GURU, MISTRZ, NAUCZYCIEL, PRZYWÓDCA, PASTERZ, FÜHRER…

Akademia Platońska (mozaika z Pompei)

Czy potrzebujemy nauczycieli, nawet jeśli jesteśmy już ludźmi dorosłymi, ukształtowanymi, dojrzałymi – kiedy już wiemy czego chcemy? (Czy jednak na zawsze jesteśmy już „ustaleni” i zawsze wiemy czego chcemy)? Czy potrzebne są nam autorytety? Czy szukamy jakiejś sankcji dla naszych wyborów (i wzorów myślenia) u ludzi mądrych, wykształconych – przerastających nas wiedzą, roztropnością i doświadczeniem?

*  *  *

Rozważmy przypadek skrajny, który jednak może uwidocznić nam pewne mechanizmy, dzięki którym ludzie podporządkowują się przywódcy – komuś, kto ma nad nimi władzę, (i którą to władzę oni zwykle akceptują).
Chodzi mi tu o posłuszeństwo absolutne, bezwarunkowe, całkowite… O poddanie się, oddanie, uległość… np. taką, jaka występuje we wszelkich zakonach, sektach; wśród urzędników i serwilistów państw autorytarnych; w hierarchicznej strukturze kościelnej; również w religiach i kultach skupiających się wokół swego mędrca, guru, mistrza…

Czy mamy wtedy do czynienia z ucieczką od samego siebie? Czy tym sposobem pozbywamy się własnego „ja”?
Czy oddając naszą wolność, zyskujemy spokój, bezpieczeństwo i wygodę?
Dlaczego jesteśmy gotowi zrezygnować z własnej wolnej woli? Czy nie jest to po prostu jakaś radykalna próba pozbycia się (wielkiego) brzemienia wolności?
Czy komfort w (często dobrowolnej) niewoli więcej jest dla nas wart od niepokoju na wolności? Dlaczego swoboda tak często jest dla nas w rzeczywistości ciężarem?

*  *  *

Myślę, że ludzie, przyjmując nauki Mistrza, nie tyle chcą się pozbywać samych siebie, co zachować siebie, ale wzmocnionego naukami Mistrza. Nawet jeśli jest to związane z tzw. „odrzuceniem”, „pozbyciem się”, czy też zmianą pewnych aspektów własnego „ja”. Tak więc, paradoksalnie, nawet jeśli komuś się wydaje, że porzuca własne „ja”, to robi to z pobudek ego-istycznych.
Zauważmy, że wtedy – tak naprawdę – nie następuje jakaś redukcja „ego” ale wprost przeciwnie: to „ego” podłączane jest niejako pod jeszcze większe EGO Mistrza (nauczyciela, guru, religijnego przywódcy, proroka, führera…). Człowiek nie pozbywa się wtedy swojego „ego”, raczej się ubezwłasnowalnia – cedując swoją wolną wolę na podporządkowanie się Przywódcy, który często staje się Obiektem Kultu.

Można zadać pytanie (tak, jak zrobiła to Porcelanka): „Czy jeśli odrzuca się własne ‚ja’, to można w tym wypadku mówić o zachowaniu siebie?”
Moim zdaniem tak, bo człowiek w każdej chwili (sytuacji) jest sobą – zawsze sobą. Nawet jeśli udaje, przywdziewa maskę, gra, kreuje się na „kogoś innego”, staje się ślepo posłuszny, czy wręcz odrzuca własne „ja”.
Nie ma ucieczki od samego siebie.

*  *  *

W tym wszystkim najbardziej koszmarne wydaje mi się „ślepe” posłuszeństwo. To właśnie ono było powodem… a właściwie umożliwiło te wszystkie zbrodnie, których dopuszczano się w państwach totalitarnych, zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych.
Niestety, patrząc na to z drugiej strony, możemy stwierdzić, że zdolność ludzi do podporządkowywania się władzy (autorytetom, politycznym czy też religijnym przywódcom), jest jedną z najważniejszych cech społecznego zachowania się człowieka – wręcz warunkiem, bez którego społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować a państwo zaistnieć. To jest ta potężna siła konstytuująca „stadne” życie Homo sapiens.
Dlatego też większość ludzi tworzących społeczeństwo, wydaje się być konformistami i oportunistami. Także uciekać od wolności (co zauważył nie tylko Fromm) – gdzieś pod skrzydła gotowych formuł politycznych i religijnych, bo to jest nie tylko wygodne, ale i – jak się wydaje – konieczne.

