MALOWANY PTAK, czyli o przetrwaniu w zarażonym złem i okrucieństwem stadzie

.

Do kin trafiła ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, wywołując nie mniejsze kontrowersje, niż jej literacki pierwowzór. Widzowie reagują zarówno z zachwytem, jak i z przerażeniem – cześć widowni pozostaje przykuta wręcz hipnotycznie do ekranu, część opuszcza w popłochu kinową salę, nie będąc w stanie obejrzeć filmu do końca. Co ciekawe, obie strony mają równie mocne argumenty i powody.

.

„Malowany ptak” – pornografia przemocy czy filmowy poemat o nadziei i miłości?

.

1.

Muszę przyznać, że ten film namieszał w moim wnętrzu niemiłosiernie. Jestem w stanie doskonale zrozumieć zarówno ludzi, którzy gremialnie wychodzi z sali kinowej (wprawdzie na Festiwalu chicagowskim z filmu uciekło tylko parę osób, ale już w Wenecji czy Toronto widownię opuściła ponoć połowa publiczności, a część to nawet w popłochu), jak i tych, którzy oceniają obraz Václava Marhoula bardzo wysoko. Jeśli chodzi o mnie, to nie tylko dzielnie wytrzymałem do końca (o tym, co mi w tym pomogło, za chwilę) ale i ostatecznie przekonałem się co do tego, że Malowany ptak, jeśli chodzi o sztukę kina, jest jednak dziełem wybitnym.
Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o powstającej ekranizacji kontrowersyjnej książki Jerzego Kosińskiego Malowany ptak, to wydało mi się wówczas, że takie przedsięwzięcie skazane jest na niepowodzenie, i to z kilku powodów.
Przede wszystkim pomyślałem, że jeśli ten film będzie ogłaszany jako obraz o Holokauście, to na starcie skompromituje sam siebie, bo (nawet jeśli sam Kosiński zrazu tak utrzymywał) Malowany ptak nie jest o Holokauście, choćby dlatego, że autor niemal wszystko w tej powieści zmyślił, do czego był zmuszony się przyznać, kiedy przyjrzano się temu, co rzeczywiście przytrafiło się mu w czasie niemieckiej okupacji, kiedy jego i jego rodziców mieszkańcy jednej z podkarpackich wsi ocalili, a nie maltretowali (bili, torturowali, znęcali się, gwałcili) z bestialskim okrucieństwem – jak to opisał w książce.
Dodatkowo, jeśli miałby to być film utrzymujący, że w sposób uniwersalny ukazuje prawdę o ludzkiej naturze, to chyba tylko skrajny pesymista, nieuleczalny mizantrop i w ogóle człowiek z przewlekłą depresją mógłby w to uwierzyć, widząc te wszystkie okropności serwowane mu na ekranie.
Wreszcie: jeśliby ten film starał się literalnie przenieść horrendum opisane (czy też raczej: napisane) przez Kosińskiego, to musiałby się osunąć w jakąś pornografię okrucieństwa i perwersji.
Takie miałem myśli, wątpliwości i obawy… i muszę przyznać, że Marhoulowi udało się jakimś cudem tego wszystkiego uniknąć (w moich oczach, przynajmniej, bo są tacy, którzy są innego zdania).
„Jakimś cudem”… hm… czyli jak?
Pierwsza obawa rozwiała się już w czasie projekcji, a przypieczętował to reżyser w rozmowie z publicznością po zakończeniu filmu: „Kosiński kłamał” – stwierdził bez ogródek Marhoul – Chłopiec (bohater filmu) jest symbolem, akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym kraju. To dlatego nie używa się w nim języka polskiego, rosyjskiego czy ukraińskiego a czegoś, co nazwano Slavic Esperanto (moim zdaniem to posunięcie reżysera było genialne). Film jest raczej parabolą i metaforą tego, co może się stać/dziać z ludźmi w czasach gwałtu i pożogi pod każdą szerokością geograficzną – sugerował reżyser.
W sposób, przyznaję, dość przewrotny, Marhoul oświadczył też, że nie jest to wcale film o złu, okrucieństwie i nienawiści, tylko wręcz przeciwnie: o dobru, miłości i nadziei (ja tego nie kupuję, jednak wierzę w szczerość reżysera, a tym samym w to, że nie przenosi ukazanych w filmie – a czynionych przez człowieka – potworności na cały rodzaj ludzki).
A jeśli chodzi o pornografię okrucieństwa? Osobiście tego tak nie odebrałem, choć uważam, że jeśli ktoś w ten sposób styl i treść filmu określił, to miał po temu dość powodów – i jest to uzasadnione.
Według mnie pornografii zaprzecza już estetyka obrazu, która jest bądź co bądź na najwyższym artystycznym poziomie. Zdjęcia Vladimíra Smutný’ego mają w sobie hipnotyzującą wręcz moc. Ich monochromatyzm nie tyle odrealnia ukazywany świat, co go poetyzuje, a mimo to osadza w pewnej konkretności ludzkiego doświadczenia. Paradoksalnie, estetyzacja obrazu jednocześnie anestezjuje ukazywany w nim horror (dzięki czemu może on być dla nas znośny) ale i umożliwia to, by dotarł on w nasze wnętrze gdzieś głębiej. Narracja filmu porywa widza niczym rzeka… ale taka, która nie tylko sunie wolno korytem, lecz jest też pełna meandrów, kaskad a nawet wodospadów.
Przyznam, że w czasie projekcji doświadczyłem czegoś, co mogło być momentem zwrotnym – owo walenie nas obuchem po głowie, kiedy po pełnej okrucieństwa i sadyzmu scenie następowała scena ukazująca jeszcze większe okrucieństwo i sadyzm… kiedy wreszcie mogłem mieć tego wszystkiego dość i powiedzieć „no nie!” (i może nie tyle wyjść z kina, co zacząć patrzeć na film z jakimś tępym znużeniem) – ale coś mnie zawsze zatrzymywało i wciągało z powrotem.
Czym było to „coś”?
Niesłychaną inwencją reżysera w kreowaniu scen – jeśli chodzi o sztukę kina – nieskazitelnych? Wspomniana poezja, obejmująca koszmar i grozę, choć nie pozbawiona też lirycznych dotknięć? Piękno kadrów, niemalże klasycznych, ale nie banalnych? Przykuwająca uwagę gra aktorów (wśród których nie brakło tak charyzmatycznych osobistości, jak Stellan Skarsgård czy Harvey Keitel, o grającym Chłopca Petrze Kotlar nie wspominając)? Sama historia i ciekawość, w jaką stronę to wszystko zmierza?
Tak, to „coś” było tym wszystkim… i jeszcze paroma innymi rzeczami, o których dużo by pisać, ale nie chcę, aby ten tekst rozrósł się do jeszcze bardziej monstrualnych rozmiarów.

2.

Może jeszcze tylko wspomnę o moim małym „starciu” z reżyserem po projekcji Malowanego ptaka na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Oczywiście szczerze mu pogratulowałem, ale też zwróciłem uwagę, że jednak nagromadzenie okrucieństwa i przemocy w tym filmie może być nie do zniesienia dla przeciętnego widza, co sprawia, że staje się on dziełem cokolwiek hermetycznym, strawnym jedynie dla pewnej części krytyków i małej garstki zaprawionej w bojach publiczności. Poza tym – sprawa jeszcze ważniejsza – czy nie uważa on, że widz nieuprzedzony co do jego intencji, może odnieść wrażenie, że Malowany ptak traktuje o naturze ludzkiej en bloc, więc jeśli mielibyśmy ją sądzić według filmu, to jest ona u większości ludzi wręcz bestialska, bo przecież niemal każdy człowiek, jaki pojawia się na ekranie jest nie tylko zły, ale wręcz sadystyczny? Czy naprawdę zło i okrucieństwo jest dla natury ludzkiej czymś radykalnym – uniwersalnym i istotnie przyrodzonym? (a tak przecież można wnioskować z zawartości i wymowy filmu).
Na co Václav Marhoul złapał mnie za ramiona i jeszcze raz powtórzył z naciskiem patrząc mi prosto w oczy: to jest film o dobru – o nadziei i miłości! Bo to jest najważniejsze! Ludzie, którzy pojawiają się w filmie nie są źli – i dla Chłopca są dobrzy! W tym filmie nie ma okrucieństwa i brutalności – to tylko tak mi się wydaje, to jest we mnie, czyli winna jest moja percepcja!
Przyznam się, że nieco zbaraniałem. Bo to, co mówił przeczyło logice i faktom: jestem pewien, że 99.99% widzów przyznałoby, że film aż kipi od przemocy, a ludzie, do których trafia Chłopiec, są dla niego źli i okrutni (wyjątkami są – co ciekawe! – dwaj żołnierze: niemiecki i sowiecki). Lecz jakoś wykrztusiłem z siebie uwagę, że jednak mam prawo się z nim nie zgadzać. (Na szczęście wyrzucaliśmy to sobie z uśmiechem na ustach, choć przecież traktowaliśmy nasze słowa zupełnie poważnie).
Zaraz potem reżysera porwali organizatorzy a ja się zacząłem zastanawiać, skąd się takie jego przekonanie – w moich oczach bardzo przewrotne – wzięło (bo na pewno nie było to wykalkulowane, a tym bardziej fałszywe). Przewrotne, bo to tak, jakby chcąc ukazać miłość, pokazywałoby się nienawiść; chcąc ukazać łagodność, pokazywałoby się okrucieństwo; chcąc ukazać pokój, pokazywałoby się wojnę, chcąc ukazać niebo, pokazywałoby się piekło…
Myślę, że znalazłem odpowiedź, zapoznając się z tym, co Marhoul powiedział przy innych okazjach. Np. tutaj: „Tylko w ciemności możemy widzieć światło (…) Pytanie o ludzkość, o Boga, o to czym jest zło; co to znaczy, że światło jest widoczne tylko w ciemności? To jest zasada i istota tego filmu”.
Być może Marhoul, widząc skrajnie negatywne reakcje ludzi na film, słysząc zarzuty o pornografię okrucieństwa, o przesycenie swego obrazu okrucieństwem, złem i brutalnością, nie mógł przyjąć tego do wiadomości, gdyż byłoby to przyznaniem się do tego, że spędził 11 lat (a tyle trwała jego praca nad Malowanym ptakiem) brodząc w (nie)ludzkim szambie, z którego wywlókł na widok publiczny jego najbardziej cuchnące nieczystości? A przecież, tak naprawdę to on kocha ludzką czystość i niewinność, a najważniejsze dla niego w naszym życiu są Dobro, Nadzieja i Miłość. Być może stąd się wzięły te nielogiczne, bez mała absurdalne i zaprzeczające ekranowej ewidencji stwierdzenia, w które on sam wreszcie uwierzył?
Bo przecież nie pokazuje się ciemności, żeby pokazać światło (to przeczy nie tylko logice, ale i fizyce). Jeśli już, to pokazuje się ciemność, by uświadomić nam, czym jest brak światła.
I o tym jest dla mnie ten film.

 *  *  *

8,5/10

O innych filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego przeczytać można TUTAJ.

.

W CIEMNOŚCI – o najnowszym filmie Agnieszki Holland

… oraz dalszy ciąg wywiadu z reżyserką

„W ciemności” – najnowszy film Agnieszki Holland opowiadający o grupie Żydów uratowanych przez Polaka, który ukrył ich podczas niemieckiej okupacji w kanałach Lwowa, rozpoczął 23 Festiwal Filmów Polskich w Ameryce. Oto recenzja, napisana na gorąco po projekcji filmu, który na ekrany polskich kina ma wejść na początku stycznia przyszłego roku. Obraz „W ciemności” uważany jest za jednego z najpoważniejszych kandydatów do Oscara w kategorii filmów zagranicznych.

Poniżej przeczytać można również dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland.

Walka o przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa… w lwowskich kanałach  („W ciemności”)

*

1.

Niewiarygodnie trudne zadanie miała Agnieszka Holland podejmując się realizacji tego filmu. To, że w efekcie możemy obejrzeć obraz, który nie tylko przykuwa nam oczy do ekranu na ponad dwie godziny, skupiając całą naszą uwagę, ale i prowokuje nas do snucia refleksji na temat wydawałoby się dobrze już nam znany (bo przecież przerabiany w kinie wiele razy), świadczy tylko o tym, że nasza kosmopolityczna reżyserka odniosła mimo wszystko sukces. (Muszę tu dodać, że przyjdzie mi się jeszcze z owego „mimo wszystko” wytłumaczyć, choć, być może, także i nad tym „kosmopolityzmem” powinienem się też zastanowić.)

Co prawda, już sama historia jest niewiarygodna (mimo, że przecież wydarzyła się naprawdę), ale dopiero ryzyko jakiego podjęła się Agnieszka Holland, by przenieść ją na ekran, pozwala nam uświadomić sobie niezwykłość tego filmu w ukazaniu innej twarzy Holocaustu – twarzy zwykłego człowieka, z całym tym jej ludzkim brudem, brzydotą i mrożącym nas grymasem zła. Ale też i jej jaśniejszego odbicia, w którym dostrzec możemy przynoszący otuchę ciepły refleks dobra. Mało tego: tymi twarzami „zła”, które widzimy „w ciemności” są także twarze ofiar, które zwykle ikonografia Holocaustu przedstawia w sposób budzący współczucie – nie piętnując ich żadnym złem, tylko znacząc (zrozumiałą skądinąd) martyrologią.
Lecz najciekawszą twarzą w całym tym obrazie jest twarz kogoś, kto nie jest ofiarą (bliżej jest mu do prześladowców), na której dobro i zło przenikają się niemal jednocześnie. I choć nie mamy raczej wątpliwości, co na niej w końcu przeważy, to i tak pozostanie w nas dojmujące poczucie niejednoznaczności odbijającej się na ludzkim obliczu. Bo ono zmienia się nie tylko w zależności od tego co dzieje się w sercu i umyśle obdarzonego nim człowieka, ale i w sercach i umyśle tych, którzy na to oblicze patrzą.

A wszystko zaczęło się od jednego niewinnego i przypadkowego rzucenia okiem na stronę jednej z wydawanych w Toronto gazet, gdzie można było przeczytać takie oto zdanie: „Polski złodziej katolik ukrył grupę Żydów w kanałach Lwowa, które dobrze znał, bo właśnie w nich chował swoje łupy, ale i w których także pracował jako kanalarz.” Człowiekiem, który zwrócił uwagę na tę wzmiankę był Kanadyjczyk Robert Marshall, a jego zaintrygowanie było na tyle silne, że zmobilizowało go w końcu do napisania książki “In the Sewers of Lvov”, gdzie całą tę niezwykłą historię przedstawił. To właśnie na jej osnowie powstał scenariusz „Ukrytych” (taki był pierwotny, „roboczy” tytuł filmu), który następnie trafił do rąk Agnieszki Holland i… całą resztę już znamy (a jeśli nawet jeszcze nie znamy, to warto przy najbliższej sposobności się z nią – czyli z gotowym filmem „W ciemności” – zapoznać.)

Lwów pod niemiecką okupacją: za jednego zabitego Niemca wiesza się 10 Polaków

Nie spodziewajmy się jednak, że oglądanie filmu Agnieszki Holland będzie doświadczeniem lekkim i łatwym. Wręcz przeciwnie – wymaga ono nie tylko wzmożonej uwagi, ale i pewnej odwagi. A także niewątpliwie cierpliwości, jak również  nerwowej odporności. Bo to co się dzieje na ekranie jest wstrząsające: apokaliptyczna likwidacja lwowskiego getta, potworność ulicznych egzekucji, horror i przerażenie zaszczutych ludzi, na których poluje się jak na zwierzęta, poniżanie i bestialskie znęcanie się nad bezbronnym człowiekiem… I nasza szokująca niemożność ogarnięcia zła, które także wyrządzają sobie nawzajem same ofiary, (decydując np. o tym, komu dać szansę uratowania życia, a kogo skazać na zagładę – sami niejako wykonują morderczy plan swoich oprawców, co jeszcze bardziej podkreśla perfidię znęcającego się nad nimi losu i przypadku).
No i jeszcze ta dusząca nas klaustrofobia, kiedy przez dwie godziny zmuszeni jesteśmy do dotrzymywania towarzystwa ludziom, którzy przez 14 miesięcy żyją niczym szczury w podziemnych ściekach i kanałach – w ciemności, smrodzie, brudzie i zaduchu, narażeni w każdym momencie na wydanie, zdradę i śmierć.

Wszystko to pomaga nam wytrzymać jeden człowiek, dzięki któremu szansę na przetrwanie mają też ukrywający się w kanałach Żydzi. Tym człowiekiem jest (nota bene rewelacyjnie zagranym przez Roberta Więckiewicza) kanalarz, cwaniak i drobny złodziejaszek-„polaczek” Leopold Socha. Tak, tak… katolik i antysemita (bardziej z tradycji i z przyzwyczajenia niż ze złośliwości i premedytacji), który zrazu widzi w pomocy tym ludziom lukratywne źródło zarobku, ale z czasem odkrywa (niemal bezwiednie i nieświadomie) w sobie człowieczeństwo, dzięki któremu przezwycięża swój strach, wiąże się emocjonalnie z obcymi i pogardzanymi dotychczas ludźmi, i  ryzykując życiem (nie tylko swoim, ale i całej swojej rodziny), robi wszystko, by utrzymać ich przy życiu.

