GENIUSZ W METRZE

Joshua Bell (fot. Chris Lee)

W waszyngtońskim metrze usiadł pewien człowiek i zaczął grać na skrzypcach. Był mroźny styczniowy poranek. W ciągu około 45 minut zagrał 6 utworów Bacha. Szacuje się, że w tym czasie, 1.100 ludzi przeszło przez stację metra udając się do pracy. Po upływie trzech minut pewien pan w średnim wieku zauważył, że gra jakiś muzyk. Zwolnił kroku i zatrzymał się na parę sekund, po czym pośpiesznie ruszył dalej, aby nie zakłócić swego harmonogramu dnia. Minutę później skrzypek otrzymał pierwszego dolara: jakaś kobieta rzuciła mu go do futerału i poszła sobie dalej, nie zatrzymując się. Kilka minut później jakiś człowiek oparł się o ścianę, aby posłuchać gry, ale zaraz potem spojrzał na zegarek i odszedł. Najwyraźniej był już spóźniony do pracy. Osobą, która poświęciła skrzypkowi najwięcej uwagi, był 3-letni chłopczyk. Jego matka kazała mu się pośpieszyć, ale chłopczyk zatrzymał się, aby jeszcze spojrzeć na skrzypka. W końcu popchnęła go mocno; chłopiec ruszył z miejsca, ale cały czas odwracał głowę. Takie samo zachowanie powtarzało się u kilkunastu innych dzieci. Wszyscy rodzice, bez wyjątku, kazali im iść dalej.

Podczas 45 minut gry tylko 6 osób zatrzymało się na chwilę. Około 20 dało mu pieniądze, potem jednak odeszło, nie zwalniając kroku. Zebrał 32 dolary. Kiedy przestał grać i zapadła cisza, nikt tego nie zauważył. Nie było oklasków, ani żadnych słów uznania. Nikt nie wiedział, że owym skrzypkiem był Joshua Bell, jeden z najbardziej utalentowanych muzyków świata. Zagrał właśnie kilka najtrudniejszych utworów, jakie kiedykolwiek zostały skomponowane, na skrzypcach wartych 3,5 milionów dolarów. Dwa dni wcześniej, wszystkie bilety na koncert Joshua Belli w Bostonie zostały wyprzedane. Średnia cena biletu wynosiła 100 dolarów.

To jest prawdziwa historia. Joshua Bell, grający incognito na stacji metra, brał udział w eksperymencie społecznym zorganizowanym przez Washington Post. Eksperyment dotyczył percepcji, gustu i ludzkich priorytetów. Pytania brzmiały:
Czy w zwykłym otoczeniu i o niesprzyjającej godzinie potrafimy ujrzeć piękno? Czy potrafimy dostrzec talent w nieoczekiwanym miejscu? A może przestajemy je doceniać?

* * *

Na powyższą notkę trafiłem przypadkowo w sieci. Uderzyła mnie. Jeszcze wczoraj miałem okazję być w nowojorskiej MoMie, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej (Museum of Modern Art), gdzie musiałem przepychać się wśród nieprzebranych tłumów, podziwiających (ponoć) zgromadzone tam dzieła sztuki, wśród których było sporo takich, na które nikt by nie zwrócił uwagi (może z wyjątkiem psa z kulawą nogą, który by to obsikał), gdyby nie były namaszczone wyborem do owego modernistycznego sanktuarium. Ale magia miejsca działa. Podobnie jak zbiorowa (auto)sugestia – w ludzkich głowach, w których moderna i post-moderna nieźle namieszały. Rytuał współczesnej konsumpcji pseudo-artystycznych bibelotów „robiących” za sztukę wysoką. Albo za niską. Albo za byle jaką. Tak więc snują się tłumy wśród różnych śmieci, drutów, prętów, bohomazów i wszelkiego innego badziewia, robiąc „dobrą” (koneserską?) minę do „złej” (snobistycznej?) gry, często ledwo maskując konsternację. Ale tak trzeba, bo przecież wpierw się stało godzinę – lub dłużej – po bilety, następnie kilkanaście minut na zdanie swoich toreb i płaszczów do przechowalni, później jeszcze kwadrans po audio guide, (wyróżnia się także tasiemcowa kolejka do kas w muzealnym sklepie, gdzie dość wielkim popytem cieszą się różne garnuszki, zakładki, klocki, ołówki… oczywiście z wyeksponowanym napisem MoMa). Choć później i tak się nic z tego wszystkiego zwykle nie pamięta.

* * *

A wracając do genialnego skrzypka grającego w metrze, na którego sztukę nikt nie zwraca większej uwagi, pędząc za swoimi sprawami: niestety, nie wystawia nam to dobrego świadectwa. Zachowujemy się stadnie – zachwycamy się jak na komendę, podoba się nam to, co się nam wmawia, że ma się podobać. Bardzo często popularny odbiór sztuki „nie-masowej” to jest jedna wielka gra pozorów. Choć niekoniecznie jest to związane ze snobizmem. Dochodzi do tego pośpiech – właśnie to gonienie nie wiadomo za czym, podczas gdy prawdziwe piękno przemija obok nas niezauważone.

* * *

PS. Niezwykle ciekawy artykuł dotyczący tego zdarzenia można przeczytać TUTAJ, na stronie Washington Post – gazety, która cały eksperyment zorganizowała.

PS2. Zainteresowanych tematem zapraszam także do przeczytania artykułów pt. „KONCEPT W SZTUCE WSPÓŁCZESNEJ – PRZYKŁADY” oraz „OBRAŻALSKIE UCZUCIA albo o smaku (i sensie) prowokacji”.

* * *

WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh


ANUS MUNDI (i post scriptum)

Dzisiaj mija kolejna rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tekst, który napisałem ponad dwa lata temu, przypominam tutaj po raz pierwszy i – chyba jednak – nie ostatni. To temat, który zostanie ze mną do końca życia.

