PRZEGRANI ZA MŁODU (Nie nazywajmy samobójstwa poezją)

KURT COBAIN I „NIRVANA”- DZIECI „FUCKED GENERATION”

W piekle nie ma nic z romantyzmu, tak jak w samobójstwie nie ma nic z poezji. To nasze mity wynoszą na ołtarze liryzmu straceńców i nieszczęśliwców, którzy nie mieli już sił, by żyć… Albo też wybrali drogę ćmy lecącej prosto w ogień, spalając się na naszych oczach.

Czy romantyczne mogą być dreszcze lub torsje po przedawkowaniu narkotyków lub zatruciu alkoholem? Jaki liryzm ma w sobie heroinowy głód skręcający wnętrzności. Ile poezji jest w nieznośnym a stałym bólu, w psychicznych katuszach, w izolacji od najbliższych, w niemożności normalnego funkcjonowania w społeczeństwie? Ciągle domagamy się mitów, a śmierć pop-kulturowych sław wykorzystujemy jako pretekst do ich beatyfikacji – do pasowania ich na romantycznych idoli, na kultu godne bożyszcza. Celebracja jest ślepa, a wyznawcy oddani.
.

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

W Polsce mieliśmy kult Stachury, Hłaski, Wojaczka… W Ameryce – Jamesa Deana, Presley’a, Morrisona, Hendrixa, Janis Joplin… A ostatnio, na naszych oczach, za sprawą i pośrednictwem mediów, wykreował się mit świeży – mit heroizmu i martyrologii Kurta Cobaina, który popełnił niedawno samobójstwo, strzelając sobie w skroń.* Gdy jednak nazwano go „głosem pokolenia”, podniósł się sprzeciw młodzieży, która nie identyfikowała się z nieszczęśnikiem i nie chciała mieć nic wspólnego z chorym desperado. Sprostowano więc nominację, mówiąc o tzw. Fucked Generation, czyli pokoleniu – delikatnie mówiąc – przegranym już na starcie. (Uwaga dla zgorszonych: określenia Fucked Generation używa się nawet w oficjalnych raportach socjologicznych.)

Zaniedbani i potępieni

Zanim jednak potępimy to pokolenie, przyjrzyjmy się mu bliżej. Może wtedy nie będziemy tak skorzy do rzucenia kamieniem. Któż bowiem jest bez winy?
Oto co ma do powiedzenia Dr Donna Gaines, autorka książki „Teenage Wasteland: Subarbia’s dead End Kids” (tłum. własne):
„Lata 80-te oferowały młodym ludziom doświadczenie bezwzględnej społecznej przemocy i upokorzeń. Pełni urazów powodowanych nieobecnością lub nadużyciami rodziców, nauczycieli, wychowawców, policji; wykonując bezsensowne, źle opłacane prace; zdezorientowani rozpadem różnych instytucji… wielu młodych ludzi poczuło się schwytanych w błędne koło daremności i rozpaczy. Starsi zawodzili na całym froncie, zaniedbując całe pokolenie, nie zapewniając mu ani ochrony, ani też przygotowania do samodzielnego życia. A jednak, gdy młodzież zaczęła wykazywać symptomy zaniedbania – czyli zwiększoną liczbę samobójstw, zabójstw, przestępstw, rozbojów, niepowodzeń w szkole, lekkomyślności i ogólnej mizerii – dorośli potępili ich, nazywając apatycznymi nieukami, amoralnymi nicponiami, ludźmi przegranymi.”
Autorka, doktor socjologii, maluje obraz przygnębiający, ale i prawdziwy, mówiąc o frakcji młodzieży wcale jednak nie marginalnej. W takiej sytuacji są młodzi ludzie zamieszkali nie tylko na obrzeżach Ameryki, ale także miliony zaludniające bezkresne przedmieścia tzw. lower middle-class. Amerykańskiego marzenia już nie starcza dla wszystkich. Stąd frustracja, poczucie przegranej, braku perspektyw… Stąd ucieczka w narkotyki, alkohol czy – w przypadkach drastycznych – w śmierć. Przypadkach wcale nieodosobnionych. Tylko w ubiegłym roku zanotowano wśród młodzieży 400 tysięcy prób targnięcia się na swoje życie. W latach 80-tych podwoiła się liczba samobójstw, stając się drugą – po wypadkach – przyczyną śmierci nastolatków i dwudziestolatków.
W tej desperacji szuka się ulgi i wytchnienia – frustracja domaga się ujścia. Kiedy zawodzi rodzina, instytucje wychowawcze, religia, szkoła… młodzi ludzie chronią się w świecie sobie znanym, swojskim, wśród odczuwających podobnie rówieśników. Na takich podstawach zrodziła się m.in. subkultura rocka alternatywnego, w nurcie którego „Nirvana” Kurta Cobaina była grupą wiodącą. Tzw. zespoły grunge’owe (wywodzące się głównie ze Seattle) przedostały się ostatnimi laty z undergroundu do mainstereamu, czyli głównego nurtu rocka, stając się tym samym fenomenem masowym. Co, nawiasem mówiąc, jest zjawiskiem symptomatycznym oraz alarmującym, także smutnym i niepokojącym.

