DANDYS BÓLU, WYGNANIEC Z ISTNIENIA… (Stefan Chwin – „Kartki z dziennika”)

Czym jest Literatura i Myśl pojąca Ducha w świecie, w którym większe znaczenie dla głowy chcącej zawładnąć masową wyobraźnią ma fryzjer, niż wartość tego co zawiera mózg? *
Takie to z pozoru absurdalne zdanie cisnęło mi się na czysty, niezapisany papier, kiedy odłożyłem Chwinowe „Kartki z dziennika” i zacząłem się zastanawiać nad sensem mojej kolejnej przygody z diarystycznym pisarstwem Stefana Chwina. (Ślad pierwszej odnaleźć można TUTAJ.)
I zaraz potem przyszło następne, być może jeszcze bardziej niewydarzone: czy rzeczywiście nie jest tak, że w naszych czasach fryzjer ma zawsze rację (pospołu z krawcem), a tym, co posiada w sobie moc ostatniego argumentu są… nożyczki, które niczym brzytwa Okhama przycinają ludzkie ambicje, złudzenia i utopie do właściwych proporcji? I że to w końcu płynność naszych ruchów i gestów liczy się najbardziej w naszych próbach zadomowienia się w świecie we wspólnym z nim istnieniu?
Jakie znaczenie w tym wszystkim mają nieskazitelne garnitury, białe  albo niebieskie koszule i eleganckie muchy, w które wbija się i przystraja sam Chwin?
Czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli – próby zagłębienia się w otchłanie Ducha, wycieczki na bezbrzeżne obszary szerokich Horyzontów i rozległych Perspektyw? Czy rzeczywiście mówienie o wielkim znaczeniu fryzury, koszul, garniturów, perfum, krawatów i sukien jest trywializowaniem?

TAJEMNY WYSTRÓJ WNĘTRZA

Gdy przeczytałem ostatnią „Kartkę” zadałem sobie jeszcze inne pytanie: jaką grę – z nami i ze światem – prowadzi Pan Chwin? Czyż nie mamy prawa czuć się zwodzeni (także wodzeni za nos), natrafiając w „Kartkach z dziennika” na taki choćby fragment?: „Więc dlaczego piszę? Szukam ludzi do siebie podobnych. (…) Wszystko to robię bardzo ostrożnie, więcej ukrywając niż zasłaniając. Muszę moje myśli owijać w bawełnę. Zazdroszczę tym, którzy swe myśli wypowiadają otwarcie. Robią to dlatego, że nie maja niczego do ukrycia. (…) ‚Pamiętaj’ – mówił mój ojciec, który miał za sobą twardą szkołę życia – nikt nie powinien wiedzieć, co myślisz naprawdę. Czy to przeszkadza w pisaniu? Przeciwnie: to w pisaniu pomaga.”

A my się możemy zastanawiać: czyżby więc to wszystko blaga? Pozór, zewnętrzność, parawan? Albo nawet: co też takiego Chwin ma do ukrycia, że nie chce pisać otwarcie? I jeśli nie pisze otarcie, to czy może nam to nie przeszkadzać w czytaniu? A może wręcz ma to nam w czytaniu pomagać?
Czy Chwin nie owija w bawełnę słów także swoje myśli, tudzież wnętrze, podobnie jak swoją cielesną nagość obleka w elano-bawełnę dobrze skrojonego garnituru? Czy jasność garnituru i koszulowa biel nie jest aby kamuflażem dla ciemni która go w środku ogarnia i nęka?

Ja jednak, choć nie pałam najmniejszą żądzą ujrzenia pisarza na golasa, to już do jego wnętrza – tego tygla pełnego kłębiących się myśli – chciałbym mieć dostęp bliski, a może nawet intymny. Chcę po prostu wiedzieć, co on myśli NAPRAWDĘ. Czyżby to było pragnienie zbyt wygórowane? A może naturalnie wyrasta to z niechęci do jakiegoś fałszywego tonu, z awersji do bycia zwodzonym, mamionym czy wręcz oszukiwanym? (Mocne słowa, przyznaję, ale czy przesadzone?)
A jednak napisawszy to muszę wyznać, że zwycięstwo Chwina nade mną polega chyba na tym, że ja czytając „Kartki z dziennika” żadnego fałszu jednak nie czułem. Wręcz przeciwnie: ciągle miałem wrażenie, że Chwin dopuszcza mnie do swoich wewnętrznych tajemnic – może nie tyle osobistych w sensie prywatności intymnej, co pod względem intelektualnym, tych odnoszących się do kultury wnętrza, duchowej ewolucji, zmagań mających charakter par excellence religijny (choć przypominających niekiedy zwyczajne zmagania z literaturą).

WCIĄGNĄĆ W PUŁAPKĘ, NASĄCZYĆ JADEM…

Zastanawiam się jeszcze i nad tym: czy Chwin pisząc, chce się bardziej od ludzi odgrodzić, czy też do tych ludzi zbliżyć? A może nie tyle zbliżyć, co schwytać ich w pułapkę, gdzie mógłby zarówno rozpostrzeć przed nimi swój własny ogon pawi, jak i obnażyć swe rany, lęki i denne ciemnice? Bowiem czyż nie tak można zrozumieć takie jego słowa?: „(…) piszę swoje powieści i essaye właściwie przede wszystkim po to, by wciągnąć ludzi do swojej pieczary. Ja swoją kuszącą frazą chcę zwabić podstępnie do swojego prywatnego kąta. Niech poczują niewygodę istnienia, tak jak ja ją czuję Niech zaznają świata, tak jak ja go zaznaję. Niech staną przed trudnościami, z którymi ja sobie poradzić nie umiem. (…) Bo wszystko, czego ja się dotknę, to mi się rozsypuje w palcach, włącznie z Szekspirem i Biblią, z którą toczę niekiedy spory prawdziwie awanturnicze.”

Jeszcze straszniej się robi kiedy Chwin pisze o swojej przed czytelnikiem ucieczce (jak choćby o tym mężczyźnie, który na cmentarzu chciał go prosić o radę): „Cóż, ja mogę tylko w tej mgle cmentarnej podejść do tego mężczyzny i do serca wsączyć mu jady, które w moim sercu krążą i tymi jadami mu duszę zabarwić na kolor mniej więcej podobny do koloru mojej duszy.”

Co ciekawe, ta dziwna nieco mikstura narcyzmu i mizantropii jest na swój sposób czymś spójnym, swą integralność zawdzięczając  literackiej formie, której opanowaniu (na równi ze słowem) trudno przecież Chwinowi odmówić.
Ale czy jednak nie stawia to pod znakiem zapytania… nie, nie bójmy się tego określenia – „ludzkość” pisarza, której łatwiej się jest objawić wobec idei, pojęcia, symbolu, abstrakcji, niż wobec żywego, konkretnego człowieka z krwi i kości?
Oto Chwin: „Miłość Ojczyzny? Jak najbardziej, ale z dala od ludzkich skupisk z ich charakterystycznym aromatem. (…) Cóż miałem zrobić z tą zmysłową idiosynkrazją, z którą przyszedłem na świat i która wyrzucała mnie poza obręb ludzi porządnych? (…) Byłem zrodzony do odosobnienia, choć mentalnie lgnąłem do Polski, jak pisklę do krwawiącego Pelikana, ale Polska, którą kochałem, musiała być z definicji abstrakcyjna, to znaczy taka, jaka nigdy nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć. Tylko taką, niestety, potrafiłem kochać.” I dalej: „Lubiłem modlić się w pustych kościołach. Kochałem samotne wędrówki po starych cmentarzach, gdzie tłum bliźnich zachowywał się kulturalnie, nikomu nie narzucając swej przykrej obecności, co zawsze przyjmowałem z wdzięcznością, krocząc na palcach wśród nagrobnych płyt, pod którymi po trudach życia spokojnie wypoczywali moi milczący współbracia.”

NERWY A PIĘKNO

Oczywiście, kwestionując „ludzkość” Chwina robiłem to z pełną świadomością tego, że może się to wydać pretensjonalne. Ale bardziej niż pretensjonalne, jest to jednak przekorne, może nieco prowokacyjne, bo wbrew tym jego wynurzeniom o  poczuciu wyobcowania i odgrodzenia od świata, (wygnania z istnienia, ucieczki od prawdziwego człowieka…) Chwin wydaje się być zanurzony w ludzkiej wrażliwości wszystkimi swoimi nerwami i członkami, jednym słowem – po uszy. Być może właśnie przez tę swoją wrażliwość zmuszony jest on niejako chronić się przed światem, ustawiając się doń z dystansu, odgradzając się od niego jakimś szklanym kloszem, wzbraniając się przed żywych ciał dotykiem?

Czy można wobec tego dziwić się, że w miarę bezboleśnie czuje się on jedynie przy… minerałach? Wypatrując w nich doskonałości, bezczucia, równowagi i ponadczasowości? Bo już takie piękno Natury bardziej spektakularne jak wschody i zachody słońca ma dla niego pewną skazę, ulotność, pytanie o sens tego piękna w świecie: czy aby ta uroda – na zasadzie kontrastu – nie uświadamia nam raczej tego, że świat wprawdzie jest piękny, ale… „piękny tak sobie, nie za bardzo”? Potrzebuje się piękna, które mogłoby przysłonić okropności świata, ale okazuje się, że jednak żadne piękno nie jest w stanie tego zrobić. Poszukując wysp piękna – a nawet je znajdując – nie jesteśmy wszak w stanie obronić się przed „ciernistym doświadczeniem idiosynkrazji”, którego tajemnicze esencje zaczęło się zgłębiać. Mimo tego, a może właśnie dlatego, pragnienie Piękna stało się czymś ważniejszym od niezgody na Zło – tak jakby estetyka wykazywała tu swój prymat nad etyką. Samo pisanie staje się więc nie tyle próbą ucieczki na wyspy piękna, co zemstą za to, że świat nie jest dość piękny.

