NOC W MUZEUM – relacja ze spotkania autorskiego w Chicago

.

Spotkanie autorskie prowadzili dyrektor wykonawcza Muzeum Polskiego w Ameryce Małgorzata Kot oraz krytyk filmowy Zbigniew Banaś (fot. Anna Ejsmont)

.

Tyle się ostatnio działo wokół, że nawet nie miałem czasu, by napisać jakieś sprawozdanie ze spotkania autorskiego, które odbyło się kilka tygodni temu, a dokładnie 29 września w chicagowskim Muzeum Polskim w Ameryce.
Cóż, nie wypada się chwalić, ale muszę wyjawić prawdę, więc napiszę, że to co się zdarzyło tego sobotniego wieczoru przerosło wszelkie moje oczekiwania. Mimo konkurencyjnych imprez, które w tym samym czasie odbywały się w Chicago (jak np. wybory Miss Polonia czy mecz o mistrzostwo świata w siatkówce), wielka sala główna Muzeum wypełniła się dość szczelnie, bo przybyło ponad 120 osób, co – jak na spotkanie autorskie z kimś, kto nie ma wyrobionego medialnie „nazwiska” – może być chyba sporym zaskoczeniem, a dla mnie satysfakcją i sukcesem.
Od początku wszystko mi sprzyjało (kiedy – w jakże napiętym harmonogramie wydarzeń organizowanych przez Muzeum – udało się nam znaleźć termin, bardzo dogodny na dodatek, sama pani dyrektor tej placówki stwierdziła, że pomagają mi dobre duchy). Również to, że dyrektor wykonawcza MPA Małgorzata Kot zgodziła się – i mogła – poprowadzić to spotkanie, było dla mnie szczęśliwym trafem, gdyż w tym samym czasie przedstawicieli Muzeum zaproszono na ważną dla tej instytucji uroczystość, która pod auspicjami UNESCO odbywała się w Paryżu.
Szczęściem, czas dla mnie znalazł także mój długoletni znajomy (z którym nota bene podzielamy wspólną pasję do kina) a mianowicie znany chicagowski krytyk filmowy Zbigniew Banaś. Tak się złożyło, że między wyjazdami na festiwale przebywał w tym czasie w Wietrznym Mieście i mógł być nie tylko moderatorem, ale i spirytus movens tego wydarzenia.

Impreza zaczęła się rozkręcać na taką skalę, że w pewnym momencie zacząłem się obawiać, że to wszystko mnie przerośnie, lecz byłem już tak wciągnięty w tę machinę, że nie było odwrotu. I wypadało przygotować wszystko jak najlepiej. Zacząłem więc działać nawet wbrew swojej naturze, bo nie jestem raczej człowiekiem, który pcha się na afisz, lubi światła reflektorów, bryluje w radiowym czy telewizyjnym studio… a tu trzeba było jakoś to wydarzenie rozreklamować, wyjść z nim do ludzi. Koniec końców wystąpiłem w kilku najważniejszych polonijnych rozgłośniach radiowych, nagrałem niemal półgodzinny wywiad dla telewizji Polvision, przeprosiłem się z kilkoma gazetami, które oprócz informującej zajawki zamieszczały (nieodpłatnie) pół-stronicowe ogłoszenia reklamujące spotkanie… Nie byłoby to wszystko możliwe bez pomocy i wsparcia wielu osób, za co jestem im bardzo wdzięczny. Właściwie, osoby, które mnie zawiodły (tudzież zabolało ich wydanie moich książek) można policzyć na palcach jednej ręki (przy okazji był to test na to, kto mi dobrze życzy, jaki kto ma do mnie stosunek, kto zawiści, albo komu – że się tak brzydko wyrażę – zwisam). Zdecydowana większość potraktowała mnie bardzo przychylnie i życzliwie, co mnie dość mocno podbudowało (a było mi to jednak potrzebne, gdyż były momenty, że zaczynałem wątpić w sens tego wszystkiego). Mimo to niemal za każdym razem musiałem pokonywać pewien opór, bo ludzie bywają jednak dość ostrożni, zwłaszcza gdy nie wiedzą za dobrze z kim mają do czynienia i o co facetowi tak naprawdę chodzi.
Przygotowanie całego spotkania to była niezła harówka. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, ile logistycznego zachodu wymaga organizacja takiej imprezy, które niby jest występem gadających głów, więc nie ma nic prostszego jak zaświecić światło, ustawić krzesła, stół, mikrofony i sobie porozmawiać. Jakże byłem naiwny, gdyż dopiero od środka widać, że to wszystko nie jest takie proste, bo dograć trzeba całe mnóstwo innych rzeczy: od takich drobiazgów jak zamówienie obrusów i zakup kwiatków, ustawienia ekranu i projektora; przez druk zaproszeń, plansz i plakatów (o kosztach imprezy nie wypada mi tu pisać, ale może tylko wspomnę, iż samej tylko drukarni trzeba było zapłacić grubo ponad tysiąc dolarów), po catering, a nawet znalezienie miejsca, gdzie można schłodzić białe wino (czerwone też było)… etc. etc… Gdyby nie pomoc pracowników Muzeum (a zwłaszcza Krystyny Grell) – i naturalnie mojej żony – to zginąłbym w całym tym zgiełku marnie. A tak wszystko poszło jak z płatka i spotkanie rozpoczęło się tylko z niewielkim, a kontrolowanym poślizgiem (mimo, że ludzie – jadąc do Muzeum, które położone jest blisko downtown – utykali na dobrą godzinę w korkach).

Jak na literata przystało, nie obyło się bez podpisywania książek (fot. Anna Ejsmont)

Nie będę się rozpisywał o samym przebiegu spotkania (to oficjalne, czyli nasz rozmowa i prezentacja fragmentów książek, trwało ponad dwie godziny, potem przez kilka kwadransów podpisywałem książki, zaś bankiet przeciągnął się do późnych godzin nocnych), bo najprawdopodobniej w jednym z następnych wpisów zamieszczę fragmenty relacji prasy polonijnej, która – zwłaszcza w jednym przypadku – dość wiernie opisała tę Noc w Muzeum. Wspomnę tylko, że dwie godziny przed mikrofonem i przy stoliku przeleciało mi jak z bicza strzelił (zatraciłem niemal zupełnie poczucie mijającego czasu), z całej rozmowy pamiętam jedynie kilka zdań (byłem pod takim stresem – czy też na takim rauszu – że moja pamięć, mimo że byłem świadomy co się dzieje i o czym się mówi, niewiele z tego rejestrowała). Dobrze więc, że całość została nagrana i sfilmowana (przez Kingę i Kubę Łuczkiewiczów z Road 28 Production), więc kiedyś pewnie się temu przyglądnę i sobie tego posłucham. Na szczęście – jak mi powiedziano – zbyt wielkich głupot nie plotłem, a gros audytorium słuchała wszystkiego z zainteresowaniem i to do samego końca.
Zresztą, ja sam często odwracałem głowę w kierunku znanej chicagowskiej aktorki Julitty Mroczkowskiej, która tak znakomicie czytała fragmenty moich książek, że momentami nie dowierzałem, że to ja je napisałem.

Jest wiele innych rzeczy, o których chciałbym tutaj napisać, ale nie chcę, aby ta relacja przerodziła się w jakiś elaborat, więc wspomnę jeszcze tylko o scenerii w jakiej spotkanie się odbywało. Otóż nie mogłem sobie wymarzyć lepszej. Sala Główna Muzeum jest imponująca – jej aparycja nie przytłacza – mimo przestronności zachować w niej można pewną kameralność; jest zarazem nobliwa i lekka; niebieskie przepierzenia, na których wiszą olejne obrazy, stanowią malownicze tło; na ścianach wiszą olbrzymie płótna Kossaka i Batowskiego – ze swoim batalistycznym rozmachem wprowadzają nawet pewien element… heroizmu, tradycji i patriotyzmu, tyle że ich oddalenie i odpowiednie oświetlenie sprawia, że oddziaływanie tychże płócien nie jest jednak zbyt nachalne.
Zresztą, co tu dużo pisać. Myślę, że na załączonych zdjęciach (a fotografów – i to profesjonalistów – było wielu) jest to wszystko widoczne.
Jeszcze jedna wynikła dla mnie korzyść z tego spotkania. Otóż dzięki niemu poznałem realnie kilkanaście osób, które do tej pory znałem tylko wirtualnie. Bowiem nie ma to jak uścisnąć czyjąś dłoń lub dać komuś „huga”, popatrzeć prosto w oczy, uśmiechnąć się – poczuć kogoś fizycznie, w bezpośrednim kontakcie… Wtedy wirtualny awatar i zjawa z Internetu, zamienia się w człowieka z krwi i kości.
Welcome to the real world!
A co będzie dalej, to zobaczymy.

