TEN NIEZNOŚNY ROMANTYZM, albo o obronie fantazmatów

garść refleksji na marginesie chicagowskiego przedstawienia „Dziadów cz. II” Adama Mickiewicza

.

„Kto nie był ni razu człowiekiem, Temu człowiek nic nie pomoże” (Maciej Góraj jako Widmo Złego Pana)

.

I.
ROMANTYZMEM PODSZYCI

.

Nie ulega wątpliwości, że (abstrahując od religii) na polską tożsamość narodową najmocniej wpłynął Romantyzm. Kiedy na początku lat 90. XX wieku, po tzw. „transformacji” ustrojowej, w naszym kraju ogłoszono załamanie się kulturowego paradygmatu romantycznego, wszyscy tej diagnozie ochoczo przytaknęli, bo ponoć wreszcie nastała u nas „normalność” – staliśmy się suwerenni, wpadliśmy w otwarte ramiona liberalnej demokracji, gotowi na przyjęcie wszelkich dobrodziejstw wolnego rynku…
Wydawało się, że najważniejsze cechy romantycznego charakteru stały się po prostu nieprzydatne, anachroniczne, odczarowane, zbędne. Nie musieliśmy już składać krwawych ofiar walcząc o niepodległość; nie potrzebni nam już byli bohaterowie poświęcający się dla Ojczyzny. Martyrologia i mesjanizm stały się dość egzotycznie brzmiącymi pieśniami przeszłości. Umęczona solidarność narodowa mogła być zastąpiona zdrową konkurencją, symbol – konkretem, marzenie – ziszczeniem, pobożna życzeniowość – prakseologią, mit – narracją faktów, plemię oblężone – społeczeństwem otwartym.
Czy jednak to obwieszczenie śmierci romantyzmu w narodzie nie było przedwczesne? A może jest on z tkanką narodową Polaków nierozerwalnie zrośnięty? Może jesteśmy na niego skazani – na dobre i na złe?

Trupy i postęp, czyli jak to z Romantyzmem bywało

To, co się stało po katastrofie smoleńskiej świadczy o tym, że w psychice narodu konstrukty, złogi i piętna Romantyzmu tkwią nadal. Transformacja ustrojowa nie przełożyła się na transformację mentalną. I trzeba sobie jakoś z tym radzić i jakoś z tym żyć… co wychodzi nam różnie.
Jednak warto zaznaczyć, że Romantyzm niekoniecznie musi być tylko skazą i ciężarem. Okazuje się, że jest czymś, co nadal określa nasz charakter, co buduje nas organicznie, stawszy się poniekąd naszą cechą przyrodzoną, elementem składowym naszej umysłowości – i to nie tylko w wymiarze ogólnym, ale i indywidualnym.
Zresztą, niektórzy z tych, co głosili kres paradygmatu romantycznego w kulturze polskiej, zaznaczali, że konieczna jest nie tyle jego likwidacja, co transpozycja i przeobrażenie. Maria Janion, największa chyba znawczyni polskiego Romantyzmu, która nota bene najdobitniej ogłosiła jego załamanie się po ustrojowej transformacji, pisała, że „odkryjemy (Romantyzm) na nowo, na miarę naszej epoki, jego wielkość artystyczną, odnajdziemy jego filozofię egzystencji”.
Romantyzm miał swoich krytyków od samego początku, choć nawet oni nie mogli się wyzwolić od pewnych jego cech, atrybutów, charyzmów i miazmatów. Już Norwid wskazywał na różnicę między narodem a społeczeństwem – temu pierwszemu przypisując czyn, drugiemu zaś pracę, rozróżniając romantyczno-bohaterski zryw (słomiany zapał?) od organicznej pracy od podstaw, zdolnej rzeczywiście przeobrazić kraj i zmienić mentalnie ludzi. A z drugiej strony przecież pozostawał romantykiem z krwi i kości, uduchowionym i uwznioślonym, naznaczonym samotnością i rysem tragicznym.
Okoniem do Romantyzmu ustawili się pozytywiści, głosząc prymat rozumu nad duszą, wiedzy nad wiarą, praktycyzmu nad sentymentem, ewolucji nad Bogiem, prozy nad poezją, realizmu nad marą… Lecz te deklaracje nie zawsze szły w parze z ich rzeczywistą postawą i wewnętrznym stanem. Bo np. patriotyzm, miłość do Ojczyzny, podziw dla piękna kraju, marzenia o szklanych domach, czy szacunek dla narodowych bohaterów – czyli odruchy i wartości wyznawane przez nich bardziej lub mniej otwarcie – były na wskroś romantyczne.

„O sprawiedliwy, lecz straszny wyroku! I com ucierpiał, to cierpieć co roku” (Tomasz Maternowski jako Upiór)

Po uszy w Romantyzmie tkwił sam Wyspiański (nota bene pierwszy inscenizator Mickiewiczowskich „Dziadów”), który wprawdzie wyszydzał „poezję grobów”, drwił z mesjanistycznego bzika, zżymał się na chorobliwość złudzeń i iluzji, miał dość martyrologicznych gloryfikacji i nekrofilskiego szwungu… ale sam tworzył dramaty jak najbardziej romantyczne w formie i treści, które były niczym innym jak mierzeniem się i wadzeniem, dyskusją i konfrontacją z romantyczną miazgą, którą Wyspiański poddawał epokowej transformacji. Bo uznał, że w polskim Romantyzmie nadal tkwi wielka siła, tylko trzeba go przeczyścić, przesiać i przewietrzyć.
Młoda Polska była właściwie powtórzeniem Romantyzmu w wersji fine de siècle’owej (inna nazwa tej epoki, czyli „neoromantyzm”, mówi sama za siebie) tyle że bohaterem tragicznym staje się nie umęczony patriota a cierpiący kosmicznie artysta – kapłan absolutu. Wprawdzie istnieje też odmiana narodowa tego romantyzmu, ale tak dydaktyczna i miałka (z wyjątkiem dramatów Wyspiańskiego), że można na nią spuścić kurtynę milczenia.

Gombrowicz i inni

Do romantyzmu przyczepiali się także Boy-Żeleński, Brzozowski, Irzykowski i inni, ale najbardziej dał się mu we znaki Witold Gombrowicz, który – podobnie jak Wyspiański, tyle że w wersji à rebours, groteskowo-szyderczej – przenicował ten prąd jak nikt nigdy przed nim, dając tym samym dowód na to, że Romantyzmu nałykał się on więcej, niż zdecydowana większość szeregowych Polaków – przeżuwając go i trawiąc (ewentualnie spluwając i nie trawiąc); przekłuwając nadęte patosem balony narodowych kompleksów, urojeń i megalomanii. No, ale Gombrowicz w tym kontekście to jest temat rzeka – i wcale nie tak oczywisty w tych swoich anty-romantyzmach, anty-polonizmach, anarchizmach i innych pupizmach. Bo to przecież mędrzec pod maską błazna, człowiek poważny skryty za pozą trickstera, cierpiętnik o powierzchowności dandysa… Czy wreszcie arcy-Polak, który „Polaka z niego samego wyprowadzał”. Może nawet krypto-romantyk?
Nie lubił Romantyzmu Czesław Miłosz, zwłaszcza za te jego nacjonalistyczne skręty i obskurantyzm (co dało o sobie znać zwłaszcza w Polsce międzywojennej, którą właściwie opanował w znacznej części postromantyzm) tudzież skłonności heroiczno-martyrologiczno-nekrofilskie („Wy macie wspaniałą architekturę, sztukę, technikę, bogactwo – tak, ale ile my mamy trupów!” – pisał Noblista).
W Polsce „Ludowej” wzory Romantyzmu próbowali zawłaszczyć komuniści, z miernym raczej skutkiem. Bardziej nośny artystycznie (literatura, kino) okazał się sprzeciw wobec tych manipulacji widoczny choćby w twórczości Różewicza, Konwickiego, Białoszewskiego, Mrożka… także w filmach Kawalerowicza, Munka, Wajdy
Romantyczne echa dawały o sobie znać w kolejnych zrywach społecznego sprzeciwu wobec partyjnej dyktatury i zależności od sowieckiego imperium. Symptomatyczne i wymowne jest tu zwłaszcza poruszenie związane z wystawieniem w 1968 r. w Teatrze Narodowym „Dziadów” (uczestnictwo widzów w spektaklu przemieniło się w uliczną manifestację). Elementy martyrologii, poświęcenia, heroizmu – a nawet mesjanizmu – pojawiały się w kolejnych protestach i zamieszkach robotniczych, zwłaszcza w okresie powstania Solidarności. Swoistą restytucję odruchów romantycznych polskie społeczeństwo przeżyło po tragicznym wypadku pod Smoleńskiem. Również w obecnym życiu politycznym kraju – a zwłaszcza w konflikcie między stroną liberalno-modernistyczną a konserwatywno-tradycjonalistyczną – pojawiają się wątki wywiedzione jakby wprost z dawnych sporów romantyków z ich adwersarzami.

Ten przeklęty Mesjanizm, ta sucz Martyrologia

Mesjanizm i martyrologia – dwie specyficzne cechy polskiego Romantyzmu, najbardziej chyba wyszydzane, piętnowane i zwalczane – uznane za prominentne w zestawie polskich wad narodowych. A tymczasem, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst, w jakim powstały, nie okazują się one jakąś aberracją czy patologią myślenia politycznego Polaków, bo wraz z heroizmem – w czasach utraconej niepodległości, ucisku i państwowego niebytu – stanowiły mit ochronny dla polskiej tożsamości, służyły przetrwaniu narodu, były źródłem nadziei na zmianę losu, czy wreszcie pozwalały na zachowanie poczucia własnej wartości, odrębności a nawet i dumy – wbrew rzeczywistości i historycznym faktom. W obliczu klęski powstania listopadowego, wobec upokorzeń, strat i represji, jakie ona przyniosła, trzeba było sobie z tą beznadziejną traumą dawać radę, w jakiś sposób ją przezwyciężyć. Jak zauważył Artur Lewczuk: „Naród stanął wobec cierpienia, które mogło mieć dwojaki charakter: niszczący albo konsolidujący. Trzeba było je pomieścić w narodowym doświadczeniu, odnaleźć jego sens i ten sens znaleziono w myśli mesjanistycznej, która ostatecznie nie pozwoliła Polakom pogrążyć się w rezygnacji, rozpaczy, która stała się źródłem scalenia i wyznaczyła bieg narodowego trudu w walce z wrogiem.” W podobnym tonie pisała nawet Maria Janion, zwracając uwagę na pewien działający tu psychologiczny mechanizm: „Romantyzm polski był najbardziej wierny nie rzeczywistości empirycznej, lecz rzeczywistości psychicznej narodu, który utracił niepodległość, ale nigdy nie utracił wiary w konieczność jej odzyskania”.
Oczywiście, że poruszamy się tutaj w sferze wyobrażeniowej, ale czy fantazmaty nie nabierają czasami mocy stwórczej, przeobrażając samą rzeczywistość?

„Zamknijcie drzwi od kaplicy, I stańcie dokoła truny” (Julitta Mroczkowska Brecher jako Guślarz)

Należy podkreślić, że sama martyrologia nie była Polaków wyborem, czy nie daj Boże jakimś ich masochistycznym upodobaniem, a wynikała z tragizmu historycznego doświadczenia – z dramatu jaki fundowali nam co jakiś czas silniejsi od nas przeciwnicy. W tę sytuację wpisywała się również gloryfikacja takich zachowań jak poświęcenie, walka i heroizm. Mesjanizm zaś był sposobem na przechowanie i utrwalenie pewnych wyższych wartości moralnych, a ponadto ugruntowywał w Polakach przeświadczenie o przynależności do narodu nie tylko „wybranego”, ale i „niezbędnego”.
Zważywszy na to wszystko, całkiem zasadne staje się pytanie, czy aby nasze przetrwanie jako narodu – i utworzenie suwerennego państwa – nie zawdzięczamy właśnie tak ośmieszanemu i pogardzanemu przez niektórych Romantyzmowi?