SZTUKA UWODZENIA

Ale słowo… Co ze słowem? I cóż po słowie?

„Słowo – pisze Chwin – nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów, jest w tej sprawie bezsilne”.
W jakiej sprawie?
Właściwie w każdej poważniejszej sprawie – jak na przykład: w sprawie ochrony przed brzydotą i  złem świata, czy też uchronienia przed „wygnaniem z istnienia”, na które jest się skazanym przez COŚ nieskończenie mocniejsze od słowa.
To jednak nie wszystko: pisanie mimo swych wzniosłych ambicji, staje się czymś trywialnym i zgoła podejrzanym: „Pisanie jest poszukiwaniem prawdy, dobra, sprawiedliwości, wiedzy, mądrości – ale jest także nieustającym konkursem piękności i uwodzenia.” (To za Gombrowiczem – przyp. LA.)
Tak więc, usiłując uchronić się przed bólem, ukoić cierpienie, uspokoić  skołatane nerwy – dajemy nura w samo uwielbienie i narcyzm? Ubieramy się w piórka literatury pięknej, owijamy w bawełnę naszą poranioną duszę, ale strojąc przy tym miny uwodzicielskie, puszczając pawie oczka – chcemy aby naszą wspaniałością i wyjątkowością zachwycił się jeszcze ktoś, oprócz nas, inny?
Hm… I cała ta kwiecista maskarada rozgrywa się ponad otchłanią przepełnioną idiosynkrazją i cierpieniem?
Ale czy myśli ktoś o bólu Narcyza? I czy ktokolwiek wiąże dandysa z cierpieniem?
*  *  *

Stefan Chwin: "Wszystkie moje książki są pułapkami, w które chcę wciągnąć czytelników, należy je więc czytać z najwyższą ostrożnością."

*

*PRZYPIS: Zdaję sobie sprawę, że powyższy wstęp wydać się może nieco dziwaczny, więc chcę tu dorzucić kilka słów gwoli wyjaśnienia. To co napisałem, staje się bardziej zrozumiałe, gdy zwrócimy uwagę na pewien, pochodzący z „Kartek” zapisek Chwina pt. „W pałacu prezydenckim” (nota bene zamykający tom dzienników). Dotyczy on właśnie, ni mniej, ni więcej tylko… strzyżenia i doboru garnituru dla kogoś mającego aspiracje polityczne, czyli, mówiąc ogólnie, tzw. PR-u. A ten, nam – dzieciom epoki informacyjno-medialnej – błahostką już raczej się  nie wydaje. Oto krecia robota myślicieli i intelektualistów, którzy „błyskiem lancetu niezależnej myśli” chcą „cywilizować ksenofobiczno-alergiczne skłonności europejskiej duszy”, rozbija się o beton banału i przegrywa ze szczętem z atawistycznym, populistycznym sex-appealem wszelkich popowych „dod” i „ściemą” jaką serwują ludowi wdzięczący się narcystycznie i brylujący w mediach politycy. Namysł, refleksja? Śmiechu to warte! Liczy się propagandowy blask, gładkie gadanie, łatwo strawna powierzchowność, dobrze wypięty biust, mocno zarysowana szczęka, Armani, zalotny pukiel jasnych włosów i pupa…

Robi się jednak jeszcze ciekawiej, kiedy tak poszukamy zalotności PR-owej u samego Chwina. A że jest to zalotność intelektualisty, pisarza i erudyty? Cóż z tego. W końcu zawsze tu chodzi o to samo – o podbój, powab, schwytanie kogoś w pułapkę współ-istnienia:
„Paradoks polega na tym, że pisarz nie może dzisiaj wpływać na dusze czytelników, bo literatura polska nie ma czytelników, tylko czytelniczki. Literaturę piękną czytają u nas prawie wyłącznie kobiety. W innych krajach jest zresztą tak samo. Po jednej więc stronie jest pisarz-mężczyzna, a po drugiej prawie same kobiety, bo prawie tylko one czytają wiersze i powieści. Jak pisarz-mężczyzna wpływa na dusze kobiet, jest to sprawa dość delikatna i do opisania trudna. Jeden z młodych poetów przekonywał mnie niedawno, że jedynym uczciwym celem wpływania przez pisarza na kobiecą duszę jest jej uwiedzenie przy pomocy słów. Podobnie zresztą myślał młody Byron.
Ja sam, kiedy byłem młodszy, pisałem książki przede wszystkim po to, by miła osoba, z którą jestem, zakochała się we mnie po raz czwarty. Osiągnąć taki cel to jest duża sprawa i mało komu to się udaje. Nawet Mickiewicz miał pecha: jego żona nie czytała wierszy, które pisał, dlatego pisał dla Narodu, to znaczy dla nikogo. Wielką jest bowiem rzeczą mieć dla kogo pisać, podobnie jak wielką jest rzeczą mieć dla kogo żyć, ale mało kto ma dla kogo żyć i pisać, więc najczęściej pisze się w pustkę, czyli wpływa głównie na samego siebie.” (Z wypowiedzi Chwina dla „Kultury liberalnej”.)

O „Dzienniku dla dorosłych” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

ELITA W CZASACH ZARAZY

O „DZIENNIKU” SÁNDORA MÁRAIEGO

***

*

Budapesztańskie zapiski Sándora Máraiego z czasów II wojny światowej. Zajęcie Węgier przez Niemców, wywózka Żydów do obozów zagłady, później bombardowania, sowieckie oblężenie, walki w samym mieście…

Niezwykle ciekawe jest obserwowanie tych wszystkich drgań wrażeń, myśli i uczuć pisarza wywołanych dziejową burzą. Czasy są ekstremalne, niosą weryfikację kultury i całej europejskiej cywilizacji. Márai, będąc wrażliwym erudytą, kulturalnym Węgrem, jak również Europejczykiem par excellence, wydaje się tu być dobrym detekcyjnym instrumentem – zostawia na papierze ślad drżący, ale i wyraźny, niczym czuła igła sejsmografu.
A trzęsienie ziemi jest potężne: wali się w gruzy całe dziedzictwo europejskiego ducha. Wobec zgliszczy wielkich miast i smrodu rozkładających się trupów, kultura staje się widmem.

Pisarz pyta gorzko: Gdzie jest ta elita, która miała hamować, wychowywać, uczyć moralności zdziczałego i kierującego się instynktami człowieka tłumu? Gdzieś jest, to pewne. Ukrywa się. Stara się pozostać bezbarwna, przechowuje święte księgi, rękopisy w aktówce, w torbie do schronu… Ta elita jest śmiertelnie zmęczona. Kto tego nie przeżył, nie wie, co musiała znosić – i co przemilczeć! – przez ostatnie dziesięć lat. Gdy nadejdzie chwila, w której będzie można wreszcie przemówić, nie zdoła już wydobyć głosu.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Márai pisze tu również o sobie i o swoistym bankructwie podobnych mu intelektualistów.
Kultura przypomina widmo, niemniej jednak pisarz próbuje się w tym widmowym świecie schronić – czyta poezje Beaudelaire’a, Goethego i Shelley’a, Montaigne’a, Szekspira, Shawa… „Klub Pickwicka” Dickensa, „Pochwałę głupoty” Erazma, „Żywot Jezusa” Renana…
Zdarza się, że w czasie przeciwlotniczego alarmu zostaje sam w swoim mieszkaniu i mimo spadających bomb oddaje się lekturze. I zadziwia go wtedy jego własny spokój. Książki zapewniają mu więc niejaki azyl, choć jest to w pewnym sensie ucieczka do wieży z kości słoniowej, która przecież w każdej chwili może wylecieć w powietrze.

W przeciwieństwie do wyobrażeń świata wewnętrznego, rzeczywistość zewnętrzna staje się czymś obcym. W pewnym miejscu Márai stwierdza bezradnie: świata już nie mogę zrozumieć; oraz: człowiek niszczy samego siebie w ostatecznym geście rozpaczy, by w następnym zdaniu dodać na przekór wszystkiemu: Chciałbym jeszcze napisać kilka wierszy.

Wydaje się, iż potrzebny jest ktoś, kto wśród płonących lasów chce ocalić róże.
Jak  wiele jednak jest w tym iluzji?
Dostrzec tu można pewną sprzeczność: z jednej strony kultura wydaje się być bezsilna wobec zalewu barbarzyństwa, z drugiej zaś postrzegana jest z nadzieją na zachowanie dobra – jako depozytariuszka wyższych wartości.
W czasach pożogi kultura staje się więc czymś w rodzaju duchowego sejfu.

* * *

Sándor Márai

Márai, jak każdy człowiek w tamtym czasie, waha się między wiarą a zwątpieniem, między pogodą a przygnębieniem, między odwagą a strachem, między komfortem rezygnacji a niewygodą buntu. Lecz w końcu przeważa stoicka mądrość: spojrzenie na piękno przyrody niewzruszonej ludzkim szaleństwem; zdolność cieszenia się rzeczą małą a pożyteczną; wyrzeczenie się materialnych pragnień, stopniowe ograniczanie własnych potrzeb.

