NIEWOLNOŚĆ, NIEMYŚL I UPOKORZENIE

.

.

       Wszystko wskazuje na to, że nie ma powrotu do świata, w którym żyliśmy przed wirusową pandemią.

       Jaki będzie ten „nowy” świat? Nikt tego nie wie, ale wszyscy możemy się zgodzić z tym, że nie będzie on jednak „wspaniały”.

       To, co się dzieje obecnie, można będzie ewentualnie zrozumieć dopiero z perspektywy czasu. Nikt nie posiada dostatecznej wiedzy – a zwłaszcza dystansu – by umieścić naszą teraźniejszość w kontekście historycznym, opisać wszystkie jej fasety, poznać sens, objaśnić i wytłumaczyć zachodzące teraz zjawiska i pojawiające się fakty.

       Jeśli przyznaję się do własnej niewiedzy, to nie jest to żadną kokieterią. Od dawna twierdzę i mam świadomość tego, że każdy człowiek (oczywiście łącznie ze mną) jest dyletantem. Wobec ogromu tego wszystkiego, co nas otacza (nie tylko w sferze fizycznej, ale i mentalnej) – wobec morza informacji, które do nas docierają – wobec wyobrażeniowej mgławicy mitów i fikcji, w jakiej jesteśmy zanurzeni; wreszcie wobec niezwykłych trudności w docieraniu do prawdy – jesteśmy niczym te pijane dzieci we mgle, sieroty Wszechświata zabłąkane we własnych fantazmatach i złudzeniach, które często mylą się nam z nadzieją.
Mimo tych ograniczeń staram się w miarę racjonalnie podchodzić do tego, co się dzieje z nami – i wokół nas – w tych jakże dziwnych czasach zarazy, które mogą się okazać dla człowieka przełomowe. I przynajmniej spróbować coś z tego zrozumieć, pojąć sens tych przemian, wyciągnąć jakieś wnioski… choćby tylko na własny użytek, by uporządkować nieco kłębiące się w głowie myśli.

       Tak więc – nie roszcząc pretensji do mądrości, a tym bardziej nieomylności – postaram się ująć w kilku zdaniach zręby pewnych ogólnych zjawisk, które coraz bardziej wydają mi się definiować zmiany, jakie w tej chwili zachodzą na świecie. Moim zdaniem zmiany te przewartościowują tak ważne dla ludzi pojęcie, jak np. wolność, zmieniając myślenie i zachowanie ludzi na całym globie. (Bo zainfekowane zostały nie tylko ludzkie ciała, ale i umysły.)

NIEWOLNOŚĆ

       „Niewolność” może się wydawać takim trochę dziwnym neologizmem, ale według mnie słowo to lepiej określa pewne zaobserwowane teraz przeze mnie zjawisko niż np. „niewola” czy „zniewolenie”.
Przede wszystkim „niewolność” (w odróżnieniu od niewoli i zniewolenia) jest stanem, który niejako zaakceptowała (czy też raczej: któremu poddała się) dobrowolnie ogromna większość społeczeństwa w państwach dotkniętych (w mniejszym lub większym stopniu) pandemią. (Protestowała zaledwie garstka ludzi.)
Mnie uderzyło to najbardziej w związku z zachowaniem się całych ludzkich rzesz w kręgu cywilizacji zachodniej – tak szczycącej się przecież liberalnym (wolnościowym) podejściem do człowieka, deklarującej przywiązanie i respekt dla takich wartości, jak np. swoboda obywatelska czy nietykalność osobista, traktując je niemal jako świętości – i gdzie jak mantrę powtarza się słynne powiedzenie Franklina, że „ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność”.

       Oczywiście wiem, że taki stan „niewolności” został spowodowany przez wirusa (choć tak naprawdę, bardziej do tego przyczynił się nie tyle sam wirus, co strach przed nim, a w konsekwencji – i w rzeczywistości – takie a nie inne obostrzenia i restrykcje wprowadzone przez władze). I że niemal wszyscy uważają, że jest to stan przejściowy – więc łatwiej jest go znieść.
Ale (abstrahując od tego, czy drakońskie posunięcia władz były zasadne czy też nie) fakt pozostaje faktem: ograniczono wolność setek milionów ludzi – pozbawiono ich prawa do pracy, swobodnego poruszania się; decydowania zarówno o ochronie własnego zdrowia, jak i o wyborze sposobu leczenia w przypadku choroby. Przymusowo odizolowano od siebie nie tylko znajomych i przyjaciół, ale i najbliższych krewnych (przez co dziesiątki tysięcy ludzi umierały w cierpieniu i zupełnej samotności – a był to dla nich horror, którego my, pozostający przy życiu, nie chcemy sobie nawet uświadomić).
Nie wspominając o konsekwencjach ekonomicznych: rujnujących gospodarkę i przemysł, stawiających na głowie politykę fiskalną państwa, niszczących małe i wielkie przedsiębiorstwa, pozbawiających dziesiątki – jeżeli nie setki – milionów ludzi pracy… etc. Skutki tego mogą być w przyszłości katastrofalne, dodatkowo ograniczając ludzką wolność – być może do granicy (praktycznego) niewolnictwa.

       Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku, liczba ofiar spowodowanych globalnym „lockdownem” świata, przewyższy liczbę ludzi, którym ten „lockdown” uratował życie (wpędzenie milionów ludzi w skrajną nędzę, głód i choroby z tym związane…). Czyli jednak lekarstwo może się okazać groźniejsze od choroby.
(Nie jest to tylko moje zdanie. Prof. Michael Levitt, biolog, zdobywca Nagrody Nobla w 2013 r. w dziedzinie chemii stwierdził: “There is no doubt in my mind that when we come to look back on this, the damage done by lockdown will exceed any saving of lives by a huge factor.”)

