WCIĄŻ SZALENI PO TYCH WSZYSTKICH LATACH…

Okazuje się, że nie miał racji Ian Anderson obdarzając jedną z dawnych płyt swojego zespołu „Jethro Tull” tytułem „Too Old To Rock&Roll, Too Young To Die” („Za starzy na rock&rolla, zbyt młodzi by umrzeć”). Okazało się bowiem, że również rock niekoniecznie musi być domeną młodzieniaszków. Kiedy rodził się rock&roll wydawał się być zaledwie kolejną, przejściową fanaberią nastolatków. Minęło kilkadziesiąt lat, a ci, którzy go ciągle uprawiają dochowali się już wnuków, może nawet prawnuków. Rzecz to jest więc o tych, którzy mniej więcej 20 lat temu* byli na rockowych wyżynach – wyznaczali rytm muzyki i jej kierunki: nadawali barwę i kształty, tworzyli kanony – a którzy do dzisiaj są „w drodze”, nagrywają nowe albumy, dają koncerty, ich muzyka nadal ewoluuje.

Carlos Santana (zdjęcie własne)

„Still Crazy After All These Years” – śpiewał też przed wieloma laty Paul Simon i już wtedy wydawało się, że z nostalgią wspomina stare dobre lata 60-te, kiedy razem z Artem Garfunkelem tworzyli najpopularniejszy duet w Ameryce, a pewnie i na świecie. Ale oto mijają kolejne dekady i Simon ciągle przebywa gdzieś w okolicach muzycznych szczytów, a bilety na jego tregoroczne tournée wyprzedawano na pniu. Po drodze zdążył nagrać fascynujący album „Graceland”, który stał się już klasyką, mimo swojego kilkuletniego* zaledwie żywota. Podobnie sprawy mają się z innymi twórcami rocka.

Wypada zgodzić się z tym, że okres największej świetności rocka przypadał na drugą połowę lat 60-tych i pierwszą 70-tych. Wtedy to muzyka nie była jeszcze tym, czym jest obecnie – „dobrem” konsumpcyjnym, skomercjalizowanym do cna i ostatniej nutki towarem, który należy sprzedać z jak największym zyskiem. Była czymś znacznie więcej: stylem i filozofią życia – dla wielu  była wszystkim, co posiadali i co chcieli posiadać.
Kiedy więc John Lennon w czasach apogeum bitelmanii głosił, że Beatlesi są bardziej popularni od Jezusa, to nie silił się wcale na obrazoburstwo i szokowanie konserwatywnych mieszczuchów – to było proste stwierdzenie faktu. Muzyka popularna, rockowa wywierała niekwestionowanie ogromny wpływ na całe ówczesne młode pokolenie, a tym samym na kulturę, politykę, społeczeństwo wreszcie. Dla tego ostatniego często była sumieniem, prawdomównym zwierciadłem, w którym – aczkolwiek niechętnie – mogło się ono przeglądnąć. Jej twórcy – kompozytorzy,  wykonawcy, autorzy tekstów – kształtowali świat młodzieżowych wartości, byli ideowymi przywódcami, prorokami, guru…

Festiwal Woodstock (1969) był kulminacją młodzieżowej kontrkultury tamtych czasów, której głównym środkiem ekspresji była muzyka rockowa właśnie. Podobnie rzecz miała się z festiwalem w Monterey, który mniej już może interesował socjologów, ale od strony muzycznej był chyba jeszcze bardziej interesujący (lepszy) niż Woodstock. Na obu wystąpiła „śmietanka” ówczesnego rocka: „The Who”, „Grateful Death”, „Ten Years After”, „The Band”, „Crosby, Stills, Nash & Young”, „Jefferson Airplane”, Carlos Santana, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joe Cocker, Joan Baez
Ale to nie wszystko. Festiwale te nie były w stanie oddać całej różnorodności tego, co działo się wówczas w (rozumianej ogólnie) muzyce rockowej. Twórczość Boba Dylana spowodowała, że na tzw. pop zaczęto patrzeć z większą estymą, a teksty barda uznane zostały za wysokich lotów poezję.
Nie sposób też zapomnieć tu o Brytyjczykach. I to nie tylko o „Beatlesach”, którzy sami w sobie byli fenomenem kulturo-twórczym, czy o „Rolling Stonesach”, stanowiących diaboliczne alter ego słodkich i ulizanych (w pewnym okresie) Liverpoolczyków, i już wówczas definiujących kanon rockowej „kapeli”. To właśnie głównie oni byli odpowiedzialni za tzw. British Invasion, a obok nich inni: „Yardbirds”, „Kinks”, „Animals”, „Manfred Mann”, „Fleetwood Mac”… Przed okrutnymi podatkami z Wysp uciekli również wtedy np. Elton John czy Rod Stewart. W cenie były niezapomniane zespoły wygrywające piorunującą mieszankę rocka i bluesa: „Cream” (Eric Clapton), „Led Zeppelin”, grupy Steviego Winwooda„Traffic”, „Spencer Davis Group”, „Blind Faith”; dalej, hard-rockowe formacje – „Deep Purple”, „Black Sabbath”, „Uriah Heep”, „T. Rex”… Znakomicie łączyli bluesa i rocka, folk i country „Allman Brothers Band”, później „The Eagles” czy „ZZ Top” – grupy amerykańskie z krwi i kości. W Stanach głośno też było o „Steppenwolf”, „Lynard Skynard”, „Grand Funk”
Oddzielnie i z niejakim namaszczeniem wypada wspomnieć  grupach odpowiedzialnych we wczesnych latach 70-tych za stworzenie nurtu zwanego art-rockiem. A więc rock traktowany stricte jako sztuka: rozbudowane aranżacje, wzbogacone instrumentarium, poetyckie teksty, formy rozwijające się w suity. Odbywało się to za sprawą takich formacji, jak „Yes”, „Genesis”, „King Crimson”, „Pink Floyd”, „Emerson, Lake & Palmer”. Tak, to były dla rocka lata zaiste szczerozłote.


