POD RĘKĘ Z SZYMPANSEM

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XIX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

„Świat jako zlepek latających liter” – podoba mi się to określenie. Równie dobrze „litery” można by zamienić „słowami” a słowa zlepić w zdania – i oto mamy naszą tego świata narrację i nasze w tym świecie kulturowe zadomowienie.

Bez słów i języka nie byłoby człowieka. Świat by istniał – ale nienazwany. Odbijający się tylko w oku zwierzęcia, działający mu bezrozumnie na nerwy.

greydot

Wszyscy żyjemy między tym, co rzeczywiste, a nierzeczywiste, bo życie na tych antypodach jest po prostu niemożliwe: nie moglibyśmy znieść rzeczywistości bez tego, co nierzeczywiste i vice versa: życie byłoby niemożliwe w tym, co byłoby tylko nierzeczywiste.

greydot

Znany neurolog i psychofarmakolog – również wykładowca i gawędziarz – profesor nauk przyrodniczych Jerzy Vetulani o wyższości poligamii nad monogamią: „Moim zdaniem poligamia – z punktu widzenia ewolucji – jest bardziej korzystna, bo do rozrodu dopuszczane są tylko bardzo dobre samce. Te, które są słabe, odpadają z procesu reprodukcyjnego, odgrywając role pomocnicze.”

Cóż, nie pierwszy raz słyszę jak prof. Vetulani prowokuje, sprowadzając wszystko do amoralnych impulsów neurologicznych, jakie ponoć poruszają nami niczym marionetkami. Ale przecież człowiek stworzył kulturę i tym się różni od zwierząt, które kierują się jedynie instynktem. Człowiek jest zwierzęciem jedynie z biologicznego punktu widzenia (dlatego ja nie traktuję swojej żony jak samicy, a moja żona nie traktuje mnie jak samca). To kultura decyduje o naszym człowieczeństwie – a ta często stoi w opozycji do natury (a tym samym do czysto mechanicznej, redukcjonistycznej ewolucji).
Celem człowieka jest nie tylko reprodukcja, a tym bardziej ślepe podporządkowanie się instynktom i zwierzęcym impulsom. Nie idziemy pod rękę z szympansem. Nazwa Homo sapiens zobowiązuje: myślenie nie powinno być nam obce. Niestety, dysponowanie najwspanialszym (chyba) tworem Wszechświata, jakim jest ludzki mózg, nie chroni nas przed głupotą, która właśnie bardzo często wynika z naszych zwierzęcych atawizmów.

greydot

Seks i miłość nie są oczywiście antonimami. Dopełniają się nawzajem – m. in. za pomocą erotyzmu. Choć seks może istnieć bez miłości, a miłość bez seksu. Jednak miłość miedzy kobietą a mężczyzną (jeśli nie ma charakteru aseksualnego) zawsze wiąże się z erotyzmem. Innymi słowy: miłość w takim związku jest właściwie tym, co powoduje, że seks „nasiąka” w nim erotyzmem.

Erotyzmu pozbawione są wszelkie zachowania seksualne zwierząt ponieważ erotyzm łączy się ściśle z kulturą, której – ogólnie rzecz biorąc – pozbawione są zwierzęta.
Z tego wynika, że stosunek seksualny też może być sprawą kultury. Innymi słowy, nawet uprawiając seks można zachowywać się kulturalnie.

greydot

Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym bardziej skłonny jest twierdzić, że seks jest przereklamowany. Ale upojenie młodością niekoniecznie musi być tym samym co upojenie seksem. Umysł może dłużej pozostać młody, niż ciało.

greydot

Słyszę jak ktoś mówi o genach dotyczących psyche, genach biologicznych, genach kulturowych… Pada też zgrabne określenie, że „cały człowiek to jeden wielki atawizm” a kultura to „pudrowanie atawizmów”.
Lecz ja mam kłopot ze zrozumieniem czym są geny “dotyczące psyche”, a zwłaszcza geny “kulturowe”. Bo to, jak “materia” (jaką są geny) przekłada się na fenomeny psychiczne człowieka (albo memy kulturowe) nadal jest dla nas (a ściślej: nawet dla naukowców – genetyków, neurologów, psychologów) wielką zagadką.
Sięgamy w Kosmos, roimy sobie jakieś hipotezy dotyczące powstania i ewolucji Wszechświata, a mamy zaledwie mgliste pojęcie o tym, jak funkcjonuje nasz mózg.
Ponadto używanie sformułowania “geny biologiczne” jest masłem maślanym, bo przecież nie ma innych genów, jak geny biologiczne.

Jest dużo prawdy w tym, że całą naszą kulturę można nazwać pudrowaniem atawizmów, jednakże jest ona czymś znacznie więcej, bo tworzy nową jakość funkcjonowania człowieka, konstytuuje jego człowieczeństwo i stanowi jego tożsamość, wyróżniając go ze świata zwierzęcego.
Homo sapiens niekulturalny (bez kultury) zachowuje się jak zwierzę.

greydot

Czytam wspomnienie kogoś, kto odwiedził niedawno Francję i był świadkiem reakcji Francuzów na przelatujące im nad głową samoloty, które wysyłano z jakąś misją post-kolonialną do Afryki. Tą reakcją była duma. I tak się zastanawiam czy bardziej był to relikt dawnej kolonialnej świetności czy może atawistyczna radość z demonstracji siły własnego plemienia.

A jak się rzeczy z armią francuską w Afryce naprawdę mają? Otóż, jak można zauważyć, w pasie saharyjskim wojska francuskie odnoszą same sukcesy (piszę to z sarkazmem, bo w sumie ruchy te nie przynoszą żadnego rezultatu – oprócz niepotrzebnych śmierci francuskich żołnierzy), ale najbardziej udała się ich misja stabilizacyjna w Libii (tu mój sarkazm jest jeszcze większy, bo wiemy czym się skończyła interwencja zbrojna Zachodu w kraju Kadafiego).
Ofiary wśród żołnierzy? Otóż dopóki młodzi ludzie świadomie (bez przymusu) chcą umierać za rudy metali w byłych afrykańskich koloniach, to nie ma co robić z ich głupoty bohaterstwa. Należy bowiem pamiętać, że militarna gestykulacja (jaką de facto są akcje francuskich oddziałów wojskowych w Afryce) może się skończyć zejściem śmiertelnym.

Wojsko moim zdaniem powinno być formacją obronną pilnującą swojego domu – terytorium własnego kraju i zamieszkujących go ludzi – a nie włóczyć się i rozbijać po świecie – dawać się prowadzić na pasku polityków, realizując jakieś polityczne czy ekonomiczne interesy garstki cwaniaków.

greydot

Zasłyszane: “Kontestatorzy nie zmieniają świata, chyba że ich ilość osiągnie masę krytyczną.”
Bardzo trafne spostrzeżenie. Zmiany w świecie możliwe są tylko dzięki zmianom strukturalnym, a nie elementarnym.

greydot
„Samolubny” gen to chwytliwe określenie ale strasznie jednak redukcjonistyczne, bo sprowadzające nas do czegoś w rodzaju bezwolnego naczynia-wehikułu, do którego wsiadły na gapę jakieś pasożyty, by tylko przejechać się nieco dalej. Jesteśmy więc ponoć bezwzględnie przez nie (przez „coś”?) wykorzystywani.
A przecież geny nie są czymś „obcym”, stworzyły nie tylko nasze ciało, ale i współtworzą naszą osobowość i tożsamość – czyli stały się nami.

Czy to, że przydajemy życiu jakąś wartość, jest tylko sprawą samolubnych genów? Czy tylko im zawdzięczamy wszystko co tworzymy – i co stwarza nas samych?

greydotBez dysponowania wolną wolą, nasza tożsamość (podmiotowość, odrębność, autonomiczność) nie miałaby sensu.

A jednak często mam wrażenie, iż nasza wolność jest iluzoryczna – również ta wewnętrzna. Możliwe jest jedynie osiągnięcie kolejnego, wyższego stopnia wolności.
Oczywiście żyjąc na ziemi – tej ziemi – nie jesteśmy w stanie osiągnąć wolności absolutnej. To abstrakt – złudzenie.

greydot

W samym określeniu “intelektualista” czy “inteligent” nie ma nic złego. Problem zaczyna się według mnie wtedy, kiedy ów „intelektualizm” czy „inteligenctwo” obnosimy przed sobą niczym sztandar, uznając to za naszą cechę nadrzędną, z którą każdy powinien się nie tylko liczyć, ale i zgadzać – i oczywiście być pod wrażeniem.

greydot

Idealizm jest wykwitem intelektualizmu (pojęcia te pod pewnymi względami można ze sobą utożsamiać) chociaż idealizm wspiera się niekiedy na czymś w rodzaju duchowości, która nie musi mieć z intelektem wiele wspólnego, będąc domeną „serca”.

greydot

Lewis Carroll do potencjalnego samobójcy: “Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie będziesz różnił od miliardów innych czaszek…”
Czyli: samobójca myśli czasami, że się swoim czynem wyróżnia, ale w rzeczywistości – unicestwiając się – redukuje swoje ciało do martwej materii, upodabniając je do miliarda niczym się nie wyróżniających czaszek (cząstek).

greydot

Z listu od przyjaciela W.: „Co niektórzy (…) uważają, że do tego, by powstał Wszechświat, palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma.”

No właśnie – wszystko rozbija się o to „być może” (to jest znaczące i wymowne, bo określenia tego używasz, uważając się za ateistę). Ponieważ ciągle nie mamy wystarczającej wiedzy, by wykluczyć Nadrzędną Przyczynę Sprawczą (czyli ów „palec boży”), ani by twierdzić, że wszystko zaistniało dzięki aktowi wolicjonalnemu jakiegoś Wyższego Bytu (Boga). Tego (przynajmniej na razie) nie można rozstrzygnąć. Wszystko, co usiłuje ten problem rozwiązać, jest albo hipotezą, albo wiarą – bo wystarczających dowodów nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą.
Nie przeczę teorii ewolucji (a wiem, że są ludzie, którzy – zwykle ze względu na swoją wiarę – nie chcą nawet o niej słyszeć) ale nie uważam, że wszystko (a zwłaszcza pojawienie się życia na ziemi) było dziełem przypadku (długo dochodziłem do tego przekonania – nie pojawiło się ono u mnie tak ad hoc). Nie sądzę więc, że tylko tzw. „przypadek” kieruje ewolucją – co zresztą wydają się potwierdzać pewne ostatnie badania, w których zaobserwowano, że materia/energia zachowuje się czasami tak, jakby ‚wybierała’ najbardziej optymalny kierunek działania, „omijając” niejako te, które by ją prowadziły „na manowce” (sorry, że nie używam terminów „naukowych” ale po prostu chcę przekazać tu pewną ideę tak, aby była ona zrozumiała także przez nas, laików).
Czyli jest jakiś kierunek.
A jeśli coś jest ukierunkowane (do pewnego stopnia zdeterminowane?) to nie wszystko można wyjaśnić za pomocą statystyki, która opiera się na teorii chaosu i traktuje zderzenia losowe, jak zupełnie przypadkowe. Zresztą, nawet Ty, (najprawdopodobniej bezwiednie) zaprzeczasz w swoim komentarzu istnieniu czegoś takiego jak „przypadek”, choć wcześniej (przy innych okazjach) twierdziłeś, że życie na Ziemi powstało „przypadkowo”, i że ten „przypadek” nadal ma wpływ np. na ewolucję.
Według mnie teoria ewolucji nie musi być sprzeczna z tzw. „kreacjonizmem”. Innymi słowy: kreacjonizm wcale nie musi wykluczać prawidłowości teorii ewolucji – w tym sensie, że same prawidła ewolucji zostały zawarte już w planie Stworzenia. Dla mnie, ów plan jest rodzajem kosmicznego programu „komputerowego”, jaki działa i realizuje się we Wszechświecie. Czyli sam Wszechświat można porównać w tym kontekście do pewnego rodzaju komputera.  Piszesz: „Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia.” Trudno mi się z tym zgodzić. Nawet jeśli bylibyśmy przekonani, że takie źródło istnieje (w postaci „boga”), to i tak nie wiedzielibyśmy dokładnie jakie to źródło jest, a więc moglibyśmy dążyć do jego poznania – nota bene wykorzystując metody naukowe, które (jak pewnie mielibyśmy nadzieję) prowadziłyby nas coraz bliżej „kłębka” – czyli początku Wszystkiego.

W innym liście do mnie W. napisał coś, co mnie – w sensie pozytywnym – rozbroiło:
„W życiu chodzi o harmonię, o wzajemne poszanowanie i zrozumienie. (…) Argument uczuciowy, Bóg jest miłością przemawia do mnie najbardziej i na tym chciałbym się chwilę skupić. Ta zależność i potrzeba jest chyba kluczem do zrozumienia ewenementu religii. To jak potrzeba dziecka bycia kochanym. To co powiedział Einstein (‚Wrażenie, że za wszystkim, czego doświadczamy, ukrywa się coś, czego nasz umysł nie może ogarnąć i czego piękno i majestat dosięga nas jedynie pośrednio jako słabe odbicie, to jest religijność. W tym sensie jestem religijny.’) mógłbyś włożyć w usta zakochanego chłopca zachwycającego się urodą swojej dziewczyny. Miłość. W tym sensie jestem też religijny.”
Nie spodziewałem się tych słów po W.

greydot

Osoby zaprzeczające prawdziwości teorii ewolucji odrzucą każdy potwierdzający ją dowód – po prostu nie przyjmą go do wiadomości. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla ich pojęcia Boga i człowieka – równające się zaprzeczeniu ich wiary.
Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować „prawdy” ich wiary, burząc ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.

Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć – zwłaszcza o tym, co kwestionowałoby ich przekonania, co mogłoby „wysadzić” ich z utartych schematów myślenia, zburzyć stereotypy jakimi się posługują i jakim się poddają.

greydot

Ludzie, generalnie rzecz biorąc, unikają (myślowej) konfrontacji z czymś, co mogłoby zburzyć ich poukładany (?) świat wierzeń, przekonań… A jeśli o tym już myślą, to w formie odrzucenia i negacji, a nie porównania i analizy, czy też chęci zrozumienia. Tak więc przedstawiciele Homo sapiens w zdecydowanej większości nie są – użyję tu trochę prowokacyjnego określenia – „wolnomyślicielami”. Wręcz przeciwnie: są w swoim myśleniu zwykle konformistyczni, zachowawczy, poddający się stereotypom, wpływom środowiska… I wiedziano o tym na długo przed tym, jak Fromm opisał tę ludzką cechę w swojej słynnej książce „Ucieczka od wolności”.
Oczywiście, że jest to uogólnienie i są tacy, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni, niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym. Lecz wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało. I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka.
Ale czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
Wydaje mi się jednak, że chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.

greydot
W ostatnich kilkudziesięciu latach nasza (naukowa) wizja świata ulegała rewolucyjnym nieraz przeobrażeniom, ale wiedza na ten temat raczej nie dociera do tzw. szerszego ogółu – ludzie nadal przebywają w swoich bardzo ograniczonych wyobrażeniach o otaczającym nas, „rzeczywistym” świecie.
Nie możemy sobie np. wyobrazić tego, że coś takiego, jak „materia” w rzeczywistości nie istnieje (to tylko nasze określenie czegoś, co „materię” w naszej percepcji zastępuje, co jest tej „materii” odpowiednikiem).
Sądzę jednak, że uświadomienie sobie tego pomogłoby nam w odnalezieniu się w świecie i w życiu. Dzięki tej pogłębionej świadomości łatwiej byłoby nam ten świat „znosić”, rozumieć – może nawet pomogłoby nam wyzbyć się egzystencjalnego lęku, odnaleźć nasze miejsce w ogromie Wszechświata – poczuć z nim pewną jedność. W pewnym sensie, mogłoby to być nawet przeżycie religijne. Pozbawione na dodatek dogmatów.

greydot
Jest taki aforyzm Kisiela: „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.”

Nie do końca bym się tu z Kisielem zgodził. Bowiem, według mnie, dureń, który wie, że jest durniem, tym durniem być nie przestaje – jeśli nie zmieni swego postępowania.
Jednakże to prawda: głupiec, który nie widzi własnej głupoty, to najgorszy rodzaj głupca.
Ale czy nie jest tak, że większość z nas nie dostrzega własnej głupoty? Bo przecież żaden człowiek nie jest zupełnie od tej głupoty wolny.

greydot
Nasze strony rodzinne skłonni jesteśmy postrzegać jako centrum świata, bo tam miały początek nasze jego postrzeganie i poznawanie. Czy tego chcemy czy nie, z tym miejscem związana jest nasza (pierwotna) tożsamość.

Ojczyzna jest tylko jedna. Ale zakotwiczyć można się nie tylko w miejscu naszych narodzin.

greydot
Opozycja: nomadyzm a zadomowienie.
Muszę się przyznać, że mam taką dziwną naturę, która – w zależności od okoliczności – jest mieszaniną zamiłowania zarówno do koczowniczego, jak i osiadłego trybu życia. Czyli mam w sobie zarówno coś z podróżnika, jak i domatora. Bo kiedy jestem w podróży, to lubię te wszystkie migracje i ekscytacje podsycane adrenaliną zdobywcy i eksploratora. A znów kiedy jestem w domu, to lubię domowy komfort, spokój i poczucie bezpieczeństwa jakie dają własne cztery ściany i dach nad głową. I ktoś bliski.

greydot

Schyłek Stanów Zjednoczonych. Czy nie oznaczałby schyłku świata takiego, jaki znamy? Bo przecież ryba psuje się od głowy. Trudno jest jednak snuć analogie z upadkami innych imperiów, bo Ameryka jest jednak w historii ludzkości ewenementem – także ze względu na globalny kontekst naszych czasów, w jaki pchnęła nas niewiarygodnie rozwinięta technologia i rewolucja informatyczna. Dodatkowym problemem jest to, że – jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów słynny socjobiolog Edward O. Wilson – mimo że dysponujemy techniką „o boskich możliwościach”, to nadal mamy emocje na poziomie epoki kamienia łupanego, żyjemy z naszą paleolityczną agresją i wojowniczymi popędami, a struktura naszych instytucji przypomina te ze Średniowiecza.
To dlatego wszystko się może zdarzyć – i trudno jest cokolwiek przewidzieć.
Stany Zjednoczone ekonomicznie mogą podupadać przez całe dziesięciolecia i w jakimś sensie ten proces, paradoksalnie, może być swoistą stabilizacją, tzn. przebiegać w miarę stabilnie. A jeśli nie będzie tej stabilności?

Czy Stanom Zjednoczonym może zagrozić ktoś z zewnątrz? Fizycznie – żadnego najeźdźcy nie będzie (Chiny i Rosja za daleko, Indie za słabo zorganizowane, Ameryka Południowa za leniwa, Kanada za mała, Meksyk za słaby…) Wchodzą w grę tylko siły wewnętrzne, które mogą rozsadzić (czy też przeobrazić) Stany Zjednoczone od środka.

greydot
Czasami nurtuje nie pytanie, czy Amerykanie zdolni są do społecznego protestu na szeroką skalę. Pewnie tak – jak każe społeczeństwo. Np. sprzeciw wobec wojny w Wietnamie w latach 60-tych był zakrojony na szeroką skalę, podobnie jak ruch emancypacyjny murzynów na początku tamtej dekady.

Ciekawe jest również to, jak zareagowałyby na taki masowy protest tzw. służby specjalne i policja. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło to przebiegać podobnie, jak np. w Egipcie (choć jak się przekonujemy ostatnio, amerykańscy policjanci są jednak brutalni, czasem nawet zabójczy).

greydot

W „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” Miłosza zadziwia mnie nieco ustęp o „Czarnych”. Miłosz pisał swój esej w latach 60-tych, a wówczas rasistowskie resentymenty były w Ameryce o wiele mocniejsze, niż dzisiaj – i niestety w tekście Miłosza jest to bardzo wyczuwalne. Ot, choćby takie zdanie: „Naprawdę prawie nikt nie lubi Czarnych” – jest jakby z zupełnie innej epoki.
Ale ja się temu za bardzo nie dziwię, bo tacy ludzie, jak Oprah Winfrey, Michael Jackson, Arsenio Hall, Eddie Murphie, Morgan Freeman, Denzel Washington, Michael Jordan, Spike Lee, Whoopi Goldberg, Colin Powell… przyszli później, a gdyby wówczas ktoś wspomniał o czarnym prezydencie, to uznany by został za szaleńca.

Oczywiście nie podejrzewam Miłosza o rasizm, ale język jakim pisze on o Czarnych (myślę, że używa go świadomie i celowo) wydaje mi się jednak językiem dawnej, minionej epoki:
– „tym przeklętym spadkiem kolonialnej Ameryki”
– „to niewolniczo przymilne, to znów aroganckie i bezczelne, niepokojące, bo krzywdzone, zbyt poufałe jeśli nie krzywdzone, przybierało w Europie kształt dwunożnych istot ubranych w wypłowiałe szmaty…”
– „ich człowieczość zresztą nadal jest dla wielu wątpliwa”
– „mój pradziadek mógł być właścicielem całego ich stada”
– „nie nauczyli się żadnego języka, zmieniając angielski w śmieszny dialekt”
– „te istoty celujące tylko na sportowym boisku, poza tym niezdolne skorzystać z równych szans i dostać minimum dobrych stopni”
– „Nienawistni. Nie można wkupić się we względy Czarnych, jeżeli ma się białą skórę, i nie mam zamiaru tego próbować”
– „Jak więc przyjąć ten wzorzec, murzyński, zwierzęcego ciepła, ciągłego wzajemnego dotyku, natręctwa, niedbalstwa, lenistwa, lekkomyślności?”