*  *  *

Stanisław Błaszczyna: „Dziękuję Dariusz za to zdjęcie. Jest znakomite – ukazuje splendor Sali Głównej Muzeum Polskiego w Ameryce i nasze spotkanie, akurat w momencie rozmowy o poetach przeklętych, którzy jakoś próbują wpasować się w nobliwość pomieszczenia. Mam nadzieję, że się Wojaczek, Morrison, Baudelaire i Rimbaud w grobie nie poprzewracają.Dariusz Lachowski: „Dokładnie rok temu w tym samym niemalże miejscu prezentowane były po raz pierwszy w Ameryce, oryginalne prace Mistrza Zdzisława Beksińskiego. Wystawie tej towarzyszyła także wyjątkowa prezentacja Virtual Reality Beksiński De Profundis. Przywołany do tablicy nazwiskiem Charlesa Baudelaire’a pozwolę sobie zacytować fragment jego wiersza: ‚Wszechświat to czarny, nad nim z ołowiu opona, Tam przestrach i bluźnierstwo nurza się w ciemności.’ Dziękuję za dobre słowa.Stanisław Błaszczyna: „Tak, echo słów tych galerników wrażliwości – pijusów, utracjuszy i birbantów – proroków czerni i otchłani – krąży do dzisiaj po niebieskich sferach i po nobliwych salach, jak ta – gdzie usiłuje się spacyfikować ‚przestrach i bluźnierstwo’„. (fot. Dariusz Lachowski – http://www.dariusz.us)

APENDIX

Jako dodatek zamieszczam tutaj wpis, jaki ukazał się na mojej stronie Facebookowej po spotkaniu:

Serdecznie dziękuję Muzeum Polskiemu w Ameryce za gościnę i wspaniały wieczór. Dziękuję również wszystkim gościom za tak liczne przybycie. Wdzięczny jestem bardzo prowadzącym spotkanie Pani Dyrektor MPA Małgorzacie Kot, oraz Zbigniewowi Banasiowi za jakże interesującą rozmowę, jak również osobie szczególnej tego wieczoru – Pani Julittcie Mroczkowskiej Brecher, która wspaniale przeczytała fragmenty moich książek. Osobne podziękowania należą się Kindze oraz Kubie Łuczkiewiczom, którzy całość sfilmowali i nagrali, jak również Panu Prezesowi MPA Richardowi Owsianemu oraz pracownikom Muzeum Polskiego w Ameryce – paniom Barbarze Kożuchowskiej, Iwonie Bożek, Krystynie Grell… Dzięki wielkie!

Chciałbym również serdecznie podziękować polonijnym mediom za wielkie wsparcie w organizacji mojego spotkania. Jestem wszystkim ogromnie wdzięczny. Naprawdę byłem zbudowany tym, jak przychylnie potraktowali mnie niemal wszyscy, do których zwróciłem się o rozpropagowanie tego wydarzenia. Wiele zawdzięczam tutaj Zbyszkowi Banasiowi. Pozytywnie przyjęła moją propozycję Pani Kamila Dworska dzięki czemu wraz z Panią Małgorzatą Ptaszyńską nagraliśmy wywiad dla Polvision oraz audycję w polskim radio 1030 am. Z Jackiem Zielińskim porozmawialiśmy sobie po przyjacielsku w radiu WPNA FM (tę rozmowę cenię sobie szczególnie bo to było ujeżdżanie naszego wspólnego konika, jakim jest kino). Kilkakrotnie zaproszono mnie do radia polski FM, gdzie parę razy spotkałem się z sympatyczną Beatą Kociołek. Szczególnie serdecznego przyjęcia (wraz z pysznymi pączkami) doznałem w studio (i saloniku) Radia Deon, gdzie z otwartymi ramionami i mikrofonem przywitali mnie Marta Kędzior, Arkadiusz Stachnik i Sławomir Budzik. Z Markiem Bobrem porozmawialiśmy chyba najdłużej w Radio Polonia 2000 – i zostaliśmy tam nie tylko nagrani, ale również sfilmowani (przy okazji dziękuję Beacie Chrobak).

NIGHT AT THE MUSEUM – the evening full of wonders and beautiful people aside me.
*
Dziękuję Ani Zimny za to fantastyczne zdjęcie. Dla tych kogo ciekawią te płomienie nad naszymi głowami (a nie wiedzą co zdjęcie przedstawia), wyjaśniam, że jest to kadr z filmu Terrence’a Malicka „The Tree of Life„, przedstawiający niesamowite gorące źródło Grand Prismatic Spring znajdujące się w Parku Narodowym Yellowstone. (fot. Anna Zimny)

Szczególnie jestem wdzięczny polonijnej prasie, która bezinteresownie – i nieodpłatnie – zamieszczała pół-stronicowe reklamy mojego spotkania autorskiego. Tutaj dziękuję zwłaszcza Pani Alicji Otap, redaktorce naczelnej Dziennika Związkowego i ponownie Markowi Boberowi, redaktorowi naczelnemu Kuriera. Sam nie wiem, komu zawdzięczam ogłoszenie wieczoru w Monitorze. W promocję wydarzenia zaangażował się również Edward Dusza (Gwiazda Polarna) oraz Sylwester Skóra (Dziękuję Panom serdecznie – a Edwardowi, weteranowi polonijnego pisarstwa, zdrowia w tym trudnym dla niego momencie życia życzę).

Tak à propos książek – bardzo przychylnie przyjęli mnie w swoich progach Pani Bożena z księgarni Quo Vadis, Pani Agata Szymczyk z księgarni Polonia oraz Pan Zbigniew Kruczalak z D&Z House of Books. (Przy okazji mogę wspomnieć, że moje książki – a nie zostało już ich w Chicago zbyt wiele – można nabyć w tych właśnie księgarniach).

No i – last but not the least – serdecznie dziękuję Andrzejowi Baraniakowi za bardzo dobre relacje prasowe ze spotkania, jak również fotografom: Julicie Siegel, Lesławowi Flisowi, Dariuszowi Lachowskiemu, Darkowi Kuczborskiemu i Pawłowi Szubzdzie za utrwalenie całego wydarzenia na znakomitych zdjęciach, do których dorzucili się także uczestnicy spotkania, jak np. Anna Ejsmont, czy Anna Zimny.

Ogromnie się cieszę, że całe spotkanie sfilmowali i nagrali (również nieodpłatnie – sorry, że to podkreślam) Kinga i Kuba Łuczkiewicz z Road 28 Productions.

Składam Dzięki Jarkowi Maculewiczowi, który skontaktował mnie ze znaną wśród chicagowskich miłośników teatru aktorką Julittą Mroczkowską, która jakże sugestywnie i wymownie przeczytała fragmenty moich książek.

Wspaniałym ludziom opiekującym się Muzeum Polskim w Ameryce dziękowałem już przy innych okazjach wielokrotnie, ale jeszcze raz mogę tutaj wyrazić swoją im wdzięczność.

*

Miałem o tym nie pisać, ale opróżniana właśnie trzecia lampka białego wina (które jakoś ostatnio lepiej mi służy niż czerwone) ośmieliła mnie, by wspomnieć o małej łyżce dziegciu w tej ogromnej beczce miodu. Otóż właściwie tylko jedna osoba – bardzo zresztą znana słuchaczom polskiego radia i nota bene do tej pory dość przeze mnie lubiana – odmówiła mi, bym mógł coś o moim spotkaniu autorskim powiedzieć na antenie. A właściwie nie odmówiła mi, a postawiła takie warunki (jeżeli miałbym wystąpić w jej audycji, to za 7-minutowy wywiad musiałbym zapłacić 1000 – słownie: tysiąc – dolarów), że poszło mi w pięty. Gdybym bym w gorszym nastroju, to bym się załamał, a tak ten warunek mnie po prostu rozbawił. Odpisałem więc grzecznie – i zgodnie z prawdą – że nie stać mnie na to, żeby zapłacić tysiąc dolarów za 7-minutowy wywiad; że ja na wydaniu tych książek nic nie zarabiam (bo taka jest prawda); że myślałem, iż polonijne radio promuje również polska kulturę, a ja mogę urozmaicić jej program (tym bardziej, że ta pani dysponuje rozległym czasem antenowym); no i w końcu, że spotkanie autorskie w Muzeum nie ma charakteru komercyjnego; i wreszcie – że nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy. Amen.

Przepraszam za ten elaborat, ale… in vino veritas.

*

Jestem szczęśliwy, że to spotkanie się tak bardzo udało. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas, by w nim uczestniczyć, bo – jak pisała Simone Weil – „uwaga to najrzadsza i najczystsza forma hojności”.

Thank you! Love you!

*  *  *

W związku z pytaniami o dostępność moich książek w Stanach Zjednoczonych informuję, że można je nabyć w polonijnych księgarniach, takich jak: D&Z House of Books, Polonia Bookstore oraz Quo Vadis Bookstore; zaś jeśli chodzi o Polskę, to pisząc na adres: giedlar@sbcglobal.net

.

Spotkanie miało swoje lekko burzliwe momenty, w których nie obyło się bez wskazania palcem – tutaj: obrazu Vermeera (fot. Julita Siegel)

.

Autorami poniższych zdjęć są: Anna Błaszczyna, Anna Ejsmont, Magdalena Huk, Anna Zimny, Julita Siegel, Andrzej Baraniak, Darek Kuczborski, Lesław Flis, Dariusz Lachowski (www.dariusz.us) i Paweł  Szubzda + anonim.

.