Czyni przy tym zaskakujące spostrzeżenia (jak np. to, wkrótce po wkroczeniu Rosjan do Budapesztu): Teraz, kiedy ‚porządek prawa’ przegrało na Zachodzie kilku szulerów, ze zdumieniem spostrzegam, jak obojętnie odnoszę się do materialnych widoków własnej egzystencji, jak bardzo nie jestem do niczego naprawdę przywiązany. Rosjanie, komuniści, ci wschodni apostołowie ‚miłości’, są inni: dokładnie znają wartość swego stanu posiadania i bardzo starannie pilnują swego – pochodzącego najczęściej z rabunków – dobytku. Ja, wychowanek kapitalistycznego Zachodu, zaczynam być obojętny wobec dóbr doczesnych. Tymczasem komuniści żarłocznie rzucają się na wszystko, co ‚materialne’, co da się złapać w rękę.

* * *

A jednak nie wierzę w ten spokój pisarza. Jeśli nawet coś takiego odczuwa, to jest to zaledwie chwila, moment. Większość zapisków świadczy o głębokim przeżywaniu tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje.

Wojna próbuje odrzeć człowieka ze wszystkiego, ale może to właśnie dzięki temu odsłania się w nim wówczas sam rdzeń egzystencji: czuje się wtedy życie takie, jakie jest ono naprawdę. Nie ma już egzystencjalnej waty, metafizycznej „ściemy” – istnienie obnaża się przed światem i drży… smagane wiatrem, palone słońcem, poddane strumieniowi dziejów.
Są tacy, których to pociąga.
Czy nie jest to jedną z przyczyn, dla których niektórzy ludzie tak ochoczo szykują wojnę? Wbrew maksymie vis pacem para bellum nie chcą pokoju, bo w pokoju czują się znudzeni?

Mając to na uwadze, łatwiej nam zrozumieć takie oto wyznanie Máraiego: Człowiek ma w sobie coś takiego, że gdy tylko przestają go przypiekać na rożnie czy obracać nad rozżarzonymi węglami, natychmiast zaczyna się nudzić. Ja także, niczym toxicoman, przywykłem do silnych trucizn. Ten tutejszy spokój (autor jest już na emigracji we Włoszech – przyp. LA) działa na mnie tak, jakbym był na kuracji odwykowej. Ciągle czegoś mi brak. Czyżby niebezpieczeństw?

To daje się odczuć w „Dzienniku”. Zapiski z Budapesztu czyta się z większym zainteresowaniem, niż te włoskie. Ich powstaniem kierował impuls, nerw przeżycia – zawsze dotykały one czegoś bardzo istotnego.
W Neapolu zaś pisarz jak gdyby na siłę szuka tematów, ucieka we włoską historię, zagląda do muzeum, na plażę, na brudne podwórka, nawet do groty jakiejś Sybilli z Kume. Dopiero zderzenie pisarza z Ameryką otwiera przed nim nowe światy, w których nie czuć już takiej stęchlizny.

A jednak, mimo że Márai żyje odtąd do końca swoich dni w słonecznej Kalifornii, o swojej Europie nie zapomina nigdy.
Bo jakże można inaczej?…

* * *

Między wiarą a zwątpieniem, między pogodą a przygnębieniem, między odwagą a strachem, między komfortem rezygnacji a niewygodą buntu… życie

*

MIŁOŚĆ W CZASACH DONOSÓW („Różyczka”)

*

Miłość, zdrada i polityka. (Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn w filmie Jana Kidawy-Błońskiego "Różyczka".)

*
*  *  *
Czy od filmu Kidawy-Błońskiego można oczekiwać tego, by oddawał tzw. prawdę (zarówno tę „namacalną” – fizyczną, jak i psychologiczną) o rzeczywistych ludziach, do których życia nawiązuje? (A należy tu wspomnieć, że scenariusz dość dokładnie opiera się na autentycznej historii Pawła Jasienicy i jego żony Zofii Beynar-O’Bretenny, agentki Służby Bezpieczeństwa, którą to panią sama „bezpieka” wepchała do łóżka pisarza, a która jeszcze z pogrzebu swego męża napisała gorliwy raport dla SB.)
Cóż… mam co do tego pewne wątpliwości. I to nie dlatego, że odtwórcy głównych ról, czyli Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn zupełnie nie przypominają aparycją tamtej pary, a obraz jest bardziej żywy i kolorowy, niż ówczesne peerelowskie scenerie. Głównym powodem jest to, że „Różyczka” to po prostu serwujący nam fikcję film rozrywkowy, należący do głównego nurtu kina popularnego. Wydaje mi się, że Kidawa-Błoński doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nalega (tak, jak to zrobił po projekcji, na spotkaniu z chicagowską publicznością), by jego filmowej opowieści nie wiązać raczej z osobami Jasienicy i jego żony.
Napisawszy, że „Różyczka” to kino popularne i w zasadzie nic więcej, muszę przyznać zarazem, iż jest to film zrealizowany bardzo sprawnie, by nie napisać znakomicie, a tym samym mogący dostarczyć widzowi sporej satysfakcji.
A jednak zastrzeżenia twórców filmu by nie widzieć w „Różyczce” historii konkretnych, znanych z imienia i nazwiska ludzi, którzy istnieli naprawdę, brzmią dwuznacznie, ponieważ – z drugiej strony – roszczą sobie oni pretensje do tego, by „Różyczkę” traktować jako studium odzwierciedlające „prawdę” o czasach, do których film nawiązuje (a więc PRL-owską rzeczywistość drugiej połowy lat 60-tych, ze szczególnym nawiązaniem do Marca ’68) – co np. widoczne jest w wykorzystaniu zdjęć i dokumentalnych „migawek” z tamtego okresu.
Niewątpliwie ich intencją było również to, abyśmy i na filmowych bohaterów, mimo iż fikcyjnych, patrzyli jak na ludzi z krwi i kości, dostrzegając przy tym całą ich psychologiczną złożoność.
Być może ta ambiwalencja wynika już z samej istoty każdego dzieła sztuki (w tym i dzieła filmowego), które za pomocą „kłamstwa” fikcji, chce przedstawić „prawdę” rzeczywistości?
Ale, ale… zostawmy tu tak wielkie słowa, jak „sztuka” i „dzieło” i zajmijmy się bliżej „Różyczką”.
*  *  *

Czy esbek może mieć duszę? Robert Więckiewicz w roli "prowadzącego" TW "Różyczkę" kapitana SB.

Trzeba przyznać, że film ten żyje dzięki bardzo dobrej reżyserii, świetnie napisanemu scenariuszowi, ale przede wszystkim – dzięki wyrazistej grze aktorskiej, zwłaszcza Roberta Więckiewicza (odtwarzającego rolę oficera „bezpieki” Romana Rożka), który niejako „kradnie” cały ten filmowy show.
W centrum uwagi leży jednak sama Kamila (pseudonim „Różyczka”) i jej związek z pisarzem Adamem Warczewskim, którego ma ona za zadanie uwieść, inwigilować i oczywiście składać na niego raporty do SB. Problem w tym, że mimo iż Kamila jest dziewczyną Rożka, (może się wydawać, że jednak wiąże go z nią coś więcej niż seks) to wchodzi ona w coraz bardziej intymny związek z Warczewskim, który z czasem staje się dla niej nie tylko mentorem, ale i kochankiem, a wreszcie i mężem.
To prawda, że Kamila na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia wybitnie sprawnej intelektualistki, zdającej sobie sprawę z politycznej gry jaka wokół niej się rozgrywa. Ma ona jednak tę zaletę, że obdarzona jest niezwykle ponętnym ciałem, któremu nie może się oprzeć nawet taki tytan erudycji, myśli i społecznego morale, jak Warczewski. Powiedzieć jednak, że Kamila jest pustą idiotką a nawet zwykłą k…ą (jak co poniektórzy ją w filmie nazywają) byłoby mimo wszystko zbyt daleko idącym uproszczeniem. Bo „Różyczka” z czasem zdobywa także i naszą przychylność, a nawet sympatię. Widzimy jak dziewczyna coraz bardziej przywiązuje się do (starszego przecież od niej o całe pokolenie) mężczyzny, jak stopniowo uświadamia sobie wagę – tak, nie bójmy się tego jakże niemodnego dziś słowa – ideałów, które on reprezentuje i wyznaje… jak staje się ona po prostu pełniejszym i bardziej świadomym (siebie i innych ludzi) człowiekiem.
Także w samym Warczewskim, mimo że uroda Kamili jest dla niego punktem wyjścia do nawiązania z nią bliższych (hm…) stosunków, zaczyna się rodzić głębsze uczucie, w które nawet jesteśmy skłonni uwierzyć (również za sprawą świetnej, jak zwykle zresztą, kreacji Seweryna). Koniec końców dostrzegamy, że… tak, tak, nie zżymajmy się na tę konstatację – zaczyna w tym wszystkim chodzić o prawdziwą miłość.
*  *  *

Polityka wchodząca ludziom do łóżka - jeden z wielu perfidnych tricków sytemu totalnej kontroli

