GOMBRO à la GRABO, CZYLI GĘBA UJAJCOWIONA, PUPA UHAHANA…

o „Dziennikach” Witolda Gombrowicza, wyreżyserowanych przez Mikołaja Grabowskiego i wystawionych przez aktorów teatru IMKA z Warszawy na scenie Copernicus Center w Chicago

.

Gombrowicz zdekonsruowany (Piotr Adamczyk, Magda Cielecka i Jan Peszek mówią

Gombrowicz zdekonstruowany (Piotr Adamczyk, Magdalena Cielecka i Jan Peszek mówią „Dziennikiem”)

.
Mistyfikacja jest zalecona pisarzowi. Niech zmąci wodę
wokół siebie, aby nie wiedziano kto zacz – pajac? kpiarz?
mędrzec? oszust? odkrywca? blagier? przewodnik?
A może jest on tym wszystkim naraz?

1.

Jechać z Gombrowiczem do polonijnego epicentrum w Ameryce, to jak wkładać kij w mrowisko… Albo tak by się mogło wydawać, mając na względzie obrazoburstwo gombrowiczowskiego podejścia do tzw. „polskości” (tradycja, religia, kultura, mentalność…) i konserwatyzm amerykańskiej – zwłaszcza chicagowskiej – Polonii, dla której Polska (Ojczyzna) to świętość, a katolicyzm to jej fundament. Ale – jak się okazuje – nie taki diabeł straszny, jak go malują i nie taka Polonia amerykańska mentalnie zastygła i w polskości zesklerowaciała, jak krąży o niej fama. Oba podejścia są już chyba anachronizmem, bo ów zjadliwy „diabeł” cyniczny zamiast straszyć śmieszy, a Polonia miast zapałać świętym oburzeniem, pokłada się ze śmiechu. Bo właśnie do czegoś takiego doszło na deskach i w fotelach Centrum Kopernikowskiego w ostatni weekend.
A może tu chodzi jeszcze o coś innego?

2.

Paradoksem jest to, że Gombrowicza – mimo, że wręcz organicznie nie znosił upupiania i przyprawiania gęby – upupili, przyprawiając mu także gębę, jego właśni admiratorzy. Bowiem już samo używanie pupy i gęby jako wytrychu, nie tylko do osobowości, ale i twórczości pisarza, jest według mnie jego upupianiem i doprawianiem gęby – a przede wszystkim spłycaniem jego twórczości, swoistą grepserą, która ma zastąpić bogactwo Gombrowiczowych wątków (można by wymienić kilkanaście takich grepsów obecnych w popularnym – ale i profesjonalnym – obiegu, w powszechnej świadomości dyletantów i laików – ale i tzw. „znawców” – podczas gdy zbiór tematów pisarza jest nieprzebrany, a kanwa, na której on to wszystko wykładał, niebywale rozległa… tylko kto Gombrowicza tak naprawdę czyta?)
To prawda, że Gombrowicz związany był z polskością (ale z czym innym miał być związany, z chińszczyzną!?*), lecz polskość wcale nie była dla niego tematem kluczowym, tak jak by tego chcieli jego egzegeci, komentatorzy i gimnazjalni poloniści. Sam o tym pisał w Dziennikach: „Ale we mnie, może w skutek większego geograficznego dystansu, a może wskutek większego dystansu duchowego, ten proces antypolski został zamrożony, a ja o Polsce pisałem zawsze chłodno, jak o jednej z przeszkód, utrudniających mi życie, dla mnie Polska była i jest tylko jednym z rozlicznych moich kłopotów, ani na chwilę nie zapomniałem o drugorzędności tego tematu.” (podkreślenia Gombrowicza)
Warto zwrócić uwagę na określenie: „antypolski”. Bo tutaj sam pisarz przyznaje się, do tego jaka była jego rzeczywista postawa, pozbawiając tym samym argumentów tych, którzy utrzymywali, że mimo krytyki polskości, Gombrowicz był w rzeczywistości patriotą, tyle że ukrytym – kimś w rodzaju takiego patrioty à rebours – bo przecież, gdyby Polska była mu obojętna i niewiele go obchodziła, to by o niej tyle nie pisał. A skoro pisał, to był nią przejęty i chciał jej dobra – chcąc zarówno Polaka, jak i jego polskość, poprawić. Mnie się jednak wydaje, że owa polskość przyczepiła się do Gombrowicza, jak – nie przymierzając – rzep do psiego ogona i on po prostu chciał ją z siebie strząsnąć, by – jak sam to wyraził – dotrzeć do samego siebie – do kogoś, kto nie jest już określony przez narodowość i miejsce, skąd się pochodzi, tylko przez swoją własną „ludzkość” (człowieczeństwo) oraz indywidualność i osobniczy rozwój. Ale czy to w ogóle jest możliwe? A może to kolejny erudycyjny fikołek pisarza, który fajnie się czyta, ale który wisi jednak abstrakcyjnie w powietrzu i ma niewiele wspólnego z rzeczywistym gruntem, po którym drepczemy naszymi nóżkami? Tym bardziej, że nie ma jednak ucieczki przed formą: uchylając się przed jedną formą, wpadamy natychmiast w drugą. (Gombrowicz: „Im bardziej jest się poza formą, tym bardziej jest się w jej mocy”. Poza tym: czyż to nie forma nas stwarza, a nie my formę?)

3.