Samobójcy z Aberdeen

Aberdeen w stanie Waszyngton, to depresyjne, przygnębiające, skazane na jałową egzystencję, prowincjonalne miasteczko Ameryki, zapomniane przez Boga i amerykańska administrację. W nim dorastał Kurt poddany środowisku, które już za młodu zdewastowało mu psychikę. A jako dziecko zapowiadał się doskonale. Był żywym, ciekawym, pełnym pomysłów, niezwykle uzdolnionym artystycznie chłopcem, kiedy w wieku 8 lat dotknęła go pierwsza tragedia: rozwód rodziców. Matka, gospodyni domowa i półetatowa sekretarka, wniosła do sądu pozew o rozwód z ojcem Kurta, mechanikiem samochodowym. Dziecko zgasło, zamknęło się w sobie, stało się nieobecne, nieśmiałe i zalęknione. Przez następne lata Kurt traktowany był jak piłka tenisowa, przenoszony z domu matki do ojca, skąd bywał też wyrzucany. Mieszkał również u dziadków, wujków, ciotek, a nawet i pod mostem. Nieraz oberwało się też słabemu, rachitycznemu chłopakowi od lokalnych osiłków. W międzyczasie dwóch braci dziadka popełniło samobójstwo, co na pewno nie pozostało bez znaczenia w ostatnim dramatycznym akcie Cobaina.

Bez wyjścia?

Pewnego razu Kurt wraz z siostrą byli obecni przy jednej z awantur. Matka, dowiedziawszy się o zdradzie męża, przystawiła mu pistolet do potylicy i zaczęła ładować magazynek, podczas gdy dzieci z przerażeniem się temu przyglądały. Opamiętawszy się, w poczuciu winy, wyrzuciła wszystkie domowe (!) pistolety do pobliskiej rzeki. Kurt opłacił starszych kolegów, którzy mu je wydobyli z dna. Nazajutrz sprzedał broń, a za uzyskane pieniądze kupił swój pierwszy wzmacniacz. Tak zaczęło się jego obcowanie z rockiem.
Świat muzyki stał się dla Cobaina jedynym światem, w którym się mógł wyrazić, gdzie doznawał jedynej egzystencjalnej ulgi. Zakłada własny zespół, któremu daje nazwę: „Nirvana”. Już to miano może przypominać totalny eskapizm. Nikt jednak nie przypuszcza, że w ciągu paru zaledwie lat, „Nirvana” stanie się nie tylko amerykańskim, ale i ogólnoświatowym fenomenem, sprzedając kilkanaście milionów płyt. Czy jednak zmieniło to cokolwiek w umęczonej i chorej duszy Cobaina?
Już ciężkie dzieciństwo nadwyrężyło mu zdrowie. Nabawił się krzywicy i chronicznego bronchitu. Cieleśnie był kruchy, psychicznie nadwrażliwy. Brak dyscypliny jego stan pogarszał. Później, spustoszenia dopełniły alkohol i narkotyki. Kiedy więc stał się „gwiazdą” i milionerem, nie był już w stanie cieszyć się swoim sukcesem, sławą, materialnym dobrobytem, ani nawet własnym dzieckiem, rodziną… Pozostawał w ciągłej depresji, uzależniony od heroiny i alkoholu, ze zniszczonym gardłem, płucami i żołądkiem, na którego bóle uskarżał się przez kilkanaście lat swojego życia. W jednym z włoskich szpitali, lekarze zrobili mu płukanie żołądka, w którym znaleziono 50 tabletek uspokajających, zalanych szampanem. Miesiąc później już nikt nie mógł go uratować. Ciało Kurta Cobaina, ze zmasakrowaną głową, znaleziono w jego nowym, wartym półtora miliona dolarów domu. Obok leżał rewolwer 38 Special i prawo jazdy mające ułatwić identyfikację.