No ale co z tym Rożkiem?
To prawda, biorąc pod uwagę sposób, w jaki przedstawia go scenariusz, wydać się on nam może zwykłym palantem, gburem, brutalem i służalczym wobec systemu pionkiem, to w interpretacji Więckiewicza postać ta nabiera niespodziewanej głębi. Może właśnie dlatego odczułem naturalny odruch sprzeciwu, kiedy sam Kidawa-Błoński nazwał Rożka „prymitywem”. Być może Rożek to prymityw, ale dzięki Więckiewiczowi zaczynamy wierzyć w to, że „zdrada” Kamili staje się dla niego osobistą tragedią.
Mimo tego, że lata 60-te kojarzą się większości pamiętających je Polaków z peerelowską siermiężnością i szarością, to „Różyczka” ową szarość przełamuje okazując się filmem (dosłownie i w przenośni) barwnym, przykuwającym uwagę i mimo swojej skłonności do melodramatyzmu, zasługującym na bardziej pogłębioną analizę. To, po „Rewersie” Lankosza, drugi ważny w polskim kinie obraz ukazujący rzeczywistość nie tak dawnego okresu w historii naszego kraju, bez świadomości której niemożliwe wydaje się być zrozumienie tego wszystkiego, co dzieje się obecnie w Polsce .
* * *

Fikcja i rzeczywistość: żona Pawła Jasienicy Zofia Beynar-O'Bretenny oraz Magda Boczarska jako filmowa "Różyczka"

Przy okazji tego filmu odżyła w naszym kraju bulwersująca sprawa Pawła Jasienicy i donoszącej na niego żony. Wielu z nas nie mogło się pomieścić w głowie, jak można pisać donosy na kogoś, z kim dzieli się najbardziej intymne momenty swojego życia, kto jest tą naszą „drugą połówką”; wreszcie po kimś, kto  jest ostatnią osobą, po której moglibyśmy się spodziewać, że będzie naszym politycznym wrogiem, wydającym nas na pastwę represyjnego systemu.
Zostawiając na boku fikcję, zastanowiłem się nad tym, jak to jest możliwe z psychologicznego punktu widzenia. Siłą rzeczy, aby temu podołać, należało zwrócić uwagę na samą „bohaterkę” naszego skandalu, czyli żonę Jasienicy, Zofię Beynar-O’Bretenny. A tutaj możemy tylko polegać na świadectwach ludzi, którzy ją znali, a i tak nie do końca, bo przecież to, kim jesteśmy naprawdę, nie pokrywa się raczej z tym, jak nas widzą inni. Czyżby więc pozostawały tylko domysły?
Cezary Łazarewicz w swoim, opublikowanym w „Polityce” artykule pt. „Nesia doniesie wszystko. Podwójne życie żony Jasienicy”, przytacza opinie tych, którzy się z tą kobietą zetknęli osobiście.
Oto, co pisał o niej np. Stefan Kisielewski: Jest to osoba wyszczekana, inteligentna, bywała, jeszcze »akówka«, ale coś mi za mądra.
Wydaje mi się, że owo „coś mi za mądra” należy brać jednak z przekąsem, bo szczególnej bystrości w Nesi raczej nikt nie zauważał. Ot, choćby jej znajoma Marta Miklaszewska: Miała bardzo dużo wdzięku i była niezwykle towarzyska. Ale żaden intelekt to nie był. Po półgodzinnej rozmowie stawała się już bardzo nudna, bo okazywało się, że nic nie wie i niczym się nie interesuje, poza sukienkami, zagranicznymi wycieczkami i ploteczkami.
Natomiast „prowadzący” ją, (jako TW „Ewa-Max”) kapitan SB Adam G. wyraził się o niej bez ogródek: O Ewie myślałem: a to kurwa, i jednocześnie zacierałem ręce. Ona robiła więcej, niż do niej należało. Pokazywała mi prywatne listy, zanim ją o to poprosiłem.
Należy dodać, że to właśnie jemu Zofia Beynar-O’Bretenny zadedykowała swoją, wydaną (pod pseudonimem Zofia Darowska) w 1970 roku książkę zatytułowaną „Tajemnica piastowskich orłów”, napisaną niewątpliwie przy wydatnej pomocy Pawła Jasienicy, u boku którego w końcu ją pochowano.
No cóż… trudno jest jednak połapać się w tej love story alla polacca.
*  *  *

Pogrzeb Pawła Jasienicy w 1969 roku (Zofia Beynar-O'Bretenny stoi pierwsza z prawej). U góry: Paweł Jasienica w swojej bibliotece oraz Zofia Beynar-O'Bretenny (zdjęcie zrobione podczas pogrzebu męża).

*

WINNI CZY NIEWINNI?

Miłość, flirt, kolaboracja? Uwiedzeni przez totalitaryzm? Wielcy artyści w objęciach faszyzmu – winni czy niewinni? Na zdjęciu od lewej: Ezra Pound, Leni Riefenstahl, Ferdinand Céline, Ernst Jünger.

Muszę się przyznać, że to jeden z moich bardziej spontanicznych wpisów. Dyskusja, która miała miejsce pod poprzednim tekstem ( „Raskolnikow to ja” ) o powiązaniach autora ze swoim dziełem, zahaczyła także o kwestię ewentualnej odpowiedzialności (lub nieodpowiedzialności) pisarza za własne słowo. Komentarz Kartki zainspirował (sprowokował?) mnie do wypowiedzi, którą postanowiłem przekazać właśnie w formie nowego wpisu, jako że dotyka on wg mnie czegoś bardzo istotnego.

W naszej dyskusji doszliśmy do bardzo ważnej kwestii, która rzuca dodatkowe i wyraziste światło na problem odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło.
Bo oczywiście jest nam łatwo manifestować naszą liberalną skłonność do obdarzania autora carte blanche, do swoistego nadawania mu immunitetu zwalniającego go od wszelkiej odpowiedzialności za to co pisze, jednym słowem – ciągłego respektowania jego licentia poetica.
*
Ale… sprawy się komplikują jeśli wkraczamy na grząski grunt faszyzmu czy komunizmu, czyli totalitaryzmów odpowiedzialnych za największe zbrodnie ludobójcze w dziejach ludzkości.
Czy tutaj również możemy zachować taką tolerancję i bezstronność?
To się wiąże z następującym dylematem: czy jest nam obojętna moralna ocena tych zbrodniczych systemów?
Innymi słowy: np. w czasie wojny domowej w Hiszpanii, po której stronie byś się opowiedział: po stronie dyktatury Franco, czy po stronie republikańskiej? Albo weźmy II wojnę światową: czy obojętne byłoby Ci to, że walczysz w mundurze Wehrmachtu albo SS, czy też w oddziałach wojska polskiego lub AK?
(Czyli, po prostu: czy jesteś z faszyzmem czy przeciw niemu?)
Jeśli  zaś nie jest (nie byłoby) Ci to obojętne (a podejrzewam, że nie), to wtedy, siłą rzeczy, musiałbyś się ustosunkować do pisarzy, którzy z systemami totalitarnymi kolaborowali, czy też w jakiś inny sposób (np. tym, co pisali lub tworzyli), ten ów – bez wątpienia zbrodniczy system – wspierali.
*
Tak więc, nawet jeśli Leni Riefenstahl nie była stricte faszystką, to idee faszystowskie ją (przynajmniej na początku) uwiodły, może nawet opętały. Podobnie było z wieloma pisarzami, którzy wspierali, a nawet propagowali komunizm – czy to w Rosji, w Polsce, albo też na Zachodzie (fenomen tzw. „użytecznych idiotów” – wszystkich tych europejskich intelektualistów, którzy – mimo że wiadomo już było o zbrodniach stalinowskich i gułagach – nadal za komunizmem optowali).
Kto więc jest nam bliższy? Jeżdżący do Moskwy i opiewający Stalina Sartre, czy też potępiający stalinizm Camus?
Jeśli bierzemy stronę Camusa, to w tym naszym wyborze jest już element etycznej oceny pisarza – a to z kolei wskazuje na to, że nie jesteśmy jednak wolni od moralnego rozliczania autora za jego twórczość, za to co głosi i pisze, jaką wizję świata w swoich książkach propaguje.
Czy w takim świetle zupełnie obojętne jest nam (etycznie) to, że Ernst Jünger był swego czasu piewcą militaryzmu i walczył (nota bene w randze oficera) w hitlerowskiej armii? Czy obojętnie (etycznie) mamy czytać zajadle wściekłe, antysemickie paszkwile Céline’a, albo sławiące faszyzm poematy Ezry Pounda?
Czy wobec horrendum jakie przewaliło się w połowie XX wieku przez Europę (kładąc trupem blisko 100 mln. ludzi), dziwić nas może fakt, że wszyscy ci pisarze uznani zostali za przestępców?
Kto jest Ci bliższy? Leni Riefenstahl zaczynająca wysługiwać się Hitlerowi i spółce, czy pisarze i intelektualiści, którzy (to ważne!) w tym samym czasie opuścili Niemcy, bo jakiś humanistyczny instynkt i elementarna ludzka przyzwoitość podpowiadała im, czym tak naprawdę są rządy faszystów i do czego one (do)prowadzą?
No więc jak to jest: zwalniamy pisarza (artystę) od wszelkiej odpowiedzialności, czy też nie zwalniamy?
*
* * *

RASKOLNIKOW TO JA

Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem, który tę literaturę tworzy? Oto pytanie, które mnie czasami nurtuje. Jest oczywiste, że oświadczenia Flauberta, iż sam jest panią Bovary („Madame Bovary, c’est moi”), nie należy brać dosłownie – jest to bowiem rodzaj paraboli wskazującej na to, że ta postać zrodziła się w nim samym – w jego głowie, sercu, wyobraźni… stając się niejako bardziej częścią samego pisarza, niż nim samym. W rzeczywistości, mylenie literackiego podmiotu z przedmiotem jest zazwyczaj pewną (nad)interpretacyjną naiwnością, zbyt daleko idącym uproszczeniem, a czasem nawet niesprawiedliwością, jaką się wyrządza autorowi, posądzając go o bezeceństwa, których dopuszczają się wykreowani przez niego bohaterowie.
Czyż można np. oskarżać Nabokova o pedofilię tylko dlatego że stworzył najbardziej kompleksową powieść świata o lolityźmie? Czy można osądzać Dostojewskiego i przypisywać mu jakieś mordercze instynkty tylko dlatego, że jest autorem jednego z najbardziej przejmujących studiów mordu, ukazując wstrząsającą anatomię zabójstwa w swoich „Braciach Karamazow” czy „Zbrodni i karze”? Oczywiście, że nie! Ale na rzeczy już będzie rozliczanie autora ze sposobu, w jaki widzi świat; z barw, jakimi go maluje; z sądów, jakim on poddaje ludzi; z pesymizmu, jaki sączy w czytelnika (lub z optymizmu, którym tego czytelnika podnosi na duchu)… Bo tym wszystkim właśnie jest on naprawdę.