*

Rampa w Auschwitz  (zdjęcie własne)

Człowiek w XX wieku przelał oceany krwi, ale też i wylał morze łez.
Te łzy zmywały ból.
Ale czy mogą też zmyć naszą hańbę?

Zdecydowałem się wreszcie na tę wizytę.
Zawsze to miejsce wydawało mi się oddalone o wieki, położone gdzieś na peryferiach dawnego świata, przynależne wyblakłej historii.
A to zaledwie godzina jazdy samochodem z Krakowa.

*  *  *
Bez próby dogłębnego zrozumienia Auschwitz nie można posiąść pełnej wiedzy o człowieku, jako gatunku Homo sapiens. Niestety, zbrodnia ta wymyka się ludzkiemu pojęciu nie tylko w kategoriach etycznych, ale i opisowych – po prostu zawodzi nas przy tym nasz język.
Stylistyka, konwencje, słowa, metafory, sposoby narracji, tzw. „środki artystyczne”… wszystko to wydaje się być czymś „nie na miejscu”, bezsilnym – jakąś niezręczną próbą odbicia koszmarnej rzeczywistości, która jakby zamyka się wokół obozu zagłady i niczym czarna dziura zapada się sama w siebie, zasysając to, co ewentualnie mogłoby pomóc nam w jej pojęciu i zrozumieniu.

*  *  *
Auschwitz.
Anus mundi – odbytnica świata.
Kloaka nowożytnej cywilizacji.
Monstrualny grób wypełniona krwią i popiołami milionów trupów.
Miejsce wstrętne i przerażające, a zarazem święte, budzące nawet tkliwość.

*  *  *
Pamiętam awanturę, jaka się rozpętała po premierze „Listy Schindlera”. Sam niechcący ją zapoczątkowałem, publikując recenzję z tego filmu w „Polityce”, gdzie zakwestionowałem prawdziwość „romantyczno-heroicznej” wersji Spielberga. Moim zdaniem reżyser poddał się niedopuszczalnej manipulacji rzeczywistością, eliminując pewne jej elementy i zabarwiając ją własną, życzeniową, stylistyczną interpretacją, która bez mała urągała historycznej prawdzie i sprawiedliwości… choćby wobec tych, którzy nie mając na łapówkę dla zarządcy fabryki Schindlera, nie dostali się na „listę”, co było równoznaczne z ich zagładą.
Recenzja nosiła tytuł „Kamera w piekle”, z dopiskiem (w podtytule): „Z parku jurajskiego do obozu zagłady”, co miało w pewien sposób kwestionować kompetencje twórcy typowego kina hollywoodzkiego, biorącego się za temat tak odbiegający od rozrywkowego entourage filmu popularnego. (Spielberg był właśnie po realizacji komercyjnej bajki fantastyczno-przygodowej „Park Jurajski”; każdy pamiętał też jego „Szczęki” i „Gwiezdne wojny” – sztandarowe pozycje masowego kina amerykańskiego.)

Zaraz potem odezwały się głosy (pamiętam zdanie Daniela Passenta), że są pewne tematy (w tym Holocaust), za które kino w ogóle nie powinno się brać, bo cokolwiek się z nimi zrobi, to będzie to w stosunku do rzeczywistości nieadekwatne.

*  *  *
Ja jednak nie zgadzam się z tym, że kino nie powinno zajmować się takimi tematami, choć uważam, że nie jest ono w stanie przekazać pełni fenomenu tej koszmarnej zbrodni. Jest ono bezsilne w kompleksowym oddaniu horroru masowego ludobójstwa, ale zajmując się konkretnym człowiekiem, czy też grupą ludzi, może nam – wzbudzając empatię – przybliżyć ludzki wymiar tragedii i nieszczęścia, opisać jednostkowy los, ujawniając pewne mechanizmy zbrodni.

*  *  *
 Wstrząsy, jakie spowodował Auschwitz w mojej psychice mam już za sobą. Pierwszy z nich przeżyłem mając około 12 lat, kiedy w moje ręce dostała się pewna książka opisująca obóz masowej zagłady, ilustrowana rysunkami więźniów, na których po raz pierwszy zobaczyłem „muzułmanów”, czyli ludzi  zamienionych wsuktek głodu w powleczone skórą szkielety.
Od tego czasu Holocaust stale jest obecny w mojej świadomości, z różnym nasileniem.
Później doszły inne lektury, filmy, zgłębianie tematu, spojrzenie z różnych perspektyw.

Ktoś może powiedzieć: po co zajmować sobie głowę tym koszmarem? Czy nie byłoby lepiej skupić się na jaśniejszej stronie życia i świata? Otóż moim zdaniem zasada pozytywnego myślenia winna dotyczyć wszystkiego, tylko nie takich kardynalnych ludzkich zbrodni jak ludobójstwo (dochodzi tu jeszcze zniewolenie człowieka przez totalitaryzmy).

Nie chcę teraz przywoływać tych wszystkich wytartych sloganów (jak np. ten: „kto nie pamięta nieszczęść historii, jest skazany na ich powtórne przeżycie”, czy też „ludzie ludziom zgotowali ten los”… etc), wskażę jedynie na naszą zwykłą ludzką powinność, aby pamiętać – i aby być świadomym wyrządzonego zła.
Tylko tyle… i aż tyle!

*  *  *
Czy my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny na własnej skórze – mamy prawo kogokolwiek sądzić?
Nigdy nie chciałem tego robić.
Patrzyłem tylko zdumiony tym z jaką łatwością w tamtych czasach zarazy rozpętała się apokalipsa – jak rozwiewały się  nadzieje, jak puste stawały się humanistyczne wartości, jak iluzoryczne okazywały się wszelkie ludzkie ideały, jak bezbronne i podatne na zszarganie stawało się dobro, jak łatwo było unicestwić całe rzesze ludzi, redukując je do ścierwa, rzeczy, nawozu historii …
Nie sądziłem nikogo, ale jednak zwątpiłem w człowieka, (Boga dość szybko przestałem w to mieszać, by nie popaść w jeszcze większe otchłanie bezsensu i absurdu).
Tym samym zwątpiłem w siebie.
Bowiem ja nie utożsamiałem się tylko z ofiarami, ale i z katami.
Dlaczego?
Gdyż my wszyscy z tego samego nasienia, podobnie jak z tego samego nasienia byli Kain i Abel.

