BOMBY, WIATRAKI I KONTRABAS, czyli o samotności farsowo i tragicznie

*

Niestety, temat znów stał się aktualny (prawdę mówiąc to aktualny on jest zawsze). Chodzi o terroryzm. Ostatni zamach bombowy w Bostonie i dyskusja, jaka wywiązała się pod moim wpisem o dramatycznych wydarzeniach, jakie on za sobą pociągnął, przypomniała mi casus Teda Kaczynsky’ego (słynnego Unabombera) i artykuł, jaki swego czasu poświęciłem tej postaci. Jest to rodzaj studium charakterologicznego terrorysty, który dodatkowo rzuca światło na inne aspekty naszej współczesności, a przy okazji: także na taki fenomen ludzkiej kondycji, jakim jest samotność. (Tekst został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim”, 10 stycznia 1997 roku.)

*

solitude samotność

*

I. WIATRAKI UNABOMBERA*

W czasie największej wrzawy wywołanej aresztowaniem Unabombera, wśród tych wszystkich dyskusji radiowych, telewizyjnych… sążnistych artykułów i cover stories, podobizn zarośniętego i skutego kajdankami Kaczynsky’ego na okładkach największych amerykańskich magazynów, odbyła się również rozmowa w naszej redakcji „Dziennika Chicagowskiego”, w której każdy wygłosił swoje zdanie, a kiedy przyszła kolej na mnie, to wspomniałem coś o „walce w wiatrakami”.
Jednak chwilę później uświadomiłem sobie, że mimo wspólnego mianownika jakim tu jest obłąkanie, przywołanie analogii z donkiszoterią niezbyt dobrze przystaje do przypadku Teda Kaczynsky’ego – do jego postawy – do społecznego i symbolicznego wymiaru całej tej szaleńczej, ślepo-zaułkowej rejterady zbłąkanego geniusza z Chicago.
Don Kichot walczył z wiatrakami, które istniały tylko w jego wyobraźni, chciał kruszyć swą kopię ze zwidą, mierząc nią w chimerę, na co świat zareagował pobłażaniem dla dziwactwa, nie pozbawionym nawet pewnej przychylności i sympatii dla błędnego rycerza.
Ted Kaczynsky zaś obrał sobie za obiekt ataku technologię i postęp cywilizacyjny jako zagrożenia, (które niewątpliwie są faktami i zjawiskami realnymi), jednak swoje bomby podsyłał rzeczywistym ludziom, na co świat zareagował strachem, jak również potępieniem i nienawiścią do zabójcy.
Na tym jednak różnice się nie wyczerpują.
Don Kichot był marzycielem, romantycznym poczciwcem chociaż mitomanem; stawał po stronie honoru, ideału i sprawiedliwości, chciał bronić pokrzywdzonych, no i kochał wzniośle i wiernie Panią swego serca, Dulcyneę z Toboso, a była to miłość wielka i prawdziwa, choć kochanka raczej wyimaginowana.
Ted Kaczynsky zbuntował się przeciwko cywilizacji – trudno jednak dostrzec w nim jakiś utopijny acz szlachetny w intencjach idealizm; nienawidził ludzi, wliczając w to własną rodzinę, a co gorsza… wszystkie kobiety.
Choroba Don Kichota, za pośrednictwem geniuszu Cervantesa, dostarczyła światu jedno z najwspanialszych arcydzieł literatury, uniwersalną parabolę pewnego aspektu człowieczej (nie)doli; romantycznego eskapizmu i owładniającej potęgi ludzkiej wyobraźni.
Choroba Kaczynsky’ego stała się udręką dla jego najbliższych, również dla niego samego, uniemożliwiając mu twórcze wykorzystanie swego niepośledniego intelektu (nota bene o ilorazie inteligencji 170) i wreszcie – co najbardziej wymierne a jednocześnie tragiczne – spowodowała śmierć 3 osób, a zranienie 23.
Wypada tu zaznaczyć, zważywszy choćby na Don Kichota, że „chorobliwość” umysłu niekoniecznie dyskwalifikuje wszystkie jego intencje, skutki i znaczenie – ważność dla społeczeństwa. Zważmy, że niemal wszystkich twórców największych religii świata, współczesna medycyna najprawdopodobniej zakwalifikowałaby do przypadków psychiatrycznych. Nie w tym jednak rzecz. Istotna w społecznej (kulturowej) akceptacji jest pozytywna siła oddziaływania tego, co z pozoru – przynajmniej w oczach tzw. „trzeźwych” realistów – wygląda na obłęd. To prawda, że najczęściej ów stan umysłu jest destruktywny, ale bywa też i konstruktywny, kreując nowe, pozytywne wartości.