       „Niewolność” to takie zawieszenie pomiędzy wolnością a niewolą; stan, w którym łudzimy się, że mimo wszystko (w tej niewoli) zachowujemy wolność, bo nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że jednak ta wolność została nam odebrana i nawet jeśli zniesiona zostanie większość restrykcji, to część tego zniewolenia pozostanie – i to nie tylko w formie traumy w nas samych, ale i w bardziej represyjnych przepisach i prawie, które wskutek pandemii zostanie zmienione. Także w jeszcze większej kontroli całego społeczeństwa i jego inwigilacji.

       Niestety, już dawno temu (w czasach, kiedy jeszcze nie śniło mi się o żadnej pandemii) nabrałem przekonania, że brak wolności jest jednak nieodzowną cechą ludzkiej kondycji.
Każdemu z nas się wydaje, że dokonuje wyborów niezależnie (a ogólnie: że dysponuje wolną wolą). Jednakże moim zdaniem – w głębi i w istocie działania pewnego mechanizmu społeczno-psychologicznego – zazwyczaj tak nie jest, bo zawsze „podpinamy się” (lub jesteśmy „podpięci”) pod pewną strukturę (partyjną, frakcyjną, stanowiącą grupę interesów…) poddani sugestii, indoktrynacji, propagandzie, manipulacji… także łatwowierności i złudzeniom. To wszystko powoduje, że nasze opinie i poglądy (wliczając w to światopogląd) są niejako zdeterminowane – uzależnione od czegoś, co jest od nas większe. Ergo: nie do końca są suwerenne.

       Ogólnie rzecz ujmując, nasza wolność w życiu jest mocno ograniczona, zarówno przez czynniki zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Bowiem zawsze, w każdych okolicznościach, jesteśmy częścią pewnej struktury – organizmu społecznego, grupy – która nas kształtuje, narzuca normy zachowania – i wobec której określa się nasza tożsamość (bo przecież tylko w relacji z innymi ludźmi możemy się spełnić i stać się człowiekiem).
Niestety – życie to jednak zniewolenie jest. (Pomijam już tutaj nasze uwarunkowania genetyczne, a na które nie mamy żadnego wpływu, jak również Frommowski fenomen ucieczki człowieka od wolności).
Z tych to względów można stwierdzić, żę wolność jest chyba jednym z największych złudzeń człowieka, który mimo to na paradygmacie wolnej woli (możliwości dokonywania wyboru) opiera wszystkie swoje systemy etyczne, (które są niezbędne dla funkcjonowania każdego społeczeństwa).

       To, co się dzieje ostatnio jeszcze bardziej pole naszej wolności zawęża. Perfidia całej sytuacji polega na tym, że w zasadzie godzimy się z tym, że ktoś nam tę wolność ogranicza, a niektórzy z nas przyjmują to nawet ochoczo (bo są przekonani, że ratuje im to zdrowie i życie).
Z drugiej jednak strony odczuwamy tę naszą nową „niewolność” dotkliwie. Stąd pewna schizofrenia: chcemy tej naszej izolacji, a zarazem nie chcemy; boimy się innych ludzi, a zarazem do nich lgniemy; chcemy być chronieni przez władzę, a zarazem nienawidzimy jej kagańca…

       Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie: warto pamiętać o tym, byśmy przy tych wszystkich ograniczeniach i determinantach, starali się wywalczyć jak największą wolność dla siebie, poczynając od wolności wewnętrznej, bo chyba tam – właśnie wewnątrz siebie, w sferze duchowej – możemy mieć największe pole manewru i poczuć się naprawdę człowiekiem wolnym. Co łatwe nie jest, bo czy poczucie wolności jest rzeczywistą wolnością?

NIEMYŚL

      Paradoks, który w dobie Internetu i platform społecznościowych jest uderzający: zaglądając tam odnosimy wrażenie, że oto doświadczamy burzy mózgów, a tak naprawdę mamy do czynienia z wyjałowioną myślowo pustynią.
Stąd mój kolejny neologizm: „niemyśl”.

       Czym się on różni od niemyślenia (bezmyślności)?
Otóż złudzeniem, że myślimy, podczas gdy w rzeczywistości bezrefleksyjnie przyjmujemy myśli innych. I chodzi nie tylko o memy, stereotypy, banały… Niekiedy natrafiamy na cale elaboraty mające pozory samodzielnej intelektualnej analizy, które tak naprawdę są pseudointelektualnym bełkotem kompilującym pomysły i koncepcje innych, krążące zwykle w internetowej sieci.
Królują wszak memy tudzież aforyzmy, sentencje i życiowe „mądrości”, (o których zwykle zapomina się po 15 sekundach).

      Wraz z rewolucją informatyczną i szalonym rozwojem Internetu, zaszło wielce osobliwe zjawisko: zalew informacji nie zwiększył wiedzy podpiętych do sieci ludzi – a tym bardziej nie spowodował, że zmądrzeliśmy. Wręcz przeciwnie: wzniecił informacyjny chaos – jeszcze bardziej przy tym nas ogłupiając i dezorientując.

