„BEZ WSTYDU” i „YUMA” – polskie filmy na 48. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago

festival.banner.wl

Wśród 175 filmów zaprezentowanych w tym roku w ramach Międzynarodowego Festiwal Filmowego w Chicago, znalazły się dwa tytuły polskie: „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego i wyreżyserowana przez Piotra Mularuka „Yuma”. Oto kilka uwag spisanych na gorąco po spotkaniu z nimi.

*

POKOCHAĆ SIOSTRĘ  („BEZ WSTYDU”, reż. Filip Marczewski)

Zakazana miłość, łamanie tabu… czy rzeczywiście „bez wstydu”?

Żadna ludzka społeczność nie może się obejść bez norm, które sama sobie narzuca (nawet jeśli robi to odwołując się do metafizyki – wierząc, że są one dane nam „odgórnie” przez Boga, bóstwa, jakieś Siły Nadprzyrodzone…). Nasza kultura jest o tyle paradoksalna, że deklarując najczęściej swoją zgodność z tzw. prawem „naturalnym”, sama „porządkowi” naturalnemu (panującemu w przyrodzie) zwykle się przeciwstawia (kto wie, czy właśnie owe normatywne veto nie jest kwintesencją naszego „człowieczeństwa”?). Z tego zderzenia wynikają wszystkie nasze tabu, które chcą ten konflikt zakamuflować. Tabu można więc uznać za pewnego rodzaju kulturowy sprzeciw – swoisty wybieg, by nie przyznać się do tego, że drzemie w nas zwierzę, które czasem staje się nawet bestią. Przy czym, prawo, które tworzymy, nie chce jednak zbyt głęboko wchodzić w geny determinujące zachowanie się człowieka, bo wtedy konflikt między kulturą a naturą staje się ewidentny i istnieje niebezpieczeństwo tego, że ludzkie działanie (w danej chwili bezprawne) będzie usprawiedliwiane, a tym samym podważona zostanie bezwzględna sankcja obowiązującego nas prawa, relatywizując je, może nawet kwestionując jego racje. A jednak to właśnie głębsze poznanie genetycznej podstawy np. zachowań homoseksualnych spowodowało, że w większości społeczeństw kręgu kultury zachodniej homoseksualizm przestał być traktowany jako wykroczenie przeciw prawu, jak również – w sferze medycyny – przestał być uznawany za chorobę, za coś „nienormalnego” (przy czym nie mówię tu o mentalnym i obyczajowym „nadążaniu” poszczególnych grup społecznych za tymi zmianami, bo to już zupełnie inna kwestia). W tym kontekście (genetyka vs. prawo), już w przypadku homoseksualizmu wkraczamy na pole pełne min i kontrowersji, (które ludziom żyjącym zwłaszcza w krajach o silnych tradycjach katolickich są dobrze znane), a co dopiero, jeśli podejmiemy takie gorące tematy tabu jak pedofilia i kazirodztwo? Przecież zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku także można mówić o genetycznych uwarunkowaniach owych „dewiacji”, które przez wiele systemów jurysdykcyjnych uznawane są za ciężkie przestępstwa, a nawet zbrodnie (odnosi się to zwłaszcza do pedofilii). Czy może więc dziwić to, że w społecznościach konserwatywnych, ustępstwa jakie poczyniono wobec homoseksualizmu są przyjmowane jako pierwszy krok do swoistej „legalizacji” i przyzwolenia dla kazirodztwa i pedofilii, tudzież innych „zboczeń”? Człowiekowi o poglądach bardziej liberalnych takie rozumowanie może się wydać wręcz absurdalne (no bo jak tu zrównywać ze sobą „zdrowego” homoseksualistę z „chorym” i zwyrodniałym pedofilem?), ale już ktoś o mentalności bardziej „zachowawczej” może w tym widzieć niebezpieczeństwo precedensu, i konsekwencji – swego rodzaju następstwo „od rzemyczka do koniczka”.

Co zrobić z pożądaniem tego, co zakazane? Kiedy erotyczne pragnienie zamienia się w miłość? (Agnieszka Grochowska w filmie Filipa Marczewskiego „Bez wstydu”)

*

Mam tego wszystkiego świadomość, ale kiedy tak czytałem opinie polskich internautów wypowiadających się na temat poruszony przez film Filipa Marczewskiego „Bez wstydu” (a jest nim kazirodztwo, czyli „zła” i zakazana miłość – również seksualne „współżycie” – między bratem a siostrą), to uderzyła mnie bezwzględność, gwałtowność, napastliwość – a często też wulgarność i prymitywizm tych wypowiedzi. Czy sprzeciw wobec naruszania obyczajowego tabu musi przybierać takie formy? A przecież film Marczewskiego, jak mi się wydaje, chce przede wszystkim pomóc w zrozumieniu pewnego seksualnego fenomenu – przybliżyć motywacje zachowania się człowieka, który podążając za czymś, co wydaje się silniejsze od niego (instynkt, zew, odruch serca, pożądanie…), łamie obyczajowe normy, narażając się na potępienie i społeczny ostracyzm. Bo nie podejrzewam twórców „Bez wstydu” o chęć epatowania widza tanim sensacjonizmem, kontrowersją, prowokacją czy bluźnierstwem – oglądając film, nigdy nie odniosłem takiego wrażenia.

Zaznaczając tę rezerwę, mogę to rozwinąć w pewien zarzut: moim zdaniem Marczewski jest zbyt ostrożny i nie posuwa się dostatecznie daleko w ukazaniu tej kazirodczej relacji, co może sprawiać wrażenie pewnej asekuracji. Ale zdaję sobie sprawę, że to co ja nazywam wadą, inni mogą uznać za zaletę. Bo rzeczywiście obraz ten jest pozbawiony seksualnej dosłowności, erotycznej ostentacyjności (ktoś nastawiony na ostre „momenty” może się poczuć zawiedziony), przez co zyskuje na pewnej delikatności, powściągliwości, sugestywności, domyśle… Dla mnie jednakże to, co widziałem na ekranie, było zbyt łagodne i ugrzecznione, by autentycznie poczuć siłę pożądania, które pchało parę głównych bohaterów do złamania mocnego seksualnego zakazu. Nie wiem – może to wina braku „chemii” między grającym brata Mateuszem Kościukiewiczem i wcielającą się w siostrę Agnieszką Grochowską? A może to wina moja, że ja tej „chemii” nie poczułem? Nie wiem.

Lubię kiedy kino porusza kontrowersyjne tematy, lubię nawet to, że burzy czasami mój spokój, zmuszając do rewizji dotychczasowych poglądów. Lubię kiedy poszerza horyzonty mojego oglądu świata, stawia niewygodne pytania, prowokuje do sięgnięcie myślą głębiej… Lubię nawet kiedy jątrzy moją wrażliwość, a nawet kiedy budzi konsternację albo dostarcza wrażeń niezbyt przyjemnych… Gdyż dzięki temu rodzi się szansa, że dowiem się czegoś nowego o świecie – także o tej jego ciemniejszej stronie – i że może mnie to w jakiś sposób wzmocnić. „Bez wstydu” jednak okazał się w moich oczach zbyt „wstydliwy”, powierzchowny, płaski, banalny…  nie wciągnął mnie w swój świat, nie potrząsnął, nie dał wiele do myślenia. Ot, oglądało mi się ten film „tylko” przyjemnie (ujęło mnie np. wystąpienie debiutującej tutaj Anny Próchniak), ale niestety zbyt letnio. Nie jest to film zły (choć przez wielu został odsądzony „od czci i wiary”), tyle że całkiem przeciętny  – i nie dorastający według mnie do poziomu, ważności i ciężkości (nieprzeciętnego przecież) tematu, którego się podjął.

greydot

ODRAŻAJĄCY, BRUDNI, ŹLI… ŚMIESZNI I ŻAŁOŚNI – przygraniczni bandoleros w sosie alla polacca („YUMA”, reż. Piotr Mularuk)

„Yuma” – polskie El Dorado czy małe piekiełko ustrojowej transformacji?