Zdecydowana większość tych wykonawców, których wymieniłem, nie tylko utrzymała się na powierzchni do dzisiaj*, ale z powodzeniem konkuruje z młodą rockowa generacją: mają swoich odbiorców nie tylko wśród rozsentymentalizowanych i nostalgizujących (późnych) 30-latków, ale i również wśród zupełnych jeszcze małolatów. Nie dali zepchnąć się w odstawkę, grają swoją muzykę bez kompleksów starych stetryczałych dziadygów. W Polsce ukuto dla naszych krajowych stworzeń tego typu nazwę „dinozaury”. Ale tych gadów już przecież nie ma – wyginęły bez (bardziej widocznych) śladów lub zastygły, spetryfikowane na wieki wieków w skałach. Tego nie da się powiedzieć o rockowych weteranach, którzy stale są gorący tak, jak gorąca jest ich muzyka.
No więc tak się właściwie sprawy mają. Rzućmy okiem na tę moją wyliczankę. „The Who”. Kilka razy zebrali się w latach 80-tych by dać parę bardzo dobrych koncertów. Roger Daltrey nic nie stracił ze swej ikry – śpiewał znakomicie. Jednak razem wygrywali swoje stare nuty. Tym kto stworzył coś nowego – ale firmując to już własnym nazwiskiem – był muzyczny lider grupy Pete Townshend. „Greateful Dead” mają się cały czas znakomicie (niedawno z koncertem w Chicago). Ten zespół to już „instytucja” i to prężnie działająca. Wielu nie waha się ich nazwać amerykańską grupą Nr 1. Również „Lynard Skynard” (aczkolwiek przetrzebieni) wyszli niedawno ze studia z nowymi nagraniami. Ciągle robi to też kapela o nazwie „Chicago” (z 21 płytami na swoim koncie).
Carlos Santana ma swoich stałych, wysmakowanych zwolenników. Co jakiś czas wydaje albumy, na których nie brak perełek – ten znakomity muzyk i gitarzysta nie daje zapomnieć o tych swoich pięknych, melodyjnych, krystalicznie czystych gitarowych solach i gorącym rytmie. Również ostatnimi laty wiele razy rozlegały się w salach koncertowych niepowtarzalne harmonie Crosby’ego, Stillsa i Nasha. Ale najśmielej z wszystkich poczyna sobie Neil Young. Uważany za ostoję (bastion raczej) tego mainstreamowego, krwistego rocka, daje płomienne koncerty. Jego niedawny album „Freedom” przywitały pienia aprobaty i zachwytu. Całkiem zasłużenie.

Joe Cocker

Specjalne słowa uznania chciałbym zatrzymać dla Joego Cockera. Któż z nas nie pamięta jego niesamowitego występu na Woodstock? Do dzisiaj poraża ta naprawdę genialna interpretacja beatelsowskiej piosenki „With a Little Help From My Friends”. Jednak tym, co najbardziej imponuje u Cockera, to jego nie tak dawny, tryumfalny comeback po kilkunastu latach milczenia i dramatycznej walki z alkoholizmem. Posłuchajcie albumów „Unchain My Heart” lub „One Night of Sin”. Przyznacie, że nagromadzonym tam ładunkiem emocji, można obdzielić płyt kilkanaście.

Jednak nie wszyscy idą naprzód. Wielu odcina kupony ze swojej dawnej chwały, sławy i świetności. „The Byrds”, „Black Sabbath”, „Nazareth”, „Uriah Heep”, „The Moody Blues”… wypadają niestety na koncertach jak pogrobowcy swoich własnych cieni. Szczególnie boli to w przypadku Boba Dylana. Dzieje się z nim coś niedobrego. Dowodem na to jego ostatnie wystąpienia. Mam nadzieję, że nagrana przez niego dwa lata temu płyta „Oh Mercy” nie będzie jego ostatnim – gorzkim i melancholijnym (wes)tchnieniem.
Próbowali nagrywać coś „Deep Purple”, najczęściej nowe wersje własnych utworów sprzed lat. Ale nie miało to blasku. Już lepiej im wychodziło w mutacji „Whitesnake”. Ozzy Osbourne (ex „Black Sabbath”) znalazł sporą grupę wiernych odbiorców wśród co nieco zblazowanych metalowych małolatów. ale to, co wyprawiają np. z Alicem Cooperem zupełnie nie trafia mi do przekonania – i to nie tylko z powodu chorobliwej estetyki tego, czym się otaczając, tworząc swój dziwaczny jednak, „gotycki” image.