      Tutaj chciałbym pewną rzecz uściślić: tak, można się zgodzić, że dzięki Internetowi ilość wiedzy wśród ludzi wzrosła, ale absolutnie nie przekłada się to na jakość tej wiedzy. Generalnie ludzie nie są w stanie przyswoić bardziej kompleksowej, eksperckiej wiedzy, której najczęściej nie potrafią zrozumieć, skupiają się więc na tym, co (jak się im wydaje) rozumieją. A są to rzeczy proste, nieskomplikowane, stereotypowe, powierzchowne, oklepane, trywialne, zwykłe… jak również myśli, które są już im znane, które przejęli, i z którymi się już oswoili. Tym sposobem błędne koło (nie)poznania i niemyśli się zamyka, tworząc owe osławione już bańki, gdzie przebywają zainfekowane jakimiś – zwykle „jedynie słusznymi” poglądami – ludzkie indywidua. A kiedy się już w takiej bańce jest, to odrzuca się wszystko, co do panującej w niej koncepcji nie pasuje – łącznie z przeczącymi jej faktami i argumentami, których po prostu nie przyjmuje się do wiadomości i ignoruje. (To dlatego naszych przekonań nie zmieniają nawet fakty.)
Tak więc mamy to co mamy: niski lot miernot koszący wszystko co wystaje ponad przeciętność – gubienie w śmieciach większości tego, co ma jakąś wyższą intelektualną czy mentalną wartość – tudzież zbijanie się jednakowo (nie)myślących osobników w gromady i stada – najczęściej pod przewodem naczelnych, wyróżniających się w jakiś sposób, baranów.
Wszystko to jest związane z niesamodzielnością myślenia (tych, którzy myślą samodzielnie, jest garstka) i co ciekawe (i na swój sposób ironiczne): najwięcej o konieczności samodzielnego myślenia krzyczą ci, którzy memom i stereotypom poddają się najbardziej.

      Wspomniane tu zjawiska stały się jeszcze bardziej widoczne w czasie panującej nam zarazy. Wirus obnażył wszystkie ludzkie słabości – i to nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale i cywilizacyjnym.
W całym tym zgiełku i chaosie (dez)informacji, która na nas spadła, doszło do jeszcze większego kryzysu autorytetów; do niemal zupełnego wyrugowania bardziej krytycznego i mądrzejszego sposobu myślenia; wreszcie do wysypu przeróżnych – nieraz kosmicznie bzdurnych i wręcz absurdalnych – teorii spiskowych, jako żywo przypominających zbiorową paranoję.

      Ale jak się temu ludzkiemu błądzeniu i zagubieniu dziwić, skoro nawet ci, po których można się było spodziewać, że dostarczą nam w miarę pewnej i rzetelnej wiedzy, przeczyli sobie nawzajem. Władze nadrabiały miną, ale tak naprawdę to działały „w ciemno” – podejmujący decyzje politycy nie mieli pojęcia jakie będą skutki ich decyzji. Wszelkie modele i prognozy brały w łeb, każde państwo zdane było na siebie (biurokratyczną WHO i nadętą EU o kant stołu można było potłuc) i co ciekawe (i jeszcze bardziej dezorientujące), ci którzy poszli drogą mniejszych restrykcji, jak się wydaje lepiej na tym wychodzą, niż ci, którzy pozamykali wszystko i wszystkich. (Nadal nie wiadomo skąd się biorą tak ogromne różnice statystyczne w liczbie zarażeń, zachorowań i zgonów w poszczególnych krajach – i jak one zależą od wprowadzonej tam polityki walki z epidemią. Bo to chyba nie jest tylko skutek manipulacji danymi, z którą bez wątpienia mamy często do czynienia).
Innymi słowy: okazało się – zwłaszcza w tym przypadku globalnej pandemii – że niepewność i niewiedza jest dla człowieka bardziej naturalnym stanem, niż pewność i wiedza.
W tym wszystkim ludzie mogli też dojść do wniosku, że skoro nawet naukowcom i ekspertom nie można ufać, to trzeba się udać do guru i szamanów; że skoro trudno jest myśleć racjonalnie, to jakimś wyjściem jest jednak „niemyśl”, czyli substytut myślenia.

UPOKORZENIE

      Kto z nas nie czuje się upokorzony przez tego prymitywa w koronie?
A mówiąc poważniej: czy to, że pozbawiono nas wolności; że jacyś politycy (którzy do tej pory nie mieli bladego pojęcia o wirusologii) nakazują nam, co mamy robić (a my się temu poddajemy); że zamącono nam w głowie tak, że sami już nie wiemy co jest prawdą, a co blagą, fałszem i manipulacją, co jest mądre, a co jest głupie; że zmuszono nas do żebrania o pomoc finansową państwa i władz, którymi często pogardzamy… czy to wszystko nie jest upokarzające?

    Ale przecież ludzkość została też upokorzona w wymiarze cywilizacyjnym, bo skoro nie taki znów groźny biologicznie wirus zdołał sparaliżować świat (głównie strachem), to czy nie może to budzić w nas podejrzenia, że nasza wielka cywilizacja jest jednak kolosem na glinianych nogach, który w każdej chwili może po prostu runąć?

      To upokorzenie, o którym piszę, może też wyrastać z uświadomienia sobie pewnych konsekwencji związanych z obaleniem (podważeniem) pewnych cywilizacyjnych i kulturowych mitów.
O pierwszym – i chyba najważniejszym – już wspomniałem: krytycznie nadwyrężony zostaje mit cywilizacyjnej wielkości człowieka.
Poza tym można chyba zaobserwować:

– Upadek mitu o wyższości cywilizacji zachodniej nad wszystkimi innymi.
– Upadek mitu wolnościowego funkcjonującego zwłaszcza w społeczeństwach państw opartych na ustroju liberalno-demokratycznym.
– Upadek mitu materialnego dobrobytu (rozwiązującego wszelkie problemy i zapewniającego szczęście).
– Upadek mitu o potędze współczesnej medycyny i naukowej wszechwiedzy.
– Upadek autorytetów organizacji globalnych (np. WHO) i kontynentalnych (np. EU) oraz jeszcze większe rozczarowanie politykami. (Pogłębił się też kryzys autorytetów indywidualnych utopionych w brei pseudo-autorytetów.)

      Tę listę można ciągnąć dalej.

