MACHU PICCHU – INKASKA EKSTRAWAGANCJA W ANDACH

.

Kontemplując ruiny (Machu Picchu)

.

      Początek filmu Herzoga Aguirre, gniew boży. Stromym górskim szlakiem w Andach schodzi smętna procesja konkwistadorów i najemnych Indian. Dźwigają ze sobą – niczym brzemię – olbrzymie muszkiety, koła i lufy armatnie, kosze, wory, klatki z kurami… Razem z nimi drepczą lamy; widzimy nawet dwie młode damy (w pełnym sukniowym rynsztunku). Zakuci w zbroje rycerze kurtuazyjnie podają kobietom rękę, pomagając w pokonaniu zdradliwej ścieżki (z której co jakiś czas coś – lub ktoś – spada). Cały ten kuriozalny wężyk piechurów spowija mgła, a kiedy smog się rozrzedza widzimy szczyty i zbocza gór porośnięte gęstą dżunglą.
Dziwna to, ale i wymowna scena. Ludzkie mrówki w swoim marszu lunatyków, poszukujące złotego El Dorado. Rozszerzające przy okazji swoje terytorium – w nigdy niezaspokojonej żądzy podboju; gotowe do najbardziej karkołomnych eskapad w pogoni za władzą i bogactwem, albo za swoją idée fixe.
Dopiero później dowiedziałem się, gdzie Werner Herzog filmował te sceny. Otóż było to jakieś 100 metrów od… zabudowań Machu Picchu. Na ekranie nie widać ruin słynnego miasta Inków, więc nie można się było zorientować co do lokalizacji, ale kiedy sam dotarłem do tego miejsca, natychmiast przypomniałem sobie pierwsze kadry Aguirre. Był to początek szlaku, który prowadził z miasta na Huayna Picchu – szczyt góry, której charakterystyczny stożkowaty kształt znany jest z klasycznych panoramicznych ujęć Machu Picchu. Zacząłem się wspinać po ścieżce, choć próżno już było odnaleźć na niej ślady Klausa Kinsky’ego.

      Być może nie jestem tu sprawiedliwy, ale w moich oczach Herzog nie profanował tego miejsca tak, jak np. sprofanowało go… Bollywood, którego artyści jedną ze swoich tanecznych a rozbuchanych scen nagrali właśnie w ruinach Machu Picchu. Wprawdzie zgodę przyznano dopiero po interwencji indyjskiego rządu, ale jednak. Na szczęście wybito Peruwiańczykom z głowy projekt kolejki linowej i budowę luksusowego hotelu w najbliższym sąsiedztwie starożytnego miasta, wpisanego przecież na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nota bene, zaraz potem organizacja ta uznała Machu Picchu za miejsce zagrożone, głównie przez masową turystykę, która w XXI wieku wręcz eksplodowała. Dziś podobno, w sezonowym szczycie, ruiny zwiedza 2,500 turystów (taki został nałożony przez rząd peruwiański limit odwiedzin). A jednak, mimo wszystko, można uniknąć tych tłumów. Wystarczy zjawić się tutaj przed 10 rano albo po 2 po południu. Jeśli można odczuć jakąś mistykę miejsca – poczuć dotknięcie genius loci – to tylko wtedy. Wbrew pozorom Machu Picchu jest rozległe, więc nawet kilkaset osób może się tu dość luźno rozlokować. O pewnych porach można nawet odnieść wrażenie, że człowiek jest sam – zagubiony w labiryncie ścian z ciosanego kamienia.