I męczyła mnie uporczywie myśl, że człowiek – w pewnym sensie – nie zasługiwał jednak na to, by pojawić się na ziemi. Żadne zwierzę nie skompromitowało się tak, jak Homo sapiens. (Nic na to nie poradzę, jeśli to, co przed chwilą napisałem, wyda się komuś patetyczne. Ja wiem, że jest prawdziwe – a prawda nigdy raczej nie jest patosem.)

*  *  *
Człowiek, który nie doświadczył życia w obozie masowej zagłady, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tych, którzy tam byli – zarówno tych wszystkich, którzy obóz przeżyli, jak i tych, którzy w obozie zginęli; tych, którzy zachowywali się tam przyzwoicie, i tych, którzy zachowywali się nikczemnie.
Otuchy wszak nam mogą dodać pewne mysli, jak choćby ta Herlinga-Grudzińskiego, że trudno zarzucać człowiekowi to, że zachowuje się nieludzko, jeśli wpędzono go w nieludzkie warunki.

*  *  *
W Auschwitz byłem po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że kiedyś muszę to miejsce zobaczyć na własne oczy. Jednak przekraczałem tę słynną bramę z niesławnym napisem „Arbeit macht frei” jakby w psychicznym pancerzu, który i tak nie uchronił mnie w pewnym momencie od palącej, choć cichej i dyskretnej, łzy. Później już tylko rejestrowałem kolejne obrazy, fakty, komentarze… wyjaśnienia i opowieści przewodnika.
Tę wiedzę już posiadałem, tyle że teraz wydostawała się ona na wyższe poziomy mojej świadomości. I miałem nad nią kontrolę – i stać mnie już było na pewien dystans. To wszystko chroniło mnie przed kolejnym wstrząsem.
Podobnie chyba było z innymi ludźmi. Odniosłem bowiem wrażenie, że większość z nich zachowuje się tak, jakby zwiedzali jeszcze jedno turystyczne miejsce, zaliczali kolejną turystyczną „atrakcję”.

Być może jestem jednak niesprawiedliwy, bo jakże mogłem wniknąć do wnętrza tych ludzi?
W naszej grupie była pewna starsza kobieta, której ojciec zginął w Oświęcimiu. Ona jedna nie zdołała powstrzymać łez.

*  *  *

*

post scriptum…

 

Warta przypomnienia jest dyskusja, jaka miała miejsce po opublikowaniu tego tekstu na moim poprzednim blogu. Zapraszam do jej przeczytania TUTAJ.

 

SHITTY SIDE OF LIFE (zapiski indyjskie)

*   *   *

Czego się najbardziej obawiałem wyjeżdżajac do Indii?
Otóż tego, że zostanę tam powalony ludzką nędzą – bezkresnym morzem egzystencjalnej mizerii; cierpieniem, na którego usprawiedliwienie, tak naprawdę, nic nie mają nasi bogowie, oprócz rozpaczliwych – lub zgoła obojętnych – tłumaczeń człowieka.
Przypomniałem sobie sceny opisane przez Kapuścińskiego w jego „Podróżach z Herodotem”, kiedy po raz pierwszy zawitał na subkontynent indyjski. Było to jeszcze w latach 50-tych. Jechał z Benares (Varanasi) do Kalkuty, gdzie zastał taki oto widok:
„Był już szary, zachmurzony dzień, kiedy wjechaliśmy na Sealdah Station. Na całej olbrzymiej stacji, na każdym skrawku jej długich peronów, na ślepych torowiskach i okolicznych bagiennych polach siedziały albo leżały w strugach deszczu czy już po prostu w wodzie i błocie (…) dziesiątki tysięcy chudzielców. Co uderzało od razu, to nędza tych ludzi – wymokłych szkieletów, ich nieprzebrana liczba i – może najbardziej – ich bezruch. Zdawali się martwą częścią tego ponurego, przygnębiającego pejzażu, którego jedynym żywym elementem były strugi lejącej się z nieba wody. W zupełnej bierności tych nieszczęśników była przecież jakaś, co prawda rozpaczliwa, logika i racjonalność: nie chowali się przed ulewą, bo nie mieli gdzie – tu był kres ich drogi – i nie osłaniali się niczym, bo nie mieli nic.”

Na szczęście dzisiaj, obraz obecnej tam nędzy nie jest aż tak dojmujący. W czasie, kiedy oglądał to Kapuściński, wydarzyły się klęski naturalne, miała też miejsce wojna domowa, i te tłumy na dworcu w Kalkucie tworzyli uchodźcy, którzy nie mieli się gdzie schronić.

Przy ulicy w Jaipurze

Co nie znaczy, że obecnie tej nędzy nie ma. Jest, i każdy przybysz musi się z problemem tej indyjskiej mizerii zmierzyć. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, jeśli nosi się w sercu choć odrobinę współczucia dla ludzkiej niedoli.
W tym kontekście spory o Indie przenoszą się ze sfery czysto kulturowej na humanitarną, skupiajac sie np. na pozornej (?) obojetności Wschodu wobec tragizmu jednostkowego życia, na obecnej tu rzekomo (?) bierności i niesprzeciwianiu się złu.