       Warto dodać, że nawet jeśli te mity całkowicie się nie rozwieją (bo człowiek jednak bez mitów nie może funkcjonować) to zostaną mocno nadszarpnięte, co może mieć ogromny wpływ na kierunek, jaki obierze ludzkość po pandemii.

       Pandemia mogła nam uświadomić, że prawdziwą przyczyną kryzysu zdrowotnego (pociągającego za sobą śmierć setek tysięcy ludzi) nie był w istocie sam wirus (który wcale nie należy do najbardziej groźnych biologicznie) ale brak odporności organizmów ludzi żyjących w warunkach, które powodują coraz większe osłabienie ich (naszych) układów odpornościowych. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że najbardziej śmiercionośne żniwo nie zebrał koronawirus, a takie choroby („cywilizacyjne”), jak nadciśnienie, cukrzyca, nowotwory, nałogi, otyłość… do których z kolei najbardziej przyczynił się stres, nieodpowiednie odżywianie, życie w zatrutym środowisku naturalnym – wszystko to, co niesie ze sobą nasza (coraz bardziej wspaniała cywilizacyjnie) rzeczywistość.
No i oczywiście, nie można zapominać o starości, ale ta jest czymś zupełnie normalnym i nieuniknionym.

       Warto też zwrócić uwagę na to, że – jak się okazało – najmniejszą odporność immunologiczną posiadają ludzie żyjący na najbardziej ponoć rozwiniętym cywilizacyjnie Zachodzie (a generalnie: rasa biała, choć wyjątkiem są tutaj Afro-Amerykanie i Latynosi żyjący w Stanach).

       Wiadomo, że wszelkie odniesienia rasowe są teraz niepoprawne politycznie, ale jak inaczej wytłumaczyć fenomen niemal całkowitej odporności na koronawirusa w krajach, gdzie zdecydowaną większość stanowi rasa żółta (np. liczący blisko 100 mln. mieszkańców Wietnam, w którym zanotowano 325 zarażeń i gdzie nie ma żadnego zgonu z powodu Covid-19; czy w liczącym 7.5 mln. mieszkańców, niezwykle zagęszczonym ludnościowo Hong Kongu, gdzie wystąpiło 1000 zakażeń i 4 zgony; podobnie jest w Korei Południowej, Tajlandii, Japonii… także – jak do tej pory – w Indiach czy w krajach afrykańskich), jak nie większą odpornością ras „kolorowych”, które nota bene nadal przez sporą część ludzi białych stawiane są (bardziej lub mniej świadomie i otwarcie) niżej od własnej rasy?

      Co tu kryć: to wszystko co się działo na świecie – z nami i wokół nas – przez ostatnie miesiące, spowodowało szok, z którego jeszcze nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba, i jeszcze długo (może nawet już nigdy) nie będziemy mogli się z tego otrząsnąć. Było też uderzeniem, nie tylko w naszą wolność, zdrowie i szczęście, ale i w naszą godność.
A odebranie nam godności jest chyba największym upokorzeniem, jakie może nas spotkać.

       Czy wobec tego wszystkiego założenie, iż po tym doświadczeniu „większość z nas przejrzy na oczy i sprawy potoczą się w kierunku integracji, współpracy i szacunku dla osoby ludzkiej, dla jej autonomii i wolności” (Eichelberger) nie jest zbyt optymistyczne?
Obawiam się, że tak.

* * *

UWAGA: Artykuł ten ukazał się w wydawanej w Stanach Zjednoczonych „Gwieździe Polarnej”, nr 14 z 4 lipca 2020 roku.

Ilustracja: Alexander Milov, Love; fot. Dust To Ashes (źródło)

WIĘŹNIOWIE

Rozszerzając nieco formułę bloga, chciałbym w najbliższej przyszłości zamieścić na stronie Wizji Lokalnej kilka artykułów napisanych przeze mnie przed laty i opublikowanych w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst „Więźniowie” ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 lutego 1997 r.)

*

za kratami więźniowie

*

KRAJ WOLNOŚCI I WIĘZIEŃ

Liczba amerykańskich więźniów przekroczyła 2 miliony. Statystycznie, relatywnie wobec liczby mieszkańców, jest ich tu ponad 5 razy więcej, niż w jakimkolwiek innym rozwiniętym państwie. (Innymi słowy, w Stanach Zjednoczonych jest 25% więźniów przebywających w więzieniach całego świata.) Żadna cywilizacja w dziejach ludzkości nie miała tak rozwiniętego systemu penitencjarnego (mówimy o więzieniach, a nie obozach koncentracyjnych czy obozach pracy w państwach totalitarnych, wliczając w to Chiny). Jak na ironię Ameryka w oczach świata zawsze – nawet w epoce niewolnictwa – mieniła się krajem wolności i obywatelskich swobód – co, w obliczu tych faktów, wygląda na wielce ironiczny paradoks.
Bogate Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić na luksus (?) odizolowania od społeczeństwa całej armii skazańców, za utrzymanie każdego z nich płacąc 20 – 30 tysięcy dolarów rocznie. My, podatnicy, chcielibyśmy wierzyć, że nam się to opłaca. Lecz wiara ta nie jest w nas zbyt silna. Możemy być jednak pewni, że opłaca się to prywatnym kompaniom obsługującym cały ten więzienny biznes. I, niestety, podejrzenia o to, że taka olbrzymia ilość więźniów motywowana jest właśnie doraźnym zyskiem „przemysłu” więziennego, nie są chyba w tym kontekście bezpodstawne.
Woodrow Wilson przypomniał kiedyś publicznie, że to nie używaniem bata można zrobić z kogoś człowieka, a raczej kusząc go rzeczami, które warte są tego, by je kochać. Wątpliwe jednak by recydywista mógł tę poezję zrozumieć. Już sama miłość jest dla niego zwykle pojęciem jakby z innego świata. Niewątpliwie też, słowa Tagorego mówiące, iż chłostać może tylko ten, który kocha, przyjąłby z osłupieniem. A przecież i w samej Biblii można znaleźć upomnienie, iż ten kto szczędzi rózgi, nienawidzi swego syna (!).
Mało kto wierzy w możliwość pełnej resocjalizacji więźniów. Milcząco przyznaje się więc rację tym, którzy dążą do skutecznej (bo permanentnej) izolacji „niereformowalnych” skazańców. Ową tendencję reprezentuje ustawa amerykańskiego kongresu sprzed 6 lat, przewidująca surowe kary – i to bez możliwości ich złagodzenia – dla kryminalistów, którzy po raz trzeci popełnili poważne przestępstwo.
W to, że karą można poprawić człowieka, wątpiono zawsze. Nietzsche w „Pochodzeniu moralności” pisał: „Ogólnie mówiąc, kara czyni człowieka twardym, uodparnia go i znieczula, wzmaga koncentrację, wyostrza świadomość alienacji, wzmacnia siłę sprzeciwu.”

