PLUSKWY A SPRAWA POLSKA

Nocny nalot ABW na redakcję WPROST

nocne zmiany

.

Paradoksem jest to, że ci wszyscy podsłuchani politycy mówili prawdę. Ale ta prawda ich nie wyzwoli, wręcz przeciwnie: najprawdopodobniej wysadzi ich z siodła…
I już skompromitowała.

Problemem nie jest więc to, że oni powiedzieli prawdę, tylko, że sprawowali swoje urzędy, jakby prawda była zupełnie inna. Jeśli minister Sikorski uważał, że to jest źle, żeby „robić laskę” Amerykanom, to powinien starać się zmienić politykę zagraniczną państwa tak, żeby Polska nie przypominała dziwki obciągającej pytę Wuja Sama. A jeśli nie był w stanie zapobiec tej politycznej felacji, to po prostu powinien podać się do dymisji, a nie robić za alfonsa. Ale tak postąpiłby człowiek, który ma klasę, honor, dumę a nie taki, który jest typowym reprezentantem polskiej klasy politycznej – która, jaka jest, to każdy teraz zobaczył i usłyszał.

Podobnie jest z ministrem spraw wewnętrznych B. Sienkiewiczem, którego trafne diagnozy („polskie państwo praktycznie nie istnieje”; inwestycje rządowe, to nic innego, jak „ch.uj, dupa i kamieni kupa”) oraz stwierdzenie, że ma on związane ręce i nie może ruszyć (zreformować) podległych mu służ specjalnych, bo dysponują one na wszystkich „hakami” (wpisuje się w to także wypowiedź ministra Rostowskiego o polskim rządzie: „Szambo. To jest szambo”) – można wręcz uznać za raport o stanie państwa.
A jeśli taki jest stan państwa, to odpowiedzialni są za to ci, którzy dotychczas nim rządzili i rządzą.

To wszystko przypomina jakąś tragikomedię, ale tak naprawdę bardziej jest tragedią niż komedią, bo wszystko wskazuje na to, że w Polsce nie ma żadnej sensownej ekipy, która by mogła nią dobrze rządzić.

* * *

Obwinianie NAGRYWAJĄCYCH o to, że polscy politycy totalnie się skompromitowali – są hipokrytami, ludźmi bez kultury, knującymi, zdradliwymi, geszefciarskimi – uprawiającymi denną politykę, prowadzącymi (nota bene przesiąknięte chamstwem i obscenicznością) rozmowy, które, jak się okazuje, destabilizują państwo i są niezgodne z polską racją stanu – to kompletna paranoja. A jeśli nie paranoja – to jest to szczyt cynizmu.

* * *

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Służby specjalne zabierające się za inwigilowanie społeczeństwa, kręcą bicz na swoją skórę. Anglosasi (na czele ze Stanami Zjednoczonymi), robią to już na skalę totalną (globalną). Nie spodziewałem się, że pierwszy taki bicz zadziała w Polsce, która jest jeszcze daleko za Echelonem (bo afera „taśmowa” jest takim właśnie odpryskiem tego, co dzieje się w cywilizacji inwigilacji i podsłuchu – poza naszą wiedzą).

Dobrze byłoby, aby afera taśmowa doprowadziła także do tego, by bliżej przyjrzeć się sposobowi, w jaki służby specjalne inwigilują polskie społeczeństwo i czy jest to w ogóle proceder kontrolowany przez państwo. Im prędzej się to zrobi, tym lepiej. Później może być za późno i rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z „demokracją” „hakową”, która – opierając się na szantażu i zastraszeniach – z prawdziwą demokracją nic już nie będzie miała wspólnego.

Niestety, na złą sprawę, minister spraw wewnętrznych Sienkiewicz powiedział w historycznej już rozmowie, że nie może podległych mu służb zreformować, ponieważ mogłaby być ona wtedy niedyskretna: „wszyscy, którzy pracują w BOR, mają syndrom sztokholmski. (…) Odebrałem 15 telefonów od wszystkich możliwych najważniejszych ludzi w tym kraju, żebym, broń Boże, nie robił żadnej krzywdy BOR-owcom, więc mam wykręcone ręce.(…) nie mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy parę istotnych kwestii w tym kraju…”, czyli, innymi słowy: deep (shit) state jest nie do ruszenia, bo dysponuje na wszystkich hakami.

