ZAPISKI PROWINCJUSZA (rzecz o „Młodości” J. M. Coetzeego)

Wymowny jest już sam podtytuł tej – mającej wyraźnie autobiograficzny charakter – powieści Coetzeego: „Sceny z prowincjonalnego życia”. Mimo, że autor opisuje swoje młode lata upływające mu w metropolitarnym Londynie, (który prowincją raczej nie jest, a wręcz przeciwnie – jest miastem kulturowej awangardy) to jednak jego życie w tym miejscu nadal nacechowane jest pewnym prowincjonalizmem, jaki przywlókł on ze sobą z peryferyjnej Republiki Południowej Afryki. Być może właśnie to stanowi główne wytłumaczenie jego alienacji. Ale chyba nie tylko: młody Coetzee zdaje się być wyobcowany ze świata z powodu pewnej psychicznej skazy wewnętrznej, a wyrażając się ściślej – wskutek swego rodzaju intelektualno-emocjonalnego autyzmu uniemożliwiającego mu wejście w pełniejsze i głębsze relacje z innymi ludźmi.

Na ile do owej alienacji przyczynił się południowo-afrykański zaścianek, a na ile charakter samego autora? – to pozostaje kwestią otwartą i niewymierną. Natomiast pewne jest to, że właśnie poczucie wyobcowania stanowi rdzeń „Młodości” Coetzeego, czy też raczej duchowe jądro, nie tyle puste, co zaciemnione – zanurzone w chłodnej i mglistej londyńskiej rzeczywistości, w atmosferze żegnania się z młodością.

Powieść Coetzeego nazwana została także „dziennikiem intymnym” i rzeczywiście „Młodość” takie wrażenie sprawia: szczerość autora tych zapisków wydaje się być daleko posunięta a ekshibicjonizm ów nie ogranicza się jedynie do obnażenia niezbyt porywającego (by nie napisać – żałosnego) życia erotycznego protagonisty, ale i bez ogródek ujawnia rozedrganą, niezdecydowaną i bezkształtną niedojrzałość wewnętrzną młodzieńca, który rości sobie pretensje do tego, by zostać artystą i poetą.

Coetzee (rys. J. Ciardiello)

Kiedy zakończyłem lekturę książki, zadałem sobie (być może zupełnie niepotrzebnie) pytanie: czy owa otwartość autora, który przedstawia siebie w tak niekorzystnym świetle, nie jest aby pewną kokieterią pisarza, za którym stoi już niebagatelny literacki sukces? Czyli pisanie o swojej „nieopierzoności” i artystycznym nieudacznictwie z pozycji twórcy usadowionego już mocno na twardym gruncie własnej dojrzałości i solidności.

Zresztą, osądźmy sami. Oto kilka fragmentów prozy Coetzeego.

O szczerości pisze on np. tak: „A swoją drogą szczerość do bólu to sztuczka, której nietrudno się nauczyć. Wręcz przeciwnie: to najłatwiejsza rzecz na świecie. Tak jak jadowitej ropusze nie szkodzi własny jad, tak i człowiek w wkrótce porasta grubą skórą, która broni go przed własną szczerością”.

O dylemacie, czy lepiej jest obrać słuszną drogę pozostając dobrym człowiekiem, czy też nie – i wtedy mieć szansę na zostanie dobrym poetą: „Kiedy próbuje wyobrazić sobie poezję inspirowaną niezłomnie słusznym postępowaniem, widzi jedynie bezbarwną pustkę. Słuszność jest nudna. Znalazł się więc w impasie: woli być złym człowiekiem, niż nudziarzem (…).”

O swoim udziale w nudzie: „Zabija czas, usiłuje zabić niedzielę, żeby szybciej nastał poniedziałek, bo wtedy będzie można znaleźć ulgę w pracy. Ale w ogólniejszym sensie praca także jest sposobem zabijania czasu. Odkąd zszedł na ląd w Southampton, nic nie robi tylko zabija czas, czekając aż nadejdzie jego przeznaczenie.”

O własnej niemocy twórczej: „Nienawidzi tych konfrontacji z pustą kartką, nienawidzi tak bardzo, że zaczyna ich unikać. Nie potrafi udźwignąć brzemienia rozpaczy, która przytłacza go pod koniec każdej z tych bezowocnych sesji, nie potrafi znieść świadomości, że znowu nie podołał.”

I wreszcie coś, co można potraktować jako swego rodzaju konkluzję: „Doskonale wie, że jego niepowodzenia w rolach pisarza i kochanka ściśle się ze sobą wiążą, właściwie można je sprowadzić do jednego (…). Jeśli samowolnie się nie zmobilizuje do działania, nic nie wydarzy się ani w miłości, ani w sztuce. Lecz on nie dowierza woli. Tak jak nie może samą jej siłą zmusić się do pisania, lecz musi czekać aż pomoże mu jakaś zewnętrzna moc, którą nazywano niegdyś muzą, tak też nie może po prostu siłą woli nakłonić się do tego, żeby zaczepić kobietę, nie otrzymawszy wcześniej znaku (…), że to właśnie ona jest mu przeznaczona (…). Można to też powiedzieć brutalnie, a prawdę rzekłszy, na setki rozmaitych sposobów: mógłby je wyliczać do końca życia. Ale najbrutalniejsza wersja stwierdza, że on się po prostu boi: pisania, kobiet.”

„Ale najbrutalniejsza wersja stwierdza, że on się po prostu boi: pisania, kobiet” (J. M. Coetzee przy pracy. Photo: M. Pelletier)

Czy to, że człowiek piszący te słowa jest już spełnionym pisarzem o światowej sławie i Noblistą, zdobywcą najcenniejszych literackich trofeów, nie rzuca na te jego wyznania innego, specyficznego światła? Czyż nie sugeruje, że mimo wszystko obawy tego artystowskiego aspiranta były płonne, bo w końcu stał się on par excellence artystą pióra, wybitnym pisarzem? A może to samo można odnieść do jego męskiej kariery w roli kochanka i zdobywcy kobiet?

Zdaję sobie sprawę, iż rozpatrując podobne dylematy wchodzi się zbyt głęboko w newralgicznie wewnętrzną sferę Coetzeego jako osoby prywatnej, niemniej jednak prowokuje do tego sam charakter owego – jak się rzekło – „dziennika intymnego”, którego konfesyjna otwartość jest przecież dość oczywista, by nie napisać – ostentacyjna.

Ale chyba właśnie na tym zasadza się jego największa wartość, dzięki czemu możemy mieć wgląd we wnętrze inteligentnego i wrażliwego młodego człowieka poszukującego swojej drogi i miejsca w świecie, który wydaje mu się obcy, zimny i obojętny, a jednak na tyle fascynujący i pojemny, by się w nim zagłębić z całym swym cierpieniem i nadzieją, z wszystkimi lękami i pragnieniami – znajdując tam wreszcie własne przeznaczenie, los i spełnienie.

*  *  *