CZYŚCI I BRUDNI

Jakże różni mogą być więźniowie. Czasami jednego z drugim łączy tylko to, że przebywają za kratami – w zamknięciu. Poza tym – wszystko inne może ich dzielić. Wątpimy, że więzienie może poprawić człowieka, co chyba jest prawdą w stosunku do notorycznych recydywistów i większości pospolitych kryminalistów. W innych przypadkach zmiany pozostawione w psychice uwięzionego człowieka są bardziej skomplikowane i czynią więzienną transformację godną większej uwagi. Wszystko zależy od charakteru, formatu i osobowości człowieka pozbawionego wolności – także od okoliczności (i przyczyn) jego uwięzienia.
Jednych więzienie łamie, drugich umacnia. Jedni zamieniają się w zwierzęta (bo okazuje się to jedynym sposobem by przetrwać), inni chronią w sobie człowieczeństwo, zachowując wewnętrzną godność, mimo zewnętrznego upodlenia. Herling-Grudziński pisze, że najbardziej godnie i odważnie zachowywali się w sowieckich obozach ludzie wierzący. Pewnie takich miał na myśli ks. Jan Twardowski, mówiąc: „Wyobraźmy sobie więźnia łagru, niewinnie pokrzywdzonego skazańca z czystym sercem. Pije brudną wodę, je brudną ręką z brudnej skorupy, na brudnym stołku przykrytym brudną szmatą. Tyle brudu wokół niego, a on został czysty.”
Na wszystkich jednak więzienie pozostawia niezatarte piętno, deformując w jakiś sposób postrzeganą przez nich rzeczywistość. Z tego też chyba względu, niektórzy z polskich opozycjonistów pozbawionych wolności przez komunistyczne władze w czasach PRL-u, kiedy nastąpił przewrót, nie byli w stanie udźwignąć steru władzy, zdradzając nawet czasami symptomy manii prześladowczej, wykazując też skłonność do tworzenia tzw. „teorii spiskowych”, które są jednak zwykle niczym innym, jak pewną formą paranoi.
Czy można porównywać więzienie dla zwykłych przestępców z obozami faszystowskimi lub komunistycznymi, gdzie trafiali ludzie w całej swej różnorodności – często szlachetni i światli? Zresztą, nawet w pospolitym zakładzie karnym, znaleźć można wszelkie ludzkie typy.
Na ścianie więzienia w Edynburgu widniał kiedyś taki oto napis:

„Więzienie jest domem opieki,
Miejscem, gdzie nikt się nie rozwija.
Kamieniem probierczym, by sprawdzić przyjaciela.
Grobem dla tych co żyją.
Czasem to miejsce sprawiedliwości,
Czasem – miejsce krzywdy i bata.
Znajdziesz w nim złodzieja i uczciwego,
Znajdziesz ofiarę i kata.”

WIĘZIEŃ NR 1: NAWRÓCONY

Wraca co jakiś czas sprawa ukarania zabójców księdza Jerzego Popiełuszki, sprawców najsłynniejszej zbrodni politycznej w powojennej Polsce. Przypomnijmy, że w 1985 r. do więzienia trafiło czterech pracowników Służby Bezpieczeństwa: Piotrowski i Pietruszka z wyrokiem 25 lat pozbawienia wolności, Pękala – 15 lat i Chmielewski – 14 lat. Rok później, na podstawie amnestii, dwóm pierwszym zmniejszono kary do 15 lat, pozostałym – do 10 i 7 lat. Z kolei, już w następnym roku kary Piotrowskiego i Pietruszki stopniały do 10 lat, a pozostałych – do lat 6. W latach 90-tych byli już na wolności wszyscy, z wyjątkiem Piotrowskiego, którego jednakże wypuszczano co jakiś czas na przepustki.
Kilkakrotnie próbowano pociągnąć do odpowiedzialności wyższych funkcjonariuszy SB i MSW – generałów: Płatka, Ciastonia i Kiszczaka, lecz – jak wiemy – nic z tego nie wyszło.