Na spotkaniu z festiwalową publicznością, reżyser Piotr Mularuk zaznaczył nie bez nuty pewnej chełpliwości, że jego „Yuma” to połączenie wielu filmowych gatunków, od komedii, przez film obyczajowy i gangsterski, po dramat. Moim zdaniem jednak to, co w jego mniemaniu było zaletą, obróciło się przeciw samemu filmowi: eklektyzm, który mógł być bogactwem, stał się czymś, co za bardzo zaczęło jednak przypominać niezbyt spójny miszmasz – taki kinowy jarmark. Na domiar złego, do tej pory nie wiem, czy „Yuma” – ze swoimi obfitymi cytatami z filmów amerykańskich – jest bardziej pastiszem, czy parodią? Hołdem złożonym westernowi czy też denuncjacją infantylizmu, jakim bywa bezkrytyczne wpatrzenie się w obce – a na dodatek wymyślone – wzory? I czy przy tym wszystkim może stanowić wiarygodny komentarz do polskiej rzeczywistości w czasie tzw. transformacji ustrojowej przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. A że tę rzeczywistość chcieli twórcy filmu ukazać, to nie ulega wątpliwości, bo ponoć research przed realizacją filmu przeprowadzili (w przygranicznych miejscowościach) solidny, poznając zjawisko „jumania” (czyli szabrowniczych wycieczek naszych rodaków za niemiecką granicę) z „pierwszej ręki”.

Skłamałbym, gdybym napisał, że widoczna w „Yumie” gra konwencjami mnie nie bawiła; skłamałbym, gdybym zaprzeczył, że film nie zdołał mnie w żadnym momencie rozśmieszyć; albo że nie zauważyłem urody jego zdjęć czy przyjemnie wpadających w ucho dźwięków ilustrującej go muzyki. Lecz kiedy tak próbuję te wszystkie klocki poskładać do kupy, to czuję, że mi się one jednak cały czas rozsypują. Co jest tego przyczyną? Kiepski montaż? (Chyba jednak nie, bo jest on w „Yumie” niemal szkolnie poprawny.) Niekonsekwencje, dziury i pewne „porwanie” scenariusza, w którym pojawiają się niekiedy – tak ni z gruszki, ni z pietruszki – pewne wątki (np. Rysio), które niestety nie są doprowadzone do końca? Stylistyczna niespójność? (Chyba jednak tak – stąd sceny sprawiające takie wrażenie, jakby pochodziły z kilku różnych filmów.) Tak więc, mimo, że niemal każda scena ma w sobie dramaturgiczne napięcie, to jednak owej dramaturgicznej ciągłości brakuje już filmowi jako całości, dzięki czemu wydaje się nam, że jego fabuła niejako się ‚”rozjeżdża”, zwodząc nas trochę na manowce. Może zawinił tu również słaby występ (dobrego przecież w „Sali samobójców”) Jakuba Gierszała, który nie zdołał wiarygodnie zbudować granej przez siebie postaci i tak naprawdę do końca filmu pozostał cherubinowym chłopaczkiem (czyli takim, jakim go zobaczyliśmy w pierwszych scenach filmu) a nie prowodyrem lokalnej mafii, jakim chciał go widzieć scenariusz? Niestety, wydaje mi się, że wykreowana przez niego postać Zygi nie zdołała unieść pokładanego w niej przez scenariusz ciężaru, podkreślając jedynie warsztatową słabość młodego aktora i jego dość nijakie (w tym przypadku) performance (wyobrażam sobie, co by z tej roli zrobił taki np. Leonardo diCaprio – ale to są już chyba zbyt daleko idące fantazje). Podobnie mogła razić mentalność cokolwiek sztubacka w podejściu do niektórych scen i postaci, jak również obecne w filmie stereotypy, których nie może nawet usprawiedliwić konwencja parodii i satyry.

Katarzyna Figura jako businesswoman polsko-niemieckiego pogranicza w „Yumie”

Mularuk przyznał się też do tego, że kiedy zbierał pieniądze potrzebne do kręcenia „Yumy”, pierwsi wyłożyli je… Czesi, następnie (nie bez oporów) Polacy, natomiast jakiegokolwiek wsparcia odmówili mu Niemcy. Dlaczego? Dlatego, że najprawdopodobniej (jak twierdzili) w ich kraju za to, że przykładają rękę do produkcji filmu, który jest wyraźnie antypolski, by ich zlinczowano. I chyba coś w tym jest na rzeczy: tego również mogliby nie wybaczyć Niemcom sami Polacy, którzy, mimo, że sami mieli uciechy z filmu co niemiara, to już świadomości, że coś takiego wyprodukowali Niemcy, mogliby tak łatwo nie przełknąć, uznając to wręcz za potwarz. A tak, naród – patrząc na swoich złodziei, zapyziałą prowincję, prymitywny katolicyzm, obyczajowe zakłamanie, wulgarność i ogólne kurewsko-pijackie badziewie kraju nad Odrą – uśmiał się ponoć z tego wszystkiego po pachy. Mularuk zdziwił się więc, że tak samo nie reagowała już widownia polonijna i amerykańska. Ale przecież, tak naprawdę, to co widzieliśmy na ekranie było w swojej istocie żałosne i tragiczne, i jeśli ktoś uświadamiał sobie czym ta mizeria jest w rzeczywistości, to wcale nie mogło mu już być do śmiechu.

Ale w końcu to tylko film, a na filmie można sobie robić jaja nawet z pogrzebu – mógłby ktoś powiedzieć. To prawda: w końcu konwencja – tudzież umowność samego kina – może usprawiedliwić wszystko. Schody zaczynają się wówczas, gdy na podstawie filmowej fikcji zaczynamy sobie wyrabiać pogląd o samej rzeczywistości – na nią rzutując iluzję tego, czego doświadczamy w kinie. A nie jest to obawa bezpodstawna, o czym świadczyć może chociażby głos pewnej Amerykanki, która – obejrzawszy film i dowiedziawszy się, że Mularuk mieszkał przez kilkanaście lat w Stanach – nie mogła się nadziwić temu, że wrócił on w końcu do tak okropnego kraju, jakim jest ewidentnie Polska.

No właśnie: czy nasz kraj jest (był) rzeczywiście taki, jakim go przedstawiono w „Yumie”? Reżyser powiedział, że tak, a nawet, że było jeszcze gorzej, ale on nie mógł tego przedstawić na ekranie, bo nikt by mu już nie uwierzył a ponadto nie można by już tych okropności w kinie strawić. (Może więc stąd ta ucieczka w pastisz i komediową konwencję?)

