KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA

o fimach XXVII Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

.

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie ("Panie Duslkie" w reżyserii Filipa Bajona)

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie („Panie Dulskie” w reżyserii Filipa Bajona)

.

MĄDROŚĆ PANI DULSKIEJ?

Niestety, z filmami Filipa Bajona – bądź co bądź twórcy w kinie polskim znaczącego – jest coraz gorzej. Po znośnym jeszcze „Przedwiośniu”, były niezbyt udane „Śluby panieńskie”, zaś teraz reżyser zaserwował nam niezborne „PANIE DULSKIE”, według mnie filmowe nieporozumienie par excellence. Intencje były dobre, pomysł ciekawy, obsada aktorska doborowa… jednakże cały film okazał się w moich oczach fiaskiem. Próbuję więc teraz zrozumieć, dlaczego tak się stało.
W tym, że wraca się do klasycznych dzieł polskiej literatury – nawet tych szkolno-lekturowych, które starszym pokoleniom mogą się wydawać wręcz oklepane – nie ma oczywiście nic złego. Zresztą film Bajona nie jest adaptacją sztuki Gabrieli Zapolskiej, raczej wariacją na jej temat, rozpisaniem dalszych losów rodziny Dulskich, umieszczeniem ich w kontekście innych epok. Tak więc, oprócz tego że wracamy się do początku XX wieku, gdzie dzieje się akcja znanej nam sztuki, to przenosimy się także do lat 50-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Bajon, sądząc z tego co mówił w wywiadach, miał ambicję ukazania tej wędrującej – „dryfującej” jak sam to określił – „dulskiej duszy” (dzisiaj nazwalibyśmy to pewnie przenoszeniem rodzinnego genu) – tego jak się ona przystosowuje do środowiska w zależności od zmieniających się warunków historycznych i społecznych. Zamiar ambitny, niestety z wykonaniem poszło już coś nie tak, bo rezultat jest moim zdaniem mierny.

Zabrakło jednak spoiwa, które by łączyło te przeskoki w czasie, przez co zapanował na ekranie bałagan. Wskutek tego film nie porwał a konsternował – utrudniając uchwycenie wątku, zrozumienie tego, co dzieje się na ekranie – i wreszcie eliminował empatię, emocjonalne „wczucie się” w bohaterów. Z logiką wydarzeń – z ich prawdopodobieństwem – też nie było najlepiej, wliczając w to „tajemnicę” rodzinną, przedstawioną tu niczym jakąś kryminalną zagadkę, na domiar złego „okraszoną” elementami horroru.
Nie wiem, może przyczyną był tutaj pośpiech w jakim kręcono „Panie Dulskie”, może błędy scenariusza, albo zły montaż, który nie był w stanie zapewnić obrazowi spójności, zarówno tej narracyjnej, jak i estetycznej? Ciągle miałem wrażenie, iż oglądam jakiś materiał „roboczy”, próbę – film przed obróbką, która nadałaby mu ostateczny, satysfakcjonujący kształt. Nawet to, że wystąpienia aktorów (Krystyna Janda, Katarzyna Figura, Maja Ostaszewska, Olgierd Łukaszewicz) same w sobie były świetne, nie uratowało filmu, bo przecież żywioł aktorski też musi być na swój sposób artystycznie ujarzmiony – podporządkowany ogólnej koncepcji, ujęty w jakąś zborną formę – dla dobra obrazu jako całości.