Może ktoś mi zarzucić, że zbyt daleko zapędziłem się w swoich konkluzjach, zestawiając casus Kaczynsky’ego z protoplastami różnych religii, jednak wato pamiętać, że nieraz kult rozpoczynał się całkiem skromnie i niewinnie, a to, co przez postronnych świadków odbierane było jako dziwactwo wręcz i fanaberię, stawało się zalążkiem pokaźnego kulty czy seksty, wpływało w końcu istotnie na społeczne, czy choćby tylko partyjne ideologie, zmieniając przy tym historię. Sam zetknąłem się ze sugestiami, że być może kiedyś w przyszłości, Kaczynsky stanie się postacią kultową, kimś w rodzaju świętego jakiegoś ruchu ekologicznego, sprzeciwiającego się technologicznej dehumanizacji naszej cywilizacji. (Doszły mnie nawet słuchy, że wśród młodej polskiej prawicy – a może lewicy? – niektórzy uparli się z Unabombera zrobić bohatera. Znam lepsze wzory.)

greydot

Bez wątpienia Theodor Kaczynsky był socjopatą. Czy jednak wszystkie przypadki tzw. socjopatii uznać należy za psychologiczne czy socjologiczne „przestępstwo”? Przecież pewna doza wyobcowania (poszukiwanie „świętego” spokoju, wolterowskie „uprawianie swojego ogródka”, tudzież pragnienie autonomii, niezależności, skupienia…) może być zrozumiała, a nawet pożądana nie tylko dla tego kto się odsuwa, ale i dla tych, od których ktoś się odsuwa. Pewne wartości, z których korzysta cała społeczność – naród, czy nawet cała ludzkość – mogły powstać tylko w samotności twórcy. Lecz w tym (kreatywnym) odsunięciu się ważne jest mimo wszystko poczucie solidarności z ludźmi – być może nawet gdzieś tam ponad murem, czy warstwą izolacji, która często jest niczym innym, jak rodzajem ochrony przed zranieniem. Solidarności wspólnego losu, doli, fatalizmu, zagrożeń, lęków, cierpienia, radości, nadziei… Wtedy te bariery są jakby pozorne, a współodczuwanie prawdziwe – paradoksalnie, mimo fizycznego dystansu – poczucie więzi staje się mocniejsze.
Niestety, z Unabomberem sprawy miały się inaczej. I doprawdy nie wiem, czemu tę klęskę umysłu i duszy Kaczynsky’ego przypisać: wychowaniu, genom, środowisku… jego własnym wyborom czy też czynnikom endogennym? Dysponuję zbyt małą ilością danych, bo o tym przesądzić. Ewidentne objawy dają nam obraz człowieka dość złożony.
To, że Kaczynsky zamieszkał w chatce na odludziu Montany, samo w sobie nie jest przecież czymś złym i niezrozumiałym. Kto z nas nie odczuwa – przynajmniej od czasu do czasu – podobnej tęsknoty, by „wsiąść do pociągu byle jakiego”, rzucić to wszystko w czorty i zaszyć się gdzieś z psem, kobietą, wędką i książkami (kolejność przypadkowa) w jakiejś leśno-górskiej głuszy? Tym, co trudno zaakceptować, a co świadczyło o poważnych perturbacjach psychicznych Kaczynsky’ego, były pewne epizody z jego życia, których nie sposób tu zignorować. Nie zauważano raczej u Teda zainteresowanie płcią odmienną. Kiedy pewnego razu chciał się do kobiety zbliżyć, ta dała mu kosza a on z wściekłości zaczął w miejscach publicznych naklejać napastliwe i złośliwe limeryki na jej temat. W końcu nie tylko zerwał stosunki ze swoją najbliższą rodziną, ale i skierował na nią swą nienawiść. Kiedy po raz pierwszy matka i brat odwiedzili go w swojej chatce, nie odezwał się do nich ani słowem, siedząc przez pół dnia nieruchomo na kanapie. Później słał im coraz bardziej przykre listy obwieszczając, że nie życzy sobie z nimi żadnego kontaktu. Oto fragmenty: „Uważacie, że możecie mnie traktować jak zwykłego dupka, na którym można się wyżyć i rozładować frustrację. Zawsze chcieliście, abym był waszym grzecznym geniuszkiem.”

Robił wyrzuty rodzicom, że źle go traktowali w dzieciństwie, że używali wobec niego obraźliwych i napastliwych słów. Jednak najbardziej cierpiał wskutek poczucia, iż został przez nich odtrącony, gdy urodził się jego brat, David. Najdziwniejsza wszak była jego późniejsza reakcja na małżeństwo brata. Poczuł się zdradzony (!), uważał, że brat „opuścił” go dla kobiety (!!) i podobno wpadł nawet w rozpacz na wieść, że David czuje się w swoim związku szczęśliwy. Obraża się więc gwałtownie na niego, zawiadamiając o zerwaniu wszelkich kontaktów. Kiedy David chce go odwiedzić w Montanie, pisze pełen złości list: „Tak mnie dusi poczucie bezsilności i frustracji, że nie jestem w stanie zrzucić całej tej śmierdzącej rodziny z moich pleców, a zwłaszcza takiej osoby, jak ty! Nigdy, nigdy nie chcę widzieć ani ciebie, ani kogokolwiek z naszej rodziny.”
Nie wiem, zapewne zbyt mało wiemy o rzeczywistych stosunkach Teda z rodziną, nie znamy całej prawdy i domowych przejść, jednak sporo wskazuje na to, że problem był w Tedzie, a nie w jego rodzinie. Jeśli więc nie było konkretnych, wytłumaczalnych powodów do tak gwałtownej niechęci do krewnych, te słowa Kaczynsky’ego świadczą o jego poważnym emocjonalnym problemie, może nawet o mentalnym krachu.