Polskość na cenzurowanym i pułapka liberalizmu

Źle się dzieje w państwie polskim, kiedy nie ma porozumienia co do tego, jak należy przekształcać polską tożsamość narodową w konfrontacji z przemianą w społeczeństwo postnowoczesne – w dobie europejskiej integracji i globalizacji, w zderzeniu z problemami jakie niosą ze sobą konsumpcjonizm, nierówność ekonomiczna, rewolucja informatyczna, moralny relatywizm, utowarowienie kultury i jej masowa degradacja. Tych zagrożeń i wyzwań jest znacznie więcej. Czy wobec tego mogą dziwić polityczno-społeczne reakcje mające przed nimi bronić? Próba ochrony polskiej tożsamości narodowej jest jedną z nich.
Tymczasem znajdują się „postępowi”, „wyzwoleni” i „nowocześni”, zwykle wpatrzeni w Zachód polityczni koryfeusze oraz uważający się za „elitę” polscy inteligenci, którzy pod przykrywką liberalizmu dekonstruują kulturowe mity, dokonują przewartościowania pewnych tradycyjnych wartości, niszczą typowo polskie formy… często zastępując to jakimś post-modernistycznym badziewiem, lub po prostu niczym. Dezawuują takie pojęcia jak patriotyzm, polskość i naród; okazują lekceważenie dla tradycji, rytuału, religii i wiary; bezkrytycznie poddają się obcym wpływom; zachodnie standardy uważają za jedynie słuszne; zachowanie się moralne jest dla nich śmiechu warte; przyzwoitość, dobroć i uczciwość dobre są dla naiwniaków i frajerów… itd. (Swoją drogą nie spodziewałem się, że doczekam czasów, kiedy zadeklarowani liberałowie zaczną się zachowywać jak sekta).
A przecież, nawet sam – tak hołubiony przez intelektualistów (na równi choćby z Mrożkiem) Gombrowicz pisał: “Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, póki nie wyodrębnimy się z Europy – gdyż europejskość nie polega na zlaniu się z Europą, lecz na tym, aby być jej częścią składową specyficzną i nie dającą się niczym zastąpić”. Czy komukolwiek wpatrzonemu w literackie szelmostwo i dezynwolturę pisarza przyszłoby do głowy, że taka deklaracja wyszła spod pióra drwiącego z romantycznej polskości kosmopolitycznego szydercy? A Gombrowicz byłby ostatnim, który by się godził z zastąpieniem czegokolwiek jakąś małpującą innych repliką – obcą formą jeszcze bardziej upupiającą Polaków.
Jak już wspomniałem, uważająca się za kulturalno-intelektualną elitę formacja stojąca po przeciwnej stronie barykady, niż obóz reprezentujący poglądy narodowo-konserwatywne i broniący polskiej – nota bene uwarunkowanej religijnie – tradycji, nie miała większych skrupułów by zdekonstruować polskie mity narodowe, poddać krytyce tak rdzennie polskie wartości tradycyjne jak np. patriotyzm czy wiara, ale niestety nie zdołała stworzyć i wprowadzić żadnej innej, alternatywnej, lecz suwerennie polskiej jakości – tego, co Polacy jako społeczeństwo mogliby uznać i przyjąć jako nową formę polskości. Bo łatwiej jest coś zburzyć niż zbudować – dekonstrukcja zawsze jest łatwiejsza niż konstrukcja, a deziluzja może mieć katastrofalne skutki uboczne. Powstała pustka, wyrwa, dziura, którą wypełnia się często jakimś surogatem lub atrapą. Dokonano analizy, ale synteza idzie jak po grudzie. Zalano nas krytyką polskości („polskość to nienormalność”, „ciemny lud”), ale nie uraczono żadną afirmacją, która uwzględniałaby polską specyfikę i charakter. Zadenuncjowano populizm, ale nie zastąpiono go żadnym – wiarygodnym i akceptowalnym dla większości społeczeństwa – paradygmatem zbiorowości czy narodu.

„Hej, sowy, puchacze, kruki, Szarpajmy ciało na sztuki” (Edyta Luckos, Maciej Góraj i Marcin Kowalik)

.

II.
ŻYCIE POZAGROBOWE DZIADÓW

.

W Chicago wystawiono część II arcydramatu Adama Mickiewicza, czyli tzw. „Dziady” wileńsko-kowieńskie. Kinga Modjeska, główna sprawczyni tego przedstawienia, jakby w obawie przed uznaniem go przez publiczność za wskrzeszanie narodowo-martyrologiczno-mesjanistycznej ramoty, kojarzonej często z lekturową nudą, podkreśliła, że zajmuje się w swoim spektaklu nie narodem a folklorem i naturą. Bo rzeczywiście Mickiewicz w tej części sięgnął do pogańsko-słowiańskich źródeł zadusznego rytuału – do obrządku mającego znaczenie bardziej uniwersalne, niż polityczne. Tak więc, jest to rzecz zdecydowanie spirytystyczna, a nie historyczno-patriotyczna.
Przyznaję, że u mnie chicagowskie przedstawienie Sceny Polonia uwolniło całą kaskadę myśli o ścisłych związkach polskiej tożsamości narodowej z Romantyzmem, jak również sprowokowało do prześledzenia jak to zapętlenie zmieniało się w perspektywie historycznej (patrz: część I tego tekstu). Choćby z tego powodu spektakl ten jest dla mnie wydarzeniem, który ma sporą wartość i wagę. A przecież jest jeszcze inna jego strona – ta, wyzwalająca całą gamę doznań estetyczno-duchowych, niekoniecznie racjonalnych, niekoniecznie narodowych… I myślę, że to właśnie ów drugi aspekt tej części dramatu – wraz z obsesyjnym wręcz usadowieniem się wersów Mickiewicza w głowie reżyserki – zadecydował o zmierzeniu się z tą materią Kingi Modjeskiej i jej artystycznej trupy.

Słowiańszczyzna jak upiór

„Słowiańszczyzna to na wpół niewidzialny upiór, to potępiona dusza wyjąca pośród pozłacano-buraczanych krajobrazów polskości. (…) Słowiańszczyzna pierwotnym lękiem, nagą duszą, na niej blizną. Jedno wiarą, drugie marą. Dziady idą.” – pisał jakże obrazowo Kuba Janicki.
No właśnie, nasza bardziej lub mniej skrywana niechęć do Wschodu, ale przede wszystkim sam katolicyzm (i naturalnie Kościół), sprawiły, że zapomnieliśmy o naszym pogańskim rodowodzie, wyparliśmy go ze świadomości – wraz z tym, co w nas archaiczne i pierwotne… Odsunęliśmy też na dalszy plan naszą plemienną słowiańskość. Mickiewicz pisał we wstępie do „Dziadów”, że w dzieciństwie wielkie wrażenie wywierały na mim ludowe opowieści, podania, legendy, czego ślad mamy głównie w II części dramatu, gdzie w cmentarnej kaplicy pojawiają się wywoływane przez „pospólstwo” duchy, upiory i zjawy.
Obrzęd pogański („dziadów”) miesza się tu i łączy z rytuałem chrześcijańskim (Zaduszek). Mickiewicz nie tylko to opisał, ale i w swoim arcydramacie (zwłaszcza w cz. III) poszedł znacznie dalej – to co pierwotne i archetypiczne (manifestujące się choćby w antycznych dionizjach, kultach Voodoo, religiach opętania), ożywił w słowiańskich folklorze, sprzęgnął to wszystko z chrześcijaństwem, a następnie przeniósł idee katolickie (Ofiara, Mesjasz, Odkupiciel) na cały polski naród. To jest, musimy przyznać, symboliczno-transformacyjna orka na miarę Tytana Wyobraźni, giganta poezji i myśli.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę, odjazdowa niedorzeczność niektórych „dziadowych” motywów, okazuje się pozorna, bo pod cienką warstwą ich „bzdurności” i absurdu, czai się pełna znaczeń głębia, o ich roli moralizatorsko-dydaktrycznej nie wspominając.
Bo czyż my wszyscy, nawet dzisiaj – w dobie ponoć nieprzesądnej i racjonalnej – nadal nie obcujemy (w naszej wyobraźni przynajmniej) ze zmarłymi? Czy nie ustalamy z nimi ciągle naszych relacji – stosunku, jaki do nich mamy? Czy nie zajmuje nas kwestia życia po śmierci? Problem winy, kary, grzechu – konsekwencje naszych ziemskich postępków w życiu wiecznym? Czy nie mamy wrażenia, iż docierają do nas znaki z zaświatów? Czyż nie pragniemy nieśmiertelności z jednej strony, z drugiej zaś – czyż jej się nie obawiamy? Żyjemy na granicy widzialnych i niewidzialnych światów, doświadczanych zmysłami, ale i wyczuwanych intuicją – pełnych zarówno dotykalnych ciał, jak i ezoterycznych (choć nie pozbawionych substancji) fantomów.
Dlatego nie dziwią nas tak bardzo pojawiające się w „Dziadach” zjawy i duchy, a wręcz przeciwnie – wydają się nam być zjawiskiem zupełnie naturalnym. I nas angażującym.
To zaangażowanie wzmocnione zostało dość skutecznie przez twórców i artystów ze Sceny Polonia, którzy zaprezentowali nam arcydzieło Mickiewicza w Chicago.

„Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie” (Kinga Modjeska jako Dziewica Zosia)

Spektakl – ludzie i zjawy

„Dziady”, mimo swej złożoności, niespójności i trudności, należą do najczęściej wystawianych polskich dramatów. I chyba łatwo to zrozumieć zważywszy na niezwykłą plastyczność i obrazowość Mickiewiczowego języka, na obecne w nim emocjonalne napięcia, na pobudzającą wyobraźnię ekspresję… o tkance narodowej, w której jest on zatopiony, nie wspominając.
Oczywiście, wraz z upływem czasu – i w rytm mijających epok – forma tych przedstawień się zmieniała, ale i sama treść podlegała pewnej fluktuacji znaczeń, za każdym razem, na swój własny sposób, inaczej interpretowana – już choćby ze względu na zmieniający się historyczny kontekst. I z tego co wiem, były to inscenizacje coraz bardziej odbiegające od „ducha” oryginału. Pod pretekstem aktualizacji i uwspółcześnienia, uwolnienia się od nacisku „polonocentrycznych klisz lekturowych” czy też od „propagandowych nadużyć” – odhistorycznienia i odpolitycznienia – traciły swój znaczeniowy impet, narracyjną spójność, postrzegane przez niektórych widzów jako „zwariowane”, „udziwnione” czy wręcz „idiotyczne”.
Interpretacja Kingi Modjeskiej sięga do „klasycznych” romantycznych źródeł – jej „Dziady” (scenografia, kostiumy) nie porzucają XIX wiecznego emploi, pozostają wierne teatralnej tradycji, a jednak nie są wtórne, plagiatorskie czy anachroniczne – wybrzmiewając autentyczną pasją, rezonując i współgrając ze współczesną wrażliwością widzów.
Spektakl zaczął się przejmującym monologiem – skargą Upiora (Tomasz Maternowski) i już to wystąpienie osadziło nas w charakterze tej inscenizacji: zarazem solidnej, jak i melodramatycznej, a mimo to nierzewliwej, niesentymentalnej, nieckliwej. Niejako sprawcą i reżyserem całego obrzędu był Guślarz (jak zwykle niezawodna Julitta Mroczkowska Brecher) – łączący tradycję pogańskiego Koźlarza z egzorcystyczną mocą chrześcijańskiego krzyża. Wtórował mu Starzec (Bartosz Kasza) – postać nie tylko styrana życiem, ale i milczkowato-ponura. Zjawa Złego Pana (Maciej Góraj) to jakby wskrzeszenie piekielne Łazarza – niesamowita charakteryzacja podkreślała nieziemskie udręczenie, nie tylko jego duszy, ale i wygłodzonego ciała. Opadająca go chmara żarłocznego, drapieżnego ptactwa (Małgorzata Kwaśniewicz, Marcin Kowalik, Maternowski raz jeszcze) wzmagała tylko wrzawę – niemiłosierną zaciętość szarpiących nieszczęśliwca mścicieli. Niejako kontrapunktem dla tego strasznego korowodu harpii były igrające w niebie Aniołki czy też pląsające po scenie Słowianki/Rusałki – jednak pozbawione już tak dramatycznej weny. Rozdzierała serce Matka/Sowa (Edyta Luckos) z zamarzniętym dzieckiem, wygnana na mróz przez nielitościwego Pana. Dziwiły dzieci (Nicole Krawczyk, Ethan Stanescu), których jedynym grzechem wydawało się być to, że miały szczęśliwe dzieciństwo (jedna z kilku niedorzeczności, na jakie trafiamy w logice gminnej sprawiedliwości).

Padając na kolana, unosząc się w górze…

Jednak prawdziwą kreację – a właściwie dwie – stworzyła Kinga Modjeska. Pierwszą – rolą Zosi, drugą – monologiem Pani Rollison (we fragmencie dodanym tutaj z III części „Dziadów”). Wprawdzie aktorka nie odarła Zosi z wianka, lecz pozbawiła ją niemal zupełnie sielankowej otoczki (na pierwszy ogień poszły wyrzucone ze sceny: fruwający motylek i bieżący przed pasterką baranek), podkreślając jej dramatyczną sytuację w zaświatach, gdzie wprawdzie hula ona dość lekko i beztrosko z wiatrem, ale boleje nad tym, że – przez swoją wyniosłość, nieprzystępność dla chłopaków i dumę – nie dane jej było zaznać prawdziwej „ziemskiej” miłości. (Czyżby morał tego był taki, że jednak cnota nie popłaca?) Dopełnieniem tej kreacji (znakiem Natury, może nawet Niebios?), była tęcza, która pojawiła się ni stąd ni zowąd na Zosinej sukience, (a którą właściwie odkryłem dopiero oglądając swoje, zrobione podczas spektaklu zdjęcia).
Modjeska na scenie świetnie się porusza – tak, że nawet imitacja jej powietrznych lotów (przy wydatnej pomocy dwójki partnerów) była bardzo wiarygodna – zrazu lekka, to znów brzemienna. (Kto by pomyślał, że dziewczyna z ludu jest w stanie prawie że hamletyzować?)

„Gdzie ty! – znajdę cię, mozgi na bruku rozbiję, Jak mój syn! Ha, tyranie! syn mój, syn nie żyje!” (Kinga Modjeska jako Pani Rollison)

Lecz najmocniej zabrzmiała dla mnie skarga Pani Rollison rozpaczającej po stracie swego syna. Modjeska w habicie i na kolanach – swoim dobitnym, choć brzmiącym dość głucho i upiornie głosem – wstrząsnęła mną tak, że zapomniałem, że jest to gra i że to jest ona.

Czy wszystko jest padliną?