Lecz porzućmy jednak ten niezbyt radosny margines i powróćmy na jaśniejsze terytoria rockowej sceny. Z Beatlesów w najlepszej formie (jak zwykle od rozpadu grupy) jest Paul Mc Cartney. Na jego ubiegłoroczny występ w Chicago biletów nie uświadczyło się już na kilkanaście tygodni przez koncertem. Z materiału nagranego podczas tegorocznego tournee Mc Cartney był na tyle zadowlony, że wydał to na płycie. Parę miesięcy temu, z samą gitarą akustyczną wstąpił – tak jakby od niechcenia – na godzinkę do studia MTV, zaśpiewał kilka piosenek, co natychmiast wydano na kompakcie, a krytycy z miejsca przykleili na tym maksymalną ilość gwiazdek.
George Harrison wystąpił zaś w czymś zupełnie niewiarygodnym pt. „Traveling Willburys”. W formacji tej – wraz z innymi kombatantami rocka (tak zasłużonymi, jak: Bob Dylan, Roy Orbison, Tom Petty i Jeff Lynne) nagrał dwa albumy, na których radość z grania i śpiewania konkuruje z prostotą i bezpretensjonalnością. Całość przypomina spotkanie starych kumpli po fachu, którzy zebrali się, by powspominać dawne dobre czasy.
„The Rolling Stones” zapisali się już w historii tym chociażby, że grali w niezmienionym od tylu lat, że pobili tym rekord. Podobno rozeszli się po ostatnim, niezbyt udanym tournee, ale ja w to nie wierzę. Kiedyś pewnie znów zobaczymy siwego Wattsa, zdartego Richardsa i niezmordowanego Jaggera wykrzykującego: „I know it’s only rock’n’roll, but I like it!”.

Ze starego „Zeppelina” najbardziej aktywny jest Robert Plant. Z „Genesis”Phil Collins oczywiście wiedzie prym wśród twórców rockowej ballady, choć przecież wielką karierę solową kompozytora i wykonawcy zrobił także związany z tym legendarnym zespołem, Peter Gabriel. Z „The Eagles” najbardziej powiodło się Donowi Henleyowi, choć i Glen Frey miał swoje sukcesy. „Allman Brothers” na początku ubiegłej dekady dawali wspaniałe koncerty, teraz znów są w trasie. Mimo, że nigdy nie będą tym, czym byli z Duanem Allmanem, nadal potrafią zagrać ze znakomitym feelingiem (patrz: tegoroczne tournee i płyta „Seven Turns”). Jednak najbardziej robi wrażenie to, co robią starzy blues-rockowi wyjadacze z Teksasu: „ZZ Top” – fantastyczne koncerty i albumy z tym ich ciężkim a zarazem melodyjnym brzmieniem (świeży krążek „Recycler”).

Eric Clapton

Eric Clapton był ciągle w formie zwyżkującej (dowód: jego ostatnie koncerty i rewelacyjna moim zdaniem płyta „Journeyman”). Także Steve Winwood (nota bene kolega Claptona z „Blind Faith”) święci tryumfy, nie tylko wśród uwielbiających go yuppies. Jego „Back in the Highlife” został przez fachowców uznany za jeden z najlepszych albumów lat 80-tych. (Parę tygodni temu dał świetny koncert w Chicago.)
Imponująco dał nam o sobie znać w ubiegłym roku Roger Waters (ex „Pink Floyd” naturalnie) spektakularnym widowiskiem laserowo-muzycznym „The Wall” w Berlinie, wykorzystując muzykę ze słynnego podwójnego albumu grupy macierzystej sprzed lat 10-ciu. David Gilmour zaś firmuje się nazwą „Pink Floyd” mimo, że bez Watersa i Baretta. Ale na szczęście ni gubi tak bardzo tego niezapomnianego brzmienia Pink Floydów, czego można posłuchać np. na „Delicate Sound of Thunder”.
Sensacyjnie wręcz zapowiada się reunifikacja wszystkich (ośmiu!) byłych członków „Yes”, łącznie więc z tymi kluczowymi: Wakemanem i Brufordem. Czy nie będzie to rozczarowanie, będziemy się mogli wkrótce przekonać, słuchając ich za parę tygodni na koncercie w Chicago. Podobnie będziemy mogli niedługo sprawdzić, jak się prezentuje i gra dzisiaj kultowe niemal trio „Emerson, Lake & Palmer”.
No, może dość tego! Nie sposób tu bowiem wymienić tych wszystkich, którzy na przekór czasowi (i czasom) robią „swoje”. Można by także wiele dobrego napisać np. o ognistej „babci” Tinie Turner, „Fleetwood Mac”, Eltonie Johnie, Rodzie Stewarcie, Jeffie Becku, „Rush”… Dzięki nim ma szansę przetrwać w rocku to, co najlepsze i najcenniejsze. Jestem pewien, że za lat 10 – może nawet 20? – znów będzie można o nich napisać: „Still Rocking After All These Years”.