CO SIĘ PLECIE W KAJECIE (zapiski II)

*

Wszystko co jest spełnione (a tym samym pełne) przestaje być twórcze. Tworzą tylko ludzie, w których jest jakieś pęknięcie – w ten sposób dążą oni do sklejenia siebie w jedną nierozsypującą się całość (stan jednak rzadko osiągany).

greydot

Skąd wynika to wrażenie, że istota myśli wywodzi się z czegoś, czy też związana jest z czymś, co jest nieuchwytne, ulotne, nieokreślone, niesubstancjalne? Z naszej ograniczonej wiedzy o morfologii mózgu, czy też z tęsknoty za „duchowością”?
A może z niezgody na to, by uznać się za nic więcej, jak tylko precyzyjną maszynę?
Czy myśl to jedynie elektryczne wyładowanie?

greydot

Jeśli uznamy, że mózg jest tylko fizjologicznym organem, to w konsekwencji musielibyśmy uznać, że myśl jest jedynie rodzajem fizjologicznej wydzieliny. Czy jednak człowieczeństwo da się zapisać w chemicznym równaniu? Materialiści za wszelką cenę chcą zdegradować „ducha” usuwając go ze swojego słownika. I odnoszą w tym sukces. To dlatego materializm staje się czymś bezdusznym.

greydot

Bunt jest jeszcze jednym rodzajem zniewolenia – jak wszystko, co podporządkowuje nasze działanie jakiemuś celowi. Czyżby więc prawdziwym wyzwoleniem byłoby dopiero wyzwolenie się od celu?  Czyli, innymi słowy: rezygnacja z dążenia do poznania sensu? Wtedy nawet absurd nie miałby żadnego znaczenia.

greydot

Nabokov napisał kiedyś, że “kosmiczny” od “komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki “proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o pewnej desperacji? Albo pewnej próbie weryfikacji nadziei?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary (lub niewiary), uprawiając jak gdyby nigdy nic nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby “dobrze”? Albo uciekając od myślenia, od tego co nie jest lekkie i „zwięzłe”, od wszystkiego, co trąci – o zgrozo! – „filozofią”?

greydot
Czytam wywiad z dwoma specjalistami od budowy Wszechświata i teorii strun, zdobywcami nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Na pytanie „Czy istnieją inne wszechświaty?” pierwszy z nich odpowiada: „Prawie na pewno istnieją”, zaś drugi: „Nie wiem. Mogę powiedzieć, że nie wierzę w nie.”
Oto prawdziwy zakres naszej – podobno coraz głębszej i szerszej – wiedzy o Kosmosie: pewność kontrowana niewiedzą, odwołująca się do wiary, czy też raczej niewiary.

greydot

Sięgamy w Kosmos, nie znając naszego własnego mózgu.

greydot

Fundamenty być może istnieją, ale pozostają (i pozostaną) nam nieznane – więc nie możemy (i nigdy nie będziemy mogli) się na nich oprzeć.
Czyżby więc trzymała nas tylko solidność iluzji? Ale czy to jest konkret?

greydot

Tylko cywilizacja dotknięta antropocentryczną megalomanią mogła stworzyć coś takiego, jak Renesans (a tym samym: wszystkie te jego wspaniałości).
Czy jednak umieszczenie człowieka w centrum systemu wartości jest megalomanią, czy też raczej koniecznością określenia własnej tożsamości w rzeczywistości, która jest na ludzkie wartości absolutnie obojętna?

greydot

W ludzkim stwarzaniu bogów jest tyleż pokory co pychy.
Pokora jest odbiciem lęku i bezradności, pycha wynika z przeświadczenia, że jesteśmy w świecie kimś wyjątkowym.

A czy nie jesteśmy? Czy samouświadomienie się materii jest we Wszechświecie aż tak powszechne? Może – podobnie jak to było z naszym jednostkowym zaistnieniem (zważywszy na setki milionów plemników rywalizujących o zapłodnienie jajeczka, zwycięstwo „naszego” plemnika, dzięki któremu ja to piszę, a Ty to czytasz, wydaje się być czymś niewiarygodnie przygodnym i nieprawdopodobnym) pojawienie się żywych istot w pewnym mikroskopijnym zakątku Drogi Mlecznej zwanej przez nich Ziemią, jest fenomenem równie niesłychanym i unikalnym?

greydot

Nie ma rady: uzyskaliśmy świadomość. Już nigdy nie wywiniemy się od pytania: po co?
Perfidia całej sytuacji polega na tym, że zadając je, sami jesteśmy zmuszeni na to pytanie odpowiadać… nigdy nie mogąc uzyskać odpowiedzi, którą można by zweryfikować przed wszystkimi ludźmi. Czy aby nie dlatego, że taka odpowiedź – jeśli jest, to jest poza człowiekiem (czyli nie mieści się w „ludzkim” świecie)?

greydot

Ktoś mógłby powiedzieć, że nasza wolność może być tylko mierzona długością łańcucha, którym jesteśmy skuci. Czy jednym z takich łańcuchów jest łańcuch DNA? Z pewnością geny są tym, co konstytuuje nas materialnie. Jednak dopiero duchowość może zapewnić nam pewne (choć ograniczone) pole wolności.

greydot

Teraźniejszość jest reliktem przeszłości.
Jednym z takich reliktów jesteśmy my sami.
Przyszłość jest reliktem, który się jeszcze nie ujawnił.

greydot

Czy jesteśmy warci tyle ile sami sobie przydamy wartości? Czy też wartości nabieramy dopiero wtedy, kiedy przydadzą jej nam inni? Altruizm zastawił na nas pułapkę przekonując, że jesteśmy warci tyle, ile jesteśmy zdolni dać drugiemu człowiekowi.

greydot

Mówi się, że młodość jest permanentnym upojeniem. Nic dziwnego, że nałóg ten może się za nami ciągnąć aż do późnej starości.

greydot

Seks może istnieć bez erotyzmu, podobnie jak erotyzm bez seksu. Pierwszy przypadek jest atawizmem, drugi – romantyzmem. Jednak dopiero gdy występują ze sobą razem, stają się czymś ludzkim – natura w człowieku dopełnia się z kulturą.

greydot

Życie jako kara? Życie jako dar?
Jakie życie?
Buddyzm, jak każdy system antropocentryczny, hierarchizuje życie. I niestety, w swoim rdzeniu jest wymierzony przeciw życiu. Jeśli mówi, że życie robaka jest ważne, to tylko dlatego, że ów robal może być rodzajem tymczasowego cielesnego „pojazdu” dla jakiejś zbłąkanej (ukaranej?) ludzkiej duszy.

greydot

Racją istnienia każdej religii jest obwarowana dogmatami postawa: wszystko albo nic (zbawienie albo potępienie). Buddyzm, (jeśli uznać go za religię) jest jedyną religią, która mówi: wszystko i nic (czy też raczej: wszystko czyli nic).

greydot

Budda, Chrystus… Dla nas ludzi Bogiem staje się człowiek, który odrzuca życie. Czyżby to był rodzaj naszej zemsty za naszą bezradność wobec konieczności życia?

greydot

Czy  Budda mógłby być  kobietą?
W jaki sposób jego płeć wpłynęła na nauki, jakie zaczął głosić?
A może płeć Buddy nie ma (nie miała) żadnego znaczenia? Czy żadnego znaczenia nie ma także płeć Jezusa Chrystusa albo papieża?
Czy można sobie wyobrazić genitalia Boga? (a przecież niczym innym jak genderyzacją Boga jest obdarzanie Go brodą czy męskim głosem).

Jak widać, mamy wielkie trudności, by określić czyjąś istotę abstrahując od jej płci – tożsamość musi mieć płeć. Dlatego androgyne jest jakby kimś (czymś?) tak naprawdę pozbawionym osobowości, „nie wiadomo kim”. Stąd rodzaj nijaki – czyli bezpłciowy (a to ostatnie określenie zawsze ma w naszej świadomości wydźwięk pejoratywny).
Wydaje się, że konieczność personifikacji wpisana jest w nasze „kulturowe” geny. Siebie samego odkryliśmy dopiero wtedy, kiedy odkryliśmy drugiego człowieka (czyli wtedy, gdy stał się ona dla nas personą). Podobnie było z Bogiem.

greydot

Ludzki mózg. Co z nim począć? Może to rodzaj ewolucyjnego nowotworu, odpowiedzialnego za taką narośl, jak kultura i cywilizacja? Taki tumor Universum? (W pewnym sensie może się to potwierdzić, jeśli gatunek ludzki doprowadzi do własnej samozagłady.)

(Kontekst: Organizmy o prymitywnych mózgach bywają o wiele lepiej przystosowane do środowiska naturalnego, niż człowiek. Ostatnie badania wykazały wręcz, że bardzo rozwinięty i złożony ludzki mózg, nie był tym organem, dzięki któremu człowiek przetrwał na ziemi. Jego “inteligencja” była wobec pewnych zaistniałych w przeszłości zjawisk i warunków bezsilna – podobno, w krytycznym momencie na kontynencie afrykańskim ostało się zaledwie parę tysięcy przodków Homosapiens.)