W pewnym momencie Miłosz pisze nawet: „poza tym niech sobie robią co chcą, byle dalej ode mnie.”
Przy czym on to pisze w taki sposób trochę asekuracyjny: niby od siebie, niby w imieniu stereotypów i tendencji myślenia o Czarnych, panujących wówczas wśród Białych – tak, że w końcu nie wiadomo, czy to są jego myśli i odczucia, czy nie. A jednak ta litania, którą powyżej wymieniłem, wydaje się być dzisiaj już anachronizmem. Oprócz jakichś strasznych, zacofanych zaścianków, nikt już obecnie – w społecznej skali – tak o murzynach nie myśli, a tym bardziej – nie wypowiada.
Sądzę, że Miłosz to wszystko pisał pod presją ówczesnych niepokojów społecznych, związanych konkretnie z rebelią Czarnych Panter, (która odbywała się właściwie tuż obok, w jego sąsiedztwie, bo siedziba Czarnych Panter, Oakland, graniczy z Berkeley, gdzie na Uniwersytecie wykładał Miłosz). To chyba dużo tłumaczy i wyjaśnia.

greydot
Myślę, że współczesne obawy ludzi przed łatką “rasisty” ewentualnie “antysemity” są czkawką po czasach, kiedy rasizm i antysemityzm był na porządku dziennym i jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmował (z wyjątkiem garstki sprawiedliwych).
Warto też odróżniać prawdziwy rasizm i antysemityzm od krytyki pewnych zachowań społecznych, politycznych i obyczajowych, ale to trudne – choćby dlatego, że nie wiemy jakie są intencje i co się za taką krytyką kryje (a niestety, dość często, rzeczywiście kryje się coś brzydkiego). Wydaje mi się jednak, że zawsze, w końcu, rasista czy rasowy antysemita zdradzi swoją prawdziwą twarz.

greydot

Od dawna sądzę, że bez kultury nie byłoby okrucieństwa. Jest ono bowiem jej rewersem, antynomią, rozeźlonym odbiciem. Istnieje na zasadzie opozycji, wypaczenia, kontry, degeneracji…Innymi słowy: okrucieństwo i zło może istnieć tylko w kontekście kultury jaką stworzył człowiek. Zwierzęta są bez kultury, dlatego nie mogą być okrutne. To jest jednak zdumiewający paradoks.

greydot
W czasie mojej podróży do Nepalu, w jednej z dzielnic Katmandu, uderzył mnie widok domu z olbrzymim bannerem przedstawiającym portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. Jak się okazało, nie była to żadna dekoracja do filmu o komunistycznym kulcie jednostki z akcją rozgrywającą się w jakiejś zamierzchłej przeszłości, tylko współczesna siedziba jednego z biur partii maoistowskiej w Nepalu.
Muszę przyznać, że widok ten był dla mnie małym szokiem. Bowiem wydawać by się mogło, że Marks, Engels, a zwłaszcza Lenin, Stalin i Mao to do cna przejrzane i skompromitowane indywidua, których myśli i działania doprowadziły (pośrednio lub bezpośrednio) do masowych śmierci i ludobójstw, które pochłonęły dziesiątki milionów ofiar, a tu – w XXI wieku – wystawia się im jeszcze takie oto ołtarzyki, uznając za swoich bohaterów, mistrzów i nauczycieli.
Rodzą się tutaj pytania: Jakim nurtem podąża historyczna pamięć? Jakie są przyczyny społecznej ślepoty wydającej ludzi na żer autokratów i demagogów? Dlaczego zbrodnia nie odstrasza narodu, a wręcz przeciwnie – bywa nawet czymś, co go konsoliduje?
Czy to wszystko jest tylko sprawą perspektywy, z jakiej się patrzy na świat? Jeśli tak, to dlaczego zabija się przy tym wyobraźnię i elementarną zdolność rozróżniania dobra od zła?

greydot
Ktoś na moim blogu napisał: „Wiara w Boga, bogów czy ogólnie wiara w to, że wszechświatem porusza jakaś określona siła typu ‚coś w tym musi być’ jest dla mnie w dzisiejszych czasach przejawem lęku przed Niewiedzą. Wolimy naiwność dziecka niż ‚puste miejsce’. Wychowałam się w otoczce i wartościach katolickich (chrzest, komunia, katechezy oraz przejawy dziecięcej dewocji). Dziś, jako 40-letnia osoba, nie potrafiłabym inaczej zdefiniować siebie niż ‚ateistka’, dla której raczej popędem współczesnej myśli jest Niewiara i poszukiwanie własnej filozofii, wartości w nieokreślonym ich zbiorze życia. Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga, bogów (religie), wydaje się anachronizmem i jest niewystarczalna, jeśli nie sprzeczna z tym co wiemy, widzimy, czujemy. Ja wkładam w to ‚puste miejsce’ odkrywanie świata, poznawanie zmysłowe, intelektualne, każde. To całkiem Nieskończony proces i ciekawe zajęcie…”

Na co odpowiedziałem: Wydaje mi się, że np. pisanie takich słów, jak Niewiedza, Niewiara z dużej litery jest właśnie przejawem tego samego anachronizmu, o który oskarżasz wiarę w Boga. Jest w tym jakieś… bałwochwalstwo, tyle że à rebours. Piszesz: „Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga wydaje się anachronizmem”. Zważ jednak, że to Tobie tak się „wydaje”. Setkom milionów ludzi – jeśli nie miliardom – na całym świecie tak się nie wydaje. I właśnie to, co „wiedzą, widzą i czują” powoduje, że wierzą w Boga, czy też w jakiś byt metafizyczny, który Bogiem nazwać można. Nie chcę już przypominać oczywistości, że ludźmi „wierzącymi” są również naukowcy, astrofizycy, biolodzy, matematycy… ludzie wybitnie inteligentni, których doprawdy trudno byłoby nazwać „naiwnymi dziećmi”, nieukami czy ignorantami.

Według mnie ateizm nie jest wcale jakimś wyższym, bardziej świadomym, dojrzałym – i mniej naiwnym – stanem ludzkiej świadomości. Wręcz przeciwnie – myślę, że to w ludziach wierzących jest jakaś… „pełnia”, której brakuje zadeklarowanym ateistom, od których czasem wieje jakimś dziwnych chłodem – przynajmniej ja to tak odczuwam. Wyznanie wiary jest mi czymś bliższym – albo, innymi słowy: wydaje mi się być czymś bardziej „ludzkim” (choć sam uważam się raczej za agnostyka) – niż wyznanie Niewiary (bo tym jest właśnie wg mnie zadeklarowany ateizm).

Wyznanie wiary jest ze swej natury aktem pozytywnym, zaś niewiary – negatywnym (abstrahując od etycznego wartościowania tychże aktów).

Ponadto, jeśli nie wierzymy, to czy musimy od razu tę naszą „Niewiarę” obwieszczać – i to z duże litery? Po co? Jest w tym coś deprymującego, negatywnego, może nawet depresyjnego… zwłaszcza dla ludzi wierzących.
Jednakże zdaję sobie sprawę z tego, że to, co tu piszę, jest subiektywne i nie roszczę sobie prawa do posiadania pod tym względem jakiejś uniwersalnej racji – ktoś inny może odczuwać (myśleć) coś zupełnie innego i będzie to równie usprawiedliwione. Mimo tego wszystkiego, co napisałem, (a może właśnie dlatego?) nie chcę dzielić ludzi na „wierzących” i „ateistów”. Istnieją dla mnie ważniejsze kryteria.

PS. Nie sądzę, że „popędem współczesnej myśli jest Niewiara”. Jest nim właśnie pęd do wiedzy – czyli niejako negatyw niewiary.

greydot
Ciekawy jest stosunek człowieka do mitu, bowiem może on funkcjonować w ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów: jako wiara, umowność, udawanie, wiedza… w formie dogmatu, metafory… na niwie poezji, sztuki, literatury, marzenia, religii… W pewnym sensie całą naszą kulturę uznać można ze pewną formę mitu. Mało tego: może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?

greydot
Nikt nie jest odporny na siłę mitologii. Nawet ten, kto będzie temu solennie zaprzeczał. Tu nawet nie tyle chodzi o odporność, co konieczność.

greydot
Paradoksalnie, kiedy człowiek uzyskał świadomość samego siebie, został niejako odseparowany od swojego wnętrza. Wyszedł poza nie, ale do tego wnętrza zaczął tęsknić. (Tego problemu, jak mi się wydaje, nie mają zwierzęta.) Innymi słowy, człowiek stworzył kulturę, ale utracił przez to kontakt ze swoim wnętrzem. To ciekawe – zapętlające się nieco i przewrotne – bo kultura w dużej części polega właśnie na poszukiwaniu przez człowieka własnego wnętrza. Niestety, wydaje mi się, że odkąd przestaliśmy być zwierzętami, czujemy się cokolwiek nieswojo.
greydot
Cytat: „Wydaje się, że współczesny świat coraz bardziej preferuje typ człowieka ‚anonimowego indywidualisty’, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem. Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia. Nie posiada własnego zdania, a swoje argumenty opiera na przekonaniach lansowanych w mediach. Wprawdzie dzielnie trzyma w górze swój sztandar, jednak jego kolory zmieniają się w zależności od zdania ogółu. Nie wytęża wzroku, aby spojrzeć głębiej i dalej, nie wsłuchuje się, by usłyszeć wyraźniej.”

Wbrew pozorom określenie „anonimowego indywidualisty”, jako „osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem” ma swoją logikę. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu człowieka indywidualisty, a zarazem takiego, który zachowuje się stadnie, jest określenie „pozornymi”. Czyli właściwie jest to złudzenie indywidualizmu, bo człowiek taki, mając przeświadczenie, że idzie za własnym oryginalnym wyborem, w rzeczywistości powiela „oryginalność”, którą przejawiają (i którą łudzą się) podobni jemu „indywidualiści”. To jest doskonale widoczne choćby w reklamach, które zapewniają potencjalnego konsumenta, że jest on jeden, jedyny i niepowtarzalny – właśnie „oryginalny” – a w rzeczywistości (kierując to samo przesłanie do setek tysięcy ludzi), chcą go przygiąć do określonego szablonu i narzucić mu pewien wzorzec zachowań. I to się niestety specom od marketingu i konsumerskiej propagandy udaje.
Podobnie jest w subkulturach: np. tzw. „hipsterzy”, z których każdy chce być wielką indywidualnością i oryginalnością, w rzeczywistości upodabniają się – w sposób mimikryczny – do swojego otoczenia (zachowując przy tym złudzenie swojej wyjątkowości i indywidualizmu, oraz poczucie tego, że się „wyróżniają”)

greydot
Nie zawsze gorsza rzecz wypiera lepszą – częściej jednak to co naprawdę dobre, w końcu się wybija i utrwala (na przestrzeni wieków) jako pewna niezbywalna wartość kulturowa (vide: malarstwo, muzyka, rzeźba, literatura…) Przy czym, tak się działo do XIX-go stulecia, zanim nie pojawił się modernizm i nie porozbijał wszystkich obowiązujących (i używanych) dotychczas kanonów. Później wartościowanie sztuki się pogubiło (pogłębił to jeszcze bardziej postmodernizm) i dzisiaj rzeczywiście ludzie mają wielki problem z oceną tego, co jest dobre a co złe (ulegając szarlatanerii, manipulacji, merkantylizmowi, wmówieniu… przez co, niestety, często wygrywa badziewie i hucpa – odnosi się to zwłaszcza do sztuki współczesnej).
Dla mnie najważniejszy jest AUTENTYZM odbioru kultury i sztuki. Inaczej mówiąc, uczestnictwo w kulturze i sztuce musi być szczere. Bo jeśli takie nie jest, to mamy tylko pozę, snobizm, pozór i udawanie.

greydot

Niestety, wydaje mi się, że jeśli chodzi o sztukę poza-mainstreamową, więcej jest udawaczy, niż autentycznych miłośników (odbiorców) kultury. Dochodzi jeszcze do tego pewien rytuał jej konsumpcji. Wobec tego nie dziwi tak bardzo to, że ktoś, kto naprawdę lubi (kocha) muzykę klasyczną, operę, jazz, balet… nie chce się z tym obnosić i afiszować, co najwyżej podzielić się swoim hobby (zamiłowaniem, pasją) z innymi, czującymi (myślącymi) podobnie.
Nie chce, ale i też nie czuje większej potrzeby takiej manifestacji – wszem i wobec – swoich upodobań, zainteresowań i gustu. I to właśnie świadczy o ich autentyzmie.
A jeśli ktoś, będąc „konsumentem” kultury „wyższej”, wstydzi się tego, że i na „nizinach” coś mu się podoba, to poświadcza tylko swoją własną niepewność co do istoty i autentyzmu swojego odbioru kultury i sztuki, podlegającego przecież jego własnym gustom i zainteresowaniom, (które tym samym również mogą być przez to zakwestionowane).

greydot

Ludzie oczekują powtarzalności, bo to im głaszcze utarte kanały percepcji. To jest w sumie ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.

greydot

Podoba mi się takie podejście do kultury, w którym człowiek poddaje się własnemu doświadczeniu – ma zaufanie do własnej wrażliwości, nerwów, inteligencji i serca – ale i jest otwarty na to, co nowe i być może trudniejsze w odbiorze, bo nie poddające się utartym zainteresowaniom i gustom.
Ten wysiłek jest jednak istotny, bo dzięki niemu możemy własne zainteresowania rozwijać, posuwać się do przodu w przeżywaniu i przyswajaniu czegoś, co może zburzyć nasze „konsumpcyjne” wygodnictwo, przełamać schematy, rutynę, przyzwyczajenia…

greydot

Stanisław Ignacy Witkiewicz w „Nowych formach w malarstwie i wynikających stąd nieporozumieniach” pisze: „Widzimy, że dzieła sztuki i odpowiadające im wrażenia artystyczne możemy uszeregować według wzrastającej komplikacji ich elementów i intensywności estetycznego zadowolenia i że to, co nazywamy Sztuką, będzie leżeć gdzieś w środku tego szeregu, a sfera jej będzie niezupełnie ściśle określona, zależnie od osobników, tworzących i przyjmujących wrażenia. Chodzi tylko o to, aby móc mówić o tych samych jakościowo wrażeniach, o konstrukcji jakości, o Czystej Formie, o uczuciu metafizycznym, nie marząc o ścisłym podziale, niemożliwym z powodu względności i subiektywności panującej w tej sferze, ale i nie mieszając w niej elementów zupełnie jej obcych. Jednak dla 95% „zdrowo myślących ludzi” sfera, o której mówimy, jest czystym urojeniem, wytworem chorej wyobraźni natur przewrotnych – tak wielką jest sugestia poczętego w czasach renesansu i dziś zamierającego realizmu w malarstwie, tej zupełnie nieistotnej jego odnogi, powstałej na tle odrodzenia naturalistycznej rzeźby greckiej i olejnego malowania, zdolnego do naśladowania wszystkich stanów natury, tego działu, który ze sztuką malarską ma tyle tylko wspólnego, że używa się i tam, i tu jednych i tych samych środków, farb, pędzli itp., ale do zupełnie innych celów.”

Podział sztuki na różne zbiory, kategorie i rodzaje ma oczywiście sens (bo człowiek ma skłonności do tego, by wszystko nazywać, segregować, porządkować… ułatwia mu to bowiem orientację w świecie), ale tak naprawdę nie ma to większego wpływu na to, jak sztukę odbieramy (no chyba że jesteśmy snobami kierującymi się sztucznie ustalaną hierarchią – wartościowaniem sztuki opartym na kryteriach poza-artystycznych, np. prestiżowych czy merkantylnych).
Bardzo ciekawy cytat z Witkiewicza. Ale też potwierdzający niemożliwość ścisłego określenia linii podziałów sztuki, co jest zrozumiałe, bo już w czasach Witkacego samo pojęcie Sztuki wymknęło się czytelnej kategoryzacji i ścisłej, aprobowanej powszechnie, definicji. Taka była cena modernistycznej rewolucji.
Witkacy był zwolennikiem tzw. Czystej Formy, ubolewał nad zanikiem „uczuć metafizycznych” – nie dziwi więc jego niechęć np. do realizmu, któremu odmawiał racji do bycia częścią sztuki malarskiej. Jednakże, według mnie jest to zbyt daleko posunięty radykalizm.

greydot

Pewne wartości etyczne wydają się nam „ponadczasowe” ale one ponadczasowe nie są, bo wykształciły się w czasie – tak jak kształciła się i sublimowała etycznie nasza kultura i cywilizacja, a wraz z nią system etyczny, który przecież nie jest czymś niezmiennym, a tym bardziej uniwersalnym.
Np. „uniwersalne” według niektórych przykazanie (norma etyczna) „nie zabijaj”, wcale nie jest uniwersalne. Uniwersalna zasada naturalna jest wręcz przeciwna: „zabijaj, kiedy tylko to przynosi ci to korzyść” – i stosuje się do niej cała Natura, co widać aż nadto oczywiście, kiedy bliżej przyglądniemy się temu, co się dzieje w świecie zwierząt.

Również w świecie ludzkim, i to współcześnie, daje się przyzwolenie na zabijanie (wojny, wojsko, drony, „broń”, kara śmierci, obrona własna…) – mordowanie ludzi jest sankcjonowane w wielu przypadkach – więc ochrona ludzkiego życia nie jest wartością uniwersalną. Świadczą o tym również miliony aborcji, (które de facto są likwidowaniem ludzkich zarodków, czyli zabijaniem życia), dokonywanych każdego roku na świecie.

greydotNie podoba mi się ta wojna polsko-polska, w której jedna strona uważa się za oświeconą “elitę” intelektualną, patrzącą z góry na katolicki “nawiedzony” “ciemnogród”, sama nie zauważając swojego prymitywizmu, jaki często przejawia w atakach na ludzi wierzących, Kościół Katolicki i księży.
Nie podoba mi się ten pełen pychy i besserwisserstwa przemądrzały ateizm (którego wielu wyznawców sprawia wrażenie właśnie nawiedzonych), skupiający się jedynie na negatywnej stronie religii, ignorując jej znaczenie pozytywne.
Nie podoba mi się, że taki naukowiec jakim jest Dawkins (“papież” ateistów) staje się de facto ideologiem, który jedzie po religii (i po ludziach wierzących) jak po burej suce…

Wydaje mi się, że tu nie tyle chodzi o wyrażenie swego zdania, ani o polemikę, tylko o zaznaczenie swojej intelektualnej “gnostycznej” wyższości i dalsze utwierdzanie się w swoich jedynie słusznych, nieomylnych poglądach. A jeśli chodzi o tzw. “wojujący” ateizm i jego reprezentantów, to wydaje mi się on jeszcze jedną przesiąkniętą ideologicznie – zabarwioną nawet totalitarnie – sektą.
Niestety.

greydot
Publicysta „Polityki” Jacek Kowalski obdarzył swój blog tytułem „Listy ateisty” oraz mottem z Philipa K. Dicka: “Rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaję w to wierzyć.”

Muszę przyznać, że dość dziwne to motto, jak dla strony zadeklarowanego ateisty. Bo przecież rzeczywistość nie jest domeną wiary tylko percepcji. Nie wierzy się w TO, co się widzi, tylko TO się postrzega i przyjmuje do wiadomości. Na tej podstawie buduje się, czy też gromadzi wiedzę, a nie wiarę.

Właśnie ktoś, kto wierzy w Boga mógłby powiedzieć ateiście: Bóg to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w niego wierzyć.

greydot

W „Listach ateisty” doszło do małej polemiki między mną a ich autorem. Oto ona:

Ja: Nie segreguję religii na fałszywe i prawdziwe, bo według mnie taki podział jest bez sensu. Piszę to oczywiście jako agnostyk.

Jacek Kowalczyk: „A agnostycyzm to też jakaś religia? Bo niektórzy Polacy podczas spisu powszechnego wpisywali to słowo do rubryki ‚wyznanie’. Czy też pozwala Panu po prostu zawiesić osąd i wszystkie religie traktować równo, wudu i Kościół Scjentologiczny także?

Ja: To jest właśnie to, o czym pisałem: poczucie wyższości i drwina (może nawet ledwie skrywane szyderstwo?) ateisty, który każdy inny światopogląd (nie wykluczający istnienia Boga – o przekonaniu o jego istnieniu nie wspominając) chce nazywać “wyznaniem”, w ten sposób go dyskredytując. Przecież każde dziecko wie, że agnostycyzm nie jest żadnym “wyznaniem”. Jest oświadczeniem, że się nie wie. To już bardziej wyznaniem jest właśnie ateizm, którego wyznawcy wierzą w to, że Boga nie ma. Piszę “wierzą”, bo przecież nie mogą tego wiedzieć na pewno.
Naturalnie piszę “Bóg” w szerszym znaczeniu tego słowa: mając na myśli pewien byt metafizyczny, Ideę Nadrzędną, Zasadę Porządkującą, Moc Sprawczą… etc. (trudno jest mi TO nazwać, bo ujęcie tego w słowa, zważywszy na nasze możliwości – ograniczenia percepcyjne i poznawcze – jest według mnie niemożliwe).
Agnostycyzm, (do którego się – bardziej lub mniej – skłaniam) pozwala mi zawiesić osąd nad religią (unikam osądzania religii jako takiej – czyli jako kulturowego fenomenu, dzięki któremu powstała ludzka cywilizacja) choć naturalnie nie zamykam oczu na jej negatywne strony, czy też skutki.
Oczywiście, że kieruję się swoim systemem etycznym (tak się stało, że wywodzi się on z tradycji judeo-chrześcijańskiej – tego nie mogę zaprzeczyć – choć nie jest on tożsamy z “przykazaniami” jakiegokolwiek kościoła ani nawet z Dekalogiem) i to on wyznacza mój stosunek do pewnych zachowań (faktów) mających swoje źródło w danej religii czy wyznaniu. To właśnie na tym opiera się moja orientacja aksjologiczna jeśli chodzi o różne religie.
W pewnym sensie to także “hierarchizuje” (i praktycznie wartościuje) w mojej świadomości religie.
Dla mnie nie ulega wątpliwości, że powinna istnieć wolność religijna. Ale przecież nikt nie może twierdzić, że wszystkie praktyki religijne mogą być dozwolone. (Dlatego jestem przeciwny np. rytualnemu ubojowi zwierząt, praktykom uszkadzającym ciało – o składaniu ofiar z ludzi nie wspominając.) Granice tego, co dozwolone, a co niedozwolone (w praktykach religijnych) powinno wytyczać prawo (ja np. akceptuję w zasadzie te jurysdykcje, jakie wypracowały sobie demokracje liberalne świata zachodniego – bez wątpienia opierającego się głównie na tradycji judeo-chrześcijańskiej, ale też oświeceniowej – zgodne także z zasadami społeczeństwa obywatelskiego i otwartego).
To nie jest więc tak, że ja się pozbawiam możliwości nazwania pewnych praktyk religijnych (czy też zachowań, które mają swoje źródło w wyznawanej religii) bzdurą, a nawet (w ekstremalnych przypadkach) zbrodnią.