Mikołaj Grabowski, który wziął na swoje barki (czy też raczej głowę) karkołomne według mnie zadanie wyboru fragmentów z „Dziennika” i zaadaptowania ich na teatralną scenę, oczywiście nie pominął tychże wątków polskich, wydawałoby się: cokolwiek już wytartych (awantura o nie miała przecież miejsce dobre pół wieku temu) i w jego pisarstwie zwietrzałych; nawiązał nawet do polityki (przytaczając filipikę Gombrowicza przeciw demokratycznym wyborom), jak również do pacyfistycznej postawy pisarza, który jako żołnierz byłby, wedle jego własnych słów, „katastrofą” (to też jest od dawna nagminny zarzut przeciw Gombrowiczowi: że w obliczu wojny zachował się jak tchórz, zamiast walki z Niemcami wybierając wieloletni urlop w Argentynie, gdzie się tylko wymądrzał, usprawiedliwiając swoją antypolską postawę jakąś wydumaną literacką ekwilibrystyką.) Nie zabrakło też ustępów szydzących z polskich kompleksów leczonych bałwochwalstwem wobec naszych narodowych skarbów i świętości (bo przecicż byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa, mamy Wawel, Słowackiego i Mickiewicza; Chopin, Kopernik – a nawet Nietzsche! – byli Polakami, no i wiadomo: nie wypadliśmy sroce spod ogona – to wszystko powtarzane mechanicznie na scenie jak przez bandę manekinów – ćmoków ssących przy tym cukierki i mlaskających – niczym marionetki pociągane za sznur przez Adamczyka). Nie zabrakło też znanego wszem i wobec grepsu o Sienkiewiczu – tym „pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym” (choć takie określenia, jak „ten demon, ta katastrofa naszego rozumu, ten szkodnik” zostały chyba na scenie pominięte – ja przynajmniej ich sobie nie przypominam).
Dostało się też snobom i stadnemu zachwytowi nad sztuką, filistrom prowadzonym na pasku mód, pseudo-smakoszom sztuki „wysokiej”, którzy jak pies Pawłowa ślinią się na widok wszystkiego, co podsuwa się im pod nos, mówiąc że to jest wielkie, piękne, boskie i w ogóle arcydzieło.

4.

Ale na szczęście Grabowski wyłuskał z „Dzienników” również to, co odnosiło się do sedna egzystencjalnego doświadczania świata przez pisarza, jako istoty zanurzonej w rzeczywistości, która nie szczędzi mu swoich strasznych odsłon – zwłaszcza w tej warstwie z pozoru zwykłej i banalnej, ale ciągle podmywanej przez podziemny nurt rzeki ciemnej i wezbranej, nasączonej grozą. Problem w tym, że owa groza rozchodziła się natychmiast po kościach aktorów, rozwiewała się momentalnie w kiczowatym wystroju sali Copernicus Center – rozstrzeliwana przez salwy śmiechu rozbawionej tym wszystkim publiczności (by nie napisać w tym kontekście: gawiedzi**).
No bo czyż śmieszne nie jest to, że armia żuczków na plaży leży przewrócona na grzbiet, że stworzenia te przypiekane są niemiłosiernie przez słońce, przebierając w powietrzu nóżkami, bezradne wobec fatalizmu cierpienia i zgonu jaki w końcu czeka wszystkie istoty żywe? Albo: czyż to nie są jaja jak berety z tym zdychającym psem, którego agonię można odebrać tak albo tak, czy też może jeszcze siak czy owak – w zależności od widzimisię i samopoczucia jego pana, człowieka ponoć myślącego, a na dodatek kulturalnego?
Jest jeszcze ogromna potliwość pisarza – z samego siebie się wypacającego w upale – i płynącego gdzieś, płyyyyynąąąąceeeego… rzeką „niesamowitą” i o zmętniałej wodzie „jak z innej planety”, w tej rozlewności powszechnej nad otchłanią bezdenną, w tym rozpływaniu się namacalnego – w tym rozżarzeniu i rozedrganiu – kiedy gubi się sens i zaczynają się dziać rzeczy dziwne: „Dręcząca zawiłość na horyzoncie, ciężkie i brudne wymiona nieba zwisające nad splątaniem rozpędzonym i wrącym tej milionowej zmory niepojętej.” Człowieka trwoga przenika.
A tu śmiech na sali!

5.

Reżyser scenicznych „Dzienników” powiedział w jednym z wywiadów, że zależało mu na tym, by tekst Gombrowicza ukazać w sytuacji „krystalicznej, czystej i prostej”, zaś Magdalena Cielecka oświadczyła, że „wszystkie treści, cała zawartość Witolda Gombrowicza nie jest zaburzona przez inne rzeczy, nie odciąga naszej uwagi od zrozumienia tekstu”, innymi słowy: „zależało nam na tym, żeby widz wyszedł z teatru raczej z myślą Gombrowicza, niż z obrazami z przedstawienia.”
Ja jednak uważam, że tak się nie stało. Otóż aktorzy moim zdaniem tak „przysiedli” tekst Gombrowicza, tak wciągnęli go w swoje pląsy i galop, tak go „przy-SWOILI”, tak go ochędożyli sobą, że Gombrowicz w tej polifonii form wsobnych nie tyle utkwił (zawsze się bał uwięzienia w formie własnej, a co dopiero cudzej), co rozproszył się i rozniósł po sali, rozlał potokiem słów w tym gadulstwie nieokiełznanym – frazą, którą publiczność łapała jak umiała. A jak złapała – jakieś słówko, minę i gest – to się śmiała.
Ale, to nie wszystko – bo to nie był śmiech pozwalający na Katahrsis (wbrew temu co sobie założył reżyser, mówiąc: „śmiech gombrowiczowski nie jest po to, żeby widza ubawić, uhahać, tylko po to, żeby przez ten śmiech widz się oczyścił, tak jak Katharsis w antycznym teatrze”), ale śmiech właśnie uhahany. (Panie reżyserze, tu uwaga na marginesie: Katharsis!?, w sali, na Jackowie, nieopodal Milwaukee Ave. w Chicago? Really!? No jak przeżywali Katharsis, skoro go nie przeżywali?)