greydot

Mimo tych dewiacyjnych zachowań Unabombera, spróbujmy podejść poważnie do jego postulatów dotyczących zagrożenia cywilizacyjnego, jakie niesie ze sobą postęp technologiczny. Kaczynsky w swoich manifestach opublikowanych na łamach „Washington Post” i „New York Timesa”, zwracał szczególną uwagę na niebezpieczeństwo związane z eksperymentami inżynierii genetycznej, które mogą prowadzić do „kontroli umysłu i świadomości człowieka, poprzez implanty elektrod w mózgu czy elektroniczne systemy zagrażających prywatności ludzi.”
Trzeba przyznać, że brzmi to nieco paranoidalnie, niemniej jednak musimy się zgodzić z tym, że manipulacja genami przypomina igranie z ogniem i może mieć katastrofalne skutki dla życia na naszej planecie. W każdej chwili może się bowiem zdarzyć, że jakaś mutacja genowa wymknie się spod kontroli i – np. w formie wirusa – zagrozi życiu biologicznemu za Ziemi. Podobnie jest z zagrożeniami ekologicznymi związanymi z rozwojem przemysłu, z urbanizacją, ekspansją infrastruktury, eksploatacją zasobów naturalnych, wymieraniem wielu gatunków roślin i zwierząt. Można to postrzegać jako stopniowe niszczenie środowiska naturalnego, świata fauny i flory – jako zawężanie się wokół ludzi tej sfery życiowej, której nie dotknęła jeszcze ingerencja i piętno ich rozpanoszonej cywilizacji. Nie można zaprzeczyć, że są to zagrożenia całkiem realne – niebezpieczeństwo jest rzeczywiste, co uświadamiają nam nie tylko umysły wzburzone, jacyś nawiedzeni „zieloni”, ale i poważne autorytety naukowe, racjonalni badacze świadomi ewolucji i zmian cywilizacyjnych mających decydujący wpływ na środowisko naturalne człowieka.
Jednakże, nawet w tym kontekście, postawa Kaczynky’ego była nie do przyjęcia. Nie tylko zresztą ze względu na jego akty terrorystyczne, pociągające za sobą niszczenie zdrowia i życia Bogu ducha winnych ludzi. Była nie do przyjęcia (abstrahując od sprawy kryminalnej) ze względu na swoją jałowość. Jeżeli bowiem Kaczynsky był tak przejęty losem ekologicznym świata, to czy nie powinien swoje dążenia zracjonalizować, nadać im społecznie akceptowalnego, cywilizowanego,  po prostu ludzkiego biegu? Istnieją przecież takie formy działalności, które – przy jego potencjale intelektualnym i stopniu zaangażowania – mogły przynieść wymierny i rzeczywisty skutek. Stało się inaczej: Ted dokonał innych wyborów (albo też był zdeterminowany czymś, na co nie miał wpływu), kompromitując w jakimś sensie szlachetność wspomnianych idei i wkraczając ponadto na teren zbrodni.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że musimy mieć świadomość konieczności poszanowania otaczającej nas natury, której przecież sami jesteśmy cząstką. Nie wszystkie „zielone” działania i manifestacje należy odbierać jak dziwactwo i kwitować wzruszeniem ramion. Mnie samego zbyt mocno uderzyło pięknych kanionów Utah, majestat polodowcowych dolin Sierra Nevada, niesamowity pejzaż Doliny Śmierci, pełne bizonów pastwiska Yellowstone, dzikie ostępy Wyoming czy też spieczone słońcem pustynie Arizony, by twierdzić, że od tego wszystkiego ważniejsza jest fabryka, kopalnia, cementownia, elektrownia czy tartak. Nie można tego, co kształtowało się przez miliony lat – a co stało się cudem przyrody – niszczyć w ciągu paru dekad ciasnym i krótkowzrocznym pragmatyzmem – jakąś doraźną użytecznością i potrzebą, którą jednak dałoby zaspokoić się w inny sposób.
Z drugiej jednak strony trudno zaprzeczyć, że utopią są wszelkie dążenia anty-postępowe. Naukowego i technicznego rozwoju nie można powstrzymać, tak jak nie da się zastopować ewolucji, przeciwstawiając się jej prawom. Należy jednak zachować nad tym wszystkim jakąś rozsądną kontrolę. A postęp cywilizacyjny nie tylko jest nieunikniony, ale i niezbędny.
W niedawnym orędziu noworocznym na XXX Światowy Dzień Pokoju, Jan Paweł II mówił: „Postęp w dziedzinie przemysłu i rolnictwa zapewnił wyższy poziom życia milionom ludzi i pozwala spodziewać się pomyślnej przyszłości dla wielu innych; dzięki technice możliwe jest dziś pokonywanie wielkich odległości; informacja stała się bezpośrednio dostępna, co poszerzyło możliwości ludzkiego poznania.”