Jacek Kowalczyk: Czyli totalny miszmasz – religie ogólnie są lepsze od ateizmu, bo zaspokajają ludzką potrzebę mitu, nauka nie odpowiada na pytania metafizyczne (choć ani musi, ani chce), ale za to Pan z pozycji jednej z religii (źródła judeo-chrześcijańskie) może oceniać jako wartościowe lub nie inne religie (nawet jako zbrodnicze), odwołując się przy tym do społeczeństwa obywatelskiego i otwartego ufundowanego na projekcie oświeceniowym, odrzucającym religię jako źródło stanowienia prawa. A dzięki agnostycyzmowi może Pan unikać przesądzania o istnieniu świata duchowego.
No i pięknie! Tak też da się żyć. Ale po co od razu wyzywać ateistów od fanatyków?

Ja: Mój zarzut o fanatyzm odnosi się do tych, którzy wojują z religią pod sztandarem ateizmu, obnosząc się z tym swoim ateizmem jak z jedynie słusznym światopoglądem. Zamiast przyznać się do tego, że nie wiedzą, są pewni, że wiedzą.

greydot
Kilka cytatów a propos powyższej dyskusji:

„Ateista podobnie jak chrześcijanin, utrzymuje, że wiemy, czy bóg jest czy go nie ma: chrześcijanin twierdzi, że wiemy, iż bóg jest, ateista – że wiemy, iż go nie ma. Tymczasem agnostyk zawiesza sąd, utrzymując, że nie ma dostatecznych podstaw, by przyjąć lub zaprzeczyć istnieniu boga.”
(Bertrand Russell)

„Ateizm to także postawa religijna. Szczery ateista myśli o Bogu bezustannie, choć istotnie w terminach negacji. Zatem ateizm jest formą wiary. Gdyby ateista naprawdę nie wierzył, nie przejmowałby się (wiarą innych) lub nie przejmowałaby się zaprzeczaniem.”
(Terry Pratchett)

greydot
Warto wspomnieć, że “papież” ateistów Richard Dawkins w swojej książce “Bóg urojony” (nota bene tytuł równie zwodniczy i niewydarzony, jak “Samolubny gen”) także nie wyklucza istnienia Boga (jednakże to wymaga nie tylko przeczytania książki Dawkinsa, ale przeczytania jej ze zrozumieniem, co dla niedouczonego i zacietrzewionego fanatyka ateizmu może być wysiłkiem ponad siły i intelektualne możliwości).

greydot
Obsesja religią: dość powszechna u ateistów.

greydot
Kryzys uchodźczy w Europie, zalew migrantów… Wśród niektórych Europejczyków lęk przed „Innym” nabiera znamion histerii.
Ja bym jednak nie demonizował “obcych”. W Stanach, w pewnym sensie są sami “obcy” i jakoś nie ma tu większych spięć na tle etnicznym czy religijnym. Jeśli są konflikty to z powodów ekonomicznych, a nie ideologicznych (a do takich zaliczam konflikty religijne). Wydaje mi się zresztą, że dotychczasowe “spięcia” w Europie (Wielka Brytania, Francja a nawet Szwecja) z udziałem “czarnych” czy też muzułmanów, również miały przede wszystkim przyczyny ekonomiczne: był to właściwie protest “prekariatu” – “biedoty”, młodych ludzi bez perspektyw, grup “upośledzonych” konsumpcyjnie – przeciwko “systemowi”, który (według nich) ich dyskryminuje i pozbawia lepszych warunków życia (pracy, rozwoju i konsumpcji).

To nie religia zabija, ale fanatycy (a fanatyzm jest moim zdaniem religijną, czy też ideologiczną patologią), ludzie zdesperowani, niestabilni psychicznie, opętani agresją… Także – jeśli chodzi o agresję na większą skalę – ci, którzy chcą zdobyć władzę, kontrolę nad innymi (podboje kolonialne, wojny krzyżowe i terytorialne, wreszcie takie zbrodnicze fenomeny, jak ISIS). W wojnach, które nazywamy “religijnymi”, także chodziło o zdobycie władzy (a tym samym bogactwa – środków, zasobów, terytoriów), a nie o dogmaty, które większość rządzących (włącznie z niektórymi papieżami) miała w… głębokim poważaniu.
Religia zawsze była narzędziem (pretekstem, “usprawiedliwieniem”) zdobywania władzy, bogactwa, kontroli nad innymi (w rzeczywistości motywy ekonomiczne i polityczne zawsze dominowały nad motywami religijnymi).
Papiestwo, jak również cała europejska “wierchuszka” królewska (wszystkie te nadęte, degenerujące się dynastie), która sprawowała w Europie władzę przez kilkanaście stuleci, dokonała niejako “kidnapingu” idei chrześcijańskiej (utożsamianej z nauką Jezusa Chrystusa), zamieniając ją w praktyce w jej przeciwieństwo (utrzymywanie więc, jak robią to niektórzy, że to chrześcijaństwo ma największe zbrodnie na swoim sumieniu, jest według mnie nie tylko nieuczciwe, ale i niemądre – a już twierdzenie, że faszyzm był ruchem “chrześcijańskim” jest zupełną głupotą, wynikającą najprawdopodobniej ze ślepej nienawiści do wszystkiego, co “chrześcijańskie”).

„Chrześcijanie”, którzy mordują innych dla swoich celów (politycznych, ekonomicznych, a nawet – czy może nawet zwłaszcza – religijnych) stają się niczym innym, jak “chrześcijanami” nominalnymi – nic z nauką Chrystusa (uosabiającego sobą łagodność, miłosierdzie, prostotę, altruizm…) nie mającymi wspólnego.
Zresztą, więcej można zrozumieć, jeśli chodzi o agresywne zachowanie Homo sapiens (jako gatunku en bloc), skupiając się na jego genetycznym zaprogramowaniu i prehistorycznym dziedzictwie, niż na ideologiach, które on wymyślał.

greydot
Nie ma większego sensu porównywanie motywów “agresywnych” obecnych w Nowym Testamencie i w Koranie. W pierwszym nie ma ich prawie wcale, w drugim można ułożyć z tychże całą litanię.
Jest więc różnica w “temperamencie” (poziomie) agresji między normatywnością religijną chrześcijańską a muzułmańską (i myślę, że to co piszę jest obiektywne, mimo że sam się bardziej utożsamiam z etyką chrześcijańską, niż z szariatem).
Naturalnie odmienność ta nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o wpływ “wiary” na zachowanie i obyczajowość społeczności (a w większej skali: społeczeństw) chrześcijańskich i muzułmańskich, nie jest jednak według mnie czymś przesądzającym, radykalnym – uniemożliwiającym pokojowe współistnienie chrześcijan i muzułmanów. Ale pod warunkiem, że nie przyjmą oni postawy ortodoksyjnej, fundamentalistycznej – o fanatycznej nie wspominając. To zresztą stałoby w sprzeczności z prawodawstwem państw europejskich (mimo, że cywilizacja europejska uważana jest w głównym swoim zrębie za “chrześcijańską” czy też “judeo-chrześcijańską”), gdzie jednak rozdział kościoła (a tym bardziej “meczetu”) od państwa powinien już być cywilizacyjnym standardem.

greydot

W jednej z gazet ktoś wysmażył artykuł nadając mu tytuł: „Islam zabija”. Moim zdaniem jest to nadużycie. Według mnie istnieje bardzo mocny argument za tym, że to nie religia (i jej tzw. “prawdy” wiary) decyduje o tym, że człowiek staje się dyszącym mordem osobnikiem, “maszyną do zabijania”; o tym, że jedno państwo (naród) napada na drugie, dokonując przy tym ludobójstwa, często na masową skalę. Oto bowiem, jak świadczą o tym fakty, cywilizacja “nasza”, zachodnia (ponoć “chrześcijańska” a więc – normatywnie przynajmniej – bardziej “humanitarna”, nie-barbarzyńska, “miłosierna”) jest odpowiedzialna za największe zbrodnie ludobójstwa w historii ludzkości (wydaje mi się, że walnie przyczyniło się do tego po prostu techniczne zaawansowanie Zachodu – biorąc pod uwagę stan z XX wieku – ale przede wszystkim jednak kolonializm i ambicje mocarstwowe takich państw zachodnich jak Niemcy, Anglia, Francja i – last but not the least – Stany Zjednoczone).

Czy ta agresywna ekspansywność ma cokolwiek wspólnego z naukami łagodnego syna cieśli z Nazaretu?
W moim pojęciu prawdziwe chrześcijaństwo jest związane z tym co głosił Jezus, a nie z tym co wyczyniali chrześcijanie “nominalni” – de facto uzurpatorzy chrześcijaństwa, którzy w praktyce istotę chrześcijańskości obracali często w jej przeciwieństwo – zwłaszcza kiedy mordowali i podbijali gwałtem innych ludzi. Dlatego utrzymywanie, że to chrześcijaństwo (wiara chrześcijańska) było najbardziej zabójczą religią w dziejach ludzkości jest po prostu nieuczciwe i – mówiąc delikatnie – niemądre.

greydot
Wpływ chrześcijaństwa na losy świata nie brał się z tego, co głosił Jezus, lecz bardziej z tego, co wyczyniali chrześcijanie – jak ich nazywam – „nominalni”. Chrześcijanie nominalni tworzyli chrześcijaństwo nominalne – i to ono wpływało na losy świata. Ludzie, którzy naprawdę kierowali się nauką Chrystusa nie mieli żadnego wpływu na politykę, na wyczyny państw i narodów mieniących się “chrześcijańskimi”.

W ostatecznym rozrachunku zawsze odpowiedzialni są ludzie – a nie ideologie. Zwłaszcza te utopijne. Tak więc to nie religia (ideologia) zabija. Zabijają ludzie. To stwierdzenie nie jest odkrywcze ani nieodkrywcze. Jest po prostu stwierdzeniem oczywistego faktu.

greydot.

POLACY TO NARÓD, KTÓRY TAK ŁATWO NIE DA SIĘ ZADOWOLIĆ – mówi JAN KACZMAREK

.

Jan Kaczmarek dla mojego pokolenia to był ktoś. Dorastaliśmy w latach 70-tych słuchając radiowej „Trójki”, która była dla nas – mieszkańców zgrzebnego raczej PRL-u – świeżym powiewem swobody, luzu, kontestacji… Posługując się zupełnie odmiennym językiem, niż inne media, audycje „Trójki” trafiały do nas ciętą satyrą, lekko anarchizującą inteligencją i swoistym poczuciem humoru. Mam tu na myśli pamiętną IMĘ (Ilustrowany Magazyn Autorów), a zwłaszcza „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Niewątpliwą gwiazdą tych programów był Jan Kaczmarek, jeden z założycieli kabaretu „Elita”, którego teksty i felietony – jak również piosenki – pamiętamy do dzisiaj. Myślę, że w ramach odkurzania moich dawnych publikacji, warto przedstawić tutaj wywiad jaki przeprowadziłem z Janem Kaczmarkiem przed laty.

.

Jan Kaczmarek:

Jan Kaczmarek: zazwyczaj zżera mnie trema (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Piękną pogodę przywiózł pan ze sobą z Polski. Kiedy byłem w kraju, to właśnie maj wydawał mi się najpiękniejszym miesiącem.

JAN KACZMAREK: Akurat padało, kiedy wyjeżdżałem. I chociaż jest takie przysłowie: „Mokry maj, będzie zboże niby gaj”, to akurat Polacy narzekali, że pada. Ale to tak zawsze jest. Jak nie pada, to narzekają, że jest susza, a jak pada – że jest deszcz. Jak mają prezydenta, to narzekają, że niedobry; jak nie mają – to mówią, że by się przydał… itd. Polacy to naród, który tak łatwo nie da się zadowolić.

– No to ładnie, ja chciałem gładko i sentymentalnie od pogody zacząć, a pan tu zaraz na politykę i socjologię wchodzi. Naprawdę miałby pan ochotę rozmawiać ze mną o tzw. „nastrojach społecznych”?

– Cóż, służba nie drużba: pytają rodacy w Ameryce, odpowiadać trzeba. Ogólnie rzecz biorąc, te nastroje są rozwichrzone. Tak jak przy gwałtownej zmianie pogody są burze, to podobnie, gdy radykalnie próbuje się zmienić ustrój, występują wielkie wahania nastrojów. A wachlarz tych nastrojów jest bardzo szeroki: od złośliwości, zgryźliwości – poprzez różne odcienie zazdrości, niechęci, fałszywych ambicji – po nienawiść nawet. Ciemna to raczej kolorystyka. Ludzi zadowolonych jest bardzo mało.

– Nie tak dawno rozmawiałem w Miami z Januszem Onyszkiewiczem, wówczas jeszcze ministrem obrony narodowej, od którego dowiedziałem się, że polskie życie polityczne jest „dojrzałe”. Rozumiem pana ministra, jako przedstawiciel rządu i polityk starał się za granicą wzbudzić zaufanie do naszrgo kraju. Jednak w zestawieniu z tym, co dzieje się na arenie, czy też raczej w cyrku politycznym Polski, zabrzmiało to stwierdzenie niemal po desperacku. Czy pan również uważa, że już tak dorośliśmy do tej demokracji, wolności i „nowego ładu”?

– Nie można mówić o dojrzałym życiu politycznym w Polsce, choćby z tego powodu, że wbrew pozorom, u nas żadnych polityków nie ma. To, co zostało po poprzednim ustroju, to marionetki wykonujące ruchy zgodne z pociągnięciami nitek trzymanych w wiadomych centralach. Nie było przecież u nas żadnej szkoły politycznej – chyba że w Moskwie. W związku z tym nie mamy polityków z prawdziwego zdarzenia. Nie ma ich po prostu skąd wziąć. Musimy więc sobie najpierw tych polityków wykształcić. Nie wiem, w jaki sposób. Może przez branie przykładu z prymusów? Są kraje, które mają większe doświadczenie pod pewnymi względami od naszego. Polityka jest wiedzą, jak każda inna dziedzina, trzeba się więc jej uczyć. Obecnie w kraju „polityka” to jakieś śmieszne próby facetów, którym się wydaje, że są politykami. Nie ma żadnej kultury politycznej. Straszne to są rzeczy.

– Janusz Rewiński ma swoją Polską Partię Przyjaciół Piwa, partią Jana Pietrzaka jest podobno Partia Ludzi Dowcipnych. Pod jakim szyldem politycznym pan by się ustawił?

– Ja jestem w tej Partii Milczącej Większości. Prezydent Wałęsa mówił niedawno, że trzeba będzie stworzyć Partię Prezydencką. Może miał na myśli właśnie tę partię?

– Czy rzeczywiście Lech Wałęsa może liczyć na poparcie większości?

– Muszę przy tej okazji powiedzieć, że władza nie ma żadnego poważania, autorytetu. Nie ma dla niej żadnego szacunku. To, co się wygaduje na Prezydenta, to przechodzi ludzkie pojęcie. A przecież, bądź co bądź, ludzie go sobie wybrali w pierwszych demokratycznych wyborach. Ci, którzy po jego plecach wdrapali się na szczyty, teraz plują na niego tak, że przykro patrzeć – w stylu niedopuszczalnym w środowisku ludzi kulturalnych, Europejczyków, za jakich mamy aspirację się uważać. W kategoriach ogólnych jest to godne potępienia. Ale to są typowe choroby młodej demokracji. Może to jednak potrwać bardzo długo. Jest teraz w Polsce taka modna analogia. Żydzi potrzebowali 40 lat, by przejść z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej, choć dystans ten można było przejść w dwa tygodnie.

– Jan Kobuszewski, zapytany niedawno, co zrobiłby gdyby został prezydentem Rzeczpospolitej, odparł: „powiesiłbym się”. Czyżby dowcip w naszym kraju aż tak sczerniał? Zwiększa się popyt na humor „wisielczy”?

– W ogóle spadł popyt na humor jakikolwiek, gdyż warunkiem jest tu chyba dobry nastrój. Jeżeli potrzeba rozrywki wynika z naturalnych potrzeb ludzkich, tak samo jak ochota na to, by się czegoś napić, czy zjeść, to można mówić o popycie na różne rodzaje potrzeb. W tym kontekście rozrywka jest potrzebą piątej, czy też szóstej kolejności. Pierwsza to wyżywić siebie i rodzinę, ubrać się jako tako, opłacić wszystkie te miesięczne rachunki, ewentualnie kupić sobie jeszcze coś… raz na rok. Potem dopiero może się pojawić potrzeba pójścia do kabaretu. A jeżeli chodzi o humor „czarny”? Nie wiem, Maciej Zębaty, specjalista od tego rodzaju humoru, jest w tej chwili w Ameryce.

– Co się dzieje z „Trójką”, czyli z III Programem Polskiego Radia, który w morzu absurdu jawił nam się kiedyś niczym wysepka normalności i zdrowego rozsądku. Teraz podobno głupota i obskurantyzm zalewa również i ją. Dotarły do mnie słuchy, że powyrzucano z tego programu sporo osób. Podobno za defetyzm: zbyt czarno widzieli naszą polską rzeczywistość, afery im się nie podobały, sabotowali ponoć pełne dobrej woli, mądre poczynania naszych polityków i rządu… etc. To, czego nie zrobiono za „reżimu”, robi się za „demokracji”?

– Moja współpraca z „Trójką” liczy już 20 lat. Sama „Trójka” obchodziła w tym roku 30-lecie. Trzeba powiedzieć, że ja w tym programie siedzę pozornie, bo mieszkam we Wrocławiu, a „Trójka” mieści się w Warszawie. Raz w tygodniu przygotowujemy audycję we Wrocławiu i wysyłamy ją do Warszawy, gdzie jest prezentowana w „Studiu 202”. W zasadzie więc, nie wiem co się tam dzieje. Słyszałem takie zarzuty, że „Trójka” jest zbyt lewicowa! Czyli pogląd odmienny, który tu do pana dotarł. Ale teraz, po tym „wybuchu” demokracji można już wszystko mówić. I mówią – niestety, również wiele bzdur. W tej chwili ta nasza „demokracja” przypomina mi anarchię, całkiem już zdziczałą.

– Z wykształcenia jest pan inżynierem elektronikiem. Okazuje się – jeden przykład na to jest wszem znany – że ucząc się o elektryczności, trafić można w zupełnie odległe od niej obszary.

– Studiowałem na Politechnice Wrocławskiej i występowałem tam w takim kabarecie „Scientia”. Z biegiem czasu to właśnie zdominowało moje zajęcia. Po studiach pracowałem jeszcze jakieś trzy lata w zawodzie. Jako inżynier-konserwator sowieckiej maszyny cyfrowej. Takiej zupełnie prymitywnej, zresztą. Później przeszedłem do radia na etat do redakcji rozrywkowej. I tak skończyła się moja przygoda z elektroniką, którą osobiście bardzo cenię i szanuję. Teraz jednak dziedzina ta przeskoczyła mnie o sześć dystansów. Po drodze były takie rewolucje naukowo-techniczne, że nie mógłbym już do tego zawodu wrócić.

– Mam nadzieję, że nie popełnię tu jakiegoś faux pas ale przypominam sobie, że kiedyś Zenon Laskowik, zapowiadając pański występ, transmitowany na żywo przez telewizję, prosił telewidzów, by nie regulowali odbiorników, bo „Jasiu naprawdę tak wygląda”. Nie obraził się pan wtedy śmiertelnie?

– Obraził?! Dużo było w tym racji (śmiech). Nie można powiedzieć, żebym był człowiekiem fotogenicznym, dlatego nie znoszę występować w telewizji. Źle w niej wyglądam. Lubię radio, bo nikt mnie tam nie widzi… ewentualnie słyszy i powie, że seplenię. Za występami estradowymi również nie przepadam. Zjada mnie trema. Tak więc, Zenek Laskowik bardzo ładnie to uchwycił. Gdybym się z tego powodu obraził, to byłby ze mnie marny satyryk.

– Bardzo jest pan drażliwy na nieprzychylną krytykę?

– Bardzo się nią przejmuję. Martwią mnie negatywne recenzje. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby: a to niekompetencją recenzenta, a to bezmyślnością… Nie mam takiej odporności, jak inni, którzy wydają się nic z tego sobie nie robić. Ale przecież nie można się wszystkim podobać. Szczególnie ostatnio otrzymuję sporo listów bardzo rozbieżnych w ocenach. Od przychylnych, popierających to, co robię; po takie brutalne, wręcz napastliwe. Te ostatnie, oczywiście, zawsze są anonimowe. To pewnie z powodu tego rozwichrzenia, o którym już mówiliśmy.

– Jak powstają pańskie teksty satyryczne? Czy wymaga to jakiejś szczególnej koncentracji, czy też wpadają one panu do głowy niespodziewanie i przypadkowo – ot, tak sobie – np. pod przysłowiowym już „prysznicem”?

– W tym zawodzie, jak w każdym innym, dochodzi się do wprawy. By pisać, zwraca się dookoła uwagę na potrzebne ku temu elementy. Po 20 latach uprawiania tego, mam już taką wyostrzoną uwagę. Łatwiej mi, będąc satyrykiem, zauważać pewne dewiacje, absurdy, odchyłki… Doskonali się przy tym warsztat. Pozwala to – w formie krótkiej – dowcipniej powiedzieć ludziom o tym, co już oczywiście wiedzą. Zadaniem satyryka jest podawanie prawd powszechnie znanych w maksymalnie dowcipnej, lapidarnej formie.

– Muszę przyznać, że wolę pana słuchać jako felietonistę, niż piosenkarza. Szczególnie, gdy śpiewa pan z playbacku, tak jak np. podczas ostatniego występu w Chicago. Ta maszyna wyraźnie panu przeszkadzała.

– Niestety, muszę tu powiedzieć o czymś smutnym. Tuż przed naszym wyjazdem do Stanów, zmarł w tragicznym wypadku mój pianista, Marek Materna. Kilka dni temu był pogrzeb. Żal go bardzo, ale takie jest życie. Żeby do końca odpowiedzieć na to pytanie, muszę stwierdzić, że nie mam ambicji, by uważać się za piosenkarza. Piosenkę uznają za jeden ze sposobów satyrycznej wypowiedzi, który ma swoje zalety. Czasem jakaś treść jest bardziej nośna, gdy się ją zaśpiewa.