Epitafium

Śmierć Cobaina w wieku 27 lat była dla utożsamiającego się z nim pokolenia czymś więcej niż szokiem. Była tym, co pogrzebało ich nadzieje, rozwiało złudzenia. Kurt Cobain był skłóconym z życiem, nieprzystosowanym, słabym młodym człowiekiem. Wyrażał swoją muzyką i słowami to, co czuli jemu podobni. A była to – niestety – rozpacz, dezorientacja, zagubienie, anarchia i podszyta nihilizmem agresja. Wszystko to, czego nie mogło zaakceptować tzw. „zdrowe” społeczeństwo.
Świat rocka alternatywnego oferował Cobainowi i innym schronienie, środek porozumienia się z podobnymi sobie, solidarność przeżyć i uczuć. Nieliczni, jak np. członkowie „Nirvany”, osiągnęli w  tym świecie to, na co nie mieli szans w świecie „normalnym”: transcendencję, afirmację własnych osobowości, sławę, wielki sukces finansowy. Cobain, żeby ironia losu była jeszcze bardziej gorzka, założył rodzinę, doświadczył miłości żony i córki. A jednak to wszystko nie zdołało go powstrzymać od samobójstwa. Nie pomogły terapie, kuracje ani modlitwa. Tym większa to była klęska dla dzieciaków, dla których Kurt był bohaterem, nadzieją – którzy sukces „Nirvany” uznali za swój własny.

I hate myself and I want to die

Przyglądnąwszy się jednak bliżej „systemowi wartości” reprezentowanemu przez Cobaina, „Nirvanę” i cały ruch rocka alternatywnego, ta śmierć wcale nie dziwi. Mało tego – wydaje się być logiczną konsekwencją zawartego tam nihilizmu. Właściwie, bardziej to krzyk desperacji i wyrażenie niemocy, niż jakikolwiek system. Oferuje młodym ludziom poczucie wspólnoty w cierpieniu i lękach, ale nie wskazuje im żadnych dróg wyjścia. Sankcjonuje frustracje i bezradność. Trudno w nim znaleźć cokolwiek, co mogłoby być zaakceptowane przez ludzi, którzy dążą do zadomowienia się w świecie, do uładzenia naszej rzeczywistości, a nie do potęgowania chaosu i negowania pozytywnych wartości.

Przeczytałem kilka tekstów Cobaina: dokładne odwrócenie do góry nogami tradycyjnej (a konstruktywnej) hierarchii wartości. Nie można długo żyć z przekonaniem i na serio powtarzać, jak Cobain: „I hate myself and I want to die”, które to słowa uczynił on niemalże swoja dewizą. Żarty kończą się tam, gdzie kończy się ironia. Poza nie uchroni nikogo od ostatecznego zderzenia się z prawdziwym życiem i konsekwencją negacji wszystkiego.
Mimo to, zastanówmy się kilka razy, zanim potępimy tych ludzi, utwierdzając się przy okazji we własnej moralnej wyższości. Są oni jednak produktem mizerii swojego środowiska, także tego, jakimi się urodzili – co mieli w genach. Mieć do nich pretensje, że są tacy a nie inni, to tak, jak mieć pretensje do wilka, że ma kły i szarą sierść. A łatwo jest potępiać, łatwo gromić z ambon ludziom sytym, zabezpieczonym socjalnie i będących – w swoim mniemaniu – w dobrych stosunkach z Bogiem.
Nie o potępienie powinno więc tu chodzić.

Muszę się przyznać, że mnie samemu obca jest ta muzyka, ten świat „Nirvany” i innych zespołów alternatywnych, post-punkowych. Nie ta estetyka, nie te dźwięki, nie te idee… (choć przecież rock, i to nawet ten ciężki, też towarzyszył mi od samego dzieciństwa, stając się dość istotnym czynnikiem kształtującym mój sposób widzenia – i odbioru – świata).
Kiedy przed trzema laty zobaczyłem „Nirvanę”, pomyślałem, że jeśli ci chłopcy nie udają, to za parę lat będą gryźć ziemię. Taka to była histeryczna anarchia – tak to wszystko wydawało się przeć ku samozagładzie. Mimo, że nie wdziałem MTV od dawna, to jednak ostatnio posłuchałem z ciekawości kilka zespołów grounge’owych i rocka alternatywnego (całkiem nieźle, moim zdaniem, gra kapela „Pearl Jam”). Ale, generalnie rzecz biorąc, to już nie na moje ucho. Jeśli uderzyły mnie te dźwięki, to tylko dzięki ich autentyzmowi i intensywności. I takimi już pozostaną zawsze.

Konkluzja

Nie mówmy więc, że wybrańcy bogów umierają młodo. Jakie to bóstwa są tak okrutne… a może miłosierne? Kurt Cobain nie żyje. Umarł śmiercią – jak by powiedział Stachura – jak każda śmierć, tragiczną. Pokój jego duszy. I nie nazywajmy jego rozpaczy i tragedii romantyzmem, a samobójstwa poezją. Kres jest tylko kresem.

*

*

* PS. Artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (28 października 1994 r.) – w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem wówczas na łamach prasy polonijnej. Na moim blogu zamieszczam małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.