, choć do redukcji wielkich stad przyczyniły się też i inne czynniki, działające już wcześniej: susza, choroby, które przyniosły zwierzęta hodowlane, wzmożone polowania Indian, budowa kolei, osadnictwo i parcelacja gruntów – wszystko to pogarszało stan środowiska naturalnego bizonów, nie stanowiło jednak zagrożenia dla istnienia samego gatunku.
Stada ginęły jedne za drugim, co nie było żadną tajemnicą. Czy ktoś starał się temu przeciwdziałać? Jak na to wielkie zabijanie reagowało amerykańskie społeczeństwo?
Otóż, jak to zwykle z ludźmi bywa, większości z nich wcale to nie obchodziło, część żałowała bizonów, ale w przeświadczeniu, że klęska tych zwierząt jest nie do uniknięcia. Tylko nieliczni protestowali, bardziej lub mniej czynnie, wskazując na niepohamowanie, nadmierność polowań a nawet niemoralność tych czystek. W prasie pojawiły się artykuły nazywające rzecz po imieniu, jako “rozbuchaną nikczemność”. Sprawa trafiła nawet na forum Kongresu, który przegłosował ustawę o zakazie zabijania bizonów, chyba że w małych ilościach i dla potrzeb własnych. Jednak prezydent Grant ustawy tej nie podpisał lecz schował do biurka i tym sposobem nie weszła ona w życie.
Kiedy bizonów nie było już na ziemiach państwowych, myśliwi wtargnęli bezprawnie do indiańskich rezerwatów. Wojsko nie tylko, że temu nie przeciwdziałało, lecz wręcz zachęcało myśliwych do procederu. Generał Phil Sheridan, znany weteran wojen z “dzikusami”, powiedział wprost: “Ci ludzie (tj. myśliwi) w ciągu ostatnich  dwóch lat zrobili więcej dla rozwiązania palącej kwestii Indian, niż zrobiła armia przez ostatnie 30 lat (…) Dla dobra pokoju, który mógłby trwać długo, pozwólmy im zabijać, zdzierać skóry i handlować, dopóki wszystkie bizony nie zostaną wytępione”. Wtórował mu pewien kongresmen z Teksasu: “Im wcześniej pozbędziemy się wszystkich bizonów, tym lepiej dla Indian i dla białego człowieka również”.

OPAMIĘTANIE

Opamiętanie przyszło cokolwiek późno, kiedy na preriach Wielkich Równin nie było już ani jednego bizona. W roku 1889 naukowcy Smithsonian Institution opracowali raport, który stwierdzał, że “na dziko” żyje jeszcze około 200 bizonów w Yellowstone i być może 500 w odległych lesistych rejonach kanadyjskiej prowincji Alberta. Raport ten wywołał pewien oddźwięk, mobilizując grupę ludzi do wysiłków na rzecz zachowania wymierającego gatunku Bison bison.

Wymowne spojrzenie starego bizona (zdjęcie własne)

Zwrócono większą uwagę na pozostałe przy życiu zwierzęta. Sprawa zaczęła wyglądać jeszcze groźniej, kiedy jedyne dzikie stado w Yellowstone, mimo ochrony wojska, skurczyło się dramatycznie do 25 sztuk. Blisko 100 bizonów trzymano w zoo, natomiast około 700 znajdowało się w posiadaniu ranczerów, którzy jeszcze w czasie wielkiego zabijania ocalili od śmierci parę sztuk i założyli swoje małe prywatne hodowle. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie dzięki nim bizon przetrwał jako gatunek, gdyż zwierzęta te dały początek stadom, jakie zakładano później na terenach chronionych, takich jak rezerwaty, parki stanowe i narodowe. Wzmocniły one nawet wolne ale systematycznie kurczące się stado w Yellowstone.
Zwrot w tej sprawie nastąpił na początku XX wieku, kiedy to kampania na rzecz zachowania bizonów stała się niemal punktem narodowego honoru. Przyłączyli się do niej zarówno ranczerzy, jak i ekolodzy, przy szerokim poparciu społeczeństwa. Założono nawet dwa “narodowe” stada bizonów w Montanie i Oklahomie. Powstało Amerykańskie Towarzystwo Bizona, którego honorowym prezesem został ówczesny prezydent Theodore Roosevelt. Dzięki tym zabiegom, w latach 30-tych w Ameryce Północnej żyło już kilkanaście tysięcy bizonów. Wyglądało na to, że batalia jest wygrana.