– W ostatnich miesiącach gościliśmy w Chicago imponującą liczbę polskich artystów. Oczywiście zawsze bardzo mile są tu widziani i przyjmowanie, lecz słyszy się opinie, że przyjeżdżają tu jakby od niechcenia, z kaprysu… W kraju jest ponoć teraz artystom tak dobrze, że wybierają się za granicę właściwie głównie po to, by dokonać zakupów. Czy przy takim podejściu do występów, nie ucierpi przypadkiem ich poziom artystyczny?

– Może tak rzeczywiście jest. Mogę tu tylko mówić za siebie. Ja traktuję te wyjazdy bardzo poważnie. Publiczność w Chicago bardzo lubię, zawsze występuje mi się tutaj dobrze. Mam wrażenie, że przyjmowany jestem pogodnie i mile. Chociaż mam tu o wiele większą tremę, niż występując w kraju. Absolutnie nie traktuję tych występów ubocznie, ani chałturniczo. Kupuję tu tylko upominki dla najbliższych. Zawsze się dziecko ucieszy, gdy przywiozę mu jakąś grę komputerową czy walkmana… Ameryka to kraj gdzie jest tego pełno, wspaniały wybór, no i jest taniej niż w Polsce. Nigdy nie traktowałem swoich wyjazdów handlowo. Poza tym, mam tu w Chicago wielu przyjaciół, znajomych, z którymi przyjemnie się spotkać i nawet wyspać mi się porządnie nie dają.

– Muszę panu szczerze powiedzieć, że brakowało mi w występach „Maratonu Kabaretowego”, z którym tu państwo przyjechali, pewnej spójności. Wydaje mi się, że program taki jak ten, powinien mieć reżysera, pewne elementy scenografii, choreografii… A tu niestety, wszystko sprawiało wrażenie prowizorki. Każdy wychodził na scenę i wygłaszał swój „kawałek”. Ja jednak chciałem zobaczyć państwa razem, wykonujących wspólnie dobrze napisany skecz, „numer” kabaretowy. A tak – przykro mi to mówić – odniosłem wrażenie, przyjechali tu państwo głównie po to, by zainkasować plik „zielonych” – zresztą, podobno w Polsce już niemal bezwartościowych – no i na te nieszczęsne zakupy. Wrażenie to przygasiło nieco fakt, że podczas waszego występu zdarzyły się też momenty piękne i nie obyło się na sali bez wzruszeń.

– Uważam, że ten program jest specyficzny i musi być taką składanką. Są to wykonawcy reprezentujący różne kabarety (byli wśród nich m.in. Krystyna Sienkiewicz, Barbara Wrzesińska, Kazimierz Kaczor, Jan Pietrzak, Janusz Rewiński, Bohdan Smoleń – przyp. stb). Jeżeli przyjeżdża jeden konkretny kabaret, jak np. Olgi Lipińskiej, to ma on swój wypracowany program, rekwizyty, dekoracje… Ale zgadzam się, że naszemu programowi brakowało finału. Sądzę, że jest to wada, ale nie miałem na to wpływu. Jednak i tak zbudowany program może mieć swoje walory. To taki pokaz indywidualistów. Jest oczywiste, że program, który ma ambicję bycia widowiskiem, musi mieć jego cechy: ruch, scenografię, staranną reżyserię, dramaturgię, finał… Mimo to, publiczność – jak pan widzi – dopisała, sala była pełna. Wczoraj np., podczas występu Jana Pietrzaka, wszyscy wstali i bili brawo. Później, nawet z samochodów ludzie na nasz widok wołali, że się podobało.

– To cieszy. Dziękujemy i zapraszamy ponownie.

greydot

NOTA: Wywiad z Janem Kaczmarkiem odbył się w maju 1992 roku i został opublikowany w wydawanym w Chicago tygodniku „Relax”. (Jan Kaczmarek zmarł w 2007 roku na chorobę Parkinsona.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

GUŁAG PEŁEN RADOŚCI

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

“Ja będę twoim Dostojewskim, jeśli ty będziesz moim Tołstojem. Nasze życie razem będzie wypełnione taką rozpaczą, że śmierć będzie się nam wydawać gułagiem pełnym radości.” (Jarod Kintz)

* * *

Objaśnianie Putina Tołstojem byłoby podobnie bezsensowne, jak objaśnianie Hitlera Goethem. Ale już objaśnianie Putina Dostojewskim miałoby większy sens, podobnie jak objaśnianie Hitlera Nietzschem. To świadczy o tym, że objaśnianie życia literaturą może być równie sensowne, co bezsensowne.
Innymi słowy, autonomia literatury jest na tyle duża, że nie może być ona zakładnikiem społecznego kodu, czy nawet historycznego momentu. Wielka literatura ma wartość uniwersalną. Dlatego rosyjscy pisarze cieszą się takim poważaniem na Zachodzie. (Ale to niestety nie oznacza, że takim samym poważaniem cieszą się Rosjanie jako naród. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie można utożsamiać literatów z narodem, a tym bardziej z jego przywódcami czy politykami.)

* * *

Wydaje mi się, że nie zrozumiemy istoty zbrodniczych systemów (takich np. jak faszyzm czy komunizm) jeśli będziemy demonizować ich twórców czy przywódców, przypisując im samo zło i radykalną “nieludzkość”.
Cała przewrotność ich “sukcesu” (poparcie szerokich rzesz społecznych), polegała na tym, że ludzie uwierzyli, iż czynią oni dobro. I rzeczywiście, pod wieloma względami, efekt ich rządów był pozytywny (np. wydobycie Niemiec przez Hitlera z zapaści gospodarczej).

Zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem.

Największa “demoniczność” masowych morderców – przywódców politycznych, polega na tym, że mają oni ludzką twarz.

* * *

Dopóki w krajach Zachodu kapitalizm był kompatybilny z demokracją (tzn. dopóki kapitaliści potrafili się dogadać z reprezentującymi społeczeństwo socjalistami), dopóty jakoś to wszystko grało, a większość ludzi żyła dostatnio (pomijam tutaj turbulencje światowych wojen). Lecz to się zaczęło psuć już w latach 70-tych ubiegłego wieku (konkretnie: w Stanach Zjednoczonych), z tym że istniały mechanizmy, które odwlekły nastanie głębokiego kryzysu o dobrych kilkadziesiąt lat.
Ten kryzys – wbrew pozorom polepszenia sytuacji – trwa w Stanach do dzisiaj, i niestety, zaczyna go również doświadczać Europa. A to dlatego, że kapitalizm (dzisiaj lepiej byłoby mówić o systemie bankowym i korporacyjnym) zaczyna się “rozjeżdżać” z demokracją – co widać doskonale na przykładzie kryzysu w Grecji.
Na szczęście – mimo tego, że wielkie pieniądze “wykupują” (de facto: przekupują) politykę i polityków (o mediach nie wspominając) – ludzie dysponują jeszcze narzędziami demokratycznymi, by się temu sprzeciwić (kiedy przestaną dysponować takimi narzędziami, to najprawdopodobniej dojdzie do rewolucji – lub masowych migracji).
Problem w tym, że sam sprzeciw to za mało. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na samorządność – na wprowadzenie ustroju, który działałby dla dobra całego społeczeństwa, a nie tylko “elit” finansowo-partyjno-oligarchicznych. A to, niestety, nie będzie łatwe.

* * *

Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy (jak np. system monetarny i bankowy).
Tylko besserwisserzy myślą, że to wszystko rozumieją – ale przecież to jedynie tak im się wydaje.
We are lost… Błąkamy się, jak te dzieci we mgle, nadrabiając miną i śpiewając (pisząc, tworząc, komentując świat) dla dodania sobie odwagi (i znaczenia).

* * *

Można zauważyć, że na internetowych forach publicznych (ale nie tylko tam, także we wszelkich dyskusjach w radio czy telewizji) wszyscy uważają się za besserwisserów. Własnej racji, (która często jest niczym innym jak naszym widzimisię) broni się jak niepodległości. Mało tego: opinię, która się różni od naszej własnej, odbiera się jak osobistą zniewagę – jak atak na nas samych.

Człowiek to jednak zarozumiałe zwierzę (a przecież pozbawiony jest kontroli nawet nad swoim mózgiem – nie wspominając o tym, że nadal, tak naprawdę, nie wie jak ten mózg działa – tzn. co jest istotą myślenia, pamięci, świadomości… etc.).

* * *

Wierzyciele pożyczają pieniądze, których sami nie mają. Dłużnicy je wydają – zarabiają na tym ci, którzy coś sprzedają. I to jest właśnie ten finansowy cud: pieniądze powstają ex nihilo. Ale w końcu i tak zapadają się w czarną dziurę.
Wszyscy uzależniają się od wirtualnego świata – nawet (a może nawet przede wszystkim) banki. Niestety, na dłuższą metę konkretnej rzeczywistości nie da się oszukać i następuje twarde lądowanie.

* * *

Stany Zjednoczone uzależniły świat od dolara (teraz to wygląda tak, że nigdy np. nie będą niewypłacalne, bo zawsze będą mogły spłacić dług papierkami, które – w przeciwieństwie do innych państw – sami mogą drukować i to bez limitu).
Podobnie najsilniejsze kraje Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) uzależniają kraje słabsze od siebie – właśnie za pomocą euro – nazywając to zwykle współpracą albo – jeszcze częściej – pomocą. A to jest taki ciekawy sposób pomocy, który zawsze – prędzej czy później – działa na szkodę tych, którym się (rzekomo) pomaga. (Grecja!)
W finansach nie ma sentymentu (a pomoc należy właśnie do kategorii sentymentalnych). (A ściślej: nie ma sentymentu z wyjątkiem miłości/żądzy pieniędzy; vide credo: Greed is good!)

* * *

Wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Guyem Standing ekonomistą, wykładowcą Uniwersytetu Londyńskiego.
Żakowski: “Wizja sfrustrowanych, która się wyłania, jest groźna dla demokracji?”
Prof. Guy Standing: “Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze. Od 30 lat demokracji ubywa. Coraz mniej osób czuje się reprezentowanych przez partie parlamentarne i ich polityków. Powstała demokracja manipulacyjna. Wielkie pieniądze manipulują partiami, mediami, wyborcami. To najbardziej wkurza sfrustrowanych. Dlatego instynktownie i intuicyjnie domagają się demokratyzacji.” (…)

Przykre to, ale w Polsce media i politycy dały się właśnie “utowarowić”, stając się jednym z elementów mechanizmu zagrażającego demokracji (a nie broniącego demokracji, jak łudzi się red. Żakowski i inni publicyści z kręgu „Polityki” i „Gazety Wyborczej”).

* * *

Niestety, kiedy walczy się o demokrację, największą ofiarą tej wojny może być sama demokracja.

* * *

Każdy naród ma poczucie wyższości nad innymi narodami. Czasami, to poczucie wyższości wyrasta – tak jak w naszym (Polaków) przypadku – z kompleksu niższości (kompleks ten ma różne przyczyny, zazwyczaj od nas niezależne).
Pretekst (do poczucia wyższości) zawsze się znajdzie, podobnie jak argumenty.

* * *

Niektórzy uważają, że „Polska musi przyjąć walutę euro, aby się liczyć w Unii”. Formując w ten sposób ten postulat, wyrażają niechcący pewną prawdę: Polska nie liczy się w Unii.
Według mnie posiadanie waluty euro nie ma wpływu na to, że kraj Unii liczy się bardziej lub mniej. Exemplum: Grecja licząca się w Unii, ale à rebours – czyli jako bankrut.
Przykład Grecji pokazuje także, iż nawet jeśli kraj posiada walutę euro, to wcale się jest łatwiej się z nim rozliczyć (czy też policzyć).

W przytoczonym na początku zdaniu zawarta jest jeszcze jedna bałwochwalcza wiara we wszechmoc pieniądza – waluta jako cudowny środek, którym można regulować rynek i gospodarkę (w praktyce rozregulowując – tak jak to jest w przypadku dolara w ostatnim kryzysie w Stanach Zjednoczonych).
Jeśli najważniejszymi instytucjami bankowymi świata kierują tacy ludzie jak kłamca Bernanke, cynik Wolfowitz czy krętacz Strauss-Kahn, to co tu mówić o etycznej wiarygodności całego tego systemu i towarzystwa?

Państwo to zbyt poważna sprawa, aby uzależniać go od bankierów i finansistów.

* * *

Bez wątpienia istnieje coś takiego jak kod społeczno-kulturowy narodu (wpierw jednak należałoby ustalić jego definicję, by można było na jego temat sensownie dyskutować). Nie uważam jednak, że tłumaczy on zachowania osobnicze (konkretnych ludzi). Bo o tym zachowaniu decyduje bardziej sytuacja – warunki i położenie człowieka. Również jego charakter, wyznawany (i stosowany przez niego) system etyczny, wzory i zasady wyniesione z domu, przyjęte wartości, rola społeczna… etc.
Czyli “kod kulturowo-społeczny” jest pojęciem zbyt ogólnym, by według niego tłumaczyć (odczytywać) zachowanie człowieka.
Nie stanowi on także żadnego usprawiedliwienia dla takiego, a nie innego zachowania i postępowania.
Ponadto, ważniejsza od “ewolucji” tego kodu, jest zmiana polityczna, ustrojowa, społeczna, która może być bardzo szybka, wręcz błyskawiczna. To ona bardziej wyznacza nowe zachowania ludzkie, a nie wolno (ewolucyjnie) zmieniający się kulturowo-społeczny “kod”. (Żeby to lepiej zrozumieć, dobrze byłoby zapoznać się w pewnymi ustaleniami behawioryzmu.) Przecież w słynnym eksperymencie Zimbardo wszyscy, którzy wzięli w nim udział, podlegli byli temu samemu kodowi kulturowo-społecznemu (bo przecież byli reprezentantami tego samego społeczeństwa), a jednak zaczęli się zachowywać zupełnie inaczej – w zależności od tego, czy zostali “strażnikami” czy “więźniami”. Czyli różnica w ich zachowaniu nie wynikała z ich podległości jakiemuś “kodowi kulturowo-społecznemu”, tylko z odmienności sytuacji w jakiej się znaleźli – a i te się różniły w zależności od charakterów poszczególnych uczestników eksperymentu.
Tak więc “kod kulturowo-społeczny” nie jest dobrym kluczem do tłumaczenia ludzkich zachowań, zwłaszcza w homogenizującym się, eklektycznym, otwartym na przepływ informacji i idei świecie – i to nie tylko dlatego, że to wszystko sprawia, iż ów kod ulega zaburzeniu.

* * *

Jak twierdzą niektórzy, “sprawczość” kodu społeczno-kulturowego, czyli jego efekt w społeczeństwie, może być zweryfikowana tylko statystycznie. Jeśli tak, to nie ma sensu “weryfikować” go w zachowaniach osobniczych, indywidualnych. Każdy bowiem człowiek jest podległy swojej własnej mentalności (lepiej chyba mówić tu o charakterze, osobowości), a nie jakiejś ezoterycznej “mentalności zbiorowej”.

Philip Zimbardo zamierzał zbadać, czy w jakimś społeczeństwie istnieje szczególna podatność ludzi na uleganie autorytetom aż do okazywania okrucieństwa. Kolejne badania potwierdziły tezę, że nie istnieją różnice w kodach społeczno-kulturowych, które ten eksperyment mógłby wykryć. Niezależnie od kraju badań wyniki były takie same.
To z kolei świadczy o tym, że o zachowaniach ludzkich bardziej decyduje “natura” gatunku Homo sapiens (rzeczywiście zapisana w genach), niż “kod społeczno-kulturowy” poszczególnych narodów czy grup społecznych – a jeszcze mocniej odnosi się to do zachowania konkretnego człowieka.

* * *

Czy można wierzyć statystyce?

Ogół to nie szczegół. Suma nic nam nie mówi o składnikach dodawania.
Statystyka jest elastyczna i płynna, tylko fakty mogą być twarde i konkretne.
Statystyka jest jedynie czymś w rodzaju poznawczej atrapy, za pomocą której usiłujemy opisać (rozpoznać) rzeczywistość, która wymyka się naszej percepcji. Tak więc, statystyka nie jest najlepszym narzędziem do poznania prawdy (nie bez kozery Mark Twain kiedyś powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka).

* * *

Prawdopodobieństwo: coś podobnego do prawdy, ale prawdą nie będące.
Niestety, im bardziej (głębiej) drążymy rzeczywistość, tym bardziej się nam ona wymyka (im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma). Tak, jakby ta “rzeczywistość” bawiła się z nami w ciuciubabkę, podstawiając (przedstawiając) nam to, co chcemy (możemy?) – albo spodziewamy się – zobaczyć. Stąd zamęt, który “robi” za ład. Zamęt, z którym jakoś próbujemy sobie radzić, często przywdziewając maskę besserwissera (w końcu – najczęściej – się z nią utożsamiając).
W sumie większość z tych, którzy prowadzą zażarte dysputy, uważają się właśnie za besserwisserów, zwykle traktując swojego interlokutora jako Schlechterwissera, czyli tego, który „wie gorzej” (więc się myli).

* * *

Sprzeciw dla referendum.
Czyli NIE dla wypowiedzenia się społeczeństwa w istotnych dla niego sprawach? Czy aby nie jest to obawa przed “ciemnym” ludem? Czyli społeczeństwo jest za głupie, by o sobie decydować?
Tego rodzaju myślenie ma swoją długą tradycję. Ot, weźmy choćby klasyka José Ortegę y Gasseta, który prawił o buncie “mas”.

Każde myślenie o społeczeństwie w kategoriach masy jest myśleniem totalitarnym. Każde traktowanie społeczeństwa jako “ciemnego ludu” jest odruchem autorytarnym.

*  *  *

Zauważyłem, że ostatnio (gdzieś tak od wyborów prezydenckich w Polsce i niespodziewanego sukcesu pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza) na moim blogu nastąpiło gwałtowne zainteresowanie “Buntem mas” Ortegy y Gasseta, której to książce poświęciłem jeden ze swoich wpisów.
Przypomniałem sobie ów tekst, jak również komentarze, które się wtedy pojawiły. Mimo, że było to pisane jakieś 7 – 8 lat temu, uderzyła mnie aktualność treści tam zawartej, ot – dla przykładu – choćby w poniższej wymianie zdań.

MIZIOL: „Wydaje się, że te problemy, które poruszał Jose Ortega y Gasset w swoich esejach dzisiaj stały się dużo bardziej widoczne i odczuwalne. Masy wybierają swoich przedstawicieli, bo tak jest skonstruowana demokracja. Jest to system, w którym władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Dzięki takiemu stanowi rzeczy władzy nie sprawują fachowcy, specjaliści od rządzenia, ludzie szlachetni, ludzie z misją, lecz konformiści i oportuniści. Jest to system, w którym poziom (we wszelkich dziedzinach życia) jest zaniżany do poziomu masy. Z jednej strony to przykre i może być dla niektórych nawet bolesne, ale chyba taka jest logika rozwoju świata jako całości. Świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa czyli ‚masy’. Z tym się wiąże wiele pomniejszych problemów jak np. upadek sztuki – o czym Ortega y Gasset też pisał. I dzisiaj te problemy nabrały dużo większej ostrości w porównaniu z jego czasami. Populacja ludzkości zwiększyła się i coraz bardziej skupia się w dużych organizmach organizacyjnych jakimi są miasta. Kiedy idziesz na wsi i spotykasz drugiego człowieka, to nawet nie znając go dajesz w jakiś sposób do zrozumienia, że go widzisz. Pozdrawiasz, kiwasz głową, nawiązujesz kontakt wzrokowy, cokolwiek. Na ulicy Chicago, Warszawy czy Dublina to już niewykonalne. Ludzi jest za dużo i dla każdego z nas reszta zlewa się w jedną, przewalającą się masę, której sami jesteśmy elementem. Pozdrawiam z irlandzkiej wsi. My tu ciągle jeszcze jesteśmy jednostkami.”

Moja odpowiedź: Mam wątpliwości czy „masy” wybierają dziś swoich przedstawicieli. „Masom” poddaje się teraz zwykle na tacy do wyboru kandydatów, którzy już wcześniej zostali przez kogoś (czyli elity, lobbing, partie, organizacje…) wybrani i „namaszczeni”. System ten sprawdzał się w początkach demokracji, ale kiedy struktury państwa (władzy) ulegają skostnieniu (umacnia się choćby kapitalistyczny „beton”, mają miejsce jakieś pozakulisowe porozumienia, tworzą się „elity” korporacyjno-bankowe, media tracą swoją niezależność… etc.) to zachodzi podejrzenie, że ci kandydaci będą wyłaniani spośród tych, którzy będą reprezentować interesy tychże grup właśnie, a nie całej „masy” wyborców. Nie wiem czy „świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa”, jak piszesz. Ludzie, którzy posiadają rzeczywistą władzę, mają jednak tendencje do podporządkowywania sobie społeczeństwa – a konkretnie do tworzenia warunków, w których będą chronione ich partykularne interesy, a nie interesy „ogółu”, czyli „masy”. (Oczywiście, wmawiając owemu „ogółowi”, że to wszystko robi się dla jego dobra.) Każda władza korumpuje w tym sensie, że wzmacnia się zwykle jej podmiotowość, przez co staje się ona coraz bardziej „arogancka” w stosunku do ludzi, nad którymi sprawuje władzę. W jakiś sposób więc się alienuje, dążąc przy tym stopniowo do zniesienia jakiejkolwiek (np. społecznej) kontroli nad sobą. I to jest niebezpieczne. (…) (Koniec odpowiedzi.)

Czy nie pasuje to jak ulał do obecnej sytuacji w naszym kraju?

* * *

Ktoś w komentarzach pod artykułem o książce y Gasseta napisał również: „Wydaje mi się, że indywidualizm jest zanikającą cechą. Ludzie sprawiają wrażenie masy bez własnego zdania. Nieliczni indywidualiści wybijają się ponad przeciętność, inni – osaczeni, siedzą cichutko, część legnie zdeptana przez pędzący na oślep tłum.”