* UWAGA: Może to niektórych zdziwić, ale artykuł ten napisany został ponad 20 lat temu (opublikował go w maju 1991 r. „Dziennik Chicagowski”). A zdziwienie oczywiście może się brać także stąd, że jest on na swój sposób nadal aktualny. Bowiem większość wymienionych w nim zespołów i wykonawców w dalszym ciągu koncertuje, wydaje nowe płyty i nie myśli schodzić ze sceny (swoją drogą ciekaw jestem, czy na swoje 50-lecie istnienia, wystąpią Stonesi). Wypada im tylko wszystkim życzyć: Rock on, guys! The show must go on!

A w ramach dopisku, krótka notka zapisana po obejrzeniu filmu Martina Scorsesego, ukazującego koncert Stonesów z 2008 roku:

*

JĘZYK MICKA JAGGERA (O filmie Martina Scorsesego „The Rolling Stones – Shine a Light”)

Christina Aguilera i Mick Jagger

Widziałem dzisiaj najnowszy film Martina Scorsese „Shine a Light”, będący zapisem jednego z ostatnich koncertów „Rolling Stonesów”. Sala była pusta ale obok mnie usiadły trzy siedemdziesięcioletnie kobiety. Nie tylko nie zasnęły, ale nawet przytupywały wtórując szalejącym na scenie dziadkom. Nie jest tak źle, pomyślałem. A mówią że świat zmierza ku zagładzie.

Gdzie te czasy kiedy uważano, ze ktoś jest too old to rock’n’roll, too young to die?  Jak widać na przykładzie Stonesów, na rock’n’rolla nigdy nie jest się za starym. Rockowy czad, twarze poryte zmarszczkami… kto by pomyślał, że to może iść ze sobą w parze?
Rock się obronił! Rock żyje! Rock will never die! – deklarują (zwykle bardzo głośno) ci, którzy mają już szósty czy nawet siódmy krzyżyk na karku, ale ani myślący schodzić ze sceny.

Na czym polega fenomen rocka? Skąd wynika jego żywotność?
Z pewnością nie z ideologii, która nota bene zmieniała się na przestrzeni lat, a była po kolei wszystkim: kwiecistą utopią, naiwnym rebelianctwem, buntowniczą kontestacją, narkotycznym eskapizmem, wulgarną prowokacją, straceńczym nihilizmem, awanturniczym ekscesem… i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze! Rock się trzyma dzięki swojej pierwotnej, ekstatycznej sile, która eksploduje z samych trzewi rockmanów.
Właśnie! Rock jest czystą energią, jaka się wydziela w ludziach pod wpływem prostych a dobitnych środków: mocnego rytmu, krzykliwej wokalizy, motorycznego drive’u i ostrych gitarowych riffów, które niczym szamańskie zaklęcia wprowadzają ich w trans, wyzwalając przy tym moc nie znaną żadnej innej muzycznej ekspresji.

Zespół „The Rolling Stones” są genialnym uosobieniem tego, co przed chwilą napisałem o rocku i film Martina Scorsese „Shine a Light” (czyli „The Rolling Stones w blasku świateł”, bo pod takim bodajże tytułem wchodzi on właśnie na polskie ekrany), doskonale to potwierdza. Scorsese świetnie wie jak się robi filmy naładowane emocjami i energią (przypomnijmy sobie choćby jego „Taksówkarza” czy „Wściekłego Byka”). Miał też już do czynienia z dokumentacją innych koncertów (m. in. był jednym z operatorów kręcących słynny „Woodstock”, zrealizował też film z pożegnalnego koncertu legendarnego zespołu „The Band” – pamiętany do dzisiaj „The Last Waltz”). Tutaj utrwalił po prostu jeden z ostatnich koncertów „Stonesów” na taśmie filmowej, ale uczynił to tak, że mamy wrażenie, iż sami wchodzimy na scen – że oto Jagger, Richards, Wood i Watts grają tuż obok nas, są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka i energia emanująca zwłaszcza z diabelnie dynamicznego Jaggera, który dokonuje na scenie rzeczy niewiarygodnych, o jakie nigdy nie podejrzewalibyśmy sześćdziesięciokilkuletniego seniora. Takiej kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
Kto pamięta niegdysiejsze ekscesy „Stonesów”? A zwłaszcza – kto obecnie ma im to za złe? Oto na ich koncert przychodzi dziś były prezydent Stanów Zjednoczonych Clinton. Wśród publiczności możemy również zobaczyć naszego byłego prezydenta Kwaśniewskiego, który być może zawitał tam w drodze na Filipiny – a może wracając już z Filipin?
Prezydenci na rockowym koncercie!? O czym to może świadczyć? Być może o tym, że w końcu i sam establishment dał się obłaskawić rockowi (bo raczej trudno sobie wyobrazić to, aby stało się coś wręcz odwrotnego). Rocka można ubrać w garnitur, zawiesić mu krawat, ale i tak w końcu pokaże on wszystkim czerwony jęzor Jaggera.