Ludzka perspektywa odrzuca jednak insynuację, jakoby mózg człowieka był w świecie czymś kancerogennym. Kultura stała się bowiem źródłem naszych największych wartości, określa naszą tożsamość. To właśnie ona czyni z nas ludzi (i z tym m.in. wiąże się jeden z aspektów naszej „opozycyjności” wobec Natury, czy też niezgodności z nią). Człowiek, który zaczął się utożsamiać ze swoją kulturą, nie może więc uznać siebie za coś takiego jak „złośliwy guz” Wszechświata. Choć znaleźli się przecież i tacy, którzy, jak np. Beaudlaire, uważali ludzkość za pewnego rodzaju zanieczyszczenie środowiska. Podobnie było z jednym z najbardziej znanych poetów amerykańskich Robinsonem Jeffersem, który – wobec wojennego szaleństwa ludzkości XX wieku – uznał, że gatunek ludzki jest tylko skażeniem uniwersalnego porządku i – jako taki – zasługuje na zniszczenie. (Lecz wg mnie, wbrew pozorom, nie jest to nihilizm, a swego rodzaju ahumanizm.) Może niektórzy z nas pamiętają też obrzydzenie (nie tylko człowiekiem, ale i wszelkim bytem) jakiego doznawał stykając się z ludźmi i światem Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”? Również Gombrowicz sugerował, że jesteśmy w porządku Natury „niczym nie usprawiedliwionym ekscesem”. W sumie – perspektywy to mało sympatyczne.

Całkiem możliwe, że jesteśmy jednak na tyle wolni, by samemu dokonać wyboru: pogrążyć się z powrotem w tej bezgranicznej otchłani oceanu nicości (w niebycie) lub podjąć próbę spełnienia się (zbawienia?) w ramach praw rządzących Kosmosem, wypełniając jeden z możliwych wariantów – planów zakreślonych przez Wielkiego Architekta lub wyznaczonych przez siły Nadrzędnego Porządku. Do tego pierwszego celu dążą wszystkie religie (to było jedną z racji ich zaistnienia), do tego drugiego – wszystkie idee upojone perspektywą cywilizacyjnego postępu. A jeśli jesteśmy jednak wobec wszystkich tych mocy bezsilni? I nasze przeznaczenie zadecydowało się już na samym początku, zanim jeszcze powstała przestrzeń i zaczął płynąć czas – zanim słowo stało się ciałem? A samowolnie nie ma prawa drgnąć nawet najmniejsza drobina Wszechświata?

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak, to dlaczego obdarzono (?) nas tak wielką samoświadomością (bo mimo naszej niewiedzy i mocno jednak ograniczonej percepcji, jest ona w ożywionym świecie ewenementem) a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie skomplikowaną i zadziwiającą konstrukcją? Po co to wszystko? Czy możemy znać na to pytanie odpowiedź? Czy tylko w nią uwierzyć –  wymyślając?

greydot

Co jest lepsze: krótkie czy długie? Czy można wartość tego, co się pisze, mierzyć długością tekstu?
Skąd się bierze nasza preferencja i przekładanie długiego nad krótkie (czy też vice versa – krótkiego nad długie): z naturalnej skłonności czy też wyrobionego gustu – z głębokiej motywacji, czy też z naszych ograniczeń? Czy naprawdę to, co jest nam łatwiej przełknąć jest lepsze od tego, z czym trzeba się trochę pomęczyć – by to ugryźć, a potem jeszcze przetrawić? Czy wyznacznikiem wartości słów i treści ma być ich lekkostrawność? Czy rzeczywiście chcemy, by nasze menu złożone było z samych przystawek, snacków i grysików?
Czy wszystko da się powiedzieć w „dwie słowie”? Czy „Ulisses” Joyce’a stałby się jednym z najsłynniejszych dzieł współczesnej literatury, gdyby liczył 5 stron?
Zwięzłość jest cnotą? W takim razie Joyce jest niecnotą, takoż Cervantes, Szekspir, Nabokov, Houellebecq, Faulkner… całe tłumy pisarzy zgoła mało cnotliwych, a najczęściej niecnotliwych wcale. Nie wydaje mi się, by cnotliwość sprzyjała dobrej literaturze.
Moim zdaniem jest czas na elaborat i czas na haiku, chodzi tylko o to, by nam samym wystarczało tego czasu, a nie byśmy byli skazywani na muśnięcie sensu i impresję złożoną raptem z dwóch, trzech zdań? I mówili, że tylko coś takiego jest naprawdę fajne, bo zwięzłe i krótkie. Czy może ktoś z czystym sumieniem powiedzieć, że rozwiązłość wychodzi literaturze na złe? Chyba jednak jest na odwrót.

Dlaczego odmawiać wartości tekstowi, który liczy słów więcej niż dwadzieścia sześć? Tylko dlatego, że nie chce się nam tego czytać ani pomyśleć nad tym jaką to ma treść – a dwadzieścia sześć byłoby w sam raz na miarę naszego short attention span?
Może bardziej lubimy krótkie teksty, bo przeczytanie (napisanie?) dłuższego jest dla nas męką i przerasta po prostu nasze siły i możliwości – w ten sposób z konieczności i ograniczenia czynimy cnotę? Przeczytać coś w pięć minut – to dobre; a poświęcić czemuś innemu minut dwadzieścia – to już jest „be”? Dlaczego? Bo ten nieabsorbujący czasowo i w gruncie rzeczy powierzchowny engagement umożliwia nam lekkie i radosne skakanie z kwiatuszka na kwiatek? Bo nie musimy się borykać z czymś cięższym, czyli bardziej treściwym?
Ależ oczywiście, że geniusz często objawia się w krótkiej formie: w zwięzłości, kondensacji, syntezie – w samoograniczeniu, rezerwie, odrzuceniu zbędnego balastu. Ale objawia się także w czymś, co jest obszerne: gruba księga wcale nie musi być gorsza od tej cieniutkiej. I vice versa.
Każda treść poszukuje swojej formy, czyli także: poszukuje odpowiedniego dla siebie rozmiaru.

greydot

CO SIĘ PLECIE W KAJECIE? (zapiski I)

*

*

Czym może być pisanie? Rodzajem autoterapii? (Bo przecież każdy z nas jej potrzebuje.) Ekspresji? (Bo każdy chce zamanifestować swoją obecność w świecie.) Ćwiczeniem umysłu? (Który stara się dociec celu i sensu tego, że jakieś kosmiczne siły obdarzyły go świadomością i czymś tak cudownym, jak ludzki mózg.) Porządkowaniem myśli? (Bo zalew informacji, jakiego doświadczamy we współczesnym świecie robi nam niezły mętlik w głowie)… etc.

Z tego co pamiętam, pisałem „od zawsze” – zacząłem już wtedy, kiedy jeszcze nie znałem liter, zapełniając całe zeszyty jakimś swoim „pismem”, którego sensu nikt nie mógł przeniknąć (wliczając w to oczywiście mnie samego). I to mi weszło w krew (a raczej w neurony), lecz mam nadzieję, że teraz już piszę na tyle sensownie, że jest to czytelne i w miarę zrozumiałe – i że może to mieć wymierną wartość. Ja w tę wartość właściwie nie wnikam i pozostawiam ocenie kogoś, kto ewentualnie będzie chciał to czytać.

Piszemy zawsze na swoją własną miarę. Nie sposób jest przeskoczyć samego siebie – zawsze więc powinniśmy zdawać sobie sprawę z własnych ograniczeń. Mam tego świadomość, co jednak od pisania mnie nie powstrzymuje. Lecz nie jest to żadna zarozumiałość, bardziej sposób na wyrażenie samego siebie – na poziomie, który jest mi dostępny. A że wszyscy jesteśmy (pod jakimiś względami, w pewnych dziedzinach) dyletantami? I że zazwyczaj trudno jest się nam do tego przyznać? Cóż, dyletantyzm i ignorancja to taka nasza dola w świecie ludzkiej kultury, który rozrósł się na niebywałą skalę, i którego nie sposób objąć jednym umysłem. Czy jednak ma to nam zamykać usta? Chyba nie, bo moim zdaniem ciąży na nas jednak obowiązek myślenia. Myślę więc… Czasem ta ma większy sens, czasem mniejszy, czasem uda mi się chyba dotknąć głębszej mądrości, to znów chlapnąć jakieś głupstwo… tak to już się plecie w tym moim kajecie, w którym ślady tego myślenia zapisuję. Zdaję sobie też sprawę z tego, że może to przypominać wyważanie drzwi już dawno otwartych – ale przecież tamte drzwi otwarte to są drzwi dla mnie cudze, a ja muszę otworzyć drzwi własne, tzn. „przemielić”, pogryźć i przetrawić coś w sobie samym, przepuścić to wszystko przez własne nerwy, trzewia i wrażliwość – bo dopiero wtedy będę mógł to uznać za coś własnego, dopiero to tak naprawdę może mnie kształtować i stać się ze mną w pewnym sensie tożsame.