Ryszard Kapuściński pisał: „Cywilizacja współczesna to cywilizacja odarcia – z tajemnicy, z duchowości, z sacrum – chce ona pokazać, że wszystko jest materią, czyli że wszystko jest lub stanie się wkrótce padliną”.
Właśnie, gdybyśmy nie wiem jak usilnie się starali, to ani nauka, ani empiryczna wiedza, ani racjonalizm nie jest w stanie dostarczyć nam SENSU – i to nie tylko metafizycznego (bo metafizykę materializm odrzuca z zasady), ale i teleologicznego (współcześni naukowcy twierdzą powszechnie, że świat – a tym samym życie – nie ma ani celu, ani sensu).
Lecz tak się składa, że człowiek (w rozumieniu ogólnym) potrzebuje poczucia sensu swojego życia, i to nie tylko w wymiarze doczesnym, ale i metafizycznym. Z tego powodu ludziom (cały czas mówimy o zdecydowanie większej części ludzkości) nie wystarcza sama wiedza, bo sensu może im dostarczyć dopiero wiara (religia). (To jest tak oczywiste, że dziwię się, iż hołubiący rozum „racjonaliści” nie są w stanie tego zrozumieć, ani tym bardziej przyjąć tego do wiadomości).
To dlatego Oświecenie od samego początku stanęło na straconej pozycji ze swoim zbiorem postulatów usiłujących opisać i normować społeczno-kulturową rzeczywistość. To dlatego dość szybko zostało wyparte przez Romantyzm, który nie mógł się pogodzić z materialistyczną – a tym samym bezduszną – wizją świata,  a który zaspokajał ludzką potrzebę duchowości, uczucia, nastroju, charyzmy, wyobraźni… o potrzebie Boga nie wspominając.
Zapanowało (wróciło?) przekonanie, że jednak rozum nie jest naczelną władzą człowieka i że poznanie rozumowe nie może być jedynym rodzajem poznania świata; że nie wszystko jest dostępne ludzkiemu pojmowaniu (nieokreśloność, nieuchwytność, tajemnica egzystencji i świata); że liczą się intuicja i przeczucie, że duch jest ponad materią, że istotniejszy (nadrzędny) jest wymiar metafizyczny; że życia wewnętrznego człowieka – z całym tym jego bogactwem i głębią – nie da się zredukować do funkcji i przejawu tylko li materii.
Oczywiście nie ze wszystkimi wymienionymi tu postulatami romantycznymi się zgadzam, ani nie twierdzę, że należy ulegać irracjonalizmowi (choć według mnie racjonalizm wcale nie wyrządził światu mniej szkód niż irracjonalizm), to daleki jestem od zachwytu ludzkim rozumem, który prawdę mówiąc już od dawna uważam za przereklamowany.

Skazani na mit i wyobraźnię

A wracając do refleksji, jakie wzbudziło we mnie chicagowskie przedstawienie „Dziadów” – z jego przeniesieniem nas w inne, duchowe wymiary świata (i zaświatów); z wywołaniem zjaw, mar, upiorów i duchów; z obcowaniem ze zmarłymi, które przywołało wspomnienie o naszych – nieżyjących już – przyjaciołach i bliskich… Po raz kolejny uświadomiłem sobie to, jak ogromną siłę może mieć nasza wyobraźnia i jak niezbędna jest ona do naszego funkcjonowania w rzeczywistym świecie.
Tak, jak ludzka kultura skazana jest na mit, tak życie wewnętrzne człowieka nie może się obejść bez iluzji, fantazji, marzenia, złudzenia… a ogólnie: bez wyobrażenia. Nie tyle dlatego, że (wbrew pozorom i naszemu przeświadczeniu) nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczywistości; nie tylko dlatego, że nasza jaźń jest produktem nieświadomości; nie tylko dlatego, iż rzeczywistego olśnienia – tego otwarcia przed nami Drzwi Percepcji na oścież – nie moglibyśmy znieść, ale przede wszystkim dlatego, że nasze myślenie i wyobraźnia nie są materialne, a ściślej: nie mogą być opisane w kategoriach materii. Podobnie zresztą jak sam człowiek, a co za tym idzie – nasze człowieczeństwo.
Przestrzeń duchowa, nawet jeśli oparta jest na materii, ma charakter niesubstancjalny, widmowy, nieuchwytny, może nawet mistyczny – rządzi się swoimi prawami i ma swoje wymagania. Wskutek tego nasze doświadczenie rzeczywistości nie jest – i nie może być – przejrzyste. Poruszamy się w świecie w dużej mierze wyobrażonym – nie tyle fikcyjnym i złudnym, co idealnym i zjawiskowym, posługując się przy tym hipostazami. Z naszymi niedoskonałymi zmysłami – i wielce ograniczoną percepcją –  mierzymy się z tym, co nazywamy rzeczywistością. W tym kontekście mój tekst jest nie tyle obroną fantazmatów, (których konotacja jest zazwyczaj negatywna) co przyznaniem, że nie można od nich uciec.
A jeśli bronię pewnego rodzaju fantazmatu, to jest to fantazmat rozumiany nie jako mamiący nas i prowadzący na manowce psychotyczny syf albo jakaś percepcyjna aberracja, lecz będący czymś, co pomaga nam radzić sobie z przytłaczającą nas niekiedy rzeczywistością – z dyktaturą bezlitosnych faktów. Wbudowany w naszą psychikę mechanizm przetrwania.

*  *  *

.

 

Fot. Stanisław Błaszczyna

NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ GŁUPOTY, czyli słów kilka na marginesie wystawionej w Chicago sztuki Gabrieli Zapolskiej „Ich czworo”

.

Nie jest sprawiedliwy dla Zapolskiej Miłosz, który w swojej „Historii literatury polskiej” poświęca jej tylko jeden akapit, pisząc na dodatek, że „jej powieści (…) przejaskrawione i sensacyjne, dziś uważane są za literaturę jarmarczną” a „brak poważnego intelektualnego wyrobienia Zapolskiej skazywał ją na grube uproszczenia”. Nie jest też prawdą, że „gdyby nie artystyczny sukces tych dwóch dramatów [chodzi o „Moralność pani Dulskiej” i „Panna Maliczewska” – przyp. S.B.] Zapolska, niegdyś uważana za czołową wyrazicielkę naturalizmu, zostałaby zapomniana.”

.

Otóż Gabriela Zapolska nie jest zapomniana i to nie tylko dzięki „Moralności pani Dulskiej” – która rzeczywiście pozostaje jej dziełem sztandarowym i powszechnie znanym, bo „lekturowym” – ale przede wszystkim z powodu niezwykłej aktualności poruszanej przez nią tematyki, którą jest – z grubsza – dobieranie się do ludzkich przywar: głupoty, zakłamania, małości, obłudy, nieodpowiedzialności, ślepoty, zawiści, pozerstwa, histerii, próżności… (tutaj każdy z nas może sobie dodać kilka swoich własnych wad). A te, niestety, są nieprzemijające. Przy czym ważne – i chyba jednak decydujące – jest to, że język, jakim posługuje się w swoim pisarstwie Zapolska, sprawia wrażenie nowoczesnego, i – wyjąwszy pojawiające się tu i ówdzie archaizmy – w niczym nie przypomina fin de siècle’owej ramoty.

tragedia ludzi głupich

Anna Dolecki i Grzegorz Chiliński

Zapolska jest dla swoich bohaterów bezwzględna i widoczne jest to zwłaszcza w sztuce „Ich czworo”, której już sam podtytuł („tragedia ludzi głupich”) jest symptomatyczny i wymowny. Sama autorka pisze wprost: „W ‚Ich czworgu’ chciałam właśnie dać syntezę ludzkiej przeciętnej głupoty, z którą zmuszeni jesteśmy żyć i się spotykać na każdym kroku”. Co ciekawe, nawiązując do małżeńskiej zdrady i rozpadu rodziny, a jednocześnie okłamywania nie tylko innych, ale i samego siebie, Zapolska pisze o rzeczach sobie doskonale znanych, jakby z życia jej samej wziętych – bo przecież ona sama znana była szeroko jako skandalistka, ze swoimi rozwodami i kochankami, nie przystająca raczej do modelu przyzwoitej, tradycyjnej i stabilnej rodziny, której sama nie była w stanie – z różnych powodów – stworzyć. Być może z tego brało się jej jadowite wręcz wnikanie w samo sedno ludzkich wad i słabości, które przypisywała ona bez wyjątku wszystkim. Być może dlatego całe środowisko mieszczańskie wydawało się jej jedną wielką menażerią filistrów, każde małżeństwo skażone obłudą, każdy mężczyzna predatorem, a każda kobieta manipulatorką.
Pewnie ową totalną mizantropię Zapolskiej psychoanalityk mógłby rozebrać na części pierwsze – wskazując na jej źródła i motywy – ale nawet pobieżna znajomość ludzkiej psyche (oraz biografii Zapolskiej) skłania do wniosku, że autorka projektowała na ludzi głównie swoje własne wady i skażenia charakteru tudzież brała na świecie odwet za swoje nieudane życie. Znała więc całą tę ludzką malady od podszewki – to ją bolało i sierdziło, z tym żyła… i dlatego była – w tym co pisze – taka cięta, wnikliwa, drapieżna, bezlitosna i dosadna. Jako „zbuntowana kobieta” była dla wszystkich nie do zniesienia; jako ekscentryczka – dziwaczna; jako towarzyszka życia – irytująca i przykra… Niespełniona aktorsko i artystycznie wpadała w urojenia wielkościowe (chcąc być np. „sto razy lepszą” od Modrzejewskiej); płodząc dla zarobku trącące grafomanią teksty uważała, że inni (taki np. Sienkiewicz) nie dorastają jej do pięt… etc.

Zapolska forever

A jednak Gabriela Zapolska przetrwała, a jej najlepsze utwory bronią się do dzisiaj przed zapomnieniem, będąc jednak znakomitą literaturą. Dzięki składającemu się z chicagowskich aktorów, nowo-powstałemu zespołowi Polish American Actors Theatre, który za swój debiut wybrał właśnie sztukę „Ich czworo”, wróciłem do pisarstwa Zapolskiej, przypominając sobie kilka jej opowiadań, powieści oraz sztuk teatralnych (polecam zwłaszcza doskonałą adaptację teatru telewizji Skiz, ale też Pannę Maliczewską). I muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ich świeżość – to, że się jednak nie zestarzały i nadal mogą w nas rezonować. Świetne rysy charakterologiczne, żywe i po mistrzowsku prowadzone dialogi, gęsta psychologicznie proza… to wszystko sprawia, że słów Zapolskiej także i współcześnie słucha się z emocjonalnym zaangażowaniem i uwagą.
Oczywiście, że jest to wszystko skondensowane, wybiórcze i przerysowane, ale dzięki temu wyraziste i mimo wszystko wiarygodne psychologicznie. Zapolska swoim talentem potrafi nas omotać, nawet jeśli – stosując przy tym środki przejaskrawione i wyolbrzymioną formę – dotyka nas do żywego, ukazując nam nasze własne cienie oraz chowane skrzętnie wstydy. A mimo tego dostarczając przy tym swoistej satysfakcji, w której najprawdopodobniej jest coś z katharsis. To podobnie jak z gogolowską denuncjacją „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”, w której pewien masochizm pozwala widzom na dość przewrotne czerpanie przyjemności z wiwisekcyjnego babrania się w czymś, co przypomina ich własne, bardziej lub mniej utytłane, zbrukane i ochlapane błotkiem wnętrza.
I oto mierzą się z czymś takim nasi aktorzy z Chicago, wystawiając sztukę Zapolskiej „Ich czworo” na deskach Teatru Chopina.

rozterki

Nie roszcząc sobie pretensji do pisania recenzji z tego przedstawienia, chciałbym jednak poczynić kilka uwag, które przychodzą mi w związku z tym do głowy.
Zacznę może od małego utyskiwania: otóż można zauważyć – i myślę, że przyznają mi tu rację sami zainteresowani artyści – że w naszym polonijnym grajdołku trudno jest o recenzje z prawdziwego zdarzenia. Brak jest tekstów krytycznych, bardziej kompleksowych, które by sięgały profesjonalnego poziomu. Najczęściej więc jest to bardziej lub mniej zdawkowa notatka – tekścik niewolny od banału i schematów, którego właściwie jedyną zaletą i funkcją jest pozostawienie śladu po danym wydarzeniu w polonijnych mediach.

Edyta Luckos

Lecz przyczyną jest tu nie tylko brak dobrych piór i publicystyczne lenistwo. W grę wchodzi także – i kto wie czy w nie największym stopniu – to, że… zwykle znajomi piszą recenzje znajomym.
Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic nagannego. Mnie samemu zdarzyło się to kilkakrotnie. Schody zaczynają się jednak wtedy, kiedy znajomość (a często nawet zażyłość) tak silnie rzutuje na opinię piszącego tekst, że staje się on po prostu mało wiarygodny. Skądinąd to wszystko jest zrozumiałe, bo przecież każdy z nas jest człowiekiem i kibicowanie „swoim” jest takie… ludzkie.
Jednakże dla mnie, napisanie recenzji dotyczącej twórczości kogoś, kogo dobrze znam (a zwłaszcza kogoś, kogo osobiście lubię) staje się czymś trudnym, czy choćby tylko niezręcznym, i to nie tylko wtedy, kiedy coś mi się nie spodobało, a chcąc zachować uczciwość musiałbym to skrytykować, robiąc komuś przykrość. Zdarzało mi się więc również zaniechanie pisania podobnego tekstu – wolałem swoje uwagi krytyczne przekazać komuś osobiście, a nie obnosić się z tym publicznie.
Tak, trudno jest w tym wszystkim o obiektywizm, a niezależność wymaga zachowania pewnego dystansu, także tego towarzyskiego.
W tych warunkach dochodzi do tego jeszcze pewne ryzyko: jeśli napiszesz coś pochlebnie to możesz być posądzony o kumoterstwo; kiedy zaś wyrazisz się krytycznie – możesz stać się pariasem, a nawet i wrogiem (to ostatnie piszę tak pół żartem, pół serio, bo przecież wiadomo, że przez jakiś tam tekścik świat się raczej nie zawali).