HAPPY  END?

Dzisiaj, kiedy na całym świecie każdego dnia wymierają całe gatunki roślin i zwierząt, bizonom nie zagraża takie niebezpieczeństwo. Jest ich w Ameryce Północnej około 200 tys., z czego połowa żyje na terenie Stanów Zjednoczonych. Ponad 90% z tych zwierząt jest w posiadaniu osób prywatnych. Zwykle bizony te trzymane są na ranczach o charakterze komercyjnym, gdzie traktowane są jak bydło hodowlane z przeznaczeniem na ubój.
Większą swobodę daje się bizonom w rezerwatach i parkach narodowych, gdzie zwierzęta mogą żyć w warunkach zbliżonych do naturalnych, choć pełnej wolności nie mają. W całej Ameryce żyją tylko trzy stada nie kontrolowane już przez człowieka i żyjące na terenie nieogrodzonym. Są to bizony w parku narodowym Yellowstone, kanadyjskim parku narodowym Wood Buffalo i w Henry Mountains w stanie Utah. Pozostałe stada publiczne, nawet jeśli żyją w parkach narodowych, podlegają mniejszej lub większej ingerencji człowieka.
Największym stadem żyjącym na wolności jest stado w Yellowstone liczące około 3 000 bizonów, w dalszej kolejności są żyjące względnie na dziko bizony w Custer State Park w Dakocie Południowej (900), Wichita Mountains National Wildlife Refuge w Oklahomie (600 – 700), Badlands NP (450) i Wind Cave NP (350)  w Dakocie Płdn., Theodore Roosevelt NP w Dakocie Północnej (320), Fort Niobara NWR w Nebrasce (300), Grand Teton NP w Wyoming (100). Jest jeszcze ranczo hodowlane National Bison Range w Moiese, Montana (300 – 350) i kanadyjski Wood Buffalo NP w Albercie, gdzie przebywa ok. 4,3 tys. bizonów.

BEZBRONNY  DIABEŁ

Jeden  z turystów po wizycie w Yellowstone napisał: “Nic nie może być bardziej poruszające, bardziej straszne i wspaniałe zarazem jak frontalny widok starego byka buffalo. Olbrzymi, pokryty długą wełną garb, gęsta plątanina ciemnej sierści i włosów okrywających  kuloodporny łeb; brudna ,,pijacka” broda  prawie zamiatająca grunt, grube rogi i skrzące się ślepia – wszystko to razem nadaje mu wygląd jakiegoś czworonożnego diabła”.
Bardzo plastyczny to opis, choć ostatnie określenie nie jest zbyt fortunne. Diabeł, jak wiemy, bardziej jest sprytny, przebiegły i niezniszczalny. Gdyby bizon naprawdę miał diabelskie cechy, nigdy nie spotkałby go los, w którym znalazł się on na granicy totalnego unicestwienia.
Natura wyposażyła go tak dobrze, że przetrwał epoki lodowcowe i twarde warunki dzikiego środowiska. Nie przygotowała go jednak na spotkanie z dwunożną istotą miotającą kawałkami ołowiu. Wobec niej bizon okazał się bezbronny jak owca, nie ujawniając bynajmniej czarciej mocy. Na szczęście ta sama dziwna istota przywróciła go z powrotem do życia.