Paradoksalnie, do tego zawładnięcia – wzięcia w interpretacyjny jasyr – prozy Gombrowicza przyczyniło się to, że w przedstawieniu tym wzięli udział świetni aktorzy, obdarzeni mocnym charakterem i wyraźną osobowością sceniczną. To dlatego, summa summarum, wszyscy odnieśli wrażenie, że jest to przedstawienie nadzwyczaj udane. A im bardziej odnosili takie wrażenie, tym bardziej stawało się ono udane… Ale jednak udane było jako komedia, która często aż zanadto zbliżała się do kabaretu, a czasem to nawet do groteski.*** Dlatego widownia tak dobrze się bawiła, dlatego rozweseliła się i uśmiała – ale raczej pozostała impregnowana na gombrowiczowski sarkazm, złośliwość, zjadliwość, prześmiewczość, szyderstwo i drwinę. Innymi słowy, wątpię w to, że publiczność polonijna przeglądnęła się w Gombrowiczu jak w gogolowskim lustrze, uświadamiając sobie, że przecież z samej siebie się śmieje. Nie, z samego siebie tak się śmiać nie można – śmieliśmy się z innych.
I jak na komendę. Także klaskaliśmy. Bo oto Adamczyk rzuca w nas Gombrowiczem: „Oklaski.” (tutaj zaczynamy klaskać) „Oklaski znawców.” (klaszczemy nieco głośniej) „Oklaski amatorów.” (to samo mniej więcej natężenie oklasków) „Oklaski ignorantów.” (tutaj klaszczemy nieco ciszej) „Oklaski stadowe.” (mimo wszystko – a może właśnie dlatego – klaskanie się wzmaga!) „Oklaski wywołane oklaskami.” (nie ma co się zastanawiać – klaszczemy dalej) „Oklaski rosnące sobą” (rzeczywiście – rosną w nas i rosną), „piętrzące się na sobie” (tak właśnie: jedno klaskanie wchodzi na drugie wzmożone, coraz bardziej głośne), „podniecające” (tutaj rozlega się aplauz prawie), „wywołujące siebie” (oklaskowe continuum uderza pod sufit)…„i już nikt nie mógł nie klaskać, gdyż wszyscy klaskali” (tak, tak – tak właśnie było!).

6.

Tak więc aktorzy opanowali Gombrowicza na scenie. Ale i widownię. Kiedy oglądałem klip z jakiegoś wcześniejszego wystawienia ‚Dzienników” w Polsce (Lubin czy Lublin – już nie pamiętam), uderzyło mnie to, jak inaczej zagrali to samo aktorzy w Chicago. Tam: bez większego przekonania, bezbarwnie, potykając się nawet; tutaj – z pewnością, wyrazistością, polotem i werwą. Ja myślę, że doszło do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego – aktorzy i widzowie nakręcali się nawzajem, przez co w aktorską trupę wstąpiło życie – jakaś nadzwyczajna performerska energia.
Gombrowicza przy tym rozebrali i zdekonstruowali, ale jakby go przy tym wzmacniając – tyle, że bardziej w tej warstwie werbalnej, niż znaczeniowej, bardziej jednak w obrazkach i ruchu, niż w semantyce i myśli.
Czy to źle, czy dobrze? Nie wiem.

To w sumie zdumiewające, jak łatwo Gombrowicz „dziennikowy” dał się temu zespołowi „podebrać” scenicznie. Można było odnieść wrażenie, że to sam Gombrowicz rozpisał siebie na poszczególne postaci, dzięki czemu one wcale nie musiały szukać autora – on im się tam po prostu wykładał: jak nie na rzece Paranie, to na argentyńskim piasku, jak nie w sali koncertowej, to w salonie snoba… Ujawnia to tylko wielkie możliwości polifoniczne tego co pisał Gombrowicz – co pewnie było skutkiem specyficznego (rozczłonkowanego, rozedrganego, nadwrażliwego…) postrzegania przez niego rzeczywistości i próbą ujęcia tego w ekspresji słowa.
Teatr IMKA wymyślił sobie przed premierą hasło: „Każdy z nas jest Gombrowiczem”, ale – jak przyznała Cielecka – było to raczej hasło marketingowe. A jednak w tym coś jest: bo przecież na scenie każdy z aktorów stawał się w jakimś sensie Gombrowiczem, choćby przez to, że mówił „nim” w pierwszej osobie.
Jan Peszek to Gombrowicz stary, ale nadal obsesyjnie zajęty ciałem (i to nie tylko swoim), hiper-ruchliwy (nie tylko mentalnie), esteta i satyr – raz ostry i przenikliwy, innym razem zaś mętny, zrzędliwy, cyniczny. Widziałem, że aktor ten doskonale znajdował się w tym Gombrowiczu, który przypominał jego samego (inteligencja, biologizm, estetyzm, kinetyka, styl – o pewnym powinowactwie poglądowym nie wspominając) i wykładał to na scenie jak w swoim dominium. Peszek zawsze dla mnie będzie wielki (m.in. za interpretację Schaeffera, która dzięki niemu utkwiła mi w głowie jeszcze w czasach mego pacholęctwa).
Piotr Adamczyk zaś to Gombrowicz wcielający się często w to, z czego sam szydził, ale także narrator, dyrygent, instrumentalista i… tancerz. Aktor wszechstronny i koncertowy – w dobrym tego słowa znaczeniu. Magdalena Cielecka rozsiewała po scenie Gombrowicza wydelikaconego (jej kobiecość raczej nie była przeszkodą w ukazaniu tej „feminalnej” strony pisarza), dyszącego i potliwego – zmagającego się zarówno z przejaskrawionym, jak i ciemnym nurtem egzystencji. Uderzyła mnie inscenizacyjna pewność tej aktorki – jej wielka umiejętność poruszania się zarówno w repertuarze gestów, jak i znaczeniach wypowiadanych przez siebie słów. Tomasz Karolak to coś jakby parobkowa antyteza Jaśniepanicza, z jednej strony misiowaty, ale z drugiej bardzo energiczny; bezpośredni i fizyczny, ale mający pretensje do empatii; z pozoru prostacki, ale z tęsknotą za inteligencją. Wydawało mi się, że to on głównie pchał „Dzienniki” w stronę kabaretu. W stronę Polaka gbura grawitował zaś Andrzej Konopka – ponurym zwykle spojrzeniem taksujący widownię, jakby taki Polak trochę skacowany. Miał swoje wzloty, ale też lekkie potknięcia – myślę że najlepiej niestety wyszło mu wykręcanie sobie gęby Sienkiewiczem i sarmatą. Aktor ten poszedł więc w stronę szyderstwa, ponuractwa i karykatury. Iwona Bielska… Tę panią jest mi rozgryźć trudno, bo raz była taka, innym razem znów owaka; raz grała tak, to znowu siak – nadawała się dobrze zarówno na kobietę z zasadami – wyniosłą i arystokratyczną, jak i na rajfurę – zjadliwą i gderliwą. W tej swojej czerni i w krześle jeżdżącym po całej scenie na kółkach, sprawiała na mnie wrażenie matrony – ale takiej wywrotowej, z anarchistycznym zacięciem. No i – last but not the leastOlga Mysłowska, czyli Gombrowicz wokalny. Przenikliwa, przenikliwa… Statyczna i drobna, lecz w istocie silna. Płynąca w tym nurcie z czerni z miną zaciętego mima. Niby krucha, bo filigranowa, a jednak potrafiąca wprowadzić nas w niezłe wibracje – naprawdę zatrzęsły mną czasami te jej tony i interpretacje. Wydawać by się mogło, że ten demarczykowo-sopranowy duch nie przystaje do komedii jaką odstawiali wszyscy aktorzy, ale jednak dla mnie to zagrało i brzmiało – było kontrapunktem i przeciwwagą do (być może zanadto) rozochoconego humorem i śmiechem, ruchliwego towarzystwa z IMKI.
No cóż – wychodzi na to, że było bogato.