Ten oto niewinny przypis do tekstu o „Nieznośnej lekkości bytu” Kundery stał się zarzewiem mojej dyskusji z Telemachem, poruszającej tematy na tyle wg mnie istotne, że zdecydowałem się ją tutaj przytoczyć, aby uchronić niejako od totalnego zagubienia w przepastnej otchłani wirtualnej sieci.

• TELEMACH: „Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem(…)”?
Mogą? Forma bezosobowa sprawia, że gubimy istotę problemu. Sądzę. Doszukiwanie się autora w dziele jest – jak sądzę – poza rozrywką poniektórych krytyków w zasadzie domeną autorów niespełnionych. Ile Rastignaca jest w Balzacu? Myślę że konsumenta Komedii Ludzkiej to raczej nie zajmowało. Trudno wyobrażalne. Ale może się mylę.

LA: Telemachu, pamiętasz nasz „bój” o Św. Pawła w kontekście jego „Hymnu do Miłości”? Czy naprawdę sądzisz, że komukolwiek czytającemu dziś, dajmy na to, „Wspomnienia z domu umarłych” albo „Poza dobrem i złem” obojętna być może osoba autora? (W tym wypadku – wybacz, że to dodam – Dostojewskiego i Nietzschego.) Trudno mi to sobie wyobrazić.
Poza tym, nie uważam się wcale ani za „poniektórego krytyka” ani za „niespełnionego autora”, a zwykle jestem zainteresowany osobą pisarza, którego książkę czytam, oraz tym, ile jest „z niego w dziele”. Co w tym dziwnego? Myślę, że podobnie zainteresowanych jest tysiące zwykłych czytelników, (którzy nie są ani jednym, ani drugim).
Oczywiście spotkałem także wielu autorów spełnionych, których również to interesuje: choćby samego Kunderę (nie tak dawno przeczytałem eseje Kundery o Kafce i jego twórczości), choćby Miłosza (jego studium o Oskarze Miłoszu, Svedenborgu – poprzez ich dzieła…), choćby Ernesto Sabato (prace o twórczości Borgesa, Sartre’a, Flauberta… w ścisłym kontekście z osobą autora)… etc.
Przykłady mógłbym mnożyć.

więcej….

Ciąg dalszy dyskusji TUTAJ .

POECI PRZEKLĘCI

I.

 

Poètes maudits (Od góry: Arthur Rimbaud, Paul Verlaine, Charles Baudelaire, Paul Gauguin)

Kim jest poeta przeklęty?

Poète maudit – l’homme sensible, l’homme incompris…
„Człowiek wrażliwy”, „niezrozumiany” – tak nazwie go romantyzm; „dziwak”, „oryginał” – a tak burżuazja; „nieszczęśnik” – powie o nim człowiek miłosierny; „wariat” – określi go tzw. trzeźwy realista.
Wszyscy zaś wyznawcy kultów literackich wiedzą, że poeta przeklęty tworzy w bólu i ekstazie, przekracza bariery praw ludzkich i boskich; będąc radykalnym non-konformistą kwestionuje wszelkie autorytety, rzuca wyzwanie światu, chce się przedostać na druga stronę, eksperymentuje na sobie, doświadcza ekstremów…
Wreszcie: jest zarażony śmiercią – wie o każdej godzinie i o każdej dobie, że na ziemi nie ma prawa stałego pobytu.

Opętany miłością i erotyzmem – często (zazwyczaj) nie znajduje spełnienia. A jeśli spełniony – to nienasycony. Stąd skłonności do perwersji, czasem wręcz erotomania i panseksualizm. („Widzę całą Naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallusa” – pisał Przybyszewski.)
Nihilista, ateista i obrazoburca. Jednak jeśli bluźni, to nie zauważa swojej niekonsekwencji (jak bowiem można występować przeciw komuś, w kogo istnienie się nie wierzy? Czy bluźnierstwo, będąc poniekąd negatywem modlitwy, nie przypomina czasami histerycznej manifestacji tęsknoty za znakiem Boga?)

Poeta przeklęty zrywa więzi z otoczeniem: rodzinne, społeczne, cywilizacyjne; kwestionuje zasady i normy jakimi ludzie regulują własne współżycie. Bliski jest mu natomiast etos artystowski, utracjuszowy – lump, kloszard, cygan, tramp i włóczęga.
Swoje życie utożsamia ze sztuką , własną wyobraźnię bierze za rzeczywistość, kreując się przy tym na bohatera podsycanych przez siebie mitów… Dlatego efektem jest niekiedy „fałszywa literatura i prawdziwe trupy” – jak określił casus Przybyszewskiego Boy-Żeleński; albo, w wersji bardziej pozytywnej, osiągnięcie poziomu porażającej otoczenie wiwisekcji, szczerości graniczącej z obłędem. Przypominać to może pozbawiony hamulców ekshibicjonizm, zatracenie się… penetrację obszarów ziemi niczyjej, na które nikt o tzw. „zdrowych zmysłach” nie śmie się zapuszczać.
Często kończy jako szaleniec lub samobójca, co tylko wzmaga jego atrakcyjność w oczach fanów podążających śladem mitu zapewniającego mu nieśmiertelną sławę.

* * *
Pozwolę tu sobie teraz na pewien eksperyment. Otóż przed laty popełniłem tekst o poetach przeklętych, a konkretnie recenzję o filmie Agnieszki Holland „Całkowite zaćmienie” zajmującym się burzliwym związkiem dwóch francuskich poètes maudits, a mianowicie Arthura Rimbauda i Paula Verlaine’a Starałem się w niej dociec tego, kim naprawdę byli ludzie, których legenda przetrwała do naszych czasów. Przytoczę ją tutaj niemal in extenso, co stanowić ma niejako oś tego wpisu – rozprawy o fenomenie mitu poety przeklętego i jego konfrontacji z prawdziwym życiem.


II.

GENIUSZ CZY ŻAŁOSNY BŁAZEN?
Rzecz o „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

Baudelaire, Verlain, Rimbaud… najsłynniejsi poeci przeklęci. Uważa się, że zmienili po wsze czasy wyraz nie tylko poezji, ale i literatury światowej, wpływając na mentalność epoki. Jacy to byli ludzie? Jaki to był wpływ? Czy najnowszy film Agnieszki Holland zajmujący się bynajmniej nie platonicznym związkiem Paula Verlaine’a i Arthura Rimbauda może nam odpowiedzieć na te pytania?

Ekscytujące orgiastycznym seksem, roztapiające się w alkoholu i pląsające w delirycznym transie… Krótkie acz frenetyczne były stosunki Rimbauda z Verlainem

Dlaczego Agnieszka Holland zdecydowała się nakręcić film o poetach przeklętych?
Nie można zaprzeczyć, że tekst Christophera Hamptona, który parę lat temu otrzymał Oscara za naprawdę rewelacyjny scenariusz napisany do „Niebezpiecznych związków” Laclosa, większość filmowców uznałoby za niezwykle atrakcyjny. Dramatyzm, legenda nazwisk, wyraziste sylwetki, barwna epoka – to stwarza dla reżysera, aktorów, operatora niebywałe pole do popisu. I trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tej realizacji bez zarzutu: pod względem warsztatu filmowego „Całkowite zaćmienie” jest obrazem nieskazitelnym.
Dzieje krótkiego acz niezwykle burzliwego i skandalizującego związku między 17-letnim Rimbaudem a starszym o kilkadziesiąt lat Verlainem, czyli historia frenetycznej i „zakazanej” miłości pomiędzy dwoma wzorcowymi poetami przeklętymi, którym w literaturze światowej od dawna ustępuje się miejsca przed innymi – to gratka raczej niebywała. (…)

Weźmy na pierwszy ogień Verlaine’a. Uznaje się go za jednego z najwybitniejszych poetów francuskich. A jak jawił się on swojemu najbliższemu otoczeniu? Otóż napiszmy bez ogródek, że jako moczygęba i pijak, awanturnik katujący swoją żonę i grożący zabójstwem jej matce, opętany manią samobójczą melancholik, miotający się między euforią a depresją psychopata. Ponadto osobnik o aparycji mocno odpychającej (być może dlatego seks i nagość kobieca stała się jego obsesją?- co jednak nie przeszkadzało mu „konsumować” chłopięce ciało Rimbauda). Jako sodomita wtrącony zostaje do więzienia, „skąd wyszedł pojednany z złoczyńcą i z Bogiem” (Staff).