Dużo by tu można pisać o znakomitej kreacji Więckiewicza, którego Poldek wydaje się nam zarówno gruboskórny, jak i wrażliwy; przebiegły, ale i prostolinijny; zdecydowany, ale także niepewny; bohaterski, ale czasem też i tchórzliwy… Jednym słowem ta kreacja jest niejednoznaczna, ale też pełna i kompleksowa.
Podobnie wiele dobrego można by powiedzieć o pewnej, reżyserskiej ręce Agnieszki Holland, która mimo niezwykle trudnej i skomplikowanej materii, z jakiej zdecydowała się stworzyć swój film, zdołała ją po mistrzowsku opanować, czego rezultatem jest jeden z najlepszych filmów w całej bogatej karierze tej reżyserki o światowym formacie.

2.

Historia niezwykła: polski cwaniak i złodziejaszek ratuje grupę Żydów, ukrywając ich przez 14 miesięcy w miejskich rynsztokach

Tak, to prawda – oglądanie „W ciemności” mnie wciągnęło, ale… co jednak sprawiło, że nie pochłonęło mnie bez reszty? Zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero po obejrzeniu filmu: dlaczego obraz Agnieszki Holland wydał mi się „tylko” bardzo dobry, ale nie doskonały? Dlaczego trudno by mi było uznać ten obraz za arcydzieło? Co spowodowało, że odczułem jednak pewien niedosyt i niespełnienie? Bo na pewno powodem tego nie była wysokiej klasy, profesjonalna realizacja filmu przez jego twórców, która jest przecież ewidentna.
Przyznam, że miałem problem aby to rozgryźć, lecz w końcu parę myśli zaczęło w mojej głowie świtać i po głębszym zastanowieniu przybrało formę tłumaczących to – do pewnego przynajmniej stopnia – powodów:

– Pierwsza sprawa, to wspomniana już przeze mnie specyfika sytuacji, którą musiał ukazać film: nikt z nas nie chce przez dłuższy (ani nawet krótszy) czas przebywać w rynsztoku. Dlatego, kiedy tylko kamera wychodziła na świeże powietrze, to odczuwało się ogromną ulgę, która jednak nie trwała długo, bo zaraz z powrotem zapędzano nas pod ziemię, do smrodu, brudu i towarzystwa szczurów (80% akcji całego filmu dzieje się w kanałach).

– Po drugie: Agnieszka Holland starała się przedstawić nam „prawdę” o ludziach, a prawda o ludziach – zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnych – jest zazwyczaj żałosna, bo z większości z nas, czyli przedstawicieli gatunku Homo sapiens, wychodzi jednak wówczas zwierzę, co objawia się skrajnym egoizmem, a nawet podłością i nikczemnością, do czego wydaje się zmuszać nas atawistyczna walka o przetrwanie. Może to właśnie dlatego trudno nam było identyfikować się z ofiarami (bo któż z nas chce uświadamiać sobie to, że sam mógłby postąpić… hm… równie mało chwalebnie). I tu występował pewien dramaturgiczny konflikt (bowiem skoro się za bardzo z tymi ludźmi nie identyfikujemy, to i się do nich zbytnio nie przywiązujemy. Mało: oni zaczynają nas drażnić – więc trudno mówić o jakiejś katarktycznej empatii wiążącej nas z tymi postaciami emocjonalnie). Na szczęście są także w filmie postaci, które ten wymóg identyfikacji spełniają (jak np. mała Krysia czyli „dziewczynka w zielnym sweterku”), a zwłaszcza grany przez Więckiewicza Poldek, który w końcu staje się niemal aniołem, nie mówiąc już o tym, że zaczyna właściwie dźwigać na swoich barkach ciężar całego filmu. (A z takim herosem to bardziej jest nam już przecież po drodze.)

– W związku na permanentną ciemność i rozbiegane światło latarek, mamy niekiedy trudności z ogarnięciem i dojrzeniem tego, co dzieje się na ekranie. Stąd mała konfuzja, która może powodować, że widz czuje się cokolwiek rozbity i zdezorientowany, nie rozumiejąc do końca obrazu.

Miłość i seks pomagają przetrwać także w sytuacjach ekstremalnych

– Pewien dyskomfort mógł wywołać obecny w filmie naturalizm: seks, ekskrementy i fizjologia (np. szokujący ekshibicjonistycznie poród). Seks, jak wiadomo, jest w kinie OK, ale jeśli odbywa się w tak okropnych warunkach, w jakich uprawiali go ukazani w filmie ludzie, to jawi się on nam jako tylko li zwierzęca chuć (a kto z nas chciałby się utożsamiać z jakimś kopulującym zawzięcie zwierzakiem?). Oczywiście rozumiem zasadność takiego, zastosowanego przez Agnieszkę Holland obrazowania, ale odczuć moich nie może to zmienić.

– I jeszcze jedna mała kolizja, którą ośmieliłbym się nawet nazwać fałszem… czy też raczej czymś w rodzaju ontologicznego dysonansu. Otóż, proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić, że żyjemy w kanałach przez 14 długich miesięcy, gdzie już nawet szczury przestały budzić naszą ekscytację. Jasne, że tego sobie nie wyobrazicie, bo tego sobie wyobrazić nie można. Ale przynajmniej można się domyśleć, że mimo wszystko (zagrożenie śmiercią), najstraszniejszą rzeczą jaką by nas tam dotykała, byłaby… nuda. Tak, tak… Przecież można byłoby zwariować od monotonii i braku dziania się czegokolwiek. Siedzenie lub leżenie w bezruchu, ewentualnie kręcenie się w kółko, jak – za przeproszeniem – g… w rynsztoku. Podejrzewam, że to był główny egzystencjalny dramat uwięzionych w kanałach ludzi – beznadziejna nuda. Do niej w zasadzie sprowadziła się esencja ich szczurzego bytu. Ale tego w filmie Agnieszki Holland nie ma. Mało tego: często frenetyczny sposób filmowania wydarzeń sprawia na nas wrażenie, jakbyśmy oglądali film akcji (co skądinąd powoduje, że widz nie zasypia w kinie, tyle że „prawda” tego, jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości, zostaje chyba jednak stłumiona – a już na pewno, zmieniona jest przez to jej perspektywa).

3.

Muszę zaznaczyć, że nie było moją intencją podkreślanie ewentualnych usterek obrazu, który skądinąd zasługuje w pełni na naszą uwagę, a nawet aplauz – jak to miało miejsce podczas jego amerykańskiej premiery na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie publiczność zgotowała filmowi Holland 10-minutową standing ovation. Z czego można się tylko cieszyć, gratulując Pani Agnieszce jej wielkiego sukcesu  i pełnego osiągnięcia zamierzonego efektu, jaki wywarł na większości widzów jej film. Nie chciałbym, aby te moje zastrzeżenia rzutowały na cały obraz, ukazując go w niezbyt korzystnym świetle. Niech więc pozostaną tym czym są – na poły prywatnymi, zupełnie subiektywnymi uwagami; takim głośnym myśleniem, które być może ułatwi komuś zbliżenie się do tego wyjątkowego bez wątpienia filmu, a może nawet lepsze zrozumienie i ogarnięcie tego, co naprawdę wydarzyło się we Lwowie w tamtym czasie marnym. I co sprawiło, że ludzie, którzy w te wydarzenia byli uwikłani, stali się wielcy mimo swojej małości, i silni mimo swojej słabości. Czy wreszcie: że stali się dobrzy na przekór złu, które w nich tkwiło.

*  *  *

Uroda filmowego obrazu nie łagodzi horroru wydarzeń

*

PRZYWRACANIE CZŁOWIECZEŃSTWA

(ciąg dalszy wywiadu z Agnieszką Holland)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Jaki wpływ wywiera kino na naszą percepcję historyczną? Czy może ono w znaczący sposób wpłynąć na sposób, w jaki postrzegamy naszą narodową historię, czy też historię w ogólności?

AGNIESZKA HOLLAND: Dzisiaj zapewne w mniejszym stopniu, niż to było kiedyś, ponieważ obecnie te funkcje przejęły inne media przekazu, takie np. jak telewizja, internet… Ale nadal jest ten wpływ duży. Oczywiście są społeczeństwa, które na ten przekaz są bardziej czułe – takim społeczeństwem jest np. społeczeństwo amerykańskie, które przecież w dużym stopniu buduje sobie swoją wizję świata i system ocen historycznych na podstawie filmu. Tutaj zresztą, tak naprawdę, Holocaust zaistniał w społecznej świadomości właściwie dzięki serialowi. Dlatego, że Amerykanie nie tylko, że nie byli za bardzo przejęci tym, co się wydarzyło Żydom w Europie, ale wręcz byli w jakimś sensie winni przez zaniechanie wobec tego, co się działo podczas wojny, ponieważ wszyscy – i Roosevelt i inni politycy, którzy odmawiali pomocy Żydom, a także sami Żydzi amerykańscy – obawiali się, że upominając się o swoich europejskich braci, obudzą jeszcze silniejszy antysemityzm w samej Ameryce. Więc także i oni nabrali wody w usta. Tak, że wina Amerykanów tak naprawdę nigdy nie została wprowadzona do świadomości powszechnej.
Natomiast Holocaust – tak. Przejęcie się tym wydarzeniem i zrobienie z niego fragmentu amerykańskiej historii nastąpiło dzięki serialowi „Holocaust”, który był tu niebywale popularny.

Agnieszka Holland w Chicago (zdjęcie własne)

– To były lata 70-te?

– Tak. I to przeorało zupełnie amerykańską świadomość, ten film miał kolosalne znaczenie. Równie ważny był serial „Korzenie”. On z kolei zmienił spojrzenie na Afro-Amerykanów.
Myślę, że Obama bez seriali nie miałby żadnej szansy na elekcję. Bo to właśnie najpierw w serialach – takich np. jak „The West Wing” albo „24 Godziny”- prezydentem był kolorowy, Latynos albo Murzyn. I nagle miliony Amerykanów, które te seriale oglądają namiętnie, zobaczyło że to jest możliwe. Tak, że tutaj, w Ameryce, byłoby czymś bardzo trudnym wprowadzenie czegoś do społecznej świadomości bez użycia kina czy telewizji. Ale także w innych krajach kino i telewizja mają olbrzymie znaczenie w takiej edukacji społecznej, wpływając na to, jak ludzie postrzegają świat, historię czy wreszcie samych siebie. Już Lenin mówił, że kino jest najważniejszą ze sztuk i choć dzisiaj już chyba nią nie jest, to jest nadal czymś bardzo ważnym. Teraz doszedł do tego internet, ale on też jakby niesie podobne treści i jest tylko narzędziem.

– Tak się akurat złożyło, że dosłownie tuż przed prezentacją Pani nowego filmu w Chicago, tutejsza publiczność miała okazję obejrzeć inny film odnoszący się do ważnego momentu w naszej historii, a mianowicie „Bitwę Warszawską” Jerzego Hoffmana. Prawdę mówiąc trudno jest mi wyobrazić sobie filmy bardziej odległe od siebie pod względem sposobu podejścia do historii – sposobu narracji, stosunku do opisywanych faktów, rzeczywistości i bohaterów – w przedstawianiu tzw. „realiów”.
Czy widziała już Pani ten film? A jeżeli tak, to jakie ma Pani o nim zdanie?

– Nie, nie widziałam. Ale mogę sobie mniej więcej wyobrazić jaka jest „Bitwa”, bo znam filmy Jurka Hoffmana, a także słyszałam i czytałam o tym filmie, więc mogę się spodziewać jak wygląda. Szczerze mówiąc, tak w planie czysto ludzkim – bo to mogę ocenić niezależnie od tego, czy widziałam film, czy nie – to jestem pełna podziwu dla faceta, który w wieku 80 i iluś tam jeszcze lat…  dodałabym: przeżytych bardzo bujnie – ma tak niebywałą energię, że jest w stanie takie olbrzymie przedsięwzięcie zrobić i doprowadzić do końca.

– Bez względu na efekt?

– Bez względu na efekt! Ja mówię tu teraz o tym wymiarze czysto ludzkim, nie filmowym. A samego efektu nie mogę ocenić, bo tego filmu nie widziałam.

– Chciałem jeszcze nawiązać w naszej rozmowie do „Listy Schindlera”, bo ten właśnie film przychodził mi często do głowy, kiedy myślałem o Pani nowym filmie. Trudno nie zauważyć tego, że obraz Spielberga opisuje Holocaust raczej w biało-czarnych kontrastach, a na dodatek reżyser zdominował na koniec wszystko akordem mocno melodramatycznym. Pani zaś podchodzi do bohaterów i wydarzeń ukazanych w „W ciemności” zupełnie inaczej. Czy Pani film nie stanowi swoistego kontrapunktu, alternatywy dla filmu Spielberga?

– Ja zdecydowanie szanuję film Spielberga. Pamiętam, że kiedy go oglądałam po raz pierwszy, to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie dlatego, że uważałam, że Spielberg nie jest wybitnym filmowcem – bo jest, ale jego sfera zainteresowań tematycznych była tak odległa, że nie wyobrażałam sobie tego, że on będzie w stanie zrobić coś tak powściągliwego i jednak trzymającego się dość ściśle faktów. Rzeczywiście ten koniec zepsuł to dla mnie – bo te ostatnie 20 minut filmu są już bardzo trudne do przełknięcia dla człowieka o moim światopoglądzie i guście. I szkoda, że tak się stało, bo „Lista Schindlera” i tak by się przebiła do amerykańskiego widza, nawet gdyby nie miała tego ucukrowanego końca. Natomiast oczywiście jest to wielkie epickie kino amerykańskie z wszystkimi jego zaletami i ograniczeniami. Sama postać bohatera jest jednak kreślona taką… zbyt grubą krechą.

– U Pani jest inaczej.

– Tak, bo ja starałam się tu – po pierwsze: wyprać tę historię z jakiegokolwiek sentymentalizmu i lukrowania, czy też teatralizacji tych wydarzeń. Zależało mi na takiej fakturze prawdy, która byłaby prawie że dokumentalna, jak również na tym, żeby ci bohaterowie nie byli pokazani plakatowo, no i żeby ta grupa Żydów ukazana w tym filmie była zróżnicowana; żeby ich zachowanie nie było zawsze zachowaniem anielskich, słodkich ofiar, jednym słowem  – żeby po prostu byli zwykłymi ludźmi. Podejście Spielberga jest natomiast bardziej plakatowe, komiksowe. Moje – myślę że jednak artystycznie głębsze. Tym niemniej, taki film jak mój musi mieć – ze swojej natury – bardziej ograniczoną widownię, podczas gdy film Spielberga oglądały miliony, miliony widzów na całym świecie. Ale nie sądzę, że to jest tak, że jeden film jest przeciwko drugiemu – one po prostu mogą funkcjonować równolegle.

– Ja wkrótce po premierze „Listy Schindlera” w Stanach, napisałem recenzję o tym filmie, która się ukazała w „Polityce”. Ale, oprócz podziwu dla filmowej sztuki Spielberga, wyraziłem w niej wątpliwości, co do zasadności tak obcesowego melodramatyzowania Holocaustu. Przypomniałem też fakt, że człowiek, który już dłuższy czas pracował nad scenariuszem do tego filmu, zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, mówiąc, że nie może przystać na jego wizję tamtej historii, gdyż nie pozwala mu na to jego – jak się dosłownie wyraził – dziennikarska uczciwość. Oczywiście moja recenzja, jak i następne artykuły jakie się pojawiły w „Polityce” wywołały burzę…

– Bo świętości się nie szarga?

– Nie wiem, czy świętości. Ale wyglądało na to, że wdepnąłem właśnie na ową zaminowaną łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły. I później jednak doszedłem do wniosku, że chyba lepiej byłoby pewne rzeczy przemilczeć.

– Wie pan, zawsze jest dobrze pisać co się myśli i zawsze jest jednak lepiej iść pod prąd… moim przynajmniej zdaniem. Dlatego, że ten konformizm w ocenach dziennikarskich jest w dzisiejszych czasach tak wyjaławiający, że ja właściwie teraz już nie mogę czytać recenzji – polskich zaś szczególnie – dlatego, że z góry wiem, co tam będzie napisane. I jeżeli powstają jakieś polemiki, czy burze, to też one są w jakiś sposób zaprogramowane przez pewną przynależność estetyczno-polityczną. Ja pamiętam np. znany polski krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski, po pokazie „Pianisty” w Cannes, schlastał ten film niemiłosiernie, (zresztą miał tam swoje racje, z którymi nawet ja bym się zgodziła). Kiedy jednak film dostał nagrodę i dobrze go przyjęto w kraju, to on wtedy napisał jakąś zupełnie nową recenzję, wycofując się zupełnie z tego, co ogłosił wcześniej. Wątpię, żeby tak nagle i diametralnie zmienił swoje zdanie. Może się po prostu przestraszył, że podszedł za bardzo pod prąd? A z kolei wielu idzie pod prąd, ale tylko wtedy, kiedy się nic tym nie ryzykuje. Więc nawet tacy wybitni krytycy jak on, są dzisiaj bardzo skonformizowani. Ale nawet jeśli ktoś pisze z takiego punktu widzenia „barbarzyńcy w ogrodzie”, to mnie się to wydaje bardzo odświeżające.

– Pamiętam, że właśnie przy okazji tej awantury o „Listę Schindlera” Daniel Passent wyraził opinię, że być może kino w ogóle nie powinno się brać za taki temat, jak Holocaust, bo nie jest w stanie przekazać istoty i horroru tego, co się działo, a ponadto narusza jakby męczeńskie sacrum ofiar.