      Tylko reklamie (nota bene National Geographic) zawdzięczamy to, że za odkrywcę „zaginionego” miasta Inków uznano Hirama Binghama, historyka Uniwersytetu Yale, który na Machu Picchu natknął się w 1911 roku podczas swojej wyprawy mającej na celu odnalezienie ostatniej stolicy Imperium Inków Vilcabamby. Co ciekawe, zrazu porośnięte dżunglą ruiny na górskiej przełęczy między górami Huayna Picchu (Młody Szczyt) oraz Machu Picchu (Stary Szczyt) nie zrobiły na naukowcu większego wrażenia i ekspedycja ruszyła w dalszą drogę, jednak kiedy okazało się, że następne miejsca są jeszcze mniej imponujące, Bingham wrócił się i uznał (zupełnie mylnie zresztą), że jednak Machu Picchu jest legendarną Vilcabambą.
W następnych latach zorganizowano jeszcze kilka ekspedycji do Machu Picchu, ruiny oczyszczono z zarośli, przyjrzano się im bliżej, częściowo rozkopano i – rzecz chyba najważniejsza – wywieziono stamtąd do Stanów Zjednoczonych kilka tysięcy archeologicznych artefaktów (które dopiero – po trwającym blisko 100 lat sporze między Amerykanami a Peruwiańczykami – w 2012 roku w większości wróciły do Peru). Bingham nie był jednak pierwszą „bladą twarzą”, która zobaczyła Machu Picchu. Jest prawdopodobne, że jeszcze w XVI wieku dotarł tu hiszpański renegat, niejaki Miguel Rufino, który schronił się w Dolinie Urubamba wraz ze swoją indiańską żoną. To są przypuszczenia, natomiast pewne jest, że miasto splądrował w latach 70 XIX wieku niemiecki „biznesman” Augusto Berns, który (w porozumieniu ze skorumpowanymi peruwiańskimi władzami) zaczął handlować na masową skalę przedmiotami znalezionymi w Andach, wywożonymi następnie do Europy. Są również dowody, że na dekadę przed Binghamem zawitał tu także mieszkaniec Cusco Agustin Lizarraga, i że to on przyprowadził do Machu Picchu pierwszych turystów, którymi byli członkowie pewnej francuskiej rodziny z Paryża. Ponoć to właśnie Bingham, zazdrosny o miano „odkrywcy” Machu Picchu, usunął z ruin kamień z podpisem Agostina: „Lizarraga 1902”, który to fakt, sponsorujące wyprawę Binghama National Geographic, w swoim wydaniu poświęconym „odkryciu” Machu Picchu, skrzętnie pominęło. Cóż, kreowanie „rzeczywistości” przez media nie jest wymysłem tylko naszych czasów.
To właśnie kulturo-centryzm Zachodniej Cywilizacji powoduje, że poznanie miejsc, które przecież od dawna zamieszkiwane są przez innych ludzi, nazywamy „odkryciem”. Tak było z „odkryciem” Ameryki przez Kolumba czy Australii przez Duńczyków.

      Wiemy, że Machu Picchu wybudowali w połowie XV wieku Inkowie, którzy zamieszkiwali go przez nie więcej jak 100 lat, a następnie opuścili, zostawiając miasto na pastwę bujnej już w tej części Andów flory. Wszystko inne jest hipotezą – lepiej lub gorzej przystającą do rzeczywistości.
Było Machu Picchu rezydencją króla Inków Pachacuteka i jego świty? Czy też może miejscem kultu? A może astronomicznym obserwatorium? Twierdzą? Symbolem – i przypieczętowaniem – władzy nad okolicznymi ludami? Może pełniło wszystkie te funkcje naraz?
Bo hipoteza, że była to siedziba Dziewic Słońca – najpiękniejszych kobiet poświęconych służbie Bogu Słońca Inti – mimo swej romantycznej i kultowej otoczki upadła i nie brana jest już przez żadnego z liczących się naukowców na poważnie.
Co było powodem opuszczenia miasta – i to jeszcze przed podbiciem królestwa Inków przez Pizarra i jego kompanów? Otóż najprawdopodobniej recesja i problemy wewnętrzne, które spowodowały, że inkaskiej elity nie stać już było na utrzymanie tej luksusowej ekstrawagancji w miejscu tak mało przystępnym – na obrzeżu Andów i amazońskiej dżungli, w odległości 112 km od stolicy Cusco. (Przy okazji można zwrócić uwagę na zaskakujący dla wielu fakt, że Machu Picchu jest położone na wysokości ok. 2 400 m n.p.m., czyli o kilometr niżej od Cusco, w związku z czym ma łagodniejszy klimat, który mógł wabić Inkę i jego dwór. Ponadto: prowincja zawsze jest spokojniejsza od stolicznego gwaru i poddana mniejszej presji. Nie wspominając o malowniczości Świętej Doliny Urubamba, którą w okolicach Machu Picchu zaczyna porastać gęsty tropikalny las, ciągnący się aż do Atlantyku.)