KONIEC

*

Bizony żyjące na wolności w Parku Narodowym Yellowstone (zdjęcie własne)

*

RZEŹ BRACI MNIEJSZYCH (nie tylko o książce Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”)

 

1.

Przyznam, że jest to pierwsza książka Olgi Tokarczuk jaką przeczytałem. I po jej lekturze nie jestem pewien, czy sięgnę po następne. Jeśli bowiem te inne wykreowane przez jej pisarstwo światy są tak efemeryczne, dziwaczne i aksjologicznie ekscentryczne jak w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, to wątpię, czy mógłbym się do nich kiedykolwiek przekonać. Tudzież przejąć się losami występujących w nich postaci… tak, jak to się stało w przypadku głownej bohaterki powieści, czyli Janiny Duszejko, której poczynania pozostawiły mnie – nie tyle chłodnym i niewzruszonym, co pełnym niechęci i skonsternowanym.
W tym miejscu chciałbym uprzedzić ewentualnych czytelników tej książki. Posiada ona bowiem wątek kryminalny, więc jeśli ktoś spodziewa się po niej utrzymania suspensu, to proszony jest teraz o zaniechanie czytania tego tekstu.
Zresztą, w pewnym sensie „spoilerem” może być również ten wpis dla tych, którzy książkę Tokarczuk odebrali przychylnie, może nawet się nią wręcz zachwycili (choć to ostatnie doprawdy trudno jest mi sobie wyobrazić).

Niewątpliwie Olga Tokarczuk chciała nam swoją powieścią przekazać coś ważnego i istotnego, tyle, że – moim zdaniem – rozbiło się to o infantylizm, zahaczając przy tym lekko o absurd. Gdyż przesłanie (a nie można chyba tego nazwać inaczej), mówiące iż zabijanie zwierząt (myśliwstwo, rzeźnie, przemysł mięsny) może być karane zabójstwem ludzi w to zamieszanych, jest nie do przyjęcia, nawet w przestrzeni metaforycznej (jaką w pewnym sensie jest sama książka) – w obrębie literackiej fikcji, czy też alegorii.

Sam nie jestem zwolennikiem polowania na zwierzynę „dla sportu”. Uważam, że zabijanie żywych istot dla przyjemności (a myślistwo dla niektórych ludzi bywa wręcz rozkoszą), jest barbarzyństwem i atawizmem, który w dzisiejszym świecie nie może mieć już racji bytu. Ponadto, mimo iż rozumiem oburzenie tych, którzy zwracają uwagę na horrendalne niekiedy warunki w jakich zwierzęta zabijane są na skalę przemysłową, by zaspokoić zapotrzebowanie ludzi „na mięso”, czy inne produkty pochodzenia zwierzęcego, to jednak daleki jestem od konkluzji, że jest to większe zło, niż zabicie odpowiedzialnych za to ludzi (co wydaje się być poparte aprobatą Olgi Tokarczuk pozwalającej na uniknięcie kary zarówno przez mordercę, jak i tych, którzy mordercę wzięli pod swoją opiekę.)

2.

Prawo do zabijania prawem uniwersalnym? (fot. Vipez)

Wygląda na to, że książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” usiłuje dotknąć jednego z ważniejszych problemów etycznych naszych czasów, a mianowicie stosunku człowieka do zwierząt (a w szerszym aspekcie: do przyrody, i to zarówno ożywionej, jak i nieożywionej, czyli, ogólnie rzecz biorąc, do natury). Na tym ewentualnie może się osadzać jej wartość: uświadomienie nam pewnych ważnych pytań, jak np. o to, jak się ma zwierzęce cierpienie do cierpienia ludzkiego? Dalej: czy zwierzęta mają swoje życie wewnętrzne (i wiążący się z tym problem istnienia zwierzęcej „duszy”). Jakie prawa powinno mieć zwierzę (a jakich praw mieć nie musi)? Kto dał nam prawo do zabijania zwierząt? A jeśli jest to „nasze” prawo, to jakie są podstawy do tego, byśmy sobie uzurpowali tworzenie takiego prawa? Czyli: jeśli już ono istnieje, to co jest jego źródłem i jakie są jego przesłanki? Czy może jest to wręcz prawo wszystkich praw, czyli uniwersalne, immanetne wobec naszego bytu prawo naturalne? (Wystarczy wskazać choćby na istniejący w przyrodzie bezwględny i „piekielnie” konsekwentny łańcuch pokarmowy, walkę wszystkich ze wszystkimi, odbywającą się dosłownie w każdej chwili orgię zabijania – holocaust uśmiercania słabszych przez silniejszych.)