greydot

Napisałem, że świat na bombowe wyczyny Unabombera zareagował strachem i nienawiścią. A czy można było inaczej? Jednakże, ponoć w czasie aresztowania zarośniętego pustelnika z Montany, nawet agenci FBI wykazywali wobec niego pewną przychylność. Podobnie: prasa i media amerykańskie w zasadzie nie były skłonne do grzmiących potępień. Również w naszym polonijnym środowisku dały się odczuć odruchy – jeśli nie sympatii, to pewnej wyrozumiałości wobec Kaczynsky’ego. (Można się było przy okazji zastanowić: jaką rolę w tej nieagresji miało jego polskie pochodzenie ?)  Niektórzy brali jego stronę, podkreślając np. fakt „zdrady”, czyli wydania go policji przez rodzinę. Sugerowano nawet jakieś korzyści materialne, zbicie forsy na wspomnieniach, wywiadach… Tymczasem nie ma, jak do tej pory, żadnych podstaw, by twierdzić, że to spodziewana korzyść finansowa była motywacją w złożeniu donosu przez brata Davida. Rodzina Kaczynsky’ch do dzisiaj nie chce słyszeć o milionie dolarów jaki przeznaczyła agencja federalna na nagrodę dla tego, kto wskaże ślad prowadzący do schwytania Unabombera.

greydot

Tym, co najbardziej obciąża Unabombera, jest terroryzm. Można mu ewentualnie współczuć jako człowiekowi choremu, można starać się zracjonalizować jego ostrzeżenia, upoważnić pewne elementy jego ekologicznej ideologii, jednak z całą pewnością trzeba się sprzeciwić metodom, jakie zastosował on do manifestacji swego buntu.
Jeśli nawet zgodzimy się, że stosowanie drastycznych metod walki jest w realiach dzisiejszego świata czymś nie do uniknięcia (jak można było inaczej wygrać wojnę z faszyzmem?), to terroryzm nigdy nie może zdobyć naszej akceptacji. To prawda, że jego źródło często leży w desperacji, ale tym źródłem bywa też niekiedy szaleństwo, jakaś fundamentalna niezgoda na świat, pewnego rodzaju anarchizm… Często wyrasta on z jakiegoś jądra ciemności ukrytego we wnętrzu człowieka, jest bardziej problemem osobistym, niż ogólnym – jeszcze jedną formą samobójstwa. Bywa też fanatyzmem przebranym w martyrologiczne szatki krzewienia jakiejś ideologii; wreszcie pretekstem do destrukcji dle zdolnych do wszystkiego straceńców. Terroryzm jako szaleńczy spazm w uciecze człowieka przed samotnością.

greydot

II.  SAMOTNOŚĆ Z KONTRABASEM

Samotność z kontrabasem

Zmieńmy jednak wymiar i tonację.
Wziąłem niedawno do ręki sztukę Patricka Suskinda „Kontrabasita” (nawiasem mówiąc przetłumaczoną przez moją redakcyjną koleżankę Basię Woźniak), przypominając sobie przy tym kreację Jerzego Stuhra, który przedstawił nam ją niedawno w Wietrznym Mieście w swojej świetnej interpretacji. Monodram wciąga, ponownie przywodząc pewne skojarzenia z Don Kichotem, tyle że miejsce kopii zajmuje pękaty kontrabas.
O czym myślimy czytając Suskinda?
Kiedy tragedia staje się nie do zniesienia, należy ją zamienić w komedię. Tak, jak samotność Kontrabasisty: w małym pokoju, sam na sam ze swoim instrumentem, (którego bardziej jednak nienawidzi, niż kocha) człowiek przegrany odmawia uznania swego niespełnienia i izolacji za dramat. Ma na to niezawodny sposób: żart, kpinę, ironię, szyderstwo, bagatelę oraz… miłość do pięknej sopranistki Sary. Dodajmy, że jest to miłość platoniczna, jako że Sara nie jest nawet świadoma istnienia swojego adoratora.
Kontrabasista dobrze zna swoje ograniczenia. Wali dramatycznie pięścią we własną pierś i krzyczy: „O, tu – jest pusto!” Nie dane jest mu zostać wielkim artystą, ani nawet dobrym instrumentalistą. Lecz te chwile nie trwają długo. Już w następnej minucie uważa siebie i swój instrument za pępek… nie tylko filharmonii, ale i świata. Kompleks niższości jakże łatwo zamienia się w manię wielkości.
No ale co z tą miłością? Może właśnie to uczucie ratuje Kontrabasistę przed ostateczną katastrofą? To nic, że nieosiągalność kobiety pożądanej przepełnia go goryczą i zmusza do tego, by zastąpić jej ciało kontrabasem. Dobra i taka namiastka, niż żadna. Tak, jak pisał w swoich „Esejach” Franciszek Bacon: „Jakże mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, czym może być samotność. Gdyż tłum nie jest towarzystwem, twarze są niczym innym, jak galerią obrazów, a rozmowa zaledwie cymbałem brzmiącym – jeśli nie ma w tym wszystkim miłości.” Bacon nawiązywał zapewne do „Hymnu o miłości” Św. Pawła, a wyszło tak, jakby znał przypadek naszego samotnego Kontrabasisty, koncertującego przed tłumnym audytorium i wzdychającym do sopranistki.