*  *  *

Czym się różni „bezgraniczne” zaufanie od „ślepego” posłuszeństwa? W jakim momencie przywódca staje się „führerem”? Czy „krytykować” nie oznacza „mylić krok”, podważać autorytet, kwestionować mądrość guru? Może właśnie dlatego wszystkie „wiary”, sekty, religie, ideologie (cóż, przepraszam, że ustawia się to wszystko w jednym rządku) nie znoszą, tak naprawdę, krytyki? Wszystkie dążą do wzmocnienia swoich fundamentów a każda wątpliwość (oraz krytyka) jest tych fundamentów osłabieniem. Okazuje się, iż najlepszym „budulcem” owych fundamentów jest Fanatyzm (wraz ze swoją siostrą, Ortodoksją). Każdy krytyk jest potencjalnym dysydentem – może skierować myśli do innego obszaru mózgu, gdzie mogą one zdobyć pewną suwerenność. A to jest zagrożeniem dla „prawdy i tylko prawdy” – w obrębie jedynie „prawdziwych” wyznań, religii, wierzeń, ideologii… A Prawda nie znosi Relatywizmu.

*  *  *

Przeciętny człowiek nie jest w stanie stworzyć autonomicznych reguł własnego postępowania – stąd potrzeba szukania Mistrza, Nauczyciela, Drogowskazu… ( jest to niczym innym, jak podporządkowywaniem się kulturowemu status quo). Stąd rycie przykazań (dla wszystkich) na kamiennych tablicach, stąd zapisywanie (obowiązujących) kodeksów na kamiennych kolumnach, stąd księgi ze „świętym” prawem.
I tylko nieliczni mają odwagę (albo są na tyle szaleni) by „przewartościować” obowiązujące dotychczas „wartości” – i próbować zastąpić je własnymi. Niestety, najczęściej trafiają oni na krzyż (lub stos), zakuwa się ich w kajdany, albo zakłada kaftan bezpieczeństwa i zamyka w domu wariatów.
Lecz zdarza się i tak, że niektórzy z nich stają się zarzewiem nowych ruchów społecznych, nowej filozofii, nowej religii… Niekiedy trudno jest odróżnić człowieka obłąkanego od tego, który jest oddany jakiejś misji, lub któremu się wydaje, że wypełnia wolę bogów.

*  *  *

Jean Delville – „‚L’École de Platon” (Musée d’Orsay, Paris. Zdjęcie własne)

*

POD DŁONIĄ BOGA

palce Buddy (zdjęcie własne)

*

Skąd się bierze ludzka potrzeba modlitwy?
Z wdzięczności za cud stworzenia, czy też ze strachu przed siłami (od nas) wyższymi? Czy pragnienie zbliżenia się do bóstwa jest wyrazem pokory czy też pychy? Czy modląc się człowiek częściej prosi czy dziękuje?

* * *
Istota ludzka wtrącona w otchłanie Kosmosu poddana jest mocom, które ją przerastają. Nie dziwi więc, iż człowiek niekiedy ma wrażenie, że jest igraszką w rękach bogów – opleciony wątkami losu, poddany przeznaczeniu, które nie jest mu znane.
Modląc się znajduje ukojenie – ma poczucie, że jego serce nie bije w próżni, że nie jest Sierotą Wszechświata, że po drugiej stronie jest coś więcej, niźli tylko nicość… (a może tylko pragnienie i nadzieję tego, że po drugiej stronie nie ma już cierpienia?)

Klękając, kłaniając się, schylając głowę, wyciągając ręce do Stworzyciela i władcy…
Czy jednak potrzebne jest to pokajanie?
Czy owo poddanie może mieć jakąś wartość dla bóstwa? Czy też potrzebne jest jedynie człowiekowi, by poczuć się pod czyjąś opieką?

(Kiedy poddany korzy się przed królem-człowiekiem, to ów gest ma sens, bowiem także król nie jest pozbawiony słabości – jego moc jest jedynie umowna i nominalna, dlatego też domaga się nieustannej konfirmacji. Czy Wszechmocny Bóg potrzebuje tego samego?)

Poddańcza poza jest wyrazem uległości, często mając związek ze słabością.
Stając na nogi musimy szukać siły w sobie samych.