Kajet w zasadzie zawsze był „klasyczny” – tj. był po prostu zeszytem (notatnikiem) pełnym papierowych kartek. Dopiero stosunkowo od niedawna, zamienił się w ekran monitora. A jednak sentyment (i przyzwyczajenie) pozostało: mimo, że większość z tego co piszę, rejestruję bezpośrednio w bebechach komputera, to jednak kajetu papierowego nie wyrzuciłem i od czasu do czasu – zwłaszcza będąc poza domem – sięgam do niego i coś tam w nim gryzmolę. Myślę, że nie zawadzi podzielić się tu czasami z wami jego zawartością. 

greydot

Od dawna czuję rezerwę do określenia „intelektualista”. Intelekt w stanie czystym jest czymś nieludzkim – i praktycznie rzecz biorąc, niemożliwym – a jednak spora liczba „intelektualistów” szczyci się swoim statusem „intelektualisty”, bez zażenowania obnosząc się z tym poczuciem wyższości wobec „nie-intelektualistów”. Jest to więc pewien rodzaj (wg mnie pretensjonalnej) autoprezentacji, która zakłada, że ta etykieta niejako samowiednie przyda wagi i znaczenia temu, co głoszą.
A to właśnie intelektualiści są głównymi winowajcami w historii uwodzenia ludzi ideologią, która przenikając do mas zamieniała się w doktrynę niewolącą tak naprawdę ludzkie umysły. I niewolącą samych ludzi, jako jednostki – bo traktującą ich instrumentalnie poprzez podporządkowanie idei, czyli jakieś intelektualnej abstrakcji. Idee nie są ważniejsze od ludzi.

greydot

Eutanazja.
Prawo niekiedy bywa okrutne, bo jest “ślepe” i nie uwzględnia ludzkich emocji, także cierpienia.
Najgorsze w tych wszystkich “nieprzejednanych” głosach sprzeciwiających się eutanazji jest to, że wynikają one z pobudek ideologicznych, które mają swoje oparcie w religii i może dlatego właśnie wiążą się z myśleniem w kategoriach “fundamentalnych”.
To jest okropne ale i paradoksalne, bo najczęściej reprezentują je ludzie, którzy deklarują się jako współczujący, miłosierni, kochający bliźniego swego. Ale mnie zdumiewa takie “współczucie”, (które nie z darma racji ujmuję w cudzysłów) – bo bardziej przypomina mi ono o braku nie tylko wyobraźni, ale i serca.

Swoją drogą to ciekawe, dlaczego akurat katolicy są tak przeciwni eutanazji. Argument, że wynika to z konieczności uznania życia za “święte” zupełnie mnie nie przekonuje, bo historia nie tylko katolicyzmu (ale i ogólnie – Chrześcijaństwa) mówi nam o często instrumentalnym traktowaniu życia człowieka (palenie na stosie, wojny krzyżowe i nie tylko…)
Poza tym, Watykan współcześnie, usprawiedliwia moralnie udział w wojnie, jeśli jest to wojna “obronna” – co przecież także wiąże się z zabijaniem drugiego człowieka.
Dalsze paradoksy: Chrześcijaństwo właśnie na zabójstwie (i to Syna przez Ojca) oraz na samobójstwie (jakim de facto było poddanie się woli Ojca przez Syna) opiera swoje credo.
Zbawienie przez śmierć, bo bez niej nie ma Zmartwychwstania. Przewrotne.

greydot

A propos życia jako “daru Boga”. Warto zwrócić uwagę, co na ten temat napisała (niestety nieżyjąca już Defendo):

“Śmierć jest częścią życia, nie czymś egzotycznym, wrogim i osobnym. Z faktu mojego przyjścia na świat nie wynika, że cokolwiek mi się należy – poza życiem, które mam na własność. Realizując je – realizuję również śmierć. Czyż nie? Mam więc prawo do realizacji tej części życia zgodnie z moją wolą.
Życie jest darem? Zatem obchodzę się z nim jak z darem – mogę o nie dbać, odkurzać, rozbudowywać, chuchać nań i dmuchać, mogę też je zniszczyć lub wyrzucić. Akt samounicestwienia nie ma żadnego celu – nie ma pobudzać innych do czegokolwiek. Nie jest ofiarą. Dlaczego nie miałabym mieć prawa decydowania o swoim życiu? Dlaczego mam zakładać, że dostałam je od Boga? Czy muszę wierzyć w Jego istnienie? A jeżeli nawet jest – dał mi życie nie stawiając warunków. Nie pytał, co z nim zrobię. Skazał mnie na nie? Przecież nie jest okrutny… nie zrobił tego.
To nie jest żadne wołanie o pomoc.”

Więcej można przeczytać TUTAJ – we wpisie jaki poświęciłem Defendo (kiedy go pisałem, ona jeszcze żyła, i nie wiedziałem, że pozostał jej tylko jeszcze jeden dzień tego życia).

Defendo wspomniała o Bogu, ale ja bym Go do tego nie mieszał, mimo że – w przeciwieństwie do Defendo – nie uważam siebie za ateistę.
Chodzi mi o kulturę… samobójstwa. Tak, myślę, że o czymś takim można mówić w kontekście filozoficzno-literacko-artystycznej „nadbudowy” jakiej doczekał się ten ekstremalny akt ludzkiej woli (?) jakim jest samobójstwo (z tego pytajnika wypadałoby się jednak wytłumaczyć, na razie napiszę tylko, że pojawił się on tutaj po to, by zaznaczyć niepewność co do tego, czy rzeczywiście dysponujemy czymś takim jak „wolna wola”).

Samobójstwo… to był bardzo bliski mi temat w okresie mojej wczesnej młodości. W okresie, kiedy wielkie wrażenie robiły na mnie filozoficzno-egzystencjalne wywody choćby Alberta Camusa (to jego słynne: „jest tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo” – zdanie otwierające jeden z najsłynniejszych esejów XX-go wieku, czyli „Mit Syzyfa”) albo różnych takich dandysów nihilizmu, stwierdzających: „gdyby nie (pocieszająca) myśl o samobójstwie, to dawno bym się zabił” (Cioran).
Teraz widzę, ile w tym wszystkim było pozy, blagi, zagubienia i dezorientacji.

greydot

Pamiętam, że swego czasu Czara na swoim blogu napisała o filmie, który w pewne słoneczne paryskie popołudnie obejrzała (w samotności, bo jedyna osoba jaka jej towarzyszyła w kinie, wyszła z seansu wkrótce po jego rozpoczęciu). Tym filmem był obraz Petera Liechtiego pod nieco horrendalnym tytułem „Odgłosy robaków – zapiski mumii” (mnie przypomina to tytuły horrorów klasy C), opowiadający historię człowieka, który postanawia popełnić samobójstwo, zaszywając się w leśnej głuszy i zagładzając się w końcu na śmierć. Ale oczywiście wszystko skrupulatnie opisuje w prowadzonym przez siebie dzienniku. Czara siedziała w ciemnej kinowej sali, patrzyła z przejęciem na ekran, chciała zrozumieć tego człowieka… A ja czytając jej wpis pomyślałem: ot, jeszcze jeden narcystyczny pozer przyciągnął czyjąś uwagę i to w sposób cokolwiek obrzydliwy: robiąc ze swojej nekrofilskiej obsesji bezwstydne widowisko.
Czara pisała: „Zaskoczyło mnie też przywiązanie tego człowieka do ziemskich rytuałów, jak na przykład higiena i skomplikowany system toalety, odprowadzającej  na zewnątrz nieczystości. Mężczyzna umierając zanotuje: ‚Umyłem zęby’. ‚Wyszedłem na zewnątrz, żeby się wykąpać w deszczu’. I znowu ten kontrast, splot dwóch porządków, jednoczesne dbanie o ciało i powolne go zabijanie, wstrząsnął mną najbardziej. Dlaczego nie skrócić tego wszystkiego, chciałoby się zapytać bohatera, obserwując w jak wielkich męczarniach mijają jego ostatnie dni. I jedyna odpowiedź, jaką można sobie samemu spróbować udzielić, to konieczność nadania swojemu życiu sensu. W tak paradoksalny sposób. Tak, jak anorektyczki przestają jeść, by poczuć wreszcie kontrolę i swoją siłę, tak i on udowadnia sobie swoją wartość, odchodząc w ten dziwny sposób. ‚Czuję się dumny, bo wiem, że nikt nigdy nie będzie próbował mnie naśladować’ powie, a nam przejdą zimne dreszcze po plecach.”
A mnie nie przechodzą zimne dreszcze po plecach, bo nie widzę w tym wszystkim nic innego, jak właśnie pozę narcyza („czuję się dumny”), kogoś kto zdrowy instynkt życia poddaje chorobliwej obsesji. Wyczuwam tu również jakąś martyrologię na pokaz. (Co za specyficzny sposób na „udowodnienie sobie swojej wartości”: poprzez anihilację siebie samego!). I niemal irytuje mnie ta przewrotność: nadawanie sensu swojemu życiu przez „powolne zabijanie siebie” czyli de facto niszczenie go – podobnie jak niszczą swoje życie anorektyczki (akurat to, że przestają one jeść, nie jest wg mnie wyrazem ich siły i kontroli nad własnym życiem, ale czegoś wręcz przeciwnego: słabości i utraty kontroli nad własnym życiem).
Ta irytacja odezwała się chyba w tym, co wówczas napisałem w komentarzu pod wpisem Czary:
„Nie budzą już we mnie współczucia ludzie, którzy świadomie podejmują decyzję o zniszczeniu swojego zdrowia (i ewentualnie życia) i którzy robiąc to zgrywają się na wielkich męczenników, obwieszczają wszem i wobec jakie to życie jest okrutne i absurdalne, rozczulają się nad sobą (bo jakże oni strasznie cierpią) lub też starają się tym zarazić (zatruć) innych ludzi… Czuję jakąś wewnętrzną dezaprobatę wobec decyzji kogoś, kto postanawia popełnić samobójstwo wskutek jakiegoś swojego widzimisię – bo np. nie ma już ochoty dłużej żyć, bo mu się życie nie podoba, bo mu ono zbrzydło albo uważa, że ma do tego po prostu prawo… etc.
Współczuję jedynie tym, którzy rzeczywiście nie mają żadnej szansy na odzyskanie zdrowia i uratowanie życia (a więc ludziom śmiertelnie chorym, których przeznaczeniem na tej ziemi jest już tylko cierpienie i powolna agonia). Według mnie istnieją naprawdę bardzo szczególne – i wyjątkowe – przypadki, które mogą usprawiedliwiać samobójstwo. Na pewno takim usprawiedliwieniem nie może być napisanie książki czy zrobienie filmu. Tak sądzą. Estetyka, filozofia – czy też sztuka – nie może (moim zdaniem) stanowić pretekstu dla samobójstwa. (Tak, wtedy postanowienie o zniszczeniu własnego życia jest albo chorobą psychiczną, albo po prostu głupotą.)”