Ale czyż nasze człowieczeństwo nie polega m. in. na tym, byśmy tzw. „prawu naturalnemu” się sprzeciwiali albo przynajmniej adoptowali je do warunków tworzonej przez nas kultury?
Jeśli tak, to czym właściwie mamy się kierować ustalając wśród zwierząt hierarchię: ten gatunek należy chronić, nad tymi zwierzętami nie można się znęcać… ale już te bestie trzeba wytępić, a te bydlaki wyeliminować.
Gdzie w świecie zwierząt przebiega granica, która pozwala nam stwierdzić: ten zwierzak może być moim przyjacielem (zabawką, maskotką, cipciaczkiem), albo: tę gnidę trzeba zgnieść i rozdeptać, a tamtą świnię zaszlachtować!
Czyż nie zachowujemy się w tym wszystkim jak uzurpatorzy, jednocześnie mamiąc się (i usprawiedliwiając) tym, że owo prawo (do „czynienia sobie ziemi poddaną”) nadano nam z poruczenia jakiejś Wyższej Instancji?
Homo sapiens niby mieni się już człowiekiem, lecz nadal zachowuje się jak drapieżnik, przy czym nie za bardzo chce się do tego przyznać.

3.

A może okazujemy się po prostu hipokrytami zabraniając z jednej strony znęcania się nad zwierzętami, z drugiej zaś przyzwalając na odbywające się „w majestacie prawa” (i ku powszechnemu przyzwoleniu) masowe zwierzobójstwo na fermach, w rzeźniach, tuczarniach, ubojniach… tych fabrykach mięsa, czyli obozach masowej zagłady istot żywych? Czy pierwszy lepszy mięsny sklep – z tymi swoimi wiszącymi na hakach połciami krwistego mięsa, jelitami wypchanymi pociętym, rozsiekanym i zmielonym ciałem zwierząt (nazywanym przez nas oględnie mięsem); z podrobami, czyli resztkami zwierzęcych organów takich jak serce, nerki, mózg, wątroba, płuca, jądra, flaki…; wszystkie te kości, chrząstki, szpiki i tłusze; zmieszane z krwią kasze, pasztety, kiszki, salcesony, łoje… – czy nie jest to jakimś potwornym horrendum, do którego wszyscy są przyzwyczajeni, w związku z czym nikt już nie zauważa w tym żadnego piekła i zgrozy?
Jeszcze raz można zadać pytanie: skąd wynika prawo do zabijania i spożywania mięsa istot nam podobnych, z którymi człowiek może się skądinąd zaprzyjaźnić?
Czym tak zasadniczo różni się morska świnka czy też homik, jakiego głaszcze tkliwie nasze dziecko od myszy, którą truje się strychniną?

Rzeźnia, etyka, horror, estetyka (Francis Bacon - "Postać z mięsem", Rembrandt - "Ćwierć wołu")

4.

