ANATOMIA WŁADZY… i filmu (Więcej niż kino: „Nixon”)

NIXON: anatomia duszy polityka i pożądania władzy. Anthony Hopkins w filmie Olivera Stone’a.

NA ROZSTAJU DRÓG

*
Mam do wyboru kilka dróg, którymi można pójść opisując film Olivera Stone’a:

1. FAKTY I POZÓR. Przystawanie filmowego obrazu do historycznej rzeczywistości. Przenikanie się fikcji i prawdy. Obiektywizm – subiektywizm autorów. Typowe dla kina emocjonalne zmącenie; wpływ uprzedzeń, konfrontacja z historycznym mitem. Iluzoryczność wynikająca ze specyfiki filmowego przekazu. Prawda emocjonalna i psychologiczna jako alternatywa, komentarz lub objawienie „prawdy” historycznej. Trudności z uchwyceniem tej „prawdy”. Wymóg syntezy i skrótowości – rola w tym metafory, wpływ przejaskrawienia…

Ale przecież nie chcę być nudziarzem.

2. FILMOWY WARSZTAT. Dynamika narracji, symbolika obrazów, inwencja operatora, prowadzenie reżysera, perfekcja montażu. Anthony Hopkins organicznie wchodzący w skórę Richarda Nixona (brrrr!!!).  Hipnotyzm oświetlenia, gęstość dialogów, sugestywność wizji i techniczna doskonałość.

Ale kogo to interesuje?

3. POLITYCZNY AMORALIZM. Perfidia polityki wypaczającej najbardziej prawe i unikalne charaktery. Dobre intencje „Ojców Narodu” brukujące piekło społecznej niezgody i zapełniające cmentarze w Arlington. Machiwelizm i organiczna wredność politykierów. Skuteczność polityki równoznaczna z manipulacją i żonglerką wartościami. Cnoty republikanów i czerwień demokratów; prawość prawicy i mańkutyzm lewicy. Reakcyjność, rewizjonizm, kulisy politycznej hucpy; fasadowość i kamuflaż. Zimna kalkulacja i bezwzględność. Naród jako abstrakcja, dobro jako abstrakcja, interes własny jako konkret. Człowiek łamany kołem historii – prawo i konstytucja łamana przez człowieka…

Ale po co się mam narażać?

4. DRAMAT SZEKSPIROWSKI. Anatomia władzy. Tragedia człowieka nie mogącego ujść przeznaczeniu – fatalizm. Niemożność dokonania moralnego wyboru. Jednostka a absolutyzm, jednostka a imperium – ludzka słabość a potęga mocarstwowej machiny. Samotność i alienacja bohatera – sam przeciw światu, nękany upiorami przeszłości…

Ale czy Nixon to rzeczywiście Hamlet?

5. WIETNAM I AFERA WATERGATE. Wojna w Wietnamie jako największa pomyłka polityczna Amerykanów i jedyna przegrana przez nich wojna, nie licząc wojny w Iraku i Afganistanie, które jeszcze trwają ale i tak pewnie będą przegrane. (Coś podobnego! Ja to ostatnie zdanie pisałem 16 lat temu, a ono ciągle jest aktualne! – przypis LA) Ambiwalentna rola Nixona, który wojnę zastał i ponoć ją zakończył, eskalując w międzyczasie konflikt, m. in. bombardowaniem oraz inwazją Kambodży. 60 tys. Amerykanów wraca do ojczyzny w czarnych plastikowych workach. Palenie kart mobilizacyjnych, nienawiść młodego pokolenia do Nixona, „systemu” i establishmentu. Ekonomiczne uwarunkowania bijatyki w Indochinach, przemożny wpływ przemysłu zbrojeniowego. Polityczne manipulacje i okłamywane społeczeństwo. Arogancja i bezduszność wojskowych. Protest, zamieszki i rozłam w narodzie.

Beznadziejne wdepnięcie w g… sorry – w błoto Watergate, żałosne szamotanie się w nim Nixona, polityczne kozły ofiarne. Skandal prawny i moralny. Dyshonor. Nadszarpnięta wiarygodność republikanów, zabrudzony i zszargany prezydencki fotel. Od rzemyczka do koniczka – Hoover, FBI i CIA…

Ale po co psuć humor sobie i innym?