Trudno jest mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że indywidualizm jest cechą zanikającą. Warto zauważyć, że WSZYSCY jesteśmy skłonni właśnie innych uznać za „masę bez własnego zdania”, ale już sami siebie uznajemy za indywidualistów.
Parafrazując Sartre’a możemy powiedzieć: tłum to inni.

* * *

Są różne rodzaje tłumów. Mamy tłum w filharmonii, mamy tłum na meczu futbolowym, mamy tłum w kościele, mamy tłum na zebraniu partyjnym… etc. Ważne jest to, jakie emocje mogą tym tłumem zawładnąć, kto chce przejąć władzę nad tym tłumem (lub choćby nań wpływać), jakie idee tłum opanują…

Nie przepadam za byciem w tumie, ale jest to niechęć raczej… fizyczna. Po prostu nie lubię być popychany, trącany, deptany – wolę przestrzeń, swobodę i dopływ świeżego powietrza. Kiedy jesteśmy w tłumie to musimy – chcąc nie chcąc – pogodzić się, że jednak stanowimy część tego tłumu. Czasem jest to przyjemne, czasem nie, niekiedy budujące, to znów destruktywne… wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

* * *

Nie każdy tłum zieje „czymś przeraźliwym”, jak ktoś to określił. Bycie w tłumie może także oddziaływać na nas pozytywnie (większość z nas tego doświadczyła: od pokolenia solidarnościowego zrywu i uwielbienia dla Jana Pawła II, po uczestnictwo w jakiejś zbiorowej imprezie – choćby w koncercie rockowym czy symfonicznym.)

Tłum znosi do pewnego stopnia naszą indywidualność – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony.
Do tych dobrych należy np. poczucie solidarności, więzi z innymi ludźmi, uniesienia, a nawet euforii – jeśli to jest budujące, oparte na pozytywnych emocjach.
Złe: jeśli mechanizmy te wyzwalają w nas wrogość, nienawiść – czyli są destrukcyjne, oparte na emocjach negatywnych.

Nie bez znaczenia jest również to, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku możemy poprzez uczestnictwo w tłumie „oszukać” własną samotność.

* * *

Ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych udowodnił m.in. i to, że nadal „człowieka masowego” można robić „w trąbę”. Inne niebezpieczeństwo: Chiny. Tam cięgle ludzi traktuje się bardziej jako „masę” niż zbiór ludzkich jednostek – indywidualności. I tą masą można będzie kiedyś pokierować tak, że wystąpi ona z brzegów i podtopi nieco nasz glob.

* * *

Niektórzy uważają, że Ortega y Gasset wynosi się poza „tłum”, gardzi „pospólstwem”, denuncjuje pośledniość „gawiedzi”… itp.
Czytając „Bunt mas” nie odniosłem takiego wrażenia, iż autor „gardzi” masą (choć dość ostentacyjnie pojęciem „masy” i „człowieka masowego” się posługuje). Wydaje mi się, że jest on bardziej historyczno-politycznym analitykiem, rodzajem socjologicznego proroka, próbuje ostrzegać przed nadchodzącym wielkimi krokami totalitaryzmem.
Jednakże sam nie „utylizuje” ludzkiej indywidualności, wprost przeciwnie: ukazuje, jak taką indywidualność w jego czasach zaczęto utylizować.
Według mnie cała krytyka „masowego” społeczeństwa wyrosła u Ortegi y Gasseta z jego przywiązania do elitaryzmu – i niezgody na ekspansję oraz panowanie przeciętności, banalności, bezmyślności (tudzież uzurpowania sobie przez to wszystko prawa do dominacji w społeczeństwie, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i samą historię).

* * *

Ortega y Gasset jest jednak „intelektualnie” przenikliwy, mimo tych swoich wahań i niekonsekwencji, które wynikały po prostu z trudności jakie stwarza zarówno analiza socjologiczna, jak i przewidywanie przyszłości historycznej społeczeństwa. Mimo wszystko udało mu się to doskonale. Oprócz tego, jak się okazuje, wiele jego spostrzeżeń do dzisiaj zachowało swoją aktualność.

Czy Ortega Y Gasset był mizantropem? Nie wiem. Zbyt mało wiem o nim jako o człowieku. Ale w pewnym sensie ten jego esej świadczy o nim. Kiedy więc czytałem “Bunt mas”, to oczywiście zauważałem to jego krytyczne nastawienie do pewnych ludzkich cech, skłonności czy zachowań, które mogłyby świadczyć o mizantropii. Z drugiej jednak strony, przeczy temu jego autentyczne zaangażowanie po stronie – nazwę to ogólnie i w uproszczeniu – humanizmu. I ta postawa dobrze o nim świadczy. Koniec końców, uwzględniał on dobro człowieka.

Myślę, że na miejscu będzie przytoczenie tu jednej z wypowiedzi y Gasseta, która sporo mówi o nim samym oraz jego nastawieniu do świata i innych ludzi: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w nie kończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.”

* * *

Podoba mi się konstatacja, którą ostatnio usłyszałem, że ludzie mają skłonność do tego, aby czuć się “wyjątkowymi w swojej nie wyjątkowości”. Co ciekawe, nawet bycie w tłumie wzmacnia owo poczucie bycia kimś wyjątkowym, bo przecież jest się w “wyjątkowym” tłumie, tzn. w tłumie mającym pewien szczególny cel, aspirację, odczuwającym coś specjalnego… – chodzi tu jednak o tłum “aktywny”, okazjonalny, “eventowy”.
Czym innym jest jednak tłum – nazwę go tutaj – zwykłym, “powszednim”. To taki, który widzimy codziennie np. na ulicach wielkich miast. W takim tłumie można się już “zgubić”, zatracić – zachować swoją anonimowość, nie tracąc jednak poczucia własnej wyjątkowości, która wszak w takim środowisku staje się na wskroś niewyjątkowa.
Tak, sporo pisze się książek (i kręci filmów) o tzw. przeciętnym, “średnim” człowieku – Everymanie (Jedermannie). Jednakże, moim zdaniem, autorzy takich utworów (bardziej lub mniej świadomie) czynią z takiego człowieka kogoś (mimo wszystko) wyjątkowego, szczególnego. Prawdę mówiąc, gdyby było inaczej, to by się pewnie nim nie zajęli. Ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest kimś wyjątkowym.

Pytanie: czy aby nie utonąć w „masie”, musimy iść z samym sobą na ustępstwa? Może dzieje się odwrotnie: toniemy właśnie wtedy, kiedy idziemy na te ustępstwa (bo – ulegając prawu mimikry – upodabniamy się do tłumu, z tym tłumem się zlewamy)?

* * *

Z wypowiedzi UW: „Niedoskonale działające ustroje demokratyczne, to efekt tego, że nad ekonomią zaczęła dominować polityka. Równość jak najbardziej istnieje, tylko każdemu zdaje się że takowa musi opierać się na braku różnic, a jest właśnie odwrotnie. Jedyny wymóg to odpowiednie proporcje tych różnic. Ja mimo wszystko sądzę, że nie ma indywidualizmu i nie ma masy.”

Nad ekonomią zaczęła – oprócz polityki – dominować zachłanność i irracjonalna, bezczelna spekulacja. W pewnym sensie wielkie systemy korporacyjne i finansowe nabierają cech systemów totalitarnych (nie tylko poprzez swoją globalizację, również wskutek sposobu w jaki traktują człowieka – czyli instrumentalnie, przedmiotowo, a-humanitarnie, lekceważąc jego prawa i potrzeby).

Nie ma indywidualizmu o tyle, że każdy człowiek jest uwikłany w stosunki społeczne, funkcjonowanie państwa i kultury, zdeterminowany genetycznym podporządkowaniem się prawom swojego gatunku… etc. (Totalne zaprzeczenie indywidualizmu równałoby się zaprzeczeniu istnienia wolnej woli.)
Nie ma masy o tyle, że społeczności ludzkie (tłum) składają się z poszczególnych osobników, indywiduów… (jeśli już tak nieelegancko nazywać człowieka).
Jednakże faktem jest, iż na każdego człowieka wywiera wpływ bycie w tłumie, stąd wrażenie, że tłum jest rodzajem „organizmu” o specyficznych właściwościach. I rzeczywiście tak jest, dlatego badania nad zachowaniem się tłumu (i nad jego cechami) mają swój sens i uzasadnienie.

* * *

Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do posiadania własnego zdania i to również w sprawach, w których nie jest ekspertem. Uważam jednak, że kluczowe są tutaj te oto słowa autora „Buntu mas”: „Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć”. (Kimś takim, według y Gasseta, jest właśnie „człowiek masowy”).

Ortega y Gasset ma tutaj na uwadze człowieka bezmyślnego, czyli takiego który poddaje się „owczemu pędowi”, ulega stereotypom i obiegowym opiniom, kieruje się impulsem, popędem i instynktem – takiego, któremu po prostu nie chce się (albo który nie jest w stanie) samodzielnie myśleć, (choć oczywiście nie jest on zbyt skory, aby się do tego przyznać).
Z tego typu człowiekiem mamy do czynienia choćby w kulturze tzw. „masowej”. Również na niwie politycznej, gdzie rozpolitykowany „człowiek masowy” ulega zbiorowemu amokowi bezkrytycznego opowiadania się za taką a nie inną partią – uważając przy tym, że jego wybór jest jedynie słuszny, mądry i prawdziwy (i naturalnie – niezależny). Ach te złudzenia społeczeństw liberalno-demokratycznych.

* * *

Gust człowieka masowego obowiązuje w przestrzeni komercyjnej. Wynika to z prostej zasady maksymalizacji zysku. Dotyczy to więc również kultury masowej – filmu, muzyki, sztuki… tego wszystkiego, co ma zarobić pieniądze. Sprawą otwartą pozostaje wieczny dylemat: w jakim stopniu ów „gust człowieka masowego” (można to nazwać bardziej elegancko „gustem publiczności”), może być kształtowany przez media, artystów, producentów – czyli przez twórców kultury masowej; a na ile jest on „niereformowalny”, czyli zdeterminowany specyficznymi cechami występującymi u wielu ludzi „masowych”, jak np. niewybredność, prostactwo, upodobanie kiczu i pospolitości, lenistwo w myśleniu, uleganie stereotypom,, kulturalna gnuśność, konsumpcyjny schematyzm… etc.

Mało kto uświadamia sobie to, że ten sam człowiek może przejawiać zarówno cechy, które plasują go w obrębie elity, jaki takie, które potwierdzają, że jest człowiekiem masowym. Jednak, opisując społeczeństwo, siłą rzeczy zmuszeni jesteśmy dokonywać pewnych klasyfikacji, uogólnień, dzielenia ludzi na grupy wyróżniające się jakąś statystyczną normą czy wielkością.
I co jest ważne: wszyscy – zapoznając się z podobnymi klasyfikacjami – mamy tendencje do identyfikowania się z tymi, których umieszczono w lepszej „szufladce”.

Na pewno nie chcemy być uważani za część składową masy, choć dość ochoczo szafujemy takim określeniem wobec innych (nadmieniłem o tej skłonności wcześniej, parafrazując Sartre’a, że… „tłum to inni”.)

„Bunt mas” został opublikowany dawno temu, lecz nie odniosłem wrażenia, że książka y Gasseta pisana była „w jakimś innym świecie”. Wprost przeciwnie. To jest ciągle „nasz” świat – stąd ciągła aktualność idei y Gasseta. Choć zgodziłbym się z tym, iż nieuprawnione było twierdzenie autora, że żadna z poprzednich epok nie była tak wyjątkowa, jak ta, w której aktualnie żyje on sam. Moim zdaniem wyjątkowa jest każda (bez wyjątku) epoka. Innymi słowy: każda epoka jest specyficzna i niepowtarzalna.
Mimo to heraklitejski postulat o zmienności (i przemijalności) wszystkiego obowiązuje nas nadal i obowiązywać będzie zawsze. (W odróżnieniu od nietzscheańskiej idei „wiecznego powrotu”, która, moim zdaniem, bardziej poetycka jest, niż realistyczna.)

* * *

Nie jestem pewien, czy wyznacznik „nie zgadzania się z tłumem” jest w pełni adekwatnym wyznacznikiem elitarnej supremacji „autentycznej mniejszości”. Poza tym: czy tłum nigdy nie ma racji? Wszyscy przecież znamy sentencję: Vox populi, vox Dei.

* * *

Marzenie o byciu kimś wyjątkowym oznacza najczęściej marzenie o wyniesieniu się ponad tłum, (czyli ponad ludzką „masę”) – pragnienie doznania swoich „15 minut sławy”. Ludzie – w swojej masie – są banalni, a mimo to każdy – w swojej indywidualności – jest jednak wyjątkowy.

* * *

BUNTOWNICY I KONFORMIŚCI – kilka uwag na marginesie prezydenckich wyborów w Polsce

.

Od czasu do czasu łamię narzuconą sobie samemu zasadę – nie zasadę – by nie podejmować na swoim blogu tematów politycznych. Lecz, mimo że nie darzę większości polityków sympatią (polityka brudzi ludzi) i nie znoszę rozsierdzonych dyskusji politycznych, (które tylko zwiększają i zaostrzają podziały między ludźmi, rzadko przynosząc coś pozytywnego), to ostatnie wydarzenia w Polsce skłoniły mnie do bliższego przyjrzenia się sytuacji w moim kraju, tudzież sprowokowały do wysnucia kilku refleksji, z którymi chciałbym się tutaj podzielić.
Nie zamierzam wszak silić się tutaj na jakąś akademicką, kompleksową i dogłębną analizę – będzie to raczej zbiór kilku luźnych uwag, spostrzeżeń i myśli, które przyszły mi do głowy w ostatnim czasie.

.

1.

Polska jest podzielona. Wydaje mi się, że jest to podział bardziej ekonomiczny, niż światopoglądowy. Za Andrzejem Dudą (czyli przede wszystkim za zmianą i przeciwko obecnemu układowi władzy) głosowali najliczniej mieszkańcy wschodniej i południowej Polski, rolnicy i robotnicy, oraz ludzie najmłodsi (w przedziale wiekowym 20 – 29 lat), ale też i najstarsi. To ich głosy zadecydowały, że Andrzej Duda wygrał. To są reprezentanci tej części społeczeństwa (stanowiącą, jak widać, co najmniej jego połowę, jeśli nie większość), która czuje się zaniedbania, pominięta w procesie rozwoju kraju, nie odczuwająca benefitów wynikających z naszej przynależności do Unii Europejskiej.

Wygląda na to, że władza wzięła „rozbrat” z narodem. Krystyna Janda napisała zaraz po rozstrzygnięciu wyborów: „Narodzie, życzę spełnienia marzeń. Gratulacje.” (Oczywiście był w tym ledwie skrywany sarkazm.) To o czymś świadczy. Czy nie o tym, że znana aktorka – a wraz z nią beneficjenci obecnego układu – odżegnują się od narodu? Według mnie wypowiedź Jandy potwierdza tylko istniejący podział między tymi, co wykorzystują obecny system władzy dla własnych korzyści, a narodem, któremu tak naprawdę politycy i władza powinna służyć – w rzeczywistości jednak go eksploatując, zaniedbując, okłamując, lekceważąc, mając gdzieś… Ostatnie wybory są tego skutkiem.
Nota bene poparcie niektórych artystów, ludzi kultury, celebrytów – bezkrytyczne, a niekiedy wręcz żenująco nachalne i wazeliniarskie – dla obecnego establishmentu i państwowego status quo, jest tych ludzi pewną kompromitacją, sprzeniewierzeniem się ideałom, które oni sami w przeszłości wyznawali, a przynajmniej tak deklarowali. Niestety, jak widać, z niegdysiejszych kontestatorów zamienili się w obecnych konformistów. A przecież konformizm nie przystoi artyście i człowiekowi otwartemu. Poza tym, to właśnie nonkonformizm jest bardzo często probierzem uczciwości.

Następna sprawa: media. Telewizja, jaka jest, każdy widzi. Ja jej w zasadzie nie oglądam, więc przyjmuję na wiarę opinie tych, którzy telewizję oglądają i się o niej wypowiadają, widząc jej stronniczość i schlebianie niezbyt wyrafinowanym gustom. Lepiej znam (czy też raczej znałem) prasę polską, a zwłaszcza tygodniki. Do tego ostatniego stwierdzenia chciałbym jednak dodać pewną glossę. Otóż muszę się przyznać, że mieszkając w Stanach, przez długi czas, każdego tygodnia kupowałem cztery gazety: Politykę, Wprost, Newsweeka i Forum (niekiedy dochodził do tego Tygodnik Powszechny, Rzeczpospolita, czasem rezygnowałem z Wprost czy Newsweeka). Niestety, z biegiem czasu pula tych tytułów zaczęła się zmniejszać (wykruszyły się zupełnie Wprost, Newsweek, Rzepa, a nawet TP – to, co zaczęło się w tych pismach wyrabiać, zaczęło mi jeżyć włos na głowie) – w ubiegłym roku (po przeczytaniu kilku manipulacyjnych i fatalnych pod względem kultury literackiej artykułów) zrezygnowałem z kupowania Polityki (i to bynajmniej nie z powodów finansowych, mimo że kosztuje ona tutaj prawie trzy razy więcej niż w Polsce), w tym roku – z Forum. Szkoda mi zwłaszcza tego ostatniego tytułu, bo pamiętam doskonały poziom jaki utrzymywało to pismo przez dziesiątki lat. Niestety, w moich oczach pismo to zaczęło upadać, kiedy z poważnych, analitycznych artykułów przerzuciło się na obrazki, kolorki i (poszatkowane) artykuły na poziomie ćwierćinteligencji.

Ale ad rem: moim zdaniem to, co się dzieje obecnie z polską prasą oddaliło ją od roli opiniotwórczej, a zbliżyło do roli agitacyjnej, czy wręcz propagandowej. Chodzi tutaj o ważną sprawę, a mianowicie o nierzetelną stronniczość prasy polskiej (a w ogólności: polskich mediów). Bowiem uzależniając się ekonomicznie od swoich sponsorów, traci się jednak autonomię. Mamy wtedy do czynienia z czymś w rodzaju przekupstwa. Uważam więc, że rząd (władza, partie) nie powinny dotować (np. w postaci wykupywania reklam) prasy właśnie tzw. opiniotwórczej, gdyż jest to moim zdaniem tylko taka bardziej zawoalowana („aksamitna”, wyrafinowana?) forma korupcji (bo przecież nie kąsa się ręki, która nas karmi). A zadaniem prasy i dziennikarzy powinno być patrzenie władzy na ręce, ale nie w oczekiwaniu na jakiś kęs czy ochłap, tylko po to, by wytykać jej błędy i grzechy – chodzi o ochronę całego społeczeństwa, a nie dość wąskiej grupy interesantów, kombinatorów czy politycznych manipulatorów. Taka postawa jedynie utrwala i zaostrza podział tego społeczeństwa – na co dowodów mamy ostatnio aż nadto.

2.

Całe życie starałem się być człowiekiem apolitycznym (mimo, że uznaję wagę polityki w urządzaniu państwa), nigdy nie związałem się – i nie zwiąże – z żadną partią, co nie oznacza, że pewnych ugrupowań nie popieram bardziej, innych zaś mniej – z pewnymi poglądami bardziej się zgadzam, niż z innymi. Wyznam, że – w przeciwieństwie do mojej żony – zabrakło mi odwagi, by wziąć udział w ostatnich wyborach. Bowiem żaden z kandydatów nie spełniał moich warunków: Andrzeja Dudy bliżej nie znałem, nie byłem też pewny na ile może być on politykiem niezależnym, nie wypełniającym jedynie wytyczne obowiązujące w partii, z której się wywodzi; Bronisław Komorowski był zaś w moich oczach politykiem zgranym i dość niemrawym, konformistycznym i „układowym”, zbytnio już jednak umoczonym w politycznym błotku, tudzież – wbrew jego deklaracjom (zakładając, że nie były one czczą gadaniną) – bardziej Polaków dzielącym, niż jednoczącym.

Nie będę ukrywał, że moja sympatia była – i jest – po stronie Andrzeja Dudy. Mam nadzieję, że jego wybór na Prezydenta Polski coś zmieni na dobre – że wreszcie coś drgnie w zjełczałej polskiej polityce, że lepiej będzie się traktować polskie społeczeństwo (myślę, że Duda jest po prostu uczciwszym człowiekiem, niż Komorowski). Również z tego, że spore poparcie społeczne zdobył Paweł Kukiz, może wyniknąć coś pozytywnego, jeśli zdoła on wokół siebie zgromadzić odpowiednich ludzi, stworzyć formację, która będzie stanowić przeciwwagę dla zadufanego establishmentu (oczywiście samego PiSu tu nie wyłączając). Wierzę Kukizowi, że nie da się go kupić, że nie przekroczy on granicy kompromisu, za którą jest już tylko koalicyjne partyjniactwo, zdrada deklaracji i fałszywa ustawka. Taki „bulldog” czasami w polityce się przydaje, bo może pogonić towarzystwo zanadto obrastające w tłuszcz – pychę, szmal i przywileje.

A może nadal jestem naiwny? Bo przecież kiedy w 2007 roku wygrywał Donald Tusk, to wolałem to peowskie rozwiązanie od pisowskiego. Kiedy wygrał Obama, to też się cieszyłem i myślałem, że to początek jakichś zmian, których wówczas oczekiwała większość amerykańskiego społeczeństwa, zmęczona polityką Busha, przestraszona kryzysem ekonomicznym i szachrajstwami neokonserwatystów, wpędzających Stany Zjednoczone w kolejne konflikty i politykę zagraniczną skutecznie psującą opinię Ameryki w świecie.
Jeden i drugi mnie zawiódł. Czy to samo będzie z Dudą?