Przy okazji pozwolę sobie zacytować jeszcze jeden znaczący tekst:

„To bezprawie: w Polsce dziewięć służb specjalnych zakłada rocznie od sześciu do kilkudziesięciu tysięcy podsłuchów. A w ubiegłym roku skontrolowały aż milion połączeń telefonicznych i internetowych!
KTO JEST „WIELKIM BRATEM”?
Prawo do inwigilacji mają: policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Biuro Ochrony Rządu, Centralne Biuro Śledcze, Żandarmeria Wojskowa, Straż Graniczna, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojskowe służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze.
Najgorsze jest jednak to, że tylko kilka osób w Polsce wie, ilu obywateli jest inwigilowanych, jak długo i dlaczego. Informacji na ten temat nie mają nawet posłowie sejmowej komisji ds. służb specjalnych.
W latach 90. śledzono telefony przestępców, dziś dziesiątków tysięcy Polaków… na wszelki wypadek.
Panująca psychoza podsłuchów nie jest wymysłem przestępców i mediów szukających sensacji. To są fakty, tyle że objęte tajemnicą. Na prośbę Brukseli Urząd Integracji Europejskiej ustalił, że pod względem stopnia inwigilacji społeczeństwa jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie!”– pisze Gazeta Pomorska w artykule pt. „Jesteśmy najlepsi w Europie! Tajne służby podsłuchują Polaków na potęgę.” (11.11.2010)

Przy czym: prawo do podsłuchu nie oznacza tego, że wszystkich i wszystko można podsłuchiwać (a tym samym: nagrywać, bo to zwykle robi się przy podsłuchu). Potrzebna jest do tego zgoda sądu. Tylko, czy owe sądy nie zatwierdzają owych podań – podobnie jak w Stanach Zjednoczonych tzw. rubber stamps courts – „jak leci”? (Przecież w praktyce niemożliwe jest zbadanie zasadności takiego podania.)

Na rzeczy jest też pytanie, jaka część podsłuchów i nagrań jest nielegalna (czyli: jak często wiadome służby nagrywają ludzi bez zgody sądu? Znając samowolę niekontrolowanych w praktyce służb, można założyć, że odbywa się to na masową skalę).

Warto zwrócić także uwagę na to, co powiedział w tej sprawie Bogdan Święczkowski, były szef ABW: „Jeśli Sienkiewicz twierdzi, że nagrywanie trwało kilka lat, to deprecjonuje i ośmiesza szefostwo służb specjalnych zajmujących się bezpieczeństwem wewnętrznym, a także szefów BOR. To oznacza, że w państwie realizowane są – nie wiadomo przez kogo – działania, które mogły doprowadzić do zachwiania bezpieczeństwem państwa.”

I to jest clue całej sprawy. Tracimy kontrolę nad państwem, nad strukturami, które same siebie chcą szantażować i niszczyć – a to uderza w nas wszystkich. I przestaje mieć już cokolwiek wspólnego z demokracją, mogąc być w przyszłości zagrożeniem dla naszej wolności.

* * *

OCZY I USZY WIELKIEGO BRATA

Wielki Brat coraz bardziej czuwa nad naszym “bezpieczeństwem” – i to jest przerażające (zdjęcie pochodzi stąd)

Wielki Brat coraz bardziej czuwa nad naszym “bezpieczeństwem” – i to jest przerażające (zdjęcie pochodzi stąd)