7.

Jak nie żałowałem, że nie było mnie w Copernicus Center, kiedy przybył tu Obama, tak miałbym czego żałować, gdyby mi się nie udało być tu na spektaklu IMKI.

greydot.

* To oczywiście nawiązanie do riposty Gombrowicza, który na „wydziwianie” (m.in. Kisiela), że ma on „niezdrowy romans i zasadniczy szał” z polskim dziedzictwem, odparł: „A z jakimże mam mieć? Z chińskim?”, co naturalnie było klasycznym odwróceniem kota ogonem i miało jednak coś ze „rżnięcia głupa”.

** Nie chcę być jednak tak złośliwy, jak Gombrowicz, który swego czasu stwierdził: „większość czytelników to lud prymitywny”.

*** Nic nie robiąc sobie z tego, co Gombrowicz napisał o grotesce: „Gro­tes­ka to sig­num nieudol­ności, mar­ka fab­ryczna tandety.” Pewnie dlatego, że pisarz sam często w niej się pławił.

.

Ciało zagrało - zmagania Gombrowicza nagim bytem i niewygodną egzystencją w strasznym świecie. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody kolos (aktor anonimowy), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

Ciało zagrało – zmagania Gombrowicza z nagim bytem i niewygodną, potliwą egzystencją w świecie rozpławionym i rozbabranym. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody bóg – latynoski kolos (aktor nieznany), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE

.

PS. Za te zdjęcia to Karolak chciał mnie rozstrzelać (mierząc do mnie z karabinu), ale na szczęście więziła go forma… nie mówiąc już o tym, że karabin był atrapą – i na pewno nie była to strzelba Czechowa.

.

„WENECJA”, „ŚLUBY PANIEŃSKIE”, „KOŁYSANKA”, „ŚWIĘTY INTERES”, „MAŁA MATURA 1947”, „MOJA KREW”, „WICHRY KOŁYMY” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I) )

Wprawdzie Festiwal Filmu Polskiego jest dopiero na półmetku, to jednak – kontynuując wątek jesieni w kinie – chciałbym już teraz podzielić się z Wami wrażeniami jakie wyniosłem po obejrzeniu siedmiu filmów, które znalazły się w repertuarze chicagowskiej imprezy.

”WENECJA” (reż. Jan Jakub Kolski)
** * * * * *

Okrutny świat widziany oczyma dziecka nie przestaje być światem tajemniczym i magicznym

„Wenecja” to bez wątpienia najpiękniejszy wizualnie film Jana Jakuba Kolskiego – co jest zachwytem tym większym, że przecież dotychczasowe jego filmy też pod tym względem sroce spod ogona nie wypadały, wyróżniając się urodą wręcz magiczną spośród innych obrazów polskiego kina nurzających się z namiętnością wręcz turpistyczną w szarzyźnie i przaśności europejskiej prowincji, jaką niektórzy widzą nasz kraj od zawsze.
Każde dziecko wie, że JJK to jeden z najbardziej oryginalnych naszych twórców filmowych, że jego filmy rozpoznać można na kilometr, i że zawsze jest w nich magia, którą Kolski wyciąga jak królika za uszy z przepastnego i zaczarowanego kapelusza swojej dziecięcej wyobraźni. Przy czym, jego pierwsze filmy nie udawały tego, że są jakąś drugą stroną lustra naszej twardej, prozaicznej i rozczarowującej rzeczywistości, tworząc swój autonomiczny a cudowny świat niczym z baśni dla dzieci mniejszych i większych. Z czasem jednak (głównie z prozaicznego względu, jakim był brak materialnych środków do kreacji tychże światów) Kolski zbliżał się do „realizmu”, nie rozwiewając wszak swej poetyckiej aury i nie pozbywając się wielkiej a zmysłowej wrażliwości na barwę, obraz, muzykę… ani tej lirycznej głębi i subtelnego drżenia pod „ludzkimi żebrami” (te ostatnie, ujęte w cudzysłów słowa, to autorskie określenie JJK odnoszące się do… serca, duszy, nerwów, trzewi – czyli do ludzkiej wrażliwości.)