A jednak wolę niepewność i nieprzewidywalność z Dudą, niż pewność i przewidywalność z Komorowskim, bo to pierwsze może oznaczać zmianę, zaś to drugie – dotychczasowe peowskie badziewie, którego symbolem są np. podsłuchane rozmowy osób piastujących najwyższe funkcje w państwie, a (jak się okazało) reprezentujących – pod względem etycznym i kulturalnym – knajacki poziom budki z piwem.
Ale tu chodzi nie tylko o te „kur.y” rzucane mimochodem przez vicepremierów i ministrów Polski (przyznających się do robienia „laski” naszym sojusznikom), ani o dłuższego członka Belki, którym chwalił się on przed Sienkiewiczem… Chodzi o owo „teoretyczne” istnienie państwa, o słynną diagnozę („ch.j, d.pa i kamieni kupa”), do czego przyznał się expressis verbis sam minister spraw wewnętrznych Rzeczypospolitej Polskiej. Bo wbrew temu co twierdzi propaganda sukcesu (do chóru piewców ekonomicznych cudów nad Wisłą przyłączyli się także ludzie kultury, np. pani Krystyna Janda mówiąca: „Nie chcę zmian, nie chcę rewolucji, chcę pracować spokojnie i wytrwale, ku chwale ojczyzny. Niech wszystko rozwija się i kwitnie tak jak przez ostatnie 25 lat i niech nikt temu nie przeszkadza.”) sytuacja w Polsce nie idzie w tak dobrym kierunku, jak chcieliby tego prorządowi propagandyści. Pod pewnymi względami miliardowe dotacje Unii Polskę psują (poprawiając właściwie tylko jej fasadę) – pozbawiają ją innowacyjności, działają niekorzystnie na przemysł, uzależniają poczucie dobrobytu kraju od swego rodzaju jałmużny, jaką bogate kraje Unii dają biednej w stosunku do europejskiej czołówki Polsce. O drenażu młodych, wykształconych ludzi, którzy masowo emigrują zarobkowo na zachód Europy, nie wspominając. A takie „drobiazgi” jak będąca w katastrofalnym stanie służba zdrowia, a kulejące szkolnictwo, a wielki niedobór mieszkań? A katastrofalnie niskie zarobki (wg pani vicepremier Bieńkowskiej „tylko złodzieje i idioci” pracują za mniej, niż 6 tys. zł. miesięcznie) całych rzesz społeczeństwa? A umowy „śmieciowe”? A głodowe renty i emerytury? Lista jest długa. Czy to jest to rozkwitające kwiecie?

Pewnie, że jeśli wyjeżdża się z Polski, by objąć posadę przewodniczącego Rady Europejskiej (bardziej „żyrandolową” i figurancką, niż mającą rzeczywisty wpływ na europejską rzeczywistość) z pensją wyższą od pensji prezydenta Stanów Zjednoczonych, to trudno jest widzieć świat z perspektywy zwykłego człowieka, zwłaszcza takiego, który trudzi się, by związać koniec z końcem. Pewnie, że jeśli ma się dostęp do kurka, z którego szeroką strugą płyną pożyczki i dotacje, to łatwiej manewrować ludźmi, pozorować pracę i udawać, że wszystko jest cacy (gdyby nie to ssanie unijnych funduszy, to rządy PO dawno by się już skończyły). Władza korumpuje, pałac psuje – politycy się alienują, tracą kontakt z rzeczywistością, w jakiej żyją szeregowi obywatele. Stają się pyszni i aroganccy; myślą, że im wszystko wolno, że są najważniejsi, że władać będą wiecznie… Na szczęście, w demokracji, przydarzyć im się może zimny prysznic w rodzaju tego, jakiego byliśmy świadkiem w ostatnich wyborach prezydenckich. Mnie się wydaje, że to dopiero początek, więc lepiej będzie dla nich, jeśli przygotują się na jeszcze większy szok, jaki najprawdopodobniej sprawi im prędzej czy później polskie społeczeństwo.

rys. Jan Koza

JE SUIS CHARLIE?

.

Demonstracja siły czy bezsilności - politycy demonstrują w Paryżu po ataku na Charlie Hebdo

Demonstracja siły czy bezsilności ? – Europejscy politycy na paryskiej ulicy po ataku na redakcję Charlie Hebdo

.

A propos ostatnich wydarzeń we Francji: czy aby na pewno wolność wypowiedzi nie powinna mieć granic? Czy łączy się to z pojęciem wolności absolutnej?
Otóż, moim zdaniem, nie ma – i być nie może – wolności absolutnej, również jeśli chodzi o swobodę wypowiedzi – jeśli chcemy funkcjonować na pewnym kulturowym poziomie (uważając, że jest inaczej, okłamujemy samych siebie). Poza tym – sprawa niezwykle tutaj ważna – należy dotrzeć do prawdziwych przyczyn radykalizacji terrorystycznej „islamistów”. Lecz, aby to zrobić, należy się cofnąć historycznie do czasów europejskiej kolonizacji globalnej i przeanalizować politykę Zachodu wobec świata arabskiego, zwłaszcza tę na Bliskim Wschodzie (a jeśli chodzi o Francję – w Afryce północno-zachodniej). Ale to jest bardzo niewygodne, wymyka się schematom, burzy nasze poczucie wyższości wobec innych cywilizacji, więc łatwiej zrobić pokazówkę, jak ta demonstracja biorących się pod rękę różnej maści polityków i przywódców państw w Paryżu. Mam też wątpliwości, czy aby nadawanie tak kolosalnego znaczenia tej tragedii (jest ona niewątpliwie wielką tragedią dla rodzin i bliskich tych, którzy zostali zamordowani), nie zachęci innych desperatów do podobnych czynów – skoro okazują się one tak skuteczne medialnie, godzące boleśnie w zadowolone konsumpcyjnie i cieszące się wolnością obywatelską, społeczeństwa Zachodu.

Czy jesteśmy lepsi od muzułmanów?
Cywilizacja europejska tylko w jednym XX wieku zgotowała sobie dwie wojny światowe – pełne niewyobrażalnych zbrodni i dziesiątków milionów trupów(a działo się to zaledwie wczoraj) – a i tak mamy poczucie wyższości, uważając się za lepszą cywilizację od każdej innej, a zwłaszcza islamskiej. Jednakże wystarczy tylko bliżej przyjrzeć się naszym „występom” na różnych kontynentach, które eksploatowaliśmy dla naszej (zwykle materialnej) korzyści, w ciągu ostatnich kilkuset lat.

Niestety, hipokryzja Zachodu nie zna granic.
Gdzie byli przywódcy Zachodu, kiedy wojsko izraelskie w ciągu kilku tygodni wymordowało ponad dwa tysiące ludzi w Gazie (głownie cywilów – kobiet i dzieci)? Czy demonstrowali w wielkim oburzeniu, biorąc się za ręce (swoją drogą: jak można się brać pod rękę z Netanyahu, człowiekiem odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne, to przechodzi ludzkie pojęcie!) Czy „wrażliwych” Europejczyków obchodzą setki tysiące ofiar wojny w Iraku, rozpętanej przez rząd USA w oparciu o kłamstwo i ignorancję amerykańskiego prezydenta? Co z ponad 200 tysiącami ofiar w Syrii? Co z kompletnie zdestabilizowaną Libią!? Co ze skorumpowanym i zdewastowanym Afganistanem? Czy pamięta ktoś jeszcze setki tysięcy ofiar – ludzi spalonych amerykańskim napalmem – w Indochinach (lata 60-te i 70-te)?
Niestety, wszędzie tam wspaniała cywilizacja Zachodu maczała palce, stosując swoją pokrętną, pełną hipokryzji i podwójnych standardów, politykę – nastawioną głównie na własne, partykularne, egoistyczne interesy i korzyści. Czy wobec tego wszystkiego wystarczy wziąć udział w rozdmuchanej do absurdalnych rozmiarów demonstracji (taka jak ta ostatnia, w Paryżu) by poczuć własną wyższość nad barbarzyńcami z innych cywilizacji? Czy takie pozerstwo może cokolwiek załatwić – oprócz utwierdzenia się we własnej iluzji?

Jak się dowiedziałem, dzisiaj we Francji postawiono w gotowości bojowej dziesiątki tysięcy policjantów, komandosów i służb specjalnych. I to właśnie jest moim zdaniem wygraną terrorystów – zemsta tych morderców zza grobu. Uważam bowiem, że nigdy podobnymi środkami (które wyglądają jak demonstracja siły, a są wg mnie przejawem poczucia niemocy) nie pozbędziemy się terroryzmu. Wręcz przeciwnie – taka militaryzacja kraju powiększa jedynie traumę i stress, poczucie zagrożenia, i spowoduje jeszcze większą mobilizację ewentualnych terrorystów. Należy dotrzeć do przyczyn i źródła choroby, a nie zajmować się tylko jej skutkami, „lecząc” objawy.

greydot

O DEKULTURALIZACJI i innych współczesnych fanaberiach

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XV)

. zapiski notatki kajet notes.

.

Dziwna jest ta ewolucja korelacji ludzkiej duszy (psyche) z ciałem. Na początku musiał być tylko instynkt i popędy, a więc całkowite podporządkowanie się potrzebom ciała, mające na celu jego fizyczne przetrwanie. Jednakże to kult czegoś transcendentnego i metafizycznego spowodował odwrócenie uwagi człowieka od własnego ciała i skierowanie jej poza fizyczność zarówno samego ciała, jak i szerzej – świata widzialnego (materialnego) – i to właśnie było tożsame (równoległe) z tworzeniem ludzkiej kultury. Gdzieś po drodze pojawił się dualizm duszy i ciała – być może było to konsekwencją wznoszenia się przez nas na coraz wyższy poziom świadomości, a to z kolei powodowało nasze coraz większe wyobcowanie ze świata „naturalnego”, „przyrodzonego” (czyli związanego z „przyrodą”). A jednak, w większości kultur, człowiek przez dziesiątki tysięcy lat, za swój prawdziwy „dom” uważał świat duchowy, czyli niematerialny (własnej wyobraźni, tęsknot, pragnień, lęków, pożądań, myśli… etc.) – bo z nim właśnie wiązała się (kształtowała) jego ludzka tożsamość. Ciało więc traktowane było dość instrumentalnie – było dla człowieka czymś „przejściowym”. Ale to się zaczęło zmieniać – i mam wrażenie, że to chyba Renesans (nota bene zawsze przeze mnie podziwiany), spowodował, że coraz większą uwagę zaczęliśmy skupiać na ciele, czego jedną z konsekwencji była coraz większa indywidualizacja człowieka. Nie rezygnowaliśmy jednak przy tym z mitów, przez co ten materialistyczny trend nas nie „dekulturalizował”, a wręcz przeciwnie: to właśnie w tamtym okresie dał się zauważyć „wybuch” ludzkiej kreatywności (choćby w dziedzinie sztuki).

Niemniej jednak nasze ciało rozdzielone było od duszy (oczywiście walnie przyczyniła się do tego mentalność wywodząca się z chrześcijaństwa) i wydaje mi się, że właśnie dlatego było możliwe to, iż od jakiegoś czasu (wiek XIX?) ludzkie ciało (a ściślej: jego image) stało się – co tu kryć – przedmiotem handlu.

Innymi słowy: w tych ewolucyjnych perypetiach duszy z ciałem wróciliśmy do samego materialistycznego początku, ergo: staliśmy się przez to bardziej „prymitywni”, bo „wyprani” z ducha (mimo rozbuchanej „kultury” gadżetów, pozorów, czczych informacji i bezmyślnej a niepohamowanej konsumpcji).

Tym oto sposobem znów pozostajemy sam na sam z naszym ciałem – bo dusza ulatuje z naszego wnętrza, jak powietrze z przekłutego balonu. (I tu można się zapytać: skoro dusza zachowuje się jak nadmuchany balon, to co to za dusza?)

Ale żeby nie konkludować tak pesymistycznie: jednak nie wszyscy ludzie tak mają. Są wśród nas tacy, których dusza nie jest nadmuchanym – czyli de facto pustym – balonem. I to właśnie oni są strażnikami ludzkiej „duchowości” – czyli tego, co w człowieku jest najważniejsze i co stanowi o jego człowieczeństwie. Warto żyć w zgodzie z materią (własnym ciałem – respektując jego potrzeby, dbając o nie, jak o naczynie, które jest nam jednak niezbędne), ale nie można zapominać, że pełnego człowieczeństwa nie da się „skwantyfikować” (zdefiniować, określić) posługując się tylko kategoriami materii. Nie jesteśmy mechanicznymi marionetkami, a tym bardziej zredukowanymi do (modelowanej wedle naszego widzimisię) cielesnej powłoki, laleczkami barbie i kena.

greydot

“Ostatni wolni ludzie na Ziemi” – adekwatnie zatytułowała “Polityka” reportaż o niekontaktującym się ze światem zewnętrznym (współczesną cywilizacją) plemieniu żyjącym w lasach Amazonii. Oczywiście, stosując dzisiejsze kryteria oceny cywilizacji (narodu, społeczeństwa, człowieka) przez uwikłaną w produkcję, konsumpcję i politykę większość ludzkiej populacji, ludzie ci (bezproduktywni w sensie przemysłowym, nieznający nowoczesnej techniki, odcięci od internetu, analfabeci… etc.) to prymitywy bez wartości, których kultura jest jakąś czarną dziurą.

greydot

Dżihad ante portas? Brytyjski premier David Cameron lamentuje, że Państwo Islamskie zagraża Europie. Zachód angażuje się więc w “pokoleniową walkę z trującą odmianą islamskiego ekstremizmu”. Oczywiście, zdaniem Camerona, agresja Stanów Zjednoczonych (poparta przez Wielką Brytanię – również przez Polskę) na Irak w 2003 r., (która de facto zrujnowała kraj, zainstalowała w rządzie szyitów, którzy zrepresjonowali pozostałe grupy społeczne, zwłaszcza sunnitów… o takim drobiazgu, jak setki tysięcy ludzi zabitych w tej wojnie nie wspominając) nie ma nic wspólnego z odrodzeniem się hydry wojującego islamu, w postaci ISIS. Jak można przypuszczać, wszystko to wzbudzi falę wrogości wobec muzułmanów mieszkających w Europie.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że muzułmanie w Europie są demonizowani i “odczłowieczani” (podobnie, jak demonizowało się i odczłowieczało swego czasu Żydów). Wskazuje się na grupkę oszalałych ekstremistów, którzy roją sobie o jakimś dżihadzie, klecą bomby i zabili w Europie kilkadziesiąt osób, i utożsamia się ich z całym społeczeństwem muzułmanów. Problem jest rozdmuchiwany, czasem przechodzący w paranoję – czego ekstremalnym przykładem jest niejaki Breivik, przedstawiciel rasy panów, stojącej nieskończenie wyższej nad muslimskim “gównem”.

Ludzie niestety myślą schematami, eksponując przy tym często swoją bezmyślność i zwykłą głupotę. Zobaczą zakapturzonego bandytę ucinającego na pustyni głowę białemu człowiekowi i już wołają dusząc się z nienawiści, żeby z wszystkimi wyznawcami Allaha w Europie, (którzy stają się przy tym “szczurami”, “ciapatymi”, “muślinami”, a nawet “gównem” i “nowotworem”) zrobić porządek – najlepiej wyrzucić ich wszystkich z Europy, zebrać w jednym miejscu i zdetonować nuklearnie.

Kiedy czytam te komentarze dotyczące muzułmanów, (których nota bene w Polsce jest znikoma ilość), choćby na polskich forach (to właśnie stamtąd zaczerpnąłem obecne tu wulgaryzmy odnoszące się do muzułmanów), to mi się z tej rasistowskiej głupoty Polaków i szowinistycznego zaślepienie włos jeży na głowie. (Pamiętam, że kiedy w Warszawie społeczność muzułmańska chciała wybudować meczet – nawet nie minaret! – to 95% ankietowanych Warszawiaków było przeciw. Ot, klasyczna swojska ksenofobia.)

greydot

Na razie trudno jest nam sobie wyobrazić islamizację Europy i jedyną możliwością wydaje się nam europeizacja islamu – czyli powstanie (zastosowanie) tego, co nazywane jest przez niektórych kulturoznawców euroislamem. Wymaga tego zachowanie europejskiej tożsamości – czyli wszystkich osiągnięć cywilizacji zachodniej, takich np. jak wolność osobista, wolność wyznaniowa, rozdział religii od państwa (zachowanie świeckiego charakteru tzw. przestrzeni publicznej), demokracja, wolność słowa… A tego wszystkiego nie da się pogodzić z islamską ortodoksją – z utożsamianiem prawa państwowego z szariatem. Z tego wniosek, że jednak dla islamskiej ortodoksji nie ma w Europie miejsca – gdyż trudno sobie wyobrazić powstanie i funkcjonowanie w Europie zupełnie odizolowanych gett muzułmańskich, gdzie ta ortodoksja mogłaby ewentualnie funkcjonować. Tym bardziej, że jeśli chodzi o demografię, to społeczność muzułmańska rozrasta się liczebnie najszybciej z wszystkich społeczności i narodów Europy. Z tego tylko względu problem ten będzie na Starym Kontynencie narastał.

greydot Tzw. „walka z terroryzmem” jest w rzeczywistości przykrywką do tego, by rozbudowywać do kolosalnych rozmiarów aparat masowej inwigilacji, ssąc przy tym federalną kasę. No bo jakie zagrożenie terrorystyczne można znaleźć zakładając podsłuch w biurach Unii Europejskiej? Nie, tu nie chodzi o terroryzm. Tu chodzi o szpiegostwo mające na celu prześwietlenie pewnych struktur władzy, organizacji pozarządowych i przepływu kapitału.

A czy lepiej tego (że się jest inwigilowanym) nie wiedzieć? Mnie osobiście nie uśmiecha się bezrefleksyjna egzystencja cielątka, które o niczym nie chce wiedzieć, bo to mu przeszkadza w radosnym hasaniu po łączce. Wolę jednak życie w świadomości, (która przynosi czasem ból i cierpienie), niż taką cielęcą szczęśliwość (która i tak jest przecież problematyczna – i nawet nie wiadomo, czy jest w rzeczywistości możliwa).

Zgadzam się: wszystko wskazuje na to, że podleganie inwigilacji jest nieuchronne. Lecz mimo to, powinny być stosowane pewne reguły, a człowiek powinien posiadać pewne prawa – a nie być tylko bezwolnym (zniewolonym) przedmiotem, z którym można zrobić, co się tylko pewnym służbom specjalnym podoba. Mimo wszystko uważam, że istnieje realna szansa, by takie prawa dla człowieka zachować.

greydot

Cały ten zmasowany system szpiegowania ludzi, który uskuteczniają już nie tylko Stany Zjednoczone, ale praktycznie wszystkie większe państwa na świecie, nie ma wiele wspólnego z ochroną przed terroryzmem. Ma natomiast wiele wspólnego z grą o władzę i kontrolą przepływających pieniędzy (to jest po prostu szpiegowanie światowego biznesu).

greydot

Czy ludzkość zmierza w kierunku samozagłady? Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że zmierzamy do życia w rzeczywistości, w której nie będzie żadnej prywatności, w której każdy będzie prześwietlony na wylot (odpowiednie „służby” będą wiedzieć o każdym człowieku wszystko) oraz manipulowany przez wielkie korporacje – przez tych, którzy będą mieli władzę i pieniądze – i którzy za wszelką cenę będą chcieli utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, zwiększając przy tym zakres swojej władzy i bogactwa. To, niestety, czeka nasze wnuki, czy też prawnuki – które najprawdopodobniej nie załapią się do „elity”, a będą tymi, których ta „elita” będzie kontrolowała i eksploatowała.

Zdaję sobie sprawę, że jest to czarny scenariusz, ale niestety istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że się on spełni.

greydot

Łudzimy się, że internet zbliża nam świat, lecz w rzeczywistości on nas od niego oddala. Zamiast żyć życiem realnym, zaczynamy żyć w świecie wirtualnym, zdeformowanym, iluzorycznym – choć często, paradoksalnie, wydaje się on nam być bardziej prawdziwy od świata realnego, zewnętrznego. A to dlatego, że wszystko zaczyna się dziać w naszym wnętrzu – nasza świadomość zaczyna się ograniczać do percepcji tego, co znajdziemy w internecie, co na dodatek zaczyna także determinować nasze życie uczuciowe, generujące się wokół fantomów.

greydot

Daniel Passent pisze na swoim blogu: „Rzadkim światełkiem w tunelu było czytanie i ‚wyświetlanie’ ‚Golgoty’ w kilkunastu teatrach. Ale energia, dynamika – jest po stronie konserwatywnej.” (Chodzi oczywiście o sztukę „Golgota Picnic”, która wywołała w Polsce szeroka falę protestów wśród ludzi – „konserwatystów” – dotkniętych jej obrazoburczą treścią, i jej prezentację w wielu miejscach kraju, która była kontr-rekacją na usunięcie tej sztuki z repertuaru festiwalu teatralnego w Poznaniu.)

Jak wygląda owo “rzadkie światełko w tunelu”, które wg Passenta jest najwidoczniej rodzajem kaganka oświaty i nadziei na dalszy nieskrępowany rozwój światowej dramaturgii, w której autora Golgoty obwołano geniuszem a jego „dzieło” uznano za jedną z najważniejszych i najbardziej wybitnych sztuk współczesnego teatru? Oto wrażenia ze spektaklu-prezentacji, jaki odbył się w krakowskim Teatrze Starym. Pisze jedna z kobiet, która była widzem przedstawienia: Jak przedstawiono śmierć Jezusa? “Jako zmielenia mięsa i oblepienia nim głowy mężczyzny, leżącego na świetlistym krzyżu na ziemi, pokrytej bułkami hamburgerowymi. Rozebrano go do naga, ubrano w skąpy kobiecy kostium i szpilki. Następnie ta osoba wstała, poszła dziwacznym krokiem do krzesła, spod kostiumu zwisały mu genitalia, na które było przybliżenie. Usiadł on na krześle, zakładając nogę na nogę, by genitalia cały czas były widoczne” – opisuje Anna K., która podkreśla, że “w kontekście męki i śmierci Jezusa pokazywano nagich ludzi, ocierających się o siebie genitaliami, głowami, wijących się w dziwnych maziach”.