*

Zwykle staram się unikać tematów politycznych, jak również tzw. aktualiów, na swoim blogu – nie chcąc powielać tego, co można znaleźć we wszystkich niemal mediach, lecz od czasu do czasu daję znać o tym, co mnie szczególnie poruszyło, a co wydaje mi się mieć znaczenie bardziej uniwersalne – wyrastające ponad zwyczajowy powszedni szum medialny i zgiełk teraźniejszości.
Takim tematem jest od jakiegoś czasu sprawa totalnej inwigilacji prowadzonej przez coraz bardziej rozrastające się – i dysponujące coraz bardziej doskonałą technologią – rządowe agencje „bezpieczeństwa”. Otóż bez wątpienie mamy do czynienia z coraz bardziej obsesyjną i kompulsywną kontrolą społeczeństwa – szpiegowania WSZYSTKICH i WSZYSTKIEGO, kolekcjonowania wszelkich możliwych danych dotyczących wszystkich ludzi, rejestrowania (a tym samym potencjalnego odczytywania) wszystkich informacji, jakie pojawiają się w formie elektronicznej w eterze, sieci internetowej, różnych systemach komunikacji na całym świecie… etc.

*

Jeszcze jeden spisek?

Jestem dość odporny na różne teorie spiskowe, które krążą wśród nas w wielkiej obfitości, a które moim zdaniem tylko zaciemniają i zamulają prawdziwy obraz sytuacji (w paradoksalny sposób chroniąc rzeczywiste spiski, czy też raczej tajne umowy zawierane poza kulisami i oficjalnymi kanałami, między pewnymi grupami interesów). Jednakże staram się kojarzyć ze sobą fakty, których prawdziwości nie da się zaprzeczyć. A takim faktem jest, że totalna inwigilacja ludzi na skalę globalna już istnieje – i jeśli jeszcze nie obejmuje całej populacji ludzkiej, to jest tylko kwestią czasu (i to niestety krótkiego), kiedy tak się stanie.
Drugim faktem jest to, że bogactwo i władza skupiana jest w coraz to węższym gronie – decydentów i finansowej „elity” – chodzi zarówno o agencje rządowe, jak i prywatne syndykaty, kartele, korporacje (wraz z obsługującymi je finansistami, bankierami i prawnikami).
Trudno się oprzeć wnioskowi, że połączenie tych dwóch czynników: instrumentów (systemów) kontroli (inwigilacji) oraz coraz większego zakresu (i na dodatek coraz mniej kontrolowanej) władzy jaką posiada wspomniana wyżej „elita”, stanowi zagrożenie dla wolności ludzi na całym świecie, i może w prostej linii prowadzić do zaprowadzenia rządów totalitarnych w przyszłości.
Jeśli komuś mój wniosek wyda się przesadny, to powinien tylko zwrócić uwagę na to, co działo się dotychczas w historii ludzkiej cywilizacji: większość imperiów opierała swoje istnienie na władzy despotycznej i absolutystycznej. Niestety, despotyzm i tyranię Homo sapiens ma we krwi, czy też raczej w genach. A liberalna demokracja jest stosunkowo nowym wynalazkiem – i wcale nie tak trwałym ani „ultymatywnym” (jak chciał w swojej nadzwyczaj optymistycznej, poczynionej „na wyrost”, tudzież efekciarskiej prognozie „końca historii” Fukuyama).
Zresztą, symptomy kryzysu demokracji dają się zauważyć na całym świecie (na pewno krajami demokratycznymi nie są takie potęgi, jak Chiny, czy – nadal jednak – Rosja). Co gorsza, system demokratyczny zaczyna poważnie zgrzytać w najsilniejszym (jak dotąd) państwie na świecie, czyli w samych Stanach Zjednoczonych, uznawanych dotychczas za największy sukces demokracji (wraz ze związanym z tym rozkwitem swobód obywatelskich) w dziejach ludzkości.
Jakie są na to dowody?
Niestety, jest ich sporo – i dużo by o tym pisać. Dość wspomnieć o wyczerpaniu się skuteczności podstawowego instrumentu funckjonowania demokracji, jakim jest dla społeczeństwa głosowanie. Innymi słowy: bez względu na to, na kogo byśmy głosowali, „wybrani” przez nas politycy i tak będą (mimo wyborczych deklaracji) reprezentować interesy wąskiej grupy ludzi (finansjera, korporacje, spółki…), które namaściły ich na kandydatów. To dlatego nie ma teraz większej różnicy między (egzekwowaną praktycznie) polityką Demokratów i Republikanów, którzy zmuszeni są dosiadać tego samego konia, jakim jest istniejąca obecnie (i rosnąca nadal w siłę) machina państwowo-korporacyjno-finansowa. Ci (z pozoru różni) jeźdźcy może pohukują inaczej, ale i tak unoszeni przez wspomnianego konia w tym samym kierunku. (Doskonałym przykładem jest tutaj Obama, który wystartował z liberalnych pozycji – jako przeciwwaga i opozycja dla Busha – a kończy jako kontynuator tego, co Bush zaczął.)