pierwszy plan i tło

Może jednak, po tych wszystkich asekuracjach, przejdę do meritum, czyli napiszę o moich wrażeniach wyniesionych z przedstawienia „Ich czworo”, które obejrzałem w Teatrze Chopina.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na spory rozmach tej produkcji, która – mimo że zajmująca się sztuką dość kameralną i angażująca aktorów prowadzących raczej podwójne życie zawodowe, dla których teatr nie jest źródłem utrzymania – robi wrażenie solidnej, noszącej bez wątpienia cechy profesjonalizmu.
W Chicago dość często gościmy polskie zawodowe zespoły teatralne, które zazwyczaj raczą nas przedstawieniami na znakomitym poziomie artystycznym – świetnie zagranymi i mimo dość ubogiej oprawy inscenizacyjnej, atrakcyjnymi, więc chcąc nie chcąc przyjmujemy je za tło naszych lokalnych przedsięwzięć teatralnych, zestawiając i porównując te produkcje ze sobą. I muszę przyznać, że w tym porównaniu nasz teatr polonijny nie wypada tak źle, a w niektórych wypadkach wypada nawet bardzo dobrze. Moim zdaniem „Ich czworo” umiejscawia się gdzieś tak pośrodku, ze zdecydowanym jednak wychyleniem w stronę pozytywów. Dzięki temu obejrzenie tej sztuki sprawiło mi sporą satysfakcję. I chyba podobnie było z odbiorem publiczności, która szczelnie wypełniła salę – i to w każdym z trzech dni, w jakich wystawiana była sztuka.
Wszyscy aktorzy dość odważnie weszli w tekst Zapolskiej, który wymagał od nich pewnej karykaturyzacji postaci. Rodziło to niebezpieczeństwo ich przejaskrawienia, jednak farsowa forma „Ich czworo” okazała się tu buforem, dzięki któremu wyrazista gra aktorów bardziej bawiła, niż raziła, stanowiąc przy tym alibi dla ich – niekiedy zbyt intensywnej, jak na mój gust – ekspresji. To zresztą wynika z charakteru twórczości Zapolskiej, która mimo, że zaliczana jest do (pokrewnego choćby Zoli) naturalizmu, to zawsze posługiwała się niezbyt naturalnymi środkami, obecnymi przecież w każdej karykaturze czy tragifarsie. Pewnie dlatego teksty Zapolskiej z jednej strony mogły być melodramatyczne, z drugiej zaś – brutalne.

ludzka menażeria

Wprawdzie sztuka nosi tytuł „Ich czworo”, to tak naprawdę chodzi w niej o „ich siedmioro”, chociaż pewne postaci mają więcej do powiedzenia (a aktorzy, tym samym do zagrania) niż inne. Grana przez Annę Dolecki Żona wydaje się być w centrum całego tego ko(s)micznego zgiełku, i w sporej części spektaklu to ona właśnie dominuje – zarówno scenę, jak i uwagę widowni (jestem pewien, że nie tylko jej męskiej części, której atencja – zważywszy na wyeksponowaną przez aktorkę kobiecość – wydaje się być jak najbardziej zrozumiała, wręcz oczywista). Anna Dolecki gra kobietę pustą, głupią i zachowującą się obrzydliwie, a jednak – być może dzięki przymiotom pozascenicznym – nie budzącą w nas spodziewanej abominacji czy awersji. (Do końca nie wiem, czy to źle czy dobrze, jednak muszę przyznać, że w mojej pamięci zagrana przez nią postać zapisała się trwale).

Julitta Mroczkowska

Julitta Mroczkowska jest klasą samą w sobie. Na jakiejkolwiek scenie się nie pojawi zwraca na siebie uwagę wszystkich – głównie swoim profesjonalizmem. Z nią każdy reżyser może iść jak w dym, bo może być pewny, że aktorka ta zawsze trafi w sedno. Tak też stało się tym razem, bo Mroczkowska na scenie zaistniała doskonale – z nerwem, ale też i z wdziękiem, mimo że i ona miała do odegrania postać dość żałosną i budząca politowanie.
Co tu kryć, bardzo spodobała mi się Edyta Luckos w roli Panny Mani. Równie przewrotna jak Żona – i podobnie jak ona szafująca swoim sex appealem – obracająca się wokół Męża (nie swojego, of course) jak fryga, usiłująca go omotać… Luckos, nie dość, że była w swej grze koncertowa, to jeszcze potrafiła się przy tym fantastycznie poruszać, z jakąś taką… dynamiczną gracją.
Dobrze też wypadł w roli Fedyckiego Grzegorz Chiliński. Jego „kochanek” to taki „picuś-glancuś”, który za fasadą lekkoducha i bawidamka skrywa zwykłego, pozbawionego honoru hochsztaplera. Też, niestety, wzbudza w nas bardziej rozbawienie niż będącą tutaj bardziej na miejscu irytację. (Dzieje się tak pewnie dlatego, że nie bierzemy tej jego szulerki zbyt poważnie.) Chiliński w wywiadach podkreśla to, że jest aktorem-amatorem, ale moim zdaniem powinien porzucić to wyznanie, gdyż to co robi wcale nie odstaje poziomem od gry jego bardziej zaawansowanych profesjonalnie koleżanek i kolegów.
Marcin Kowalik miał zagrać Męża, człeka osaczonego przez ludzką głupotę i bezbarwne życie, a przez to udręczonego i stłamszonego, więc ten występ nie mógł być fajerwerkiem, a zamiast tego był tym, czym był, czyli objawieniem człowieczka w szarym swetrze (choć jego runięcie na deski/posadzkę Teatru Chopina było jednak dla wielu widzów wstrząsające).
Znakomita była Aldona Olchowska jako służąca. Szkoda tylko, że miała taka mało do zagrania, bo to jest przyjemność patrzeć jak ona się zachowuje na scenie – ze świetną mimiką i gestami, w których była zarówno frywolność, jak i nieodparty wdzięk.
„Pożal się Boże dorośli” są w tej sztuce dorosłymi, więc ich mizeria i degrengolada – ta ich żałosna moral insanity – jest jakby na ich własne życzenie, ale najbardziej tragiczną i godną prawdziwego współczucia osobą w sztuce Zapolskiej jest według mnie Dziecko, czyli kilkunastoletnia dziewczynka, córka Męża i Żony. Wciela się w nią – trzeba powiedzieć, że nader śmiało – Nicole Figlewicz, stając się czymś w rodzaju wyrzutu sumienia w świecie ogarniętym szaleństwem i niegodziwością „dorosłych”.

Polonia ensemble

Mariusz Kotowski, reżyser „Ich czworo”, spadł na Chicago jak meteoryt, założył nową trupę mobilizując tutejszych, bardziej lub mniej aktywnych aktorów, i wraz z nimi – jak również, co warte podkreślenia, z całym zespołem ludzi niezbędnych – w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaprezentował polonijnej publiczności spektakl z prawdziwego zdarzenia, mając w zanadrzu następne.
Tak się składa, że w tym samym niemal czasie inny, bardzo się wyróżniający chicagowski zespół o familiarnej nazwie TEATR NASZ pod dyrekcją Andrzeja Krukowskiego wystawił Gombrowicza (nota bene, nie tak dawno wstecz prezentując też z sukcesem „Bal w operze” Tuwima). Agata Paleczny ze swoimi Warsztatami Teatralnymi, dosłownie na dniach przedstawi w Copernicus Center jubileuszowy program „Bajkowe Podróże, czyli wspomnień czar”. Z kolei, pełna ambicji i pomysłów Kinga Modjeska ma nam za kilka tygodni pokazać (pod szyldem Sceny Polonia) mickiewiczowskie „Dziady”. (O bardziej kameralnych wieczorach nawet nie wspominam.)
Tak więc, dzieje się! Ja nie pamiętam w naszym Wietrznym Mieście takiego scenicznego wzmożenia i czadu.
To cieszy, ponieważ nieraz odnosiłem wrażenie, iż polonijni aktorzy, mimo swojego potencjału nie mają po prostu w czym grać – są niedostrzegani i zaniedbywani, a tym samym czują się niedoceniani i niespełnieni. Miejmy nadzieję, że to się wreszcie zmieni, czego wszystkim artystom – a i samej chicagowskiej publiczności – życzę!

znój i afirmacja

Pozwolę sobie jeszcze na koniec wrócić na chwilę do przedstawienia „Ich czworo”, by zwrócić uwagę na to, jak wielkiego wysiłku – i to wielu zaangażowanych osób – wymaga stworzenie podobnego spektaklu. My, ludzie postronni, nie zdajemy sobie z tego tak do końca sprawę, lecz należy to mieć na uwadze i wspierać podobne przedsięwzięcia na różne sposoby. A jeśli stoi za tym prawdziwy walor artystyczny (tak jak w przypadku omawianej tu sztuki) to tym bardziej warto ten trud docenić.
Każdy człowiek potrzebuje afirmacji tego, co robi.
I jeszcze jedna rzecz… wcale nie drobnostka. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na niezwykłą fotogeniczność wszystkich bez wyjątku, wystawianych w Chicago spektakli. Jest to zasługą nie tylko reżyserów i aktorów (choć choreografia jest głównie ich dziełem), ale i twórców kostiumów oraz scenografii. Tę fotogeniczność potrafi znakomicie dostrzec i uchwycić – z właściwym sobie artyzmem – np. Krzysztof Babiracki, „nadworny” fotograf TEATRU NASZEGO (mam nadzieję, że się z powodu tego określenia nie obrazi). Wyróżnia się również na tym polu Andrzej Brach, którego szczodre fotoreportaże z przedstawień znaleźć można na stronach internetowych wielu artystów.
Ja sam próbuję zrobić czasem trochę zdjęć, ale uwiązanie do jednego miejsca na sali – do fotelu widza – tudzież niechęć do przeszkadzania sąsiadom, dość mocno moje fotograficzne pole manewru ogranicza. Niemniej jednak udało mi się utrwalić kilka obrazków z przedstawienia „Ich czworo”. I chciałbym nimi mój tekst zilustrować, mając nadzieję, że choć trochę oddadzą one ducha sceny, intencje aktorów oraz atmosferę panującą wówczas w teatrze.

* * *

Fot. Stanisław Błaszczyna

ZAWSZE JEST SIĘ Z CZEGO ŚMIAĆ… (rozmowa z Anną Dymną, Krzysztofem Kolbergerem i Janem Englertem)

.

Chicagowski klub „Made in Poland” stał się miejscem, przez które przewija się ostatnio cała plejada gwiazd polskiego aktorstwa. Niedawno mogliśmy zobaczyć w nim Annę Dymną, Katarzynę Figurę, Jana Englerta, Mariusza Benoit i Krzysztofa Kolbergera w przedstawieniu „Kochajmy się”, opartym na fragmentach mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”.

Anna Dymna: .... (zdjęcie własne)

Anna Dymna: „Są takie miasta na świecie, za którymi się tęskni, do których chciałoby się wrócić. Dla mnie takim miastem jest Kraków.” (zdjęcie własne)

 Z artystami rozmawiałem po jednym z wieczornych spektakli. Z Krzysztofem Kolbergerem zdołałem zamienić zaledwie kilka zdań, bowiem nasza rozmowa odbywała się niezbyt dogodnym do tego celu miejscu. Przez ogłuszające dźwięki muzyki z trudnością docierały do mnie wypowiedzi popularnego i lubianego aktora:

– Byłem tu w Chicago już kilkakrotnie, ale po raz pierwszy czuję się tak, jakbym nie wyjeżdżał z kraju. I zastanawiam się, dlaczego tak jest. Może już teraz czuję się tu jak u siebie? Może to na tym polega?

– Objechali państwo z „Panem Tadeuszem” całe Stany?

– Tak. Nowy Jork, Filadelfia, Los Angeles… W Kanadzie byliśmy z tym przedstawieniem w zeszłym roku. Tam zresztą była premiera. Potem był Londyn, gdzie niejako bisowaliśmy, bo byliśmy tam dwa razy.

– Ale zajmuje się pan teraz jeszcze czymś innym? Czy kręci pan aktualnie jakiś film?

– Tak. Gram w nim razem z Krystyną Jandą. Jest to historia o Angielce, która przyjeżdża z mężem Polakiem do kraju w okresie stalinizmu. Niestety, trafia na postać, którą ja gram, bardzo niesympatyczną – sekretarza partii.

– Czyli nadal są w modzie pewne tematy? A co z przyszłością polskiego teatru?

– Oczywiście stan, w jakim znajduje się teraz kraj odzwierciedla się również w położeniu naszego teatru. Ale są szanse, że tak jak wszędzie zacznie brać górę inicjatywa, i ludzie, którzy ją przejawiają. Będzie może ciężej, ale za to ciekawiej.

– Czy jednak nie będzie to negatywnie wpływać na repertuar. Czy nie stanie się on przez to np. bardziej komercyjny?

– Może przez jakiś okres – tak. Ale my\ślę, że w którymś momencie musi się znaleźć rada na to, żeby mogły mieć miejsce także artystyczne przedsięwzięcia, do których musi się dopłacać, by w ogóle zaistniały.

– Tutaj, w Stanach, też wszyscy chcą zarobić i musi się to wszystko opłacać, a i tak, mimo wszystko, mają wspaniałe artystyczne wydarzenia w teatrze.

– Uważam, że i u nas będzie podobnie.

– Jest więc pan optymistą.

– No a jak inaczej żyć?

***

Również i Annę Dymną zapytałem o to, jak bardzo jej obecne wrażenia z pobytu w Chicago, różnią się od tych sprzed kilkunastu lat, kiedy gościła tu w czasie kręcenia filmu „Kochaj albo rzuć”, jednej z części komediowej sagi o Pawlakach i Kargulach.