greydot

Samotność.
W społeczeństwie zawsze jest to rzecz podejrzana. Choć zdania na jej temat są podzielone. Z jednej strony mówi się tak, jak Pearl Buck: „Człowiek, który próbuje żyć samotnie, nigdy nie odniesie sukcesu jako ludzka istota – jego serce stanie się oschłe, jeśli nie znajdzie drugiego serca, jego umysł skurczy się, jeśli będzie słyszał tylko echo swoich własnych myśli nie znajdując innej inspiracji”.
Z drugiej strony uważa się, że tylko w samotności może się spełnić ludzka indywidualność i „pełnią rozkwitnąć dusza”.
Podsumował wszystkich Tomasz Mann pisząc w „Śmierci w Wenecji”: „Samotność jet matką tego, co w nas jest oryginalne, matką piękna niespotykanego i zadziwiającego – czyli poezji. Ale bywa też tak, że rodzi przeciwieństwa: perwersję, absurd – to, co zakazane”.

greydot

Naszego samotnego Kontrabasistę można umieścić w samym banalnym środku między tymi skrajnościami: oryginalności to on zbytniej z siebie nie krzesa (choć czuje czasem w swej tęsknicy dotknięcie poezji), również perwersją zbytnią nie grzeszy, okazując się tylko niegroźnym dziwakiem.
Istotne jest to, że swoje osamotnione życie woli Kontrabasista widzieć bardziej jak komedię, niż tragedię. Tym lepiej nie tylko dla niego, ale i dla nas – świadków jego pustelniczej doli. Bowiem wolimy śmiać się z człowiekiem, niźli razem z nim płakać. A sam Kontrabasista ma doskonały i genialny w swej prostocie sposób na radzenie sobie z problemami, które go przerastają. Zanim coś go zaboli, obwieszcza sobie i światu: „Olewam to!”
Kontrabasista przymierza się jednak do aktu desperacji i heroizmu. Chce podczas solennej premiery opery, w której Sara śpiewa główną partię, wstać w ciszy i wykrzyczeć na cały głos imię swojej ukochanej. Wyobraża sobie, że tylko w ten sposób może zwrócić na siebie jej uwagę. Zniszczyłby pewnie tym swoją „małą stabilizację”, ale za to zyskał rys pasji i bohaterstwa. (To nic, że tylko w swoim własnym mniemaniu.)
Właśnie pakuje swój instrument do futerału, przywdziewa frak i wychodzi do filharmonii. Czy jednak wystarczy mu odwagi, by krzykiem zagłuszyć swoją samotność

greydot

Reklamy

ŹRÓDŁO (rzecz o twórczej udręce)

*

Jestem więc cierpię. Cierpię więc tworzę. Czyli cierpienie jako źródło wszelkiej twórczości? Czy jednak do takiego stwierdzenia można by się posunąć, jakkolwiek brzmiałoby ono zgrabnie i kusząco? Pamiętam, że pewien sprzeciw wywołały kiedyś we mnie słowa Jana Pawła II, który stwierdził, że “człowiek narodził się po to, by cierpieć”. Jakiż to Bóg Ojciec – Stwórca byłby tak złośliwy i okrutny, by powoływać do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały?
A wołanie to dobiega czasami z dna naszej Hiobowej nędzy, żalu i rozpaczy. Cóż, taka jest niekiedy ludzka perspektywa – bo jednak cierpienie jest nierozłącznie wpisane w naszą ludzką egzystencję. Cierpienie towarzyszy również prawie wszystkim artystom – jest na porządku dziennym w życiu wielu twórców.

*

Stanisław Wyspiański, „Tetyda i Achilles”

WYJŚĆ POZA CIERPIENIE (Stanisław Wyspiański)

Kiedy Stasiu miał 7 lat umarła mu matka. Później piętnem na jego psychice odcisnęła się nieuleczalna choroba. I właśnie w ciągu tych kilku lat po tym, jak Wyspiański uświadomił sobie, że jest śmiertelnie chory, nastąpiła eksplozja jego twórczości. To dlatego wiele z jej motywów uwikłanych jest w śmierć, która dla Wyspiańskiego była swoistą inicjacją w kulturę, mitologię, egzystencję, w siebie samego wreszcie… Tej inicjacji nieodłącznie towarzyszyło cierpienie, które zdominowało Wyspiańskiego na tyle, że ośmielił się on w jednym ze swoich listów napisać coś zaiste szokującego:
„… tylko człowiek cierpiący zdolny jest do tworzenia czegoś. Jest to myśl moja, aby ludzi z talentem właśnie w ten sposób przymuszać do jakiś cierpień. Ja bym im zabił i wytruł całą rodzinę, aby się w nich zbudził duch twórczości, ja bym ich umieścił na odludnej skale, aby tam męki przechodzili, bo wtedy zacząłby żyć ich ogień i płomień święty, ocknęłaby się poezja i melodia rozpierała im piersi – poczęliby tworzyć poemata i dramat.”