Szpiedzy są wszędzie

To prawda, że odkąd świat światem ludzie nawzajem się szpiegują i podsłuchują, jednak istnienie tego faktu nie może zwolnić nas od etycznej jego oceny i próby regulacji tego procederu. Nie dajmy sobie wmówić np. tego, że jeśli my kogoś szpiegujemy, to jest to w porządku, a jeśli inni nas szpiegują to jest złe i naganne! A tak uważają władze krajów, w których żyjemy. To tylko dowodzi tego, że w swoich sądach moralnych są na poziomie Kalego. (A i my na taki sam poziom schodzimy, jeśli przyznajemy im rację.)
Lecz ja chciałem skupić się tu na szpiegowaniu (a tym bez wątpienia jest inwigilacja) zwykłych ludzi – i to zarówno własnych obywateli, jak i obywateli innych państw (bo wbrew pozorom, pociąga ona takie same implikacje, tworząc podobne zagrożenia).
Dziwi mnie to, że takie zdziwienie – a właściwie awanturę – wywołały „tajne” informacje ujawnione przez byłego pracownika National Security Agency Edwarda Snowdena. Przecież, tak naprawdę, nie powiedział on nic nowego, o czym by nie wiedzieli ci, którzy do tej pory chcieli się tym tematem zainteresować. Istnieje bowiem sporo ogólnie dostępnych materiałów (także w sieci) na temat rządowych programów inwigilacyjnych, ujawniających bardzo precyzyjne dane – co do struktury tych systemów, sposobów ich działania i zasięgu. (Polecam zwłaszcza artykuł opisujący globalny system szpiegowania Echelon.) Tylko komu by się chciało to wszystko czytać? Attention span 99% naszej populacji trwa może 15 sekund i ogranicza się zwykle do oglądania piesków, kotków, kwiatuszków, narcystycznych fotek i przekazywania sobie nawzajem Coelhowskich „mądrości” na Facebooku. To, co wykracza poza czubek naszego nosa – ergo nie dotyczny korytka, w którym się żywimy i zabawek, którymi się bawimy – większości z nas nie interesuje. Tak więc, kto chciał wiedzieć o tym, co ujawnił Snowden, to wiedział – i niestety była to garstka ludzi.

Moc „rewelacji” Snowdena – i ważność jego „przecieku” – polegała głównie na tym, że problem totalnej inwigilacji uświadomiła sobie tym razem większa ilość ludzi i zaczął być on dyskutowany na szerszych forach – także międzynarodowych. Sprawa zatacza coraz większe kręgi tym bardziej, że materiały, które skopiował Snowden na swoich laptopach, są ujawniane sukcesywnie i dotyczą również innych państw (piszę to w momencie opublikowania przez niemiecki magazyn „Der Spiegel” informacji o zakrojonym na szeroką skalę szpiegowaniu przez NSA własnych sojuszników – np. biur Unii Europejskiej – w tym zbierania prywatnych danych obywateli niemieckich).

Wolność za bezpieczeństwo?