* * *
Wydaje się, że dość łatwo można by zdyskredytować bohaterów „Całkowitego zaćmienia” opisując tylko parę ich zachowań. Głupich, absurdalnych, impertynenckich, grubiańskich, obrzydliwych, wreszcie okrutnych… Można się wzdrygnąć z odrazą świadcząc niektórym scenom: bicie ciężarnej żony, pijackie orgie, chuligańskie ekscesy, zwykłe chamstwo…
Ale czy ktoś, kto poszedł obejrzeć film Agnieszki Holland – czyli człowiek tolerancyjny, o szerokich horyzontach myślowych, obeznany ze sztuką, wyrozumiały dla „genialnych artystów” – może się przyznać otwarcie do tego, że poczuł się tymi obrazkami po prostu zdegustowany, albo i zażenowany? No bo przecież można wyjść na kogoś z kruchty i Ciemnogrodu, na mieszczucha i zaściankowca… czyli jednym słowem – na filistra.

Agnieszka Holland po projekcji „Całkowitego zaćmienia” usprawiedliwiała swoich bohaterów. Odebrałem to jako pośredni sposób usprawiedliwiania samego filmu. Jest to bowiem logiczne, by tłumaczyć racje powstania czegoś, co kosztowało całą masę wysiłku, kupę pieniędzy – i czemu poświęciło się kilka miesięcy swojego życia. A jako kobieta o wybitnej inteligencji, może ona czynić to nie tylko interesująco, ale i błyskotliwie. Jednakże, moim zdaniem, film powinien się usprawiedliwiać sam. Hm… no właśnie: czy „Całkowite zaćmienie” zdolne jest obronić się samo?

* * *

Co nas pociąga w poetach przeklętych? Na czym polegała ich genialność? Co jest za drzwiami, które  chcieli przed nami  otworzyć?

Co pociąga ludzi w poetach przeklętych?
Jakie są przesłanki kultu „poète maudit” ?
Nie jest przecież tajemnicą, że nagła śmierć artysty gwałtownie może zwiększyć zainteresowanie jego życiem, a nawet… twórczością. W tym kontekście, nie opierając się wszakże złośliwości, moglibyśmy wręcz stwierdzić, że „dobry twórca to martwy twórca”.
Jednakże sprawy wyglądają bardziej skomplikowanie i znacznie poważniej.
Tadeusz Różewicz, poeta bynajmniej nie ugrzeczniony, napisał kiedyś coś rozsądnego: „Być może pamiętniki tchórza i dezertera są ciekawsze od pamiętników ‚kawalera orderów’ i rycerza bez skazy? Kamikadze fascynuje mocniej niż agronom czy ogrodnik, pani Walewska mocniej niż sto wiernych żon, i choć wiemy, że to niemoralne, a nawet głupie zjawisko… nie ma rady”.
I konkludował: „Tragiczna śmierć poety lub artysty nie może być przedmiotem handlu, nie wolno uprawiać kultu samobójców (…) Przecież wszystkie nasze siły musimy kierować przeciw pociągowi do samobójstwa, jaki od jakiegoś czasu objawia biedny, oszalały homo sapiens. Samobójstwa indywidualnego i zbiorowego”.

* * *
Po co i dlaczego tworzą poeci przeklęci?
Otóż wydaje się, że twórczość pełni dla nich m.in. rolę kompensacyjną: nie mogą spełnić swoich oczekiwań i pragnień w rzeczywistości, spełniają je (zastępczo) w sferze imaginacji, marzenia, fantazji (mechanizm nieobcy zresztą każdemu człowiekowi). Porażeni często atrofią woli, szukają ujścia dla swojej energii (Boy: „Kiedy życie realne jest wątłe, wytwarza się przerost życia imaginacyjnego”).
Poeci przeklęci własne życie widzą najczęściej jako egzystencjalny „byt ku śmierci”, podlegając drzemiącemu (ponoć) w każdym z nas instynktowi śmierci. Stąd tendencje autodestrukcyjne. Nadwrażliwcy, podobnie jak Stachura, żyją „z nożem na gardle”. Twórczość bywa więc dla nich albo oswajaniem śmierci, albo też od tej śmierci ucieczką.

* * *

Rimbaud i Verlaine na obrazie Fantain-Latoura, fragm. (Muzeum d’Orsay, Paryż, zdjęcie własne)

Poeci przeklęci odczuwają własną słabość i żeby to poczucie zagłuszyć, wmawiają sobie wszechmoc demiurgów, rzucając wyzwanie choćby i całemu światu, bardzo często „cierpiąc (przy tym) za miliony”. Kompensacja doskonale znana w psychologii (i psychiatrii): kompleks niższości często zamieniający się w manię wielkości.
Poetów przeklętych stać niekiedy na samokrytycyzm. Kiedy posłuchamy uważniej Rimbauda i Verlaine’a w „Całkowitym zaćmieniu”, dojdzie do naszych uszów ich spowiedź, pokajanie i uderzenie się w piersi. Verlaine, po szaleństwach z Rimbaudem, skazany za sodomię, pojedna się w więzieniu z Bogiem. Rimbaud w wieku 19 lat zaprzestanie na zawsze pisania poezji, uznając to zajęcie za bezcelowe. Stwierdzi, że „świat jest za stary by go zmienić” i wyjedzie handlować do Abisynii, co można potraktować jako rodzaj (przynajmniej artystycznej) samobójczej kapitulacji (umrze w wieku zaledwie 37 lat).
Skądinąd wiemy, co napisał o sobie autor „Kwiatów zła” Baudelaire, targając się na swoje życie: „Zabijam się, bo jestem niepotrzebny innym – a niebezpieczny dla samego siebie (…) Rozwichrzenie umysłu i życia prowadzi do mroków rozpaczy albo zupełnej zagłady”.
Inny z kolei poeta przeklęty, Georg Trakl, stawiany obok Hofmannsthala i Rilkego w rzędzie najwybitniejszych poetów austriackich, tak oceniał swoje, znaczone kazirodztwem i pełne pijackich orgii życie: „marny owoc brudu i zgnilizny, który jest aż nadto wiernym odbiciem pozbawionego Boga, przeklętego stulecia”.

Jak można potraktować te zwierzenia?
Jako płaczliwą niekonsekwencję? Jako przebłysk rozsądku, zmysłu moralnego i chęć pokuty? A może to skomlenie kundla, który dostał od życia kijem po zadzie i przykucnął z podwiniętym ogonem?

* * *
Agnieszka Holland powiedziała po projekcji: „Trzeba przyjąć, że (Rimbaud) był geniuszem. A jeżeli nawet nie, to popatrzeć na niego, jak na człowieka, który próbuje dotknąć innych ludzkich doświadczeń, otworzyć drzwi, które dotychczas były zamknięte (nota bene, jakbym słyszał Huxley’a i Morrisona – przyp. LA). Tacy ludzie są w każdym pokoleniu, jedni są genialni, inni nie są, ale dzięki nim czegoś więcej się dowiadujemy o sobie samych. (…) Otwierają drzwi do ciemnego pokoju, żeby go oświetlić”.

A ja chciałbym się zapytać: Na czym właściwie polegał ten geniusz? Czego się dowiadujemy o sobie samych? Czym (i co) oświetlić?
To są proste pytania, które – jako widz – mam prawo stawiać i oczekiwać konkretnych odpowiedzi. Jeśli Agnieszka Holland nie daje mi ich wprost (rzeczywiście, jako reżyserka i twórca filmu, nie musi tego robić), to nie pozostaje mi nic innego, jak szukanie ich w jej filmie.
I co znajduję?
Otóż dwóch niezrównoważonych psychicznie osobników, nieszczęśników schwytanych w kleszcze własnego przeklętego losu, bez celu i kierunku w życiu, porażonych niemocą, wypalających się na własne życzenie, omamiających się w strumieniach absyntu, rozhisteryzowanych pożądaniem, którego nigdy nie można – z przyczyn naturalnych – spełnić, raniących wszystkich naokoło, a zwłaszcza najbliższych im ludzi…
Gdzie ten geniusz? – można ponowić pytanie. Gdzie te strofy genialne? Otóż próżno nam szukać tego na ekranie.

Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?: „Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?”
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?

(stb, 1995)

Opętani miłością i erotyzmem, zwykle nie znajdujący spełnienia… Leonardo DiCaprio (Rimbaud) i David Thewlis (Verlaine) w „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

*

III.