– Coś w tym jest. Np. Lanzmann – który jest facetem dość antypatycznym, i który myśli, że ma monopol na zajmowanie się Holocaustem i że kino nie ma już prawa tego robić – uważa, że jakakolwiek rekonstrukcja tamtej rzeczywistości jest właśnie jakby naruszeniem pewnej „świętości” – tajemnicy tamtego horroru. Ja mogę zrozumieć taki punkt widzenia, no ale właśnie dlatego, że jest to takie trudne, to rodzi się pokusa, aby się z tym zmierzyć. Z kolei wydaje mi się, że gdyby takich filmów nie było – mam na myśli te obrazy, które Holocaust teatralizują czy nawet melodramatyzują – to ludziom bardzo trudno byłoby sobie wyobrazić, czy choćby tylko zbliżyć się do wyobrażenia tego, czym to naprawdę było. Jednak uważam, że jest taka granica, przed którą należałoby się zatrzymać. Ja np. nigdy nie zdecydowałabym się na zrobienie takiej sceny w komorze gazowej, jak to pokazał Spielberg. Kiedy ją oglądałam, to właśnie miałam wrażenie, że pewna granica… pewne tabu zostało przekroczone – a pewnych rzeczy się po prostu nie pokazuje.

– Lecz to tabu coraz częściej jest dzisiaj – nie tyle naruszane, co wręcz niszczone.

– Tak. Np. filmowanie czyjejś śmierci i wrzucanie tego w internet jest już dzisiaj czymś niemalże banalnym. Przyzwyczaja się nas do oglądania takich obrazów, takiego horroru, że ta nasza wrażliwość jest chyba coraz bardziej przytępiana. I wtedy, dla kogoś kto ma jakieś artystyczne ambicje, pojawia się pytanie, jak – wobec takiego zbanalizowania okrucieństwa – pokazać coś, aby ludzie na nowo poczuli przy tym jakieś głębsze emocje, a nie tylko pewien rodzaj takiej sadystycznej satysfakcji.

Bilet wejściowy na otwarcie 23 Festiwalu Filmów Polskich w Ameryce, na którym zaprezentowano nowy film Agnieszki Holland „W ciemności”

– A propos głębszych emocji. Chciałbym, abyśmy jeszcze porozmawiali o Pani najnowszym filmie. Niedawno czytałem wywiad z Krystyną Chigerową, która jako jedyna z tych, którzy zostali uratowani przez Sochę we lwowskich kanałach, przeżyła do dzisiaj. To właśnie ta dziewczynka „w zielonym sweterku”, która na plakacie filmowym, wychyla się wraz z Sochą-Więckiewiczem z rynsztokowego włazu. Ja spodziewałem się, że właśnie ta relacja między nią a Poldkiem będzie niejako stanowić oś emocjonalno-dramaturgiczną filmu, a tu nie – to pokazane jest bardziej w drugim planie, więc pewnie dlatego, ja tej więzi między nimi za bardzo nie poczułem. I tego mi trochę brakło.

– No tak, ale to musiałoby pójść wtedy bardziej w stronę sentymentalizmu, a ja nie chciałam tego robić. I tak mi się czasem zdawało, że idę w tym za daleko. Np. jest taka scena, w której Poldek wyciąga rękę, a ta mała podaję mu łapkę… W pierwszym montażu ja to wycięłam, bo wydawało mi się, że jest to właśnie za bardzo sweety, ale w końcu tę scenę przywróciłam – za radą producentów, zresztą. Tak więc, ja nie chciałam iść w coś takiego za daleko. Oczywiście to jest wzruszające, ale to nie o tym jest ta historia.

– Moja żona była nieco zawiedziona, że nie pokazała Pani w swoim filmie czegoś, o czym wspomniała w swojej książce Krystyna Chiger, a mianowicie tego, że pewnego dnia Poldek czołgał się przez dwie godziny w kanałach, żeby przynieść tej małej dziewczynce bukiet stokrotek.

–  Wie pan, on w ogóle był chyba milszym i bardziej poczciwym człowiekiem, niż gra go Robert, ale to, co jest ciekawe w tym filmie, to jest właśnie dynamika tej głównej postaci. A gdyby ją osłodzić, to ta dynamika by pewnie zniknęła i myślę, że to by zaszkodziło filmowi.

– Krystyna Chiger wydała swoje wspomnienia właśnie pod tytułem „Dziewczynka w zielonym sweterku”. Przywodzi to skojarzenia z inną znaną książką, a mianowicie „Dziewczynką w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej (chodzi o ten sam płaszczyk, który nota bene wyróżnił również w swoim czarno-białym filmie Spielberg). Czy wg Pani ta relacja może mieć jakieś głębsze znaczenie?

– Wydaje mi się, że kiedy Krystyna nadawała tytuł swoim wspomnieniom, to nie znała jeszcze książki Ligockiej.

– A ja myślałem, że jest to coś w rodzaju trawestacji.

– Nie wiem. Muszę ją o to zapytać. Ale to chyba byłoby trochę niemądre, bo np. na polskim rynku mogłoby się ludziom pomylić – czerwone, zielone… to w każdym razie jakaś dziewczynka w kolorowym ubranku. A rynek polski jest jednak ważny. Zresztą, pierwsze wydanie tej książki rozeszło się w Polsce w ogromnych, jak na nasze warunki, nakładzie 30 tys. egzemplarzy, a teraz przygotowywane jest nawet wydanie drugie.

– Warto przy tym wspomnieć, że ten zielony sweterek znalazł się nawet w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. A więc ma niewątpliwie jakieś symboliczne znaczenie.

– Prawdę mówiąc, ja o tym, że Krystyna Chiger żyje, dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy film był już prawie gotowy. Scenariusz bowiem opierał się przede wszystkim na książce Marshalla. Mimo to okazało się, że ja – może nawet intuicyjnie – zawarłam w swoim filmie to, co później znalazłam we wspomnieniach Krystyny.

– Np. moment ukazujący jej młodszego brata, który – kiedy już można było wyjść na powierzchnię – zaczął płakać, bo chciał do kanałów wracać, jakby świat pełen słońca go przerażał.

– Nie, to akurat w książce Marshalla było.

– Ale ja mam do Pani jeszcze o coś pretensję. Otóż, już po zakończeniu filmu, i po podaniu informacji o tym że Socha zginął niedługo po tym, jak wyprowadził z kanałów „swoich Żydów” (przejechał go samochód), na całą szerokość ekranu pojawia się napis, który stanowią słowa jakiegoś Polaka – jego reakcję na śmierć Sochy: „To jest kara boska za to, że uratował tych ‚żydków'”. Czy warto jest spinać cały film taką klamrą? Wypowiedzią, która jest nie tylko nikczemna, ale i głupia i chyba jednak bezmyślna. A przecież można to odbierać jako ważny i istotny akcent, który niejako komentuje cały film. Poza tym, to chyba podważało samo przesłanie, jakie można w Pani filmie odnaleźć.

– Dla mnie to było jednak bardzo ważne. Prawdopodobnie ja bez tego bym takiego filmu nie robiła. To jest ważne, bo właśnie stawia pod znakiem zapytania cały ten happy end. Gdyż ten czyn Sochy, jego dojrzenie do pewnego bohaterstwa, w społecznym odbiorze jakby nie zaistniało. On wcale nie zginął jako bohater. On zginął dość głupkowato pod kołami samochodu prowadzonego przez jakiegoś pijanego Ruska, a na jego pogrzebie, czyli kiedy o ludziach zwykle mówi się to, co najlepsze, ktoś – prawdopodobnie wyrażając szerszą opinię – mówi, że ratował żydków i to jest kara boska.

– Czy rzeczywiście była to taka „szeroka” opinia”?

– Ale to była prawda. I ci wszyscy Żydzi, którzy tam wtedy przyjechali na ten pogrzeb jak jeden mąż, i szlochali, odebrali to jako niebywały policzek dla wszystkiego, co Socha dla nich zrobił. To jest to, co spotkała tzw. „Sprawiedliwych” w powojennej Polsce.
Czy nie zetknął się Pan nigdy w Polsce ze stwierdzeniem, że Hitler, wprawdzie robił straszne rzeczy, ale jedno zrobił dobrze – że załatwił Żydów?

– Zetknąłem się, niestety.

– No właśnie. I pewnie mówili to ludzie, których by pan nigdy nie podejrzewał, że mogą coś podobnego powiedzieć.
A nie zadał pan sobie nigdy pytania dlaczego ci „Sprawiedliwi” ukrywają się przed sąsiadami? Że większość z nich nie chciała się wypowiadać, a jeśli już coś mówili, to ukrywali się pod pod pseudonimami? Irena Sendlerowa np., została bohaterką – na szczęście żyła prawie sto lat, więc zdążyła stać się znaną przynajmniej w Polsce  – i odkryły ją dopiero jakieś dwie licealistki z Karoliny Północnej, które napisały o niej sztukę. Inaczej pies z kulawą nogą by o niej nie wiedział, może poza kilkoma starymi Żydówkami, które ją odwiedzały. Nic by o niej nie wiedziano, bo nie chciano by wiedzieć

–  Dlaczego tak się dzieje?

– Dlatego, że w świadomości Polaków, ci którzy dotychczas ratowali Żydów, nie byli żadnymi bohaterami, byli wręcz czasem  zdrajcami. Ponieważ, to było tak, jakby nagle przystawiali nam lustro, w którym my widzimy swoją złą twarz. Byli wyrzutem sumienia. W Jedwabnem np., ta Antonina Wyrzykowska, która uratowała tam grupę Żydów, musiała z tego Jedwabna uciekać aż do Ameryki.

– Ale teraz ta perspektywa jakby się zmienia.

– Tak, to się zmienia, i to jest ciekawy proces. Wychodzą na jaw nowe fakty, publikuje się o tym nowe książki… Ale nagle też poczuliśmy taką potrzebę, że mówimy: zaraz! ale to nie jest cała prawda o nas! Prawdą o nas jest może to, ale także i to, że była Sendlerowa, że były te tysiące Polaków, którzy narażali własne życie i bezinteresownie ratowali bliźniego. Oni są naszymi bohaterami. Powstała potrzeba jakiejś równowagi. Tak, że paradoksalnie, te fakty o polskim antysemityzmie, czy o pewnych polskich zbrodniczych zachowaniach podczas II wojny światowej, otworzyły drogę do poznania wielkich Polaków, Sprawiedliwych. Te wrota były przedtem zamknięte.

– Czy sądzi Pani, czy dla tego młodego pokolenia, które teraz dopiero wchodzi w dorosłość, te sprawy są istotne i ważne? Czy ci młodzi ludzie chcą albo nawet… czy muszą zmierzyć się z przeszłością swoich dziadków, rodziców – odnieść się do niej i umocnić, aby tym samym poznać lepiej własną tożsamość?

– Muszą. I robią to. Tzn. nie twierdzę, że to jest ruch masowy. Ale ci najbardziej ciekawi, wartościowi i świadomi młodzi ludzie, tym się jednak zajmują. Chcieliby wiedzieć, co robili ich dziadkowie, bo to w jakimś sensie jest częścią ich samych. Nagle powstaje taka potrzeba, żeby się z tym zmierzyć.
Z drugiej strony jednak, Żyd jakby się zrobił w Polsce czymś abstrakcyjnym – bo przecież w Polsce Żydów prawie już nie ma. Choć ci, którzy są, często manifestują swoją żydowskość. Dużo też Żydów Polskę odwiedza – a mówię tu już o tych Żydach ortodoksyjnych, co wyglądają trochę tak egzotycznie, z pejsami…

– Tak, przyjeżdżają. Choćby do mojego rodzinnego Leżajska, miejsca kultu chasydzkiego.

– No właśnie. To się więc teraz wszystko zmienia. Z drugiej jednak strony, dla Izraela, który prowadzi taką politykę, jaką prowadzi – co jest moim zdaniem tragiczne – nagle Polska stała się głównym sojusznikiem. I tak było za rządów różnych politycznych opcji, zarówno za Wałęsy, Kwaśniewskiego, jak i Kaczyńskiego czy Komorowskiego… Wszyscy ci politycy stoją, czy też stali za Izraelem, prawie jak Amerykanie.

– Ale czy nie wynika to tylko z jakiejś politycznej koniunktury?

– Nie, to jest coś więcej. Zresztą obecnie koniunktura polityczna odwraca się od Izraela. Odwrócili się Francuzi, odwrócili się Niemcy… tak, nawet Niemcy.
To wynika więc z czegoś innego.

– Może jest to czymś w rodzaju zadośćuczynienia?

– Tak. Myślę, że coś w tym jest – również takie poczucie wspólnoty losu.

– Uważam, że do tego pozytywnego procesu zmian może się także przyczynić Pani nowy film „W ciemności”, który ukazuje Żydów w zupełnie inny niż jak to było dotychczas w zwyczaju,  sposób – a mianowicie z tej strony… hm… bardziej ludzkiej, ale ze wszystkimi tego konsekwencjami. Np. uświadamiając nam, że wszyscy oni mieli swoje wady i słabości – i że nawet same ofiary nie zawsze zachowywały się chwalebnie.

– Ja sądzę, że jest to szalenia ważne. Bo na czym polegał trick faszyzmu, czy jakiegokolwiek agresywnego anty-semityzmu? Na takim odebraniu Żydom cech ludzkich – na zrobieniu z nich nie-ludzi. Dlatego łatwo było ich zabijać.
Ale proszę zauważyć, że taka apologetyczna twórczość o Żydach robi coś podobnego. Ona oddziela Żydów od cech ludzkich – przez co nie są oni już ludźmi, tylko aniołami. Tak więc przywrócenie Żydom człowieczeństwa – ale takiego zwykłego człowieczeństwa – jest czymś najlepszym, co można teraz zrobić.

– Myślę, że filmem „W ciemności” to się Pani udało.

*  *  *

Inny fragment wywiadu z Agnieszką Holland („Bardzo ważny jest Dekalog”) można przeczytać TUTAJ.

*

CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?

Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski. Ostatnio, tematyka ta powróciła na prasowe łamy w związku z mającym się odbyć na najbliższej, wrześniowej sesji Zgromadzenia Ogólnego NZ, głosowaniem nad uznaniem Autonomii Palestyńskiej jako suwerennego państwa. Choć najprawdopodobniej wynik samego głosowanie w praktyce niczego istotnego nie zmieni, to jednak może się stać symbolicznym gestem zwracającym uwagę na mizerię tego, co się na Bliskim Wschodzie dzieje – na tragiczną sytuację pozbawionych swojego państwa Palestyńczyków i gordyjski węzeł z jakim próbują się uporać Izraelczycy. Na wszelki wypadek w samym Izraelu ogłoszono stan podwyższonej gotowości – jeśli nie bojowej, to takiej, która zdolna byłaby dać sobie radę z masowymi protestami i demonstracjami mogącymi przerodzić się w kolejną intifadę. Miejmy nadzieję, że do rozlewu krwi jednak nie dojdzie. A tymczasem dobrze byłoby przypomnieć sobie o co i dlaczego od ponad 60 lat walczą ze sobą Arabowie i Żydzi.

*

Żydzi i Palestyńczycy walczący ze sobą na Bliskim Wschodzie znaleźli się w tym ślepym zaułku, do którego nazbyt często wydaje się zapędzać ludzi ich atawistyczny instynkt agresji – popęd śmierci i zniszczenia. Także wola dominacji i żądza podboju, którą zawsze usprawiedliwia się własnym „żywotnym” interesem. Agresję, zwłaszcza w zderzeniu dwóch różnych kultur i religii, najmocniej wspiera fanatyzm.
Jest to tragiczną ironią, a zarazem fatalnym świadectwem wystawionym ludzkości, że właśnie w miejscu, które dla wyznawców trzech wielkich światowych religii jest święte – jako że podług nich symbolizuje ono przymierze z Bogiem i kontakt ze Stwórcą – odbywa się od tysięcy lat wzajemne mordowanie.

Nie wdając się jednak w metafizyczne dywagacje, spójrzmy trzeźwo na obecną sytuację w Izraelu i okupowanej Palestynie.
Jakie są rzeczywiste źródła toczącej się tam nieprzerwanie od wielu lat wojny? Czy istnieją jakieś perspektywy wyjścia z błędnego koła wzajemnej wendety? Kiedy skończy się nienawiść, zabijanie i odwet?

PROBLEMY Z GŁOWĄ

Jestem przekonany, iż fundamentalne przyczyny nie kończącej się wojny między Palestyńczykami a Żydami nie leżą w sporze o ziemię, a w umysłach tworzących te narody ludzi. By ustał konflikt na Bliskim Wschodzie, musi się zmienić sposób myślenia adwersarzy i zniknąć mur, jaki pojawił się w ich głowach.
Możemy więc sobie teraz wyobrazić skalę trudności w dążeniu do zaprzestania walki i wyplenienia nienawiści: wygląda to tak, jak byśmy chcieli zmienić ludzką mentalność. To dlatego niektórzy, mówiąc o szansach pokoju, wskazują na konieczność wymiany całego pokolenia, a może nawet i kilku pokoleń. Zgodnie z tą prognozą, obecna generacja pokoju na Bliskim Wschodzie się nie doczeka. Być może doczekają się jej dzieci, ewentualnie dopiero wnuki.

Niektórzy sądzą, iż wyjściem z kryzysu byłoby utworzenie niezależnego państwa palestyńskiego, przy równoczesnym zlikwidowaniu problemu milionów palestyńskich uchodźców. Lecz tego – jak pokazuje rzeczywistość – nie można dziś osiągnąć ani pokojowo, ani zbrojnie. Istny gordyjski węzeł poplątany jak zwoje mózgowe fanatycznych Żydów i Arabów.
Zakładnikami tej sytuacji są obecni liderzy obu stron. Mimo swych zdecydowanie pokojowych deklaracji, w głębi duszy w pokój nie wierzą, więc tak naprawdę do niego nie dążą. (Bowiem jak można dążyć do czegoś, w co się nie wierzy?) Jeszcze o Jaserze Arafacie mówiono, że nie chce on ani pokoju ani wojny, co tylko tę supozycję potwierdza.