Lecz wróćmy do Stanów, bo tu mamy do czynienia z sytuacją niemal modelową, którą najprawdopodobniej powielać będą w przyszłości inne kraje, w miarę jak dysponować będą coraz doskonalszą technologią i coraz większymi środkami przeznaczanymi na inwigilację. (Najbardziej zaawansowana w tym wydaje się być obecnie Wielka Brytania, o Chinach nie wspominając, bo kontrola własnych obywateli wydaje się być dla tego państwa wręcz warunkiem przetrwania panującego w nim  reżimu „komunistyczno”-kapitalistycznego).
Punktem zwrotnym (w burzeniu statusu – i mitu – Stanów Zjednoczonych, jako największej potęgi światowej) był atak na wieże WTC 11 września 2001 roku. Później przyszedł tzw. „Patriot Act”, czyli ustawa poddająca kompromisowi wolność Amerykanów – poświęcaną tu w imię bezpieczeństwa. Pod pretekstem walki z terroryzmem ograniczono de facto prawo do prywatności, a tym samym i obywatelską wolność, dopuszczając na dodatek formy działań (ze strony rządu) do tej pory nielegalne. To właśnie dzięki tej ustawie mamy dzisiaj owe „sekretne” sądy, które przyznają (nota bene – beż żadnej „dyskryminacji” i kwestionowania, czyli tak „jak leci”) sądowe wyroki, dające takim agencjom, jak NSA prawo wglądu w prywatne sprawy obywateli, których arbitralnie uważa się za źródło zagrożenia. A podejrzanym może być każdy.
Zaczęto też rozbudowywać (do mamucich rozmiarów) infrastrukturę ośrodków inwigilacyjno-szpiegowskich, monitorowania i zbierania wszelkich dostępnych danych, wydając na to dziesiątki miliardów dolarów. (Dosłownie w tej chwili rusza w stanie Utah taki moloch, który dołączy do sieci tych już istniejących.) Co ciekawe, nie są to informacje tajne – choćby z tego powodu, że pisały o nich liczące się media, jak np. „WIRED”, czy „Washington Post” – każdy więc może mieć do nich dostęp. Ale… znowu: kogo to obchodzi?

Moim zdaniem, największe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że nad tą inwigilacyjną machiną praktycznie traci się obecnie kontrolę (organizowanie tzw. briefing w tej sprawie wśród kongresmanów to właściwie była parodia – wielu z nich przyznało, że nie miało pojęcia o istnieniu systemu inwigilacji na taką skalę). Wygląda więc na to, że jest to taki samo-napędzający się mechanizm, biurokratyczna struktura, która narasta i klonuje się coraz bardziej, wykorzystując zaistniałą sytuację do tworzenia coraz to nowych komórek, żerujących w sprzyjającym temu (ignorancja parlamentu i społeczeństwa, federalne fundusze, prawdziwe lub domniemane zagrożenie terrorystyczne…) środowisku. W chwili obecnej jest w to wszystko zaangażowanych kilka milionów ludzi (takich pracowników, jak Snowden – czyli mających dostęp do ściśle tajnych danych – są dziesiątki, może nawet setki tysięcy). Powstał więc cały system – układ zamknięty, rządzący się swoimi prawami, które tak naprawdę – będąc niezgodnymi z amerykańską Konstytucją – są jednak bezprawiem, , czego żadne „tajne” sądy nie są w stanie uprawomocnić).

Jak rośnie moloch?

Jak to możliwe, że wśród setek tysięcy ludzi zaangażowanych w ten układ, znalazł się tylko jeden jedyny „sprawiedliwy”, który miał odwagę temu systemowi się sprzeciwić, uznając go za zagrożenie dla amerykańskiej wolności – za coś, co działa na szkodę amerykańskiego społeczeństwa?
Myślę, że dość łatwo to wytłumaczyć zwykłą ludzką skłonnością do konformizmu. Ktoś, kto zarabia 120 – 200 tysięcy dolarów rocznie, wykonując w sumie nieskomplikowaną, „czystą”, wygodną pracę – zapewniającą utrzymanie i komfort nie tylko jemu, ale i jego rodzinie – nie będzie się „wychylał”, a tym bardziej ryzykował własnego życia, ujawniając kompromitujące informacje, który mogłyby ten benefitowy dla niego układ rozwalić.
Niestety, niemal wszyscy bez wyjątku ludzie to konformiści – zdecydowaną większość z nas można kupić: stałą pensją, przywilejami, statusem, zapewnieniem bezpiecznej i wygodnej egzystencji… i nawet nie stosując przy tym wszystkim jakichkolwiek metod zastraszania. To właśnie potrafi skutecznie spowodować naszą „ślepotę” – przestajemy (bo najczęsciej nie chcemy) dostrzegać to, co jest w tym systemie złe – powstrzymujemy się z jakąkolwiek krytyką układu z którego korzystamy, robiąc dobrą minę do złej gry (skrót NSA sami pracownicy agencji tłumaczyli jako Never Say Anything).
A jeśli pojawia się jeszcze perspektywa zarobienia milionów dolarów? To kto by się przejmował jakąś tam etyką?