Znakomitym na to przykładem może być tu wspomnienie utarczki, jaką podczas swojego pobytu w Indiach odbył Mircea Eliade (jeden z najbardziej wybitnych religioznawców świata) ze swoim przyjacielem, pochodzącym z Rosji profesorem Bogdanowem, sekretarzem poselstwa francuskiego w Indiach, znawcą języka perskiego. Podczas jednego ze wspólnych spacerów Bogdanow zwierzył się mu, jak bardzo jest nieszczęśliwy mieszkając w Indiach, jakim obrzydzeniem napełnia go hinduizm, jak mocno nienawidzi Hindusów, nazywając ich „barbarzyńskim narodem”.  Kiedy Eliade replikował ze śmiechem, ten wpadł w gniew: „No to panu powiem jakiego rodzaju człowieczeństwa dorobili się ci pańscy Hindusi…” Tu przerwał i dał mu znak, by przyśpieszył kroku. Eliade tak opisuje to, co wydarzyło się później: „Z uśmiechem podążam za nim. Otóż o parę metrów dalej (Bogdanow) dostrzegł argument i i ilustrację dla swej tezy; żebraka leżącego na trotuarze, w pełnym słońcu, jak tylu innych. Jest stary, ma fioletową twarz. Gęsty tłum wokół przepływa koło niego, nikt się nie zatrzymuje. Biedny starzec właściwie umiera; zwymiotował, leży nieruchomo, zażenowani widzimy, jak pod łachmanem okrywającym mu biodra następuje przedśmiertna erekcja. Może już umarł. Bogdanow czyni pośpiesznie znak krzyża; z pogardą patrzy na ludzi, którzy widząc nas w tym miejscu zaczynają się zatrzymywać. Wchodzi do apteki, żeby zadzwonić po karetkę, ale dla starego żebraka jest już za późno. Wtedy woła policjanta i żąda, by zabrano zwłoki. Jest tak wściekły, że plącze mu się język: ‚Mają cywilizację od tysięcy lat, a nie nauczyli się ani odrobiny miłosierdzia… To co robili pięć tysięcy lat temu, robią nadal teraz w 1930 roku; zamiatają tak samo niedbale jak pięć tysięcy lat temu, są tak samo nieludzcy jak pięć tysięcy lat temu…'”
Na co Eliade próbuje mu wyjaśnić, że „w ich oczach jakakolwiek interwencja nie miałaby sensu, gdyż umierający staruszek wyrównywał tylko swoje rachunki z własnym karmanem i nikt do tej czysto osobistej sprawy nie mógł się mieszać”.
 Bogdanow się odcina: „Niech pan posłucha. Jest pan indologiem, więc może pan usprawiedliwiać Indie. Ale ja jestem profesorem perskiego, siedemnaście lat mieszkałem w Persji i dla mnie Indie nie mają nic na swoją obronę!”.

*

Przydrożna toaleta (Shekhawati)

*   *   *
Wrażliwość na nędzę jest czymś bardzo subiektywnym (niestety, zależy nawet od czegoś takiego, jak szerokość i długość geograficzna), ma też różne stopnie nasilenia i idące za tym konsekwencje. Z jednej strony są jednostki, jak np. Matka Teresa, którzy całe swe życie potrafią podporządkować imperatywowi pomocy drugiemu człowiekowi, poświęcić je dla dobra innych; z drugiej – cała reszta ludzi, może nie tyle obojętnych (choć to też), co bezsilnych wobec ogromu potrzeb jakie występują w krajach trzeciego świata. Jałmużna jest tylko gestem, który jedynie tę bezradność podkreśla; kropla uśmierzająca na chwilę nasze sumienie.
Cóż dałby nam lament nad żałosną kondycją setek milionów ludzi? Może tylko poczucie przynależności do cywilizowanego świata, zagłuszenie poczucia winy za nasze dobre samopoczucie wobec nieprzebranego morza cierpienia, które rozlewa się po całej Ziemi?
Bo tym ludziom nie daje nic.
Czy mamy wiec prawo do współczucia, jeśli nic nie zamierzamy zdziałać?

*   *   *
Jak poszczgólne kultury radzą sobie z fizjologią wydalania? W kulturze Zachodu nawet psy i koty uczy się załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych w specjalnych wychodkach. Za sikanie na ulicy rąbie się mandaty, o restrykcjach za oddawanie kału tamże nie wspominając. Zresztą odnosi się to nie tylko do Homo sapiens, ale i do jego podopiecznych czworonogów.
Nazbyt łatwo zaś niektóre indyjskie ulice porównać można do kloacznego rynsztoku. Przechadzający się (stadnie i swobodnie) po tychże ulicach inwentarz – czyli krowy, psy, bawoły, świnie, kozy, jak również małpy, słonie i wielbłądy – robi co chce, kiedy chce i gdzie chce. Podobnie zachowują się ludzie, zwłaszcza mężczyzni oddający mocz pod najbliższym murem. Odnosiłem więc często wrażenie, że ów mur jest dla Hidnusa tym, czym dla psa drzewo.

Czy istnieje coś takiego jak „kultura” wydalania? (Podwórko w Mandawie)

Europa, bawiąca się czasem w perwersje, wymyśliła kiedyś taką oto przewrotność: co by to było, gdyby tak odwrócic pewne kulturowe wzorce i nawyki – np. jedzenie, jako coś wstydliwego, odbywałoby się w kryjówce, zaś wypróżnianie się, jako rzecz jak najbardziej naturalną, załatwiano by publicznie. Cóż… mógłby ktoś rzec – przecież to tylko kwestia konwenansu i umowy.
Jakie było moje zdumienie, kiedy w jednej z wiosek pod Jaipurem dowiedziałem się, że dawny obyczaj nakazywał radżastańskim kobietom spożywanie posiłku w ukryciu. Podobno do dziś spotkać można grupki kobiet jedzące pod rozpostartą nad ich głowami kolorową płachtą.