Oczywiście stwierdzeń takich nie należy brać dosłownie. One służą jedynie emfazie, z jaką chce nam ktoś przekazać swoje przeświadczenie o twórczej sile, jaką dla człowieka może mieć cierpienie, również to wynikające ze świadomości przemijania i śmierci. Człowiek twórczy jest tu w tej lepszej sytuacji, że może te swoje traumy przetransponować w coś, co jest cenne dla innych ludzi, dla kultury. W tym sensie cierpienie jest czymś pozytywnym. Są jednak sytuacje, kiedy cierpienie człowieka przytłacza, dławi i niszczy. Wtedy jest bezsensem, tragedią i wydaje się absurdalne.
Wyspiański zdołał „przepisać” siebie poza śmierć i cierpienie – dokonać swoistej transgresji – dzięki temu możemy się przyjrzeć bliżej temu, co nam zostawił: pięknu i bogactwu swojej sztuki.

Pablo Picasso, „Obłąkany”

WARIAT I LITERATURA  (Jerzy Krzysztoń)

To była jedna z tych wielu książek, które od lat czekają na półce w kolejce, bym wreszcie zajął się ich lekturą. W końcu udało mi się ją przeczytać. Odkładam ją z mieszanymi uczuciami, aczkolwiek nie uważam, że czas, który jej poświęciłem, był czasem straconym.

Moim zdaniem „Obłęd” wykracza daleko poza literaturę, jak wszystko co pisane jest własną „krwią” – wszystko co zlepione jest z osoczem egzystencji człowieka, który nie zmyśla, nie fantazjuje, a daje świadectwo własnemu istnieniu – poprzez wszystkie swoje udręki i ekstazy, agonie i olśnienia, przerażenia i ukojenia.  Żyje w horrorze i cudowności własnego świata… I bez znaczenia jest to, czy świat ten urojony jest czy też realny, gdyż dla doświadczającego go człowieka prawdziwy jest zarówno jeden jak i drugi.

A jednak książka Krzysztonia jest również literaturą – i jako taka może być poddana zwykłej literackiej krytyce. Lecz wtedy niejako zaciera się jej wyjątkowość – staje się ona bardziej tworem sztuki niż egzystencjalnym fenomenem. Tak dzieje się również wtedy, kiedy autor zamienia się w literata – dla potrzeb formy, kompozycji, stylu, treści… za pomocą tych wszystkich warsztatowych sztafaży zaczyna kalkulować, konfabulować, świadomie tworzyć fikcje… Chociaż w „Obłędzie” trudno jest nam  uchwycić ową granicę, to jednak intuicyjnie wyczuwamy, kiedy mamy do czynienia z autentycznym przeżyciem, a kiedy z gawędą pro fabula bono. I bywa niestety tak, że owe fantazje stają się nużące – spoza literackości zaczyna wyzierać ich jałowość. Nie to jednak zdominowało moją percepcję „Obłędu”. Najważniejsze stało się dla mnie utrwalone tam ludzkie doświadczenie szaleństwa.

Nasz mózg jest niewiarygodnym i niepojętym tworem Wszechświata. Jego cudowność powinna być koronnym argumentem przeciw twierdzeniom o przypadkowości życia na ziemi. Zresztą, w sferze Najwyższego Porządku, nie ma, moim zdaniem, miejsca na coś takiego jak przypadek. (Ale to temat do innych rozważań.) Bywa, że w tak fascynującym organie rodzi się coś równie fascynującego, a mianowicie obłęd.

Caravaggio, „Niewierność Św. Tomasza”

SMĘTNY CICERONE (Gustaw Herling-Grudziński)

„Opowiadania” Herlinga-Grudzińskiego. Wraz z „Dziennikiem pisanym nocą” – to swoista repetycja ćwiczeń w melancholii. Pisarz, który wydaje się dźwigać na sobie całe brzemię okrutnego XX wieku. Ocalony z sowieckich obozów zagłady, przygnieciony okrucieństwem dwóch potwornych totalitaryzmów, Herling-Grudziński odprawia rekolekcje nad ludzkim losem.
Jego pisarstwo to ciągłe leczenie ran odniesionych w „innym świecie”, na „nieludzkiej ziemi”. Rekonwalescencja okazuje się niezwykle trudna, wręcz niemożliwa… dlatego, że ów „inny świat” jest po prostu również „tym” (naszym) światem, a „nieludzka ziemia” – ziemią, planetą ludzi czyli realnym miejscem gdzie żyjemy i gdzie rozgrywają się wszystkie nasze dramaty, okrucieństwa i zbrodnie. Gułagi i obozy koncentracyjne nie były umiejscowione na jakiejś odizolowanej wyspie w kosmosie. Bomby spadające na Warszawę, Hiroszimę czy Drezno nie były żadną fikcją wymyśloną w powieściach science-fiction. To fakty, z którymi porać się muszą nasze mniemania o nas samych.