Chłopięce marzenia zderzają się z realnym koszmarem

„Wenecja” Kolskiego to czysta poezja dla oka, ale już nie miód dla naszej duszy – bo tyle w nim gorzkiej i bolesnej melancholii, że można nią obdzielić kilka najsmętniejszych nawet obrazów. Bo taki też był okres, w jakim osadzona została akcja filmu, którego pomysł zaczerpnięto z jednego z opowiadań Włodzimierza Odojewskiego (chodzi konkretnie o „Sezon w Wenecji”). Jest to historia 11-letniego chłopca, którego dojrzewanie przypadło (czy musimy dodawać: jakże niefortunnie?) na czas wybuchu II wojny światowej, niemieckiej okupacji, sowieckiej „wyzwoleńczej” inwazji i… dość nieodpowiedzialnego szlajania się jego własnej matki, która pozostawiła go na pastwę niespełnionych marzeń, znienawidzonego miejsca (popadły w ruinę pałac zaludniony niespełnionymi w życiu ciotkami) i bolesnych doświadczeń tamtego okrutnego czasu.
Trudno twórców „Wenecji” posądzać o jakiekolwiek zapożyczenia (z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej, która ponoć okazała się być plagiatem, więc musiano ją zmienić – nota bene na znakomitą), ale film przywiódł mi do głowy pewne skojarzenia… choćby z „Tajemniczym ogrodem”, choćby z „Labiryntem Fauna” czy z „Alicją w Krainie Czarów”, a nawet z „Pannami z wilka”… ale to pewnie dlatego, że oglądam zbyt wiele filmów. Obraz Kolskiego ma natomiast bardzo specyficzny i ogarniający wszystko (przemożnie) klimat, co jest już bez wątpienia jak najbardziej autorską zasługą samego reżysera, ale i również – nie można o tym nie wspomnieć w jakiejkolwiek uczciwej recenzji tego filmu – operatora zdjęć Artura Reinharta.

Marcin Walewski w „Wenecji”

Kolskiemu udało się również (jakimś cudem?) ożenić w swoim filmie ogień z wodą. Woda to wg mnie powolna akcja, niespieszne tempo, długie a wymowne spojrzenia, rozległe panoramy, ciemna chromatyka… Ogień zaś to te krótkie, ale jakże dramatyczne i bolesne spięcia: strzał w tył głowy polskiego oficera w Katyniu, wyrok wykonany (przez dzieci, zresztą) na volksdojczu, Niemiec-meloman mordujący żydowskiego chłopca, sowiecki wirtuoz-pianista robiący w piwnicy masakrę za pomocą swojej pepeszy, czy wreszcie – last but not the least – zbombardowanie i ostrzelanie przez niemieckie samoloty kolumny polskich żołnierzy (muszę tu napisać, że ta ostatnia scena jest zrealizowana przez polskich filmowców bez mała genialnie – moim zdaniem Hollywood i sam Spielberg mógłby się czegoś z niej nauczyć).
Chociaż… zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?
Mam nadzieję, że nie – że to jeszcze nie ten czas, a może nawet nigdy do tego nie dojdzie i Jak Jakub pozostanie jednak chłopcem do końca swojego życia? Wbrew temu co powiedział na ten temat w jednym ze swoich ostatnich wywiadów:
„Jestem chyba w tym najlepszym okresie swojego życia – to te najwłaściwsze, najlepsze 5 lat w mojej pracy, kiedy już jestem wystarczająco dojrzały i zaawansowany warsztatowo, żeby móc ten świat (filmu) organizować przemyślnie; a (z drugiej strony) mam ciągle tę ciekawość małego chłopca, który wygląda przez moje oczy i chce się dziwić światu. Pewnie ta kombinacja nie potrwa długo, bo jak każdy mężczyzna w moim wieku zacznę cynicznieć i nie będę miał już ciekawości patrzenia na kolejne rzeczy, i nie będę się dziwił, i nie będę robił dużych oczu, i nie będę się czerwienił ze wstydu…”
Panie Janie Jakubie Kolski – to czerwienienie ze wstydu można sobie darować, ale życzę Panu, by nie uległ Pan cynizmowi a oczy nadal miał Pan szeroko otwarte od wiecznego zadziwiania się tym naszym strasznym i cudownym zarazem światem.

Okrutne czasy to także czasy przyśpieszonego dojrzewania

*

”ŚLUBY PANIEŃSKIE” (reż. Filip Bajon)
** * * * * *

Niekiedy zasadne wydaje się pytanie, czy warto ruszać stare i zmurszałe trupy polskiej literatury, przewracając je na różne strony, wygrzebując „uniwersalizmy”, reanimując, post-modernistycznie udziwniając (co najczęściej nazywa się „uaktualnianiem”)… Czy nie lepiej zostawić je w środowisku w którym „czują się” one najlepiej – czyli we własnym sosie kontekstu epoki i jej konwencji, tudzież w muzeum zbiorowej wyobraźni odwiedzanym zazwyczaj przez szkolne wycieczki pędzone tam tłumnie w ramach obowiązku poznania kanonu szkolnych lektur?