Wszechobecność ludzko-zwierzęcych fekalii na wielu indyjskich ulicach bywa dla niektórych przybyszów z Zachodu szokiem. Osobiście starałem się na to jakoś uodpornić, z większym lub mniejszym skutkiem, oczywiście. Niejaką pociechą była dla mnie świadomość, że organ węchu jest u nas w ewolucyjnym zaniku, więc liczyłem na pewne zapachowe „otępienie”.
Byłem jednak świadkiem, kiedy pewna higieniczna Europejka krzyknęła na widok oddających mocz Hindusów: „Patrzcie, patrzcie, przodem sikają!”. Na co ktoś (raczej obcesowo) jej odpalił: „A czymże u licha mają sikać!? Tyłem!?”

W drodze do hotelu Ajanta Inn w Forcie Jaisalmer

*   *   *
Jest rzeczą naturalną, że ściek nie może budzić w żadnym normalnym człowieku pozytywnych estetycznie uczuć. Pisząc więc o pewnej atrakcji indyjskiej ulicy (i tego wszystkiego, co się tam „wyprawia”), miałem na myśli cały ten zgiełk oraz solidny kop adrenaliny, którego doświadczamy kiedy się z indyjska ulicą zderzamy.

Nigdy nie zapomnę momentów, kiedy zanurzałem się (byłem wciągany) w ten żywioł po uszy. Tak było na wąskich ulicach Starego Delhi, we wściekle zatłoczonym Jaipurze, w strasznych zaułkach Mathury… Zwłaszcza to ostatnie miasto (miejsce mitycznych narodzin Kriszny), zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, kiedy dość ryzykownie kazałem się ryksiarzowi wieźć nad brzeg Jamuny, do ghaty Vishram, gdzie ponoć przed tysiącami lat kąpał się sam Lord Kriszna.
Jechaliśmy jak szaleni przez nieziemski ciasny labirynt ruder i rynsztoków, który pewnie niewiele się zmienił przez ostatnie tysiąc lat. Sterty butwiejących śmieci, pełne stęchlizny powietrze, walające się odchody, wciskający się wszędzie kurz i pył; tłum przechodniów, zatrzęsienie przeróżnych wehikułów – rowerów, ryksz, motorów, wózków… Wycie klaksonów, gwar sprzedawców, jakieś dziwne warsztaty we wnękach sypiących się ruder, rozłożone na ulicy archaiczne sprzęty, wychudzeni mężczyźni kucający pod liszajowatymi murami… no i wszechobecny zwierzęcy folwark, w którym prym wiodły podobne do szkieletów krowy, tudzież czarne świnie, no i same włochate małpy, też jakby ze zwierzęcego piekła rodem.
I nagle, jak objawienie, wśród tej koszmarnej scenerii… dwie młode roześmiane dziewczyny, ubrane schludnie w biało-niebieskie szkolne fartuszki, idące beztrosko i spokojnie wąską uliczką tego nieziemskiego panopticum.

Nad brzegami Jamuny – miejsce narodzin Kriszny (Mathura)

Po jakimś czasie docieramy wreszcie do ghat, czyli do prowadzących do rzeki schodów. Wymalowane w pstrokate kolory świątynie, bardziej lub mniej fałszywi sadhu (święci mężowie), upstrzeni jakąś czarwono-pomarańczową mazią, skołtunieni… Mały tłumek moczących się w wodzie pielgrzymów; kilka pływających po rzece łodzi… Mimo obecności tego wszystkiego – ogólne wrażenie opuszczenia i pustki, jakiegoś apokaliptycznego bez mała horrendum. Ciemna woda i sine mgły spowijające ruiny starej świątyni; ogromne, rozczapierzone nad rzeką, martwe drzewo, po którego gałęziach biegają upiorne małpy; kał, odchody, odór moczu. Świete krowy grzebiące w kupach śmieci i odpadków, wałęsające się psy…
A jednak, obok tej mieszaniny wstrętu i odrazy, jakaś niewytłumaczalna fascynacja, zawrót głowy, bijące szybciej serce – wrażenie, jakby nagle objawiała się w tym wszystkim cząstka prawdy o naszej egzystencji, jakiś mgliście przeczuwany archetyp, kołaczący się gdzieś w najgłębszych zakamarkach naszej jaźni.

*   *   *

Koczowisko bezdomnych – a w tle: jedna z najbogatszych prywatnych rezydencji świata, Pałac Umaid Bhawan (Jodhpur)

 

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

 

INNE OBLICZE INDII MOŻNA OBEJRZEĆ  TUTAJ . ZAPRASZAM

NA DNIE – nędzni i ludzcy

Bezdomny z Marais (Paryż)

Było coś nierzeczywistego a może i niestosownego w seansie jaki odbył się w siedzibie Towarzystwa Sztuki przy 1112 N. Milwaukee. Oglądać obrazy polskiej mizerii siedząc w głębokim lotniczym fotelu i popijając różowe deserowe wino.
Pijane ludzkie „strzępy” grzebiące w śmietnikach i wegetujące w warszawskich kanałach; wiejskie „niedobitki” PGR-ów odurzające się winem marki Arizona w jakiejś zapadłej mazurskiej dziurze; „zwierzęca” gromadka wiecznie głodnych dzieci wypalających szczurom oczy i obdzierających ze skóry królika…
„Oni”, „Arizona”  i „Trzynastka”, trzy dokumentalne filmy Ewy Borzęckiej, które dorzucają parę kamyczków do ogródka, jaki my – Polacy rozproszeni poza krajem – uprawiamy, układając sobie w wyobraźni mozaikę pt. „A to Polska właśnie”.