Jeśli uznamy, że czymś chorobliwym jest to, co niszczy nasze zdrowie i życie (a nie przyjęcie takiego postulatu jest po prostu jednoznaczne z uznaniem, że coś takiego jak choroba nie istnieje) to w konsekwencji uznać musimy, że także samobójstwo jest przejawem czegoś chorobliwego. I to znajduje odbicie we współczesnej medycynie – psychiatrii, która  myśli samobójcze uznaje za przejaw pewnych zaburzeń psychicznych.

Jest jeszcze kwestia oceny. Oczywiście, jak na czasy współczesne przystało, wzbraniamy się by oceniać (a więc osądzać moralnie) kogokolwiek i cokolwiek (dodam: osądzać na forum publicznym, bo prywatnie osądzamy i krytykujemy zwykle wszystko i wszystkich.) Wzbraniamy się więc przed tym, żeby powiedzieć wprost, że samobójstwo jest złem – czyli uznać, że jeżeli ktoś decyduje się na to, by odebrać sobie życie, to jest to złe. Ale wystarczy tylko odnieść to do nas samych: czy jeśli ktoś kogo kochamy (nasze dziecko, mąż, żona, partner, partnerka) postanowiłoby się zabić, to czy nie uważalibyśmy (niekiedy całym sobą) że jest to złe i nie robilibyśmy wszystkiego, co w naszej mocy, by do tego nie dopuścić? Czy przyszłaby nam jakakolwiek ochota by rozważać to w kwestiach… artystycznych? Usprawiedliwiać to filozoficznie, egzystencjalnie, moralnie…? etc. Weźmy np. taki alkoholizm. W pewnym sensie można go uznać za powolne samobójstwo (podobnie jak anoreksję czy narkomanię…) Czy jednak nie mamy jednoznacznego stosunku do alkoholizmu? Czy unikamy odpowiedzi na pytanie, czy jest on czymś złym? Nie, bo widzimy, że niszczy on zdrowie i życie człowieka (którego kochamy). I mówimy wprost, że alkoholizm jest złem. Ale oczywiście nie musi to mieć cokolwiek wspólnego z potępieniem człowieka.
Podobnie patrzę na samobójstwo.

Samobójstwo (przede wszystkim „filozoficzne”, czyli wynikające z pobudek konceptualnych… nie mam tu na myśli samobójstwa – ucieczki przed beznadziejnym, permanentnym cierpieniem, wynikającym ze śmiertelnej choroby) jest oczywiście przejawem skrajnego egoizmu – ostatecznym potwierdzeniem (być może głęboko skrywanej) pogardy dla życia, innych ludzi i samego świata – często nawet i pogardy wobec samego siebie. Decyzja o tym, aby jednak żyć dalej, jest wg mnie odrzuceniem tego egoizmu. Przypominają mi się tutaj słowa napisane kiedyś przez Jonathana Carrolla:  „Świat niczego od ciebie nie potrzebuje, ale ty musisz mu coś dać. Dlatego żyjesz. Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie różnisz od miliardów innych czaszek, które leżą pod ziemią. Jeśli dasz coś światu, nawet coś nietrwałego, wygrasz.”
A jako konkluzję i puentę mógłbym przytoczyć to, co w „Wilku stepowym” napisał Hermann Hesse: „Każdy w jakimś zakątku swojej duszy wie aż nadto dobrze, że samobójstwo jest wprawdzie wyjściem, ale przecież tylko jakimś wyjściem nędznym, nielegalnym, zapasowym, i że w zasadzie szlachetniej i piękniej jest dać się pokonać przez samo życie niż ginąć z własnej ręki.”

greydot

Czy wolna wola jest wytworem ludzkim tak samo jak moralność? Zauważmy, że bez założenia, iż człowiek posiada wolną wolą straciłby sens jakikolwiek system etyczny, który zakłada możliwość wyboru między dobrem a złem – a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy człowiek dysponuje wolną wolną (czyli jest zdolny do dokonywania wyborów). Tylko wtedy może być on sądzony – czyli można stwierdzić, że to co zrobił jest złe i że można go na tej podstawie ukarać. (W wymiarze eschatologicznym Chrześcijaństwa dokonuje się to na Sądzie Ostatecznym. Ale nie idźmy aż tak daleko i wysoko: na co dzień robią to wszystkie tzw. „wymiary sprawiedliwości”, a i my sami – osądzając innych na nasz prywatny użytek).
Lecz z drugiej strony może ktoś powiedzieć: w naturze wolna wola nie występuje (nota bene utożsamiając w ten sposób z maszyną nie tylko materię nieożywioną, ale i ożywioną, czyli zwierzęta). Jakkolwiek powiewa tu skrajnym determinizmem (a tym samym materializmem), to można odczuć pewną pokusę, aby się z tym zgodzić. Wygląda to na prawdę w tym sensie, że wszystko (każdy atom, każda cząstka – o obiektach w skali makro nie wspominając) musi się podporządkować prawom (przyrody, fizyki, natury… jakby ich nie nazwać) obowiązującym w całym Wszechświecie. (Czyżby więc ta kosmiczna machineria – raz wpuszczona w ruch – nie miała żadnej możliwości swobodnego manewru, samowolnego spowodowania nawet najmniejszej zmiany ruchu choćby jednej nanoskopijnej cząsteczki?)
W takim razie, jeśli ktoś mówi o (wolnej) woli, to czy nie musi wpleść w to wszystko pierwiastek boski? (Bo tylko w akcie wolicjonalnym Pierwszej Przyczyny mogło zadziałaś coś, co było poza wszelkim prawem – jakieś ponad-kosmiczne „niech się stanie”?)

greydot

Czyżby Homo sapiens miał już jednak coś z demiurga?
Oto fragmenty wypowiedzi Wolfganga Prinza, renomowanego niemieckiego psychologa i kognitywisty, udzielającego wywiadu pismu „Die Zeit”: Jeśli chodzi o wpływ na zachowanie człowieka, to „istnieje tylko sterowanie zewnętrzne, nic więcej. W nauce i tak nikt nie wierzy w absolutną wolność wewnętrzną. (…) Ludzie są maszynami, które wspólnie tworzą swój świat społeczny. Na tym właściwie polega clue procesów kulturowych. Ten stworzony własnymi siłami świat społeczny wywiera ponadto ogromny wpływ na zachowanie jednostki. (…) Istnieje względna wolność w tym sensie, że wszyscy zobowiązujemy się czynić to, co uważamy za dopuszczalne moralnie. Nasza wolność polega na tym, że pozwalamy sobą kierować, np. poprzez rozsądne argumenty. W tym sensie istnieje wolność wyboru. (…) Wolna wola jest instytucja społeczną (…). Już sama idea wolnej woli zapewnia nam swobodę działania. Traktujemy siebie nawzajem tak, jakby każdy z nas mógł swobodnie decydować i dlatego w ramach społeczności jesteśmy podmiotami obdarzonymi wolną wolą. (…) Wolna wola nie występuje w naturze. („Die Zeit”: „Pozwalamy, by determinowało nas to, na co zgodziło się społeczeństwo.”) Tak. Instytucje (społeczne) są równie realne jak zjawiska występujące w naturze, gdyż determinują nasze zachowanie. W przeciwnym razie całe nasze życie społeczne uległoby załamaniu. Przypisujemy sobie wolną wolę i dlatego jest ona ‚realna’. („Die Zeit”: „To, że wolna wola rzekomo nie istnieje, zaniepokoiło specjalistów w zakresie prawa karnego.”) Niesłusznie. Dlaczego argumenty wynikające z fizjologii mózgu miałyby oddziaływać na naszą rzeczywistość moralną?”.