Tak, to prawda – z jednej strony to, co pisze Herling-Grudziński może pociągać, z drugiej zaś – odpychać. Brakuje bowiem w jego ciemnej palecie jaśniejszych tonów, przytłacza powaga, żałoba i fatalizm, nie ma humoru ani ironii. Jeśli już pisarz decyduje się na dystans do świata, w którym żyje, to za pomocą zobojętnienia, może nawet pogardy wobec tej rzeczywistości, która nie wpisuje się w obraz świata widziany przez niego.
To jest oczywiście pewna forma alienacji powiązana z ucieczką w coś, co można nazwać świecką tęsknotą za świętością. Stąd tajemnice, które nie muszą być tajemnicami; cuda, które niekoniecznie są cudami; sacrum, któremu być może bliżej do profanum

Sam Herling-Grudziński przytacza słowa pewnego „bardzo bliskiego przyjaciela”, który mu powiedział: „Czy ty przypadkiem nie kochasz się w każdym ludzkim cierpieniu?” Patrząc na bohaterów jego opowiadań, nie sposób temu zaprzeczyć. To męczennicy, ludzie wyobcowani, chorzy, przeklęci, skazani na nieszczęście, tragiczni… I traktowani są przez pisarza jak dobrzy znajomi, wręcz jako osoby bliskie.

Co powoduje, że potrafimy się rozmiłować w naszej melancholii? Czy można pragnąć cierpienia nie będąc masochistą? Każdy normalny człowiek ucieka przed cierpieniem. Melancholia zaś, w momencie kiedy staje się słodka, przestaje być cierpieniem. W ten właśnie sposób człowiek ją rozbraja, obłaskawia, wręcz hołubi.

Krajobrazowe piękno Włoch, łagodność klimatu, jasność i malowniczość włoskiego pejzażu, wspaniałości architektury, wszechobecność dzieł sztuki i ukochanego malarstwa. W takim środowisku Herling – Grudziński pozostaje sobą, czyli dość ponurym mędrcem, obrońcą prawdy i sprawiedliwości, sumieniem Europy, która w XX wieku się wykoleiła. Piękno nie może być dla niego substytutem tragedii, estetyka nie może konkurować z etyką.
Kiedy człowiek cierpi, piękno świata może go nawet ranić.

Ktoś o nim kiedyś napisał: „Pisarz nie żywi złudzeń i nic, nawet kraj, w którym mieszka, nie przerobi go w estetę. Nie ma złudzeń, że literatura nie jest bedekerem, tylko penetracją i naświetleniem dramatu, jaki bez przerwy wybucha między człowiekiem a światem”.
A jednak dosyć często Herling-Grudziński ulega pokusie bycia cicerone. Pełno w jego opowiadaniach odniesień do historii, włoskiej sztuki i zabytków, a zwłaszcza do malarstwa, któremu poświęcił sporo miejsca także w swojej eseistyce. Może właśnie dlatego ciągle mamy wrażenie, że wszystko co pisze Grudziński pochłonięte jest przez przeszłość. Czy jednak można się od tej przeszłości tak do końca wyzwolić? Pisarz nawet tego nie próbuje. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że świat przeszły jest dla niego bardziej realny niż teraźniejszość. To nic, że to świat bardziej okrutny, pełen trupów i upiorów. Ale to świat, w którym uwięziona została jego pamięć, dominująca świadomość.
Nikt nie wybiera sobie własnego piętna.

Nagrobek na starym cmentarzu w Genui

ZAPISKI NA MARGINESIE

Swego czasu Herling-Grudziński towarzyszył mi przez kilka miesięcy – było to wtedy, kiedy czytałem jego 7-tomowy „Dziennik pisany nocą”, gdzie poddawał diagnozie cywilizacyjną katastrofę – załamanie się europejskiej kultury XX wieku, analizował systemy totalitarne i filozoficzne utopie, które do tego się przyczyniły. Akurat twórczości Herlinga – Grudzińskiego nigdy nie widziałem w kontekście jakiejkolwiek depresji, domniemanej czy prawdziwej. Dlatego, kiedy pewnego razu zderzyłem się ze stwierdzeniem: „pan Gustaw Herling-Grudziński miał po prostu depresję”, to podziałało to na mnie – delikatnie mówiąc – rozbrajająco. Moje wrażenie jest wprost przeciwne: Herling zawsze zawsze był dla mnie kimś w rodzaju zrównoważonego mędrca – eremity, z żelazną logiczną konsekwencją wyprowadzającego swe niezbyt optymistyczne wnioski na temat Historii, kultury i ludzkości.