A jednak, (każdy z nas o tym wie) rzeczywistość polska nie była tylko taka, jak to widać w „Yumie”. Bo „Yuma” jest jednak wybiórcza a kamera – jeśli nawet jest tym zwierciadłem przechadzającym się po ulicy życia, to jest ona tutaj zwierciadłem krzywym – pokazuje jedynie fragment polskich realiów i to na dodatek fragment mocno zniekształcony. Choć przecież nie do końca kłamliwy.

greydot

ZAKAZYWAĆ CZY FOLGOWAĆ? (co się plecie w kajecie – zapiski IV)

*

*

Liberalizm – tchnienie wolności czy podszept szatana?
Samo pojęcie „liberalizmu” ma wiele znaczeń. Ci, którzy kojarzą go z pobłażliwością wobec cudzych czynów, poglądów – z tolerancją dla ludzkiej różnorodności – mówią często o permisywiźmie (to odpowiednik naszego swojskiego „róbta co chceta”),  którym według nich skażona jest współczesna kultura i całe społeczeństwo Zachodu. Bardziej przejęci moraliści biją przy tej okazji na alarm i krzyczą o rozkładzie moralnym, obyczajowej degrengoladzie i ogólnym rozprzężeniu wszelkich hamulców etycznych. Przypomina to katastrofizm, dla którego braki w obyczajowym rygoryźmie, większa swoboda i przyzwolenie oznaczają niechybne osunięcie się do piekła libertynizmu.
Warto się tu jednak zastanowić nad tym, jakie były rzeczywiste przyczyny, które w przeszłości niejednokrotnie wtrącały nas do piekła już jak najbardziej prawdziwego – do piekła wojen i masowego ludobójstwa. Czy miały one cokolwiek wspólnego z obyczajowo-kulturowym liberalizmem?

greydot

Istnieje jeszcze liberalizm przynależny do rozległego systemu idei wolnościowych, które Amerykanie tak bardzo chcą widzieć u fundamentów własnej konstytucji i państwowości. Nie można przecież zapominać, że Stany Zjednoczone kształtował także żywioł Dzikiego Zachodu i bezwzględna obrona własnych interesów. Również działania owiane hipokryzją purytańskiej podwójnej moralności.

Bohaterowie narodowi? To także alternatywa dla Waszyngtona czy Lincolna: awanturnicy – rewolwerowcy, w rodzaju Billy’ego the Kida, Wild Billa Hicocka, Calamity Jane, Sundance Kida… i wielu innych wybitnych bandytów.  Nota bene te dwuznaczne legendy eksploatuje się dziś na Zachodzie (nie tylko w turystyce)  w sposób niewiarygodny, najczęściej komercyjno-tandetny.
Dalej: eksterminatorzy Indian w rodzaju generała Custera, Kita Carsona; czy też gangsterzy, wśród których prym wiedzie Al Capone (do dzisiaj w Chicago wystawia się show zauroczony epoką gangsteryzmu) lub ewidentnie już mitologiczny i uromantyczniony po dziurki w nosie Ojciec Chrzestny Don Vito Corleone.

greydot

W Stanach Zjednoczonych często deklarowano i przejawiano dążność do ograniczenia roli rządu i państwa do minimum. Propagowano więc nic innego, jak liberalizm ekonomiczno – polityczny mający swe źródło w XVIII-wiecznej doktrynie ekonomicznej głoszącej swobodę walki konkurencyjnej, wolnej od ingerencji państwa. A to przecież zasada wolnego rynku (z grubsza biorąc). Jednak w praktyce różnie się to sprawdzało, z czego konsekwencjami trzeba się było co jakiś czas liczyć (np. z ogromnym rozrostem machiny biurokratycznej).
Niejednokrotnie administracja amerykańska zapędzała się przez to w ślepy zaułek. Mianowicie zdarzały się w historii tego kraju momenty, kiedy wydawało się, iż bez silnego rządu i konsekwentnego egzekwowania ustaw nie ma szans na wyjście z kryzysu i uporanie się z najbardziej palącymi problemami socjalnymi i gospodarczymi. A to oznaczało przyjęcie państwowego interwencjonizmu, w samej swej istocie sprzecznego z liberalnym instynktem.
Tak było po wojnie secesyjnej, kiedy rekonstrukcja kraju potrzebowała zdecydowanej postawy silnego rządu.

Podobna sytuacja zaistniała też na początku XX wieku, gdy budowa amerykańskiego imperium wymagała kompromisu między poszanowaniem siły roboczej (czyli masy społeczeństwa) a budową kapitału i rozwojem wielkich korporacji. Republikanin Theodor Roosevelt wypowiedział wojnę trustom (niektórym), zagroził prywatyzacją kopalń, powołał do życia Ministerstwo Pracy i Handlu, mające za zadanie regulację i kontrolę przedsiębiorstw o zasięgu krajowym (co jednak bez poparcia finansjery z Wall Street nie byłoby możliwe). Za jego to prezydentury umocniły się też związki zawodowe, które „Teddy Bear” uznał za przeciwwagę dla hegemonistycznych skłonności wielkiego kapitału i niebezpieczeństw związanych z jego nadmierną koncentracją.

Jak wiemy, z największym kryzysem w dziejach kraju musiał się porać Franklin Dylano Roosevelt (demokrata), co wiązało się z koniecznością gruntownej reformy systemu bankowego oraz silnej ingerencji w gospodarkę rynkową. Skutkiem tego była regulacja poziomu produkcji i cen, tworzenie kodeksu pracy, systemu zabezpieczeń społecznych… etc. To właśnie w latach 30. Stany Zjednoczone nabyły najwięcej cech państwa socjalnego (było to oczywiście głównie konsekwencją Wielkiego Kryzysu), co do dzisiaj jest jednym z rysów w charakterze tego kraju (vide: social secrity i tzw. welfare – czyli system opieki społecznej).
Owe tendencje do ograniczania roli państwa z jednej strony i rozszerzania z drugiej, przejawiają się zresztą stale w rywalizacji dwóch amerykańskich partii: demokratycznej i republikańskiej. Tej pierwszej tradycyjnie przypisuje się skłonność do wzmacniania roli egzekutywy (co podbudowuje państwo socjalne); drugiej – redukcję rządu i umniejszanie roli państwa w sterowaniu życiem gospodarczym kraju (wiąże się to oczywiście z ograniczeniem kontroli nad Ameryką korporacyjną, co jest, moim zdaniem, jednym z głównych motywów takiej postawy politycznej).
Co ciekawe i paradoksalne (jednakże tylko z pozoru), demokraci uznawani są za bardziej liberalnych w swych postawach obyczajowych, republikanie zaś – za bardziej konserwatywnych. Choć kto tu jest bardziej moralny i uczciwy? – jeden Pan Bóg raczy wiedzieć.

greydot

Również i w Polsce toczy się od jakiegoś czasu debata na temat liberalizmu zarówno ekonomicznego, jak i kulturowego, która jednak przypomina niestety rozwieszanie gruszek na wierzbie. Naszym rodakom w kraju – jak na razie – liberalizm gospodarczy kojarzy się w większości z powiązaniami mafijnymi, grabieżą i ekonomicznym rozbojem, zaś kulturowy – po prostu z odrzuceniem jakichkolwiek zasad moralnych i lekceważeniem wszelkich kanonów estetycznych.
Batalia o kulturę Polaków idzie więc dość topornie. I to zarówno jeśli chodzi o obyczajowość, robienie interesów, jak i kulturę i sztukę. Doszło do polaryzacji społeczeństwa w stopniu, który niesamowicie utrudnia – jeśli wręcz nie uniemożliwia – wzajemne zrozumienie. Mam wrażenie, iż Polacy żyją w wielu różnych światach, a solidarność społeczna, która ongiś doprowadziła do upadku PRL-u,  jest już śpiewką z innej bajki. Nawet jeśli rodacy dyskutują, to tak, jakby siebie wzajem nie słyszeli, co sprawia, że z obu stron płynie monolog, a wszystko ginie w ogólnym swarze i zgiełku. Głosy mądre i rozsądne gdzieś w tej wrzawie giną, pozostając bez odzewu i konsekwencji. Jak w takich warunkach mówić o problemie liberalizacji czy konserwatyzmu? Wydaje się, że aby podobne dylematy rozstrzygać, społeczeństwo musi być dojrzałe, a co najmniej dorosłe.