Cóż, widzimy tu, że z wolną wolą jest tak, jak np. z każdym hipostatycznym wytworem jakiejkolwiek religii: ona w rzeczywistości nie istnieje, ale tak naprawdę istnieje, pełniąc pewną funkcję w naszym świecie (rzeczywistości). A czy nie można odnieść tego do całej naszej kultury?
Prinz poczynił kilka kapitalnych stwierdzeń, więc ja z kolei, chciałbym wyrazić tu kilka ustosunkowujących się do nich uwag:

– Nie możemy być pewni tego, że wpływa na nas tylko i wyłącznie „sterowanie zewnętrzne” a nie jeszcze to, co wypływa z naszego wnętrza (i być może nigdy się nie dowiemy, bo nasze możliwości poznawcze są jednak ograniczone).
– Oczywiście, że nikt w nauce nie wierzy w absolutną wolność wewnętrzną. Ale trzeba odróżnić wolność „absolutną” od wolności zakrojonej na znacznie mniejszą, bo ludzką skalę (bo któż to wie, co to jest Absolut… oprócz tych, którym się wydaje, że coś o nim wiedzą?)
– Wywieranie „ogromnego wpływu” na zachowanie jednostki nie oznacza jeszcze tego, że jest to wpływ jedyny.
– Jeśli już na coś „pozwalamy” (np. na to, by kierowały nami uwarunkowania społeczne, czy argumenty innych), to znaczy, że musimy dysponować pewną swobodą wyboru, a więc posiadać jakiś zapas „wolnej woli”.
– Czym innym jest „zdeterminowanie” naszego zachowania przez to, na co zgodziło się społeczeństwo, a czym innym wpływ tego na nasze zachowanie. Zdeterminowanie – w odróżnieniu do „wpływu” – pozbawia nas jakiegokolwiek pola manewru. Czyni z nas takiego niewolnika przeznaczenia. Wpływ jest czymś, co (do pewnego przynajmniej stopnia) poddać możemy kontroli naszej woli.

Najbardziej jednak uderzyło mnie stwierdzenie następujące: „Dlaczego argumenty wynikające z fizjologii mózgu miałyby oddziaływać na naszą rzeczywistość moralną?” Pytanie tak naprawdę retoryczne. Bo rzeczywiście: dlaczego fizjologia miałaby decydować o wyborze przez nas takiego a nie innego systemu etycznego? Dla mnie jest to jeszcze jeden argument o rozłączności… (a może nawet wzajemnej opozycyjności) natury z tworzoną przez człowieka kulturą.
Ale czy stworzona przez Homo sapiens kultura sama nie staje się częścią natury? Błędne koło czy powrót do „boskich” źródeł?

greydot

Czytam ciekawy wpis na blogu Katarzyny Piotrówny pt. „Odwrócona natura głupoty”. Takie np. fragmenty: „Głupota nie istnieje, a na pewno jest czymś innym, niż na co dzień sądzimy. (…) Nazywanie kogoś idiotą to chodzenie na łatwiznę. (…) Głupota jest nabytą umiejętnością postępowania, a nie wrodzoną cechą charakteru. Ludzie nie są z natury źli czy durni – gdzieś się tego nauczyli. (…) To nie człowiek jest głupi, lecz jego działanie. (…) Powodowanie w człowieku zmiany zawsze zaczyna się od (zmiany) świadomości…”
Jakbym czytał kogoś, kto prezentuje teorię behawioralną Skinnera, wg której na człowieka działają tylko wpływy zewnętrzne.
Czy jednak można tu mówić o wyłączności sterowania człowieka przez siły działające z zewnątrz? Czy rzeczywiście od niego samego nic już nie zależy? Taka wiedza krzycząco nie zgadza się z naszym poczuciem autonomii i indywidualizmu. A jednak….

Jeśli przestępstwo jest zawinione to niestety – głupota również.
Nie można zrzucić odpowiedzialności na psychologię (ani nawet na geny), nawet gdyby się chciało. Wygląda na to, że nic poza człowiekiem podmiotowym, nie może odpowiadać za nic. Wszelkiej odpowiedzialności uczy dopiero kultura (a raczej: to dopiero dzięki kulturze pojęcie odpowiedzialności nabiera sensu).
Innymi słowy: podobnie jak zakwalifikowanie jakiegoś czynu jako przestępstwo, również uznanie jakiegoś postępowania za głupie, jest kwestią umowną (wynika z kultury – podobnie zresztą jak sam brak kultury). I podlegającą naszemu uprawomocnieniu.

Ech, znowu wychodzi na to, że stwarzamy świat, w którym żyjemy (mimo, że nasze jego postrzeganie jest tylko pewnego rodzaju interpretacją „rzeczywistości” – czyli tego, co istnienie niezależnie od nas). A właściwie stwarzają nas dopiero inni ludzie, bez których nie moglibyśmy nawet poznać samego siebie – bo staje się to możliwe tylko w relacji do innego, poszukującego siebie (swojej tożsamości) człowieka.

PS. Czy nagminność głupoty nie da się przypadkiem wytłumaczyć za pomocą teorii neuronów lustrzanych?

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak, to dlaczego obdarzono (?) nas tak wielką samoświadomością (bo mimo naszej niewiedzy jest ona w ożywionym świecie ewenementem) a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie skomplikowaną i zadziwiającą konstrukcją?
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tej fenomenalnej złożoności życia?
Czy to możliwe, że od przypadku do przypadku powstało coś tak cudownego, jak ludzki mózg?

(Te pytania są skierowane do tzw. neodarwinistów oraz do całej współczesnej nauki, której przedstawiciele w przytłaczającej większości uznają za prawdziwą hipotezę mówiącą o tym, że to przypadek zdecydował o pojawieniu się życia na naszej planecie. Nie jest to więc pogląd niszowy ani tym bardziej dziwaczny czy też celowo obrazoburczy, jakim mógłby się wydawać na pierwszy rzut oka katolickiej większości naszego kraju.)

greydot

Notować własne myśli?
Co za pycha – mógłby ktoś powiedzieć. Uważać, iż narodzą się w naszej głowie idee nigdy jeszcze nie pomyślane, a w duszy – uczucia nigdy jeszcze nie doświadczone.
A przecież miliardy mózgów, kłęby nerwów…
Oryginalna myśl? To ponoć tylko nie wykryty plagiat. Nic nowego pod słońcem – słyszymy.
A my sami? Czy ktoś wcześniej cierpiał nasz ból, lękał się naszych demonów, śnił nasze marzenia?
I ten szum oceanu, ciepły piasek pod naszymi stopami, fale dotykające skóry… bicie serca…

greydot

Ludzie piszący to istoty szalenie naiwne.
Naiwne po trzykroć:
Po pierwsze – dlatego, że naiwnie się łudzą, iż to, co piszą, inni przeczytają.
Po drugie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają, zarazem zrozumieją.
Po trzecie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają i zrozumieją, coś zmieni.

A może zmieni?…

greydot

ODSZCZEPIENIEC TAKI JAK WSZYSCY (Stefan Chwin, „Dziennik dla dorosłych”)

Chwin: "Dziennik pisze się po to by mieć drugie życie"

Stefan Chwin pisze, że właściwie to jest on taki sam jak inni, ale co jakiś czas ma „nieodparte, trudne do zdefiniowania poczucie Różnicy„. Dlaczego? Czyżby myślał i czuł inaczej niż inni? Bynajmniej. Wg niego ludzie myślą i czują to samo co on, jednak wolą „dla świętego spokoju udawać, że nie czują i nie myślą tego samego co on”.
Tak więc – jak należy zapewne rozumieć – on sam nie udaje lecz pisze to co czuje i myśli.
Czyżby więc Chwinowi nie zależało na świętym spokoju?
A może on po prostu świętego spokoju nie jest w stanie osiągnąć? I nie może się oprzeć kompulsywnej potrzebie ujawnienia tego co mu siedzi w mózgu – leży na wątrobie?
Tutaj rodzi się jeszcze inne pytanie: czy rzeczywiście inni czują i myślą to samo co on? A może Chwinowi nie daje spokoju właśnie świadomość tego, że jednak tak nie jest? Że owa „Różnica” wynika z czegoś innego? Że jest to pewien sposób wyalienowania, „wyrodzenia” się, odszczepienia, braku poczucia solidarności?
Zamiast podobieństwa mamy więc Inność, którą Chwin w jakimś sensie pielęgnuje swoim pisarstwem. Mało tego… bez tej Inności on najprawdopodobniej pisarzem by nie był.

„Dziennik dla dorosłych” czytałem – co tu kryć! – z wielkim zainteresowaniem. Co w tym dziwnego?… może ktoś zapytać. Wszak każdy chce się dowiedzieć co też myśli i czuje, ale (w domyśle) nie ma odwagi by o tym światu powiedzieć. Tym sposobem możemy sprawdzić na czym właściwie polega nasze tchórzostwo.
No dobrze… żarty żartami, ale daję słowo, że nie jest moją intencją, aby wysnuwać wobec Pana Chwina jakiekolwiek złośliwości. Gdyż „Dziennik” jest ciekawy, a miejscami nawet pasjonujący i to nie tylko dlatego, że Chwin pisze ciekawie o rzeczach ciekawych, czyli o takich, które nie tylko wydają się nam – ale i są dla nas – bardzo istotne. Dla nas, a ściślej dla tych, którzy chcą się jakoś odnaleźć w przestrzeni międzyludzkiej rozciągniętej na obszarze Europy Środkowej; także dla tych, którzy chcą posiąść zdolność rozszyfrowywania kulturowych kodów, jakimi w tej przestrzeni ludzie się posługują. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z jakąś lokalną klaustrofobią, a wręcz przeciwnie – ma tendencję do przenoszenia się na dość rozległe obszary gdzie poumieszczane są nasze uniwersalia. „Dziennik” przykuwa uwagę także przez to, że Chwin pisze językiem niezwykle plastycznym – pisze gęsto i intensywnie. Być może dlatego tam, gdzie mogliśmy się doszukać pasji, czasem widzimy obsesję, zaś tam gdzie oczekiwalibyśmy sprawiedliwości, spotykamy się z pewną dozą stronniczości.