Wszystko wskazuje na to, że Arabowie i Żydzi są na egzystencję obok siebie skazani. Jedynym logicznym rozwiązaniem w takiej sytuacji byłoby więc utworzenie dwu-narodowego państwa. W tej chwili jest to niemożliwe, bowiem obie strony zachowują się tak, jakby chciały zaprzeczyć racji istnienia narodu przeciwnika.
Czy będzie to możliwe w przyszłości?

UKĄSZENIE MAŁPY

W poszukiwaniu przyczyn wojny między Arabami a Żydami moglibyśmy zawędrować aż do człowieka pierwotnego, zadając pytanie: skąd mord i agresja wśród ludzi? I niewykluczone, że uświadomienie sobie tych pierwotnych źródeł podziałałoby na nas zbawiennie i oczyszczająco, bowiem racjonalizacja często bywa ulgą dla targanej sprzecznościami, pełnej nierozwiązanych konfliktów, ludzkiej psyche.
Racjonalizacją jest też spojrzenie na arabsko-żydowski kryzys z perspektywy najnowszej historii. Według tej opcji, przyczyny wojny są proste i oczywiste: podział Palestyny po wycofaniu mandatu brytyjskiego, po którym w 1948 roku doszło do proklamowania przez Żydów państwa Izrael. Państwo palestyńskie przestało istnieć, a 2/3 jego społeczeństwa zostało wykorzenione z ojczyzny. Wojsko izraelskie zajęło 94% ziemi palestyńskiej, ponad 400 wiosek arabskich zostało zrównanych z ziemią, a na miejsce wygnanych Palestyńczyków wprowadzili się Żydzi tworząc kibuce. Każde więc osiedle żydowskie powstałe po 1948 roku, zostało zbudowane na ziemi, która do tej pory była własnością Palestyńczyków.
Wsparcie jakie otrzymał (i nadal otrzymuje) Izrael od diaspory, Syjonistów, a zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych, umożliwił nie tylko przetrwanie nowego państwa (przy okazji Żydzi zdobyli nawet broń atomową), ale i wzmocnienie jego ambicji ekspansjonistycznych. Młode państwo izraelskie nie unikało agresywnej, zaborczej i nie przebierającej w środkach polityki, która zrodziła nienawiść świata arabskiego, i to zarówno do Żydów, jak i do Amerykanów.
Aktem brutalnym i łamiącym międzynarodowe prawo, było zajęcie w 1967 roku przez Izrael Zachodniego Brzegu Jordanu, Strefy Gazy i Jerozolimy. Okupacja tych terenów – wbrew rezolucji ONZ – trwa po dzień dzisiejszy a rozwój wypadków w ostatnim czasie nie wskazuje raczej na zmianę tej sytuacji.
Setki tysięcy ludzi zostało wyzutych z ziemi, wypędzonych z własnych domów. Liczba palestyńskich uchodźców rozproszonych po całym Bliskim Wschodzie sięga dziś 4 milionów. Są to społeczności pozbawione bezpieczeństwa, godnego bytu, podstawowych praw, w tym wolności.

Na jakich podstawach może więc zaistnieć stabilizacja? Dziwne wręcz byłoby, gdyby w takich warunkach istniała.
Biorąc to pod uwagę, wszelkie akcje Palestyńczyków uznać można za opór przeciw okupantowi. W takim kontekście, Żydzi mogą się wydawać nie tyle ofiarami – jak się zazwyczaj przedstawiają światu – a agresorami.
Mając to wszystko na względzie, szukanie bezpośredniego powodu wybuchu ostatniej intifady rzeczywiście nie ma większego sensu. Czy były to kamienie palestyńskich chłopców, albo może kule izraelskich żołnierzy… i kto zaatakował pierwszy? – to wszystko w istocie swej nie ma znaczenia, będąc w zasadzie tylko manifestacją nierozwiązanego konfliktu, pretekstem ujawniającym głębsze, stale obecne i rozległe przyczyny.
Ten problem inicjacji tragedii przypomina owo śmiertelne ukąszenie pewnego króla przez jego małpkę. Wówczas – a jest to fakt historyczny – zgon władcy pociągnął za sobą wojnę, w której zginęło ćwierć miliona ludzi. (Pisał o tym w swoich pamiętnikach Winston Churchill, a przypomniał jeden z numerów „The New York Review of Books”.)

Scena uchwycona przez francuskiego kamerzystę Talala Abu Rahama 30 września 2000 r. w ogarniętej drugą intifadą okupowanej strefie Gazy: podczas jednego z palestyńskich protestów, Jamal Al-Durrah wraz ze swoim 12-letni Muhammadem usiłują ukryć się przed ogniem izraelskich żołnierzy. Mimo, że byli nieuzbrojeni, nie stanowiąc żadnego zagrożenia dla strzelających żołnierzy, i mimo wołania ojca o przerwanie ognia, chłopiec został zabity a jego ojciec postrzelony w rękę, nogę, udo, miednicę i brzuch. Izraelscy żołnierze zabili też wtedy kierowcę ambulansu, który usiłował udzielić im pomocy.

BOMBA W SYNAGODZE, KARABIN W MECZECIE

Biblię nazwano najbardziej krwawą księgą świata – tyle w niej opisów wojen, morderstw, zdrad i nikczemności. Sam Jahwe z początku był nawet bogiem wojny. Koran został przekazany Muzułmanom przez proroka Mahometa – pośrednika Allaha – który zdobył Medynę środkami bynajmniej nie pokojowymi.
Ludy semickie, do jakich nota bene zaliczają się nie tylko Żydzi ale i Arabowie, od tysięcy lat żyły w rzeczywistości krwawej i brutalnej. I ten gwałt musiał znaleźć odbicie w wyznawanych przez nich religiach.

Jaką rolę w konflikcie na Bliskim Wschodzie odgrywają kwestie wyznaniowe? I czy uwikłani weń ludzie czerpią agresywną bojowość ze swoich religii?
Otóż nie przeceniałbym tego.
Owszem, w niektórych przypadkach inspiracja religijna ma wielkie znaczenie podsycając ogień walki. Lecz generalnie nie jest ona czymś decydującym. (Również mahometanie zobowiązani są przez Koran do przestrzegania takich cnót, jak np. dobroć, uczciwość i pracowitość.)

Zresztą, prawdziwa religijność w zasadzie nigdy nie jest destrukcyjna. Bardzo destrukcyjny jest natomiast fanatyzm. A ten po obu stronach przejawia się często, lecz raczej pełni on rolę instrumentalną (zagrzewając np. do walki), a nie źródłową, tzn. bywa środkiem a nie przyczyną.
To oczywiste, że linia frontu wojny między Arabami a Żydami przebiega na styku islamu i judaizmu, przez co polem bitwy stają się niekiedy synagogi i meczety. Miejscem najbardziej spornym i kluczowym, jest Świątynne Wzgórze, zwane przez Arabów Haram al-Sharif, gdzie stały kiedyś najświętsze dla żydowskich ortodoksów Pierwsza i Druga Świątynia, i skąd Mahomet został, według wierzeń muzułmańskich, zabrany na latającym rumaku do nieba.
Nie sądzę jednak, że religia jest rdzeniem tej wojny. Miejsca święte i fenomeny związane z kultem są raczej symbolami, poprzez które manifestują się antagonizmy osadzone na innych podstawach. Oczywiście, że wpisana immanentnie w islam wiara w Allaha, który rozkazuje Muzułmanom „świadczyć przeciw reszcie ludzkości” (jak to jest zapisane w samym Koranie), a nawet brać udział w dżihad, czyli Świętej Wojnie przeciw giaurom (niewiernym), nie przyczynia się raczej do pokojowej inspiracji Arabów, lecz poza fanatykami i terrorystami nie znajduje ona chyba większego odzewu.
Zaznaczmy jeszcze na koniec, że prawdziwie dobry Stwórca nie może żądać od ludzi jakiejkolwiek okrutnej ofiary. Powtarzane czasem przekonanie, że bogowie łakną krwi jest szaleńczym wymysłem biednego i ograniczonego człowieka, który poddaje się swoim atawizmom i agresywnym instynktom.

ZDERZENIE CYWILIZACJI

Palestyńczycy się buntują, ponieważ są nieszczęśliwi. Są nieszczęśliwi, ponieważ nie są wolni, tudzież mają mocne poczucie dziejącej się im krzywdy i niesprawiedliwości. Odczuwają niesprawiedliwość, jako że w każdym bliskowschodnim kraju, w którym żyją – a więc nie tylko w Izraelu, ale i we wszystkich ościennych państwach arabskich, gdzie znajdują się obozy uchodźców – są traktowani jak ludzie drugiej kategorii. Ich status państwowy jest tam nieokreślony.
Tzw. Autonomia Palestyńska jest fikcją, bowiem pod kontrolą Izraela pozostają wszystkie kluczowe sfery: od granic i dróg po zasoby wodne i energię. Nie bez znaczenia jest również korupcja jaka rozpanoszyła się w wyższych sferach palestyńskich instytucji.
Zażegnać bunty Palestyńczyków mogłaby tylko zmiana ich obecnego położenia, która zdołała by usunąć wszystkie zasadnicze przyczyny ich nieszczęścia.

Jednym z warunków pokoju – i nie odnosi się to tylko do sytuacji na Bliskim Wschodzie – jest to, by żadna grupa nie czuła się zagrożona ani zdominowana przez inne. A także to, by ludzie posiadali materialne podstawy do życia w godności; by mieli możliwość realizowania samego siebie; by chciwość nie dominowała ludzkich dążeń; wreszcie – by odrzucić przemoc jako środek służący rozwiązywaniu konfliktów.
Żaden z tych warunków nie jest na Bliskim Wschodzie spełniony.

Palestyńczycy znajdują się w fatalnej sytuacji ekonomicznej, nie mogą zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, bezrobocie jest ogromne… Mówiąc wprost: żyją oni w opłakanej nędzy, która ostro kontrastuje z położeniem materialnym większości obywateli Izraela. (Bez znaczenia w tej sytuacji jest to, czemu Żydzi zawdzięczają swój dobrobyt – pomocy z zewnątrz, czy też własnym zdolnościom oraz przemyślności w urządzaniu państwa i gospodarki.)
Wystarczy porównać dochód narodowy Izraela z tym, jaki uzyskują Palestyńczycy. Jest to odpowiednio: $100 miliardów i $4 miliardy. Roczny dochód narodowy na jednego mieszkañca wynosi więc $17 tysięcy w Izraelu i tylko $1,3 tysiąca w Palestynie. Olbrzymia jest też dysproporcja w liczebności obu armii: 135 tysięcy żołnierzy w wojsku izraelskim i 35 tysięcy w policji (bo nie jest to regularna armia) palestyńskiej. Jeśli zaś chodzi o ilość i jakość uzbrojenia – to jest to poza wszelkim porównaniem. Jakie są więc podstawy do równowagi obu sił?

Wielką szansą byłby równomierny rozwój ekonomiczny regionu. Oby tak ludzie zajęli się handlem, przemysłem i gospodarką, a nie sporami terytorialno-granicznymi; gdyby tak powstrzymali się od odwetu i wyzbyli nienawiści, prowadząc równorzędny dialog. Tylko jak to osiągnąć bez żadnych ustępstw, gdy nie ma równości i gdy króluje zaciekłość?
Prezydent Szymon Peres, (również wieloletni minister spraw zagranicznych Izraela) – człowiek, z którego opinią wszyscy się liczą – stwierdził swego czasu, że konflikt palestyńsko-izraelski jest zderzeniem cywilizacji, ale bynajmniej nie religijnych, a raczej świata biednego i zacofanego ze światem bogatym i rozwiniętym. Proponował on skoncentrowanie się na reformach rynkowych, rozwoju technologicznym, gospodarczym postępie. Lecz to słowa, które jak na razie pozostają bez konsekwencji; słowa, które niczego nie rozwiązują… No i łatwo je wypowiadać, bo nic nie kosztują. A w świecie arabskim wzbudzają nawet pewien niepokój, gdyż odbierane są jako dążenie do ekonomicznej hegemonii Izraela na Bliskim Wschodzie; dominacji, która oznacza wyzysk, a więc pogłębianie się materialnej nierówności.
Kolejne błędne koło.

KIEDY GINĄ DZIECI

Palestyńczycy mają prawo do własnego suwerennego państwa, a więc i do walki o niepodległość. Jednak prawdziwą hańbą i antyhumanitarnym skandalem jest uwikłanie w ten morderczy konflikt dzieci, których od wybuchu ostatniego powstania zginęło parę tysięcy. Arabowie ten udział nieletnich w wojnie usprawiedliwiają, a sam Arafat nazwał ponoć walczących chłopców „małymi generałami”.
Młodzież arabska nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, stąd ich desperacja, która w ekstremalnych przypadkach sprowadza się do poświęcania własnego życia – do pragnienia zostania „męczennikiem”. W ten sposób karmi się fanatyzm. A ten jest niczym innym jak odbiciem narcyzmu grupy, która czuje się zdegradowana, prześladowana i poniżona.
Warto w tym miejscu podkreślić, że niedopuszczalne jest tu także usprawiedliwianie terroryzmu – zamachów, w których giną niewinni i przypadkowi ludzie; wysadzanie w powietrze autobusów z cywilami i tym podobne zbrodnicze akty.

Gwoli historycznej ścisłości, trzeba tu zaznaczyć, że terroryzm był zapoczątkowany w Palestynie w latach 20. i 30. XX wieku przez Syjonistów, którzy urządzali masakry na arabskich rynkach i podkładaniem bomb nękali Brytyjczyków, by przyśpieszyć ich wycofanie się z Palestyny.
Dzisiaj, dla Palestyńczyków, wymierzone w Żydów zamachy bombowe wydają się być jedyną dostępną bronią słabych i uciśnionych. Samobójcza desperacja postrzegana jest jako środek mogący dorównać skuteczności zniszczeń dokonywanych przez uzbrojoną po zęby izraelską armię – czołgi, helikoptery czy też używane do morderczych ataków amerykańskie myśliwce F-16.

Jest sporo prawdy w słowach Goldy Meir, która zapytana o to, kiedy między dwoma narodami nastanie pokój, odpowiedziała: „Kiedy będą bardziej swoje dzieci kochać, niż nas nienawidzić”. To samo można powiedzieć Żydom: nie zapanuje u was pokój, dopóki interesy własne i zaborczość będzie stawiana wyżej niż życie człowieka i uznanie ludzkiej godności waszych sąsiadów.

Ciała Izraelczyków zabitych przez bojowników Hamasu we wrześniu 2010 roku na Zachodnim Brzegu Jordanu (Photo: Baz Ratner/Reuters)

*

SAMI TWORZYMY RZECZYWISTOŚĆ

Lobby żydowskie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, usilnie propaguje pro-izraelski punkt widzenia. Stąd wynika stronniczość wielu amerykańskich środków masowego przekazu w przedstawianiu konfliktu między Arabami a Żydami. Docenia się tu znaczenie „drugiej władzy”: wygrana bitwa w mediach oznaczać może wygraną wojnę na Bliskim Wschodzie.
Mimo, że zdecydowana większość z nas nie ma żadnego wpływu na tę sytuację, to jednak warto jest określić naszą wobec niej postawę. Jeśli bowiem uznamy i zgodzimy się z tym, że światem rządzi przede wszystkim siła i pieniądz – to nie mamy żadnych moralnych podstaw do krytykowania Izraela, jego dążeń i poczynań.
Czy chcielibyśmy przystać na dyktaturę siły i pieniądza? Czy nie powinny ponad tym wszystkim stanąć wartości wyższe, takie choćby jak wolność, sprawiedliwość czy ludzkie życie? Warto sobie uzmysłowić, iż to co się wybierze, ma jednak ogromne znaczenie, gdyż zdolne jest konstytuować naszą rzeczywistość.
Taki mamy świat i taką cywilizację, na jaką sobie zasługujemy… tworząc własną hierarchię wartości.

MEMENTO (PO PROSTU I BEZ PATOSU)

Jeśli istnieć ma cywilizacyjny postęp wyrażający dążenie człowieka do nieagresywnego rozwiązywania międzynarodowych sporów i konfliktów, musi dojść do consensusu wysoko rozwiniętych państw świata, polegającego na konsekwentnym przestrzeganiu międzynarodowych umów i norm odrzucających przemoc. W imię tego postępu powojenny świat Zachodu nie może dziś – mimo swej agresywnej przeszłości i kolonizacyjnych grzechów – akceptować siłowej ekspansji terytorialnej jakiegokolwiek państwa, gdyż oznaczałoby to legitymizację przemocy, jako funkcjonującego do dzisiaj sposobu podporządkowywania sobie słabszych przez silniejszych, czyli przyzwolenie na dominację wykorzystującą gwałt i przemoc.
A na to, w XXI wieku, cywilizowana i dysponująca nieograniczonymi środkami zniszczenia ludzkość, nie może sobie pozwolić… Jeśli oczywiście chcemy jeszcze przez jakiś czas egzystować na tej planecie.