Wraca po latach to wspomnienie dreszczu, jaki wielu z nas odczuwało patrząc na zaciętą twarz Piotrowskiego, jego bezlitosne oczy, wypowiedzi ostre, tnące i bezwzględne. Z tego człowieka emanowała wówczas siła, jaką często mają w sobie ludzie opętani złem, zaślepieni ideologią, która w ich głowach przemienia się w paranoję. Ci, którzy odczuli kiedyś grozę stalinizmu na własnej skórze, poczuli jego terror, niewątpliwie mogli przeżyć podczas procesu Piotrowskiego jakieś upiorne deja vu, reminiscencje z czasów zarazy: znowu stanęły im przed oczyma sceny z obozów, gułagów, więzień i kazamatów – ponownie zobaczyli twarze swoich katów. Natomiast ci, których w czasach stalinowskich nie było jeszcze na świecie, mieli oto przed sobą żywy relikt – obraz komunistycznego obłąkania, które wychodząc od „wzniosłych” przesłanek,”szczytnych” ideałów „dobra, sprawiedliwości, równości społecznej i szczęśliwości ludów” oraz „nowego ładu”, kończyło prześladowaniami i mordem – przypieczętowując utopię zbrodnią.

Tymczasem wpadł mi w ręce polski „Super Express”, gdzie zamieszczono wywiad, jaki reporterzy tej gazety przeprowadzili z Piotrowskim podczas jednej z jego półrocznych przepustek, która miała miejsce w 1997 roku. Wypowiedzi Piotrowskiego sprawiają rażenie wręcz pokazowych. Jeśli są szczere, nie mogą chyba nie wywołać satysfakcji – w myśl chrześcijańskiej przesłanki, iż Boga cieszy bardziej jeden nawrócony grzesznik, niż dziesięciu wiernych i cnotliwych (tezy nie do końca przeze mnie zrozumiałej, bo sprzeciwiającej się logice wymierności dobra.)

Grzegorz Piotrowski:

Grzegorz Piotrowski: „Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (…) To był kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie.”

Oto rozlega się donośne uderzenie w pierś własną Piotrowskiego:
„Byłem zanarkotyzowanym maniakiem. Z całą pewnością nie byłem człowiekiem zdrowym psychicznie. O tym jak myślałem może świadczyć fakt, iż byłem przekonany, że Katyń jest jedynie propagandowym wymysłem. Miałem poczucie posłannictwa. Każdy atak na Służbą Bezpieczeństwa traktowałem jak napaść na mnie samego (…) Zbrodni nie usprawiedliwia nic. Natomiast maniacy zarażeni ideologią są niesłychanie niebezpieczni (…) Więzienie jest najlepszym lekarstwem dla narkomanów, takich jak ja. Proszę mi wierzyć, ze lepszego lekarstwa nie ma.”
Jednak większość uderzeń pada na piersi cudze, głównie „firmy” i panującej w niej ideologii:
„Byłem tak mocno przesiąknięty ideologią, że nawet ryzykując skazanie na śmierć, czego chciał prokurator, postanowiłem, że trzeba bronić interesów ‘firmy’ (…) Na oczach miałem takie bardzo duże klapki. Z procesu wynikało, że zamordowanie księdza to mój wymysł, wybryk spowodowany moimi skłonnościami patologicznymi. Tak to próbowano sprzedać. A ja byłem przesiąknięty nie tylko ideologią partyjną, ale ideologią służb specjalnych. Mój umysł został ‘spacyfikowany’ mentalnością służb specjalnych.”
Niczym cała masa rewolucyjnych buntowników i ideowych prekursorów totalitaryzmu, stawiał się Piotrowski poza dobrem i złem:
„Tak, to trzeba było zrobić (tzn. ‘oczyścić’ ojczyznę z ‘wichrzycieli’ i ‘podburzaczy’ – przyp. LA). Działałem w poczuciu wyższej racji (…) Uważałem, że nawet cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione, gdy zapewniają spokój w państwie. Wówczas państwo kojarzyło mi się z władzą”.

Jak widzimy, Piotrowski przyznaje, że państwo utożsamiał z władzą, zdradzając tym samym istotę każdego państwa totalitarnego, w którym siła, przymus i władza stawiane są ponad człowiekiem (tzn. ponad człowiekiem z krwi i kości, a nie wyimaginowanym człowiekiem idealnej szczęśliwości, którą ma się osiągnąć w jakiejś bliżej nieokreślonej „świetlanej” przyszłości.”)
Morderca wypowiada się również w sprawie sumienia:
„(Oprzytomniałem), kiedy zobaczyłem w telewizji pogrzeb księdza Popiełuszki. Wstrząsnęły mną te tysiące ludzi. Dotarło do mnie wówczas, co się w istocie stało. Rodziców Popiełuszki widziałem jedynie w kilku migawkach, ale tak głęboko zapadli mi w pamięć, że bez trudu rozpoznam ich na ulicy (…) Bywały momenty, jeśli rozmawiamy szczerze, że siłą woli przywoływałem postać księdza Popiełuszki. Mówiłem do niego per ‘Jurek’. Jednak były to monologi – z tamtej strony była to tylko cisza.”
Czy mamy się w tym momencie wzruszyć? Na ile jest to wyznanie szczere, na ile wyrachowane?
Czy rzeczywiście tak cenne może być dla nas to „nawrócenie” i samokrytyka Piotrowskiego? (Nota bene, „samokrytyka” to był żelazny punkt w repertuarze komunistycznej gry i perfidii.) Jestem pewien, że gdyby układy polityczne z tamtego okresu przetrwały w niezmienionej postaci do dzisiaj, Piotrowski pozostałby przy swojej Ideologii, przy swoich Panach, przy swoim żłobie i dalej by uważał, że „cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione”, a nienawiść społeczeństwa do Służby Bezpieczeństwa to „przejaw głupoty i niezrozumienia naszej misji.”
Jego „nawrócenie” się i pokajanie jest więc niczym innym, jak kolejnym „nawróceniem” koniunkturalnym, czyli takim, które wynika z warunków zewnętrznych, a nie z własnej wewnętrznej potrzeby, ludzkich przemyśleń, głosu sumienia…
Lepsza chyba jednak taka przemiana, niż żadna.