Mimo dość oczywistych ciągot kronikarskich (co w przypadku tej formy literackiej nie powinno raczej dziwić), polegających na komentowaniu społecznych, czy też międzynarodowych aktualiów (np. odniesienia do spraw polsko-niemieckich, rewizji solidarnościowego zrywu, rozprawy z mitem „narodowej kultury”, postępującej homogenizacji świata, europejskich zagrożeń…), Chwin w swoich zapiskach jest bardzo prywatny – jego „osobistość” (choć zatrzymującą się na granicy intymności) znajdujemy niemal na każej stronie „Dziennika dla dorosłych”. Być może właśnie na tym polega jego atrakcja, wzmocniona dodatkowo rozprawą nad takim (ważnymi dla większości z nas) kwestiami, jak np. antysemityzm, lustracja, eutanazja, stereotyp, czas, śmiertelność… ?
Chwin jest oczywiście także kontrowersyjny, bo ośmiela się spojrzeć na utarte schematy z zupełnie innej perspektywy, nie godząc się na powielanie kolejnych mitów i złudzeń. Narusza też spiż narodowych ikon (Sienkiewicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Giedroyć, Herbert, Grass, Venclova…), ale również i tych, którzy sami ten spiż naruszali, ale i tak na ikony się wybili (Gombrowicz).
Jak to robi?
Moim zdaniem warto się o tym przekonać samemu.

Stefan Chwin: "...ja biorę garściami fakty z życia różnych ludzi i z puzzli cudzego losu los mój własny w dzienniku układam, dużo prawdziwszy od rzeczywistego. Żyjemy na Ziemi nie po to, żeby po sobie zostawić ślad prawdziwy, tylko osobę ulepioną z pamięci, wyobraźni i zimnej premedytacji, wyraźniejszą i mocniejszą niż my sami. Więc chociaż mój S. nie jest mną zupełnie, jest bardziej mną, niż ja sam..."

 

 

A oto kilka fragmentów „Dziennika dla dorosłych” , w których Stefan Chwin sam opisuje, czym ten „Dziennik” jest, a czym nie jest; jakie są jego intencje i jakich nieporozumień najbardziej się obawia:

  „Ja w swoim dzienniku pozwalam sobie – i to dość często – na ironię, na kpinę, na drwinę, a nawet śmieję się dość głośno z różnych niezmiernie poważnych spraw, mówię dość ryzykowne rzeczy, błądzę, mylę się, wyrażam uczucia nieobyczajne, kocham, ale też dość mocno nienawidzę, bo (…) ja bym chciał, żeby to był dziennik żywego człowieka, a nie jakaś ze wszech miar słuszna autobiografia intelektualna wymyta do czysta mydełkiem krakowsko-paryskiego estetyzmu, jak to bywa u niektórych polskich pisarzy.
A tu mnie teraz spotykają różne przykrości, że ja niby w moich „Kartkach” wygłaszam niesłuszne poglądy.
Mój dziennik nie jest żadnym referatem poglądów na cokolwiek! To raczej ruchomy, witrażowaty, rozsypujący się i składający się na powrót obraz życia wewnętrznego pewnego człowieka, który na początku XXI wieku żyje w pewnym mieście nad zatoką zimnego morza i może jest trochę podobny do mnie. (…)

Ach, żeby tak chociaż na parę chwil wyswobodzić się z polskiego łańcucha, zrzucić obrożę, przez minutę, albo dwie poczuć słodko-gorzki luksus wolności. Bo u nas wolność ogólna niby wybuchła po zejściu komunizmu do grobu z wielką siłą, ale ze swobodą intelektualno-duchową, swobodą osobistą każdego z nas z osobna, sprawy już tak różowo nie wyglądają, chociaż z pozoru rozbestwiona samowola umysłowo-moralna Polskę naszą niepodległą zżera i ciężko udręcza… Stadne fale myśli płyną sobie po naszej krainie jak za dawnych czasów, szeroko i rozlewnie. I wiadomo, że są rzeczy, których lepiej nie ruszać. Więc ja (…) piszę swój dziennik między innymi po to, by zakosztować przez minutę lub dwie tych okropnych luksusów swobody. (…)
Ruch myśli mnie bawi, sprawdzanie różnych ryzykownych idei, posuwanie się za daleko w niestosownych pytaniach i myślach (…).

Pan sugeruje, że ja ‚portretuję’ różne osoby po to, by je odbrązowić, pomniejszyć, że uparcie skaz w nich szukam, nie siły? Proszą Pana, a na cóż ja miałbym odbrązawiać kogokolwiek? Mnie szkoda czasu na takie rzeczy. Ja tylko z bólem serca widzę i opisuję (wytłuszczenia autora – przyp. LA). To właśnie grzech jest mój główny. Że widzę i opisuję. Ale zapewniam Pana, że ja żadnego dziennika bezgrzesznego pisać nie będę, bo pisanie dziennika bezgrzesznego uważam za pozbawione sensu. (…) Ja jestem grzeszny człowiek. Na sumieniu mam siedem grzechów głównych, a nawet więcej niż siedem, dobrze wiem, że myśli i uczucia często miewam zupełnie niewłaściwe i wcale nie zamierzam tego przed światem zatajać.
Ja piszę dziennik dla dorosłych. A dziennik dla dorosłych to nie jest żaden dziennik o jakichś smakowitych kłopotach łóżkowych, na których widok aż się oblizujemy z łakomstwa, tylko dziennik o sprawach trudnych do zniesienia, z którymi ani ja sam, ani inni ludzie dorośli nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić.”

 * * *

Mimo, że robi się tu dość obszernie, nie mogę się oprzeć pokusie, by przytoczyć jeszcze jeden, niezwykle moim zdaniem smakowity kąsek prozy Chwina, który sam autor zatytułował „Dziennik dla Nietoperzy” :

„… a dla kogo piszę? Ależ dla was, moi drodzy Nietoperze, szlachetni desperaci pisma, dla was, bracia moi, nieumiejący przeżyć nawet jednego dnia bez pożerania suchego prowiantu liter, dla was, wymierający zjadacze druku, wąchacze książkowego papieru, miłośnicy zadrukowanych kartek, dla was, sybaryci lampy nad łóżkiem i wygodnego fotela, pasjami lubiący czytać w wannie, w pociągu, na sedesie, w hotelu, w parku, na plaży, w autobusie, pod ławką szkolną, w tramwaju, u fryzjera, w kawiarni, na stojąco, na siedząco, na leżąco, z ręką pod głową, na brzuchu, na plecach, dla was, oglądacze Programów dla Nietoperzy, puszczanych w telewizji koło północy, dla was, żywe pół procenta oglądalności (…), do którego ja razem z wami od dawna należę…

Ach, bracia moi, mieszkańcy Domów z Powietrza, smakosze od Mozarta i Mahlera, Szukacze Nie Wiadomo Czego, skłonni do bezproduktywnych rozmyślań i niebezpiecznych zamyśleń, uciekinierzy ze świata realnego do Innych Światów, Gacki moje drogie, kochające ciszę i szelest przewracanych kartek… Jeszcze żyjemy, jeszcze się trzymamy, choć topniejemy w oczach jak śnieg marcowy na ciepłym parapecie, my, marginesowy target, my, cierpliwi widzowie małych kin studyjnych, oglądający w telewizji po północy filmy robione dla nikogo, my, Nocni Myśliwcy, polujący na Cotrazaara, Kołakowskiego, Bergmana, Felliniego i Eisensteina, my, rekordziści Nocnej Orgii Czytania, my, mistrzowie Zaczerwienionych Oczu, cierpiący od czasu do czasu na słodką bezsenność… z powodu nieopisanego głodu liter…”

* * *

Photo: Maciej Korycarz, Cato Lein, Jan Ledóchowski

O „Kartkach z dziennika” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

*

WAGA PIÓRKOWA

 

* * *

Ludzie piszący to istoty szalenie naiwne.
 
Naiwne po trzykroć:
Po pierwsze – dlatego, że naiwnie się łudzą, iż to, co piszą, inni przeczytają.
Po drugie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co innni przeczytają, zarazem zrozumieją.
Po trzecie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają i zrozumieją, coś zmieni.
 
A może zmieni?…
 
* * *
Notować własne myśli?
Co za pycha – mógłby ktoś powiedzieć.
Uważać, iż narodzą się w naszej głowie idee nigdy jeszcze nie pomyślane, a w duszy – uczucia nigdy jeszcze nie doświadczone.
A przecież miliardy mózgów, kłęby nerwów…
Oryginalna myśl?
To ponoć tylko nie wykryty plagiat. Nic nowego pod słońcem – słyszymy.
A my sami?
Czy ktoś wcześniej cierpiał nasz ból, lękał się naszych demonów, śnił nasze marzenia?
I ten szum oceanu, ciepły piasek pod naszymi stopami, fale dotykające skóry… bicie serca…
 
* * *  
 
 

 

"Akrobatyka - waga piórkowa" (koncepcja i rysunek autora)

 *