– Kiedy widzę siebie teraz w tym filmie, to myślę że to moja córeczka tam biegnie. Oczywiście, że czuję się tu już zupełnie inaczej. Nic mi nie jest tutaj tak obce, jak kiedyś, nic mnie tu już tak nie zaskakuje. Ale zawsze jest to dla nas wielkie przeżycie, głównie w sensie zbierania doświadczeń życiowych, co jest bardzo ważne dla aktorów, bo jeżeli chodzi o przeżycia artystyczne, to różnie z tym bywa.
Na przykład, dzisiaj przed południem graliśmy dla szkolnej publiczności. To było dla nas zupełnym szokiem. Było bardzo dużo młodzieży, lecz ich typ zachowania i reakcji, który jest nam w Europie zupełnie obcy… zaskoczył nas. Kiedy zgasło światło, to rozległy się takie gwizdy i krzyki, że myśleliśmy, że coś się stało. Bardzo spontaniczne reakcje, gumy do żucia… itp. Poza tym, jestem pewna, że oni nie rozumieją wszystkiego po polsku, więc staraliśmy się grać zupełnie inaczej.

– Wydaje mi się, że jeśliby nawet zrozumieli wszystko pod względem językowym, to z pewnością mieliby problem ze zrozumieniem tych wszystkich narodowych odniesień zawartych w dziele Mickiewicza.

– Oni tego nie rozumieją. A jednak myślę, że warto grać dla nich. Oni po prostu nie są przyzwyczajeni do chodzenia do teatru. Reagowali tak, jak na jakimś meczu rugby, albo na koncercie rockowym. Nie ukrywam, że było to dla nas niemal szokiem. Zmusiło nas też do tego, aby inaczej zagrać.

– Mimo ogromnego doświadczenia zawodowego, są sytuacje, które wam, aktorom, ciągle dają coś nowego.

– Ma pan rację, to są cenne doświadczenia dla aktorów. Mamy tu do czynienia z sytuacją, w której publiczność reżyseruje sobie aktora. Męczyliśmy się tak strasznie – to była orka, potworny wysiłek fizyczny i psychiczny. Nie mogliśmy dać się złamać, bo wtedy zaczyna się grać okropnie. Ale jesteśmy tak zwartą grupą, że się nie złamaliśmy i zagraliśmy to przedstawienie do końca. Nie wiem, czy był to sukces, czy nie, ale młodzież wytrzymała i my również. Myślę, że oni coś jednak z tego spektaklu wynieśli.

– Ale na wieczornym przedstawieniu było już zupełnie inaczej?

– Oczywiście, bez porównania.

– Bywała pani w różnych miejscach na świecie, więc zapewne ma pani jakieś porównanie, jeżeli chodzi o publiczność.

– Ja, z innym spektaklem, przejechałam pół świata, więc dokładnie wiem, jakie gdzie są publiczności. Muszę panu szczerze powiedzieć, że tu w Chicago, nie jest to publiczność najlepsza. W Kanadzie na przykład jest już zupełnie inaczej, w Australii wręcz wspaniale. Czuje się to po reakcjach widowni. Pamiętam jak w Kanadzie, po zakończeniu spektaklu, wszyscy wstali i zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”. To są dla nas przeżycia w pełni niezapomniane. W Polsce na pewno nie zdarzyłoby się nam coś takiego. To cudowne, kiedy cała sala jest wzruszona na wspomnienie kraju lat dziecinnych, ojczyzny, a my wiemy, że to nasza mała zasługa… i poezji Mickiewicza.

– A co czeka panią w kraju po powrocie? Cały czas mieszka pani w Krakowie?

– W Krakowie mieszkam od urodzenia. Jestem też nadal – od moich aktorskich początków – w Teatrze Starym.

– Nigdy nie miała pani ochoty przenieść się – np. do Warszawy?

– Kiedy byłam młodą aktorką, dość już znaną (bo wystąpiłam w bardzo wielu filmach w tamtym czasie), to Warszawa ciągnęła mnie bardzo. Ale powiedziałam sobie: nie. Poza tym, Teatr Stary w Krakowie, był podówczas bez wątpienia najlepszym pod każdym względem teatrem w Polsce. Teraz panuje regres ogólny, również w teatrach, ale ten krakowski zachował jednak swoją specyfikę. Chodzi mi zwłaszcza o atmosferę pracy, jakiej nie spotkałam gdzie indziej. Wspaniały zespół.

– A pani zdaniem, co będzie z teatrem w Polsce w związku z tymi wszystkimi zmianami społecznymi i politycznymi, które – tak na dobrą sprawę – nie wiemy w jakim kierunku zmierzają?

– Dobre teatry na pewno przeżyją wszystkie kryzysy. Prawdziwy teatr i prawdziwa sztuka zawsze się obroni, bo jest potrzebna jak tlen do życia. Choć są czasem takie momenty, w których wydaje się, że kultura nic nie produkuje, że jest może niepotrzebna. Nic bardziej błędnego!
Prawdę powiedziawszy, kryzys dotyka aktorów w bardzo bolesny sposób. Trzeba ich zwalniać, robi się bardzo duża konkurencja. Uważam jednak, że to akurat może wyjść teatrowi na dobre. Do tej pory, co roku, szkoły teatralne kończyło ze sto osób i każdemu wydawało się, że jak ma dyplom w kieszeni, to musi dostać pracę, zostać zaangażowanym i otrzymać jakąś rolę. Czegoś takiego nie ma nigdzie! Jeżeli mam dyplom, to muszę jeszcze udowodnić, że jestem dobrym aktorem, a o pracę trzeba walczyć. U nas tego nie było.
Tutaj w Stanach na przykład, to, że aktor jest kelnerem, bo nie ma z czego żyć, nie jest żadną ujmą. Ale w Polsce już kończy się to liczenie na pieszczenie. Mnie to jednak nie dotknie, bo już jestem… za stara.

– Chyba nie chce mnie pani zmuszać do tego, aby temu zaprzeczyć. Ma już pani wielkie osiągnięcia na swoim koncie, to prawda…

– Ja w tym zawodzie pracuję już ponad 20 lat! I teraz czuję się usatysfakcjonowana, bo nie czekam z założonymi rękami, ciągle coś robię. Widzi pan, koledzy z Warszawy biorą mnie sobie z Galicji, z prowincji i razem pracujemy.

– Tak a propos. Z jakim reżyserem się pani najlepiej pracowało?

– To jest trudne pytanie, dlatego że w tym zawodzie najważniejsza jest dla mnie możliwość pracowania z różnymi ludźmi. Jeżeli zaczęłabym pracować tylko z jednym reżyserem, to pewnie przy piątej pracy znienawidziłabym go, no i najprawdopodobniej zatrzymała się w miejscu. A tak, pracuję z różnymi reżyserami, każdy jest inny – za każdym razem są to więc inne doświadczenia.
Kto jest moim ulubionym reżyserem? Może to śmieszne co powiem, ponieważ grałam u tego reżysera tylko dwa razy – i to w epizodach. Jest to Tadeusz Konwicki. Pałam do niego jakąś sympatią, której nie da się niczym wytłumaczyć. Ja po prostu bardzo go lubię. Grałam u Tadeusza Konwickiego w „Dolinie Issy” wg powieści Czesława Miłosza i w „Jak daleko stąd, jak blisko”. Moi rodzice pochodzą ze Wschodu, on też, więc może stąd ta sympatia.

– Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć panią w jakimś bardzo dobrym filmie.

– Z filmami jest wielki problem, bo robi się ich teraz coraz mniej. Poza tym z czasem nabiera się coraz większego dystansu do zawodu. Gdy byłam młodsza, to grałam w filmach, w których może nie powinnam była grać. Obecnie w wielu z nich już bym nie zagrała, bo szkoda byłoby mi czasu.

– Pani jest w tej komfortowej sytuacji, że może wybierać.

– Dlatego dość dużo scenariuszy ostatnio odrzucałam. W Polsce robi się ostatnio dużo filmów w koprodukcji z Zachodem, lecz oni przyjeżdżają najczęściej z pełnymi swoimi obsadami; dla nas zostają epizody, a ja przed tym uciekam. Można oczywiście zarobić pieniądze, zagrać epizod u boku amerykańskich, angielskich, francuskich aktorów, ale to nie dałoby mi żadnej satysfakcji.

– A co z produkcjami polskimi?

– Dostałam ostatnio wspaniałą rolę. Dużo się już nad nią napracowałam, ale do zdjęć nie doszło, ponieważ pieniądze przeznaczone na ten cel, ze względu na dewaluację, okazały się za małe i realizację odłożono na czas bliżej nieokreślony. Miał powstać film o Stanisławie Wyspiańskim w reżyserii Janusza Morgensterna, a ja miałam w nim grać rolę, po której pewnie wszyscy by mnie znienawidzili, mianowicie żonę Wyspiańskiego. Jest to fascynująca rola i gdybym ją zagrała, to zrobiłabym wszystko, żeby tę postać obronić. Ona naprawdę miała nieprawdopodobne zalety, poza tym była też potworem. To taka prosta, z ziemi wyjęta baba… taka… rzepa. Potem się rozpiła. Gdy jej mąż umierał, mówiła: „gnije, gnije i nie może zdechnąć”. Bo ona uważała, że jak cielak chory, to mu się daje w łeb, a jak człowiek umiera, to lepiej by było, żeby „zdechł”, no bo po co się ma tak męczyć. Była właśnie taka wprost i Wyspiański ją za to kochał. Wspaniała postać do grania. Ale tego nie robimy, bo nie ma pieniędzy.
A kiedy dostaję takie propozycje, żeby na przykład tyłek pokazać, to ja już czegoś takiego nie mogę przyjąć. Te tyłki to niech już inne pokazują. Ja już się dosyć napokazywałam, mnie to już nie interesuje.

– Dziękuję pani za rozmowę i naprawdę bardzo się cieszę, że spotkałem panią tu w Chicago.

– Muszę się panu przyznać, że Chicago nie jest miastem – marzeniem mojego życia. Nie tęsknię za tym miastem. Są takie miasta na świecie, za którymi się tęskni, do których chciałoby się wrócić. Dla mnie takim miastem jest Kraków. Prawdopodobnie bez tego miasta bym umarła. Dlatego ja nigdy nigdzie nie wyjadę na stałe.

***

Podziękowałem pani Ani za niezwykle miłą rozmowę i poprosiłem z kolei Jana Englerta – znakomitego i popularnego aktora, ostatnio także reżysera i rektora PWST w Warszawie – o parę zdań dla „Relax”-u.

– Czy również według pana, nadchodzą ciężkie czasy dla aktorów teatru i filmu w Polsce?

– Uważam, że narzekanie na ciężkie czasy w tej chwili nie ma większego sensu. Robi się konkurencja, a ja się konkurencji nie boję. Wprost przeciwnie. Dlatego jestem zadowolony z tego, co się dzieje.

– Słyszałem takie opinie z gdańskiego festiwalu filmów, że prezentowane tam obrazy, które mogły stać się świadectwem „pokolenia stanu wojennego”, spóźniły się o parę miesięcy, że ich „ciosy trafiają w próżnię”.

– Nic sie nie spóźniło. Prawdziwe dzieło sztuki nie musi mieć aktualiów – broni się samo. Poza tym, każde dzieło sztuki weryfikuje czas. Jeżeli film jest dobrze skonstruowany, to nieważne, czy trafia bezpośrednio, czy pośrednio, czy spóźnił się, czy nie… Wytrzymuje próbę czasu. Nie można już teraz robić karier za pomocą np. żartu, że Urban ma odstające uszy. To się już skończyło.

– Podobno nasze społeczeństwo bardzo ostatnio spoważniało. Kabarety nie mają się z czego śmiać…

– Zawsze jest się z czego śmiać. Uważam – i tu się pewnie narażę niektórym – że polski kabaret, z małymi wyjątkami, jest na bardzo niskim poziomie. Trafia w gusty najbardziej poślednie. Utrzymywał się przez wiele lat właśnie dzięki aluzjom politycznym. Natomiast w momencie, w którym skończyła się możliwość zarabiania pieniędzy za pomocą „mrugania do widza”, zaczęło się weryfikowanie umiejętności warsztatowych, aktorskich, literackich. Uważam, że poza Wojtkiem Młynarskim, który jest wysokiej klasy tekściarzem, nie ma już nikogo.

– Swego czasu bardzo popularny był kabaret Jana Pietrzaka.

– Ja nie jestem zwolennikiem tego kabaretu. Pietrzak schlebia pewnym gustom, zupełnie mi obcym.

– Nie wypada im się teraz śmiać z ludzi, których dawniej popierali.

– Ale już śmieją się z innych. To nie jest sprawa tego, co się mówi, tylko jak się mówi i do kogo się mówi. A Pietrzak mówi do grupy najliczniejszej w naszym narodzie, tzn do „średnicy”. Mówi do tej „prostej”, „niewyrobionej” publiczności. Do niej zawsze będzie trafiał ze swoim sposobem bycia i stylem. I nie ma tym nic złego, choć sam tego nie lubię.

– Dla mnie jest to oczywiste. Nie podejrzewam bowiem pana o taki egalitaryzm.

– Teraz już można o tym mówić i nie jest to wstydliwe: jestem za elitami, nie odpowiada mi egalitaryzm jako hasło. Jestem przeciwny równości i jestem za tym, żeby było zróżnicowanie, elity, podziały… itd.

– Dlatego, że jest to bardziej naturalne?

– Oczywiście! Niby naturalne, a przez 40 lat w Polsce wszyscy nauczyli się, że wszystkim się wszystko należy. Niby obalili „komunę”, ale myślą nadal w ten sposób.

– Na pewno jest pan człowiekiem bardzo zajętym.

– To prawda. Dość dużo reżyseruję, ale w teatrze i w telewizji; no i rektoruję w warszawskiej szkole teatralnej. Uważam, że dla jednego człowieka jest to wystarczająca porcja.

– Właśnie: na którym miejscu widzi pan siebie jako pedagoga – w porównani z aktorem, reżyserem?

– Na pierwszym. To moja pasja.

– A jednak! Dziękuję za rozmowę i życzę udanego pobytu w Ameryce.

***

(Wywiad opublikowany został w chicagowskim tygodniku „Relax”, 12 stycznia, 1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

VIRTUTI MILITARI I MINISTER OBRONY Z WNUCZKĄ PIŁSUDSKIEGO

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

.