Czytanie tego, co się napisało 15 lat temu, bywa ciekawym (a niekiedy i pouczającym) doświadczeniem. Można bowiem odnieść wtedy wrażenie, że czyta się obcego człowieka; czasem dochodzi do naszej świadomości to, jak bardzo było się wtedy naiwnym i niemądrym; albo też dziwimy się temu, że już wtedy takie myśli chodziły nam po głowie i że jednak teraz lepiej nie moglibyśmy czegoś podobnego wyrazić… Koniec końców, zapisane przez nas kiedyś słowa są bez wątpienia śladem naszej ówczesnej świadomości, utrwaleniem pewnego momentu życia, pamiątką po tym, co już odeszło, przebrzmiało, zgasło, minęło…

Trzymajmy się jednak tematu.
Jak odbieram obecnie ten tekst, w którym – pod pretekstem krytyki filmu Agnieszki Holland – sam rozprawiam się z mitem poety przeklętego?
Jedno jest pewne: w chwili obecnej czegoś takiego bym nie napisał, co jednak nie oznacza, że już nie zgadzam się z tezami, które wówczas w tym artykule wysunąłem. Tyle że teraz napisałbym to w inny sposób. Inaczej rozłożyłbym akcenty, nie byłbym już chyba tak dosłowny i jednoznacznie krytyczny, tudzież mniej patetycznie potraktowałbym wypowiedzi Agnieszki Holland…

To był dla mnie bardzo ważny temat. Z rodzaju tych, które wyciskamy z naszych trzewi, bo dotyczący jakiegoś najistotniejszego rdzenia naszej egzystencjalnej świadomości.

Poeci przeklęci: Stanisław Przybyszewski (na obrazie Muncha), Charles Bukowski, Jim Morrison, Rafał Wojaczek, Marek Hłasko

Ale żeby o tym napisać, muszę się cofnąć do wczesnej młodości, w której mój bunt przeciw wszystkim i wszystkiemu podobny był w swoich zarysach do postawy poetów przeklętych, wszystkich tych „rebeliantów, obrazoburców i prowokatorów”, którzy jedynie potwierdzali moje ówczesne przekonanie o bezsensowności istnienia, zakłamaniu i hipokryzji tzw. „świata dorosłych”, złudzie i iluzji kultury, kłamliwości mamiącej nas religii, złym do szpiku kości rdzeniu ludzkiej natury… itp. Owe perspektywy utrwalane były w alkoholu, spowijane gęstymi kłębami papierosowego dymu, pogłębiane w (…). Wszystko to, (jak również inne elementy mojej ówczesnej sytuacji życiowej) spowodowało, że znalazłem się na równi pochyłej, a w końcu – nad samą przepaścią, gdzie (…). Brzmi to może cokolwiek patetycznie ale niestety było jak najbardziej prawdziwe i wiązało się z cierpieniem nie do zniesienia, które miało dla mnie wymiar prawie że kosmiczny. W tej sytuacji – aby trwać na tym świecie dalej – jedynym wyjściem była ucieczka w obłęd lub… zrewidowanie i wyczyszczenie swego wnętrza, przewrócenie z dołu do góry własnych wyobrażeń o rzeczywistości, „przewartościowanie wszystkich wartości” czy też raczej: ponowne nadanie wartości i sensu temu wszystkiemu, co mogło mieć jakąś wartość i sens.
Wybrałem to drugie.
W ten oto sposób znalazłem się niejako w drugim stadium mojego stosunku do poetów przeklętych – właśnie w fazie krytyki i rozprawy z ich mitem. Zacząłem patrzeć na ich życie z zupełnie innej perspektywy, dostrzegać to, czego wcześniej nie widziałem, przyjmować do wiadomości to, o czym poprzednio nie chciałem słyszeć, zdawać sobie sprawę z tego, co do tej pory odrzucałem…

Bardzo żałuję, że gdzieś po drodze przepadły dwa moje artykuły o Jimie Morrisonie, z których pierwszy był niczym innym jak hołdem składanym idolowi niepokornej buntowniczości, bogowi rocka i hedonizmu, bezkompromisowemu artyście; drugi zaś – dość bezpardonową rozprawą z kultem kogoś, kto w rzeczywistości zachowywał się jak megaloman, bufon i pozer, kto zmarnował swoje życie w pijackich, seksualnych i narkotycznych orgiach, wydzielając przy tym z siebie jakąś bełkotliwą pseudo-poezję. (A jednak pierwszy się odnalazł i przeczytać go można teraz TUTAJ. Przyp. LA)
Artykuł o „Całkowitym zaćmieniu” pisany był właśnie gdzieś u schyłku tej drugiej fazy, po niej powoli dojrzewała faza trzecia, którą pokrótce nazwać mogę fazą akceptacji, zrozumienia, może nawet… przebaczenia; albo też porą względnego spokoju po burzy, kiedy można sobie już pozwolić na pewien dystans, akceptację, dojrzałość – na pełniejsze ogarnięcie życiowego spectrum. Towarzyszy temu poczucie opanowania pewnych żywiołów, uzyskanie kontroli nad własnym życiem, satysfakcja nie tylko z przetrwania, ale i spełnienia, możliwości kosztowania tego, co jest dobre w życiu i na świecie. (Wspomnę tylko, że do tej ostatniej fazy zaliczyć np. można np. mój poprzedni tekst pt. „Błazny i demony”.)

* * *
Być może powinienem się powstrzymać od tak osobistego tonu i podobnych wynurzeń, które w jakiś sposób mogą zostawić swego rodzaju piętno na ich autorze, ale jednak zdecydowałem się to opublikować, bo właściwie… czegóż się mogę obawiać? Tych, którzy to przeczytają? Tego, że zepsuję swój własny image? Bez przesady. (…) Niektórzy z Was odbiorą to wszystko bardziej przychylnie, inni zaś nieco mniej, albo zgoła obojętnie. I w zasadzie w każdym przypadku będzie to OK.
Niemniej jednak, wydaje mi się że dzięki temu ekshibicjonistycznemu odruchowi, to, co napisałem o poetach przeklętych nabiera (pod pewnym względem) większej wagi i wiarygodności.

Miałem to szczęście, że mimo tych personalnych ewolucji, nie poddałem się zbyt gwałtownej konwersji z grzesznika w świętego, co przecież się zdarza (toutes proportions gardées: Św. Augustyn był za młodu kobieciarzem, Św. Franciszek nie unikającym zmysłowych uciech dandysem…etc.), bo mogłoby się to skończyć jakąś formą fanatycznej ucieczki w religię (lub inną ideologię), tudzież zamknięciem się i ograniczeniem wolności samemu sobie, czy też popadnięciem w moralizatorstwo, którego przecież nadal szczerze nie cierpię. Zamiast tego czuję się swobodnie światopoglądowo, tylko w sobie szukając odpowiedzi na związane z naszą condition humaine pytania.

Nie pałam niechęcią do poètes maudits; do tych odmieńców, innych, obcych, szalonych, wykolejonych, przeklętych, wyobcowanych. Wprost przeciwnie. Została mi w duszy iskra pewnej dla nich… tkliwości. Także wyrozumiałości, ale również  i współczucia (choć mam świadomość tego, że akurat o to ostatnie wielu z nich by się nie prosiło). Bronię się też przed cynizmem, a nawet sarkazmem, który często zatruwa czyjąś zawiedzioną miłość do świata.
A jednak czuję, że nadal, gdzieś tam na dnie, głęboko, w najgłębszych zakamarkach wnętrza czai się coś, co uwiera… coś, co można nazwać jądrem ciemności, niepokojącym tchnieniem mroźnego wiatru.

Tamaryszek w jednym ze swoich ostatnich postów napisała, interpretując Zagajewskiego: „Poezja jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
Mógłbym to chyba uogólnić, poezję zastępując życiem: „Życie jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
I kto wie? Być może właśnie dzięki tej rozpaczy, która kryje się pod radością można tę radość pełniej i intensywniej przeżyć? Podobnie jest z pięknem: ceni się go tym bardziej, im bardziej agresywna jest ta warstwa brzydoty, która wyziera z różnych zakamarków świata i życia. Być może również to nasze „jądro ciemności” rozjaśni kiedyś blask odradzających się słońc?

*  *  *

Jim Morrison: „Interesuje mnie wszystko co dotyczy rewolucji, zaburzenia, nieporządku, chaosu – szczególnie ten rodzaj aktywności, który wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. To wydaje mi się być drogą do wolności…”

*

ODSZCZEPIENIEC TAKI JAK WSZYSCY (Stefan Chwin, „Dziennik dla dorosłych”)

Chwin: "Dziennik pisze się po to by mieć drugie życie"

Stefan Chwin pisze, że właściwie to jest on taki sam jak inni, ale co jakiś czas ma „nieodparte, trudne do zdefiniowania poczucie Różnicy„. Dlaczego? Czyżby myślał i czuł inaczej niż inni? Bynajmniej. Wg niego ludzie myślą i czują to samo co on, jednak wolą „dla świętego spokoju udawać, że nie czują i nie myślą tego samego co on”.
Tak więc – jak należy zapewne rozumieć – on sam nie udaje lecz pisze to co czuje i myśli.
Czyżby więc Chwinowi nie zależało na świętym spokoju?
A może on po prostu świętego spokoju nie jest w stanie osiągnąć? I nie może się oprzeć kompulsywnej potrzebie ujawnienia tego co mu siedzi w mózgu – leży na wątrobie?
Tutaj rodzi się jeszcze inne pytanie: czy rzeczywiście inni czują i myślą to samo co on? A może Chwinowi nie daje spokoju właśnie świadomość tego, że jednak tak nie jest? Że owa „Różnica” wynika z czegoś innego? Że jest to pewien sposób wyalienowania, „wyrodzenia” się, odszczepienia, braku poczucia solidarności?
Zamiast podobieństwa mamy więc Inność, którą Chwin w jakimś sensie pielęgnuje swoim pisarstwem. Mało tego… bez tej Inności on najprawdopodobniej pisarzem by nie był.