Przykładem krajowych nieporozumień w walce o dobre obyczaje może być choćby wybuchający co jakiś czas w Polsce spór o goliznę.  Nawet takie szacowne wydawałoby się pismo jak „Tygodnik Powszechny”, nie ustrzega się przed dziecinną polemiką. Przypomina mi się tu pewien epizod sprzed wielu lat, kiedy jeszcze jednym z felietonistów „TP” był Stanisław Lem. Otóż w jednym z numerów Tygodnika znalazł się jego tekst, któremu chyba trudno byłoby nie przyznać słuszności. Lem wskazał na istniejące wtedy (a były to czasy większego wpływu chadecji i partii deklarujących przywiązanie do tzw. „wartości chrześciajańskich”) zagrożenie wspierania cnoty przymusem, twierdząc a propos odbywającej się wówczas walki z golizną, że on w Krakowie żadnej pornografii nie widział, ponieważ nigdy jej nie szukał. Możemy też przeczytać rozsądne słowa: „Siła cnoty jest to siła płynąca z sumienia, a nie siła strachu przed pikietami, policją albo sądem. W dziedzinie obyczajowości nie może demokracja tworzyć ani zakazów wymuszanych strachem przed karą lub jakimś podpaleniem, ani przed możliwością grzechu bronić siłą. Cnota wymuszona siłą nie jest żadną cnotą, jest jedynie efektem strachu”.

Następnie Lem wyraził przypuszczenie, że pewnie mu się przyjdzie z „Tygodnikiem Powszechnym” pożegnać. (Moim zdaniem ta obawa miała chyba jednak inne przesłanki, jak chociażby zadeklarowany ateizm autora współpracującego z pismem, jakby nie było, katolickim).
Tydzień później na tych samych łamach znalazłem tekst Józefy Hennelowej, która pisze, że owszem, cnota nie może być wymuszona ani zadekretowana, ale zaraz potem dodaje, że podoba się jej, „iż ludzie zaczynają mówić: ‘nie zgadzam się, by mnie i moim dzieciom narzucano okazję oglądania świństw, tak jak nie zgadzam się by pijak klął w tramwaju, cham pluł na posadzkę publicznego urzędu, barbarzyńska grupa wyrostków hałasowała nocą pod oknami osiedla’. Ba, w Singapurze np. płaci się mandat za zapalenie papierosa na ulicy albo publiczne całowanie ukochanej – ale jakoś nie jest to kraj terroru”.

Zupełnie mi to nie przystaje do wypowiedzi Lema, tak jakby pani Hennelowa w ogóle nie zrozumiała (lub nie chciała zrozumieć) tego, co miał Lem na myśli. O czym innym pisał Lem, o czym innym Hennelowa i trudno jej odpowiedź uznać za polemikę. (Nawiasem mówiąc, kraj w którym za publiczne całowanie ukochanej grozi mandat, jest dla mnie krajem terroru.)

W jednym wszak miejscu trudno mi się ze Stanisławem Lemem zgodzić. Kiedy pisze, że „szantażowanie lub siłowe powstrzymywanie od aktów rozwiązłych jest pierwszym krokiem na drodze do fundamentalizmu, do dyktatury, do cenzury, do kolejnego obcinania indywidualnych swobód”, to brzmi to tak złowieszczo, że trudno nam oponować; lecz kiedy zaraz potem dodaje: „… aż przychodzi czas czadorów, kamienowania i podkładania ognia, ponieważ, jak zostało powiedziane, tam gdzie pierwej palą książki, potem palą ludzi” – to mamy wrażenie, że jest to jednak pewna przesada. Czadory, stosy i kamienowanie w Polsce?
Rozumując w ten sposób, można dojść do wniosku, że zakaz publicznego obnażania się po pewnym czasie doprowadzi do rzezi niewiniątek w saunach i klubach zdrowia. Mimo wszystko, nikt z nas nie życzy sobie, by jakiś osobnik rozwierając poły płaszcza wymachiwał przed nami swym przyrodzeniem . Jest to „akt rozwiązły” i wszyscy raczej jednomyślnie zgadzamy się, żeby podobna obscena była zabroniona prawem.
Przykład to dość toporny, ale wykazuje, że jednak są jakieś granice tzw. przyzwoitości, które prawo winno regulować, więc i powstrzymywać kogoś przed ich przekraczaniem siłowo. Warto się tu jednak oprzeć na zdrowym rozsądku.

Swego czasu wybuchł w Polsce skandal po transmisji jednego z odcinków tzw. reality show, jakim jest „Wielki Brat”, w którym pokazano kopulację, choć bynajmniej nie był to program pornograficzny, a raczej oglądany przez wszystkie grupy wiekowe. Moim zdaniem skandalem był już sam pomysł „Big Brothera”, by z ludzi robić doświadczalne myszki, które głupieją od podniesionego do n-tej potęgi ekshibicjonizmu. Innym przejawem durnoty i chamstwa było rozwieszenie w owym czasie w Krakowie obscenicznych plakatów, przedstawiających w sodomicznej pozie dwóch kandydatów do władz miejskich. Za jeden i drugi wybryk przyszło ich sprawcom słono zapłacić i raczej wszyscy musimy przyznać, że nie miało to zgoła nic wspólnego z brakiem tolerancji i zamachem na wolność, a po prostu z obroną dobrych obyczajów i elementarnej przyzwoitości.

greydot

Radykałowie jednej epoki zamieniają się w konserwatystów następnej – co zauważył już Mark Twain. A liberałowie mają dość ich spraw i wrzasków: chcą mieć święty spokój i wychodzą z sali, w której rozgorzała bójka różnych stronnictw.
Czy jest to potwierdzenie słabości? Czy też gest mądry, wyniesienie się ponad zapiekły rozgardiasz?
Liberałowie to słabeusze – stwierdził kiedyś generał Jaruzelski. Choć oczywiście tolerancja niekoniecznie oznaczać może słabość, to prawdą jest również, że ludzie o mocno ugruntowanych i wyraźnych poglądach nie są skorzy do pobłażliwości. Niektórzy uważają, że nie po to wykuwali swe „cnoty”, by tolerować „miękkość i rozchwianie” (w ich mniemaniu) innych. A jeśli decydują się na pewną wyrozumiałość, to głównie po to, by utwierdzić się we własnej moralnej wyższości. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy za konserwatystę uzna się ktoś ograniczony, własny prymitywizm poglądowy biorąc za twardość przekonań. Często w ten właśnie sposób ukrywa się własne wewnętrzne rozmamłanie i rozchwianie, nadrabiając miną nieprzejednanego pewniaka. Nic bardziej irytującego.

Wydaje mi się, że wszystkie te dylematy powstające dzisiaj na styku „przyzwolenie i zakaz” doprowadziły do powstania pewnej specyficznej grupy kunktatorów – ludzi, którzy są „za a nawet przeciw”: kurioza typu „liberalny konserwatysta” (ewentualnie „konserwatywny liberał”).

greydot

To prawda, że pobłażając innym, często podświadomie spodziewamy się pobłażliwości dla nas samych. To rodzaj asekuracji. Pewien człowiek, nie cechujący się raczej wielkim rygoryzmem moralnym (wobec siebie), upodobał sobie cytat z Flauberta (przytaczany przez Camusa w jego notatnikach): „Zdechłbym ze śmiechu na widok człowieka, który sądzi innego człowieka, gdyby nie budził we mnie litości”.
A co na to sędziowie i prokuratorzy?

greydot

Rzadko się spotyka tak podniosłą pochwałę liberalizmu, jaką wygłosił kiedyś Jose Ortega y Gasset: „Liberalizm jest najwyższą formą hojności i wspaniałomyślności. To prawo jakie większość przyznaje mniejszości. Dlatego uznać go należy najbardziej szlachetnym hasłem, jakie kiedykolwiek zabrzmiało na tej planecie”.
Brzmi owo zawołanie pięknie, ale tak naprawdę jest tylko dowodem na to, że trzeba studzić gorączkę przy natchnieniu.

greydot

Zaskakujące jest, że łatwiej nam chyba wyobrazić sobie państwo skrajnie totalitarne, niż absolutnie liberalne. Nie bez wpływu na to jest dziejowe doświadczenie i nasza znajomość XX-wiecznej historii. Terror faszystowskiego czy komunistycznego totalizmu był przez wiele lat jak najbardziej twardą i okrutną rzeczywistością – czyli funkcjonował! – zaś na totalnym przyzwoleniu nigdy żadnego państwa nie zbudowano, mimo rojeń anarchistów i dość groteskowych pseudo-filozoficznych libertyńskich szaleństw.
Nie zbudowano – gdyż jest to niemożliwe.