Z tego co wiem, sposób powstawania tych nowych struktur inwigilacyjnych to jest nic innego, jak zaproszenie do korupcji (pod płaszczykiem kontraktów z rządem). Wystarczy tylko przyjrzeć się prywatnej kompanii Booz Allen Hamilton, której pracownikiem był Snowden. Jej właściciel był wcześniej wysoko postawionym urzędnikiem federalnym, zatrudnionym w strukturach bezpieczeństwa państwa, co bez wątpienia nie przeszkodziło mu później w pozyskaniu dla swojej kompanii federalnych kontraktów opiewających na miliardy dolarów. Na podobnej zasadzie – układów, zależności, wdzięczności, znajomości i lojalności – funkcjonują inne prywatne franczyze, jak również cały amerykański „biznes” wojenny. Co ciekawe, agencje rządowe zlecając pewne prace kontraktorom prywatnym, twierdzą, że robią to, by na tych operacjach oszczędzić. Tyle, że prace te, wykonywane przez prywatne firmy, kosztują państwo (a konkretnie nas, podatników) więcej, niż gdyby były wykonane przez agencje rządowe. (Nie muszę chyba przypominać, że kontrakty z prywatnymi firmami są oczywiście opłacane z budżetu państwa). Tym oto sposobem z państwowej kasy ulatniają się – jak najbardziej legalnie! – miliardy dolarów i lądują w prywatnych kieszeniach wybranych entrepreneurów.
I żeby jeszcze to wszystko działało na korzyść państwa i nas samych.  A niestety, moim zdaniem, nie działa. Z większości tych wszystkich kompanii – podobnie jak z bankowych machinacji i giełdowych spekulacji – nie ma żadnego pożytku i jako takie są one dla budżetu państwa – a tym samym dla społeczeństwa – pasożytnicze. Nie wierzę bowiem w to, że cały ten zmasowany system inwigilacyjny pomaga skutecznie zapobiec zamachom terrorystycznym (terroryści, planując jakąkolwiek akcję, nie będą tego robić w internecie, posługując się prawie wyłącznie kurierami). To, co podała ostatnio NSA (że dzięki inwigilacji udało się zapobiec kilkudziesięciu atakom terrorystycznym) mnie samego nie przekonywuje. Jestem bardzo sceptyczny wobec jakichkolwiek danych podawanym przez NSA – istnieją bowiem dość solidne przesłanki, by im nie wierzyć. Natomiast twierdzę, że te wszystkie gromadzone dane mogą w każdej chwili zostać wykorzystane do szantażu, zastraszenia, rozprawienie się z niewygodnym przeciwnikiem… etc. Jednym słowem jest to bicz, który jest kręcony… ale nie na żadnych tam terrorystów, tylko na własne społeczeństwo i ewentualnych przeciwników politycznych. (Nie bez kozery niektórzy twierdzą, że każdy rząd ma skłonność widzieć w swoim społeczeństwie wroga).