Zadałem sobie trud przeczytania tekstu sztuki Rodriga Garcii. Zamieszczam parę (bardziej klarownych) cytatów z tej “najważniejszej sztuki ćwierćwiecza”, jak określili ją co poniektórzy entuzjaści współczesnych trendów w teatrze:

“Skończył na krzyżu, na co sobie zasłużył, ponieważ każdy tyran zasługuje na karę lub – jak to mówią w mojej dzielnicy – kto zawinił, musi za to zapłacić. I żeby w końcu się zamknął, przybili mu gwoźdźmi ręce i stopy. A ten dalej gadał jak gdyby nigdy nic. Przeszedł Drogę Krzyżową, która nie była bardziej bolesna od tej, którą przebywa pracownik poczty – drogi krzyżowej życia pozbawionej sensu, jak każde życie, dokładnie takie jak twoje. I twoje.” (…) “Te i inne mądrości rozpowiadał ten szaleniec nawet wtedy, kiedy wisiał na krzyżu. Ludziom, którzy myśleli inaczej niż on, życzył źle, i sprawił, że drzewo figowe uschło, ponieważ nie miało owoców, kiedy był głodny. Posiadał niemal boską umiejętność zadawania bólu i czynienia zła. Lubił napawać strachem obecnych za pomocą perwersyjnych cudów, takich jak przyklejenie odciętego mieczem ucha biedakowi, co wdał się w bójkę, leczenie trędowatych czy chodzenie po oceanie. Był też pierwszym demagogiem: rozmnożył ludziom jedzenie, zamiast wspólnie z nimi pracować. Trzeba pamiętać, że nigdy nie pracował.” (…) “Sam o sobie powiedział, że jest barankiem. Ale był cholernym demonem. I groził dżumą i wszelkiego typu chorobami, był Mesjaszem AIDS. Zniszczył świątynię z zazdrości o cudze bogactwo, wiedział, że ktoś bez pieniędzy i pochodzenia jak on nic nie znaczy i że daleko nie zajdzie, więc chciał przywłaszczyć sobie bogactwa tych, którzy wiernie za nim podążali.” (…) “Było to w miejscu o nazwie Golgota, ziemi czaszek, odkryto tam wszystkie jego kłamstwa – poległ jako strateg wojskowy i lider społeczny. Był tak beznadziejny, że zamiast podpisać rozejm czy wbić białą flagę, kiedy było już po wszystkim, powiedział jedynie nocą do gwiazd w Ogrójcu: “Odsuń ode mnie ten kielich. Ojcze, odsuń ode mnie ten kielich”. Mówił to w powietrze, czekał na ocalenie z powietrza, stracił rozum. Tak tchórze rozmawiają z bogami, którzy nie chcą słuchać, rzeźnicy rozmawiają z ostrzem, a murarze rozmawiają z piwem, a marynarze z krabami, a ja żrę soczystego, miękkiego i ogolonego kutasa.” (…) “Bóg jest językowym podstępem i wszystko, co mówię i co powiem do końca tej sztuki, to nieczyste zagrywki, które wymyślam, by przeżyć przy odrobienie radości na tej parszywej ziemi.” (…)

itd… itp…

Można się tu zapytać: czy o taką kulturę walczą tzw. „liberałowie” polscy? A może o taką, jaką zaprezentowali na taśmach “gwarantujących normalność” politycy i polscy mężowie stanu typu Sienkiewicz, Sikorski, Nowak… et consortes, oraz ten (chodzi oczywiście o prezesa Narodowego Banku Polskiego), co ma – jak sam stwierdził – „największego ch.uja”?

PS. Sorry za wulgaryzmy, ale taki mamy (w polskiej „kulturze” politycznej) klimat.

greydot

Polski minister skarbu Włodzimierz Karpiński o pewnym biznesmenie, koalicjancie: “Albo dostanie, je.bnie go w końcu ktoś i tyle, no. Na poważnie. No tyle tylko, że to może rozsypać się koalicja.”

Właśnie, koalicja nie rozsypuje się tylko dlatego, że nikt w niej nie został jeszcze dobrze “je.bnięty”. Kiedy więc zaczną się nawzajem – używając języka dżentelmenów sprawujących najwyższe stanowiska w polskim państwie – “je.bać”, to jest szansa odmiany w sposobie rządzenia krajem jaki jest teraz uskuteczniany przez układ trzymający władzę. A że jest cała masa “haków” jakie ci panowie mają na siebie, które jak najbardziej byłyby pretekstem do “je.bania” się nawzajem – tudzież do “wyje.bania” tego i owego w kosmos (to również cytat z podsłuchanych rozmów) – to jest to raczej oczywiste dla tych, którzy się tego nie boją, albo, wręcz przeciwnie: boją się bardzo. Cała reszta jest ślepa, udaje ślepą, albo też jest obojętna. I na utrzymanie tego stanu (ślepoty i obojętności) liczą ci wszyscy szlachetni panowie “z klasą”.

Ten i podobne przykłady skutecznie zniechęcają nas do polityki, prowadząc do wniosku, że rozsądniej byłoby się od tego politycznego bagienka vel polskiego piekiełka trzymać z daleka. Ale to jest ten paradoks i dość niewygodna alternatywa: albo angażujemy się w politykę i wtedy mamy prawo polskich polityków krytykować, chcąc to nędzne status quo zmienić; albo się nie angażujemy – i wtedy takiego prawa się pozbawiamy, odsuwając się przy tym od jakiegokolwiek wpływu na zmianę sytuacji politycznej w Polsce.

greydot

Czytam dzienniki Alberta Speera, („nadwornego” architekta Hitlera, a później ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy) ze Spandau (czyli z więzienia, w którym odsiadywał on swój norymberski wyrok 2o lat pozbawienia wolności i gdzie – potajemnie, głównie na papierze toaletowym – spisywał swoje wspomnienia i prowadził dziennik). I to jest znakomita rzecz – taka wiwisekcja człowieka, który umie swoje (ewentualne) sumienie schować do kieszeni i traktować rzeczywistość doskonale wybiórczo. Tzw. “przyzwoity (???) człowiek”, który potrafi doskonale wpisać się z zbrodniczy system (układ), myśleć tylko swoją karierą, wykorzystując do tego własną (nieprzeciętną) inteligencję, która umożliwia mu doskonały kamuflaż… I to nie tylko przed światem zewnętrznym, ale także jeśli chodzi o obraz samego samego siebie – we własnych oczach.

Odnoszę wrażenie, że Speer nie tyle “wypycha” z siebie poczucie winy, co doskonale potrafi je w sobie ukryć (nawet przed samym sobą). A może on w ogóle nie miał poczucia winy? To też jest możliwe. I co ciekawe – nadal tego nie wiem po przeczytaniu 500 stron jego dzienników. To jest psychiczna ekwilibrystyka co się zowie! Zresztą, tylko tacy “żonglerzy” mogli się uchować w rządzie Hitlera. Niestety, podobnymi “żonglerstwem” wykazała się w czasach faszyzmu większość Niemców.

Mogę się zgodzić ze stwierdzeniem (z którym nota bene już kilkakrotnie się spotkałem), że na tle całej tej nazistowskiej zgrai, Speer sprawiał wrażenie intelektualisty. Mało tego: on sprawiał także wrażenie człowieka przyzwoitego – i to był właśnie szczyt kamuflażu.

greydot

Reinhold Messner, legendarny alpinista i himalaista, który był również Eurodeputowanym: “W naszym świecie nie ma definicji dobra ani zła. Są tylko cele możliwe albo niemożliwe do realizacji”.

Ktoś cytuje te słowa zachwycony, a ja się temu dziwię, bo przecież w naszym świecie jest mnóstwo definicji dobra i zła. Każdy system etyczny tworzy definicje dobra i zła. Tak na dobrą (złą?) sprawę każdy człowiek ma swoją definicję dobra i zła – najczęściej przejmowaną z systemu etycznego jaki funkcjonuje w kulturze w jakiej się rodzi, wychowuje i żyje. Bezrefleksyjne powtarzanie słów jakiegoś celebryty – choćby to była nawet “gwiazda” alpinizmu, która nam imponuje – często jest niczym innym jak robienie ludziom wody z mózgu.

Jeśli ktoś miałby z trudności ze zrozumieniem tego, co napisałem, to powinien pomyśleć np. … choćby o piwie: jest piwo dobre i jest piwo złe. A bardziej ambitnym intelektualnie można zaproponować przypomnienie podstawowych systemów etycznych stworzonych przez człowieka:

Sokrates – praktyk metody majeutycznej, intelektualizm etyczny Anaksymenes i Epikur – hedonizm – system subiektywno-emotywistyczno-efektywistyczny Platon, św. Augustyn, etyka chrześcijańska – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczne Arystoteles, Stoicyzm, Baruch Spinoza – systemy obiektywno-naturalistyczno-motywistyczne Kartezjusz, Georg Wilhelm Friedrich Hegel – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-efektywistyczne Jean-Jacques Rousseau i następcy – system obiektywistyczno-naturalistyczno-motywistyczny Immanuel Kant – system obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczny John Stuart Mill – utylitaryzm – system obiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Karol Marks – materializm dialektyczny – system subiektywno-naturalistyczno-nominalistyczny Fryderyk Nietzsche – system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Arthur Schopenhauer – system subiektywno-emotywistyczno-nominalistyczny Rudolf Carnap – opracowanie kilku różnych wersji etyki nominalistycznej i początek studiów porównawczych różnych systemów etycznych. Ayn Rand – twórczyni obiektywizmu, opartego na “racjonalnym zainteresowaniu sobą” Nel Noddings – twórczyni etyki troski Richard Hare – twórca preskryptywizmu

PS. Do listy tej dodałbym również Kalego, (który właściwie podpada pod system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny).

greydot

Uderzyły mnie słowa Johna Swintona, dziennikarza ”The New York Times”, który, odchodząc na emeryturę, powiedział:

”Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety swoich własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane. Dostaję ileś dolarów tygodniowo za to, żebym powstrzymywał się od wyrażania własnych poglądów i opinii w gazecie, w której pracuję. Wielu tu obecnych otrzymuje podobną zapłatę na identycznych zasadach. Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku ! Gdybym dopuścił, by moje prawdziwe opinie zostały opublikowane w którymkolwiek numerze gazety, straciłbym pracę w niecałe 24 godziny ! Praca dziennikarza polega na niszczeniu prawdy, łganiu na potęgę, deprawowaniu, zohydzaniu, czołganiu się u stóp mamony, sprzedawaniu siebie, sprzedawaniu swojego kraju i swojego Narodu w zamian za chleb swój powszedni, czy też – co sprowadza do tego samego – za swoją pensję. Wiecie to wy i wiem to ja. Cóż to więc szaleństwo, wznosić toast za niezależną prasę! My, dziennikarze jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!”

Według mnie warto ten cytat przeczytać kilka razy, bo go sobie lepiej przyswoić i utrwalić. Dobrze byłoby go pamiętać – czy też przypominać – za każdym razem, kiedy sięgamy po nowe wydanie jakiejś “niezależnej” gazety. Wtedy wiele spraw łatwiej byłoby nam zrozumieć – a zwłaszcza zakłamanie i obłudę niektórych dziennikarzy.

greydot

Bezstronność najczęściej oznacza obojętność, ma też coś z amoralizmu. Lecz jeśli przyjmie się pewien system etyczny (a każdy człowiek, bardziej lub mniej świadomie jakiś system etyczny przyjmuje), to ów system wyznacza “stronę”, po której się ktoś opowiada.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Agnieszką Holland, która nota bene nie wstydziła się nawiązać do etyki i uznać expressis verbis ważność Dekalogu, a szerzej: stwierdzić konieczność respektowania pewnego systemu etycznego, którym człowiek winien się kierować w swoim życiu (ale oczywiście cynizm jakim przesiąknięty jest obecnie świat, czyni jakiekolwiek odniesienie się do moralności czymś niebywale wstydliwym – a ten, kto to robi, spotyka się zwykle z ośmieszeniem i szyderstwem).

Agnieszka Holland stwierdziła, że wierzy, iż istnieje coś takiego, jak Zło absolutne. Ja w to nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka. (Nie chcę jednak przez to powiedzieć, iż nie są one ważne. Wręcz przeciwnie.)

Wydaje mi się jednak, że zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się (a ściślej: możemy je nazwać) dopiero wtedy, kiedy – organizując kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne. Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała się nam sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze wikłaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga ponad sto lat temu. Zaczęło się to bowiem już gdzieś w Renesansie, (kiedy to zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież jest już (niby) udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (i niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”). Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

Lecz Agnieszka Holland powiedziała też coś bardzo ważnego: otóż, że powinien liczyć się Dekalog. Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w pewnej kulturowej otulinie). Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra. I nie chodzi tu jedynie o ważny w świecie judeo-chrześcijańskim Dekalog, ale o każdy system etyczny bez wyjątku. Tak więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym już to nie jest. Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś sądzić dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”… etc.). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie. No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i rasowe well beeing pracowały – a czyniąc to nie robiliby, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura, która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego przegrali. Nie chodziło tu więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „Jasnej Mocy”, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.

A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać. Jeśli bowiem obdarzył On czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma według mnie żadnego innego wyjścia, jak starać się temu systemowi etycznemu sprostać – jeśli chce się człowiekiem (w sensie wartości tzw. Hhumanitarnych”) pozostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego lub gatunkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość. Ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

greydot

Pisząc „Indiański tryptyk” zastanawiałem nad tym, czy eksterminację Indian Ameryki Północnej można nazwać holocaustem, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie był to holocaust w takim sensie, jak my to rozumiemy po doświadczeniu Holocaustu dokonanego przez Niemców podczas II wojny światowej na Żydach. I bynajmniej nie z tego powodu, że jednak określenie to zostało niejako zawłaszczone przez tych, którzy zarezerwowali go dla nazywania masowej eksterminacji narodu żydowskiego podczas ostatniej wojny. Oczywiście dochodziło w czasie kolonizacji Ameryki przez Europejczyków do aktów ludobójstwa ale Koloniści, a później rząd amerykański, nigdy nie zastosowali czegoś w rodzaju “ostatecznego rozwiązania” kwestii indiańskiej, w sensie celowej, zorganizowanej i masowej eksterminacji narodów (plemion) indiańskich – tak jak to zrobili Niemcy wobec europejskich Żydów.

Tak naprawdę jednak nie jest ważne to, jak nazwiemy fakt niszczenia populacji i kultury Indian amerykańskich – istotne jest to, że kulturę tę zniszczono, a życie straciło miliony ludzi, rdzennych Amerykanów.

Ktoś niedawno zarzucił mi, że pisząc o nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, usprawiedliwiałem tym samym, jak to określił: „mechanizm nieuchronności dziejów, czyli – mówiąc brutalnie – argumenty wyższości lepiej uzbrojonych, bardziej sprawnych w logistyce prowadzenia wojny, znaczy silniejszych”.

Jest to nieporozumienie, choćby tylko dlatego, że mamy tu do czynienia z różnymi sytuacjami historycznymi. Ja wcale nie uznaję, że brutalne narzucanie przez silniejszego swojej woli słabszemu  jest “mechanizmem nieuchronnym” dziejów. Gdybym tak uważał, to bym się zamknął i nic więcej już na ten temat nie napisał – bo po co się kopać z koniem? Uważam wręcz przeciwnie: że można chronić kogoś, kto jest słabszy, że należy domagać się sprawiedliwości, że trzeba sprzeciwiać się ludobójstwu i instrumentalnemu traktowaniu człowieka przez polityków i “możnych” tego świata… Wierzę, że taka postawa może coś zmienić. Mimo wszystko jestem tego pewny, że są ludzie, którzy przechowują w sobie taką elementarną przyzwoitość – i to oni w końcu (z)definiują tzw. “człowieczeństwo” Homo sapiens. Gdybym w to nie wierzył, to już dawno palnąłbym sobie w łeb – bo jak tu można byłoby żyć wśród zwierząt, które kierują się tylko prawem silniejszego, przemocą wyznaczając hierarchię wyzysku i kolejności dziobania?

To właśnie dlatego sądzę, że jeśli poddamy się jakiejś “konieczności dziejów” (na ukąszenie heglowskie jestem chyba dość mocno uodporniony) i uznamy, że zawsze “pięścią musimy odpowiadać na pięść”, to przegramy.

greydot

Do pewnego stopnia Fides et ratio są od siebie nieodłączne, ale w pewnym miejscu się jednak rozchodzą (nie bez kozery bowiem “wiara” to nie to samo, co “rozum”). Niestety, nie zawsze te pojęcia są komplementarne – stąd najczęściej wyrasta nasza głupota. A jeśli się komplementują? Być może właśnie na tym polega(łaby) nasza mądrość?

greydot Jedynie miłość zbawia. Reszta jest nicością. greydot .

NIE JESTEM ANI ODRAŻAJĄCY, ANI OKRUTNY, ANI ZŁY… mówi Radosław Piwowarski

.

„Są reżyserzy mający wyraźne zacięcie polityczne, którzy traktują film jako oręż w rozgrywkach politycznych. Ja traktuje film zupełnie inaczej. I tym różnię się od nich diametralnie” – takie słowa usłyszałem od Radosława Piwowarskiego podczas pierwszego naszego spotkania przed kilkoma laty* na lotnisku O’ Hare. Mimo tego, że walizki reżysera były już w samolocie, a do odlotu dzieliła go niespełna godzina, to ten mój pierwszy wywiad na amerykańskiej ziemi uznać mogłem za spełniony. Oczywiście, największa w tym zasługa Piwowarskiego, którego wypowiedzi zawsze są bardzo wyraziste, emocjonalne i – mimo pewnej afektacji – precyzyjne.

.

Radosław Piwowarski: "Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym..." (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski: „Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym…” (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych twórców kina polskiego ostatnich lat.** W poprzedniej dekadzie zrobił kilka pamiętnych filmów: „Jan Serce”, „Yesterday”, „Kochankowie mojej mamy”, czy też symptomatyczny dla naszych czasów „Pociąg do Hollywood”.
W Chicago reżyser gościł kilkakrotnie z okazji odbywającego się tutaj Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, przywożąc nań dwa filmy: „Marcowe migdały” oraz – trzy lata później – „Kolejność uczuć”. Nie chcę wracać do wszystkich motywów naszej rozmowy, które dotyczyły głównie „Marcowych migdałów”, jednak chciałbym zaznaczyć wątek bardziej uniwersalny, odnoszący się do kwestii upolityczniania kina.

Nie lubię polityki…

Sam Piwowarski wybrał marzec 1968 roku na czas akcji wspomnianego filmu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w jego tytule. To rodziło pewne oczekiwania, nadzieję na głębsze, bardziej analityczne zajęcie się tym ważnym socjologicznie i kulturowo okresem. Jednak to, co zobaczyliśmy, zupełnie nie nadawało się do politycznego archiwum. Podzieliłem się tą uwagą z reżyserem, na co ten odrzekł:
– „I to jest zarzut, z którym ciągle się spotykam – że film o Marcu powinien być inny; że to niby tak: Krakowskie Przedmieście, przyjeżdża ZOMO, wyciąga pały, goni studentów… A ja tak: prywatki, całują się, dupę wypięli zza drzewa, dziadek zjadł kotlety… Być może oni mają rację, jak przez 20 lat czekali na film o Marcu ’68. Ale ja nie lubi polityki. Chcę to tutaj podkreślić, że absolutnie obowiązkiem artysty jest jest pokazywać indywidualną wersję zdarzeń powszechnie znanych, bo jeżeli to miała być dokumentacja o Marcu, to trzeba było po prostu zrobić film dokumentalny, wyciągnąć z UB kroniki, jak lali – bo na pewno było to kręcone – i po prostu pokazać to w programie telewizyjnym; zrobić wywiad z Moczarem, czy z innymi facetami. Moim zadaniem było pokazać jak ja tom widzę po 20 latach.”

Poganiacze kotów i „Operetka” na jeden palec

Pamiętam, że na przełomie lat 80-tych i 90-tych powstawały w Polsce filmy, w których twórcy wracali do swych osobistych doświadczeń z okresu dojrzewania. Były to obrazy ukazujące polską młodzież, której dorastanie przypadało na momenty gwałtownych zwrotów politycznych. I zazwyczaj owe akcenty i podteksty polityczne były w tych filmach wyraziste i czytelne. Tego nie można było także powiedzieć o filmie Piwowarskiego „Yesterday”. On też właściwie nie miał takiego tła politycznego, jakiego można się było spodziewać. Nadarzyła się więc okazja, by zapytać reżysera, czy oprócz tej jego awersji do polityki, nie grały roli jakieś inne względy? Np. obawa przed kłopotami na kolaudacji, czyli przy zatwierdzaniu pozwolenia na rozpowszechnianie filmu, co było w gestii specjalnych komisji kwalifikacyjnych („kapturowe gremia” – jak je kiedyś nazwał Janusz Zaorski). Piwowarski zaprzeczył:

– „Nie obawiałem się. Przedstawiłem wszystko realistycznie i w związku z tym ta polityka tam w jakimś sensie jest. Są tam trzy siły rządzące duchem ówczesnej młodzieży: szkoła – krótko obcięte włosy, tarcze na rękawach, absolutny posłuch…;dalej – kościół mający olbrzymi wpływ na wychowanie młodzieży oraz kultura przenikająca z krajów Zachodu, na ogół wyłapywana przez fale radiowe z piosenkami. Między tymi trzema wektorami młody człowiek szukał własnej drogi w dorosłość. Te trzy siły nim sterowały. To było dla mnie najważniejsze.
Swoją drogą, dziwne to były dla mnie czasy, bo z jednej strony na pożyczonej maszynie do pisania jednym palcem wystukałem sobie „Operetkę” Gombrowicza, a z drugiej – grałem na gitarze basowej w zespole „Poganiacze kotów” i w piwnicy mojego domu próbowaliśmy jakieś kawałki. Wydaje mi się, że poważniejsze zapotrzebowania kulturalne mogły spokojnie iść w parze z muzyką, którą niosła zachodnia kultura pop. Niosła też ze sobą inną filozofię życia. Działało to na nas jak narkotyk.”

Tym sposobem Radosław Piwowarski wszedł na tereny, gdzie toczy się obecnie debata nad dziedzictwem i charakterem byłej polskiej młodzieży kontestującej. Zbyt złożony to jest problem, by się tutaj nim zająć, niemniej jednak warto zauważyć, że wówczas jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, że kiedyś nadejdzie moment, gdy rozrachunek i ideologiczna konfrontacja z kontrkulturą końca lat 60-tych, będzie okazją do ostrzenia zębów młodej polskiej prawicy, a całość postrzegać się będzie w kategoriach konfliktu liberalizmu z konserwatyzmem.
Nie, o niczym takim się nie myślało. W piwnicach Radka i kolegów jazgotała kapela „Poganiaczy kotów”, a co bardziej spragnieni intelektualnej strawy dobierali się do Gombrowicza. I był to protest zarówno wobec katolicko-komunistycznej schizofrenii społeczeństwa polskiego, jak i wyraz tego „starego jak świat konfliktu pokoleń”, (o którym wspomniał nie tak dawno podczas jednej z naszych rozmów Czesław Niemen). Także zwykła młodzieńcza tęsknota za swobodą i skłonność do odrzucania (zwykle skompromitowanych – ich zdaniem) autorytetów.