The Rolling Stones (Keith Richards w rockowym rozkroku)

*

POGAŃSKA MSZA I MELANCHOLIE NA SPRZEDAŻ

*

Koncert jako rytuał, ekspresja, wyzwolenie energii i manifestacja (Roger Waters z zespołem na rockowej scenie)

*

Zimny wieczór, zbiera się na deszcz… Przez dwie godziny jedziemy – przepychając się przez korki – do Tinley Park, na koncert Rogera Watersa. Procesja samochodów sunie z wolna na olbrzymi parking; tuż obok sceny oblężone budki z piwem Budweisera i stoiska z junk-foodem. Audytorium i trawnik wypełnione po brzegi tłumem w różnym wieku, oczekiwanie na show…

*

ROCK JAKO SZTUKA?

„Pink Floyd”, dla którego Waters był głównym artystycznym animatorem, to zespół mojej młodości i mimo że od tamtego czasu dzieli mnie już ładnych parę dziesiątków lat, to muzyka ta nadal mocno siedzi w mojej głowie i wszystko wygląda na to, że usadowiła się tam na dobre i na złe – i to na zawsze.

Istnieje jakaś niepisana umowa by w tzw. wyższych „intelektualnych” sferach kultury nie traktować poważnie rocka, wciskając go w jedną z nisz kultury masowej, o której mówi się często z lekceważeniem. Oczywiście wiele tzw. gwiazd rocka mocno pracuje na to, by podobne zapatrywania miały rację bytu: bufonada, poza, ekscesy, pretensjonalność, kicz, płycizny, pusty wygłup… tak to wszystko jest w tym światku rocka na porządku dziennym. A jednak sądzę, że pewne aspekty pop-kultury – w tym także i muzyki rockowej – mają nie tylko znaczenie socjologiczne, ale mogą też być rozpatrywane w kategoriach sztuki i artyzmu. Moim zdaniem Gilmour, Waters, Mason i Wright sięgnęli czegoś, co bez wątpienia nazwać można geniuszem. Wrażenie to nie opuszcza mnie nigdy kiedy słucham zwłaszcza „The Dark Side of the Moon” czy też „Wish You Were Here”.

Czy mamy się wstydzić naszej afektacji rockiem, kiedy np. słuchamy Mozarta, czytamy Flauberta czy oglądamy Tycjana? Na pierwszy rzut oka (czy ucha) wydaje się, że światy te dzieli przepaść, ale po głębszym zastanowieniu się można dojść do wniosku, że wbrew pozorom zbudowane są one z tych samych artystycznych monad i poruszają te same struny wrażliwości. A nawet wyrażają to samo – czyli nasze fundamentalne uczucia, stosunek twórczego człowieka do świata i własnej egzystencji. Niewykluczone, że Beethoven, gdyby się urodził w tym samym czasie co Waters, wybrałby grę na syntezatorach i założyłby kapelę grająca progresywnego rocka, a np. Paganini zrewolucjonizowałby jazz… Nie zawsze autentyzm i głębia, a zwłaszcza spontaniczność odbioru muzyki, wiąże się z jej subtelnością, wyrafinowaniem i złożonością.

WATERS O WEBBERZE

To, że Roger Waters jest par excellence artystą, przyznają nawet jego wrogowie. On sam o sobie mówi – nie grzesząc zbytnio skromnością – że jest jednym z pięciu najlepszych kompozytorów muzycznych powojennej Anglii. Przy czym, na pewno nie zaliczył do tej piątki Andrew Lloyd Webbera, którego twórczość uważa za nonsensowną i płytką, za bezwartościowa kupę śmieci… Kiedyś chciał się przekonać czy tak jest naprawdę i w domu swoich przyjaciół sięgnął po płytę z „Upiorem w operze”. Nieco się obawiał, że okaże się ona dobra, czy nawet średnia. A jednak się nie zawiódł, bo, jak powiedział: „‚Phantom Of The Opera’ is absolutely fucking horrible from start to finish”.
Oczywiście trudno jest traktować podobne anegdotki zbyt poważnie i zasadniczo, ale uświadamiają nam one ogromną różnicę w „poetyce” (i formie) jaką uprawiają ci dwaj wybitnie przecież uzdolnieni gentelmani.
Tołstoj również wypisywał druzgoczące rzeczy o operze (i o sztuce w ogóle), a Gombrowicz o malarstwie (i, jak dobrze wiemy, o naszych wieszczach również), ale nikomu rozsądnemu nie przyjdzie do głowy, aby tylko na tej podstawie negować osiągnięcia, dajmy na to Wagnera czy Pucciniego, wyrzucić na śmietnik płótna Goyi czy Rembrandta, tudzież uznać Mickiewicza i Słowackiego za grafomanów. Podobne opinie są bowiem bardziej sprawą indywidualnych gustów i preferencji, niż obiektywną oceną wartości artystycznej dzieła.