Bez paranoi

Nie, nie ulegam tu żadnej paranoi, rojąc sobie, że za naszymi plecami czyha jakaś policyjno-totalitarna bestia, która w każdej chwili może się na nas rzucić jak gestapo, pakując nas wszystkich do obozów koncntracyjnych. Nie trywializujmy. Jestem gotów przyznać, że większość ludzi pracujących dla agencji zajmujących się inwigilacją ludzi, działa w dobrej wierze, będąc przekonanym, że robią to dla bezpieczeństwa kraju i jego obywateli. Nawet jeśli jest to rodzaj samookłamywania się, to raczej nie ma w tym żadnej demonicznej złośliwości. Problem i niebezpieczeństwo jest gdzie indziej. O tym starałem się napisać w moim tekście powyżej: naruszenie Konstytucji, pogwałcenie prawa wolności, wykradanie własności prywatnej ludzi (jaką są wymieniane między nimi informacje); wreszcie budowanie systemu, który w przyszłości może posłużyć do totalitarnej kontroli całego społeczeństwa…
Nie twierdzę, że stanie się to za parę lat, czy też za parę dekad… Ten proces może być rozłożony na całe pokolenia, ale jeśli nic z tym nie zrobimy – i jak stado baranów i owieczek będziemy przyzwalać na wszystko, co zadecydują za nas możni tego świata – to w przyszłości nasze dzieci i wnuki mogą żyć w koszmarze, wobec którego Orwellowska wizja Wielkiego Brata wydawać się będzie bajką.

Ostatnie słowo

Jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych, poczuwam się do lojalności wobec kraju, który udzielił mi gościny. I oczywiście zależy mi na tym, aby Ameryka była silna, stabilna, dostatnia… Lecz nie mogę zmilczeć tego, co wydaje mi się działać przeciw amerykańskiemu społeczeństwu (czyli także przeciw mnie samemu) – przeciw ideałom, które przyświecały co bardziej szlachetnym ludziom budującym dobrobyt i potęgę tego kraju; wreszcie przeciw podstawom konstytucyjnym, które według mnie są obecnie gwałcone. Wolność amerykańska – wraz z istniejącą tu swobodą obywatelską – zawsze była w moim życiu czymś bardzo ważnym: pewną busolą, wzorem, ideałem… pozwalając mi na zachowanie swoistej perspektywy nadziei. Stanowiło to swego rodzaju opozycję do niweczących ludzką wolność systemów totalitarnych (faszystowskich lub komunistycznych), których niejako odpryskiem była rzeczywistość peerelowska, w jakiej zmuszony byłem się wychowywać. To właśnie w poszukiwaniu tej wolności znalazłem się w tym kraju i związałem z nim moje życie. I właśnie dlatego, że dobro Ameryki nadal leży mi na sercu, piszę teraz te słowa. W ten oto sposób przejawia się moja lojalność wobec tego kraju – a konkretnie, wobec tego, co uznałem w nim za dobre, cenne i godne ochrony.

greydot

*

O TYM JAK ZABIJA SIĘ AMERYKAŃSKĄ WOLNOŚĆ

*

„…this nation, under God, shall have a new birth of freedom – and that government of the people, by the people, for the people – shall not perish from the earth.”
(„…ten naród doczeka się odrodzenia idei wolności; i że rządy narodu, przez naród i dla narodu nie znikną z powierzchni ziemi.”)