Fredro – reaktywacja (Maciej Stuhr i Borys Szyc w filmowych „Ślubach panieńskich”)

Kiedy polskim filmowcom taki reanimacyjny zabieg się udaje (jak np. Wajdzie z „Weselem” czy „Panem Tadeuszem”) to odpowiadamy, że niekoniecznie – że dobrze się stało, iż kino to truchło rewitalizowało. Kiedy zaś udaje się miernie i zwłoki nie trzymają się – nomen omen – kupy (jak np. Kawalerowiczowi z „Quo Vadis” czy Hoffmanowi z „Ogniem i mieczem”), to nasza odpowiedź brzmi: tak, lepiej było nie ruszać, nie tykać, nie kręcić…
„Śluby panieńskie” Filipa Bajona stoją tu gdzieś pomiędzy: tak jakby reanimacja nie powiodła się do końca – tzn. coś się tam rusza, ale już raczej nie podskoczy; niby jest OK, ale jednak coś szwankuje; niby kolorowo, dziarsko, staro-polsko i zabawnie, ale coś jakby na niby, więc trzeba się ratować laptopem, ciężarówką, plastikiem i komórką.
Ale nie róbmy sobie (aż takich) jaj z pogrzebu. Bowiem wysiłek Bajona (i innych twórców filmu, w tym zwłaszcza aktorów) zasługuje na choćby mały dyg i czapkę z głowy.
Co więc powstrzymuje nas od ukłonu do samej ziemi (o powaleniu na kolana nie wspominając?)
Otóż powodów jest kilka. Być może Fredro tak się postarzał, zmuzealniał i zmurszał tak, że już nic go ruszyć nie może, nawet talent Bajona, Więckiewicza, Szyca, scenografów, kamerzystów i Stuhra? Być może „śluby panieńskie” w odniesieniu do naszych współczesnych dziewic i panienek mogłyby się już tylko wydać śmiechu wartym „obciachem”, albo i nawet „badziewiem”? Być może, po prostu, całe to zamieszanie to wiele hałasu o nic? Być może…
Ale mnie najbardziej doskwierały te pomysły Bajona z komórkami, plastikiem i tabloidem z Olszówką na okładce. Moim zdaniem – nie przypiął, ni przyłatał. Mało: rozbijają one wg mnie cały film, bo zmuszają nas (tak obcesowo i brutalnie zresztą) do porzucenia konwencji – tak, że dalej już nie mogliśmy udawać, że to wszystko ma sens i zaczepienie w jakimś spójnym świecie, choćby w świecie naszej wyobraźni (który przecież, na swój sposób, też musi być spójny). Jednym słowem: Bajon popsuł nam tym zabawę. Tym bardziej, że ta jego współczesność wypadła tak strasznie niemrawo i jest jej tam tyle, co kot napłakał.

Dalsze podchody polskiego kina do lekko zmurszałej narodowej literatury (Anna Cieślak i Marta Żmuda-Trzebiatowska w „Ślubach panieńskich” Fredry i Bajona)

Oczywiście, że podobnych zabiegów (z łamaniem konwencji, chronologii i spójności epoki;  z przypominaniem widzowi, że to tylko kino, że wszystko na sprzedaż, że to tylko taka zabawa „na niby”) w kinie dokonywano bez liku. Lecz takie operacje zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko i udają się stosunkowo rzadko. Bajon zaryzykował i… udało mu się to średnio – a właściwie to nie udało mu się to wcale, i na jego miejscu te komórki i plastiki z Fredry bym wyciął. Bo do imć hrabiego pasują one jak wół do karety i tylko mogą przewrócić go w grobie – do czego, miejmy nadzieję, nie dojdzie.

Polskie wampiry – cokolwiek anemiczne

„KOŁYSANKA” (reż. Juliusz Machulski)
** * * * * *

Mimo wielkiej sympatii jaką przejawiam (osobiście) do Juliusza Machulskiego, czuję się zmuszony napisać, że jego najnowszy film, (który w zamierzeniu miał być „pełnokrwistą komedią”) wzbudził we mnie uczucia nad wyraz mieszane: od bardzo umiarkowanego rozbawienia po… niestety, zażenowanie. Ja wiem, że Machulski kinem się bawi (bo jak sam mówi to dla niego „zabawka”), tylko – na Drakulę! – dlaczegóż on się tym kinem bawi na poziomie 12 letniego chłopca (a nie chłopca 50-letniego, który jest przecież  niezwykle sprawnym rzemieślnikiem kina, człowiekiem o niepoślednim poczuciu humoru i nietuzinkowej inteligencji)?
Wydaje mi się, że cała reżyserska para Machulskiego poszła w „Kołysance” na zabawę w pastisz filmów grozy (o wampirach), przy jednoczesnym zaniedbaniu takich „drobiazgów” jak fabuła (w tym filmie prawie żadna) i dramaturgia (której w „Kołysance” też w zasadzie nie ma, bo wszystko staje się przewidywalne, mimo pozorów oryginalności). Malownicza scenografia, robiąca wrażenie charakteryzacja, dobre aktorstwo (choć z tym ostatnim jest w „Kołysance” różnie)… wszystko to właściwie tylko wzmaga moje poczucie, iż oto zmarnowano dobry skądinąd pomysł na niezłą komedię o polskich wampirach, która jednocześnie miałaby jakiś ostrzejszy satyryczny… hm…ząb. Niestety, te ząbki wyleciały, jak – nie przymierzając – cudacznemu dziadkowi wampirowi, granemu w „Kołysance” przez wyróżniającego się niebanalna urodą Janusza Chabiora.
A zaczęło się świetnie: sama czołówka filmu jest rewelacyjna! Niestety, im dalej, tym robiło się już coraz bardziej swojsko, czyli dość anemicznie, mdło i nijako, no i w końcu wszystko osiadło na sitcomowej mieliźnie.
Z przykrością pisze te słowa, bo życzę Machulskiemu jak najlepiej, ciągle się niestety zawodząc na jego komediowym wyczuciu, które zbyt często nie wyrasta ponad poziom sztubackiego skeczu. Może nadszedł czas by trochę… spoważnieć? Tym bardziej, że ostatni film reżysera jakim był „Koń trojański”, sprawił mi doprawdy miłą niespodziankę. Może właśnie dlatego, że objawił się tam Machulski w roli kogoś, kto potrafi opowiedzieć ciekawą historię o ludziach, niekoniecznie usilnie przy tym dowcipkując i robiąc ze swoich bohaterów niezbyt rozgarniętych przygłupów?
*