Sam w kawiarni „Na rozdrożu”

Piwowarski nie lubi polityki (tutaj bardzo dobrze go rozumiem) i to we wszystkich jego filmach widać. Mam wrażenie, że jest w tym człowieku zbyt dużo liryzmu i melancholii – co tak łatwo przenosi się na jego obrazy – by wymagać jeszcze od niego tego ostrego politycznego żądła. Sam sobie zresztą zdaje sprawę, że jest za mało drapieżny dramaturgicznie i stara się nad tym pracować. Mówi, że zawsze w filmie interesuje go to, co dzieje się obok. To go wciąga. Lecz stara się z tym walczyć. Np. „Marcowe migdały” – jak sam określa – chciał jednak zrobić „strasznie serio, taki prawie że polityczny film z tamtych lat. No i jakbym się nie starał, to i tak wyszedł mi ten leśny dziadek, dupa zza drzewa i kotlety…”
Zwróciłem wtedy uwagę, że można jednak dostrzec w tym filmie rzeczy ważniejsze, niż te akcenty komediowe, czemu reżyser nie zaprzeczył:
– „Dla mnie to jest film o tym, że wyście wszyscy wyjechali z Polski. Ja miałem pięciu kolegów, z którymi w kawiarni nomen omen „Na rozdrożu” w Warszawie, spotykaliśmy się na kawę, zaczepiali dziewczyny i gadali o tym, jak się w życiu ustawimy, I raptem złapałem się na tym, że w kawiarni „Na rozdrożu” siedzę sam. Wszyscy wyjechali i te cztery nazwiska na końcu filmu, to są nazwiska moich kumpli, których nie ma już w kraju.
Zastanawiałem się długo jak zrobić o tym film, jak to pokazać. I tak, szukając, znalazłem Marzec jako pierwszy stopień tej równi pochyłej. Pierwsza emigracja moich kolegów, która się zakończyła tym, że w tej chwili siedzę sam. A potem było łączenie rodzin niemieckich, czyli masowy wyjazd ze Śląska i Mazur – za pożyczkę tzw. „Jumbo”, którą dostaliśmy w zamian za to, że tych ludzi wypuściliśmy. Potem solidarnościowe wyjazdy sierpniowe i nie powroty, bo stan wojenny. a w końcu – wyjazdy po stanie wojennym. Wszystko to zaczęło się jednak w Marcu. Wajda powiedział mi kiedyś: ‚No tak, ale różnica jest taka, że oni musieli wyjechać, potem wyjechali ci, co chcieli’. Owszem, ale problem polega na tym, że po raz pierwszy w 1968 toku dowiedzieliśmy się, że to jest ojczyzna nie dla wszystkich – że ktoś jest lepszy Polak, a ktoś gorszy.”

Radosłąw Piwowarski: "Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka." (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w "Kolejności uczuć".)

Piwowarski: „Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka.” (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w „Kolejności uczuć”.)

Jankeska inwazja

Minęły trzy lata i Radosław Piwowarski znów pojawił się w Chicago. Tym razem z „Kolejnością uczuć”, gdzie Daniel Olbrychski zakochał się w młodziutkiej Marysi Seweryn. Chciałbym tutaj przytoczyć te wątki, które moim zdaniem do dzisiaj nie straciły wiele na aktualności. Jeden z nich dotyczył „jankeskiej inwazji”, swoistego „potopu” amerykańskiego, jakim jest w dalszym ciągu zalew kultury amerykańskiej, którego doświadczają ludzie nad Wisłą. Spytałem się Piwowarskiego, czy rzeczywiście wszyscy teraz czują się tym w Polsce tak przytłoczeni, na co usłyszałem:
– „Można to wykazać na przykładzie filmu właśnie. W tym roku wejdzie na ekrany 160 nowych filmów, z czego 140 to filmy amerykańskie. Takie są proporcje. To fajnie, że premiery tych najnowszych hitów, jak np. ‚Park Jurajski’, odbywają się w tym samym czasie, a niekiedy i wcześniej, niż w Paryżu, czy Londynie, ale – i to mnie martwi najbardziej – większość z nich to pozbawiona głębszych wartości konfekcja, która wypiera wszystko inne. Nie można już zobaczyć filmu francuskiego, włoskiego… Najgorsze jednak jest to, że wypierają one również filmy polskie. Kiniarzom bowiem bardziej opłaca się puszczać – nawet dla kilkunastu osób – film amerykański, (który nota bene dostają za ćwierć darmo) niż jakikolwiek inny. W przypadku filmu polskiego musieliby się dzielić pół na pół z producentem. Wygląda to tak, że kupuje się jeden ‚hit’, a do niego dystrybutor dołącza kilka innych, praktycznie za darmo. Te filmy zarobiły już na siebie w Ameryce. Na to, że zarobią w Polsce, Amerykanie już nie liczą, ale i tak zasypują nas swoimi produkcjami.”
Wtrąciłem: Bierne i bezkrytyczne przyjmowanie i powielanie obcych wzorów grozi przecież utratą tożsamości narodowej, a co najmniej deprecjacją kultury, obniżeniem jej standardów i ekspansją pop-kulturowej papki. Stwierdzenie to trywialne, ale wydajemy się o nim jakby ciągle zapominać.
Piwowarski: „To jest bardzo niebezpieczne. Jesteśmy tym nie tylko oburzeni ale i wystraszeni. Ludzie nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy. Cieszą się, że mają dostęp do tylu atrakcyjnych towarów, czego pozbawieni byli przez długie lata. Środowiska twórcze mają jednak świadomość niebezpieczeństwa. Nasze ministerstwo finansów nie zgadza się niestety na żadne ulgi podatkowe dla kin, na dystrybucję polskich filmów. Jest to więc zależność ekonomiczna.”
Ja: To jest naprawdę bulwersująca sprawa. Ponoć istnieją amerykańskie półoficjalne agendy, które mają oddziaływać na rynki zagraniczne środkami półoficjalnymi właśnie, co raczej trudno nazwać promocją kultury. Ma to mieć charakter bardziej agenturalny. Ile w tym prawdy? Czy jest to być może jakaś kolejna teoria spiskowa, tym razem – ekspansji kultury amerykańskiej, mającej zawojować świat, ale nie bombami, nie rakietami, tylko hamburgerami i miałkością kultury masowej?
Piwowarski: „Tydzień przed moim przyjazdem do Chicago odbyło się w Gdańsku spotkanie trzech prezydentów: Mitteranda, Wiezseackera i Wałęsy. Jednym ze stwierdzeń jakie padło z ust Mitteranda było to, że Europa musi się bronić przed amerykańskim filmem. Świadczy to o tym, jak poważnie traktują tę sprawę Francuzi.”
Ja: Gra idzie o wielką stawkę. I to od dawna. Kiedy po wojnie Amerykanie podpisywali z Włochami porozumienie, zastrzegli sobie w klauzuli, ile amerykańskich filmów muszą pokazać Włosi na swoich ekranach.
Piwowarski: „Nieprzypadkowo te filmy sprzedawane są tak chętnie, tak tanio i w takich ilościach. Nie chodzi tu chyba o jakiś zysk doraźny. To jest obliczone na dłuższą metę.”
Wyraziłem wówczas przypuszczenie, że podobno Amerykanie traktują kraje Europy Środkowej jako coś w rodzaju przyczółka, na którym mogą postawić stopę przed ewentualnym rzuceniem się na olbrzymi potencjalnie wschodni rynek zbytu. TA to może mieć konsekwencje cywilizacyjne.

Imperium spiskowe czy biznesowe?

Przyznaję, że zabrzmiało to wówczas bez mała katastroficznie, lecz i dzisiaj to zagadnienie trudno nie uznać za doniosłe, a problem amerykańskiej ekspansji kulturowej w świat – za poważny. Chcę jednak zaznaczyć, iż – nie przecząc istnieniu specjalnych oddziałów wywiadu „kulturalnego” działającego pod auspicjami Intelligence Service oraz ich amerykańskich, rosyjskich, niemieckich czy izraelskich odpowiedników – wzbraniałbym się jednak ujmować to w kategoriach jakiegoś wielkiego globalnego spisku politycznego. Jeśli jest to zmowa, to jest to zmowa natury merkantylnej, finansowej, czyli po prostu umowa – kontrakt handlowy wielkich potentatów w branży filmowej, muzycznej oraz środków masowego przekazu (prasa, telewizja, internet…). I jeśli jest to zagrożenie, to jest to zagrożenie jakie zwykle niesie ze sobą monopolizacja (niemożność konfrontacji, ograniczenie konkurencji prowadzi zwykle do wypaczenia rynku i nadużyć).

Na początku tego roku przeczytałem artykuł, jaki opublikował „Der Spiegel” pod znaczącym tytułem: „Bitwa o media”. Złożył się na niego wywiad, jaki ten niemiecki magazyn przeprowadził z Herbertem A. Allenem, będącym alfą i omegą w sprawach amerykańskich przekaziorów oraz przemysłu rozrywkowego, a ponadto nowojorskim bankowcem i doradcą, pozostającym w zażyłych stosunkach z tuzami wielkiego świata mediów. Rozmowa obracała się wokół ostatnich fuzji prasowych, telewizyjnych, filmowych i muzycznych gigantów, a pod koniec dziennikarz „Spiegla” zapytał się Allena, czy nie sądzi, że koncentracja środków przekazu w Stanach Zjednoczonych stanowi międzynarodowe zagrożenie polityczne (ponieważ może to wywierać zbyt wielki – i sterowany – wpływ na opinię publiczną), na co Allen odparł: „Nie. Z wyjątkiem zdecydowanego konserwatysty Murdocha, kierownicy wielkich koncernów tego typu nie mają żadnych poglądów, które zamierzaliby rozpowszechniać. O wiele większym niebezpieczeństwem jest to, że na całym świecie zaczyna powstawać tylko jedna kultura: wszyscy oglądamy to samo, ubieramy się podobnie, posługujemy się tymi samymi frazesami – i zanudzamy się wzajemnie na śmierć. Sądzę nawet, że to już nie jest niebezpieczeństwo, to pewność. Wszyscy zaczynamy być banalni jak lody waniliowe.”

Wybuchy, strzelanina i trupy…

Osobiście jednak daleki byłbym od bagatelizowania amerykańskiej monopolizacji kultury i mediów oraz wnioskowania, iż jedyną tego konsekwencją byłaby banalność waniliowych lodów. Rozmówca „Spiegla” bowiem nie miał żadnego interesu w tym, by zaostrzać fobie tych, którzy obawiają się o losy narodowych kultur. Wręcz przeciwnie – on starał się wyciszyć, a raczej usunąć te kwestie z pola widzenia. Trudno też byłoby się spodziewać, że usłyszymy od niego jakieś demaskujące rewelacje na temat zakulisowych machinacji korporacji, do których przecież sam jest przyssany niczym do potężnej dojnej krowy. Wielu postronnych obserwatorów zgodzi się natomiast z tym, że świat Amerykę naśladuje akurat w tym, co płaskie, powierzchowne i wręcz prymitywne. Oprócz gloryfikacji przemocy – prostacki materializm (pieniądz jest najważniejszy, zysk jest bogiem mamona rządzi wszystkim… etc.) i egoistyczny a bezwzględny pragmatyzm, będący swego rodzaju dyktaturą utylitaryzmu rugującego wyższe, szlachetniejsze wartości kulturowe..
Również i ten temat zajął nas podczas naszej rozmowy. Czy Piwowarski mógłby się utożsamić także i z takimi obawami?
– „Ci, którzy krytykują i sprzeciwiają się zalewowi amerykańskiej kultury masowej, mają zupełną rację. Niestety, to co my cenimy i kochamy w tej kulturze amerykańskiej, nie znajduje u nas popytu. Te prawdziwe wartości intelektualne, duchowe toną w zalewie komercyjnej konfekcji. Jak mi powiedziała pewna bileterka, gdy się jej zapytałem, co to za film grają: ‚A wie pan, te same wybuchy, strzelanina i trupy’.”
Wtrąciłem: Takie są obiegowe opinie o kinie amerykańskim, krzywdzące te filmy wartościowe, które tutaj niewątpliwie się robi.
Piwowarski: „Jednakże większość, w moim prywatnym odczuciu, świadczy o upadku sztuki filmowej przez duże ‚S’. Nie niesie żadnych wartości etycznych, żadnego przesłania moralnego. Wręcz przeciwnie – gloryfikuje gwałt, bezwzględność, zabijanie… To jest przykre. Tym bardziej, że dla mnie kino amerykańskie zawsze miało w sobie te najprostsze, wspaniałe, szlachetne wartości. W westernie zawsze dobry musiał wygrać, w kryminale – morderca musiał być ujęty… itd. Teraz tego nie ma.”
Ja: Nawet Spielberg, uważany za czarodzieja kina, gdzieś się moim zdaniem zagubił. Osławiony „Park Jurajski”, z którego dochód już dawno przekroczył miliard dolarów, jest według mnie filmem nad wyraz przeciętnym. Nie ma w sobie choć odrobiny tej magii, jaką miał choćby „ET”. (O „Liście Schindlera” nawet nie wspominam, bo to już zupełnie inna parafia.) A tu dowiadujemy się, że na polską premierę „Parku Jurajskiego” przychodzi sama premier Suchocka. To jest moim zdaniem przejaw zupełnego prowincjonalizmu, a może nawet infantylizmu. Czy robi się coś w naszym kraju, by zatamować ten zalew amerykanizmami? Czy komuś w ogóle zależy jeszcze na kulturze nad Wisłą?
Piwowarski: „Dotychczasowy sejm był sejmem najbardziej antyintelektualnym, anty-kulturalnym, jaki mieliśmy od czasów wojny. Złożony był z ludzi, którzy kultury wręcz nienawidzili. Jeżeli uchowało się trochę pieniędzy, to jest to jedynie zasługa samych środowisk twórczych, ich walki o to.”
Ja: Czy ostała się jeszcze w Polsce klasa inteligencka? Czy może był to taki sztuczny peerelowski twór?
Piwowarski: „Jeżeli ktoś był inteligentem, a w ogólności – człowiekiem inteligentnym, to oczywiście nie mógł przestać nim być tylko dlatego, że zmienił się ustrój. To jest jednak dość zasadnicze pytanie. Ostatnimi czasy, o czym już pan wspomniał, zrobiła się u nas straszna moda na kapitalizm, na bogacenie się. ogromna ilość młodzieży, która kiedyś szła na uniwersytety, do szkół artystycznych i próbowała odnaleźć prywatność swego życia, potrzeby intelektualne i duchowe w kulturze, sztuce, działalności naukowej, teraz marzy tylko o jednym: mieć mały, ale własny biznes, szybko zdobyć dóbr materialne, konsumpcyjne… Niemodne jest już bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym. Ważne jest to, by posiadać.”

Liryka ponad bagnem

W pewnym momencie Piwowarski powiedział: „Przez całe dziesięciolecia polska kultura wychodziła z prostej zasady: ‚ustrój jest zły, człowiek jest dobry’. Na potwierdzenie tego faktu czekała Europa, jak również społeczeństwo polskie. Teraz to się skończyło. Mamy więc robić filmy, pisać książki o tym, że człowiek jest zły?”
Przypomniało mi to wypowiedź Janusza Kijowskiego, która w tamtym czasie rozniosła się gromkim echem wśród polskich środowisk twórczych. Mnie także dość mocno uderzyła. Otóż Kijowski mówił o drogach jakimi może uciec kino polskie przed totalną zagładą. Pierwsza, to podróbka zachodnich, głównie amerykańskich standardów; drugi kierunek ucieczki to „etnografia”, czyli prezentacja – wedle słów Kijowskiego – polskiego „skansenu głupoty, uprzedzeń, fobii” (zaciekawienie tym zagranicznego odbiorcy niewykluczone); trzecia droga zakładałaby „zespolenie amerykańskiej sprawności narracyjnej, rzetelnej, etnograficznej obserwacji z odwagą wejścia w sam środek naszego bagna.” Ma to być, według Kijowskiego, sposób na odkłamanie otumaniających nas mitów. „Brudny, odrażający, zły” – konkludował Kijowski – „taki tylko może być bohater współczesnego filmu, który zainteresuje nas samych, a przy okazji może również będzie zrozumiały dla innych.”
Czy, zdaniem Piwowarskiego, tylko na takie opcje skazane jest kino polskie? Reżyser wyraźnie się obruszył:
– „W ogóle się z Kijowskim nie zgadzam. ‚Brudni, odrażający, źli’ – to takie efektowne, ‚literackie’, ale nie przystające np. do mojej rzeczywistości, obrażające świat, Moje nastawienie do tego świata jest zupełnie inne: liryczne, przyjazne… Jestem przekonany, że takich filmów już nikt nie chciałby oglądać. Bohater, który ma być syntezą naszej głupoty, brudu, zacofania, zaściankowości?! Komu to potrzebne??! Od cholery mamy tego na co dzień!
Odpowiem spokojnie: uważam, że nie jestem ani odrażający, ani okrutny, ani zły. Nie chcę też robić filmów odrażających, okrutnych, złych. Dlatego moje filmy mają taką widownię, o jakiej Kijowski może sobie tylko pomarzyć.”

Mężczyzna na wietrze

To późniejsze o kilka lat spotkanie odbyło się już w nieco innych dekoracjach, w innych warunkach. Nie było już dworcowego pośpiechu, była za to „Wyborowa”, którą Piwowarski przywiózł z kraju. Opuszczony przez organizatorów swej wizyty, nie czuł się dobrze w pustym mieszkaniu znajdującym się w jakimś nieszczególnym szarym bloku nad Jeziorem Michigan.
Truizmem byłoby stwierdzenie, że Piwowarski jest interesującym i frapującym rozmówcą. Ostrość sformułowań łączy się w nim właśnie z jakimś ciepłem, liryzmem, a polemiczna zaciętość… z dobrocią (czy tego wstydliwego słowa używa się jeszcze dzisiaj w polskiej prasie?)
Kiedyś sam przystał na to, że można go nazwać „Nikiforem polskiego kina”. Potwierdził także to, że najbliższy jest mu Chaplin. Wyraziłem wobec tego wątpliwości, czy aby takie stwierdzenie nie deprecjonuje w pewnym sensie jego twórczości, narażając ją właśnie na zarzut totalnej naiwności i braku świadomości w tym, co się robi? Reżyser odparł:
– „Zgadzając się na tego Nikifora nie miałem na myśli środków wyrazu czy prymitywizmu. Nikifor odczuwał wewnętrzną potrzebę malowania i tak jak ptak fruwa, pies szczeka, tak on malował. Nie robił tego na zamówienie społeczne. Tak i ja uważałem, że mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów. A że pozwoliłem sobie na taką ironię wobec siebie?… U nas to wszystko jakieś takie poważne i napuszone – reżyserzy lubią nieść kaganek oświaty przed społeczeństwem, wypowiadać się politycznie… itd. Ja nigdy takich ambicji nie miałem, dlatego powiedziałem, że jestem taki Nikifor. A społeczne funkcja moich filmów polega na tym, żeby ludzi nie dobijać, ale podnosić na duchu, dawać im nadzieję.”

Jeszcze na O’Hare Piwowarski zdradził, że planuje nakręcenie filmu pt. „Mężczyzna na wietrze”, w którym chciałby zawrzeć wszystkie swoje doświadczenia mężczyzny czterdziestoletniego. Tak więc kolejny obraz człowieka w dojrzałym wieku, którego trapi przemijanie? Modny ostatnio temat wśród polskich reżyserów.
Nie usłyszałem już później o „Mężczyźnie na wietrze”, który pewnie z biegiem czasu zamienił się w „Kolejność uczuć” – rzecz o romansie czterdziestolatka z nastolatką. Gotowy film spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem wśród chicagowskiej Polonii, choć nie zabrakło też głosów krytycznych, lekko zbulwersowanych zalotami i miłością (także cielesną) między Olbrychskim a 17-letnią Marysią, córką Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. W Polsce natomiast „Kolejność uczuć” zdobył jedna z głównych nagrod (Srebrne Lwy) na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a przez publiczność uznana została za najlepszy film roku.
„Kolejność uczuć” to jedna wielka nostalgia i melancholia przemijania. Czy wątek, który wymyślił reżyser (jest on równocześnie autorem scenariusza), nie jest aby jego własną tęsknotą za miłością, młodością, nastolatkami? Piwowarski odparł:
– „Czy tęsknota? Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. Codziennie się tym martwię. Dlatego właśnie chcę robić filmy o młodości, miłości, świeżych i spontanicznych uczuciach. Patrząc w ten sposób, to mój film jest właśnie taką tęsknotą.”
– Tęsknota za kobietą, jej ciałem, duszą…?
– „Odpowiem tak: byłem w tym roku na wakacjach w Dąbkach – to taka wieś kaszubska. Jest tam plaża, gdzie istnieją takie zwyczaje, że kto chce chodzić goły, to chodzi goły, kto chce chodzić w gaciach, to chodzi w gaciach. I ja tam sobie leżałem i patrzyłem na nagie kobiety, dziewczyny, i tak sobie myślałem: ‚Jakie fajne i proste życie mieli malarze, czy rzeźbiarze, że mogli sobie rzeźbić czy malować te akty…’ A nie ma nic piękniejszego, nic bardziej zachwycającego, niż ciało kobiety. Właściwie artysta, tak naprawdę, to powinien się zajmować tylko miłością i kobietami. Bowiem nasze najgłębsze doznania związane są z kobietami.”
I tym pięknym stwierdzeniem zgodziliśmy się zakończyć oficjalną część naszej rozmowy.

greydot

Piwowarski: jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. (Reżyser na planie "Marcowych migdałów".)

Radosław Piwowarski: „Mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów.” (Reżyser na planie „Marcowych migdałów”.)

.

* Słowa pisane 6 lat po naszym spotkaniu na lotnisku O’Hare, które miało miejsce w 1990 roku. ** Powyższy artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 12 stycznia, 1996 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.