W BOŻYCH ŻARNACH (O filmie Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż”)

*

„Młyn i krzyż” – malarstwo staje się kinem

*

Lech Majewski spełnia swoim filmem marzenie każdego, kto tak głęboko kontempluje malarski obraz, jakby chciał weń wejść – ożywiając przy tym to, co pokazuje na płótnie malarz utrwalający, niczym w stop-klatce, pełną ruchu i ludzkiej krzątaniny rzeczywistość. Tutaj obrazem tym jest „Droga krzyżowa”, malarzem Pieter Bruegel, a rzeczywistością – XVI-wieczna, skłaniająca się ku protestantyzmowi Flamandia, rządzona okrutną ręką przez katolickich Hiszpanów.

Wydaje mi się, że tylko ktoś, kto doskonale potrafiłby wczuć się w brueglowską wizję – podzielając niejako sposób postrzegania świata przez flamandzkiego mistrza – mógłby dokonać tego tak rewelacyjnie, jak udało się to zrobić Lechowi Majewskiemu i innym twórcom „Młyna i krzyża”, którzy z efektem niemalże magicznym przetransponowali na filmowy obraz to, co czysto malarskie.
Sam Majewski się szczyci: „Gibson, który jest krytykiem sztuki, napisał w ‚Herald Tribune’, że mam umysł brueglowski.” (Michael Gibson to autor książki o „Drodze krzyżowej” Bruegla, z której Majewski korzystał, pisząc scenariusz „Młyna i krzyża”.) A my – oglądając film – nie mamy większych wątpliwości, aby się z tym stwierdzeniem zgodzić.

Obraz Bruegla przypomina mapę świata, którego pejzaż i przyroda przenika się z tym co ludzkie. Jest też niczym pajęcza sieć, w którą twórca (będący tu zarówno demiurgiem, jak i czymś w rodzaju pająka-predatora) chwyta człowieka wraz z jego czynami, przygodami, losem, niedolą… i układa z tego wszystkiego mozaikę, być może napawając się przy tym skomplikowanym bogactwem własnego stworzenia. Lecz cała ta pajęczyna jest widoczna tylko dla Niego samego. Człowiek w niej utknął i się szamocze, często nawet o tym nie wiedząc. I widzi tylko mały fragment tej pajęczej rzeczywistości – najczęściej przypadkowy i rzadko ukazujący to, co najważniejsze… jak np. ukrzyżowanie człowieka, który sam może być (czy też stać się) Bogiem. Upadły pod ciężarem krzyża Chrystus, (który na obrazie Bruegla jest zapewne protestanckim Flamandem umęczonym przez hiszpańskich katolików) znajduje się wprawdzie w samym środku „bosko”-Brueglowej pajęczyny, ale prawie nikt z blisko pięciuset osobowego tłumu zaludniającego obraz, nie zwraca na niego uwagi. Zamiast tego wielu z nich patrzy na opierającego się rękami i nogami Szymona, którego żołnierze chcą przymusić do tego, by pomógł skazańcowi w niesieniu krzyża na Golgotę.

Malarz i filozof (Rutger Hauer jako Bruegel)

Tak więc ludzie w zasadzie nie dostrzegają niczego poza czubkiem własnego nosa, skupiając się na swoim kawałku podłogi (pajęczyny-mapy), a kiedy już wyglądną dalej, to najczęściej widzą coś przypadkowego, czego sensu zwykle nie pojmują. I dalej uprawiają ten swój mały spłachetek, wciągnięci w koło życia, stające się z czasem dla nich kołem śmierci, które – niczym kosmiczne żarna boskiego młyna –  zmiele i zetrze w końcu na proch każdego człowieka.
Lecz wszystko wskazuje na to, że Bruegel nie ma do ludzi o tą nieuwagę i rozproszenie pretensji. Bo jakże można mieć pretensje do ziarenka, które wraz z miliardami innych ziarenek zboża wyrastającego na poletku Pana Boga jest ścinane, młócone, pakowane do worów, mielone na mąkę, wypiekane w chlebie, połykane, trawione i wydalane?