greydot

POLKI TO NIE SĄ PICZKI ZASADNICZKI – twierdzi reżyserka filmu „SPONSORING” Małgorzata Szumowska

*

*

To nie będzie recenzja z filmu „Małgośki” Szumowskiej vel „Szumy” *, którego jeszcze nie widziałem. To będzie próba odpowiedzi na pytanie w jakim stopniu nadążamy za kolejną rewolucją seksualną, która z seksu uczyniła jeszcze jeden towar w epoce rozpasanego konsumpcjonizmu? Czyli, innymi słowy: czy zdajemy sobie sprawę, że podobnie jak rynek konsumpcyjny, również seks (jako zjawisko społeczne) wymknął się naszej kontroli, czego przejawem jest choćby zupełny chaos aksjologiczny – nasza niemoc (nieumiejętność, niechęć, odrzucenie, dystans…) w ocenie moralnej niektórych współczesnych zachowań seksualnych człowieka.

*

UNIWERSYTUTKI

W dobie, kiedy wypada być kimś „otwartym”, jak również „wyzwolonym”, nie uchodzi wydawanie jakichkolwiek ocen moralnych, bo pociąga to za sobą stygmat moralizatora i nudziarza, który został w tyle i nie idzie już z duchem czasu. Dlatego każdy, kto chce być uważany właśnie za człowieka „otwartego” i „wyzwolonego”, unika jednoznacznego ustosunkowywania się do pewnych zjawisk społecznych, nie poddając ich jakiejkolwiek ocenie etycznej. (A przecież liberalizmu nie można mylić z amoralizmem – postawa wolnościowa nie może przekreślać, ani tym bardziej unieważniać, konieczności istnienia systemu etycznego.) Tym sposobem, paradoksalnie, to właśnie ci, którzy zwykle ochoczo oskarżają moralizatorów o hipokryzję, sami stają się hipokrytami – najczęściej nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

1.

Do podjęcia tego tematu sprowokował mnie wywiad z reżyserką filmu „Sponsoring”, Małgorzatą Szumowską jaki przeczytałem w polskim wydaniu „Newsweeka”.** Nosił on tytuł „Wystawiam język światu” a otwierało go takie następujące oświadczenie Szumowskiej: „Bohaterki mojego filmu lubią to, co robią. Prostytucja to dla nich bezproblemowa droga do wygodnego życia.” Nie muszę chyba tego wyjaśniać, ale dodam, że film opowiada o tzw. „uniwersytutkach”, czyli młodych kobietach, które sprzedają swoje seksualne usługi mężczyznom, zarabiając w ten sposób nie tylko na studia, ale także (może nawet przede wszystkim) na tzw. „wygodne” życie, utożsamiane przez nich zazwyczaj z dobrymi ciuchami, luksusowymi kosmetykami, jadaniem w dobrych restauracjach, wyjazdami w atrakcyjne miejsca… etc. – czyli z dobrami konsumpcyjnymi, do których dostęp mają ludzie majętni (Szumowska: „te dziewczyny aspirują do tego, by funkcjonować na burżuazyjnym wypasie”.) Zjawisko nie jest żadnym socjologicznym marginesem. Ostatnie badania potwierdziły, że w Polsce temu rodzajowi prostytucji oddaje się jedna piąta wszystkich studentek.

Wywiad z Szumowską to istne lawirowanie wśród słów i sprzeczności. Moim zdaniem doskonale oddaje to problem, o jakim wspomniałem na samym początku: udajemy, że się do oceny pewnych zachowań dystansujemy, ale podskórnie – często w skrytości – jednak osądzamy (bo przecież bycie człowiekiem związane jest z koniecznością przyjęcia jakiegoś kodeksu etycznego, który jest dla nas nie tylko rodzajem życiowego drogowskazu czy punktu odniesienia, ale i wręcz podstawą naszego funkcjonowania w społeczeństwie).
Oto kilka przykładów. Szumowska mówi: „Uważam, że jeśli ktoś jest reżyserem i wystawia moralne oceny, to robi słabe filmy. Nie wydusi pani ze mnie, że to, co robią te dziewczyny, jest złe.”
Ładnie, prawda? Całkiem słuszne i politycznie poprawne – brzmi jak brzmieć powinno i oddala (kompromitujący) zarzut o moralizatorstwo. Szkopuł w tym, że dosłownie w następnym zdaniu czytamy już coś takiego: „Na pewno zapłacą za to wysoka cenę w przyszłości (…) Gdybym miała córkę, to bym stała nad nią i wkładała jej do głowy, że to jest złe…” Czyli na to „złe” nie trzeba było aż tak długo czekać (jakieś 3 sekundy), ani tym bardziej z Szumowskiej tego „wyciskać”. Zdanie, które przerwałem kończy się następująco: „… ale kategorie osobiste to co innego, niż stosunek do wymykającego się zjawiska”. A może to zjawisko wymyka się właśnie dlatego, że nie chcemy ujmować go (pojąć, ocenić) naszymi kategoriami osobistymi? To jest właśnie ta „liberalna” hipokryzja, o której wspomniałem na samym początku. Szumowska mówi dalej: „Kiedy mój syn będzie nastolatkiem, na pewno mu wytłumaczę, że sypianie z byle kim to słaby pomysł, a już za kasę to w ogóle. Jednak dziewczyny są dorosłe, wiedzą co robią. (…) Ja ich nie krytykuję, ja przede wszystkim krytykuje system i to, że wszystkim zawiaduje pieniądz. To jest chore.”
A ja nie jestem pewien czy te dziewczyny naprawdę wiedzą co robią i czy zdają sobie sprawę, że będą musiały w przyszłości ponieść konsekwencje swojego postępowania. Poza tym: jeśli ktoś zgadza się funkcjonować w ramach systemu, który jest zły (przyjmując jego zasady), to czy można takie postępowanie usprawiedliwiać mówiąc, że nie jest ono złe – ponieważ nie jest to wina człowieka, tylko systemu, w którym on funkcjonuje?
Swoją drogą, ciekaw jestem bardzo czy Szumowska rzeczywiście w swoim filmie skrytykowała „system”, ukazując że jest on „chory”? Wątpię. Coś mi się wydaje, że to tylko deklaracje, które się jej wymknęły post factum, jak zresztą wiele innych sprzecznych ze sobą stwierdzeń, jakie przeczytać można w tym wywiadzie. Wszystko to moim zdaniem świadczy o ambiwalencji z jaką traktujemy pewne społeczne zachowania, zwłaszcza te, które wiążą się z seksem.
Pewien światowej sławy seksuolog (Volkmar Sigusch w „Der Spiegel”) na pytanie „Czy ludzie mówią kiedykolwiek prawdę o seksie?” odpowiedział: „Gdy w grę wchodzi sfera seksualna, lubią się mijać z prawdą (czyli po prostu kłamią – przyp. LA). Więcej kłamstw można usłyszeć tylko w kwestii pieniędzy.”

2.