NĘDZA MADE IN POLAND

Tułający się po ulicach, dworcach i rynsztokach bezdomni byli (są) jednym z nieodłącznych elementów rzeczywistości III Rzeczypospolitej. Cęsto zadawałem sobie pytanie jak polskie społeczeństwo – nieodrodne ponoć dziecko chrześcijańskiej Europy – daje sobie radę z wciskającym mu się na codzień obrazem ludzkiego poniżenia, mającego swoje źródło w niemałych przecież obszarach polskiego ubóstwa. Odpowiedź jest pewnie taka, jak wszędzie indziej na świecie: w sukurs przychodzi tu znana nam wszystkim obojętność, znieczulenie, przyzwyczejenie. Owszem, większość z nas stać na moment refleksji, chwilowy odruch współczucia, tym bardziej, że pozwala to nam utwierdzić się w przekonaniu o naszym humanitaryzmie i posiadaniu ludzkiego, wrażliwego serca. Tylko nieliczni, właściwie wyjątki, tę empatię zamieniają w czyn; jedynie święci – jak Matka Teresa z Kalkuty – miłosierdzie czynią treścią całego swojego życia (dość by stać się światowym symbolem poświęcenia dla cierpiących).
Profesor Antoni Kępiński, jedna z najwspanialszych postaci polskiej psychiatrii, a zarazem wielki humanista, stwierdził kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. Tę sentencję można rozszerzyć: ową miarą jest również stosunek jaki mamy do ludzi rzuconych na samo dno, sponiewieranych przez życie i los.

Ławkowa drzemka

Zastanówmy się przez chwilę: jaka jest właściwie różnica, jeśli chodzi o dobro bezdomnego, między tymi, którzy ze współczuciem patrzą na niego, uznając go za biedna ludzką istotę i dalej idą swoją drogą, a tymi, co z pogardą i obrzydzeniem rzucą okiem na ten „ludzki śmieć” i … również pójdą dalej swoją drogą?
Trudno jest się jednak pogodzić z faktem, że ten nasz ludzki odruch współczucia nic nie jest wart, jeśli nie pójdzie za nim czyn. Chciałoby się wszak wierzyć, że te odruchy dobroci mogą z człowieka emanować i w pewien sposób oddziaływać na otaczający nasz świat, w jakimś stopniu go zmieniając.
Nie bojąc się patosu mogę stwierdzić, iż szanując i uznając godność ludzką w każdym, nawet najnędzniejszym z żebraków, chronimy tę samą godność w nas samych. Jest to prosta i elementarna prawda, której nie mogli pojąć – lub którą odrzucali – tworzący obozy zagłady faszyści, czy też unicestwiający miliony ludzi komuniści. A przecież czynili to wszystko w imię świetlanej przyszłości Człowieka. Tyle tylko, że oba totalitarne reżimy chciały oddzielić ludzką „miazgę” i „odpady” od tych wybranych: Niemcy mieli na względzie dobro czystego Aryjczyka i ambicje, by stworzyć Nadczłowieka; komuniści zaś – jakieś abstrakcyjne społeczeństwo wypełniające historyczną misję na drodze ludzkości do doskonałego ustroju.

UBÓSTWO – GRZECH, CNOTA, KARA CZY ZBRODNIA?

Zwolnieni z życia?

Trzeźwo rozumując, niekiedy to co nazywamy obojętnością jest chyba niczym innym jak naszym zwykłym psychologicznym mechanizmem obronnym. Życie wymaga od nas siły i optymizmu. Znana jest nam – zwłaszcza w Ameryce – filozofia „pozytywnego myślenia”. A obraz upadłego nędzarza żadną miarą nie może nikogo nastrajać optymistycznie. Jest w zasadzie toksyczny i jak trucizna usuwany jest zwykle z naszej świadomości.
To jedno z naszych usprawiedliwień. Jest jeszcze wiele innych, a wszystkie są czymś w rodzaju anestetyka, środka znieczulającego.
Generalnie rzecz biorąc, odwracamy się od biedoty. W jednej z prezbiteriańskich modlitw można usłyszeć: „Wybacz nam Boże, iż udajemy, że opiekujemy się ubogimi, bowiem nie lubimy biednych ludzi, ani nie chcemy ich w naszych domach”.
Niechęć do biedaków w kulturze Zachodu ma silne korzenie z racji wielkiego wpływu tradycji protestanckiej, w której bieda traktowana była jako grzech. Uznawano ją również za karę boską. Na pewno nie była cnotą, jak np. we franciszkańskim kulcie ubóstwa. Poza tym kapitalistyczne stosunki, pochwała przedsiębiorczości i ekonomicznego sukcesu utrwalały w społeczeństwie pogląd, że każdy jest kowalem swojego losu, a tym samym jest także odpowiedzialny za swoją biedę. Dyktatura optymizmu nie dopuszczała do jakichkolwiek usprawiedliwień dla ubóstwa. Nawet w Biblii możemy znaleźć takie zdanie: „gardzi się mądrością biedaka i nie słyszy się jego słów” , a George Farquhar napisał w początkach XVIII wieku: „Nie ma większego skandalu nad łachamany, ani zbrodni bardziej hańbiącej nad ubóstwo”.

Polskie dzieje stosunku do biednych są inne. Niektórzy pamiętają jeszcze o wielkiej biedzie międzywojnia. We wczesnym PRL-u prywatne bogactwo równe było zdradzie stanu, inicjatywa i zamożność kułaków tępiona, zamiast tego celem stało się „dostatnie życie mas”, co było niczym innym, jak kolejną abstrakcyjną utopią systemu, sprowadzającą się do „sprawiedliwej” dystrybucji biedy. Oczywiście do czasu, kiedy nowa partyjna elita nie zasmakowała w rozkoszach przywilejów, dostatku i bogactwa. A jednak w socjalistycznej Polsce nie spotykało się biedy na taką skalę i o takiej intensywności jak to wystąpiło w dobie tzw. wolnorynkowej transformacji. Argument ten jest wygrywany przez tych, którzy ancien regime wspominają jako „stare dobre czasy”, tęskniąc za tzw. „opiekuńczością” ludowego państwa. Zaryzykuję tu stwierdzeniem, że trudno jest tych ludzi winić. Byli częścią a właściwie narzędziem (bo przecież nie twórcami) systemu, który splajtował. A wraz z nim zbankrutowały całe grupy społeczne.