ĆWIERKANIE NAD BITEWNYM ZGIEŁKIEM

Waters należy do tej grupy rockmanów, którzy wypowiadają sią na tematy polityczne, społeczne… W muzykę rockową zawsze wpisane były bunt i kontestacja, ale tylko niewielu jej twórców zdołało wyartykułować treści, które miały ciężar kompleksowych argumentów zdolnych trafić do zbiorowej świadomości i zostawić tam trwały ślad. „Pink Floyd” nigdy nie miał jednak tak wielkiego wpływu na wartości i zachowanie młodzieżowego pokolenia, jaki mieli np. „Beatlesi”. Przy czym, tu nawet nie chodzi i o skalę popularności tych zespołów, co o rodzaj przekazu i jego intelektualną kompleksowość. Lennon i McCartney odwoływali się do najprostszych uczuć pod postacią bezpretensjonalnych i chwytliwych piosenek, zaś Waters i Gilmour – w formie rozbudowanych rockowych suit oraz wyrafinowanych instrumentalnie i myślowo kompozycji, nie gubiąc jednak przy tym swoistego popowego ear-appealu, który umożliwił im drogę na szczyty list przebojów. („The Dark Side of the Moon” to najlepiej sprzedająca się płyta wszechczasów.)
Są też inne różnice. „Beatelsi” byli jednak bardziej siłą afirmacyjną, „Pink Floyd” zaś – pod przytłaczającym wpływem Watersa – krytycznie pesymistyczną wizją człowieka i stworzonej przez niego cywilizacji, wyrazem współczesnego post-industrialnego zagubienia i alienacji, pacyfistycznym odrzuceniem przemocy i niezgodą na wojenne zabijanie. Jakąż jednak skuteczność mogły mieć te syntezatorowo generowane przez „Pink Floydów” ptaszki ćwierkające nad bitewnym zgiełkiem zabijania w Iraku, Libanie czy w Afganistanie?

Waters na koncercie w Tinley Park przywołał swoje wspomnienie z Libanu, który odwiedził jako 17-letni chłopiec. Schronienia udzieliła mu wówczas pewna arabska rodzina i temu wydarzeniu poświęcił on utwór „Kill the Child”, który opublikowal zrazu tylko w internecie. Włączył go jednak do repertuaru tegorocznego tournée. W moim odczuciu nastąpiło tu jednak pewne przerysowanie – ckliwość i łatwy sentymentalizm (ilustrowany czymś w rodzaju komiksu wyświetlanego na olbrzymim ekranie – vide: zdjęcie powyżej) przydusiły coś, co mogło się stać przejmującym protestem przeciwko bezwzględnej wojskowo-politycznej machinie, której ofiarą padają zwykli i niewinni ludzie. W takim kontekście bezpośrednie ataki na Busha („George, your Texas education must have fucked you up when you were small”) zabrzmiały zbyt obcesowo i mało przekonywująco.

POGAŃSKA MSZA  

Koncert rockowy jest czymś w rodzaju pogańskiej mszy, przypomina często bachanalie, nie brak więc też w nim elementów orgiastycznych. I jak każda tego typu ceremonia, obok funkcji katarktycznych spełnia też rolę pewnego eskapizmu – ucieczki od samego siebie i swojej kondycji; od rutyny powszechności, banału i nudy własnego życia. Oczywiście bywa również zjawiskiem artystycznym i muzycznym, w którym wszystkie te elementy się ze sobą mieszają.
Istnieje jeszcze jeden fenomen koncertu: doświadczenie indywidualne uczestnictwa w nim, zlewa się dość paradoksalnie z doświadczeniem bycia w tłumie i to ostatnie jest tu chyba dla większości uczestników najistotniejsze i najbardziej pociągające. Wspomagają to wszystko wszechobecne, przyjmowane masowo na koncertach używki – alkohol, nikotyna, marihuana… sprowadzające wszystkich do tego samego poziomu ekstatycznej komunii, afirmując tym samym przynależność do tej samej grupy. W solidarności bowiem łatwiej jest znieść bojaźń i drżenie, łatwiej uśmierzyć ból istnienia i zwykły strach o przyszłość.
Poza tym, tłum łatwo ogarnia euforia, gdyż moment uczestnictwa w nim znosi (tymczasowo) konieczność walki o byt, zawiesza powszechny wyścig szczurów i ciążenie imperatywu konsumpcji. Przestajemy wtedy być dla siebie wilkami: nie musimy ze sobą konkurować ani bić się o pierwszeństwo i dominację. Jednoczymy się we wspólnocie oddawania czci i wyrażania naszego podziwu dla bóstwa – czy jest to reprezentujący owego bożka kapłan, polityczny przywódca, czy też właśnie idol kultury masowej.

* * *

PS. Tekst dotyczy koncertu Rogera Watersa, który odbył się w Tinley Park pod Chicago we wrześniu 2006 roku.

*

Korzystając z okazji tych rockowych dygresji, chciałbym się tu teraz jeszcze bardziej cofnąć w czasie – konkretnie do roku 1994-go, kiedy to zespół „Pink Floyd” wydał płytę „The Division Bell”. Napisałem wówczas o swoich wrażeniach – zarówno muzycznych, jak i lirycznych – jakich dostarczyło mi obcowanie z tym krążkiem i jego zawartością.