Jeśli „Panie Dulskie” miały być satyrą na „dryfujące” mieszczańskie kołtuństwo, to okazały się satyrą mało śmieszną, bo komediowość nakreślona tu została zbyt ciężką ręką. Jeśli film miał ukazać kolejne wersje „dulszczyzny” w takt zmieniających się czasów, to było to zbyt grubymi nićmi szyte – entourage epoki był nieautentyczny, świat wyglądał jak dekoracja do filmu. Bowiem stereotyp i gadżet nie jest w stanie oddać rzeczywistości w przekonujący sposób, zwłaszcza jeśli zawodzą także swą kartonowością pojawiające się na ekranie postacie (i nie pomogło tu nawet dobre aktorstwo).
W sumie film Bajona jest według mnie przekombinowany, a na dodatek niedopracowany. Daleko mu do nośności sztuki Zapolskiej, której prostota stanowiła o jej dramaturgicznej sile, a jednoznaczna wymowa moralna – o etycznej uniwersalności, zachowującej swą wartość do dzisiaj. Dlatego też zadziwił mnie Filip Bajon, kiedy na konferencji prasowej, po premierze „Pań Dulskich” na Festiwalu w Gdyni stwierdził, że dla niego pani Dulska jest postacią… pozytywną. Ot, czyż nie jest to oświadczenie jakimś znakiem czasu – wraz z ekshibicjonizmem naszej epoki, w której wszystko jest na sprzedaż, choć nikt nie ma nic do oclenia?

greydot

.

OD BOHATERA NARODOWEGO DO LEGENDY SERYJNEGO MORDERCY

.

Dzięki chicagowskiemu Festiwalowi miałem okazję obejrzeć na dużym ekranie kilkanaście filmów – względnie nowych produktów naszej rodzimej kinematografii. Do większości z nich odniosłem się – bardziej lub mniej obszernie – w ostatnich wpisach na mojej stronie. Chciałbym jednak wspomnieć także o tych, które do tej pory, z różnych względów, tutaj pominąłem. Układają się one w mozaikę obrazów o różnej jakości.

"Pilecki"

„Pilecki”

Zwracając uwagę na film o Janie Karskim, ciekaw byłem także tego, jak potraktowano filmowo inną słynną postać, równie kontrowersyjną, choć przez wielu Polaków uznaną za narodowego bohatera. Chodzi oczywiście o Witolda Pileckiego, który, podobnie jak Karski, ryzykując własnym życiem, chciał zaświadczyć o hitlerowskich zbrodniach, decydując się na dobrowolne zamknięcie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, a następnie, już po zakończeniu wojny, stawiając opór nowemu porządkowi politycznemu, narzuconemu naszemu krajowi przez Sowietów.
Niestety, film „PILECKI” nie spełnił moich oczekiwań, głównie z powodu nader słabej realizacji, która – przykro to pisać – sprawiała wrażenie amatorskiej. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad brakami tego obrazu (a znalazłoby się ich sporo), lecz doprawdy szkolne przedstawienie suchych faktów z życia Pileckiego, na dodatek wynoszonego zbyt ostentacyjnie na piedestał sprawy narodowej patriotyzmu, nie pomagało w poznaniu prawdziwego człowieka, a zamiast tego niebezpiecznie upodobniło przedstawiający go obraz do hagiografii. Tych, dla których Pilecki jest postacią świętą, mogło to zadowolić, lecz tych, którzy chcieli go poznać bliżej, na pewno zawiodło.

"Fotograf"

„Fotograf”

Spodobał mi się natomiast „FOTOGRAF”, najnowszy film Waldemara Krzystka, twórcy w zasadzie solidnego kina, który obok filmów średnich („80 milionów”), potrafi nakręcić coś bardzo dobrego („Mała Moskwa”). Również i w „Fotografie” Krzystek (podobnie jak w „Moskwie”) nawiązuje do tematu stosunków polsko-rosyjskich przez pryzmat obecności wojsk radzieckich w naszym kraju, jednak w tym przypadku nie ukazuje tego (jak poprzednim razem) w konwencji romantycznej, tylko w mroczno-kryminalnej, realizując psychologiczny thriller, którego gęsta atmosfera przywodzi nawet skojarzenia z klasycznymi horrorami typu „Milczenie owiec”, „Zodiak” czy „Siedem”. Sam klimat odczuwamy autentycznie, nieco gorzej jest z kryminalną intrygą w filmie, który na dzień dobry ujawnia nam to, kim jest seryjny zabójca, obdarzając go na dodatek pewnym (zupełnie niewiarygodnym) atrybutem: nie może on mówić własnym głosem, naśladuje tylko głosy innych. Niemniej jednak film psychologicznie się sprawdza, jego atmosfera się udziela i przekonuje, postaci są ciekawe (zwłaszcza po stronie rosyjskiej), dzięki czemu całość ogląda się nieźle. Na szczęście Krzystek nie zmarnował swojego oryginalnego pomysłu na scenariusz, a zakończenie sugeruje, że nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego.