„Dziennik dla dorosłych” czytałem – co tu kryć! – z wielkim zainteresowaniem. Co w tym dziwnego?… może ktoś zapytać. Wszak każdy chce się dowiedzieć co też myśli i czuje, ale (w domyśle) nie ma odwagi by o tym światu powiedzieć. Tym sposobem możemy sprawdzić na czym właściwie polega nasze tchórzostwo.
No dobrze… żarty żartami, ale daję słowo, że nie jest moją intencją, aby wysnuwać wobec Pana Chwina jakiekolwiek złośliwości. Gdyż „Dziennik” jest ciekawy, a miejscami nawet pasjonujący i to nie tylko dlatego, że Chwin pisze ciekawie o rzeczach ciekawych, czyli o takich, które nie tylko wydają się nam – ale i są dla nas – bardzo istotne. Dla nas, a ściślej dla tych, którzy chcą się jakoś odnaleźć w przestrzeni międzyludzkiej rozciągniętej na obszarze Europy Środkowej; także dla tych, którzy chcą posiąść zdolność rozszyfrowywania kulturowych kodów, jakimi w tej przestrzeni ludzie się posługują. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z jakąś lokalną klaustrofobią, a wręcz przeciwnie – ma tendencję do przenoszenia się na dość rozległe obszary gdzie poumieszczane są nasze uniwersalia. „Dziennik” przykuwa uwagę także przez to, że Chwin pisze językiem niezwykle plastycznym – pisze gęsto i intensywnie. Być może dlatego tam, gdzie mogliśmy się doszukać pasji, czasem widzimy obsesję, zaś tam gdzie oczekiwalibyśmy sprawiedliwości, spotykamy się z pewną dozą stronniczości.

Mimo dość oczywistych ciągot kronikarskich (co w przypadku tej formy literackiej nie powinno raczej dziwić), polegających na komentowaniu społecznych, czy też międzynarodowych aktualiów (np. odniesienia do spraw polsko-niemieckich, rewizji solidarnościowego zrywu, rozprawy z mitem „narodowej kultury”, postępującej homogenizacji świata, europejskich zagrożeń…), Chwin w swoich zapiskach jest bardzo prywatny – jego „osobistość” (choć zatrzymującą się na granicy intymności) znajdujemy niemal na każej stronie „Dziennika dla dorosłych”. Być może właśnie na tym polega jego atrakcja, wzmocniona dodatkowo rozprawą nad takim (ważnymi dla większości z nas) kwestiami, jak np. antysemityzm, lustracja, eutanazja, stereotyp, czas, śmiertelność… ?
Chwin jest oczywiście także kontrowersyjny, bo ośmiela się spojrzeć na utarte schematy z zupełnie innej perspektywy, nie godząc się na powielanie kolejnych mitów i złudzeń. Narusza też spiż narodowych ikon (Sienkiewicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Giedroyć, Herbert, Grass, Venclova…), ale również i tych, którzy sami ten spiż naruszali, ale i tak na ikony się wybili (Gombrowicz).
Jak to robi?
Moim zdaniem warto się o tym przekonać samemu.

Stefan Chwin: "...ja biorę garściami fakty z życia różnych ludzi i z puzzli cudzego losu los mój własny w dzienniku układam, dużo prawdziwszy od rzeczywistego. Żyjemy na Ziemi nie po to, żeby po sobie zostawić ślad prawdziwy, tylko osobę ulepioną z pamięci, wyobraźni i zimnej premedytacji, wyraźniejszą i mocniejszą niż my sami. Więc chociaż mój S. nie jest mną zupełnie, jest bardziej mną, niż ja sam..."

 

 

A oto kilka fragmentów „Dziennika dla dorosłych” , w których Stefan Chwin sam opisuje, czym ten „Dziennik” jest, a czym nie jest; jakie są jego intencje i jakich nieporozumień najbardziej się obawia:

  „Ja w swoim dzienniku pozwalam sobie – i to dość często – na ironię, na kpinę, na drwinę, a nawet śmieję się dość głośno z różnych niezmiernie poważnych spraw, mówię dość ryzykowne rzeczy, błądzę, mylę się, wyrażam uczucia nieobyczajne, kocham, ale też dość mocno nienawidzę, bo (…) ja bym chciał, żeby to był dziennik żywego człowieka, a nie jakaś ze wszech miar słuszna autobiografia intelektualna wymyta do czysta mydełkiem krakowsko-paryskiego estetyzmu, jak to bywa u niektórych polskich pisarzy.
A tu mnie teraz spotykają różne przykrości, że ja niby w moich „Kartkach” wygłaszam niesłuszne poglądy.
Mój dziennik nie jest żadnym referatem poglądów na cokolwiek! To raczej ruchomy, witrażowaty, rozsypujący się i składający się na powrót obraz życia wewnętrznego pewnego człowieka, który na początku XXI wieku żyje w pewnym mieście nad zatoką zimnego morza i może jest trochę podobny do mnie. (…)

Ach, żeby tak chociaż na parę chwil wyswobodzić się z polskiego łańcucha, zrzucić obrożę, przez minutę, albo dwie poczuć słodko-gorzki luksus wolności. Bo u nas wolność ogólna niby wybuchła po zejściu komunizmu do grobu z wielką siłą, ale ze swobodą intelektualno-duchową, swobodą osobistą każdego z nas z osobna, sprawy już tak różowo nie wyglądają, chociaż z pozoru rozbestwiona samowola umysłowo-moralna Polskę naszą niepodległą zżera i ciężko udręcza… Stadne fale myśli płyną sobie po naszej krainie jak za dawnych czasów, szeroko i rozlewnie. I wiadomo, że są rzeczy, których lepiej nie ruszać. Więc ja (…) piszę swój dziennik między innymi po to, by zakosztować przez minutę lub dwie tych okropnych luksusów swobody. (…)
Ruch myśli mnie bawi, sprawdzanie różnych ryzykownych idei, posuwanie się za daleko w niestosownych pytaniach i myślach (…).

Pan sugeruje, że ja ‚portretuję’ różne osoby po to, by je odbrązowić, pomniejszyć, że uparcie skaz w nich szukam, nie siły? Proszą Pana, a na cóż ja miałbym odbrązawiać kogokolwiek? Mnie szkoda czasu na takie rzeczy. Ja tylko z bólem serca widzę i opisuję (wytłuszczenia autora – przyp. LA). To właśnie grzech jest mój główny. Że widzę i opisuję. Ale zapewniam Pana, że ja żadnego dziennika bezgrzesznego pisać nie będę, bo pisanie dziennika bezgrzesznego uważam za pozbawione sensu. (…) Ja jestem grzeszny człowiek. Na sumieniu mam siedem grzechów głównych, a nawet więcej niż siedem, dobrze wiem, że myśli i uczucia często miewam zupełnie niewłaściwe i wcale nie zamierzam tego przed światem zatajać.
Ja piszę dziennik dla dorosłych. A dziennik dla dorosłych to nie jest żaden dziennik o jakichś smakowitych kłopotach łóżkowych, na których widok aż się oblizujemy z łakomstwa, tylko dziennik o sprawach trudnych do zniesienia, z którymi ani ja sam, ani inni ludzie dorośli nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić.”

 * * *

Mimo, że robi się tu dość obszernie, nie mogę się oprzeć pokusie, by przytoczyć jeszcze jeden, niezwykle moim zdaniem smakowity kąsek prozy Chwina, który sam autor zatytułował „Dziennik dla Nietoperzy” :

„… a dla kogo piszę? Ależ dla was, moi drodzy Nietoperze, szlachetni desperaci pisma, dla was, bracia moi, nieumiejący przeżyć nawet jednego dnia bez pożerania suchego prowiantu liter, dla was, wymierający zjadacze druku, wąchacze książkowego papieru, miłośnicy zadrukowanych kartek, dla was, sybaryci lampy nad łóżkiem i wygodnego fotela, pasjami lubiący czytać w wannie, w pociągu, na sedesie, w hotelu, w parku, na plaży, w autobusie, pod ławką szkolną, w tramwaju, u fryzjera, w kawiarni, na stojąco, na siedząco, na leżąco, z ręką pod głową, na brzuchu, na plecach, dla was, oglądacze Programów dla Nietoperzy, puszczanych w telewizji koło północy, dla was, żywe pół procenta oglądalności (…), do którego ja razem z wami od dawna należę…

Ach, bracia moi, mieszkańcy Domów z Powietrza, smakosze od Mozarta i Mahlera, Szukacze Nie Wiadomo Czego, skłonni do bezproduktywnych rozmyślań i niebezpiecznych zamyśleń, uciekinierzy ze świata realnego do Innych Światów, Gacki moje drogie, kochające ciszę i szelest przewracanych kartek… Jeszcze żyjemy, jeszcze się trzymamy, choć topniejemy w oczach jak śnieg marcowy na ciepłym parapecie, my, marginesowy target, my, cierpliwi widzowie małych kin studyjnych, oglądający w telewizji po północy filmy robione dla nikogo, my, Nocni Myśliwcy, polujący na Cotrazaara, Kołakowskiego, Bergmana, Felliniego i Eisensteina, my, rekordziści Nocnej Orgii Czytania, my, mistrzowie Zaczerwienionych Oczu, cierpiący od czasu do czasu na słodką bezsenność… z powodu nieopisanego głodu liter…”

* * *

Photo: Maciej Korycarz, Cato Lein, Jan Ledóchowski

O „Kartkach z dziennika” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

*