Myślę, że takie lub podobne dylematy i pytania, tudzież myśli i refleksje, mogły zaprowadzić Janinę Duszejko, czyli główną postać książki Tokarczuk, do wniosków i dokonań zbyt daleko jednak idących, bo zaburzających cywilizacyjną, obowiązującą w danej chwili hierarchię wartości, w której życie człowieka jest wszak ważniejsze od życia zwierzęcia.
Jednak nie tylko z tego powodu trudno jest mi uznać Janine Duszejko za bohaterkę mojego romansu. Ta kobieta straciła bowiem nie tylko zdolność odróżniania świata ludzkiego od zwierzęcego, ale i świata rzeczywistego od wyimaginowanego. Oczywiście, taki zaburzenie nie zawsze jest czymś dla człowieka dyskredytującym, wbudzającym niechęć czy antypatię. Tym jednak, co wyimaginowany świat Janiny Duszejko dyskredytuje, jest jego – co tu kryć – bzdurność. Chodzi mianowicie m. in. o astrologię, którą jednak – mimo podziwu, jaki żywię dla potęgi ludzkiej wyobraźni – uznaję osobiście za bezrozumną fanaberię.

Lecz nie tylko ta przypadłość mentalna głównej bohaterki wzbudziła podczas lektury mój dyskomfort i poirytowanie. Niezbyt znośne i mało wiarygodne były wg mnie także… imaginacyjne projekcje personifikujące zwierzęta – począwszy od jej suk nazywanych przez panią Janinę „Dziewczynkami”, poprzez „dostojnego” czeskiego lisa Konsula, aż po dzika obdarzonego jakże bezpretensjonalnym mianem „młodzieńca”.
Jako przykład, pozwolę tu sobie przytoczyć małą próbkę prozy pani Tokarczuk:

„Podeszłam bliżej i zobaczyłam – to był dzik. Nie całkiem dorosły, leżał w kałuży brunatnej krwi. Śnieg wokół był wytarty do samej ziemi, jakby zwierzę rzucało się po nim w konwulsjach. Wokół widniały też inne ślady – Lisów i Ptaków. Sarnie racice. Mnóstwo zwierząt tu było. Przyszły na własne oczy zobaczyć zbrodnię i odprawić żałobę po młodzieńcu.”

„Zbrodnia”, „żałoba”, „młodzieniec”… – to już chyba jednak jakaś przesada. Podobnie, jak nadawanie przez Janinę Duszejko swoim sąsiadom dziwacznych imion, które w jej mniemaniu oddawały ukrytą istotę danej postaci, jak np. Wielka Stopa, Dobra Nowina, Czarny Płaszcz, Popielista… Zresztą, z „prawdziwymi” nazwiskami i imionami też było dość kuriozalnie: Pyzio, Świętopełek, Wnętrzak, Studzienni… No i jeszcze, osobisty samochód pani Duszejko – Samuraj.
Chociaż są to w sumie drobiazgi, to świadczą one jednak o infantylnej i niezbyt adekwatnej do rzeczywistego świata wizji naszej Bohaterki, która nota bene jest narratorką całej powieści. Wrażenie to potęgowały tyleż trywialne co pretensjonalne, pseudo-poetyckie cytaty z Blake’a; również – do pewnego stopnia – konturowe, czarno-białe ilustracje, niczym z jakiejś koszmarkowej bajeczki dla niegrzecznych dzieci.

Wobec tego wszystkiego trudno mi było nie tylko identyfikować się z tą postacią, ale i poczuć zwykłą do niej sympatię… o aprobacie dla jej (wyrażając się mocno eufemistycznie) niekonwncjonalnego postępowania nie wspominając. Mimo więc podjęcia przez Olgę Tokarczuk ważnego tematu, (który i mnie samemu leży na sercu), jego egzekucja jest moim zdaniem chybiona. Dlatego dziełko „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie tyle nie rzuciło mnie na kolana, co pozostawiło chłodnym, sceptycznym i niezbyt dotkniętym.

5.

W sumie, mimo pozornej głębi, treść tej książki wydaje mi się płytka, wymowa – pretensjonalna, przesłanie – nieprzekonywujące, filozofia – naiwna, etyka – dwuznaczna, styl – niezbyt jednak wysokich lotów… dzięki czemu cała ta literatura (zwłaszcza jeśli porównam ją z książką, którą czytałem równolegle, a mianowicie z „Zapiskami ze złego roku” Coetzee’go) sprawiła na mnie wrażenie miernej i pośledniej. Szkoda.