"Król życia"

„Król życia”

Z dość ponurej atmosfery kryminałów i dreszczowców pozwalała się otrząsnąć widzowi komedia Jerzego Zielińskiego „KRÓL ŻYCIA”, głównie dzięki temu, że po(d)niósł ją swoim talentem niezastąpiony jak widać Robert Więckiewicz, grający zatrudnionego w korporacji workoholika, którego w normalność (pieniądz i praca przestają być najważniejsze w jego życiu) wpędza… wypadek. Jak się okazuje, dopiero trwałe uszkodzenie głowy potrafi w dzisiejszych czasach zrobić z kogoś normalnego człowieka: wydobyć go z marazmu, wykorzenić cynizm – obdarzyć energią, inwencją i tchnąć weń optymizm; spowodować, by zaczął wreszcie dostrzegać świat i bliskich mu ludzi – aroganta przemienić w kogoś uważnego i spolegliwego. „Król życia” jest w zasadzie pozbawiony fabuły, pełen jest natomiast obyczajowo-komediowych gagów i sytuacyjnych anegdot, w których bryluje ze swoim komicznym sznytem Więckiewicz. Kilka świetnych i zaskakujących momentów, dobre towarzystwo aktorskie, jazda na luzie… to wszystko sprawia, że film ogląda się nieźle. Zrobione w Polsce kino „feel good” i w dodatku niegłupie? Okazuje się, że jest to jednak możliwe.

"Czerwony pająk"

„Czerwony pająk”

No tak, zbyt długo nie cieszyliśmy się komediowym wicem, jasnym światem i lekkością bytu, bo oto w mrok koszmaru i fascynację mordem wciąga nas Marcin Koszałka swoim fabularnym debiutem „CZERWONY PAJĄK”, zajmującym się seryjnym zabójcą z Krakowa, który w latach 60-tych zamordował kilkanaście osób i ponoć stał się przez to legendą. Tak twierdzi sam reżyser, który na dodatek raczy nas takim oto stwierdzeniem: „Zło jest dużo ciekawsze od dobra, jest w nim tajemnica. Podobnie w lęku. W dobru tkwi tylko banał. Jest zbyt oczywiste. Dlatego tak trudno jest zrobić świetny film o czymś dobrym. Odrzuca mnie pomysł zrobienia filmu o dobrym człowieku.”
Efektem tego odrzucenia wydaje się być właśnie ostatni jego film, w którym poświęca swoją uwagę dwóm odrażającym psychopatom, skrytym wszak za maską banału i psychologicznej szarzyzny. Jeśli chodzi o mnie, to mnie w tych postaciach nic a nic nie pociągało,wręcz przeciwnie: wydały mi się one obrzydliwe i odstręczające, ale skoro Koszałka uparł się zrobić z nich swoich bohaterów, to ja, tak trochę z recenzyjnego obowiązku pochylam się nad tym jego twórczym aktem i mimo uznania dla jego niewątpliwego (głównie operatorskiego) talentu dziwię się… I może nawet mu współczuję, że tak celebruje zło – że pociąga go człowiek zły, a odrzuca dobry.
Dźwięczy mi w uszach cytat z Koszałki i jestem gotów zgodzić się z tym, że ludzi bardziej (nie tylko w kinie) ciekawi (i pociąga) zło, niż dobro. Ale czy jest to takie odkrywcze, skoro ja zauważyłem to będąc jeszcze pacholęciem? Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że dobro jest banalne, nieatrakcyjne i mniej widowiskowe. Sądzę bowiem, że łatwiej jest być człowiekiem złym niż dobrym – że łatwiej poddać się złu, niż dobru – że większej siły wymaga czynienie dobra niż zła, którego najbardziej banalnym wyrazem jest obojętność.
Być może sukces filmu Koszałki wynika już z tego, że prowokuje on do podobnych dywagacji na temat natury dobra i zła, ale czy jest to obraz rzeczywiście strawny dla tzw. „szeregowego” widza? Sam reżyser nastawiony był do frekwencyjnego powodzenia filmu w kinach sceptycznie, po części dlatego, że nie kręcił klasycznego thrillera (podobnie jak w „Fotografie” Krzystka, również i tutaj wiedzieliśmy kto jest mordercą od początku), a przedstawiał swoją wizję fascynującego dlań zła, więc nawet Kraków w jego obrazie zagrał rolę czarnego charakteru. I wszystko jest OK, bo kiedy ma się w sobie na tyle zaparcia, by kręcić kino autorskie i na tyle siły, by zamiar swój doprowadzić do końca, to można przyjąć to z respektem. Jeśli jednak na siłę kreuje się legendę z mordercy i psychopaty – na dodatek czując się nim zafascynowanym – to… sorry Houston, ale mamy problem.