A teraz przystępuję do ujawnienia treści i przebiegu spotkań szczególnie znaczących dla każdego wywiadowcy. Chodzi o inwigilację środowiska wojskowego. Przedstawię dwa przypadki: kontakt z oficerem lotnictwa amerykańskiego oraz z samym ministrem obrony narodowej Rzeczypospolitej Polskiej.
Państwo wybaczą ten żart. Moja znajomość z profesorem dr. Zdzisławem Wesołowskim, człowiekiem niezmiernie interesującym, oraz zetknięcie się z Januszem Onyszkiewiczem, z którym udało mi się przeprowadzić parogodzinną rozmowę w Miami, to jedne z moich cenniejszych dotychczasowych doświadczeń amerykańskich.

Prof. dr Zdzisław Wesołowski w miłym towarzystwie (Barbary Cooper)

Prof. dr Zdzisław Wesołowski w miłym towarzystwie (Barbary Cooper)

Zdzisław Wesołowski dał się niedawno poznać szerszym kręgom Polonii, będąc jednym z trzech kandydatów w ostatnich wyborach na prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej. Niezwykle barwna postać, życiorys nad wyraz ciekawy. Przybył tutaj z Polski z rodziną, jako 11-letni chłopiec, wkrótce po zakończeniu II wojny światowej. W Nowym Jorku ukończył szkołę średnią, później pływał na statkach handlowych, dostał się do wojska, służył w wojnie koreańskiej, latając na samolotach, po czym rozpoczął studia, zaliczając ostatecznie kilka fakultetów: ekonomię, kierownictwo i zarządzanie, biznes i handel, otrzymując w końcu doktorat z ekonomii. Obecnie jest wiceprezydentem Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej, wykładowcą  ekonomii i zarządzania oraz… aeronautyki na Florida Memorial College w Miami. Posiada stopień kapitana rezerwy lotnictwa Stanów Zjednoczonych, ostatnio mianowany na pułkownika gwardii stanowej. Kiedy go poznałem, kończył „Złotą Księgę Kawalerów Polskiego Orderu Virtuti Militari”. Wcześnie wydał już kilka innych pozycji z dziedziny falerystyki. Byłem ciekaw, zważywszy na tak szerokie pole działalności profesora, skąd się wzięła ta fascynacja odznaczeniami i orderami, a szczególnie Virtuti Militari, każąca mu poświęcić kilkanaście lat na badanie historii odznaczeń, a w przypadku ostatniej książki – na kompletowanie liczącej ponad 26 tys. nazwisk listy kawalerów Orderu.

Okazało się – jak to często bywa – że przyczyny leżą w biografii rodzinnej bohatera. Wszystko to dzięki jego ojcu, którego życiorys jest naprawdę gotowym scenariuszem na film sensacyjny. (Miałem okazję przeczytać jego, wydaną w Polsce, biografię.)
„Kiedy ojciec przywiózł nas do Ameryki – wspominał Zdzisław Wesołowski – widziałem go często w mundurze, a na jego piersi całe mnóstwo odznaczeń. Nie za bardzo nawet chciał mi objaśniać, opowiadać za co je otrzymał. W ogóle nie opowiadał mi zbyt wiele o swoim życiu. Dopiero kiedy byłem już dorosły, od jego kolegów dowiadywałem się jakim wspaniałym był człowiekiem, jakich czynów dokonał, stając się polskim i amerykańskim bohaterem.”
A zatem kim był Stefan Wesołowski, ojciec Zdzisława? Wystarczy wspomnieć, że trudne dzieciństwo, pełne głodu i poniewierki, które przypadło na okres I wojny światowej, zmusiło 9-latka do wstąpienia w szeregi Wojska Polskiego. Parę lat później, za zasługi w obronie Lwowa i udział w Powstaniu Śląskim, zostaje odznaczony Krzyżem Walecznych i właśnie Orderem Virtuti Militari (jako 13-letnii chłopiec!) Bez wątpienia stał się przez to najmłodszym kawalerem tych odznaczeń, jak i najmłodszym kapralem Wojska Polskiego – bo taki stopień mu wówczas nadano. Później wiążą się jego losy z morzem. Pływa pod różnymi banderami, po wszystkich wodach świata. Walcząc na morzu, podczas II wojny światowej, był dekorowany różnymi odznaczeniami przez 7 państw. Nie mając nawet amerykańskiego obywatelstwa, został w czasie wojny dowódcą jednostki floty Stanów Zjednoczonych.
Nic więc dziwnego, że życiorys ojca stał się dla Zdzisława busolą i drogowskazem, determinując jego karierę i fascynacje. 200-lecie ustanowienia Orderu Virtuti Militari było więc doskonałą okazją do wydania „Złotej Księgi”. Jednak w roku obchodów, sfinalizowanie projektu spaliło na panewce, nota bene z najbardziej powszechnej i prozaicznej przyczyny: braku funduszy. „Prosiłem kilka osób o pomoc w sfinansowaniu tego wydania – skarżył się Wesołowski – otrzymałem nawet kilka obietnic, ale w końcu okazało się, że ci „wszyscy święci” mi odmówili. Np. pani Basia Johnson napisała mi w liście, że owszem, podziwia moją pracę itd…. ale niestety, nie ma pieniędzy. I to twierdzi kobieta, której majątek ocenia się na 550 mln. dolarów!” Autor poskarżył mi się również, że wsparcia odmówiłam mu także Blanka Rosenstiel i że ledwie zdołał ją przekonać, by swój bal „Polonaise” poświęciła obchodom 200-lecia i Kawalerom Orderu, a nie – jak zamierzała – Kolumbowi i Indianom (ostatecznie tematyka ta dominowała w roku następnym). A jednak wszystko skończyło się pomyślnie i obecnie „Złota Księga” – w całej swej krasie i historycznej doniosłości – jest do nabycia u autora.

greydot

Tak więc, dzięki inicjatywie prof. Wesołowskiego i akceptacji prezeski Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej w Miami, jeden z balów „Polonaise” miał para-militarny charakter. Poświęcony 200-leciu ustanowienia Orderu Virtuti Militari, zgromadził kawalerów tego odznaczenia, jak również kilku wysokich rangą (dwóch generałów) oficerów armii amerykańskiej. Z Polski zaś przybył Janusz Onyszkiewicz, pełniący jeszcze wówczas funkcję ministra obrony narodowej. Jak pamiętamy, w latach 80-tych był on jednym z czołowych działaczy „Solidarności”, rzecznikiem prasowym tej organizacji i doradcą Lecha Wałęsy. W 1990 r. został mianowany pierwszym w Układzie Warszawskim cywilnym wiceministrem obrony narodowej. Te fakty mogły zapowiadać interesującą rozmowę, tym bardziej, że w Polsce zmienił się w tamtym czasie rząd (kierownictwo przejęła ekipa Jana Olszewskiego, którą nazwano wówczas „gabinetem pod choinkę”). Wydawało mi się, że jako osoba siedząca w samym centrum kotła politycznego w kraju, Onyszkiewicz będzie człowiekiem kompetentnym w objaśnieniu pewnych aspektów ówczesnych rozgrywek partyjnych i gospodarczych. Nie rozumiem doprawdy późniejszych pretensji niektórych zagorzałych przeciwników Unii Demokratycznej, że w ogóle ośmieliłem zbliżyć się do Onyszkiewicza. Ależ panowie! Co ma piernik do wiatraka a wół do karety?! Czy wywiady musimy przeprowadzać tylko z tymi, których politycznie kochamy? Oczywiście, że UD się później kompromitowała i osłabła wydatnie, a już zupełnie rozmyła się i pogubiła w mariażach Unii Wolności, schodząc na dalszy plan polskiej szopki politycznej. Wówczas, w Miami, od Onyszkiewicza można się było dowiedzieć paru interesujących rzeczy. Np. tego, że „polskie życie polityczne jest dojrzałe” (słowa samego ministra, które nawiasem mówiąc posłużyły za tytuł wywiadu opublikowanego później w chicagowskiej „Gazecie Polskiej”). Czyż nie jest to interesujące stwierdzenie?

Janusz Onyszkiewicz z żona Joanną, wnuczką Józefa Piłsudskiego

Janusz Onyszkiewicz z żoną Joanną, wnuczką Józefa Piłsudskiego

Nie chciałbym tu jednak ironizować, tym bardziej że odpowiedzi mojego rozmówcy były rzeczowe i można je było rozważyć w kategoriach akceptacji lub negacji. Rezultatem długiej rozmowy były dwa obszerne wywiady: jeden na temat ogólnej sytuacji w Polsce, drugi na temat wojska. To co się stało kilka miesięcy później (upadek rządu Olszewskiego i awantura z teczkami Macierewicza) było jednak antycypowane w naszej rozmowie. Onyszkiewicz np. wyraźnie odciął się od idei dekomunizacji mówiąc: „Dla wielu ugrupowań politycznych dekomunizacja ma być kolejnym hasłem mającym, po pierwsze – wytłumaczyć dlaczego do tej pory z tego kryzysu nie udało się wyjść; po drugie – dać ludziom igrzyska, skoro nie można dać im chleba. To bardzo niebezpieczna droga.”
Na moje pytanie, co sądzi o tych opiniach, które mówią, że mimo ogólnych (wówczas) prawicowych deklaracji, Polska skazana jest – z wielu względów – na lewicowy program ekonomiczny, minister odpowiedział: „Jesteśmy niewątpliwie skazani – i mówię to bez żadnego żalu – na program o zabarwieniu socjaldemokratycznym  w tym sensie, że musi on zabezpieczać pokój społeczny, a więc taki, który w okresie szalonych zmian i napięć, da ludziom pewne poczucie bezpieczeństwa (…). Sytuacja jest naprawdę trudna i wyjścia z ogólnej polityki gospodarczej, zwanej planem Balcerowicza – odejścia od głównych jego założeń – nie ma.”
To co się działo w następnych latach – sami byliśmy tego świadkami – potwierdziło jedynie obawy, które mogły się w nas zrodzić, gdy analizowaliśmy wypowiedzi Onyszkiewicza.

Naturalnie, rozmowa zeszła także na tematy wojska. Przyznam, że najbardziej zależało mi na uzyskaniu odpowiedzi na następujące pytanie: Co można sądzić pod względem etycznym i moralnym o instytucji, która jeszcze parę lat temu była miejscem najbardziej zaciętej i intensywnej indoktrynacji komunistycznej, a teraz – praktycznie perzy braku realnych zmian i przy tej samej kadrze – chce uchodzić za opokę chrześcijaństwa? (M.in. poświęcano wówczas – z helikoptera! – poligony wojskowe. Mimo tego, wielu nadal uważało wojsko za zakamuflowaną ostoję mentalności komunistycznej, w dalszym ciągu dowodzoną przez „czerwonych generałów”.)
Odpowiedź Onyszkiewicza nie mogła być inna: Wojsko nie ma ambicji uchodzenia za religijną opokę. To prawda, że została kadra, która prawie w całości należała do partii („No są byli towarzysze!”) Jednak okazało się to bardzo naskórkowe. Te posądzanie o komunistyczne przeżytki traktowane są niezwykle instrumentalnie… etc.

Nie sposób wspomnieć tu o wszystkich wątkach rozmowy z szeregowcem, który na stanowisku ministerialnym zawiadować miał generałami. Z okazji tego spotkania miałem także przyjemność poznać małżonkę Janusza Onyszkiewicza, Joannę – nota bene wnuczkę Marszałka Piłsudskiego – kobietę niezwykłej urody, wykształconą w Anglii (architektura), o doskonale sympatycznej powierzchowności.
Nazajutrz dowiedziałem się o chorobie ministra. Otóż okazało się, że przed przybyciem do Miami, bawił on na tygodniowych wakacjach na Jamajce, gdzie wskutek kąpieli w Oceanie nabawił się zapalenia ucha środkowego. Tuż przed wejściem do samolotu stracił równowagę i musiano go przewieźć do szpitala, gdzie zajęli się nim lekarze z US Air Firce Hospital w Homestead (wówczas jeszcze baza istniała, zanim nie rozebrał jej Clinton i jego administracja).
Po powrocie do kraju Onyszkiewicz przestał być ministrem. Może i dobre to było dla niego rozwiązanie, jako że za trzy miesiące wybuchła w Polsce pamiętna afera z agentami i ich teczkami, która zmiotła gabinet Olszewskiego i obnażyła słabość polskiej prawicy. Nastąpiły dalsze zawirowania i Janusz Onyszkiewicz znów trafił do MON, ale tylko na chwilę*, bo oto ponownie nastały ministerialne rządy admirała Kołodziejczyka, byłego wasala Red Army i informatora KGB. Później, jak pamiętamy, zaczęło się nasze pukanie do NATO, a na wojskowej górze znów wydarzyło się parę ciekawych hecy… Jegomoście zajęci byli polityczno-personalnymi rozgrywkami, podczas gdy broń rdzewiała coraz bardziej. I znów pewnie będą na Zachodzie żartować, że armie polską jest w stanie pobić w miarę sprawna drużyna skautów.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 17 marca, 1995 r.)