Wegetacja w rynsztoku (kadr z filmu E. Borzęckiej „Oni”)

Jaki stosunek do najbiedniejszych rodaków mają bogaci Polacy?
Czyż z obojętnością nie konkuruje tu pogarda dla „przegranych”, podszyta być może strachem i obawą o nietrwałość własnej pozycji? Niedostatek  innych odbierany jest jako zagrożenie własnego bezpieczeństwa. Nic w tym dziwnego: już sam Arystoteles zwracał uwagę, że bieda jest matką rewolucji. Z drugiej strony, zamożni Polacy swój status podkreślają często typowo nuworyszowską przesadą w eksponowaniu własnego bogactwa. W tym kontekście, mowa o empatii, wyższych odruchach czy też subtelne dywagacje na temat „doli człowieczej” zabrzmiałaby, być może, jak niewczesny żart lub naiwność oderwanego od realiów pięknoducha. Przypomina się tu opinia Victora Hugo, który w swoich „Nędznikach” uznał, że zawsze jest więcej biedy w niższych warstwach, niż humanizmu w wyższych.

CIEPŁO I GROZA

Film Ewy Borzęckiej „Oni” – jeden  z trzech, jakie można było obejrzeć w Towarzystwie Sztuki  –  nie traktował o biedzie w wymiarze społecznym (bardziej już tak jest w przypadku „Arizony” ) a raczej jednostkowym. Zajmuje się on grupą warszawskich żebraków i bezdomnych, ukazując obraz skrajnych przejawów biedy spotykanej na obrzeżach społeczeństwa: nędzy śmietniskowej i rynsztokowej. Dlatego też wymowa tego filmu bardziej jest uniwersalna niż stricte socjologiczna. Nie znajdziemyw nim bowiem zbyt wielu społecznych kontekstów.
Nie wiem jakim cudem udało się to młodej reżyserce uzyskać, ale z filmu tego emanuje jednocześnie… ciepło i groza. Jest to zestawienie nisamowite, którego żadna trzeźwa dusza nie może w zasadzie strawić. Wyczuwamy więc jakiś fałsz: albo ciepło jest sztuczne, albo groza doklejona. Jednak „fałsz” to chyba niesprawiedliwe, obrażające autorkę słowo. Zawiniło tu chyba bardziej przesunięcie akcentów – z intencją ukazania bohaterów w budzącycm sympatię świetle. Sama Ewa Borzęcka na spotkaniu z publicznością powiedziała, że ceni (i szanuje) tych ludzi za to, że w tak „nieludzkich” warunkach potrafili zachować jakże ludzkie cechy… Cechy, jak dodała, które zatracili ludzie żyjący w dostatku czy bogactwie.
Brzmi to pięknie i rzeczywiście w filmie „Oni” jest widoczne. A jednak rodzi się podejrzenie, czy aby nie jest to nasz kolejny środek znieczulający.
Powiedzmy sobie wprost (i szczerze): nieszczęście tych ludzi jest przejmujące, warunki w jakich żyją – szokujące. Wydaje się, że w ludzkiej mizerii nie można już upaść niżej. Dorabianie podobnym stanom jakichkolwiek pozytywnych wartości, to nic innego jak manipulacja, a co najmniej wyrażanie pobożnych życzeń.

Francuski kloszard pod drzwiami katedry Notre Dame

W KRZYWYM ZWIERCIADLE

Czym różnią się od siebie bezdomni poszczególnych krajów?
Napisać, że każdy kraj ma takich bezdomnych na jakich zasługuje, to sklecanie efekciarskiego sofizmatu. A jednak można wskazać na pewne cechy narodowe, które odbijają się w bezdomnych danego kraju jak w krzywym zwierciadle. Społeczność kloszardów jest w pewnym sensie karykaturą „normalnego” społeczeństwa. Niektóre jego wady i zalety są przejaskrawione, podniesione do kwadratu. W filmie „Oni” wyczytać można np. solidarność, uczuciowość, sentymentalizm, romantyzm, a nawet… szarmanckość!. Wprawdzie wszystko to jest groteskowe, ale jednak dość wyraziste i oczywiste.
Amerykańskich „homelesów” przedstawił kiedyś w swojej sztuce „Antygona w Nowym Jorku” Janusz Głowacki. Jej inscenizację można było zobaczyć w wielu teatrach zarówno polskich, jak i amerykańskich.
Podobnie jak inni bohaterowie współczesnej dramaturgii, również postaci z tamtej sztuki czekały na swego „Godota”. Duch Becketta i Ionesco kołacze się bowiem do dziś w każdym niemal teatrze. Pomysłowość Głowackiego polegała na tym, że bohaterami uczynił on właśnie bezdomnych, dla których „czekanie na Godota” staje się czynnością, (czy też właściwością) – jak by to rzec – organiczną. Wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, różnią się od niego tym, że w owym „czekaniu” są już zatopieni „tu i teraz” – wolni od zwykłej ludzkiej krzątaniny i zapobiegliwości powszedniej, pozbawieni społecznych więzów i balastu. Ich życie zostało zredukowane do nagiej (choć łachmaniarskiej) egzystencji. Wybieg autora polega na tym, że u niego ta ławkowa wegetacja pulsuje życiem wprost szalonym – ma w sobie dynamikę ataku epilepsji. A przecież wiemy, że większość bezdomnych podobnych jest do snującego się cienia, nieruchomego łacha rzuconego na bruk, do zaklętego w stuporze i katatonii posągu, który kiedyś był człowiekiem. Tacy „byli-ludzie” wystawieni przez los do wiatru; „muzułmanie” współczesnej urbanistycznej cywilizacji – niemyte wyrzuty społecznego sumienia.
Bohaterów Głowackiego trudno jest wszak uznać za typowych reprezentantów amerykańskich „homeless”. Są to bowiem imigranci z Porto Rico, Rosji i Polski. Również fikcyjna parabola sztuki (będącej nota bene tragikomedią) z założenia rezygnuje z realizmu, nie przejawiając żadnych pretensji do bycia dokumentem.