"Hiszpanka"

„Hiszpanka”

Według mnie „HISZPANKA” to jedna z najbardziej spektakularnych porażek w polskim kinie ostatnich lat. Tym bardziej rzucającą się w oczy, iż formalnie jest to obraz imponujący rozmachem, scenografią, kostiumem, użytymi środkami technicznymi… Od strony estetycznej dawno nie mieliśmy w kraju tak okazałej i efektownej produkcji. Niestety, wszystko się sypie, kiedy próbujemy zajrzeć do środka tej wydmuszki w poszukiwaniu sensu oraz tego, co mogłoby ewentualnie usprawiedliwić to formalne rozbuchanie i plastyczny eksces. Usiłując zrozumieć zamysł reżyserski Łukasza Barczyka i jego intencje, wysłuchałem tego, co mówi on o kinie i dopiero wtedy dotarła do mnie przyczyna tej klęski, którą upatruję w typowo post-modernistycznej przypadłości zachwytu reżysera formą, przy jednoczesnym lekceważeniu treści, która jest dla niego zaledwie jednym (i to wcale nie najważniejszym) z elementów dzieła.
Tak więc, wcale nie mam za złe Barczykowi, (będącemu jednocześnie autorem scenariusza i producentem filmu), że do polskiej historii (w tym przypadku: powstanie wielkopolskie w 1918 roku) podchodzi bez większej rewerencji – bez dbałości o realia i zwykły rozsądek, wprowadzając okultyzm, spirytualizm, i telepatię w sam środek wydarzeń, które decydowały o naszym wybiciu się na niepodległość. Nie, ja mam mu za złe to, że napisał tak niewydarzony – nie trzymający się kupy – wyprany z emocji, napięcia, logiki i sensu scenariusz. Przykro to pisać, ale stężenie głupoty w tym filmie przekroczyło jak na mój gust stan krytyczny (jeszcze jeden dowód na to, że wysoka inteligencja twórcy niekoniecznie chroni go przed bzdurą). Co z tego, że w „Hiszpance” roi się od cytatów, nawiązań, aluzji i zapożyczeń ze światowego kina, skoro ich rozpoznanie nie przynosi widzowi żadnej satysfakcji (o tych, którzy ich nie dostrzegli nawet nie wspominam), wręcz przeciwnie – powoduje przesyt i percepcyjną niestrawność. Cały czas odnosiłem wrażenie, że film w swój (teatralny, a przez to i sztuczny) świat chce nas wciągnąć – pusząc się przed nami, jaki to on jest atrakcyjny; a z drugiej strony, że nas z tego świata wypycha – zakręcając nam w głowie fantasmagorią, oniryzmem i fikcją. Może to zawracanie głowy nie powodowało mdłości, ale już na pewno dezorientację, zdziwienie, a w cięższych przypadkach – to nawet osłupienie. Lecz mimo to ciekaw jestem następnego filmu Barczyka.