Małgorzata Szumowska tak określiła zmiany w mentalności współczesnej młodzieży: „Do seksu podchodzi się tak samo jak do jedzenia, picia i dobrej balangi. Teraz strasznie ważne jest fajne życie. A fajne życie jest wtedy, kiedy stać cię na dobre kosmetyki, knajpy, narty w Alpach, czyli na to wszystko, na co stać przedstawicieli klasy średniej. Jak taka studentka może sobie na to wszystko pozwolić, udzielając korepetycji czy niańczyć cudze dzieci? Przecież tak nie zarobi nawet na czynsz.” A na pytanie dziennikarki („czyli pani twierdzi, że prostytucja to jedyna droga do wygodnego życia?”) odpowiada tak: „Nie jedyna, ale najprostsza, najszybsza i dla wielu bezproblemowa”.
Według mnie to właśnie ta „bezproblemowość” jest tu najbardziej problematyczna, bo czyż nie jest ona po prostu złudzeniem? Pozwolę sobie tutaj jeszcze raz przywołać zdanie samej Szumowskiej, która – mimo że za wszelka cenę chce się trzymać liberalnych pozycji – powiedziała o uniwersytutkach, że „zapłacą za to wysoką cenę w przyszłości”. Czyli jednak, te dziewczyny – jeśli nawet jeszcze nie mają – to z pewnością będą miały problem, i to problem duży.
Bo prostytucja nadal jest mimo wszystko czymś stygmatyzującym, a przekonanie o niemoralności takiego zachowania w dalszym ciągu jest głęboko zakorzenione w każdym społeczeństwie, mimo różnych rewolucji „seksualnych”, które przetoczyły się przez kraje Zachodu, zwłaszcza w ciągu ostatnich 100 lat. Tak było zresztą w każdej epoce – nawet wtedy, kiedy „instytucje” kurtyzańskie były nieodłącznym elementem społecznej konstrukcji, a same „utrzymanki” zdobywały dość wysoki status, jeśli chodzi o wpływy, majątek czy znaczenie w państwowej hierarchii (hetery w starożytnej Grecji, gejsze w Japonii, kurtyzany we Francji… etc.), to w gruncie rzeczy ich nie poważano i były one uważane za „margines” – zawsze wisiało nad nimi to „k… e” odium. Więc mimo deklaracji „wyzwolonych” panienek oferujących własne ciało za pieniądze (że one to lubią i mają z tego fun), kobiety te w głębi ducha odczuwają wstyd, poddają się niskiej samoocenie, może nawet sobą w skrytości gardzą. I oczywiście wszystko przed swoim najbliższym otoczeniem ukrywają. Jedna z nich mówi: „Męczyło mnie to ciągłe kłamanie, ten strach przed wpadką. Najgorzej jest, jak jakimś cudem rodzinka się dowie. Wtedy zaczyna się tornado. Moi zachowywali się tak, jakbym kogoś co najmniej zabiła. Do dziś im nie przeszło, choć minęło już kilkanaście miesięcy od wpadki. Ciągle traktują mnie tak, jakbym była trędowata. Myślałam, że są bardziej wyzwoleni.” (Znów to „wyzwolenie”, które najwidoczniej wszyscy mylą z amoralną obojętnością na czyjeś niemoralne prowadzenie się.)
A co mówi ojciec tej dziewczyny (po odkryciu, że jego córka, studentka psychologii, się prostytuuje)?: „Jestem psychiatrą, ale jak biegłem do domu zastanawiałem się tylko, czym jej przyłożyć, choć przysięgam – nigdy nie dostała ode mnie klapsa. (…) Do dziś, jak o tym pomyślę, to zalewa mnie krew. (…) Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mógł jej to wybaczyć. Niedawno wróciła z podkulonym ogonem. Wymiętoszona przez tych wszystkich facetów. (…) Udaję, że w domu jej nie ma. (…) To doświadczenie kompletne mnie powaliło.”
Nie poważają też tych kobiet sami sponsorzy: „Dopiero z czasem, kiedy nabierają doświadczenia, kiedy pożyją już z kilkoma panami, tracą świeżość, zaczynają mieć ten obrzydliwy uśmieszek prostytutki” – mówi o swojej „utrzymance” jeden z nich.
One same okłamują siebie na różne sposoby. Oto jedna z nich oświadcza: „Jestem kobietą z klasą, trzeba się wysilać, żeby zaciągnąć mnie do łóżka”. Ha! Kobieta z klasą! Czy naprawdę wyciągnięcie z portfela  kilkuset dolarów więcej to taki wielki wysiłek dla kogoś kto nieźle zarabia?

Film Szumowskiej sprowokował całą serię artykułów w tzw. pismach „opiniotwórczych”. I oczywiście każdy z nich napisany jest w tonie zgodnym z programową „linią” polityczno-światopoglądową reprezentowaną (propagowaną) przez to pismo. Oto w lewicującej i liberalnej „POLITYCE” czytam tekst Joanny Podgórskiej pt. „Uniwersytutki” (tu warto wspomnieć, że twórcą tego określenia jest socjolog, prof. Jacek Kurzępa z Wrocławia), zaczynający się od zdania: „Jak się zeszmacić, to z klasą – deklarują studentki dorabiające seksem.”  (A więc jednak „zeszmacenie” – przyp. LA) Jak przystało na „POLITYKĘ” autorka pisze tekst raczej wyważony, ale i tak nie pozbawiony sprzeczności i lawirowania wśród wartości etycznych, w którym nie brak intencji usprawiedliwiania, łagodzenia, wybielania i swoistej utylizacji opisywanego zjawiska. Dzięki temu spotkać możemy w nim np. takie oto stwierdzenie: „(Sponsorzy) płacąc mają poczucie, że inwestują w młodych, wspierają ich aspiracje edukacyjne, pomagają uzyskać wykształcenie. To też nobilituje.” He, he, he… dobre sobie!

3.

William Blake napisał w „The Marriage of Heaven and Hell”, że więzienia zbudowane są z kamieni prawa, a burdele z cegieł religii. Czyli wynika z tego, że burdel jest pewnego rodzaju więzieniem. Zgadzam się, Blake był szaleńcem, któremu jednak nieobce były przebłyski nad wyraz przenikliwego geniuszu, więc często trafiał w egzystencjalne sedno. Tutaj zaś przejrzał na dodatek pewien fenomen socjologiczny. Tak często podkreślana przez prostytutki (a w przeszłości: kurtyzany) niezależność, jaką ponoć daje im uprawianie „najstarszego zawodu świata” jest jeszcze jedną ułudą i samo-okłamywaniem się: bowiem kobiety te są jak najbardziej zależne (choćby – bagatela! – od płacących ze ich seksualne usługi mężczyzn). Poza tym stają się uzależnione od samego procederu – pozwolę tu wyrazić się językiem typowym dla tego światka – „dawania d…y” za pieniądze. Rzadko której profesjonalnej prostytutce udaje się wrócić do „normalnego” życia (by np. założyć rodzinę), tak samo jak trudno jest zrezygnować z „łatwego” zarobku dziewczynom, które zakosztowały sponsoringu. Poza tym, jak mi się wydaje, swego przyszłego (stałego?) partnera (męża?) będą najprawdopodobniej traktowały instrumentalnie – jako kolejnego sponsora, tyle że bardziej usankcjonowanego społecznym układem.

4.