     Machu Picchu uznaje się za „perłę” i arcydzieło inkaskiej architektury i nie ma w tych określeniach większej przesady. Miasto składa się z dwóch części: górna to zbudowany z najbardziej finezyjnie ciosanych granitowych bloków kompleks świątyń i pomieszczeń „pałacowych” które zajmowała najwyższa w hierarchii społecznej kasta – król, dworzanie i kapłani. Dolną okupowało „pospólstwo” – rolnicy, strażnicy i służba, a budynki posiadały ściany z grubo ciosanego granitu, a nawet z polnych i rzecznych kamieni. Całość miejskich zabudowań wspierały ulokowane na zboczach góry tarasy, pełniące rolę zarówno ochronną (niejako fundamentalną, bo bez nich miasto niechybnie osunęłoby się w przepaść), obronną (ich strome ściany były doskonałą przeszkodą dla ewentualnych napastników) oraz – last but not least – praktyczno-użyteczną (uprawiano bowiem na nich kukurydzę i inne rośliny niezbędne dla utrzymaniu przy życiu liczącej ok. 1000 osób populacji miasta).
Rozlokowanie i konstrukcja budowli (w liczbie ok. 400), ich wkomponowanie w topografię przełęczy i gór, solidne i wielowarstwowe tarasy, czy wreszcie doskonały (i funkcjonujący do dzisiaj) system kanałów i akweduktów – dostarczający zarówno wody pitnej mieszkańcom, nawadniający tarasowe uprawy, jak i drenujący miasto – to wszystko było wytworem inżynierskiego mistrzostwa, robiącego wrażenie nawet po upływie pół tysiąca lat, w epoce nowoczesnego budownictwa, dysponującej bez porównania lepszą technologią i techniką.

     Jest więc co podziwiać. Widok niezwykłego miasta rozłożonego w siodle przełęczy między dwiema górami, mającego w tle niebotyczne Andy i otoczonego z trzech stron zakolem rzeki Urubamba, to widok ikoniczny. Machu Picchu uznano za jeden z siedmiu cudów świata ery nowożytnej. Nic więc dziwnego, że jest on również jedną z największych atrakcji turystycznych nie tylko Peru i Ameryki Południowej, ale i świata.
Do Machu Picchu z Cusco nie jest daleko. Najwięcej ludzi dociera tam pociągiem (2 godziny jazdy z Cusco) lub autobusami; piechurzy zaś – biegnącym przez Andy słynnym Szlakiem Inków. Najbardziej popularny jest 4-dniowy trekking, choć niektórzy szczęśliwcy (obecnie trzeba rezerwować miejsce – pozwolenie wejścia na szlak w porze suchej – na dobry rok wcześniej) wybierają trasę tygodniową, albo znacznie krótszą, bo tylko 2-dniową. Co ciekawe, do Machu Picchu dochodzi się wtedy ścieżką prowadzącą z góry. Mimo zmęczenia schodzi się wtedy jak na skrzydłach, zapominając o wszelkich trudach – na widok majaczącego w dole miasta człowieka wypełnia po brzegi euforia..