greydot

KUCHNIA POLSKA FILMOWA

Trudno jest podsumować chicagowski Festiwal, bo siłą rzeczy prezentuje nam miszmasz krajowego kina – taki trochę groch z kapustą, mieszankę tytułów, w której problemem jest wyróżnienie jakiegoś trendu, tendencji, kierunku w jakim zmierza polskie kino. Bowiem nigdy chyba jeszcze nie było ono tak zróżnicowane, zarówno pod względem tematycznym, jak i stylistycznym. Nie to, co w przeszłości, kiedy mieliśmy wyróżniającą się szkołę polską, kino moralnego niepokoju – nurt komediowy, historyczny, psychologiczny, społeczny… Kiedy wszystko było bardziej spójne i uporządkowane – co pewnie wynikało z większej kontroli na kinem, zarówno jeśli chodzi o państwowe instytucje, jak i zespół reżyserów, którzy wyrobili sobie mocną pozycję w rodzimej kinematografii.
Teraz niekoniecznie robią filmy ci, którzy mają jakiś pomysł na kino. Kręcą przede wszystkim ci, którzy potrafią zdobyć pieniądze na ich realizację. Jest Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który próbuje się rozeznać w tym, co bardziej wartościowe – decydując o tym, na co przeznaczyć dość ograniczone środki, jakimi dysponuje mecenat państwowy.
Zdolnych twórców nam nie brakuje, świetnie sobie dają radę zwłaszcza operatorzy, mamy trochę ciekawych debiutów. I to jest pocieszające, bo niektórzy z uznanych już filmowców ze znacznym dorobkiem, są jakby nie w formie – zawiodła ich kondycja bądź utknęli na swej drodze z jakimś ciężarem przeszłości.
Nie mogło być dla mnie zaskoczeniem to, że w repertuarze tegorocznego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazło się najwięcej produkcji średnich (w końcu wynika to z zasad samej statystyki), jednak liczyłem na parę pozycji, które by we mnie uderzyły mocniej – takich wyrastających ponad filmową konfekcję. Niektóre obrazy się do tego poziomu zbliżyły, ale zawsze znalazło się coś, co powstrzymywało (mnie przynajmniej) od stuprocentowej satysfakcji. Niemniej jednak to, że już od ponad ćwierćwiecza odbywa się w Wietrznym Mieście takie święto kina, jest fantastyczną sprawą. Zwłaszcza dla tych, których dostęp do filmów polskich na dużym ekranie jest mocno ograniczony (na bieżąco praktycznie niemożliwy), a którzy ciekawi są tego, co się w polskiej kuchni filmowej gotuje na co dzień.

greydot.

O innych filmach  Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce  przeczytać można w poprzednich wpisach: „Body/Ciało”, „Warsaw by Night”, „Carte Blanche”, „Ziarno prawdy”, „Anatomia zła”  (TUTAJ); „Chemia”, „Żyć nie umierać”  (TUTAJ); „11 Minut”  (TUTAJ); „Karbala”  (TUTAJ); „Karski”  (TUTAJ).

.

„KARBALA”, albo o tym PO CO JECHALIŚMY DO IRAKU

.

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew ("Karbala")

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew („Karbala”)

.

Po co wysyłaliśmy wojsko polskie do Iraku? Przyczyny oficjalne znamy: chodziło o tzw. misję stabilizacyjną. Na ile jednak było to wypełnianie zobowiązań wynikających z sojuszu, a na ile „wysługiwanie się” Amerykanom – naszemu kolejnemu Wielkiemu Bratu? Czy w związku z tym, że agresji na Irak dokonali Amerykanie, którzy de facto zaczęli ten kraj okupować, nie czyni automatycznie z tych, którzy wkroczyli tam jako ich sojusznicy, również agresorów i okupantów? A jakie były motywy polskich polityków, którzy mieli parcie na (wspomagającą Amerykanów) interwencję zbrojną Polski w Iraku? Czy nie chodziło o wzmocnienie własnej pozycji politycznej, jak również o materialne zyski (kontrakty, ropa) naszego kraju w związku z tym angażującym nas militarnie w obcym kraju posunięciem?
Czy polscy żołnierze, którzy zgadzali się na wyjazd na wojnę do Iraku (wypełniając rozkaz?), robili to z patriotycznych pobudek? Czy raczej jechali tam po to, aby zarobić pieniądze na utrzymanie siebie i swojej rodziny, na spłatę długu, na wybudowanie domu?