*

MELANCHOLIA NA SPRZEDAŻ (o płycie „The Division Bell” zespołu „Pink Floyd”)

*

No dobrze, ostrzegano mnie. „Najpotężniejsi” krytycy rocka w Ameryce: „Trudno sobie wyobrazić nawet najbardziej zagorzałych fanatyków ‚Pink Floyd’, by usłyszeli coś więcej, niż nikłe echo dawnej świetności swoich herosów w tej dziwnej masie dźwięków” – pisali. Dla mnie jednak zespół, który nagrał coś tak fenomenalnego, jak „The Dark Side of the Moon” zawsze pozostanie czymś godnym uwagi. Na przekór miażdżącym i zgryźliwym recenzjom, odrzucając wszelkie uprzedzenia, włożyłem srebrny dysk „The Division Bell” do koperty odtwarzacza.

*

Pod koniec lat 60-tych znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że zespół „Pink Floyd” skończył się wraz z odejściem swojego założyciela Syda Barretta, spowodowanym jego załamaniem nerwowym. Podobnie, na początku ósmej dekady mówiono, że opuszczenie grupy przez Rogera Watersa jest równoznaczne z jej artystyczną śmiercią. Bowiem, po wielkim sukcesie „The Wall”, powszechnie sądzono, że „Pink Floyd” to właściwie Waters (pierwszym, który tak uważał, był sam zainteresowany). Kiedy jednak David Goilmour zmobilizował ponownie pozostałą dwójkę (Wright, Mason) i (mimo sądowych batalii protestującego Watersa) pod szyldem „Pink Floyd” zaczął nagrywać płyty i dawać koncerty, duch zespołu ponownie zaczął się kołatać wśród starych i młodych wielbicieli rocka progresywnego.

„Pink Floyd” – „The Division Bell” (cover)

Bez wątpienia osobista tragedia Syda Barretta – założyciela i lidera grupy w okresie uprawiania przez „Pink Floyd” rocka odjazdowo-psychodelicznego, była ciągle z nimi obecna. Do końca jednak nie jestem pewien na ile jego szaleństwo było wykorzystywane jako inspiracja artystyczna, a na ile stało się czymś komercyjnym, wystawionym na sprzedaż. Nie mam powodu by podważać szczerość zadedykowania Sydowi pięknej muzyki z albumu „Wish You Were Here” („Szkoda, że cię tu nie ma”). Wątpliwości mogą nas jednak ogarnąć, gdy słuchamy „Wearing the Inside Out” z wydanej w tym roku płyty „The Division Bell” *:

Nie usłyszycie słowa z moich ust
Zbyt długo moje wnętrze
było zwrócone na zewnątrz
Moja skóra jest chłodna i obojętna
na ludzki dotyk
Moje zranione serce nie bije
już tak mocno

Chór zaś odpowiada w tle:

Stoi tam płonąc gniewem
– przeklinając to miejsce.
Rozrywany we wszystkich kierunkach
czeka, aż przedrze się płomień

Ten sam motyw psychicznej prostracji odnajdujemy w „Keep Talking”, utworze najsilniej chyba lansowanym ostatnio przez radio, rzeczywiście przypominającym dawną – melodyjną i aranżacyjną – świetność grupy. Także i tu penetruje się ciemne otchłanie melancholii człowieka wyobcowanego, (a wszystko ogarnięte jest orkiestralnym patosem):

Dlaczego nic nie mówisz?
O czym myślisz? Co czujesz?
Dokąd stąd wszyscy idziemy?

I odpowiedź:

Czuję, jak tonę
Nie mogę oddychać
Idziemy donikąd, idziemy donikąd…

Szczerość i głębia uczucia czynią, że banał przemienia się w autentyczne, przejmująco ludzkie doświadczenie. Manipulacja słowami, za którymi czai się pustota i zmyślenie, staje się zwodniczą mistyfikacją i irytującą pretensją. Kto więc pisał powyższe słowa? W jakim momencie? Czy sam to wszystko przeżył, poczuł, zrozumiał? To pytania istotne. Musimy znać na nie odpowiedzi, by oddalić posądzenie o grafomanię koszmaru i wydumany katastrofizm.

Czy wzruszenie możemy uznać za probierz szczerości i autentyzmu poezji, z którą się stykamy? Czy istnieje liryczne powinowactwo, poetycka wzajemność doświadczeń, które drzemią we wszystkich nas głęboko i umożliwiają swoisty duchowy rezonans? „Lost for Words” usiłuje je obudzić:

Byłem przygnębiony, zanurzony
w kotle nienawiści
Czułem się prześladowany
i pełen niemocy
Myślałem, że wszystko może poczekać

Kiedy marnujemy czas
na naszych wrogów
trawieni gorączką złości
Rzeczywistość wokół nas
zamglona ginie jak cienie w nocy

Czy nie widzisz, że twoje dni
rdzewieją w ciemności?
Czy to prawda, że biłeś pięściami o podłogę
odizolowany od świata,
podczas gdy bluszcz zarastał twoje drzwi?