*  *  *

Powyższy artykuł napisałem w czasie, kiedy w Palestynie trwała tzw. druga intifada. Opublikowany on został na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego” w dniu 8 czerwca 2001 r. Tu warto wspomnieć o pewnym znaczącym incydencie, kiedy to w „Dz. Zw.” pojawił się mój tekst o Arielu Sharonie („Jastrząb z gałązką oliwną w dziobie”), krytykujący ówczesne (i wcześniejsze), graniczące ze zbrodnią wojenną, poczynania tego polityka i wojskowego, którego laureat nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez określił kiedyś mianem „zawodowego mordercy”. Wydawcą „Dz. Zw.” jest Związek Narodowy Polski, którego prezesem był wówczas Edward Moskal. Otóż Moskal, pełniący także funkcję prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, mając zaproszenie do Waszyngtonu na jedną z sesji amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa, po przybyciu na miejsce został powiadomiony, że jednak jest personą non grata. Było oczywiste, że przyczyną zamknięcia waszyngtońskich drzwi przed nosem Moskala, był wspomniany artykuł o Sharonie, który ukazał się w wydaniu weekendowym „Dz. Zw.” dzień wcześniej.

Konflikt na Bliskim Wschodzie jest tematem, który zawsze mnie bulwersował i obok którego nigdy nie mogłem przejść obojętnie (jak zresztą obok wszystkiego, co dotyczy ludzkiej agresji i ludobójstwa). Tak więc, kiedy podczas mojego pobytu na Kostaryce parę lat temu dotarły do mnie wieści o akcji izraelskiej armii „Płynny Ołów” w strefie Gazy, to musiałem wyrzucić z siebie myśli, które wówczas cisnęły mi się do głowy. Część notatek, jakie wtedy powstały, pozwalam sobie przedstawić poniżej.

*

Podczas trwającej trzy tygodnie operacji wojska izraelskiego w Gazie zwanej „Płynny Ołów”, zabito około 1400 Palestyńczyków (Photo: NBI)

*

SZOK NAD PACUARE

Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce – w bez wątpienia jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dolegliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.

REFLEKSJE W DŻUNGLI

Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie „Jądra ciemności”, „Czasu Apokalipsy”, obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko – metaforycznych czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów.
Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.

ZBRODNIA

Nie mam wątpliwości co do tego, że w Gazie odbywa się właśnie – i to na naszych oczach – zbiorowy mord.
Jest to tragiczne w kilku wymiarach.
Po pierwsze – w wymiarze humanitarnym i eschatologicznym: to niewyobrażalne cierpienie umierających w tej chwili ludzi. Ludzi umierających najgorszym rodzajem śmierci – w bólu, opuszczeniu i braku godności.
Po drugie – dzieje się to wszystko przy obojętności (choć również i bezsilności) tzw. cywilizowanego świata, chlubiącego się wartościami kultury judeo-chrześcijańskiej, który, niestety, czasem wydaje się być również jakimś (po)tworem z gębą pełną humanitarnych frazesów.
Po trzecie – wszystko to oddala pokój na Bliskim Wschodzie, będąc kolejną kontrybucją składaną, wymyślonym zresztą przez nas, bogom wojny.
A wyrażając się inaczej: te akty gwałtu cofają nas w ewolucyjnym postępie ludzkości dążącej ku rzeczywistości bez wojen i masowego ludobójstwa – ku cywilizacji, w której brutalna przemoc będzie niczym innym jak szczątkowym, niemalże kopalnym, atawizmem. (Ale czy taka kiedykolwiek nastąpi?)

OKO ZA OKO ?

Uderza mnie pewna oczywistość, która, jak widzę, nie jest oczywistością w zachodnim świecie mediów, zwłaszcza amerykańskich: agresja Izraela, impet uderzenia i użyte środki w ataku na Gazę są niewspółmierne zarówno do odniesionych przez Izrael strat, jak i do rzeczywistego zagrożenia ze strony Palestyńczyków, a konkretnie – w tym przypadku – organizacji Hamas.
Weźmy tylko pod uwagę to jedno zestawienie: w ciągu 8 lat palestyńskie rakiety spowodowały śmierć około 18 Żydów. W tym czasie izraelskie naloty bombowe zabiły około 1290 Palestyńczyków. Do tej ostatniej liczby trzeba jeszcze teraz dodać ponad 900 śmiertelnych ofiar, jakie ponieśli Palestyńczycy tylko w ciągu ostatnich paru tygodni po rozpoczęciu bombardowań i wkroczeniu wojsk izraelskich do Gazy. (Avi Shlaim, jeden z profesorów Oxfordu, sam będący Żydem, który w latach 60-tych służył w izraelskiej armii, uznał to za korupcję biblijnej zasady, używając określenia: „oko za rzęsę” .)
Już nie piszę o dysproporcji użytej broni: chałupniczo wyprodukowane rakiety Hamasu vs. super nowoczesny sprzęt izraelskiej armii.

CYNIZM I UROJENIA

Nie znoszę wszelkiej propagandy, zaś szczególnie obrzydliwa jest dla mnie propaganda wojenna – te wszystkie kłamstwa i manipulacje w rzeczywistości, w której usprawiedliwia się gwałt i zabijanie.
Dzięki temu żadna ze stron nie ma prawdziwego obrazu wydarzeń; dzięki temu każda ze stron może działać według własnego planu, posiłkując się bardziej lub mniej urojonymi przesłankami.
Dzięki temu istnieje przyzwolenie na mord.

(Całość można przeczytać TUTAJ.)

*  *  *

Gwoli uzupełnienia, pozwolę sobie jeszcze dodać kilka zdań, które napisałem w styczniu 2009 roku, kiedy napad wojsk izraelskich na Palestynę był w toku:

– Prawdziwy obraz tego, co się dzieje teraz w Gazie jest zakryty, nie tylko ze względu na blokadę, jaką zastosował Izrael wobec zagranicznych dziennikarzy i korespondentów, ale również na manipulacje jakie stosują media i politycy poszczególnych krajów.
Swoją drogą to skandal: jakim prawem można zabronić komuś wstępu na terytorium obcego państwa?
Jak myślicie: dlaczego Izrael nie chce mieć świadków tego, co się dzieje obecnie w Gazie?

– Cel, jaki sobie postawili (oficjalnie) izraelscy wojskowi (przerwać obstrzał terytorium Izraela przez rakiety Hamas, fizyczna likwidacja członków organizacji), jest nierealny do wykonania. Skutek będzie przeciwny do zamierzonego: agresja izraelska w strefie Gazy doprowadzi jedynie do eskalacji przemocy w rejonie – do wzrostu nienawiści w świecie arabskim wobec Żydów. Nie mogę tego tłumaczyć inaczej, jak militarystyczną głupotą. (…)

– Bush zachował się tak, jak przewidywałem, racząc wszystkich nic nie mówiącym frazesem, że „rakiety muszą przestać spadać na Izrael” i że „wszystko zależy od Hamasu”. (Nieraz się zastanawiałem: ile w podobnych wypowiedziach Busha jest cynizmu, a na ile wynikają one z niemożliwości ogarnięcia przez niego prawdziwego obrazu rzeczywistości i w konsekwencji – pławienia się w świecie urojonym.) Obama wypowiada się ostrożnie (…).

*  *  *

Ofiary izraelskiej agresji na Gazę w styczniu 2009 r. (Photo: NBI)

*

Z KAMERĄ W PIEKLE (Więcej niż kino: „Lista Schindlera”)

Sowiecki sołdat do wyzwolonych Żydów: „Nie idźcie na Wschód. Tam was nienawidzą.” („Lista Schindlera”)

*

UWAGA: Poniższa recenzja filmu Stevena Spielberga napisana została w styczniu 1994 roku, wkrótce po światowej premierze tego filmu w Stanach Zjednoczonych. W wersji skróconej opublikowała ją „POLITYKA” (Nr 6 z 5 lutego 1994 r.) pod tytułem „Kamera w piekle”. (Zachowuję oryginalny tekst i śródtytuły.)

*

WSTRZĄSAJĄCY HIT

Wszyscy wydają się być zszokowani. Steven Spielberg, człowiek uważany dotychczas za głównego eskapistę Hollywoodu, reżyser bajecznie spektakularnych widowisk, autor czystego kina przygody i dziecięco-spontanicznej zabawy; twórca najbardziej kasowych filmów w historii kina („Szczęki”, „Indiana Jones”, „ET”, „Park Jurajski”) tworzy obraz zajmujący się jednym z największych koszmarów naszej rzeczywistości: Holocaustem, zbrodnią Hitlera, hańbą Europy XX wieku. Trzygodzinne, epickie widowisko bez efektów specjalnych, nakręconej na taśmie czarno-białej, starające się ująć studium „ciemnej strony” człowieka w artystyczną formę, ale zarazem nie pozbawić go realizmu i tchnienia autentycznego horroru.
Takie były intencje. A jakie rezultaty?

OBNAŻONE SERCE MISTRZA

Mimo, że specjalna premiera „Listy Schindlera” odbyła się dopiero w połowie ubiegłego miesiąca, a do szerszego rozpowszechniania film skierowany został zaledwie tydzień temu, to już zdążył się on znaleźć na pierwszym miejscu wielu wykazów „najlepszych filmów roku” ogłoszonych przez prominentnych amerykańskich krytyków. Recenzje były entuzjastyczne i jednomyślne w uznaniu „Listy Schindlera” wręcz za arcydzieło – za tzw. „natychmiastową klasyką”.
Oto zachwycone czołówki największych amerykańskich gazet: „Spielberg bez iluzji. Hollywoodzki król fantazji wkłada całe serce w swój najnowszy film”, „Steven Spielberg święci Ducha Humanizmu”, „Arcydzieło! Krzyk Pasji! Wielki Dramat! Monumentalny Tryumf”„Byłem wstrząśnięty i rozbity” – wyznaje powściągliwy zazwyczaj Gene Siskel i dodaje: „nawet kiedy oglądałem film po raz drugi, nie mogłem powstrzymać łez”. Wtóruje mu drugi, najbardziej znany krytyk Ameryki, Roger Ebert: „W swoim filmie Spielberg rozważa przygniatający fakt Holocaustu z mocą wielką, ale tak cichą i skrytą, że jego ręka nigdy nie jest widoczna, choć serce jest obnażone zawsze”.

BUNT „WIECZNEGO CHŁOPCA”

Wunderkind kina hollywoodzkiego mierzy się z koszmarem Holocaustu (Steven Spielberg i Liam Neeson na planie filmowym „Listy Schindlera”)

„Lista Schindlera” ma być dla Spielberga pewnego rodzaju odreagowaniem. Przez lata uważano go za reżysera zajmującego się emocjami, marzeniami, tęsknotami dzieciństwa; za takiego „dużego chłopca”, któremu pozwalano się bawić potężnymi zabawkami, a ten – z wdzięczności – wymyślał imponujące, bajeczne historie, przelewał je na ekran, dostarczając beztroskiej zabawy milionowej rzeszy widzów. Widzów płacących za  owe przyjemności: cztery czołowe filmy reżysera zarobiły na całym świecie blisko 3 miliardy dolarów!
Spielberg próbował już wcześniej zatrzeć swój image „wiecznego dziecka” reżyserując m.in. „Kolor purpury” (1985) – feminizująca sagę murzyńską i „Imperium Słońca” (1987), gdzie zamierzał utracić swoją „dziecięcą niewinność” przyglądając się wojnie (nota bene również oczami chłopca). Próby spaliły jednak na panewce, tonąc w słodkim technikolorze, przyduszone zwałami sentymentalizmu.
Dopiero realizując „Listę Schindlera” Spielberg mógł się poczuć „poważnym” twórcą: „Po raz pierwszy pozwoliłem części własnego ‚ja’ – tej, której używam w życiu z moimi dziećmi, żoną, przyjaciółmi – przeniknąć do filmu. To pierwszy obraz, w którym angażuję własną prawdziwą osobowość, by przekazać pewną ideę, przesłanie, temat…”
Tak więc dopiero „Lista Schindlera” ma ujawnić jego serce i duszę, radykalnie zmienić publiczne wyobrażenie jego persony.

SCHMUEL WSTYDZI SIĘ JARMUŁKI

Po raz pierwszy o Schindlerze usłyszał Spielberg w 1982 roku, w czasie szalonej popularności „ET”. W Nowym Jorku ukazała się recenzja książki „Schindler Ark” autorstwa zamieszkałego w Australii Thomasa Keneally’ego, który otrzymał za nią prestiżową brytyjską Nagrodę Bookera. Jednak wtedy – jak sam mówi – nie czuł się jeszcze na siłach, by zekranizować historię Oscara Schindlera, Austriaka o niemieckim rodowodzie, członka partii nazistowskiej i katolika, fabrykanta, który zatrudniając podczas okupacji w swojej krakowskiej fabryce naczyń emaliowanych ponad 1000 Żydów, uratował im de facto życie.
Przypominano mu jednak o niej ciągle, jakby chciano przy okazji pogłębić w nim poczucie żydowskiej tożsamości, do której od samego dzieciństwa nie był skory się przyznawać: „Zawsze chciałem się zasymilować, być zaakceptowany, stać się anonimowym członkiem amerykańskiej większości. Nie chciałem wcale należeć do ‚plemienia wybranego’.” Buntował się, gdy rodzice chcieli mu założyć jarmułkę. Kiedy dziadek przywoływał go jego hebrajskim imieniem „Schmuel, Schmuel!”, ten – grając w piłkę z kolegami – udawał, że nie słyszy. Najchętniej zapomniałby o swoich dziadkach pochodzących z Odessy i z południowej Polski. Może więc „lista Schindlera” ma być także pewnym zadośćuczynieniem za ten grzech wyparcia?

Z PARKU JURAJSKIEGO DO OŚWIĘCIMIA

Ostateczna decyzja zapadła ponoć w czasie, kiedy robił barokową fantazję „Hook” traktująca o nowych przygodach Petera Pana, bajkowego chłopca, który… nie chciał nigdy dorosnąć. Wyglądało to na kolejne pogrążenie się Spielberga w fantastyczno-infantylnym sosie. I wtedy powiedział: „basta!” Powiadomił o swojej decyzji wytwórnię „Universal”. Tam, producenci, zapoznawszy się ze scenariuszem, powiedzieli mu, że lepiej by zrobił, gdyby złożył donację na Muzeum Holocaustu, niż marnował pieniądze studia. Kiedy jednak sprezentował im – po raz kolejny zresztą – filmowy hit Wszech-czasów pt. „Parki Jurajski”, przestali oponować. Podejrzewam, że wiedząc o tych dodatkowych $850 mln., które już wkrótce miał zarobić film o dinozaurach, zgodzili by się na każdą ekstrawagancje swojego „wunderkinda”.

Spielberg skończył „Park Jurajski” przed czasem, by załapać się jeszcze na polską zimę. Wcześniej już jeździł do Krakowa, by wybrać plenery i przygotować produkcję, ale zdjęcia rozpoczęły się dopiero w styczniu 1993 roku i trwały 3 miesiące. Niemal cały materiał zrealizowano w Krakowie i okolicach. Akcja przenosi się także do Płaszowa i Oświęcimia. Nastawiałem się więc trochę na krakowskie plenery, wędrówkę w znane sobie kąty. Jednak ostatnią rzeczą jaką chciał nam ukazać Spielberg, była uroda miasta. Reżyser potraktował lokalizację jako przedsionek piekieł – i trudno ukryć, że takim piekłem były tamte strony dla ofiar nazistowskiego terroru.

„CHUJOWA GÓRKA” KOSZMARU

Film Spielberga pełen jest scen wstrząsających. Obozowa apokalipsa, masowy exodus, pacyfikacja, getta, palenie zwłok na „Chujowej Górce” (zachowuję oryginalna pisownię z kadru); natychmiastowe egzekucje, sadystyczny komendant obozu w Płaszowie, który na poranna rozgrzewkę ustrzeliwuje sobie z balkonu swojego mieszkania kilku więźniów…

Kolizja: kino popularne vs. historyczny koszmar ludobójstwa (Raplh Fiennes jako Amon Goeth – psychopatyczny komendant obozu koncentracyjnego strzelający do więźniów z balkonu własnego mieszkania)

*

Rozumiem szok Amerykanów rozpieszczanych dotychczas rozrywkową iluzją, komercyjna zabawką. Wielu z nich po raz pierwszy patrzy na czarny koszmar tamtych okrutnych czasów. Bowiem, jeśli już przedstawia się im na ekranie wojnę, to zwykle w postaci komedii, farsy, paraboli lub musicalu. Nic dziwnego, że zamierzony przez Spielberga naturalizm w ukazywaniu mordu, robi na widzach piorunujące wrażenie. Siedząca przede mną amerykańska nastolatka dziesiątki razy westchnęła podczas projekcji: „Oh! God!” Nie wątpię, że tego rodzaju film potrzebny jest w tutejszych kinach. Zbrodnie, które ukazuje, warto mieć ciągle w świadomości, mimo że boleśnie czasem ja uwierają. I jest jeszcze lepiej, kiedy firmuje go twórca o taki statusie w (pop)kulturze amerykańskiej, jak Spielberg. Miałem to wszystko na uwadze, rozumiałem intencje twórców, ale pewne aspekty filmu trudno było mi zaakceptować. Napiszę wprost: mój sprzeciw dotyczył  obecnych w filmie Spielberga  zafałszowań i manipulacji (zdaję sobie sprawę z wymowy tych słów, ale niestety, tak odbierałem obecne w filmie „mijania się z prawdą”, które moim zdaniem są czymś niedopuszczalnym i nie mogą być usprawiedliwione „poetycką licencją” twórcy opisującym tak szczególny i newralgiczny okres w naszej niedawnej historii, obejmujący masową zagładę i ludobójstwo).