Ja nie mam kłopotu z tym, by uznać wojnę Stanów Zjednoczonych z Irakiem za wojnę niesprawiedliwą – uważam że pobudki i powody wywołania tej wojny były niewystarczające, by ją moralnie uzasadnić. Zaatakowanie Iraku przyniosło w rezultacie ruinę tego kraju, chaos i setki tysięcy ofiar; również destabilizację tamtego rejonu świata, dzięki której wyrosła hydra ISIS i kto wie, czy w konsekwencji tego wszystkiego nie rozpętało się piekło w Syrii? Każda wojna oparta na kłamstwie (tutaj: pretekst nieistniejącej broni masowego rażenia) i motywowana ekonomicznie (tutaj: surowce, olbrzymie pieniądze zarobione przez prywatne firmy, które konflikt w Iraku obsługiwały) jest wojną nieetyczną. W związku z tym każdy, kto wspiera tę wojnę – wliczając w to walczących w niej żołnierzy – postępuje nieetycznie.

No i teraz w to wszystko miesza się kino. Trudna sprawa, bo w sumie nie wiadomo jak traktować filmy zajmujące się tą wojną: jako obrazy batalistyczne, które same w sobie posiadają walory widowiska – czyli jako kino czyste, wyabstrahowane w pewnym sensie z „newsowej” rzeczywistości, czyli z publicystyki? Czy też wręcz przeciwnie: ujmować je w kontekst społeczny i historyczny, z wszystkimi tego konsekwencjami: propagandowymi, politycznymi, moralnymi – ulegając zazwyczaj stronniczości, lokując się po tej a nie innej stronie frontu, poddając się subiektywnej ocenie i określonej (naszymi przekonaniami i uprzedzeniami) perspektywie?
Nauczony przykładem ewolucji wątku wietnamskiego w kinie amerykańskim, jestem wyczulony na swego rodzaju manipulację widzem, kiedy to usiłuje się nakłonić go do przyjęcia określonej perspektywy, zazwyczaj zgodnej z intencją i zapatrywaniem autorów filmu. Niekiedy przyjmuje to postać pewnego rodzaju szantażu emocjonalnego, przez co nie jesteśmy w stanie zdystansować się do wizji twórców, grających na naszych uczuciach i wartościach.

Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej cenię te filmy, które owych manipulacji zawierają najmniej, które nie epatują widza patosem, które unikają stereotypów i czarno-białej jednoznaczności – o propagandzie nie wspominając. To dlatego najlepszym jak do tej pory filmem o wojnie w Iraku, jest moim zdaniem „The Hurt Locker”, Kathryn Bigelow, natomiast „Snajper” Clinta Eastwooda to dla mnie obraz spalony, bo wpisujący się w nurt amerykańskiego kina propagandowego, którego sztandarowym przykładem są choćby „Czerwone berety” Wayne’a (a wszelkiej propagandy, zwłaszcza wojennej, nie cierpię).
Są też obrazy, które poprzez swoją widowiskowość – dzięki posiadaniu czystych walorów wojennego spektaklu – oddziałują na nas bardziej sensorycznie, niż intelektualnie, w związku z czym poddajemy się im jako widz kina gatunkowego, czyli takiego, w którym ważniejsza jest konwencja i styl, niż realizm i przystawanie do tzw. rzeczywistości (zwłaszcza tej politycznej). Zaliczyłbym do nich np. słynny „Helikopter w ogniu” Ridley’a Scotta, jak również – zachowując jednak odpowiednie proporcje – właśnie film Krzysztofa Łukaszewicza.