*

O tak! Wszyscy amerykańscy patrioci pamiętają te słowa Lincolna. Ale co one teraz znaczą? Czy aby nie zamieniły się one dzisiaj w czczy slogan?
Nowe narodziny wolności? Kiedy to było?
Prawda jest taka, że nasza wolność w Ameryce zabijana jest każdego dnia i mało kto zdaje sobie z tego sprawę, bo zabijana jest w sposób „miękki”, niemalże niepostrzeżenie.
Nasz rząd przyjmuje formy rządzenia, które stają się coraz mniej „rządami narodu, przez naród i dla narodu” i są mocne przesłanki do tego, by sądzić, że taki rodzaj rządu zniknie jednak wkrótce z powierzchni ziemi – jeśli tylko sprawy nadal będą podążały w tym samym kierunku, w jakim podążają od ponad 10 lat (a wszystko wskazuje na to, że niestety, w tym kierunku zmierzać będą).
Wystarczy tylko poświęcić więcej uwagi informacjom, które do nas docierają (lecz zazwyczaj giną w informatycznym szumie, przytłoczone wiadomościami i obrazami bez większego znaczenia).
Ostatnia afera z zapisem rozmów klientów firmy Verizon (nota bene ujawniona nie przez amerykańskie media, tylko zagraniczne), która udostępniła je agencji rządowej (National Security Agency), to tylko czubek góry lodowej. Od ponad 6 lat działa rządowy program PRISM (będący skutkiem podpisania fatalnej moim zdaniem ustawy „Patriot Act”), który zajmuje się monitorowaniem i kolekcjonowaniem danych przepływających przez internet i inne środki komunikacji. We wrześniu ma ruszyć w Utah nowy olbrzymi (wybudowany kosztem 2 miliardów dolarów) kompleks szpiegowania Amerykanów (bo tak to przecież należy nazwać), który będzie wspomagał te istniejące dotychczas. Istnieją już pierwsze przecieki, że największe korporacje i platformy internetowe – Microsoft, Yahoo, Google, Facebook, PalTalk, AOL, Skype, YouTube, Apple… – udostępniają dane swoich klientów, najprawdopodobniej dając szpiegującym agencjom rządowym (National Security Agency, Central Security Service) bezpośredni dostęp do swoich serwerów, dzięki czemu, mogą one zapisywać (i monitorować) dosłownie WSZYSTKIE dane i informacje, jakie pojawiają się w cyberprzestrzeni – jak np. to, że w tej chwili piszę te słowa, czyli, praktycznie – dostęp nie tylko do informacji, które umożliwiają śledzić każdy nasz ruch (włącznie z tym, gdzie się w danej chwili znajdujemy), ale i nasze myśli. Zdaję sobie sprawę z tego, że może się to wydać lekko paranoiczne, (bo przecież co może w tej chwili obchodzić rząd amerykański myślenie takich maluczkich, jak ja czy Ty) ale faktem jest, że istnieje już techniczna możliwość, żeby monitorować i gromadzić – a tym samym analizować i kontrolować – dosłownie wszystkich i wszystko. A jeśli taka możliwość istnieje, to – nawet jeśli nie jest praktykowana dzisiaj – będzie praktykowana, i to na coraz szersza skalę, w przyszłości. Tym bardziej, że polityka rządów największych państwa świata (z amerykańskim na czele – o chińskim nie wspominając) idzie właśnie w tym kierunku.
Dzisiaj, na spotkaniu w Dolinie Krzemowej, Obama nazwał te praktyki „modest encroachments on privacy” („skromne naruszenie prywatności”? – sic!), usprawiedliwiając je oczywiście koniecznością walki z terroryzmem. „Nikt nie podsłuchuje waszych rozmów przez komórkę”, „dotyczy to tylko obywateli obcych państw”– dodał, co oczywiście było kolejnym jego kłamstwem (jak widać, wskutek… czy to słabości, czy bezradności, kłamanie weszło naszemu prezydentowi w krew – przy czym, on chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kłamie – tym samym stosując najbardziej wyrafinowany sposób kłamania, czyli taki, dzięki któremu sam kłamca zaczyna wierzyć w swoje kłamstwa).
Ciężko mi się pisze te słowa, bo byłem jednak zwolennikiem Obamy, kiedy wybieraliśmy go na prezydenta. Dałem mu wielki kredyt zaufania, który niestety dość szybko topniał. Obama sprawił mi ogromny zawód, okazał się prezydentem, który – mimo, że startował z liberalnych pozycji – zaczął kontynuować praktyki swojego poprzednika G. W. Bucha, idąc na pasku tych, którzy posiadali dotychczas wpływy, korporacyjną władzę i olbrzymie pieniądze. Co z tego, że Obama ma charyzmę, jest błyskotliwym mówcą i sprawia sympatyczne wrażenie, jako człowiek? Tym gorzej dla nas, bo łatwiej mu uprawiać fatalną w skutkach politykę i pogrążać kraj w dalszej zależności od wielkiego kapitału, zepsutej finansjery, od coraz bardziej wścibskich instytucji rządowych – cały czas zawężając pole naszej wolności.

PS. Have a good read Big Brother ;)

*