Uderzyła mnie więc arbitralność Spielberga. To nieprawda, że niewidoczna jest tam jego „ręka”. Reżyser wszystko trzyma w garści mocno – jego kontrola nad obrazem jest totalna. W związku z tym rzeczywistość, którą on kreuje, odarta jest z przypadkowości, swobody, a przez to – z autentyzmu. To prawda, że temat domagał się kręcenia na taśmie czarno-białej, lecz zdjęcia Janusza Kamińskiego zdradzają niestety czasem estetyczną pretensjonalność: obraz – dzięki sztucznie wygenerowanemu oświetleniu – przestaje być tajemniczy, staje się dziwaczny. Spielberg twierdzi, że przygotowując się do kręcenia „Listy”, przejrzał setki dokumentów tamtego czasu. To może tłumaczyć sposób w jaki traktuje on w swoim filmie ludzi, którzy wskutek tego przypominają niekiedy jakieś graficzne znaki. Holocaust ulega tu estetyzacji. Mnogość epizodów, postaci, przyczynia się do zagęszczenia filmu. Odnosimy w końcu wrażenie, iż Spielberg traktuje wszystko instrumentalnie. Dochodzi tu do paradoksalnego odwrócenia sytuacji: to kwestia czy dialog tworzy postać, a nie odwrotnie.

SYBARYTA, SPEKULANT I BOHATER

Wojna, okupacja i życie w luksusie. Wyrachowany oportunista czy przejęty współczuciem wybawca? Jakim człowiekiem był naprawdę Oscar Schindler?

Paradoksem, który zafascynował Spielberga był fakt, że 1300 Żydów  uniknęło zagłady za sprawą nazistowskiego spekulanta – industrialisty, a nie kogoś, kto zadeklarował się jako sługa ludzkości (jak np. Raul Wallenberg).
Pierwotne motywacje Schindlera były jednoznaczne. Zatrudnił w swojej fabryce Żydów, gdyż stanowili tańszą siłę roboczą niż Polacy (ponadto ich zarobki szły bezpośrednio w ręce niemieckiej administracji). Wyrabiał sobie układy wśród oficerów SS i gestapo – uczestnicząc razem z nimi w pijatykach i hulankach. Przekupywał ich sutymi łapówkami. Był typowym hedonistą, bon-vivantem, lubował się w luksusie i dobrych trunkach, otaczał wianuszkiem pięknych kobiet. Był okres, kiedy pod jednym dachem trzymał żonę i kochankę, romansując jednocześnie na boku z esesmanką. (Nic dziwnego, że Emilia Schindler jeszcze po wojnie wyzywała swojego byłego męża od „dziwkarzy”.) Czy Spielberg prezentuje nam swojego bohatera z tej strony? Otóż nie za bardzo. Są niby jakieś sugestie, ale Schindler nie jawi się nam jako człowiek z krwi i kości. Dość szybko natomiast staje się na ekranie postacią bez mała mityczną. Trudno jest dostrzec w nim rozbuchanego sybarytę, którym go było czuć w Krakowie na kilometr. Spielberg – purytanin – niczym ów chłopiec od ET i Piotrusia Pana, wzbrania się przed ukazaniem lubieżnej i kabotyńskiej strony osobowości Schindlera – choć co parę minut zmusza nas do oglądania ludzkich czaszek roztrzaskiwanych przez hitlerowskie kule. Trochę dziwna to powściągliwość i niedopełnienie.
Wielce wątpliwa jest wobec tego wszystkiego ewolucja postawy Schindlera i jego motywacji. Ponoć walczył pod koniec wojny o swoich pracowników jak lew, pewną ich partię wyciągając nawet z samego Oświęcimia. Spielberg każe nam wierzyć, że odezwało się w nim ludzkie współczucie, dopiero wtedy dotarła do niego prawda o całym hitlerowskim planie, i że się ta prawdą przejął. Zrujnował się w końcu, wydając  majątek na łapówki i przenosząc całą fabrykę na czeskie Morawy – byle tylko uratować swoich „Schindlerjuden”, jak po wojnie zwykło się nazywać  Żydów z listy Schindlera.
A może Schindler nie tyle przejął się „ostatecznym rozwiązaniem”, co przeczuł wynik wojny i Żydzi mogliby stanowić jego alibi, uchronić go od stryczka?

I jeszcze rzecz z pozoru drobna, ale symptomatyczna: fabryka Schindlera produkująca początkowo wyroby emaliowane, wraz ze zwiększającym się zapotrzebowaniem frontu przestawiła się na produkcje amunicji. Dość to niewygodny fakt dla idealistyczno-heroicznego przesłania filmu. Jak sobie z owym fantem radzi Spielberg? Otóż każe nam wierzyć, że wszystkie (dosłownie: wszystkie!) kule, pociski, miny były bublami – świadomi Żydzi sabotowali robotę. Mało tego, Schindler nie tylko o tym wiedział, ale i aprobował: „Gwarantuję, że ta amunicja nie zrobi nikomu krzywdy” – mówi pewny siebie i zadowolony, wzbudzając tym entuzjazm wśród widzów.
Bardzo autentyczne.

Na „listę Schindlera” można się było dostać za łapówkę – ale tego, z oczywistych względów, z filmu Spielberga się nie dowiemy. (Liam Neeson i Ben Kingsley jako Izaak Stern, księgowy Schindlera, ustalają listę – w rzeczywistości Schindler nie brał w tym udziału.)

ŁZY I SACHARYNA

Kompromitująca „Listę” jest moim zdaniem niesłychana scena finałowa, zupełnie niewiarygodna – nie wspominając już o tym, że i ona jest fikcyjna. I niestety, wg mnie, swoją ckliwością godną niewybrednego hollywoodzkiego melodramatu, dokumentnie niwecząca dające się wcześniej zauważyć w filmie rysy realistyczne.
Oto widzimy jak Schindler zwija manele i gotuje się do ucieczki przed zbliżającym się sowieckim frontem. Otoczony jest przez żegnającą go, łkającą rzeszę swoich pracowników – niewolników (jego fabryka była de facto obozem jenieckim). Nadużywając teatralnych gestów, wskazuje trzęsącą się ręką na samochód i mówi drżącym głosem: „A przecież i za niego można było kupić życie paru ludzi” – i patrząc na złotą obrączkę na swoim palcu: „Także za to – życie dwóch ludzi”.
A jaka była rzeczywistość?
Jego pożegnanie z załogą nie roztkliwiło tych ludzi. Ono postawiło im włosy na głowie. Pod koniec wojny Schindler jeździł po Generalnej Guberni jak opętany, z walizką wypchaną pieniędzmi, z kieszeniami pełnymi brylantów, prowadząc podejrzane interesy, chcąc uratować ze swojego majątku co się da. Tracił jednak kontrolę nad wszystkim. Kiedy uciekał z fabryki, jego samochód zawalony był biżuterią i złotem, (które zresztą wkrótce mu rozkradziono). Doprawdy, wobec tego wszystkiego, trudno uwierzyć w rozczulonego Schindlera, „ojca i matkę” Żydom, „nawróconego Szawła”, „Skałę i Wieżę Humanizmu”.

I jeszcze sama lista.
Również scena, w której Schindler dyktuje zarządcy swojej fabryki Izaakowi Sternowi nazwiska Żydów, jacy powinni znaleźć się na liście, nie miała w rzeczywistości miejsca. Gwoli ścisłości listy nie stworzył Schindler, tylko jego współpracownicy, którzy na dodatek brali łapówki od Żydów chcących znaleźć się na liście. Kto nie miał czym zapłacić nie był na niej umieszczany (co wówczas było praktycznie równoznaczne z tym, że taki człowiek trafiał w końcu do gazu).

Jeszcze przed premierą filmu czytałem w jednej z amerykańskich gazet wywiad z człowiekiem, który miał być pierwotnie autorem scenariusza do „Listy Schindlera”. Pisarz, były żurnalista, (którego nazwiska niestety nie pomnę) wyznał, że zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, bo nie pozwoliła mu na to jego – jak to sam określił – nakazująca wierność faktom dziennikarska etyka. Po prostu uznał, że rozbrat Spielberga z tym jak było naprawdę, idzie za daleko. Zwróciło to moją uwagę i bez wątpienia przyczyniło się do tego, że do filmu Spielberga podszedłem z większą ostrożnością i bardziej krytycznie.

Przywoływanie przeszłości na ekran – w filmie nie brak spielbergowskiej dynamiki i mistrzowskiego opanowania medium kina

NIEZGODA NA MIT

Czego nie można powiedzieć o tych wszystkich, którzy film Spielberga przyjęli wręcz entuzjastycznie. Do tej pory nie natrafiłem w mediach na choćby jedno zdanie krytyczne. Wszystkie recenzje, jakie czytałem, były w jednoznacznym tonie: Spielberg stworzył arcydzieło! – prawdę o Duchu Humanizmu!
Ciekaw jestem jak film zostanie odebrany w Polsce, czyli w kraju, w którym o realiach tamtej wojny wie się znacznie więcej, niż Ameryce. Poza tym Polacy bywają niezwykle czuli na to, jak przedstawia się ich rolę w stosunkach z Żydami – zwłaszcza jeśli robią to sami Żydzi. Obawiam się, że oglądając „Listę” niektórzy mogą odnieść wrażenie, iż w okupowanej Polsce ofiarami nazistów byli tylko i wyłącznie Żydzi – podobnie tylko Żydów mordowano w Oświęcimiu czy w innych obozach masowej zagłady, które w prasie amerykańskiej (i nie tylko) na dodatek nazywane są „polskimi obozami koncentracyjnymi”. I rzeczywiście: w filmie Spielberga polskie komendy w obozach brzmią głośniej (Niemka tylko powtarza za Polką, która pełni funkcje kapo i wydaje rozkazy). Jednak Polacy pojawiają się w filmie dość sporadycznie, właściwie tylko po to, by zbluzgać Żydów i zademonstrować wobec nich swoją nienawiść (są to jednak momenty, które wszak przy odrobinie dobrej woli potraktować można jako wypadki przy reżyserskiej pracy).
Nazwa Niemcy pada w całym filmie tylko raz (pod koniec, kiedy Schindler mówi o podpisaniu kapitulacji). Cały czas są natomiast tylko „SS-mani”. W tym miejscu można się zastanawiać, czy aby unikanie używania słowa  Niemcy i zastępowanie ich takimi, dość abstrakcyjnymi, określeniami jak „gestapo”, „hitlerowcy”, „naziści”… nie tworzy swego rodzaju eufemistycznej zasłony dymnej, pozwalającej na nienazwanie czegoś po imieniu?
To dobrze, że amerykańskie kino (przeważnie rozrywkowe) chce wracać do momentów w naszej historii, które żadną miarą rozrywkowe nie są. Użycie do tego celu medium typowo ludycznego (a głównie takiego rodzaju medium jest kino), nikogo jednak nie może zwolnić od odpowiedzialności, ostrożności, wyważenia… tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę jego nośność i wpływ na tzw. masową wyobraźnię, która ma tendencje do tego, by to co pojawia się na ekranie, uznawać za coś bardziej realnego, niż otaczającą nas rzeczywistość (dotyczy to również wydarzeń historycznych).

Mój problem z filmem Spielberga wziął się niewątpliwie z niezgody na mitologizację, jakiej poddał on postać Schindlera i jego postawę podczas okupacji. Zdaję sobie sprawę jak ważne są mity dla naszej kultury, tudzież dla naszego wysiłku usadowienia się i zadomowienia w świecie, który nie zawsze jest nam przyjazny. Kiedy jednak sięga się po tematy tak ważne i wyjątkowe jak ludobójstwo, warto jest zachować trzeźwość, właściwy ton i umiarkowanie – o zgodności z historycznymi faktami nie wspominając.

*  *  *

POST SCRIPTUM

Muszę przyznać, że nie byłem świadomy, jaka to burza rozpęta się w polskiej (a zwłaszcza polonijnej) prasie i mediach, wkrótce po opublikowaniu tej recenzji, która przez jednych uznana została za obronę „dobrego imienia” Polaków (co oczywiście nie było moją intencją), przez innych zaś za antysemicki napad na bogu ducha winnego Spielberga i denuncjację wpływów żydowskiego lobby w Ameryce i to w kategoriach syjonistycznego spisku (a to nie było moją intencją tym bardziej). W swojej naiwności zapomniałem o przestrodze jaką kiedyś dał wszystkim bodajże Kazimierz Wierzyński, pisząc że poruszanie tematów polsko-żydowskich jest niczym wchodzenie na pole minowe przypominające łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły i barany. I że można przez to wylecieć w powietrze.
Po moim artykule, w „POLITYCE” rozpętała się awantura, skutkiem której było kilka innych tekstów dotyczącej zarówno Schindlera, jak i stosunków polsko-żydowskich podczas niemieckiej okupacji. W rezultacie redaktorem naczelnym tego pisma przestał być Jan Bijak, a zastąpił go Jerzy Baczyński.
Osobną historią są perturbacje jakich wkrótce doświadczyłem w Chicago, dając się wciągnąć w dyskusję jaka rozpętała się między dwoma obozami, w których naturalnie nie zabrakło zacietrzewionych osłów i baranów… po obu zresztą stronach. (Najgorsze jest to, że i ja takiego osła mogłem wówczas przypominać ;))

„SIEDEM LAT W TYBECIE” I „KUNDUN”, czyli o mierzeniu się z prawdą i legendą Tybetu w kinie

Prawda czy legenda? Zmaganie się z Tybetem mitycznym ("Siedem lat w Tybecie" Jeana-Jacquesa Annauda)

*

1. TYBET JAKO PRZYGODA – „SIEDEM LAT W TYBECIE” (Seven Years in Tibet, reż. Jean-Jacques Annaud)

Zanim zdecydowałem się po raz drugi obejrzeć „Siedem lat w Tybecie”, chciałem przypomnieć sobie to, co zostało we mnie od czasu, kiedy film Jeana-Jacquesa Annauda zobaczyłem po raz pierwszy na dużym ekranie 14 lat temu. I co się okazało? Z samego wątku nie pamiętałem prawie nic (mglisty zarys przygód Europejczyka na egzotycznym i tajemniczym „Dachu Świata”), jednak przypomniałem sobie ogólne wrażenie niezwykłej widowiskowości obrazu, „płowo-głowe” gwiazdorstwo Brada Pitta, koloryt tubylczej kultury, ogólny romantyzm i przygodowe genre, zetknięcie się białego profana z miłującym pokój i stroniącym od przemocy ludem, tudzież jego duchową przemianę, która z aroganckiego gwałtownika przemieniła go w łagodnego i współczującego człowieka dostrzegającego to, co w życiu jest najważniejsze.
I teraz, po ponownym spotkaniu z filmem, mogę z pewnością stwierdzić to, że sukces Jeana-Jacquesa Annauda polega właśnie na tym, że takie a nie inne wrażenie w mojej pamięci pozostało – ergo „Siedem lat w Tybecie” było skrojone właśnie na taką (przygodowo-romantyczną) miarę i miało na widzu wywrzeć dokładnie takie, a nie inne wrażenie, zasiać w jego sercu takie a nie inne ziarno empatii, utrwalić w jego umyśle takie a nie inne przesłanie.
Lecz naturalnie, kilkanaście lat robi swoje. Również fakt, że niedawno zobaczyłem Tybet na własne oczy oraz zapoznałem się bliżej z jego historią – stykając się przy tym z prawdziwymi, konkretnymi ludźmi – sprawia, że to, co dawniej uznałem za zaletę filmu, paradoksalnie uznać teraz mogę za jego wadę.

Dalajlama i Tybet - niewinność uosobiona - mit a może baśń?

Jednak owa paradoksalna sprzeczność dość łatwo może być zniesiona, bo tak naprawdę jest ona sprzecznością pozorną. Wystarczy bowiem obraz Annauda pozostawić w przynależnym mu obszarze bajkowej fantazji, a problem znika. Szkopuł w tym, że filmowa fikcja w tym wypadku dokonała inwazji w świat prawdziwy – w świat polityki, faktów, historii i życia realnych ludzi – sama na ten świat wpływając i do pewnego stopnia go zmieniając. I jeszcze jedno: chcąc nie chcąc, stykając się z tym obrazem, zostajemy uwikłani w jeden z najbardziej bolesnych dylematów współczesnego świata i tym samym jesteśmy skonfrontowani z jedną z największych tragedii narodowych drugiej połowy XX-go wieku, sięgającej nota bene naszej teraźniejszości.

Wprawdzie „Siedem lat w Tybecie” nie podjęło się ekranizacji tak radośnie skonfabulowanej historii, z jaką mamy do czynienia w książce „Długi marsz” Andrzeja Rawicza, każącego nam wierzyć w jego niesłychaną ucieczkę z obozu sowieckiego przez Syberię, pustynię Gobi, Tybet i Himalaje do Indii, (a którą to równie radośnie, a i bezkrytycznie, przeniósł niedawno na ekran Peter Wier, kręcąc „Niepokonanych”), jednakże dość arbitralnie przeinaczyło kilka faktów związanych z autentycznymi przypadkami austriackiego alpinisty Heinricha Harrera, adaptując je tak, aby nie tylko przystawały, ale i wzmacniały romantyczną, mocno wyidealizowaną wersję filmu.
Heinrich Harrer to postać prawdziwa i rzeczywiście bardzo ciekawa (warto prześledzić także te jego losy, które wybiegają poza czas objęty scenariuszem). Jego książka „Siedem lat Tybecie. Moje życie na dworze Dalajlamy”, na długo przed jej ekranizacją, stała się światowym bestsellerem (przetłumaczona na 53 języki, rozeszła się w ponad trzech milionach egzemplarzy). Tak więc, to wszystko wydarzyło się naprawdę: Harrer w przededniu wybuchu II wojny światowej wyruszył z Europy do Azji, będąc jednym z organizatorów wyprawy, która planowała zdobyć jeden z najwyższych i najtrudniejszych szczytów w Himalajach (Nanga Parbat). Wyprawa poniosła fiasko, a jej członkowie dostali się do brytyjskiego obozu jenieckiego w Indiach (jako że Wielka Brytania i Niemcy byli już w stanie wojny). Stąd Harrer wraz z kilkoma innymi więźniami ucieka i po długiej wędrówce przez góry dociera do Tybetu, trafia do Lhasy gdzie staje się towarzyszem, prywatnym nauczycielem a wkrótce i przyjacielem XIV Dalajlamy (tak, tego samego, który do dzisiaj przebywa na wygnaniu). W Lhasie zastaje go koniec wojny, ale także inwazja Chińczyków, którzy w 1950 roku, za pomocą swojej Ludowej Armii, dokonują „pokojowego wyzwolenia” Tybetu.