Przyznam się, że „Karbala” mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Wybierałem się do kina zdając sobie sprawę z tego, jak mizerne w końcu środki przeznaczono na realizację tego filmu; wiedząc że ci, którzy zrazu projekt poparli, później się z niego wycofali; że niemal cały film nakręcono w… Żeraniu, a budżetu starczyło ledwie na 8 dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie (Jordania), gdzie też wszystko się sypało, bo sprzęt nie dotarł na czas, lokalna ludność wchodziła na plan nieproszona, zaś ekipa została oskarżona o profanację i o to, że kręci izraelską propagandę.
Byłem też w pewnym sensie do tego filmu uprzedzony, gdyż uważałem, że żołnierze polscy do Iraku jechać nie powinni.

Cóż więc się stało?
Otóż na ekranie zobaczyłem solidne kino wojenne, dobrze sfotografowane, nieźle zagrane… a co najważniejsze: pozbawione propagandowego patosu i szowinizmu wobec wroga (bądź co bądź byli to Irakijczycy, którzy walczyli w swoim kraju z obcym najeźdźcą) – czyli tego wszystkiego, co tak mi przeszkadzało – i irytowało – np. w „Snajperze”. Co ciekawe, zarówno „Karbala”, jak i „Snajper” niemal zupełnie pomijały historyczno-polityczne tło tej wojny, ignorowały racje tych, którzy się jej sprzeciwiali. A jednak, podczas gdy w przypadku filmu Eastwooda uczyniłem z tego jeden z głównych zarzutów wobec reżysera, to w przypadku „Karbali” nie miałem o to pretensji.

Zastanawiam się teraz skąd bierze się ta niekonsekwencja.
Otóż na pewno nie z powodu lokalnego patriotyzmu – z tego, że każda pliszka swój ogon chwali więc kino polskie samo przez się jest mi bliższe, niż amerykańskie. Nie, tu chodzi o zupełnie inne podejście zarówno do militarnego aspektu opisywanych wydarzeń, jak również – i to chyba zadecydowało – o stosunek do rdzennej ludności, mieszkańców Iraku. W „Snajperze” każdy Irakijczyk był dla amerykańskich żołnierzy „dzikusem”, w „Karbali” nawet „terroryści” z bojówek as-Sadra mają ludzkie oblicza, o cywilnych mieszkańcach nie wspominając. W „Snajperze” Amerykanie włamywali się do irackich domów, nie zważając na cywilów, siejąc terror i zniszczenie (jak najbardziej zasługując na to, by uznać ich za agresorów), w „Karbali” Polacy bronili się w miejscowym City Hall zaatakowani przez bojówki (była to więc samoobrona); „bohaterski” Chris Kyle strzelał z ukrycia do ludzi, znajdując ponadto w tym przyjemność, polscy żołnierze strzelali bo musieli, stawiając czoła przeciwnikom, którzy mieli nad nimi przewagę liczebną; Chris Kyle został uznany w swoim kraju bohaterem, Polacy nawet nie mogli przyznać się do tego, że w Iraku brali czyny udział w walce i bitwę wygrali (ze względów propagandowych, obronę karbalskiego City Hall przypisano sprzymierzonym z Amerykanami policjantom irackim, mimo tego, że ci stamtąd po prostu uciekli, zostawiając na placu boju Polaków i Bułgarów).

„Karbala” sprawdza się też jako widowisko. Wprawdzie bardziej uważne oko dostrzeże w tym obrazie pewne niedociągnięcia wynikające z budżetowych oszczędności; ktoś bardziej krytyczny zauważy, iż pewne wątki scenariusza mogły być wykorzystane lepiej i bardziej logicznie, to jednak film broni się swoją dynamiką i batalistyką, zachowując przy tym wiarygodność jeśli chodzi o motywacje bohaterów, dzięki czemu są oni dla nas ludźmi z krwi i kości, a nie tylko scenariuszowymi marionetkami. Kadry, mimo rozedrganego prowadzenia kamery, sprawiają solidne wrażenie, dzięki czemu cały film ma ciężar (w dobrym znaczeniu tego słowa) maskulinistyczny, co oczywiście przydaje się w przedstawieniu całego tego bitewnego zgiełku wojny i żołnierskiego znoju tak, byśmy to mogli również odczuć na własnej skórze, mimo że zanurzeni bezpiecznie w kinowym fotelu.

greydot

UWAGA: Film obejrzany w ramach odbywającego się w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.