Ja otwarłem te drzwi przed moimi wrogami
i zapytałem czy nie moglibyśmy
o wszystkim zapomnieć
ale odpowiedzieli mi:
„Go fuck yourself!”
… Wiesz, czasem jest tak,
że nie możesz wygrać

Inny motyw: przemijanie. Nie dziwi mnie tęsknota za młodością, która zawsze wydaje mi się uczuciem prawdziwym i czystym, niemal zawsze zabarwionym nostalgią i melancholią. I wierzę Gilmourowi, gdy śpiewa:

Poza horyzontem miejsc naszej młodości
w świecie magii i cudów
Nasze myśli błądziły bez granic
Teraz zaczął nam bić dzwon
(…)
Opętani na zawsze pożądaniem i ambicją
głodem nie mogącym się nasycić
ciągle wpatrujemy się zmęczonymi oczami
w daleki horyzont
choć na tej drodze byliśmy już tyle razy
… (wtedy)
Trawa była bardziej zielona
światło jaskrawsze
smak czuliśmy ostrzejszy
otoczeni byliśmy przyjaciółmi…
Noce pełne były cudów
mgła o świcie jaśniała
wody płynęły
rzeką bez końca
… na zawsze

Jeszcze raz możemy się zapytać: ile w tym banału?
Pojawia się też inna kwestia: jak pogodzić ową melancholię i wszechobecny pesymizm tekstów z potęgą komercyjną korporacji zwanej „Pink Floyd”? Podejrzenie o wyrachowanie może zabić spontaniczność odbioru muzyki. Może więc dać sobie z tym spokój?
Jest na „The Division Bell” sporo momentów przypominających starsze nagrania zespołu. Syntezatorowa introdukcja „Cluster One” z miłą dla ucha melodyką, tak charakterystyczną dla klarownej i pełnej emocji gitary Gilmoura. „What Do You Want From Me” ożywia nieco swoją motorycznością skojarzenia z albumem „The Animals”. Klimat New Age wyczuwany jest w „Marooned”. Kompozycja Wrighta „Wearing the Inside Out” – lekko jazzująca, wykorzystująca spleen w prostej melodyce o bluesowej proweniencji, która niestety w „Coming Back to Life” może już nieco nużyć…
Do trzech ostatnich nagrań na płycie wracam najczęściej: „Keep Talking” (ze znakomitym chórkiem R&B w tle oraz – tym razem już pełną pasji ale nadal nieskazitelną grą Gilmoura); „Lost for Words” i „High Hopes” – za każdym razem dostarczają mi równie intensywnych emocji.

* * *

Prawie trzy miliony biletów na koncerty „Pink Floydów”, których trasa obejmuje 39 największych amerykańskich miast, zostało wyprzedanych na pniu. Co za mamucia impreza! Trzy potężne stalowe konstrukcje ważące 700 ton każda, 200 osób personelu obsługi technicznej. Każdy dzień trzy i pół-miesięcznego tournee kosztuje producentów pół miliona dolarów. A jednak i tak spodziewają się co najmniej 50 mln. dolarów zysku.
Na inaugurującym trasę koncercie, który miał miejsce na Florydzie w Miami, był obecny Greg Kot, krytyk muzyczny „Chicago Tribune”. Oto jego wrażenia:
„… wspaniała wizualnie uczta, w której kalejdoskopowe kolaże przewalają się nad głowami koncertujących muzyków, podczas gdy złote i różowe lasery tną przestrzeń, wybiegając daleko poza stadion lub tworząc nad nim fantastyczne wzory. Gigantyczne, nadmuchane świnie ulatują z głośników, a abstrakcyjne filmy ilustrują mocno melancholijne przesłanie muzyki. (…) W tę noc tryumfu efektów specjalnych, było kilka momentów wartych wzruszenia. W zasadzie jednak „Pink Floyd” okazali się soundtrackiem dla wizji. W tym jednym z najbardziej ekstrawaganckich widowisk w historii, muzyka stała się niewolnikiem spektaklu.”

Nie chcę jednak wierzyć w to, że „Pink Floyd” robią to wszystko dla pieniędzy. Powinni przecież pamiętać, co śpiewali kiedyś na „Ciemnej stronie Księżyca”:

Zgarnij szmal obiema rękami
nowy samochód, kawior,
czterogwiazdkowe marzenia
Pomyśl, że możesz sobie kupić
zespół futbolowy
(…)
Nie wciskaj mi więc
tego świętoszkowatego kitu
Podróżuję pierwszą klasą
i myślę, że przydałby mi się
odrzutowiec
Pieniądze to zbrodnia
Dziel się nimi równo
ale wara od mojej doli
Mówi się, że pieniądze
to źródło wszelkiego zła
kiedy jednak prosisz o podwyżkę
nie dziw się, że nikt nie jest skory
ich rozdawać

* * *

* wszystkie tłumaczenia własne

*

PS. Artykuł „Melancholia na sprzedaż” został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim”, 1 lipca, 1994 r.

David Gilmour („Pink Floyd”)

*