Amerykańscy bezdomni – jak przystało na… wprawdzie marnotrawnych ale przecież nieodrodnych synów amerykańskiego społeczeństwa – są bardziej zorganizowani, praktyczni, interesowni. W Chicago często ma się sposobność zetknięcia z energicznym „homelesem”, który wciska nam wydawaną tu przez bezdomnych gazetę „Street Wise” (czyli „Mądrość Ulicy”). Nie wiem, czy bezdomni redaktorzy znają powiedzenie Brechta, który w „Operze za trzy grosze” napisał, że bieda czyni czowieka smutnym, ale też i mądrym. Słowa te mogłyby być dla nich niezłym mottem. Inna sprawa, że nieprawdziwym.
Zazwyczaj kolportujący ową gazetę jest człowiekiem nieźle odzianym, potwierdzając niejako opinię, że Ameryka posiada najlepiej ubraną biedotę, jaką kiedykolwiek znał świat.

 
SIOSTRĄ BIEDY JEST CIERPIENIE

Można się spotkać z opinią, że poziom szczęścia (lub cierpienia) w życiu rozkłada się u większości ludzi podobnie, bez względu na ich położenie, status, majątek, rozumność, urodę… etc. Do pewnego stopnia tak właśnie jest, jednakże traktowanie tego zbyt aksjomatycznie, może być mylące.
Wydaje się jednak, że poczucie szczęścia jest bardziej sprawą charakteru człowieka, niż kolei jego losu. Są ludzie, którzy niemal w każdych warunkach będą szczęśliwi; są też tacy, którzy zawsze czuć się będą nieszczęśliwi.
Choć istnieje też pewna równomierność. George Orwell pisał: „Większości ludziom dana jest spora doza radości w ich życiu. Lecz tak naprawdę życie w stanie równowagi jest cierpieniem i tylko bardzo młodzi lub głupcy wyobrażają sobie, że jest inaczej”.
Cierpienie ma nawet swoich adwokatów. Obiegowe opinie głoszą, że uszlachetnia ono człowieka. Oscar Wilde oświadczył np. że serce żyje tym bardziej, im mocniej jest ranione, a z kolei Dostojewski uznał, że to właśnie cierpienie jest głównym źródłem naszej świadomości. W chrześcijaństwie cierpienie wyniesione zostało do rangi siły zbawiającej i odkupiającej.
Bez wątpienia jednak, nadmiar cierpienia pustoszy wnętrze człowieka, może go nawet zabić. Już Sofokles ogłosił przed tysiącami lat w swej „Antygonie” : „Kiedy ktoś utracił całe swoje szczęście, nie jest już żywym człowiekiem a można go nazwać oddychającym trupem”.

Na bruku

 

FOTOGRAFOWANIE BEZDOMNYCH

Tekst ilustrują zdjęcia bezdomnych, które zrobiłem w różnych rejonach świata, lecz najwięcej – i tu sam jestem tym zaskoczony – pochodzi z mojej wizyty w Paryżu.
Czy stało się tak dlatego, iż spotkałem tam największą ilość bezdomnych? A może dlatego, że właśnie tam rzucają się oni najbardziej w oczy?
Przyznam, iż wahałem się, czy umieścić tutaj ich zdjęcia. Zastanawiłem się, czy aby oni by sobie tego życzyli? W końcu jednak pomyślałem: skoro np. ten człowiek z niebieskim śpiworem robi sobie koczowisko pod drzwiami katedry Notre Dame (bo ta fotografia pochodzi właśnie stamtąd), gdzie w każdej godzinie on sam wystawia się  na widok (dosłownie) tysięcy par oczu, to znaczy, że nie zależy mu na prywatności, nie ma poczucia wstydu czy zażenowania z tego powodu, więc robi z siebie osobę w pewnym sensie publiczną.
Lecz ma to swoje granice.
Kiedy w dzielnicy Marais, przed kościołem Św. Pawła, pokazano mi trzech śpiących (leżących) na bruku, brudnych, obszarpanych (najwidocznie pijanych) mężczyzn, coś się we mnie zbuntowało i nie zrobiłem im żadnego zdjęcia, choć pewnie pod względem fotograficznym byłyby one całkiem niezłe, a jeśli chodzi o wymowę – może nawet szokujące. Poczułem dojmujący smutek i współczucie, które nie pozwoliło mi zachować się jak rasowy fotograf (choć, jeśli ktoś by im robił zdjęcie, to nie uważałbym tego za coś złego).

Menele o gołębim sercu (krakowskie Planty)

Zastanowiło mnie również to, że w moich fotograficznych zbiorach nie mam wogóle zdjęć bezdomnych chicagowskich, ani polskich (wyjątkiem jest raczej sympatyczna para meneli, sfotografowana przeze mnie na krakowskich Plantach).

Dlaczego?

Może dlatego, że podświadomie uznaję ich za moich… sąsiadów, którym należy się pewna dyskrecja? Może ci bezdomni są właśnie czymś bardziej „moim”? Kimś, kogo nie chciałbym przed nikim obcym demaskować, zdradzać – wystawiać na widok publiczny?

No tak, ale co wtedy z bezdomnymi z innych krajów? Czy oni już na takie specjalne traktowanie nie zasługują – tylko dlatego, że są „obcy”?
Nie wiem. Wiem tylko to, że mój stosunek do bezdomnych jest do pewnego stopnia ambiwalentny. Wiem, że w gruncie rzeczy – w głębi swojego człowieczeństwa – są to tacy sami ludzie, jak my wszyscy, a mimo to jednak… inni.

Wiem – nie wiem. A może się po prostu mylę?

*  *  *

Zaczytany bezdomny (na jednej z ulic Barcelony)

 

( © ZDJĘCIA WŁASNE

*