„ŚWIĘTY INTERES” (reż. Maciej Wojtyszko)
** * * * * *

Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz w „Świętym interesie” – tym razem już nie tacy święci

Komedie są potrzebne. Zwłaszcza w Polsce – w kraju gdzie często na pierwszy plan pcha się siermiężna powaga, cierpiętniczy dramatyzm i nacjonalistyczno-religijna histeria. Szkopuł w tym, że film Macieja Wojtyszki jest właściwie dowcipem na jedną chwilę, takim filmowym „wicem”, o którym po śmiechu (przypominającym wszak niekiedy rechot) dość szybko się zapomina. Nawet, jeśli jest on solidnie opowiedziany i przedstawiony. A w „Świętym interesie” biorą przecież udział najbardziej „święci” z wszystkich „świętych” polskich aktorów – Piotr Adamczyk (pamiętny z roli Jana Pawła II) oraz Adam Woronowicz (filmowy ksiądz Jerzy Popiełuszko). I w kontekście filmu Wojtyszki, wybór właśnie tych aktorów na odtwórców głównych ról w „Świętym interesie”, nie wydaje się być przypadkowy.
Ale nie wydaje się też być zasadny, bo czymś ponad przeciętnym, ci – skądinąd dobrzy – aktorzy w tym filmie raczej wykazać się nie mogli.
„Święty interes” ma swoje dobre momenty, jest całkiem nieźle sfotografowany (a nawet pobrzmiewa w nim muzyka naszego wielkiego kompozytorskiego tuza Zygmunta Koniecznego – ach ten nasz rodzimy przerost formy nad treścią!) lecz zawartość myślowa, (którą przecież trudno nazwać intelektualną) jest dość mizerna i toporna, by nie napisać – prostacka (ech, te komercyjne skłony i dygi filmowych producentów „pod publiczkę”).
Przedstawiciele chicagowskiego Festiwalu (jak również producent filmu) mówili o nagle wzmocnionej  -przez zachodzące obecnie w naszym kraju wydarzenia – aktualności filmu Wojtyszki (bo powodzie, bo wojna o religijne symbole, bo zderzenie zapyziałej i będącej „sto lat za murzynami” polskiej wsi ze świetlaną europejską Unią…), ale chyba raczyli żartować, że „Święty interes” we wszystkie te problemy wchodzi głębiej, niż ironiczny przytyk pod adresem naszej ludowej religijności, która pada na klęczki przed krzyżem (czy jakimkolwiek pseudo-sakralnym a odpustowym gadżetem, którym w tym filmie jest stara warszawa należąca ponoć ongiś do Karola Wojtyły), by zaraz potem rzucić „ch…m” czy „k…ą”, tudzież utopić sąsiada w małej łyżce wody.
*

„MAŁA MATURA 1947” (reż. Janusz Majewski)
** * * * * *

„Mała matura” – z wynikiem dostatecznym (plus), czyli weterani robią kino solidne ale dość przeciętne

Film całkiem niezły, acz do bólu poprawny. Nic dziwnego, Janusz Majewski to „stary wyjadacz” polskiego kina, mając na swoim sumieniu jedną z najlepszych polskich komedii, a mianowicie pamiętnych „C.K. Dezerterów”.
„Mała matura 1947” wszak nakręcona jest już bardziej „po bożemu”, bez anarchizmu, sprośności i dezynwoltury tamtego filmu, co jednak nie oznacza, że sztywno, kostycznie, bez polotu i na kolanach. Nie, to obraz „gładki” ale dający się oglądać z zainteresowaniem; operujący stereotypami, lecz korespondujący dość wiernie z rzeczywistością historyczną Polski pierwszych lat powojnia; no i zaludniony ciekawymi personami (a jednocześnie weteranami) polskiego aktorstwa, wśród których prym wiodą Jan Zborowski, Olgierd Łukaszewicz i Wojciech Pszoniak (wszyscy oni sprawiają wrażenie/boć przecie nie anieli/jakby z wystąpienia w „Małej maturze”/niezły ubaw mieli). Wspomnieć także wypada o Arturze Żmijewskim i Marku Kondracie, którzy jednak zachowują bardziej poważne, a może nawet marsowe oblicze, no i może jeszcze o ein Knie Soni Bohdziewicz.
Oprócz tego Majewski pozwolił wystąpić w swoim filmie całej paczce młodych debiutantów, którzy grają absolwentów krakowskiego gimnazjum im. Jana III Sobieskiego. I to właśnie oni są głównymi bohaterami „Małej matury”. Dodać należy, iż młodzieńcy ci wywiązują się tu ze swojego obowiązku całkiem przyzwoicie (naturalnie z wyjątkiem… momentu, kiedy udają się gremialnie, czyli tzw. „całą churmą” do burdelu).
Żarty żartami – ale śledząc losy filmowych bohaterów nie zawsze jest nam jednak do śmiechu. Bo były to czasy, kiedy było już wiadomo, że bez upodlenia Polaków przez „Ruskich” obyć się nie może, że młodość chmurna i durna doświadczona zostanie nie tylko przez hormony ale i przez wredną politykę, że zabawy w patriotyzm mogą się skończyć tragicznie…
Na pewno film Majewskiego kamieniem milowym kina polskiego nie jest, jest natomiast kawałem solidnej filmowej roboty, i choćby ze względu na to warto mu poświęcić te półtorej godziny swojej uwagi.
*

„MOJA KREW” (reż. Marcin Wrona)
** * * * * *

Rzecz w naszym kinie dotychczas niespotykana: miłość polskiego boksera do wietnamskiej imigrantki (desperacka, mroczna i gwałtowna)