      Wielką sławę zawdzięcza Machu Picchu nie tylko swojej wartości cywilizacyjnej i historycznej, ale i… spektakularnej. Miasto jest bowiem niesłychanie malowniczo i ciekawie położone. Często zmieniająca się aura, mieszanina mgieł, kłębiących się chmur i przebijającego się przez nie słońca, dopełniają tylko atrakcyjną fotogeniczność miejsca, które na dodatek bardzo łatwo jest fotografować, zwłaszcza z góry. Intensywna zieleń trawy porastającej tarasy i miejskie dziedzińce, skontrastowana z kamienną mozaiką zabudowań i labiryntu murów ułożonych (bez żadnej zaprawy) z ciasno dopasowanych kamieni, głazów oraz bloków skalnych wykutych z brązowo- szaro- biało- żółtego granitu – to wszystko składa się na jeden z najbardziej fascynujących i zapadających w pamięć widoków na świecie.

* * *

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

SMILE!

Uiechnięte rodzeństwo z Delhi (Indie)

*
Uśmiech.
Czym byłoby życie bez uśmiechu? Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego, uważając go za coś zwykłego.
A przecież śmiech – jeśli szczery – jest czymś bez mała cudownym. Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię… Rozjaśnia mroki egzystencji.
Świat bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.
Oto mała kolekcja uśmiechów zebrana przeze mnie w różnych częściach naszego globu.
*

Dziewczyna spotkana przypadkowo na wiejskiej drodze pod Dżodpurem w indyjskim Radżastanie. Poprosiłem ją tylko, by popatrzyła się w kierunku zachodzącego Słońca – stąd to miękkie światło i… zniewalający uśmiech.
*  *  *
*

Ojciec i syn z Varanasi (Indie)

Varanasi to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Indiach. To właśnie tam – na brzegach Gangesu – pali się zwłoki Indusów. Na przybyszu z innego rejonu świata robi to doprawdy niesamowite wrażenie. Przechodząc się wśród płonących stosów doznajemy wstrząsu – dociera do naszej świadomości to, w jak odmienny sposób ludzie różnych kultur podchodzą do śmierci.
W pewnej chwili odwróciłem wzrok od płomieni stosów i mętnej wody Świętej Rzeki, zasłaniając się od swądu palących się ciał.
I wtedy właśnie dostrzegłem tę śmiejącą się z całego serca parę – ojca z synem. Efekt był piorunujący: jednocześnie, w tym samym momencie, poczułem grozę śmierci i radość życia.
Zawirowało mi w głowie.
*  *  *
*

W drodze do szkoły (Dżajpur, Indie)

Najjaśniejsze i najczystsze uśmiechy z mojej kolekcji.
To rodzeństwo emanuje niezwykłym ciepłem, które wyzwala się nie tylko poprzez uśmiech, ale i przez te młode, ufne i spokojne oczy.
To był kolejny indyjski kontrast. Warto zwrócić uwagę na tło – niestety słabo tutaj widoczne. Dzieci, ubrane czysto i schludnie szły bowiem do szkoły po jednej z ulic Dżajpuru, która przypominała śmietnik i rynsztok zarazem.
To zastanawiające, że najwięcej ludzkich uśmiechów wywiozłem z Indii – z kraju nieopisanej nędzy i mizerii.
*  *  *
*

Chocolate trio from Ocho Rios (Jamajka)

Czekoladowe trio z Ocho Rios.
Trzy siostry (koleżanki?), które spotkałem w miasteczku Ocho Rios na Jamajce.
Jamajczycy mają typowo południowy charakter: bywają gorący i namiętni. Te dziewczynki o namiętności jeszcze nic nie wiedzą, ale emanująca z nich radość oraz ciepło ich uśmiechów są już widocznym odbiciem jamajskiej duszy.
O ile sobie przypominam, była wówczas niedziela – stąd te „kościółkowe” ubranka, w których dominowały róż i biel. Samo miasto zaś nie sprawiało dobrego wrażenia. Te uśmiechy uratowały jednak moje o nim wspomnienie.
*  *  *
*

Dziadziu spod Machu Picchu (Peru)