Dalajlama ze swoim przyjacielem, byłym esesmanem Heinrichem Harrerem (photo credit: H. Harrer Museum, Huttenberg)

Swoją drogą, Heinrich Harrer w swoich wspomnieniach nigdy nie wspomniał o takim drobiazgu, jak własna przynależność do SS. Kiedy więc realizacja filmu była już mocno zaawansowana, jedna z niemieckich gazet fakt ten wydobyła na jaw, co wywołało mały skandal w niektórych środowiskach, a w ekipie realizacyjnej dość duży popłoch, w rezultacie którego musiano zmienić scenariusz, aby zupełnie już nie zdyskredytować etycznej wymowy i szlachetnych intencji filmu. Koniec końców, w kinie widzimy, że Harrer był esesmanem, tyle że jakby przez przypadek i bez większego zaangażowania, a duchowa transformacja jaką przeszedł pod wpływem tybetańskiego buddyzmu, spowodowała, że zupełnie już odciął się od swojej faszystowskiej przeszłości.
Oczywiście, fakt przynależności Harrera do zbrodniczej organizacji, jaką była SS, został także wykorzystany przez wrogów Dalajlamy. Lecz ten nie odciął się wcale od bliższej zażyłości z Harrerem, mówiąc, że nigdy nie był świadomy tego faktu z jego życiorysu i że pozostawia to sumieniu samego Harrera. Dalajlama i Harrer pozostali przyjaciółmi aż do śmierci tego ostatniego w 2006 roku.

Powiedzmy sobie szczerze, iż każdy rodzaj artystycznej ingerencji w rzeczywistość (a za taką uznać można np. filmową adaptację), jest pewnego rodzaju „manipulacją”. Ale czy istnieje inny sposób stworzenia ekranizacji opartej na niewątpliwych nawet faktach, jak podporządkowanie tego procesu pewnym regułom formalnym? Bo przecież nie da się uniknąć pewnych uproszczeń, wybiórczości, akcentowania tych a nie innych elementów… Czegoś takiego nie można uniknąć nawet wtedy, kiedy kręci się film dokumentalny, a co dopiero widowiskową, hollywoodzką epikę przygodową. A czymś takim – przeznaczonym dla tzw. szerokiej publiczności utworem rozrywkowym – jest z założenia film Jeana-Jaquesa Annauda.

East meets West: przyjaźń, oświecenie, duchowa przemiana...

Tu  muszę przyznać: piszę to wszystko dlatego, że po prostu jestem po stronie „Siedmiu lat w Tybecie”. Film ten był dla mnie emocjonalną przygodą, nawiązaniem do moich fascynacji tajemniczą krainą, jaką od dzieciństwa był dla mnie Tybet. Był też pewnym doświadczeniem estetycznym – łechcąc moją tęsknotę za krajobrazowym pięknem dzikiej przyrody, za obcowaniem z kolorową egzotyczną kulturą, za podziwem dla niezwykłych ludzi i uczuciem solidarności ze zniewolonym de facto i w sposób brutalny narodem. A że Annaud, na ekranie, zamiast pejzaży tybetańskich pokazywał (głównie) południowo-amerykańskie? Że Brad Pitt zupełnie nie był podobny do Heinricha Harrera? Że Harrer – mimo wyeksponowania tego wątku w filmie – w ogóle nie był przywiązany do swojego syna, (którego, nienarodzonego jeszcze, zostawił wraz z żoną w gotującej się do wojennej zadymy Europie)? Że jego towarzysz (grany skądinąd ciekawie przez Davida Thewlisa) wcale nie poślubił pięknej Tybetanki?… itd. itp. I jeszcze ewentualny zarzut, nieco większej wagi: że chronologia wydarzeń ukazana w filmie nie zawsze pokrywa się z chronologią wydarzeń historycznych (dotyczy to głównie chińskiej inwazji na Tybet). Jednak, na korzyść twórców filmu należy zaznaczyć, że kluczowe fakty nie zostały zmienione: że kronika znajomości Dalajlamy z Harrerem, tudzież charakter wzajemnych stosunków i relacji tybetańsko-chińskich zostały oddane dość uczciwie i akuratnie, choć oczywiście w sposób sympatyzujący z ludem Tybetu. To wystarczyło, by reżyser, scenarzysta i odtwórcy głównych ról dostali od Chińczyków wilczy bilet, czyli absolutny zakaz wstępu na terytorium ChRL-D, zwłaszcza do Tybetu, do którego nie można wjechać nawet wtedy gdy się posiada chińską wizę (wymaga to dodatkowego pozwolenia).
A jeśli chce się głębiej poznać Tybet, zamieszkujących tam ludzi, ich historię, prawdziwy charakter stosunku Tybetańczyków do Chin i Chińczyków? To nie tędy droga i nie ma tak łatwo! Trzeba przysiąść fałdów i oddać się dość żmudnym oraz czasochłonnym studiom.

Wizyta w mitycznej krainie. Tybet w filmie Jeana-Jacquesa Annauda: kolorowy, tajemniczy, pociągający, niezwykły...

*

2. TYBET JAKO MISTYCZNA GŁĘBIA (filmowa) – „KUNDUN” (Kundun, reż. Martin Scorsese)

Można się zapytać, czy jest sens zestawiać obok siebie tak odmienne filmy jak „Siedem lat w Tybecie” Annauda i „Kundun” Martina Scorsese. Moim zdaniem tak. Bowiem, mimo iż oba zajmują się Tybetem, jego przywódcą duchowym i politycznym, nawiązują też do tybetańskiego buddyzmu i chińskiej inwazji na ten kraj, to jednocześnie ujawniają… bezradność kina w dotarciu do sedna rzeczy, jego ograniczenie spowodowane koniecznością poddania się i wyboru pewnej konwencji, uromantycznienie lub estetyzację tego, co stanowi sól ziemi, pot, krew i łzy prawdziwego człowieka, głębię religijnego doświadczenia, rdzeń i tajemnicę oporną wszelkim mediom jakimi posługuje się współczesna obrazkowo-dźwiękowa cywilizacja Zachodu. A takim medium jest kino.

Martin Scorsese na filmowym planie "Kunduna"

Wydawać by się mogło, że namaszczona powaga Scorsesego, pozwala na głębszą penetrację tematu, niż infantylno-przygodowe potraktowanie go przez Annauda, ale to wrażenie jest raczej złudne. To prawda, „Kunduna” można postawić wyżej w hierarchii nobliwości sztuki filmowej (tj. bardziej wyrafinowanego artyzmu kina), ale podobnie jak „Siedem lat w Tybecie”, nie jest on w stanie wyzbyć się swoistej… naiwności charakteryzującej stosunek „racjonalnego” Zachodu do ezoterycznego, „mistycznego” Wschodu – nawet wtedy (a może nawet zwłaszcza wtedy?), gdy chce się owego racjonalizmu pozbyć na rzecz dość ostentacyjnej rewerencji, a z taką właśnie mamy do czynienia w „Kundunie”.

Napisawszy to muszę przyznać, że wszystkie te zastrzeżenia i wątpliwości, (które nota bene pojawiły się we mnie już po projekcji) nie przeszkodziły mi w delektowaniu się obrazem i dźwiękiem jakie zaserwowali mi na ekranie twórcy „Kunduna” (a wcześniej „Siedmiu lat w Tybecie”). Przy czym, film Annauda był raczej przygodą, zaś Scorsesego – bardziej modlitwą.
Właśnie. To może być kolejna pretensja do Scorsesego: zamiast tak charakterystycznej dla niego dramaturgii, raczy on nas czymś, co chyba jednak nie leży zupełnie w jego rebelianckiej, obrazoburczej a nawet i momentami bluźnierczej naturze. Poza tym, Scorsese we wszystkich swoich filmach potrafił doskonale dotrzeć do tej człowieczej krwistości, nerwowo-cielesnego drżenia swoich bohaterów (nawet wtedy kiedy zajmował się on istotą nie tylko cielesną ale i duchową, może nawet boską, jak w „Ostatnim kuszeniu Chrystusa”). Ale nie tutaj – jego Dalajlama jest bardziej sakralnym (mimo że cielesnym) „nośnikiem” Buddy, niż konkretnym człowiekiem. I wrażenia tego nie mogą usunąć ujmujące skądinąd sceny z dzieciństwa Tenzina Gyaco, czyli XIV-go Dalajlamy. Nie sprzyja temu również fakt, że w Dalajlamę wciela się sukcesywnie kilku różnych aktorów, stosownie do jego zmieniającego się wieku.

Budda?

Właśnie uświadomiłem sobie to, co się może stać, kiedy zachodni grzesznik, a na dodatek ktoś z katolicką przeszłością, bierze się (niemalże na kolanach) za czczenie wschodniej ezoteryki i mistycyzmu. Bo przecież, podobnie jak Scorsese, także i Bernardo Bertolucci tworząc „Ostatniego cesarza” (czy nawet „Małego Buddę”), wystrugał na tej orientalnej kanwie wielce dekoracyjną, aczkolwiek cokolwiek pustawą w środku, muszlę. Muszlę, którą się nie tylko obraca w pięknym technikolorowym kolorze i blasku, ale w którą się dmie.
Tak à propos dęcia: warto wspomnieć, że w „Siedmiu latach Tybetu” słychać hollywoodzką do ostatniej nutki muzykę Johna Williamsa, zaś w „Kundunie” – lekko patetyczny minimalizm (?) Philipa Glassa (choć ten ostatni wzmocniony jest solidnie – ale i dość jednak monotonnie – przez tybetańskie surmy i gongi). I już to może wiele powiedzieć o różnicy między reżyserską aplikacją Annauda i Scorsesego.
Lecz byłbym hipokrytą, gdybym napisał, że ścieżka dźwiękowa obu filmów mnie nużyła, czy nie daj Boże, męczyła. Nie, tak nie było. Wprost przeciwnie: dla „Siedmiu lat w Tybecie” John Williams skomponował muzykę dokładnie taką, jakiej ten film wymagał; zaś Philip Glass w „Kundunie” po mistrzowsku (bez mała) wygrał swoją skłonność do repetycji, łącząc i wzmacniając tym efekt ciągnącej się – jak klepany beznamiętnie różaniec – mantry. (No może… im bliżej końca, tym bardziej to było ciężkie i nużące, ale efekt ten wzmacniała też, niestety, coraz bardziej ciężka i solenna narracja Scorsesego.)

Mam nadzieję, że pisząc to wszystko nie zniechęciłem nikogo do obejrzenia (czy choćby tylko przypomnienia sobie) zarówno filmu Jeana-Jacquesa Annauda, jak i obrazu Martina Scorsese. Bo być może niektórzy z Was oglądając „Siedem lat w Tybecie” doznają podobnej ekscytacji, jakby sami przeżywali jakąś przygodę na Dachu Świata, zaś stykając się z „Kundunem” odkryją, że oto patrzą na kino wybitne, równe klasie samego Bergmana (co przydarzyło się niektórym krytykom, którzy – sam byłem tego świadkiem – o „Kundunie” z przejęciem i wręcz z uniesieniem pisali jako o arcydziele)?
Nie, nie odradzam nikomu sięgnięcia po te filmy. Przede wszystkim dlatego, że mogą stanowić preludium do autentycznego zainteresowania się jedną z najbardziej fascynujących krain na świecie. Krain, która odchodzi w przeszłość.

Czy "Kundun" może nas zbliżyć do tybetańskiego buddyzmu?

„FREE TIBET” – DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU

Chińska komunistyczna gwiazda i czadak (tybetańska szarfa dobrych życzeń) - sojusz, wyzwolenie czy wroga okupacja? Obraz pochodzi z folklorystycznego show, jaki turyści mogą zobaczyć w Lhasie, a który jest oficjalną manifestacją dobroczynnego powrotu Tybetu do "Macierzy" (zdjęcie własne)

*

Powiedzmy sobie otwarcie: nie będzie wolnego, niezależnego od Chin, Tybetu. Przynajmniej tak długo, jak Chiny będą potęgą. A zanosi się na to, że Państwo Środka będzie potęgą długo, a już wkrótce – największą potęgą świata.
„Free Tibet!” – to zawołanie stało się synonimem walki o niepodległość dla zniewolonego kraju, ale też rodzajem hasła i mantry, nie mającej tak naprawdę wpływu na rzeczywistość. Gest, który ginie w powodzi medialnych ciekawostek i newsów mających żywot jednodniowej jętki.
A jednak dla tych, którzy chcą w dylemat ten wniknąć głębiej, „Free Tibet” przestaje być sloganem a staje się poważnym problemem natury nie tylko politycznej i społecznej, ale i etycznej.

Chcąc napisać prawdę o Tybecie nie sposób jest ominąć ten niewygodny dla wielu temat relacji chińsko-tybetańskich. Niby można spojrzeć na tę krainę od strony „turystycznej”, potraktować ją jako podróżną „atrakcję” – zachwycić się kolorowym i egzotycznym ludem, niezwykle malowniczymi krajobrazami, tajemniczym mistycyzmem klasztorów i świątyń, nawiązać do legendy Tybetu jako krainy ongiś szczęśliwej, zamieszkałej przez łagodny, miłujący pokój i stroniący od przemocy naród, którego życie przebiegało w niczym nie zmąconej harmonii.
Ale jak by to przystawało do rzeczywistości? Czy mogłoby oddać jej pełny obraz?

*  *  *

Koncept tego artykułu był na samym początku zupełnie inny. Otóż podczas kolacji w jednej z tybetańskich restauracji w Lhasie ,uwagę moją przykuło kilka półek wypełnionych książkami. Podszedłem do nich i sięgnąłem po pierwszą lepszą pozycję. Okazała się nią wydana przez China International Press książka Zhanga Xiaominga „China’s Tibet”. Otworzyłem ją i pierwszym obrazem jaki rzucił mi się w oczy było archiwalne zdjęcie z 1951 roku przedstawiające korowód Tybetańczyków tańczących radośnie (?) wokół niesionego niczym na religijnej procesji wielkiego portretu Mao. I podpis: „Sługi i niewolnicy świętują wyzwolenie”. Na innej zaś stronie ujrzałem starą Tybetankę modlącą się przed domowym ołtarzykiem Wielkiego Sternika i Syna Niebios oraz podpis: „tybetańska kobieta przez 40 lat była wierna swemu ukochanemu Przewodniczącemu Mao”.
Zapomniawszy o jedzeniu zacząłem czytać i oczywiście poniosły mnie emocje, bo odnalazłem w tej książce całą przewrotną, kłamliwą i obłudną propagandę, która stosowana była przez „komunistów” także w naszym kraju. Chiński autor opisywał jakim dobrodziejstwem było dla Tybetańczyków „pokojowe wyzwolenie Tybetu” i powrót tego kraju do „Macierzy”. Czytając to przypomniałem sobie jak ten czas opisywał w swojej książce Dalajlama. Czy muszę dodawać, że jego wersja tamtych wydarzeń różniła się od chińskiego spojrzenia diametralnie? Wówczas wpadł mi właśnie do głowy ów pomysł, o którym wspomniałem wcześniej: by zestawić obok siebie te dwie antagonistyczne wersje (czyli oficjalną, chińską oraz tę tybetańską, Dalajalmy) i pozostawić to wszystko bez słowa komentarza, który wydawał mi się wówczas zbędny.


Spostrzegłem, że na półce stało jeszcze kilka egzemplarzy tej książki, więc pomyślałem, że jest ona na sprzedaż i postanowiłem ją kupić. Zdradziłem się z moją chęcią przed młodą kelnerką, ta pobiegła na zaplecze, na którym zauważyłem wkrótce mały popłoch. Sprawa trafiła do menadżera restauracji i nastąpiły negocjacje – można mi tę książkę sprzedać, czy też nie można? Z jednej strony czegoś się obawiano i na pomysł sprzedaży książki zareagowano niechętnie, z drugiej zaś – gościnność wobec obcego skłaniała ku przychylności i zadośćuczynienia jego prośbie. Nie będąc pewnym, jak się zachować, menadżer oświadczył mi że tej książki to chyba jednak nie będę chciał kupić, bo jest ona dwa razy droższa, niż pokazuje cena na okładce. Odpowiedziałem, że to nie jest problem i wręczyłem mu stu-yuanowy banknot. (Nawiasem mówiąc, na tę samą książkę natrafiłem tydzień później w Czengdu na terenie Chin „właściwych”, gdzie można już było kupić ją po normalnej cenie.)