 

Czarno-białe zwierzaki (ilustracje Jaromira Svejdika do książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych")

*

GROT Z OBSYDIANU

 

 

I.

Na początku był kamień
ostry niczym wilczy kieł
choć z drugiej strony był obły i gładki
w sam raz dla chwytnej dłoni,
którą stawała się moja owłosiona łapa

Serce zwierzęcia już nie biło jak moje serce
jego oczy tak ruchliwe przed chwilą
wpatrywały się teraz w coś
czego ja jeszcze nie mogłem dostrzec

Odciąłem łeb, rozprułem brzuch,
zanurzyłem ręce w ciepłych i parujących trzewiach
Odurzył mnie słodki zapach krwi
połechtał widok czerwonego mięsa
Przełykając ślinę dziękowałem bogom
– znów mi się udało przechytrzyć duchy
upolowanej ofiary

Czy przebłagały je nasze modły?
A może mazidła na skalnej ścianie?

II.

To zwierzę, które śpi w kącie mojej jamy
jest trochę do mnie podobne,
ale ma w sobie mleko,
którym karmi mojego syna
Ma też gładszą skórę, smuklejsze palce
i dziwne upodobania:
przegląda się w spokojnej wodzie
wpina w swoje kudły kwiat
a kiedy moja strzała chybi jakiegoś kolorowego ptaka
to klaszcze z uciechą w łapki

No i opowiada jeszcze niestworzone historie,
których słowa zaczynają płynąć jak mgły
albo śpiewać jak wiatr pomiędzy drzewami

Ale czy mógłbym się bez tej istoty obejść?
Czy utrzymałbym to ciepło i ogień?
Może więc wymyśleć dla niej jakieś ludzkie imię?
(Ciągle jeszcze,
na wspomnienie jej rozchylonych ud
zaczynam dyszeć
rozszerzają się moje nozdrza
wysycha przełyk
i czuję jak pod moim brzuchem
nabrzmiewa męskość)

* * *
Nie daje mi też spokoju
ten kamień, który pokazał mi kiedyś
mój bardzo dziwny brat,
którego plemię uparło się nazywać szamanem:
przypominał samicę z wielkimi piersiami, łonem
i jeszcze większym zadem
Nie pozwolił mi jednak jej dotknąć
a tylko patrzeć,
jak kładą się na niej cienie ogniska
i bierze ją w posiadanie księżyc

III.

Ta figurka nie ma głowy – pomyślałem
Neonowe światło gabloty było chyba zbyt mocne
bo rozpraszało nie tylko chropowatość kamienia
ale i moją uwagę – musiałem więc zmrużyć oczy.

Kobieta, której zapach jeszcze mnie nie opuścił
(nie zabił go nawet antyseptyk hotelowej pościeli
ani moje pachnidło allure – homme – Chanel)
stała w drugim kącie sali
wpatrzona w kontury z czerwonej ochry i ryty
jakie można było jeszcze dostrzec
na popękanych kamiennych tablicach
(a może była tam również krew?)

Wiedziałem, że zaraz podejdzie do grotów z obsydianu
a ja zdradzę się
ze swoim bijącym jak dzikie źródło sercem

Cóż innego mi pozostało,
jak ścisnąć mocniej
ten chłodny a zabójczy metal,
który trzymałem w ukryciu kieszeni?
I odgonić od siebie koszmarny,
towarzyszący mi od zarania obraz:
gasnące oczy zwierzęcia,
w których zatrzymało się
przerażenie widokiem bestii
 

* * *

 

_________________________________________________________

Ilustracja: Pablo Picasso („Minotaur Caressing a Sleeping Woman„)
_________________________________________________________