* * *
Przyklęknięcie, pochylenie się, skłonienie głowy… ten gest ma swoje źródło w zamierzchłych czasach, kiedy to oznaczał poddanie się, był manifestacją uległości wobec władcy. To było ukorzenie się przed kimś, kto przerastał nas swoją mocą, miał nad nami władzę – mógł nas czymś obdarować, ale też mógł nas skrzywdzić, a nawet zabić.  Miał on na celu zdobycie przychylności, zapewnienie sobie opieki; był prośbą o darownie kary, przebłaganiem za złe uczynki, przeproszeniem za złamanie prawa… Z czasem jednak coraz więcej było w nim zwykłej kurtuazji, także wyrazu szacunku dla drugiego człowieka, niekoniecznie wyższego rangą.

Ta poza ma w sobie także pewien element poniżenia samego siebie.
Nawet jeśli rzeczywiście jest formą podziękowania, respektu i wdzięczności.

Trzymajmy się jednak proporcji: w naszym kręgu kulturowym (w przeciwieństwie choćby do buddyzmu), wiara w Boga zdecydownie bardziej opiera się na lęku przed Nim (i przed śmiercią… te rodzaje lęku są zresztą najczęściej tożsame), niż na wdzięczności za stworzenie.

* * *

Modląca się (przed posągiem Buddy w jednej ze świątyń Sukhothai, Tajlandia)

*

Kiedy przed podróżą do Tajlandii przeglądałem albumy zawierające fotografie z tego kraju, uwagę moją przykuło zdjęcie buddyjskiego mnicha , który stoi z ręką opartą o dłoń Buddy… Dłoń była większa od mnicha.
Postanowiłem odnaleźć to miejsce.
Okazało się, że ów posąg Buddy znajduje się w jednej z licznych świątyń jednego z najważniejszych kompleksów religijnych Tajlandii, a mianowicie w Sukhothai.
Kiedy tam wreszcie dotarłem i z bijącym sercem wkraczałem do świątyni, przed oczami pojawiła mi się scena, jaką mogłem sobie tylko wymarzyć: wspierając się o gigantyczny posąg Buddy, tuż obok jego oklejonej złotem dwumetrowej dłoni, klęczała zatopiona w modlitwie dziewczyna.

Czyżby to był zwykły przypadek?
A może obraz ten po prostu tam na mnie czekał?

* * *

Modły w świątyni Doi Suthep w Chiang Mai (Tajlandia)

W załączeniu to, co o modlitwie napisała w jednym ze swoich kometarzy Jolanta:

Modlitwa. Jest modlitwa i jest modlitwa. Regułkowa, trochę na zasadzie warunkowania, hipnopedii, wyuczona, szablonowa, pusta tak naprawdę, chyba że ktoś stara się w niej zanurzyć całą swoją świadomością i potrafi wyprowadzić swoją duszę ponad ziemię, ponad ciało i ponad fizyczne ograniczenia, poza ramy szablonu. Ponoć w powtarzalności frazy modlitewnej, jeśli poddać się temu rytmowi, jest jakaś hipnotyczna siła, która wprawia nasz umysł w stan transu (modlitwy). Mantra. Różaniec. Litania. One mają wprowadzić w taki trans. Ale myślę, że do tego niezbędne jest zatracenie się w rytmie, ukołysanie się na jego fali. Jest też modlitwa, która z nazwy nie jest modlitwą. Wzruszenie, stan wyjścia duszy z ciała, którego doświadczyłam, czytając m.in. ostatnią powieść „Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson. Moją modlitwą stała się także recenzja tej niezwykłej książki. Jej pisanie. W trakcie formułowania swoich refleksji byłam daleko, poza granicami świata materialnego. Moja dusza śpiewała pieśń. Moja wrażliwość tańczyła na fali metafizycznego uniesienia.

Modlitwa ma różne oblicza. Zaniemówienie w obliczu piękna natury. Łzy wzruszenia podczas koncertu wspaniałej muzyki – kiedy słucham na żywo koncertu filharmonicznego, doznaję takiego upojenia, że można je nazwać modlitwą. Gdy czytam poezję. Gdy idę w górach stromą ścieżką i widzę w oddali szczyt, który stopniowo się przybliża i za chwilę mogę osiągnąć to, co wydawało się nieosiągalne. I ten zachwyt na górze, gdy spoglądam na rozległą panoramę w dole. Modlitwa. Myślę, że modlitwa niekoniecznie potrzebuje utartych słów. Raczej emocji, wzruszenia, ekstazy. Łez, śmiechu. Poczucia jedności z  chwilą. Zatracenia się w niej. Mam wrażenie, że to stan naturalny, ta zdolność człowieka do doświadczania uczuć transcendentnych, której ktoś nadał definicję modlitwy.

( © ZDJĘCIA WŁASNE )
*