Rozbrajający uśmiech dziadzia spod Machu Picchu w Peru.
Kiedy zjechaliśmy już z gór, gdzie rozłożone jest legendarne miasto Inków, natrafiliśmy na coś w rodzaju wiejskiej fiesty, w której brali udział dość cudacznie poprzebierani mężczyźni w różnym wieku. Również ten senior w jakże oryginalnym przybraniu głowy.
Jak widać, nawet bezzębny uśmiech może mieć swój nieodparty urok.
*  *  *
*

Soooooo sweeeeet! Dziewczynka z lamą (Peru)

Dziewczynka spotkana w drodze znad Jeziora Titicaca do Cuzco w peruwiańskich Andach. Do dzisiaj nie wiem, czy uśmiech lamy był szczery, czy też… wyuczony ;)
*  *  *
*

Dziewczynka z lizakiem (Lago de Atitlán, Gwatemala)

Gwatemala to miejsce, gdzie do dzisiaj żyje kilka milionów potomków legendarnych Majów. W tej dziewczynce bez wątpienia płynie krew plemienia, które zawładnęło na kilkaset lat Ameryką Środkową,  by wkrótce popaść w ruinę i to zaledwie w ciągu życia  jednego pokolenia. Dziewczynka sprzedawała haftowany rękodzieło, w którym specjalizują się mieszkańcy wiosek położonych w cieniu wielkich wulkanów nad Jeziorem Atitlán.
*  *  *
*

Carnaval beauty from Rio (Rio de Janeiro, Brazylia)

Brazylijskie Rio de Janeiro w czasie Karnawału zamienia się w miasto szalone, tętniące życiem, kipiące erotyzmem i naładowane seksem.
Ten uśmiech jest dla mnie niezwykły – łączy bowiem skromność i zawstydzenie z jednoznacznie wyzywającym strojem, niemalże negliżem.
Okazuje się że taka fuzja też może mieć swój nieodparty sex-appeal.
*  *  *
*

Prząśniczka z Katmandu (Nepal)

I jeszcze jeden zniewalający uśmiech seniora – tym razem kobiety przy krosnach napotkanej pod Himalajami.
*  *  *
*

Ludowy przyodziewek jednej z pod-andyjskich wiosek (Peru)

Peruwianka w fantazyjnym kapeluszu i równie oryginalnie haftowanym stroju.
*  *  *
*

Zadowolone z życia Japonki (Honolulu, Hawaje)

Dwie japońskie dziewczyny (Koreanki?) na Hawajach.
Uśmiech cokolwiek pozowany, niemniej jednak szczery.
Nawet jeśli wymuszamy swój uśmiech, w pewnym momencie może się on stać czymś autentycznym… Wtedy nas nie razi.
Uśmiech sztuczny i nieszczery szybko się demaskuje. I niekiedy staje się nawet czymś trudnym do zniesienia.
*  *  *
*

Młodziutkie Tajki (Bangkok, Tajlandia)

Cóż tu będę krył – z wszystkich Azjatek najbardziej podobają mi się kobiety z Tajlandii.
Lecz mam tu na myśli nie tylko urodę – chodzi mi również o charakter i sposób bycia. Nie ma chyba milszych kobiet za świecie niż Tajki… naturalnie, z wyjątkiem naszych kochanych Polek.
*  *  *
*

Uśmiechnięty reprezentant Europy (Paryż, Francja)

Oczywiście, nie może w naszej kolekcji zabraknąć uśmiechu ze Starego Kontynentu. I oto mamy – uśmiech młodego dżentelmena, sprzedawcy staroci w jednej z paryskich dzielnic. Nie wiadomo co bardziej podziwiać – gest i pozę czy szykowny, choć niemal sportowy, kostium.
*  *  *
*

Od chmurności, przez wstydliwość do uśmiechu (Antigua, Gwatemala)

Małe studium przełamywania lodów i zdobywania zaufania… tutaj: nieśmiałej dziewczynki z gwatemalskiego miasteczka Antigua.
*  *  *
*
A NA KONIEC… JESZCZE KILKA UŚMIECHÓW Z INDII:
*
*
*
*
*
*
*
*
*