*  *  *

Daje się jednak zauważyć różnica między Majewskim a Brueglem w rozłożeniu akcentów i podejściu do człowieka. W filmie uderza nas okrucieństwo z jakim traktowany jest człowiek przez innych ludzi, (którzy wszak także wydają się być tylko ślepymi trybikami jakiejś większej machiny, tutaj: hiszpańskiego Hegemona) – i to właśnie okrucieństwo, osamotnienie w cierpieniu wraz z ludzką wobec tego bezradnością, stanowi główny ciężar filmu (poddanie się życiu i powszedniości wydaje mi się jednak bardziej tłem całego obrazu, choć wydobywane jest przez reżysera na pierwszy plan). Natomiast na płótnie Bruegla człowiek jest zaledwie jednym z wielu elementów przyrody budującej cały krajobraz „uniwersalny”. Gdzieś z wysoka patrzy na to wszystko malarz-twórca – bardziej chyba jednak filozof niż artysta – a jego postawa przypomina coś w rodzaju panteistycznego stoicyzmu. Choć może jest to tylko nasze złudzenie? – bo stoicyzm charakteryzuje raczej chłód, a przecież Bruegel, kreując takie bogactwo, nie mógł tego zrobić „na zimno”. Trudno mi się także zgodzić z tym, że był on złośliwym cynikiem, jak to sugerował kiedyś w swoim „Malarstwie białego człowieka” Waldemar Łysiak: „Bruegel – wielki wyśmiewacz, szyderca lustrujący z góry świat durniów, portretujące oszalałe mrowisko ludzkie i jednostkę, która funkcjonuje wzorem pijanego trzmiela.”

Ludzka bezradność wobec okrucieństwa i cierpienia (Charlotte Rampling jako Maria – Matka Boska Bolesna)

Nawet jeśli Bruegel malując „Drogę krzyżową” był szydercą, nawet jeśli z premedytacją nie indywidualizował ludzi (bo jak można indywidualizować mrówkę?), to Majewski, „wchodząc” w świat jego obrazu, przybliża nas do człowieka, dzięki czemu traci on anonimowość, a zyskuje własne oblicze – nie jest już tylko kubistyczną figurynką, kukiełką podrygującą w panteistycznym teatrzyku Pana Boga (którego pejzaż odsłania przed naszymi oczami mieląca wszystko Natura), ale czującą istotą z krwi i kości. Jeśli więc Majewski jest humanistą par excellence, to czy Brueglowi możemy tego humanizmu odmówić? Moim zdaniem byłoby to cokolwiek dziwne, a zapewne i błędne. Nawet jeśli malarz ten wydaje się być niekiedy szydercą, to jego szyderstwo jest bardziej kpiną… To prawda – cierpką, lecz nie pozbawioną przy tym pewnego ciepła i dobrotliwości.

Jest jeszcze coś, co przemawia za „ludzkością” Bruegla. On – w przeciwieństwie do wielkich mistrzów Renesansu wysługujących się Możnym tego świata i poszukujących w człowieku idealnej doskonałości, (która w rzeczywistości człowieka w pewnym sensie „odczłowieczała”) – zniżał się do gminu (przez co czasami nazywa się go Brueglem „chłopskim”), wchodził w tłum i mieszał się w nim z „tłuszczą” – ze zwykłymi, pospolitymi ludźmi (wystarczy sobie przypomnieć jego „Wiejskie wesele”, czy „Walkę postu z karnawałem”). To prawda, że dzięki temu łatwiej mu było zlokalizować ludzką głupotę, cielesną brzydotę, tudzież całą gamę ludzkich przywar, ale i łatwiej przy tym mu było dostrzec pewien fatalizm i komplikację życia – warunki i ograniczenia, które, nawet jeśli człowieka nie usprawiedliwiały, to pomagały lepiej zrozumieć jego zachowanie.

*  *  *

Od strony technicznej film Majewskiego jest genialnym kinematograficznym majstersztykiem. Być może właśnie dlatego istniało niebezpieczeństwo, że nadmierna technicyzacja i idąca za tym estetyzacja obrazu, przytłoczy obecne w nim treści, sensy i znaczenia. Ale do tego nie doszło, bo w efekcie otrzymaliśmy pełną harmonię wszystkich, obecnych w filmie warstw (zarówno fakturalnych, jak i chromatycznych) , łącznie z tymi, które zaadoptowano wprost z obrazu Bruegla (wymagało to dwuletniej pracy w filmowym laboratorium). Koniec końców w „Młynie i krzyżu”, obok malarskich kreacji Bruegla, „zagrały” – w ogóle się nie gryząc – zarówno pod olsztyńskie skałki, jak i nowozelandzkie chmurki. Lecz są to zaledwie drobne ciekawostki w zestawieniu z efektem finalnym, którym jest dzieło o niezwykłej malarskiej urodzie. Już choćby tylko ten walor pozwoliłby na delektowanie się wizualną stroną filmowego obrazu. I niepotrzebne byłyby przy tym jakiekolwiek słowa, bo przecież słowami nie można wyrazić tego, co jest Niewyrażalne. A niewyrażalne jest wszystko to, co stanowi najgłębszy sens ludzkiego bytu, skrywający się za Tajemnicą.