Człowiek chory zawsze pozostaje człowiekiem, karykaturą zaś może się stać tylko to, co stworzy pod wpływem patologicznych bodźców. Choroba nigdy nie jest czymś twórczym, wprost przeciwnie: jest dla człowieka czymś destrukcyjnym (dla jego psychiki lub ciała). Jest patologią, zaburzeniem, wykolejeniem ze zdrowia. Jest zagrożeniem. Czasem wydaje się nam, że dzięki chorobie człowiek staje się twórczy, ale jest to złudzenie. To co jest twórcze, nigdy nie może być zdiagnozowane jako choroba. Dla mnie są to wręcz antynomie. Jeśli człowiek w chorobie tworzy – to nie dzięki patologii, ale właśnie dzięki tym zbawiennym często, terapeutycznym, konstruktywnym, heurystycznym i dobrym siłom, które się w nim wówczas odzywają, choć oczywiście zdarza się, że choroba i związane z nią cierpienie go w końcu zabija (także jego własnymi rękami). Takich „galerników wrażliwości” (jak ich kiedyś nazwała prof. Janion) było wielu – dość przypomnieć Van Gogha, Strindberga, Witkacego, Wojaczka, Wata, Stachurę, Grochowiaka, Sylvię Plath, Virginię Woolf, Nietzschego…

W pewnym sensie – w opozycji do (słusznej skądinąd) tezy Freuda, że kultura jest źródłem cierpienia – samo cierpienie uznać można za jedno ze źródeł kultury. Bo wszystko wskazuje na to, że bez nerwów człowiek niczego by nie stworzył ani nie dokonał. A jednak wyczuwamy, nieraz instynktownie, gdzie kończy się nerwowa inspiracja, a zaczyna paraliżująca wolę i kreatywność choroba – chociaż ta granica jest płynna i trudno uchwytna. Mianowicie chore jest to, co jest nietwórcze, zrezygnowane, zorientowane na rozkład; skierowane w pustkę i nicość.

To prawda, że pełno neurozy w kulturze (ale i w polityce czy życiu społecznym również), jednak kiedy jest ona czymś inspirującym i dzięki artystycznej dyscyplinie zdolna jest przyoblec ideę twórczą w jakąś zborną formę, to sprawą drugorzędną staje się kwestionowanie sensu jej istnienia, ustalanie wzajemnych powiązań, nawet dla człowieka cierpiącego na nerwicę. W gruncie rzeczy artysta dość często spoufala się z szarpiącymi go nerwami, zaś chwilowy spokój odczuwa bardziej jako wypalenie i pustkę, niż relaks i ukojenie.

W zasadzie zgodzić się można z tym, ze choroba zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje być kreatywny. Oczywiście i w chorobie można tworzyć (tak jak w zdrowiu być jałowym), tyle że akt twórczy staje się od niej jakby odseparowany, a wtedy sam człowiek na swą chorobę patrzy jak na coś obcego. Poza tym, choroba zawsze jest w pewnym sensie karykaturą ludzkiej egzystencji, mimo że jest także jednym z jej nieodłącznych elementów. Jest karykaturą zdrowych – fizycznych i duchowych – przejawów życia człowieka. Nawet Zygmunt Freud widzący świat jako jeden wielki neurotyczny tygiel, w którym mieszają wszystkim nieuświadomione popędy, zwracał uwagę na to zasadnicze rozróżnienie mówiąc, że histeria jest karykaturą artystycznej kreacji, nerwica natręctw karykaturą religii, a paranoiczne złudzenia karykaturą filozoficznych systemów. Tak właśnie: neuroza staje się chorobą w momencie, kiedy wszystko zaczyna przemieniać w karykaturę… nawet ludzkie cierpienie.

Jednakże temat choroby i cierpienia w kulturze nastawionej na gloryfikację (czyt. reklamę) sukcesu, zdrowia, młodości i szczęścia, tudzież pozytywnego nastawienia do świata i życia, wydaje się… nie tyle passé, co nie na miejscu, może nawet być odebrane jako coś w rodzaju faux pas. To pewnie dlatego na tzw. społecznościowych platformach – np. w blogach, czy też na Facebooku – zazwyczaj kreujemy swój image wiecznie szczęśliwego, zadowolonego z życia, uśmiechniętego szczęściarza/szczęściarki. Tak, jakby to, że czasami dotyka nas cierpienie, było czymś w rodzaju naszego defektu, czy nawet fiaska, bankructwa i kompromitacji.  Tak, jakby ciemna strona życia nas nie dotyczyła. Tak, jakby bolesne doświadczenie było czymś wstydliwym. Ale tu przecież nie chodzi o nasze nieudacznictwo, ani też o umartwianie się i lament, lecz o pewną świadomość nieodłącznego jednak elementu ludzkiej egzystencji, z którym wszyscy ludzie – chcąc nie chcąc, prędzej czy później – muszą się zmierzyć. Sztuką jest jednak w tym oceanie mizerii, jaka zalewa świat, nie zagubić możliwości poczucia szczęścia i chwil radości; także świadomości istnienia piękna, które zawsze można dostrzec ponad brzydotą – jeśli tylko będziemy tego chcieli i umieli patrzeć. Kto wie, może nawet udręka jest tym, dzięki czemu potrafimy odczuwać zachwyt?

*