Muszę jeszcze napisać coś, aby uniknąć nieporozumień: jestem (i zawsze byłem) za tym, aby pozostawiać ludziom jak największe pole swobody jeśli chodzi o ich zachowanie (w tym seksualne). Ani mi więc w głowie jakieś jurysdykcyjne zapędy regulowania np. życia seksualnego dorosłych ludzi, wchodzenie im do łóżka z księdzem czy książeczką do nabożeństwa; daleki jestem od rzucania gromów na tych, którzy się zachowują prowokacyjnie czy „nieobyczajnie” – nie uważam, że za pomocą paragrafów należy „normować” przejawy ludzkiego erotyzmu (dopóki nie naruszają one wolności drugiego człowieka, a zwłaszcza nie krzywdzą dzieci). Jednakże to, co się dzieje ostatnio na polu walki między tzw. konserwatystami a liberałami (wg mnie, podział ten – jak zresztą każdy podział ludzi na kategorie – jest podziałem sztucznym… ale to inna spawa; ja sam np. nie uważam się ani za konserwatystę, ani za liberała) zmusiło mnie niejako do zabrania na ten temat głosu, który oczywiście (zdaję sobie z tego sprawę) będzie tylko kolejnym głosem wołającego na puszczy. Bardziej więc robię to, by uporządkować swoje myśli na ten temat. A jakie one są – to każdy widzi, bo pisanie jest dla mnie niczym innym, jak głośnym myśleniem.
Co więc myślę o tym sporze? Cóż, wydaje mi się, że jak każdy tego typu spór (o pryncypia), jest to walka o poszerzenie własnego obszaru światopoglądowego. Ci, którzy biorą w nim udział mają poczucie tego, że walczą o większą dla siebie swobodę, ergo – o samą wolność, bo wydaje im się, że ta wolność jest zagrożona. Pewnie dlatego tyle w tym sporze różnych podchodów, ciosów poniżej pasa i przewrażliwienia… często nawet wręcz histerii i zmącenia umysłów przez emocje. A tu nie chodzi moim zdaniem o zagrożenie ludzkiej wolności – dodajmy: wolności zachowań seksualnych (gdyż o takich tu mowa) – bo jednak prawo pod tym względem jest (przynajmniej jeśli chodzi o państwa Zachodu) coraz bardziej liberalne. Tu chodzi o to, by swobodnie mówić o tym, co wydaje się nam złe, niemoralne (tak, nie bójmy się wypowiedzieć czasami to słowo), godzące w godność człowieka – bez wściekłego i ślepego wysyłania głoszących tego rodzaje poglądów do kruchty, czy szydzenia z materiału, z jakiego zrobione są ich berety. Chodzi wreszcie o ochronę pewnych wartości (powszechnie uznawanych za tradycyjne, czy też konserwatywne, jak np. tzw. „wartości rodzinne”), które – jak by na to nie patrzeć – są niezwykle ważne dla ogólnej stabilności społeczeństwa, dla zdrowia rodziny, dla poczucia szczęścia… a to wszystko jest możliwe tylko dzięki wzajemnej przychylności, wyzbycia się wrogości, wreszcie – w naszych najbliższych relacjach – dzięki miłości i przyjaźni, (która jest zresztą jednym z wyrazów tej pierwszej).

Zdaję sobie sprawę z tego, że mogło to wszystko zabrzmieć po kaznodziejsku, więc chcę zawczasu odeprzeć jeszcze jeden zarzut i rozwiać pewne wątpliwości: ze zrozumiałych względów nie chcę tu uprawiać zbytniego ekshibicjonizmu, ale muszę przyznać, że sam niejednokrotnie zachowywałem się (zachowuję) niezgodnie z przyjętymi w moim społecznym środowisku normami obyczajowymi. I jeśli ktoś, biorąc to pod uwagę, nazwałby niektóre moje zachowanie niemoralnymi, to przyznałbym mu rację. Lecz sam nie uważam się jednak za amoralistę (czyli człowieka nie uznającego żadnych zasad moralnych). Bowiem kieruję się swoim własnym kodem etycznym, który – przyznaję – nie we wszystkich aspektach jest tożsamy z zasadami moralnymi przyjętymi powszechnie. Nie mieszam też w to wszystko religii – jako człowiek skłaniający raczej się ku światopoglądowi, który można (od biedy) uznać za sceptycyzujący agnostycyzm. Tak więc – żaden ze mnie święty. Może właśnie dlatego to co mówię o moralności-niemoralności ma większą „ludzką”, wolną od dogmatyzmu wartość? Któż bowiem lepiej zna grzeszny świat od samego grzesznika?

5.

Na koniec oddajmy jeszcze raz głos Małgorzacie Szumowskiej: „A społeczeństwo mamy pozamykane, odporne na zmiany. Również dlatego, że oburza się na różne sprawy moralne. Wg mnie takie oburzenie jest z gruntu fałszywe. Bo niemoralne to jest okłamywanie ludzi w imię jakiejś ideologii czy religii, a nie robienie filmów o trudnych problemach.”
Pomijając fakt, że Szumowska używa określeń cokolwiek kuriozalnych (bo cóż to znaczy „oburzać się na różne sprawy moralne”?), to nadal, niczym mantrę, powtarza liberalne pustosłowie o „z gruntu fałszywym” oburzeniu społeczeństwa, które jest „zamknięte”, bo jest przywiązane do swych starych a przeżytych wartości i nie może nadążyć za wyzwolonym duchem liberalnych przemian. Ponadto Szumowska zrównuje tu ze sobą „okłamywanie” ideologiczne z „okłamywaniem” religijnym – wpisując się tym samym w nurt antykatolicyzmu i dyskredytując religijne przesłanki postawy moralnej.

Symptomatyczne jest w tym kontekście to, że środowisko „konserwatywne”, ludzi o bardziej tradycyjnych poglądach, reprezentujących tzw. „wartości rodzinne”, „wyzwoleni” libarałowie za wszelką cenę usiłują zdyskredytować, często ośmieszyć (to dlatego kobiety, które starają się postępować wg pewnych zasad, nazywa się obraźliwym i pogardliwym w sumie określeniem „piczki-zasadniczki”, a samo środowisko „kruchtą” albo „ciemnogrodem”). Oto np. rada, jaką dała Szumowska Krystynie Jandzie grającej w jej filmie matkę jednej z uniwersytutek, (która oczywiście nie może się pogodzić ze stylem życia prowadzonego przez córkę). Szumowska: „Powiedziałam do niej: ‚Krystyna, musisz zagrać chamkę i wieśniarę’. A ona na to: ‚Nigdy takiej nie grałam’. Kiedy (jednak) zobaczyła kostium swojej bohaterki, już wiedziała, jak ma grać.”

Ciekaw jestem filmu Małgorzaty Szumowskiej. Ciekaw jestem czy reżyserka nie zwodzi w tym filmie nikogo i  ukazuje świat w jakim żyją kobiety „sponsorowane” takim, jakim jest on naprawdę. Czy te dziewczyny rzeczywiście są wolne i niezależne?
I czy jest w nim jakaś moralna puenta?
Bo jeśli jej nie ma – czyli jeśli z filmu nie wynika, że to co robią te prostytuujące się dziewczyny jest z gruntu złe (bo to tylko fun, zabawa, fajny sposób na wygodne życie); i że będą musiały za to słono zapłacić w przyszłości – to ten film po prostu wszystkich okłamuje.
Okłamuje wskutek fałszywie pojętego liberalizmu.

*  *  *

Ilustracja: fragment plakatu filmu „Sponsoring”

* Użyta przeze mnie forma imienia pani Szumowskiej nie jest przejawem lekceważenia. Tak bowiem jej imię pojawia się na plakacie reklamującym jej film – nie ma tam „Małgorzaty” tylko właśnie „Małgośka”. To jakiś nowy i chyba jednak cokolwiek pretensjonalny trend, który się pojawił ostatnio w kraju (podobnie jest z „Wojtkiem” Smarzowskim). No i jeszcze ta „Szuma”. Tak podobno zaprezentowano Szumowską w pewnym ogólnopolskim programie telewizyjnym. (A ja się cieszę, że za moich czasów, prezenterzy telewizyjni nie zwracali się do Zanussiego per „Krzysiek”, czy do Machulskiego per „Julek”.)

** W moim tekście wykorzystałem cytaty z wywiadu Magdaleny Rigamonti z Małgorzatą Szumowską opublikowanego w polskim wydaniu „Newsweeka” (6/2012), artykułu Violetty Ozminkowskiej pt. „3 razy sponsoring” (z tego samego numeru „Newsweeka”), oraz tekstu Joanny Podgórskiej pt. „Uniwersytutki” („POLITYKA”, 6/2012).