Film mocny, brutalny, bez mała desperacki… również w tej swojej rozedrganej nerwowości chorobliwy tak, jak jego główny bohater – pocięty, zakrwawiony, posiniaczony i śmiertelnie chory bokser Igor, grany z ciężkim, ale jednocześnie nie pozbawionym polotu fatalizmem umęczonego życiem naturszczyka przez Eryka Lubosa, (który rasowym aktorem bez wątpienia jest, więc owo miano „naturszczyk” traktować tu należy jak komplement).
Jak już wspomniałem, „Moja krew” to film mocny – z mocną kreacją Lubosa, solidną realizacją (zdjęcia, muzyka, montaż…) – ale niestety z niezbyt mocnym (przynajmniej miejscami – bo pomysł nań był bez wątpienia bardzo oryginalny i ciekawy) scenariuszem, którego w kilku momentach rozkłada jego nieprawdopodobieństwo (i to zarówno jeśli chodzi o wydarzenia, jak i psychologię postaci). Również główny wątek odnoszący się (a jest to niewątpliwie pewna nowość w kinie nad Wisłą) do zderzenia kulturowego polskiej rzeczywistości z Azją, pozostaje na pewnej stereotypowej płyciźnie – i wygląda na to, że bardziej był on potrzebny autorom filmu do podbudowania postaci Igora i jego życiowego dylematu, niż wyrastał z chęci jakiejś głębszej mentalno-kulturowej eksploracji obcego nam świata.
Napisawszy to, nie mogę wszak nie pochwalić młodej wietnamskiej debiutantki (Luu De Ly), która wniosła do filmu Wrony wielką delikatność i kruchość, tak potrzebną przecież w kontrapunkcie do brutalności, szorstkości i gwałtu, jakim przepełniona jest postać Igora.
Tak więc, Polak z Wietnamką tworzą parę niezwykłą, ale przedstawienie ich relacji w tym filmie na pewno nie wyczerpie zapotrzebowania w naszym kraju na zajęcie się problemem stosunku Polaków do mniejszości etnicznych, które przecież w Polsce istnieją, choć spychane są na margines społecznej świadomości.
Uwagę zwraca styl w jakim Marcin Wrona zrobił ten film. Niby nonszalancki, spontaniczny i niedbały, a jednak w tej swojej clipowej, werystycznej manierze niezwykle precyzyjny, konsekwentny i zdecydowany. Rezultatem tego niezwykłego mariażu jest oryginalność, która może być kiedyś rozpoznana jako znak firmowy tego reżysera, czego mu zresztą życzę.
„Moja Krew” to właściwie debiut fabularny Wrony. Wszystko wskazuje więc na to, że  będzie można się po nim spodziewać jeszcze lepszych niż omawiana tu „Moja krew” filmów (i, podobno, jego najnowszy obraz „Chrzest”, takim właśnie filmem jest, o czym chciałbym się jak najszybciej przekonać).

Mocna i brutalna „Moja krew” Marcina Wrony

*

„WICHRY KOŁYMY” („Within the Whirlwind”, reż. Marleen Gorris, Niemcy/Polska/Belgia)
** * * * * *

Nie łudźmy się – te miliony ofiar, które zginęły w sowieckich Gułagach, to nie jest sprawka tylko jednego potwora (jakim chcemy widzieć Stalina). To wszystko było możliwe dzięki koszmarnie choć chaotycznie rozbudowanej machinie systemu, który nota bene tworzyła (wprawiała w ruch i oliwiła) nie tylko Komunistyczna Partia ZSRR, ale większość Rosjan. W tym (a może nawet zwłaszcza?) ci, nawiedzeni ideowo karierowicze, których de facto reprezentantem była także Eugenia Ginsburg,  główna bohaterka „Wichrów Kołymy”.

Emily Watson i Agata Buzek – razem na nieludzkiej ziemi

Ginsburg to znana postać. Jej „Stroma ściana”, w której opisała swoje doświadczenia łagrowe na zesłaniu na Syberii (w sumie, w niewoli, spędziła ona 18 lat swojego życia), to obok książek Sołżenicyna i Szałamowa kanon literatury „łagrowej”. Ale jak na ironię, w odróżnieniu od innych autorów (także tych naszych, rodzimych, takich jak np. Józef Czapski i Gustaw Herling-Grudziński), autorka właściwie nigdy (dobrowolnie, czy też raczej świadomie i z rozmysłem) dysydentką komunizmu się nie stała (a nawet, po tych doświadczeniach łagrowych, wstąpiła ponownie do KPZR). „Wrogiem ludu” stała się niejako z nadania swojej macierzystej partii, oskarżona ( i skazana na 10 lat ciężkich robót) za udział w spisku, w którym zresztą nigdy nie wzięła udziału.
Lecz niestety, reżyserkę  Marleen Gorris (jak również autorów scenariusza), te ideowe meandry i dotarcie do sedna (oraz genezy) totalitarnego koszmaru nie wydają się zbytnio obchodzić. Obchodzi ich natomiast głównie inteligentna, silna choć wrażliwa oraz żywotna choć pozbawiona wolności kobieta i jej walka o przetrwanie w nieludzkich warunkach obozowej rzeczywistości. Także miłość, jaka ją w obozie spotkała. Oto dlaczego „Wichry Kołymy” są bardziej melodramatem, niż autentycznym i dogłębnym oskarżeniem systemów totalitarnych, z ich masowym zamienianiem ludzi w niewolników i uśmiercaniem. I jako takie, są filmem naprawdę niezłym, absorbującym, sprawnym technicznie, ze znakomitym wystąpieniem grającej główną rolą Emily Watson (pamiętnej z ról w tak dobrych filmach, jak „Przełamując fale” Larsa Von Triera czy „Hillary and Jackie” Tuckera).
Warto też wspomnieć, że film jest międzynarodową koprodukcją, ze sporym udziałem polskich aktorów (Agata Buzek, Maria Seweryn, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Globisz) i został nakręcony głównie na terenie naszego kraju.
*

„Wichry Kołymy” – czyli mroźnie ale i melodramatycznie

*