„China’s Tibet” opisuje Tybet od strony geograficznej, etnicznej, administracyjnej, przemysłowej, rolniczej… etc. Mówi też o historii, oczywiście widzianej z perspektywy chińskiej: wynika z niej, że Tybet od stuleci był częścią Chin, czerpiąc z tej przynależności same korzyści. Skoro jednak było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? I dlaczego w takim razie trzeba było „pokojowo” wyzwalać Tybet w 1951 roku, jak zrobiła to Chińska Armia Ludowa? Takie tam naiwne pytania.
Książka pisana jest stylem i językiem znanym doskonale tym, którzy pamiętają „jedynie słuszną linię” partii komunistycznych w europejskich krajach tzw. „demokracji ludowej”. Może więc oszczędzę sobie tutaj cytowania jakichś rozległych fragmentów, ograniczając się jedynie do małej próbki, która właściwie mówi wszystko: „Po pokojowym wyzwoleniu Tybetu w 1951 roku, instytucje na wielu szczeblach prowadziły szczerą i pełną dobrej woli politykę wolności wierzeń religijnych, za co były powszechnie chwalone. Obecnie, pod protekcją Konstytucji i prawa, ludzie Tybetu w pełni cieszą się swobodą uprawiania normalnej aktywności religijnej”. *

Natomiast w książce pt. „My land & My People – Memoirs of His Holiness the Dalai Lama” można przeczytać:
„Zabito dziesiątki tysięcy ludzi, nie tylko podczas starć zbrojnych, ale i indywidualnie i z zimną krwią. Byli zabijani bez udowodnienia winy na podstawie podejrzeń o sprzeciwianie się komunizmowi, ukrywanie pieniędzy, zajmowanie wysokiego stanowiska albo bez żadnego powodu. Byli zabijani przede wszystkim dlatego, że nie chcieli wyrzec się swojej religii. Nie tylko strzelano do nich z broni palnej. Byli bici na śmierć, wieszani na krzyżach, paleni żywcem, topieni, poddawani wiwisekcji, głodzeni na śmierć, duszeni, wieszani, oblewani wrzątkiem, grzebani żywcem, wypruwano im wnętrzności i obcinano głowy. Zabójstwa te były przeprowadzane publicznie. (…) Kobiety i mężczyźni byli doprowadzani do powolnej śmierci podczas gdy członkowie ich rodzin byli zmuszani do przyglądania się ich agonii. Małym dzieciom kazano strzelać do własnych rodziców.
Najbardziej prześladowani byli mnisi. Chińczycy usiłowali ich upokorzyć, szczególnie tych najstarszych i najbardziej szanowanych, a potem poddawano ich torturom, zaprzęgając ich do pługów, jeżdżąc na nich jak na koniach, chłoszcząc ich batem i bijąc kijem, i stosując inne metody zbyt okrutne, żeby je tutaj opisywać. A kiedy doprowadzano ich w taki sposób do wycieńczenia, wyśmiewano się z ich religii, nawołując żeby czynili cuda, by uwolnić się od bólu i śmierci. (…)
Poza tym Chińczycy zniszczyli setki klasztorów, albo fizycznie zamieniając je w ruiny, albo zabijając mnichów lub wysyłając ich do obozów pracy. Tam pod groźbą kary śmierci zmuszano ich do zerwania ślubów czystości. W opuszczonych klasztorach urządzano stajnie i baraki wojskowe.” **

*  *  *

Miało więc obyć się bez komentarza, jednak z czasem coraz więcej myśli przychodziło mi do głowy. I z niektórymi z nich postanowiłem się tu jednak podzielić.
Problem tybetański z jednej strony wydaje się być czymś prostym i jednoznacznym, z drugiej jednak – czymś nader skomplikowanym. Wszystko zależy od tego z jakiej perspektywy będziemy nań patrzeć, jakie kryteria stosować, ku jakim wartościom się skłaniać.

Chińscy żołnierze na murach Potali w Lhasie

Nie miałem jednak żadnych wątpliwości po której jestem stronie, kiedy chodziłem ulicami Lhasy i na każdym kroku – dosłownie za każdym zaułkiem, przed każdą ważniejszą bramą, na każdym placu – widziałem setki chińskich policjantów, żołnierzy i tajniaków. Jeśli ktoś wątpi, że jest to okupacja  obcego terytorium kraju przez państwo policyjne, to ten widok powinien go z owych wątpliwości uleczyć.
Z początku starałem się to ignorować, oswoić się z nieprzyjemną koniecznością obcowania z tymi siłami, ale doprawdy było z tym trudno. Zacząłem więc stosować podwójną taktykę: traktować ich jak powietrze, skupiając się na tym co chciałem w Lhasie poznać albo też wręcz przeciwnie: śmiało patrzeć umundurowanym prosto w oczy, dając im do zrozumienia, że nie wszyscy godzą się z ich obecnością tutaj i że mogą mieć władzę nad czyjąś fizycznością, ale już nie nad czyimś sercem i umysłem (Młodzi żołnierze reagowali różnie: albo niemal wstydliwie spuszczając wzrok, ale też i wytrzymując moje spojrzenie, czasem nawet z ironicznym i bezczelnym  błyskiem w oku).
Tak czy owak, przebywanie na placach i ulicach w towarzystwie tych paradujących krokiem defiladowym (a sprawiało to nieco surrealistyczne wrażenie) lub stojących na baczność na warcie sołdatów (cóż, w tym też był jakiś surrealizm), nie było niczym przyjemnym. Przypominało też o czasach, kiedy w Lhasie wybuchały bunty i zamieszki.

Żołnierze byli wszędzie. Kilkakrotnie przestrzegano mnie przed ich fotografowaniem, bo – mówiono – może to się źle skończyć, nie tylko konfiskatą aparatu, ale i poważnymi konsekwencjami z aresztowaniem, karą pieniężną i odebraniem zezwolenia na pobyt w Tybecie włącznie. Lecz kiedy wychodząc już z Potali spostrzegłem w oddali grupę chińskich żołnierzy, którzy malowniczo rozmieścili się na olbrzymim murze obronnym Pałacu, mając w tle położoną u stóp Potali Lhasę – nie mogłem się oprzeć. Dzieliło mnie od nich dobre sto jardów, więc mimo, że patrzyli w moim kierunku, teleobiektyw raczej ich nie mógł zaniepokoić. Zacząłem schodzić w dół i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moment, kiedy znalazłem się na schodach pod nimi i jeszcze raz wymierzyłem w nich obiektyw. W jednej chwili wszyscy zniknęli za murem a ja z duszą na ramieniu szykowałem się już do rewizji przy wyjściowej bramie. Na wszelki wypadek wyciągnąłem z aparatu kartę pamięci, która była pełna zdjęć i zamieniłem ją na pustą – bardziej bowiem szkoda byłoby mi zarekwirowanych zdjęć, niż samego aparatu. Ale na szczęście przy wyjściu nikt na mnie nie czekał. No cóż – pomyślałem, wypłoszyłem tylko wygrzewających się na słońcu chłopaków.

Odział żołnierzy defilujący na placu Barkhor. W oddali - górujący nad Lhasą Pałac Potala.

*  *  *

Czy chińska okupacja Tybetu ma swoje dobre strony?
Ależ oczywiście!
I to właśnie one przyczyniają się do tego, że sprawy związane z niepodległością Tybetu nieco się komplikują i wyglądają niejednoznacznie, nawet dla tych, którzy z Tybetańczykami sympatyzują.
Przede wszystkim, wydaje się że wszyscy zyskują na chińskich inwestycjach w tybetańską infrastrukturę, choć niektórzy twierdzą, że prawdziwymi beneficjentami tego są Chińczycy Han, natomiast Tybetańczykom zostają tylko jakieś ochłapy i w rzeczywistości są obywatelami drugiej kategorii w swoim własnym (?) kraju. Zresztą Chińczycy, inwestując wielkie pieniądze w Tybecie, nie robią tego bynajmniej z miłości do swoich tybetańskich braci, a po prostu umacniają swoją (kolonialną) pozycję w tamtym rejonie. Liczący 1 miliard 300 milionów mieszkańców kraj, potrzebuje przestrzeni życiowej jak wody i powietrza, nie wspominając o bogactwach naturalnych jakie znajdują się na Wyżynie Tybetańskiej. Już teraz w Tybecie żyje kilkakrotnie więcej Chińczyków, niż rdzennych mieszkańców tej ziemi.

Już z samolotu dostrzegłem rozłożone w dolinie Yarlung (Brahmaputry) rozległe bloki chińskich zabudowań, a kiedy dotarłem do Lhasy, to przeżyłem mały szok, gdyż czekało tam na mnie nie tyle nowoczesne, co nowe miasto, zupełnie nie przypominające znajdującego się po drugiej stronie Himalajów Kathmandu (na co po cichu liczyłem). Nie, nic z tego. Powiew starej Lhasy wyczuwało się jedynie w pobliżu historycznych budowli, których jednak nie ostało się wiele. Właściwie można je policzyć na palcach jednej ręki: Pałac Potala, klasztor Jokhang i okolice bazaru Barkhor. Cała reszta to pozbawione charakteru, nijakie miasto – betonowo-blaszane, szaro-bure pudła i klocki, które ktoś nie bez złośliwości nazwał „chińskim badziewiem”.

*  *  *
Tym, czego najbardziej obawiają się Tybetańczycy chcący utrzymać własną tożsamość, jest rozmycie się, a w końcu zanik ich rdzennej kultury, która wchłonięta zostanie przez to, co przynoszą ze sobą Chińczycy. Tym większe dostrzegają niebezpieczeństwo, ponieważ naród tybetański nie jest wcale tak liczny. Na całym świecie żyje tylko około 6 milionów Tybetańczyków, z czego połowa w samym Tybecie.

Tybetanki

To jest największy problem i troska nie wychodząca z głowy znajdującego się już od pół wieku na emigracji Dalajlamy i popierających go rodaków: zagrożenie narodowego bytu Tybetańczyków. Nota bene Dalajlama już od dawna nie domaga się niepodległości Tybetu (bo wie, że w obecnych warunkach jest to niemożliwe), tylko prawdziwej autonomii dla tego regionu. Na razie jednak jego zabiegi nie przynoszą żadnych wymiernych skutków i choć na świecie istnieje spora grupa ludzi popierających wolnościowe dążenia Tybetańczyków, to ich wysiłki także mają niewielki wpływ zmianę chińskiej polityki wobec Tybetu.

Ja jednak wierzę w Tybetańczyków.

To była druga moja noc spędzona w Lhasie. Obudziłem się przed świtem, czułem jak organizm broni się przed niedoborem tlenu, w głowie ciągle czułem lekki ucisk, co wskazywało na to, że jeszcze niezupełnie przystosowałem się do gwałtownej zmiany wysokości (Lhasa jest położona 3600 metrów nad poziomem morza). Było zimno (wyglądało na to, że hotel oszczędza na opale), za oknem panował jeszcze zmrok – tym wyraźniej można było dostrzec za rzeką w oddali rozżarzony fioletowo-czerwonymi neonami wieżowiec, przypominający mi jako żywo kasyno Rio. Czyżby Las Vegas w Lhasie?
Wziąłem prysznic, ubrałem się i zszedłem na dół do hotelowego lobby z nadzieją znalezienia czegoś ciepłego do picia. Było  pusto, ale w jadalni siedział już Pema, mój nowy Tybetański znajomy, który był naszym tłumaczem i przewodnikiem. Zaczęliśmy rozmowę od jakiejś błahostki, ale postanowiłem wykorzystać to, że byliśmy sami i zadałem mu pytanie: „Co czujesz jak słyszysz, że Tybet jest chiński”?
Pema – młody, inteligentny i delikatny człowiek wywodzący się z plemienia górskich nomadów – spuścił oczy i na dłuższą chwilę zamilkł. Po jakimś czasie usłyszałem jednak: „Nie chcę o tym mówić. Może tylko powiem, że Twój kraj też nie był wolny, więc powinieneś wiedzieć jak to jest.”

Tak, nagle uświadomiłem sobie jak bardzo sytuacja Tybetu przypomina tę, w jakiej przez długi przecież była Polska. My także mieliśmy nad sobą kuratele sąsiedniej potęgi (w naszym przypadku był to rosyjski niedźwiedź, Tybetańczycy mają na karku chińskiego smoka); także i nas „zdradziły” i opuściły w potrzebie miłujące ponoć demokrację potęgi Zachodu; również i u nas wiara religijna (oraz utożsamiająca ją instytucja kościelna) wspomagała ludzi w trudnych chwilach, solidaryzując społeczeństwo i przechowując pewne narodowe tradycje i symbole…
Ciekawa sprawa: kiedy po kilkudziesięciu latach okupacji Chińczycy nabrali pewności, że zmienili sposób myślenia Tybetańczyków (i że przecież nie mogą już oni tęsknić za starym, opresyjnym porządkiem, w którym byli sługami i niewolnikami), i zezwolili na wizytę w Tybecie kilku przebywającym na emigracji, wyższym duchownym buddyjskim, to nie mogli wyjść ze zdumienia, z jakim uwielbieniem i rewerencją spotkali się oni u swoich rodaków, (którym – a to jeszcze ciekawsze – w obawie przed skandalem, zakazali wcześniej opluwać ich i obrzucać błotem i kamieniami). Jako żywo stanęła mi przed oczami pielgrzymka Jana Pawła II do swego rodzinnego kraju rządzonego jeszcze wówczas przez wasalską wobec Sowietów PZPR.

Pielgrzymujący Tybetańczycy pod Świątynią Jokhang

*

Już po powrocie z Tybetu oglądałem film, potajemnie nakręcony przez Tybetankę („What Remains of Us”), której po kilkudziesięciu latach udało się wjechać do rodzinnego kraju. Przywiozła ze sobą nagrane na laptopie przesłanie, jakie Dalajlama chciał przekazać mieszkającym w kraju rodakom. I kiedy obserwowałem reakcję Tybetańczyków, którym twórczyni tego dokumentu prezentowała (oczywiście w wielkiej konspiracji) słowa Dalajlamy, to doprawdy serce mi pękało. Wpatrzeni, wbici wzrokiem w ekran, przejęci, chłonący każde słowo, płaczący… Wówczas uświadomiłem sobie, jak głęboko wryta jest w tych ludzi wiara i tęsknota za czymś, co wyrasta poza świat, w jakim chcą umieścić ich Chińczycy ze swoim „postępem”, „ucywilizowaniem” i obietnicami lepszego życia – w rzeczywistości, której nie będzie już zatruwać żadna religia (tu warto przypomnieć słynne powiedzenie Mao, który w jednej z rozmów z Dalajlamą stwierdził, że „religion is poison”).

*  *  *

Wszyscy ci, którzy popierają Tybetańczyków w ich dążeniach do uzyskania pełnej autonomii (czy też bardziej radykalnie – niepodległości) czują się bezradni. Bowiem świat wielkiej polityki i globalnych interesów wybiera pragmatyzm, podkreślając przy tym, i niejako usprawiedliwiając, że kieruje się realizmem. Kwestia łamania praw człowieka schodzi na dalszy plan i staje się domeną grupki idealistycznie nastawionych zapaleńców, którymi wielkie potęgi niezbyt się przejmują. Po raz kolejny zwycięża pieniądz – bo business is business. Obecnego Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao przyjmuje się na całym świecie z wielkimi honorami, a w Ameryce nawet niczym króla – bo przecież będzie się potrzebowało jego pieniędzy, (które Stany Zjednoczone pożyczają ostatnio od Chin na potęgę). To wszystko są siły, które wydają się nie do przezwyciężenia.
Ja sam także zastanawiałem się nad tym, czy wobec takiego stanu rzeczy jest sens deklarować swoje poparcie dla „Wolnego Tybetu”. I co to da? Czy, zważywszy na wszelkie okoliczności i warunki zewnętrzne, podobna deklaracja nie staje się tylko jakimś pustym słowem, hasłem i gestem, który jedynie polepsza nasze samopoczucie, umożliwiając nam przy tym identyfikację z wartościami humanistycznymi, demokratycznymi, liberalnymi.
I próbowałem nawet te swoje wątpliwości i zniechęcenie racjonalizować: bo rzeczywiście dzięki Chińczykom Tybet przestaje być krajem „zacofanym”, bo rzeczywiście został tam zniesiony system feudalny, który dopuszczał nawet niewolnictwo; bo rzeczywiście nie można obecnych warunków życia w Tybecie porównywać z tymi, jakie istniały w tym kraju przed chińskim „wyzwoleniem”; bo rzeczywiście wydaje się, że Chińczykom bardzo zależy na unormowaniu sytuacji w tamtym rejonie i nie dopuszczeniu do kolejnych rozruchów; bo rzeczywiście po jakimś czasie może dojść do kulturowej konwergencji, która zniesie napięcia istniejące między różnymi grupami etnicznymi…
Ale… nie, nie! Uświadomiłem sobie, że wszystkie te argumenty nie powinny jednak zmienić mojego stosunku do tybetańskiej wolności i samostanowienia. Jestem więc za Wolnym Tybetem. Nawet nie dla zasady, a po prostu dla zachowania zwykłej ludzkiej przyzwoitości, która mówi, że także inni ludzie mają prawo do decydowania o własnym losie, do mówienia tego, co myślą, do wyboru indywidualnych i cywilizacyjnych wartości, do swobodnego wyrażania samego siebie… Jednym słowem: prawo do życia w wolności.

*  *  *

*  Zhang Xiaoming, „China’s Tibet” (tłum. własne); ** Dalai Lama, „My Land & My People” (tłum. Beata Pawlikowska)

Chińska flaga nad Potalą i żołnierska warta

 © ZDJĘCIA WŁASNE)

Nową wystawę zdjęć z Tybetu można obejrzeć TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy.

*