SEKS W ŚWIĄTYNI (erotyczny splendor Kadżuraho)

*

*

„To jedyny kraj, w którym spółkowanie nie jest występkiem, lecz warunkiem trwania w przyzwoitości”.
(Mircea Eliade o Indiach)

*

Kiedy przechadzałem się pośród niezwykłych świątyń Kadżuraho, uświadomiłem sobie to, jak niewiele wiem o prawdziwym znaczeniu tych pysznych erotycznych rzeźb, które tysiąc lat temu wyczarowali tu z kamienia jacyś anonimowi artyści. Mimo, że z ponad 80 pokrytych rzeźbami świątyń pozostało zaledwie 25, to jednak w niczym nie umniejsza to wrażenia bogactwa i obfitości tej wyrytej w piaskowcu sztuki. Tysiące posążków, w które zaklęto Indie sprzed millenium. Obecność nie do końca uświadomionych bóstw. Strzelające w niebo sikhary, wyrażające – niczym falliczne symbole linga skryte w ich wnętrzach – witalność ludzkiej natury.
Erotyka stanowi zaledwie część tematyki wszystkich rzeźb Kadżuraho, ale jednak niemal wszyscy odwiedzający to miejsce wpatrują się z większą uwagą w tę wykutą w skale Kamasutrę, niż w scenki rodzajowe odtwarzające powszednie życie mieszkańców okolicznych wiosek i miast, dworów i klasztorów, jakie rozgrywało się za czasów dynastii Czandela, kiedy to świątynie owe powstały. Trudno się dziwić: nigdzie indziej na świecie nie miała miejsce taka eksplozja erotyki w rzeźbie; nigdzie indziej na tak wielką skalę nie łączono sakralności z seksem.

Żadne z zasłyszanych na miejscu wyjaśnień co do sensu owego fenomenu nie mogło mnie zadowolić. Kilka zabrzamiało wręcz absurdalnie. A to – mówiono – zabezpieczano w ten sposób świątynie przed piorunami (takie decorum pozyskujące przychylność bóstw i gwarancję ochrony przed destrukcyjnymi siłami przyrody); to znów uważano, iż te rzeźbione pozycje były jakby podręcznikiem seksu dla wchodzących w życie, a szkolących się przy świątyniach, młodych braminów…
Jednakże wszystkie te teorie pod względem humorystyki przebiła ta, wedle której seksualne wygibasy posążkow są niczym innym jak sugestią, iż tak naprawdę ów seks jest sposobem praktykowania… wstrzemięźliwości, a to ze względu na kontarast gorących uścisków z pozbawionym emocji wyrazem twarzy spółkujących. (Czy jednak ktoś z twórców owego konceptu słyszał o kamiennym obliczu? To akurat nie jest tutaj prawdą – wystarczy spojrzeć na zmysłowość i ekspresję wypisaną nie tylko na pupach i biuście tych wszystkich świątynnych nimf i kurtyzan, ale również na kamiennych fizys zwierząt, wśród których uśmiechają się nawet… słonie, o małpach nie wspominając!)

Panuje jednakże powszechna zgoda, że owe erotyczne parady przedstawiają sceny z zaślubin boga Siwy z Parvati, uosabiającą boską kobiecą moc (shakti), i są niczym innym jak tantryczną manifastacją potęgi i znaczenia seksu w kreacji, nie tylko ludzkiej, ale i kosmicznej – twórcza siła boskości miała bowiem charakter seksualny. (Świat, który powstał podczas stosunku seksualnego bogów, to jeden z motywów hinduskiej kosmogonii.)
Wiąże się to wszystko z obecną w Hinduiźmie tendencją do sakralizacji seksu – uznania prokreacji za jeden z głównych aspektów egzystencji. Szła za tym religijna konfirmacja przyjemności i poszukiwanie rozkoszy (kama), jako jednego z trzech głównych celów życia, obok dotrzymywania praktyk religijnych (dharma) i uczciwego bogacenia się (artha). Mimo więc istnienia mocnych inklinacji ascetycznych i purytańskich, tworzyły się również sekty, w których stosunki seksualne stawały się wręcz elementem religijnego rytuału. Stąd tylko krok dzielił ich od sakralnych orgii, które miały również na celu zdobycie jakiejś nadnaturalnej mocy. Działo się tak nie tylko w hinduiźmie, ale i w buddyźmie.

Jak pisze Arthur Basham w swoich monumentalnych „Indiach”: „W obrzędach seksualnych tantrycznego buddyzmu anulowano wszelkie rodzaje tabu. Dozwolone było nawet kazirodztwo, gdyż to, co było grzechem dla człowieka pogrążonego w niewiedzy, stawało się cnotą dla wtajemniczonego. Podczas tantrycznych sabatów pito alkohol, spożywano mięso, zabijano zwierzęta, a czasem nawet istoty ludzkie – dozwolone były wszelkie występki, jakie tylko można sobie było wyobrazić. Wszystko to jednak odbywało się pod ścisłą kontrolą i dostępne było tylko dla ludzi wtajemniczonych w święte obrzędy. Podobnie jak tantryści bengalscy w późniejszych czasach, wyzanawcy wadzrajany mogli być w codziennym życiu zupełnie normalnymi ludźmi, okresowa rozpusta sakralna stanowiła jakby katharsis dla ich złych skłonności psychologicznych i mogła im rzeczywiście pomagać w prowadzeniu godziwego w ich pojęciu życia”.

Podobne zachowania spotykamy w innych kulturach (sabaty, dionizje, bachanalia), ale zawsze stanowiły one raczej margines, i błędem byłoby kojarzyć te ekscesy z głównymi nurtami życia społecznego i religijnego. Także w Kadżuraho interpretacja tych wszystkich erotycznych wątków jakie ukazują rzeźby, nie powinna iść aż tak daleko. To, co widoczne gołym okiem jest po prostu tym, czym jest, czyli pełną artyzmu, gracji i humoru gloryfikacją sił witalnych, piękna kobiecego ciała i męskiej potencji, jako siły ważnej w stwarzaniu i rządzeniu światem. Sądząc po efektach ich pracy, rzeźbiarze musieli po prostu odczuwać radość wyczarowując z bezdusznego i zimnego kamienia te jakże wdzięczne, emanujące gorącą namiętnością ciała kobiet i mężczyzn łączące się w odwiecznym rytuale płciowej atrakcji i przedłużania życia.

Oczywiście, że wiele z pozycji ukazanych na ścianach świątyń w Kadżuraho ma walor wręcz akrobatyczny, zdarzają sie motywy zoofilne, nie brakuje też bestiarium, ale ma to według mnie charakter bardziej estetyczny niż wyuzdany czy orgiastyczny, jest też nasycone sporą dawką humoru – i jako takie winno być postrzegane… No, chyba że ma się mocno purytańskie zacięcie, tudzież jest się wypełnionym po brzegi pruderią, niczym owi brytyjscy odkrywcy, którzy w pierwszej połowie XIX-go wieku natknęli się na te zagubione w dżungli Madyah Pradesh światynie i pozostawili po sobie zdegustowane komentarze traktujące o „dzikiej rozwiązłości”, jaką ich zdaniem ukazywały rzeźby.
Sądząc po reakcjach współczesnych turystów, mentalność purytańska jest raczej w odwrocie. Nikt się nie oburza, nie gorszy, nikogo to nie szokuje… Cóż, większość odwiedzających to miejsce przybyszów traktuje je jako kolejną turystyczną atrakcję, jakich w Indiach wiele.
Czyżby to skutek przesycenia dzisiejszej pop-kultury seksem? A może, po prostu – wśród natłoku wrażeń – straciliśmy umiejętność patrzenia na takie kulturowe unikaty, jak te cudowne erotyczne rzeźby w Kadżuraho? Kto powiedział, że kamienia nie można obdarzyć sex-appealem ?

*  *  *

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

Więcej zdjęć świątyń w indyjskim Kadżuraho zobaczyć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym) .

Natomiast więcej o Indiach przeczytać można w  ZAPISKACH INDYJSKICH .