* Janusz Onyszkiewicz ponownie pełnił obowiązki szefa MON w latach 1997-2000, w rządzie Jerzego Buzka.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

INDIANIE TAŃCZĄ POLONEZA W MIAMI

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

 

Floryda nie taka znów kolorowa, jak ją malują. A wiadomo, że folder reklamowy zniesie każde egzotyczne kłamstwo. Dobry fotograf i piekło na raj przerobi: wybiórczość kadru, podretuszowane kolorki, papier kredowy i bajer sloganowy potrafią czynić cuda. Obrazki znane nam z reklam telewizyjnych czy prasowych – to słońce, palmy, złoty piasek i laski nieziemskie w bikini – to ledwie cząstka florydzkiej rzeczywistości. Cała reszta to skwar, wilgoć i bagna.* To, co się nam kojarzy z egzotyczną Florydą, to zaledwie wąski pas wybrzeża wzdłuż Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej. Tam rzeczywiście możemy trafić na miejsca, które robią wrażenie i mogą przypominać bajkę; są też niewątpliwie warte zwiedzenia (Key West, St. Augustine, Cape Canaveral, wyspa Sanibel…) ale klimat, zwłaszcza latem, jest fatalny – jeszcze bardziej zwariowany, niż w Chicago. Najbardziej daje w kość wilgoć, częste zmiany ciśnienia i wiatry. Pogoda zmienia się błyskawicznie – w ciągu jednego dnia przeżyć możemy ulewę, huragan, duchotę i rozpalona patelnię. Niekiedy wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, żeby podobnej zmiany doświadczyć. Wysoką temperaturę można by jeszcze znieść, gdyby nie ta cholerna humidity. To pod tym względem można mówić o bezdyskusyjnej wyższości ciepłego, ale suchego klimatu Kalifornii nad subtropikalnym, lepkim piekiełkiem Florydy.
To zdumiewające, co potrafi zrobić sprawna mitotwórcza kampania reklamowa i handel ludzkimi marzeniami. Bowiem, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty Floryda była niemal pusta. Wielu entrepreneurs dostrzegło w tym możliwość fantastycznego zarobku. Rozkręcono więc wielką machinę naganiającą do osiedlenia się we florydzkim raju. Głównym targetem, czyli – mówiąc już po ludzku – celem agentów realnościowych, stali się ludzie starsi, będący już na emeryturze, często zamożni, dysponujący oszczędnościami całego życia. To nic, że klimat Florydy przystawał do zdrowotnych wymogów seniorów jak pięść do nosa: fatalny dla niedomagającego już serca, niewydolnego układu oddechowego, zwiędłej skóry… Wykreowano więc mit Florydy jako sielskiej, ostatniej przystani na zimę życia. A wszystko po to, by dokopać się do żyły złota. Naturalnie, to co teraz tutaj piszę to są uogólnienia – gdyż spotkałem tam również szczęśliwych rezydentów, którzy przenieśli się z chłodnej północy. Ale ogólnie, jeśli już gdzieś uciekać, to lepiej jest wyjechać do Kalifornii (tym bardziej, że nie są to już czasy „Gron gniewu” Steinbecka).

greydot

Głównym powodem, dla którego zacząłem pisać o Florydzie, jest chęć przelania na papier wspomnień związanych z moim kontaktem z Amerykańskim Instytutem Kultury Polskiej w Miami. Warto więc zacząć od wystawnych imprez zwanych balami „Polonaise”, będących w Ameryce prawdziwym ewenementem, jeśli chodzi o kulturalną polsko-amerykańską symbiozę. Rok rocznie wydarzenie to organizuje Blanka Rosenstiel, założycielka Instytutu, inicjatorka Fundacji im. Chopina, milionerka i filantropka, od kilkudziesięciu już lat propagując kulturę polską wśród Amerykanów. Bal „Polonaise” to jej oczko w głowie i perła w koronie – uważa go za jedną ze swoich spektakularnych wizytówek.
Pamiętam pierwszy bal, którego byłem świadkiem. Gdybym miał opowiedzieć o nim językiem tanich reportaży wydawanych w formie paper-back, zacząłbym następująco:
Sobotni wieczór, trzeci tydzień karnawału. Pogoda, jak to w styczniu: osiemdziesiąt kilka stopni, powietrze lepi się od wilgoci, wiatr nie daje ochłody, a tu jeszcze trzeba przedzierać się sposobem bumper-to-bumper w korku samochodów zalewających miamskie downtown. Prawdziwa florydzka zima. Nabrzeżną, wysadzaną strzelistymi palmami arterią, docieram do hotelu Inter-Continental. Szum Atlantyku miesza się z gwarem przybywających gości. Pytam się hotelowego boy‚a o drogę do sali, w której ma się odbyć całe wydarzenie „Oh! I know! Polynesian Ball!” – mówi łamaną angielszczyzną, wskazując nam kierunek. Mogliśmy być pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Pomylić poloneza z Polinezją? Nie będzie to wyglądać tak absurdalnie, jeśli uprzytomnimy sobie, jak egzotycznie dla hotelowych gości z całego świata musiała wyglądać np. niezwykle malownicza postać jegomościa z sarmackimi wąsami, przebranego w efektowny szlachecki strój sprzed kilku stuleci. A tu jeszcze te poczty honorowe, surmy, prezentacje, insygnia, sztandary… Nie wspominając już o tłumie pań w wytwornych sukniach jak nie z tej epoki, panów we frakach i smokingach… „It must be a real big party” – dotarło do moich uszu stwierdzenie ze strony przyglądającej się temu wszystkiemu z ubocza – a będącej pod wielkim wrażeniem – pary Australijczyków.

W podobnym tonie można by ten opis ciągnąć dłużej, tym bardziej, że specyfika fety obfitowała w kurioza i wcale nie wymagała ubarwień. Tak jest zresztą co roku, choć każdy bal ma inny akcent i tematykę, przybierając inne barwy. Wtedy akurat poświęcony był dwusetnej rocznicy ustanowienia przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Orderu Virtuti Militari. Z tej to racji całość trzymał w garści prof. dr Zdzisław Wesołowski, który był głównym inicjatorem obchodów, jako wybitny znawca historii orderu, jak i falerystyki ogólnej. To wówczas miałem okazję zawrzeć z nim znajomość, podobnie jak z Alexandrem Jordanem – Lutosławskim, kończącym wtedy tłumaczenie „Historii Polski” Pawła Jasienicy na język angielski. Znajomości te miały zresztą swoje konsekwencje, ale o nich może wspomnę następnym razem.

Na balu był także obecny Janusz Onyszkiewicz z małżonką Joanną (nawiasem mówiąc: wnuczką marszałka Piłsudskiego), wówczas jeszcze wiceminister obrony narodowej. Złoty Medal „za wybitne osiągnięcia na polu kultury i polityki” odebrał pisarz Stanisław Kuniczak (przetłumaczył na język angielski m.in. trylogię Henryka Sienkiewicza). W poprzednich latach wyróżniono w ten sposób m.in. Krzysztofa Pendereckiego i znanego pisarza amerykańskiego Jamesa Michenera. Była również aktorka Loretta Swit, kilku generałów US Army, państwo Burzyńscy z Teksasu, kawalerowie Virtuti Militari. Odczytano depesze: Busha i Wałęsy, a nawet… generała Schwarzkopfa. No i oczywiście nie zabrakło przeróżnych księżnych i książąt, hrabiów i hrabianek, baronów i baronowych – z Danii, Finlandii, Jugosławii, Francji, Rosji, Anglii… Nie omieszkał też zawitać jakiś król (bliżej mi nie znany). Świat, który – jak widać – jeszcze nie zaginął. I – jak się dowiedziałem – nie tylko, że nie zamierza ginąć, ale i wydaje w Europie własny magazyn for Royalties and Aristocracies zatytułowany „Point De Vue – Images Du Monde”.

greydot

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) - młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) – młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Równie egzotycznie było na balu następnym. Może nawet bardziej egzotycznie, jako że z dźwiękiem poloneza mieszały się melodie indiańskie. Bowiem z okazji 500-nej rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, bal „Polonaise” odbywał się w hołdzie… pierwszym (rdzennym) Amerykanom, czyli Indianom. W wielkiej sali balowej hotelu Fontainbleau w Miami Beach doszło więc do zderzenia dwóch – wydawałoby się odległych o antypody – kultur. „La Grande Polonaise” poprowadziła idąca w pierwszej parze z senatorem Enochem Kelly Haney, Lady Blanka Rosenstiel. Należy zaznaczyć, że senator Haney z Oklahomy jest nikim innym, jak czystej krwi Indianinem ze szczepu Seminoli, oprócz polityki zajmującym się – z równym powodzeniem – malarstwem i działalnością biznesową. Nie brakło też wodzów ze szczepów Cherokee i Mohawków: Jonathana Taylora i Normana Tarbella spotkać można było w towarzystwie Marii Józefy i Marii Christiny, księżnych saksońskich.
Gazeta „Miami Herald” obwieszczając bal, za wzmiankę najbardziej godną uwagi uznała fakt obecności na nim Loretty Swit, znanej powszechnie z roli Hot Lips w serialu „M*A*S*H”. Przyjaciółka Blanki Rosenstiel, aktorka polskiego pochodzenia, której rodzice nosili nazwisko Świt. Chciałem skorzystać z okazji i przeprowadzić z nią wywiad, w czym obiecała pomóc mi Gospodyni balu, przedstawiając mnie aktorce. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że będzie to jeden z największych niewypałów w mojej karierze wywiadowcy. Może dlatego, że było to już późną porą, po paru toastach? A wszystko zaczęło się tak obiecująco. Dowiedziałem się więcej o polskich korzeniach Loretty, zanim rozmowa nie zeszła na nieszczęsny „M*A*S*H”. Wpierw, nieopatrznie wyraziłem zdziwienie, że pani Swit nie widziała filmu Roberta Altmana „M*A*S*H” (nota bene uznanego przez Amerykańską Akademię Filmową najlepszym obrazem 1971 r.), który, bądź co bądź, stanowił pierwowzór dla serialu telewizyjnego. Następnie pogrążyłem się jeszcze bardziej zdradzając, że widziałem tylko jeden odcinek tej mydlanej opery, która przyniosła sławę Lorettcie. Na to artystka odpowiedziała, że z serialem nie ma już nic wspólnego od 20 lat i chciałaby porozmawiać o innych swoich aktorskich osiągnięciach. Na co ja… ani be ani me, jako że nie spotkałem nazwiska pani Swit nawet w drugorzędnych produkcjach kina amerykańskiego, nie mówiąc już o produkcjach pierwszorzędnych. Delikatnie więc poprosiłem o przybliżenie mi tych osiągnięć. Tutaj artystka, (która na balu występowała przecież w charakterze Wielkiej Gwiazdy) zrobiła uwagę, że byłoby lepiej gdybym sam wcześniej zaznajomił się z jej wyczynami. Ja z poruszoną ambicją sumiennego wywiadowcy (gdyż zazwyczaj dość rzetelnie staram się przygotowywać do tego typu spotkań) odparłem, że przed naszą rozmową poszedłem do biblioteki i przewertowałem wszelkie możliwe źródła wiadomości o ludziach estrady, sceny i filmu… i niestety… nawet w najbardziej opasłych księgach, kompendiach wiedzy i przewodnikach typu „Who is Who?” żadnych informacji o Lorettcie Swit nie znalazłem. W tym momencie nastąpił raptowny koniec naszej rozmowy. Może dlatego, że było to już późna porą, po paru toastach?…**

greydot

Kiedy dziś wspominam te bale, doznaję mieszanych uczuć. Z jednej strony imponować mógł rozmach i wystawność tych imprez, z drugiej – można było wyczuć na nim sztuczność i napuszenie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji przejętego własną pozycją i geologicznym drzewem. A przecież żadnego wrażenia nie powinien na nas robić tytuł barona czy hrabiny, dopóki się nie przekonamy co ci ludzie sobą reprezentują, czy przypadkiem nie są nadmuchanym balonem zarozumialstwa i jedyną ich zasługą nie jest aby tytuł odziedziczony po przodkach. Trochę niewyraźnie się więc poczułem, kiedy, rozmawiając o organizacyjnych kulisach balu, usłyszałem od pani Blanki: „Jestem pewna, że wielu ludzi gotowych jest zapłacić nawet kilkaset dolarów, byle tylko doznać tego zaszczytu, by zasiąść przy jednym stole z naszą arystokracją.” A odnosząc się do balu jubileuszowego, który akurat wtedy się zakończył, dodała: „Nasze bale – a było ich już dwadzieścia – mają swoją specyfikę i ulegają po drodze pewnej ewolucji. Ostatnimi laty np. przyjeżdżała na niego głównie arystokracja europejska. Zazwyczaj więcej jest Amerykanów. To nic, że nie przyjechała księżna Bernadotte, państwo Sapiehowie, ani książę Alexander, który zazwyczaj tutaj bywał (prawdopodobnie zostanie teraz królem Serbii). Przysłali nam piękne życzenia i telegramy.”

To jest znakomite, że miamski Instytut usiłuje sprzęgać to, co polskie z tym, co amerykańskie. Ta zasobna w fundusze (zmarły przed kilkudziesięcioma laty mąż Blanki zostawił jej fortunę, dzięki której mogła ona rozwinąć swoją działalność) organizacja, aktywna dzięki energii i wyobraźni Prezeski, tworzy i przechowuje wartości, których brak zubożyłby nie tylko środowisko florydzkie, ale i całej Polonii amerykańskiej. Choć z drugiej strony, Polacy na Florydzie skarżą się na odsunięcie się od ich środowiska pani Blanki, dzięki czemu działalność Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej jest im obca. Skąd my znamy te animozje? Może wynika to właśnie z tego, że Blanka Rosenstiel założyła sobie, iż ma to być przede wszystkim instytucja amerykańska i w zasadzie elitarna? Jedno jest pewne – w oczach Amerykanów przydaje nam chluby i prestiżu, budując obraz Polski i Polaków na jakim powinno nam zależeć.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 3 marca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

* Nieco przesadziłem tutaj z tym opisem Florydy. Zawsze lubiłem ten stan i nawet po przeprowadzce do Chicago wracałem na Florydę z przyjemnością. Dlatego wkrótce postaram się opublikować tekst, który lepiej oddaje sprawiedliwość temu, czym – i jaka naprawdę – jest Floryda.
** To prawda, nie zachowałem się wówczas jak dżentelmen i do dzisiaj jest mi z tego powodu wstyd (nie można przecież wszystkiego zwalać na alkohol). Zresztą Loretta Swit kilka lat później przyjechała do Chicago ze swoim monodramem („Shirley Valentie”), który zaoprezentowała na najbardziej chyba renomowanej scenie Wietrznego Miasta – Chicago Theatre. Kto wie, może nawet przyczyniła się do tego jej ambicja urażona przez moje zachowanie i ignorancję?