Może się to wydać zdumiewające, ale dało się słyszeć wśród Polaków opinie świadczące o podziwie dla charakteru Piotrowskiego, dla jego „nieugiętej”, „twardej” postawy podczas procesu. Taka admiracja jest dla mnie dość wstrętna, nawet jeśli przyjmiemy, iż rzeczywiście wynikało to z żelazności charakteru esbeka. A może jednak było to efektem przeświadczenia, że mimo wszystko zbrodnia ta pozostanie bez kary? (Tak, jak bez kary pozostały inne zbrodnie komunistycznego reżimu.) Właściwie tylko przypadek sprawił, że towarzyszący Popiełuszce Chrostowski uciekł i dzięki temu wszystko wyszło na jaw.
Poza tym, gdzie ten charakter Piotrowskiego, lojalnego wobec własnych wyborów? (Choć przyznaję, że to pretensja cokolwiek przewrotna.) A może nie był to żaden podziwu godny charakter, a ordynarne zaślepienie, omamienie, poczucie bezkarności i buta? Czyli – koniec końców – bezmyślność, głupota i nikczemność. A takimi cechami charakteru trudno doprawdy się zachwycić.
Możemy odnieść wrażenie, iż – udzielając wywiadu – Piotrowski rozumuje w miarę trzeźwo i krytycznie, dochodzi jednak do mylnej konkluzji:
„Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. (Zresztą nie tylko w Polsce – przyp. autora) Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (…) To był kabaret. Czytałem ostatnio fragmenty ‘Białej Księgi’. To jest pewien przykład na to, że to jest jednak cały czas kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie.”
To prawda, służby specjalne w Polsce często przypominały groteskowy, acz potworkowaty kabaret. Niestety, choć obsada artystyczna i dekoracje nieco się zmieniają, to rodzaj występów pozostaje ten sam, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, czytając choćby wspomnianą przez Piotrowskiego „Białą Księgę” (będącą zapisem rozmów funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa), o której swego czasu było dosyć głośno. Doprawdy, lektura ta mogła wpędzić człowieka w przygnębienie. Po raz kolejny byliśmy w stanie uświadomić sobie jak małym rozumem ten świat jest rządzony – od jakich chamów, bandziorów i kretynów zależy czasem sytuacja w świecie, a tym samym jego (i nasze) losy. Śledząc polskie komentarze na temat „Białej Księgi” odnosiłem niekiedy wrażenie, iż pewnymi ludźmi w kraju nadal powoduje strach (a w najlepszym razie asekuracja), dlatego w ocenie tego arcydzieła polskiej myśli wywiadowczej są tacy ostrożni i powściągliwi. Ostatecznie, obciążona komunistycznym dziedzictwem i nawykami „bezpieka” działa do dziś, a jej macki dalej w dalszym ciągu mogą być silne, długie i chwytne.
Wróćmy jednak do Piotrowskiego i jego stwierdzenia, iż miał wrażenie, że gra w dramacie, a w rzeczywistości był to jednak kabaret. Jeśli już był to kabaret… to tylko do momentu, kiedy w tym kabarecie zamordowany został człowiek. Zdarzyła się tragedia, która farsę zamieniła w dramat. Czy rzeczywiście – do dzisiaj – Piotrowski uświadomił to sobie naprawdę?

WIĘZIEŃ NR 2: OCALONY

To była rozmowa z katem. Kolej teraz na rozmowę z ofiarą.
Harry H. Wu wiele lat swego życia spędził w laogai – chińskich obozach pracy. Zdołał w końcu wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie został dyrektorem The Laogai Research Foundation. Swego czasu odwiedził też Polskę z życzeniem, by ta potępiła laogai w sposób konkretny – a więc nie tylko moralny, ale i polityczny – zakazując jednocześnie importu produktów powstających w niewolniczych obozach pracy: „Biznesmenów zachęcam do inwestowania w Chinach, bo do nich rzadko trafiają argumenty o prawach człowieka. Przypominam jednak, że komuniści zagarnęli po rewolucji własność prywatnych przedsiębiorców krajowych i zagranicznych. Biznesmeni uczą się tylko na własnych stratach, a trzeba pamiętać, że komuniści nie wyparli się dotąd celów swojej rewolucji”.

Harry Wu:

Harry Wu: „Jeśli zejdziesz do poziomu zwierzęcia, te problemy znikają. Co cię obchodzi godność albo miłość? To są ludzkie wymysły. Czy ktoś dyskutuje z psem o znaczeniu wolności?”