Lech Majewski

Miałem okazję poznać osobiście Lecha Majewskiego, odbywając z nim długą rozmowę – a miało to miejsce dobrych kilkanaście lat temu, jeszcze w początkach jego niezwykłej i bogatej artystycznie kariery. Wywiad ten został opublikowany w jednym z polonijnych czasopism i zapewne spoczywa gdzieś pod stertą innych zgromadzonych przeze mnie papierzysk. Myślę, że warto byłoby go odgrzebać i przypomnieć sobie, co mówił wówczas młody Majewski. Tymczasem jednak przeczytałem kilka udzielonych przez niego niedawno wywiadów i nie mogę się oprzeć, by nie zacytować tu tego, co Lech Majewski powiedział w nich o sztuce współczesnej:

„XX wiek zbombardował dywanowym nalotem wszystko, nad czym z cierpliwością pracowali artyści i rzemieślnicy w poprzednich stuleciach, czyli zbliżenie nas do piękna utożsamianego z pojęciami prawdy i wiary. I te kanony niszczenia wciąż triumfują. Rozbito formę. Artysta został zdany na bestialstwo współczesnego świata. W dawnej sztuce – poza wpisaną w nią duchowością – interesuje mnie niebywała perfekcja wykonawstwa (przy ograniczonych możliwościach technicznych), zupełnie teraz lekceważona. Rzemiosło i kunszt. Bo dziś kanonem akademickiej sztuki stało się śmietnisko i pseudoszokowanie. Wystarczy rozbić telewizor i wstawić go na postument do galerii. Krytycy będą kombinować, czy przypadkiem nie chodzi o protest przeciwko konsumpcyjnemu stylowi życia, terrorowi mass mediów itd. Dobrze to ujął Baudrillard, żaląc się, że relatywizm został do tego stopnia rozdmuchany, że „ufikcyjnił się” cały świat.” („Polityka”)

„Choć sam mam pokazy filmów i wideoartów w muzeach nowoczesności, czuję, że sztuka XX wieku jest wyzbyta znaczenia, niewiele po niej zostanie. Oczywiście są dwudziestowieczni artyści, którzy mnie fascynują, jak Giorgio De Chirico czy Chagall. Ci się obronili. Ale generalnie biorąc, ten wiek zagłady i ideologii przeraził artystów. A może oni to wcześniej wyczuli, uprzedzili w sztuce rozpad świata? Rozbito formę malarską, muzyczną, literacką. W młodości podziwiałem Picassa, Strawińskiego, Joyce’a, ale dzisiaj prawdziwy podziw mam dla mistrzów renesansu. Ich przekaz jest żywy.” (…) „Ówcześni artyści mieli obowiązek „wyrażania” swoich współczesnych, swoich czasów. W ich obrazach przeglądał się świat jako całość, nawet jeżeli przedstawiał, jak u Bruegla, myśliwych wracających z zimowego polowania. Dziś artysta nic nie musi.” („Gazeta Wyborcza”)

 Można by tu dodać: artysta współczesny nic nie musi i zachowuje się tak, jakby mu wszystko było wolno.

Bliskie mi jest to spojrzenie. Lecz nie chciałbym już wylewać gorzkich żalów nad upadkiem sztuki współczesnej, tym bardziej, że zrobiłem to niedawno m.in. tutaj, tutaj i tutaj. Może więc tylko przypomnę o tym, jak wielkim przeżyciem może być dla nas obcowanie z twórczością dawnych mistrzów, jeśli tylko damy im szansę zaistnienia w naszej świadomości – poświęcając im czas, skupienie, chęć zrozumienia i zdobycia wiedzy, zarówno o nich samych, jak i o czasach, w których żyli. Film Majewskiego unaocznia nam to, jakie bogactwo kryje się za obrazami, które wydają się martwe wisząc na muzealnych ścianach. A przecież można je ożywić tylko mocą naszej wyobraźni, wspomagając się przy tym miłością do malarstwa, którą przecież każdy z nas może w sobie wzbudzić. I nigdy nie jest na to za późno.

*  *  *

Pieter Bruegel Starszy, „Droga Krzyżowa”, 1564 r. (Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu)

*

W „Młynie i krzyżu” kino utożsamia się z malarstwem, ożywiając świat widziany oczami dawnego Mistrza

*

Więcej „malarskich” kadrów filmu Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż” można obejrzeć TUTAJ (na stronie z komentarzami).

*