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

RAGU SOPHII LOREN I TRUP BUGAJSKIEGO

(ze wspomnień wywiadowcy)

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w szufladzie, postanowiłem powołać tutaj do życia nowy cykl zatytułowany “Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach prasy polonijnej. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że “wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, daleko w przeszłość pamięcią nie musiałem sięgać). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, jeszcze i dzisiaj spotkać się może z zainteresowaniem tych, którzy odwiedzają moją stronę.

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Do Stanów Zjednoczonych jechałem „w ciemno”. Wyjazd z Polski wydał mi się jedyną szansą wyrwania się z zaklętego kręgu, w jakim znalazłem się w kraju. Góra komplikacji osobistych, bolesne przejścia, kiepskie perspektywy ekonomiczne… Wcześniejsze wypady do Niemiec dodawały mi odwagi.
Jak na każdym prowincjuszu, Ameryka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, choć oczywiście nie obyło się bez rozczarowań, rozwiewania mitów i konfrontacji rzeczywistości z wcześniejszymi wyobrażeniami. Lecz na to byłem niejako przygotowany, przewalając przed wyjazdem stosy makulatury, dzięki którym mogłem się zapoznać z odczuciami i wspomnieniami innych bywalców Ameryki. Jednak wiadomo – setka pornosów nie zastąpi prawdziwego obcowania z konkretną kobietą. Wpadłem wiec po uszy w objęcia Ameryki i zrazu nadziwić się nie mogłem różnym jej przejawom. Ale to już temat do innych rozważań.

Po pierwszym zachłyśnięciu się oryginałem, dała znać imigrancka, znana nam wszystkim, proza. Przede wszystkim – poszukiwanie pracy, uwieńczone, na szczęście sukcesem. Możliwość nie tylko zarobku, co głównie odrobienia długów i odbicia się od dna. Tylko że jakim kosztem? Dwanaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, przez pół roku – świątek, piątek, bez jednego dnia wolnego. Ciągłe obcowanie z ludzkim cierpieniem, z przewlekłą agonią. Potrzeba odskoczni, by nie zwariować. Zastępujący mnie na nocnej zmianie Rysiek, lekarz anestezjolog z Białegostoku, wspomina o swoich kontaktach z prasą polonijną. Ja mówię, że pisałem w Polsce do „KINA”, „Filmu na świecie”, „Powiększenia”, że miałem swoje publikacje w „Tygodniku Solidarność”, w „Sanie”… na co on: „To napisz coś, cokolwiek”. No i za tydzień miałem swój debiut w „Dzienniku Chicagowskim” w postaci dwóch artykułów: jeden traktował o przyczynach upadku PZPR i charakterologicznym podziale jej członków (czyli o ludziach partii), natomiast o temacie drugiego chciałbym już dzisiaj litościwie zapomnieć. I tak oto zaczęła się moja przygoda literacko-wywiadowcza z Chemigraphem (czyli z wydawcą trzech polonijnych tytułów prasowych: „Dziennika Chicagowskiego”, „Gazety Polskiej” i tygodnika „Relax” – przyp. stb).

greydot

Już z okazji pierwszego reportażu udało mi się trafić na salony, gdzie spotkałem samą… Sophię Loren. To nic, że musiałem tam dojechać dysponując jedynie 10-letnim, rozsypującym się junkiem, który kupiłem za moją pierwszą „tygodniówkę”. Jadąc do downtown po zatłoczonej don granic niemożliwości autostradzie, mój relikt motoryzacji jakoś przetrzymał, mimo że pędziłem nim z zawrotną dla niego prędkością 50 mil na godzinę. Zaczął mi dopiero rzęzić przy zjeździe na Jackson Blvd., gdzie rozkraczył się już na dobre, na samym środku ulicy. W chłodnicy nie było kropelki wody. Interesująco musiałem wyglądać przy tej zżartej przez rdzę kupie złomu, w moim wytwornym (a tak!) fraku pingwina i muszce (stroju wypożyczonym, of course), pochylony nad silnikiem, który pokrywały całkowicie kłęby dymu. To, że ruszyłem (na wszelki wypadek miałem przy sobie kilka galonów wody) i znalazłem wreszcie jakiś parking, zakrawało na cud. Z pierwszego zrezygnowałem, gdy jacyś kręcący się tam kolesie pokazali mi charakterystyczny znak obrazujący proces skracania człowieka o głowę. Był za daleko.

greydot

Premiera inaugurującego XXVI Międzynarodowy Festiwal Filmowy – bo o tej imprezie tu mowa – filmu w reżyserii Liny Wertmüller i z Sophią Loren w roli głównej, miała się odbyć w przypominającej ubiegłowieczną operę sali widowiskowej Fine Arts Theatre. Po przybyciu na miejsce, zastałem tam tłum przedziwny i … błyskotliwy – głównie dzięki damom w imponujących kreacjach, obwieszonych kilogramami biżuterii. Uroda pań oscylowała między uderzającą pięknością, a pięknością, której uderzenie było już nieco słabsze. Te ostatnie, to seniorki trudne do zidentyfikowania pod kilkoma warstwami pudru i smarowideł. Wreszcie weszła ONA – Sophia Loren, w pięknej czerwonej sukni ozdobionej olśniewającymi brylantami. Towarzyszył jej małżonek, znany włoski producent filmowy, Carlo Ponti.
Po projekcji filmu, (którego recenzję zamieszczę przy innej okazji) odbyła się odświętna Night Opening Gala wraz z wystawnym benefitowym obiadem w nowopowstałym wieżowcu przy 515 North State Street: „… zdumiewającej geometrycznej fantazji światła i szkła, zaprojektowanej przez wybitnego japońskiego architekta Konzo Tange” – jak obwieszczono w programie imprezy. Wszystkich nas przewieziono tam specjalnymi autobusami.
W konsumpcji obiadu (o 11 w nocy!) uczestniczyła, oprócz wymienionych wcześniej celebrities, cała śmietanka tubylczego (i nie tylko) światka artystycznego i administracyjnego, jak również zwykli zjadacze hamburgerów, których stać było na zafundowanie sobie za $150 wspólnego posiłku z Sophią Loren. Inna sprawa, ze oddalonej o kilkadziesiąt stolików w ogromnej, przypominającej halę, sali bankietowej. W menu znalazła się też potrawka Wielkiej Gwiazdy pod nazwą Pasta Ragu. Dzięki niespotykanie fotogenicznej i nieprzemijającej urodzie Sophii, mam pamiątkę po tamtym wieczorze – serię slajdów, na których udało mi się jej podobiznę utrwalić. Jeden z nich trafił nawet na okładkę tygodnika „Relax”, dzięki któremu zdobyłem akredytację na Festiwal. Wyglądałem w tłumie zapowiadanych gości z Polski: reżysera Ryszarda Bugajskiego („Przesłuchanie”) i Macieja Dejczera („300 mil do nieba”), autorów filmów w tamtym czasie głośnych. „Przesłuchanie”, traktujące o stalinizmie w Polsce lat 50-tych, wyróżnione nagrodą Grand Prix na festiwalu w Cannes, to 8-letni „generał” wśród polskich „półkowników”, czyli filmów, które latami straszyły – nie tylko decydentów od rozpowszechniania, ale i wysokich luminarzy partii – leżąc na półkach przepastnych magazynów, zionących niemalże kafkowskim absurdem. Mimo to – a może właśnie dzięki temu – o „Przesłuchaniu” słyszał każdy. Film znalazł się w konkursie chicagowskiego festiwalu.
Natomiast Maciej Dejczer już 6 lat wcześniej przeniósł się na Zachód: „Wyjeżdżając nie zabrałem ze sobą z kraju postawy roszczeniowej, jak robi wielu Polaków. Wybór rysował się jasno: albo będę żył w ZOO, albo w dżungli. W ZOO gwarantują ochłap mięsa i miskę wody; machając ogonem można zyskać poklask gapiów, ale wybieg zamyka krata. W dżungli o wszystko trzeba walczyć, mogą zagryźć, ale samemu można też upolować więcej, niż w ZOO przyniesie dozorca. Prawa dżungli są okrutne, ale dżungla jest nieskończona, wolna… W Polsce ludzie wolą uciekać od odpowiedzialności – to się nie zmieniło. System amerykański nie gwarantuje niczego, stwarza tylko możliwości. Jeżeli komuś się nie powiedzie – ląduje na chodniku Piątej Avenue z zawiniątkiem pod głową, jako jedynym dobytkiem; jeśli mu się uda – mija tego nędzarza, jadąc limuzyną za pół miliona dolarów. ja jestem zwierzęciem, które w dżungli czuje się dobrze. Dżungla mnie fascynuje, mimo że jestem bliżej tego na chodniku, niż w limuzynie.” (Z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Film”.)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Zależało mi na spotkaniu z Bugajskim. Zamiast tego trafiłem na Jana Nowickiego, popularnego krakowskiego aktora, oraz na jego żonę, Węgierkę Mártę Mészáros, bez wątpienia jedną z najwybitniejszych reżyserek filmowych na świecie. Nowicki i Mészáros znaleźli się w gronie siedmiu jurorów Festiwalu (a więc i oni mieli oceniać film Bugajskiego). Ja w zasadzie na takich przyjęciach nie bywam – powiedział Jan Nowicki – ale ponieważ jesteśmy tutaj z żoną w jury, to uważałem trochę za swój obowiązek przyjść, mimo że jesteśmy zmęczeni, bośmy dwie godziny temu przylecieli. I bardzo się cieszę, że tu przyszedłem. Bo to jest coś tak osobliwego – takie… amerykańskie miejsce. Ogromnie to zabawne! Strasznie dużo śmiesznych starszych pań, bardzo dziwnie ubranych. Ogromnie śmieszne. Nieliche panoptikum.
Na moje pytanie, czy obecni są tutaj także zaproszeni reżyserzy: Wajda, Dejczer i Bugajski, usłyszałem: O rany boskie! Jakie wielkie auto przejechało za oknem! Taki jamnik długi. Coś obrzydliwego – taki karawan dla koszykarza. No, przegapił pan!… Strasznie mi ten kraj przypomina Związek Radziecki. Okropnie. Jak Boga kocham! Tyle, że bogaci. No, zobacz na te rzeźby (tu Nowicki wskazał na gipsową Wenus z Milo) – no przecież zesrać się można. Jak w jakimś pałacu kultury i nauki… Ale podoba mi się to, że oni tacy uśmiechnięci, cholera… No bo człowiek, jak się tak długo uśmiecha – i nawet sztucznie – to w końcu zacznie się uśmiechać szczerze.
Jednak, gdy znowu zagadnąłem o innych gości z Polski, Nowicki się poddał: No, Dejczer ma być… A Bugajski? To co – on dalej ciągnie tego starego trupa?… To swoje… jak to się nazywa? Kiedyś ktoś mnie zapytał, co ja sądzę o tym filmie, więc ja powiedziałem, zgodnie z prawdą, że go nie widziałem. Natomiast – ponieważ to była pani – ja jej mówię: słuchaj, to jest tak, jakbym ci zaproponował czy wolałabyś się przespać ze starym Płatonowem, którego gram teraz, czy z młodym Stawroginem, którego grałem 15 lat temu… Przecież to absurd! Nie można bez końca pokazywać filmu, który się zrobiło 10 lat temu!

Widząc, że zaniedbujemy trochę panią Mészáros, zacząłem ją przepraszać za zabranie jej męża.
Ależ nic nie szkodzi – odparła z lekkim akcentem (za to określenie powinna mi być wdzięczna) – gadajcie sobie, gadajcie.
No ale jak pani się czuje tutaj w Chicago? Pierwszy raz w tym mieście? – zapytałem
21 filmów trzeba zobaczyć (i tu z ust Nowickiego wyrwało się niecenzuralne słowo, zaczynające się na taką samą literę, jak słowo „kreacja”). Ja byłam już tutaj wcześniej. Dwa moje filmy zdobyły nagrodę na tym Festiwalu. A co ja sądzę o tej otoczce? Ja to lubię. Mnie zawsze zachwycały takie duże miasta, tłumy ludzi… Tak, jak to lubię.

greydot

To był mój pierwszy festiwal w Chicago i choć odtąd co roku miałem nań akredytację, to dopiero po trzech latach mogłem pełniej uczestniczyć w filmowych seansach i bliżej śledzić jego repertuar, pisząc przy tym sprawozdania do polonijnej prasy. Wtedy, na XXVI chicagowskim przeglądzie kina światowego, zainteresowanie mass-mediów było duże. Fama Sophii Loren zrobiła swoje. Nie bez znaczenia było również to, że w przeszłości związane z nim były także takie sławy kina, jak np. Bette Davis, Harold Lloyd, Pier Paolo Pasolini, Mel Brooks, Orson Welles, Gloria Swanson, Arthur Penn, Sydney Pollack, Alan Parker, Martin Scorsese, Rainer Werner Fassbinder… Oprócz Sophii Loren do Chicago przybyli jeszcze wtedy: Robert Altman, Claude Lelouche, Jiří Menzel, István Szabó a nawet sam… Dennis Hopper, notoryczny „Bad Boy” Hollywoodu, którego możemy pamiętać choćby z filmu „Easy Rider”.
Niestety, chicagowski Festiwal z roku na rok jakby spuszczał nieco z tonu (chodziło głównie o względy finansowe), zmieniało się jego oblicze… cokolwiek blednąc.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 17 lutego, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.