Mam przed sobą niezwykle interesującą rozmowę z Harrym Wu przeprowadzoną przez Adama Szostkiewicza i opublikowaną w „Tygodniku Powszechnym”.
„Kim Pan jest? Demokratą” – pyta się rozmówca, a Harry Wu odpowiada: „Jestem człowiekiem, który ocalał z laogai. Świadkiem chińskiego koszmaru.”
Tak więc, nie zamierza się on określać politycznie, uznając za istotę swojej osobowości (i postawy) to, co ukształtowało się w nim podczas pobytu w laogai i po późniejszym ocaleniu. Okazywanych mu teraz w świecie objawów szacunku i podziwu nie bierze do siebie. Cóż on bowiem znaczy? To, że świat zna jego twarz i nazwisko liczy się tylko dlatego, że za nim kryją się imiona i twarze milionów anonimowych ludzi. Tylko dlatego ważne jest jego ocalenie. Nadal jednak w jakimś sensie czuje się więźniem – psychicznie bowiem nie opuścił tamtego świata, a jego mieszkańcy wciąż mu towarzyszą. Odzyska wolność dopiero wtedy, kiedy laogai przestaną istnieć.
Jak trafił do obozu? Jak kształtowały się jego poglądy i świadomość? Jak wygląda historia jego życia duchowego i ideowego?
To skomplikowane.
W dzieciństwie był człowiekiem bardzo religijnym, ochrzczono go gdy miał 11 lat. Był więc katolikiem. Po wybuchu rewolucji życie religijne wygasło. Zaczął studia, czytał Marksa, Lenina i Mao, chciał przyjąć ich punkt widzenia. Nawet wtedy, gdy w 1960 roku aresztowano go za „działalność kontrrewolucyjną” (ośmielił się publicznie krytykować interwencję sowiecką na Węgrzech) i wysłano go do jednego z licznych obozów „reedukacji przez pracę”, to nawet wtedy uważał, że zasłużył na karę, że nie miał racji – jak może mieć rację, skoro wszyscy dookoła myślą inaczej, niż on? („99,99% ludzi sądziło, że komunizm jest dobry, a Mao jest bogiem” – mówi Wu.)
Izolacja, dobrowolna czy narzucona, robi swoje. Zaślepia. Odbiera poczucie kierunku: „Strącają cię na dno, między żaby. Mijają lata, dziesiątki lat i zaczynasz wątpić w istnienie nieba. Prawda? Cóż jest prawda? Zaczynasz przeczyć najoczywistszym prawdom. Niebo? Nie, niebo wygląda inaczej. Przecież jesteś tylko żabą wśród innych żab.” Bunt nie ma sensu – nie ma dlań miejsca, ani uzasadnienia.
W pewnym momencie Wu przekroczył granicę między życiem a śmiercią. Groziła mu śmierć z głodu, był torturowany. W kopalni, w której pracował, miał prawie śmiertelny wypadek. W takich sytuacjach rodzi się w człowieku pytanie o sens życia: „Bo wszystko wydaje się warte tyle, co popiół z papierosa.”
Jednak istoty ludzkie różni od zwierząt wyobraźnia i nadzieja, plany, pragnienia… Życie więźnia także rządzi się nadzieją, gdyż człowiek to takie zabawne stworzenie, które – nawet jeśli nie widać znikąd żadnej nadziei – to ją sobie stwarza.
Wielu z jego towarzyszy-współwięźniów, popełniło samobójstwo. On sam próbował się zagłodzić na śmierć. Ale wybrał inny sposób wydostania się z laogai: zapomnieć, że jest się istotą ludzką – zamienić się w zwierzę: „Jeśli zejdziesz do poziomu zwierzęcia, te problemy znikają. Co cię obchodzi godność albo miłość? To są ludzkie wymysły. Czy ktoś dyskutuje z psem o znaczeniu wolności?”
Przestał więc byś człowiekiem.
W obozie modlił się tylko dwa razy: „Najpierw, na samym początku, zanim zamieniłem się w zwierzę. Wtedy jeszcze płakałem na myśl o ukochanej, o kolegach, o życiu na wolności. Później, może po półtora roku, przestałem płakać na długie lata. Po raz drugi modliłem się, kiedy mój współtowarzysz umierał z wycieńczenia, a ja czułem się moralnie współodpowiedzialny za niego i siebie: Boże, uczyli mnie, że jesteś wszechobecny. Gdzie jesteś? Giniemy tu, niewinni. Gdzie jesteś?! Krzyczałem: gdzie jesteś?! I przestałem się modlić. Kiedy mnie wypuszczono, wyjechałem do Stanów. Tam wróciłem do kościoła. Odkryłem, że Bóg jest nadal w mojej duszy.”

Wśród wypowiedzi Wu znaleźć też można fragment, który znakomicie potwierdza tezę głoszącą, że totalitaryzm ma szansę choćby tylko czasowego utrzymania się jedynie w społeczeństwie o odpowiedniej tradycji autorytaryzmu i absolutyzmu, sięgającej wieki wstecz. Podobnie było ze społeczeństwem rosyjskim, które od stuleci carat wychowywał na naród niewolniczy (dzięki czemu, do dzisiaj nie milkną głosy sceptyczne, co do szans powodzenia autentycznych przemian demokratycznych w tym kraju).
Harry Wu mówi o Chinach: „Trzeba pamiętać, że chińska kultura i tradycja nie zaczynają się w czasach komunizmu, tylko sięgają dwa – trzy tysiące lat wstecz. W konfucjanizmie nie istnieje pojęcie praw jednostki, człowiek jest częścią społeczeństwa i państwa. Wartość jednostki określa miejsce, jakie zajmuje ona w hierarchii społecznej. Wszystko, co robi władza, jest dobre i należy to akceptować. To są wyobrażenia autorytarne i taka jest też nasza tradycja państwa. Dla Chińczyków władza i system nie pochodzą od Boga, naszym emblematem jest smok. Cóż to jest smok? Nic i wszystko! Za znakiem smoka kryje się absolutna władza cesarza, dynastii, dygnitarza…, którym należy się ślepe posłuszeństwo. Komunizm czerpie z tej tradycji, choć jego ideologia jest produktem Zachodu. A konfucjanizm i buddyzm były popierane przez państwo, bo potwierdzały przekonanie, że człowiek zasłużył sobie na swój los, a jego pozycja społeczna jest z góry przesądzona. Lecz Chińczycy nie buntowali się przeciwko komunizmowi nie tylko z tych powodów, lecz także ze strachu. Strach towarzyszył nam od wieków. Karą za wystąpienie przeciwko cesarzowi była nie tylko śmierć buntownika. Zagłada spadała na całą jego rodzinę. To samo zdarzyło się w epoce Mao. Bezwzględne represje polityczne są częścią naszej tradycji. W Chinach komunistycznych zmuszano ludzi z otoczenia skazanego, do jego potępienia.”
Warto o tym wszystkim pamiętać, podniecając się obecnym tempem wzrostu chińskiej potęgi.

*