6. TRANSFORMACJA OLIVERA STONE’A. Ewolucja jego postawy ideowo-politycznej: republikanin, ochotnik walczący w Wietnamie, doświadczenie wojny na własnej skórze, gwałtowne nawrócenie antywojenne, wróg Nixona i polityki przedłużającej rzeź w Wietnamie, narkotyki i paranoja; ekspiacja, katharsis i oczyszczenie w „Plutonie” i „Urodzonym 4 Lipca”; teoria spiskowa w „JFK”; kształtowanie nowej mitologii narodowej; amerykańskie korzenie lat 60-tych: „The Doors” jako popkulturowy narkotyczno-psychodeliczny przyczynek do rewizji epoki kontestacyjnej; gwałt i przemoc jako prowokacja w „Urodzonych mordercach”; powtórka z historii najnowszej: najbardziej kontrowersyjny reżyser amerykańskiego kina kręci film o najbardziej kontrowersyjnym prezydencie w historii amerykańskiej państwowości; finał odysei: dojrzałość (?), powściągliwość (?), umiarkowanie (?) twórcy… Ekh!

Ale przecież nie jest to artykuł dla „Cahiers du Cinema” ani nawet dla „Film Comment”.

UWAG PARĘ (mimo wszystko)

Wynika z powyższego, że wątpliwy jest sens pisania o filmie w ogóle. Lecz ta wątpliwość może też być natury bardziej uniwersalnej: kogo interesuje historia? Kogo interesuje polityka? Kogo interesuje kino?

Mimo wszystko postaram się skreślić parę uwag dla tych nieobojętnych.

„Nixon”, kiedy znalazł się na ekranach kin całego kraju, chwalony był zewsząd – i to zarówno w prasie konserwatywnej, jak i liberalnej. Nawet „Newsweek”, który przy okazji „JFK” wyzwał Stone’a od paranoika podważającego zaufanie do państwa i mącącego w głowach młodzieży, tym razem nie szczędził reżyserowi pochwał. Rzeczywiście, znając życiorys Stone’a i jego filmowe przypadki – mając w pamięci wszystkie te jego kontrowersyjne obrazy, czy też nad wyraz nieortodoksyjne zapatrywania i temperament pasjonata, można się było po „Nixonie” spodziewać istnej mieszanki wybuchowej – jakiejś kolejnej historyczno-politycznej psychodelli. Może właśnie dlatego, tym co ujęło wielu recenzentów, była próba i wysiłek jakiego dokonał Stone, by w miarę uczciwie i kompleksowo ukazać całą tę złożoność charakteru prezydenta, niejednoznaczność tej postaci – pod pewnymi względami żałosnej, a mimo to nie pozbawionej pewnych znamion wielkości i tragizmu. Próba zrozumienia, a więc przebaczenia?

Wbrew temu co się sądzi powszechnie, dla sporej grupy Amerykanów nieobce i nieobojętne są te najbardziej istotne i kluczowe elementy amerykańskiej historii. Nazwiska Waszyngtona, Lincolna, Roosevelta, Kennedy’ego czy właśnie Nixona, funkcjonują w tzw. społecznej świadomości jako symbole amerykańskiego wodzostwa, dla wielu są też przedmiotem głębszej  analizy źródeł oraz istoty państwa i republikanizmu. Takie wydarzenia, jak np. film Stone’a prowokują i konfrontują z wcześniejszymi przeświadczeniami i stereotypem. Bywają też pretekstem do samookreślenia się, podobnie jak to zrobił znany krytyk z Chicago Gene Siskel: „Myślę, że często jesteśmy narodem owiec, wystraszonym przez tych, których uważamy za zwycięzców. Richard Nixon bał się swoich rodziców, a my baliśmy się jego”.

Bez wątpienia „Nixona” Olivera Stone’a warto obejrzeć, choć jeszcze raz przestrzegam, że nie jest to film dla tych, których nie interesuje polityka, ani historia, ani nawet kino.

Richard Nixon - jedyny prezydent amerykański odsunięty od władzy

*