OPĘTAŁ NAS BLUES – mówi Tadeusz Nalepa

Ryśkowi „Bruno” R. tekst ten dedykuję

Tadeusz Nalepa na koncercie. Towarzyszy mu Andrzej Nowak. (Zdjęcie archiwalne)

Pojedynek jak w „Crossroad”: Tadeusz Nalepa i Andrzej Nowak na koncercie. (Zdjęcie archiwalne)

.

„Ja nie jestem bluesmanem. Ja jestem muzykiem, który sobie gra to, co mu akurat pasuje” – powiedział swego czasu Tadeusz Nalepa. Takie słowa w ustach człowieka, którego nazywa się „ojcem polskiego bluesa”, brzmią ja herezja. A jednak od razu możemy wyczuć w nich słowiańskiego ducha – ducha przekory i niezależności. Ducha, dodajmy, żywotnego: to już bowiem 30 lat, jak Rzeszowiak Nalepa „rzeźbi” na swoim „wiośle” blue notes, grając i śpiewając to, co mu akurat pasuje.

.

Swoją drogą, ciekaw jestem jak to posądzenie o ojcostwo polskiego bluesa znosi sam Nalepa. Mnie jakoś trudno sobie wyobrazić sam moment prokreacji. Zamiast tego przypomina mi się (niezbyt cenzuralne zresztą) powiedzonko dotyczące genezy „Breakoutów” – bardzo popularne w czasach, kiedy – jako gołowąsy jeszcze – przytulaliśmy się do naszych dziewczyn (ewentualnie o tym marzyliśmy), podczas gdy ze sprzętu marki „Bambino” sypały się tęskne i niebieskie nutki „Modlitwy” albo „Co się stało kwiatom”. Czy też, nieco później, już jako kilkunastoletni, sterani życiem kontestatorzy, wspominaliśmy z nostalgią dawno minione czasy, śpiewając „Kiedy byłem małym chłopcem”.

i

na tropach bluesa

Jak pamiętamy, sam Melchior Wańkowicz, nestor polskiej literatury i reportażu, znalazł się ongiś ze swoim piórem „Na tropach Smętka”. „Smętek” – to również piękne i swojskie określenie słowiańskiego spleenu. Świadczące o tym, że chandra i melancholia nieobce są żadnemu plemieniu. Nawet chłodnym i sztywnym Brytyjczykom, którzy na przełomie lat 50-tych i 60-tych obrali sobie za muzycznych idoli gorących, namiętnych, a zawodzących żałobnie i depresyjnie Murzynów – zarówno tych wiejskich (akustycznych) z delty Missisipi, jak i miejskich (już zelektryfikowanych) z Chicago. Bluesowa trzódka Alexisa Cornera, bluesowe „ptactwo” Johna Mayalla, „Yardbirds”, Eric Clapton, Jeff Beck, Jimi Page, Peter Green… – to dzięki nim, z kolei, blues trafił pod strzechę rzeszowskiej wioski (Zgłobień) i urzekł małego Tadzia, który już pod postacią żywej legendy wspominał: „Jako szesnastolatek zorganizowałem kapelę. Dobrałem sobie pianistę, drugiego gitarzystę… Kontrabasu chyba nie mieliśmy. Dla mnie najważniejsze było to, że w domu kultury zerwał się balkon. Tak szalała publiczność na naszym koncercie…”

Jednak, tak na poważnie wszystko zaczęło się w 1965 r., kiedy to w Rzeszowie Nalepa zakłada zespół „Blackout”, w skład którego wchodzą: Mira Kubasińska – śpiew, Stanisław Guzek (to oczywiście późniejszy Stan Borys) – śpiew, Andrzej Zawadzki – gitara, Krzysztof Potocki – gitara basowa, Józef Hajdasz – perkusja. Zrazu fama zespołu nie wykracza poza „rzeszowską Jasionkę”, jednak później przychodzą sukcesy na ogólnopolskich festiwalach (Ople, Gdańsk, Sopot, Warszawa) i bardzo dobre przyjęcie pierwszej płyty zespołu „Blackout” (1968).
Również i w tamtym czasie, oczy i uszy polskiej młodzieży muzykującej (i nie tylko) zwrócone były na „mityczny: Zachód. To właśnie tam żyli, grali i ćpali idole. Wyjeżdżając pod koniec lat 60-tych na tournée do Holandii, „Breakouci” (do niunasowej zmiany nazwy zespołu doszło w 1969 r.) mieli nadzieję dotknąć żywej tkanki bluesa i rocka, zajrzenia do prawdziwego muzycznego „podziemia” (undergroundu), skosztowania zakazanych owoców z Zachodu. A trzeba pamiętać, że w kraju tulipanów grano wówczas rocka niezgorzej niż na Wyspach i Ameryce („Focus”, Akkerman, „Golden Earing”…). Poza tym, bliżej tam było do tych, których na Wschodzie stawiano sobie za rockowy wzór. „Breakouci” spodobali się w Niderlandach. Również w Norwegii.

Oczywiście, taki pobyt „na swobodzie” musiał pozostawić na zespole swój ślad. Jedni uznali go za dekadencką zadrę, inni zaś za znamię postępującej dojrzałości. Mirę Kubasińską porównano do Grace Slick („Jefferson Airplaine”), a muzycy zaczęli wygrywać niekończące się „dżemy” (zapatrzeni niejako w praktyki takich gigantów blues-rocka jak „Cream” czy „Ten Years After”). Po drodze zdarzyły się dwie płyty: „Na drugim brzegu tęczy” (całkiem niezła) i „70 a” (po prawdzie: już mniej doskonała), oraz zadarcia z polskimi (peerelowskimi) mediami, które na swoje „czarne listy” wciągnęły „zanarkotyzowanych, długowłosych hipisów”. Jednak prawdziwa rewelacja miała dopiero nastąpić.

… i wreszcie prawdziwy „zachodni” „BLUES”!

Tą rewelacją – znaną nam wszystkim doskonale – był longplay „Blues”, uznany wkrótce za szczytowe osiągnięcie polskiego blues-rocka. Owe poprzedzające go „błądzenia” zespołu (przerzucanie pomostu miedzy big-beatem a nowoczesnym rockiem przez Franciszka Walickiego, który w pewnym momencie sprawował artystyczną opiekę nad „Breakoutami”, psychodeliczno-jazzowe wycieczki Nahornego, bluesowe harmonie Ślązaka Józefa Skrzeka…) spowodowały, że wszedł on ponownie na tory prostoty, powściągliwości, formalnej dyscypliny owocując jedną z najpopularniejszych płyt w historii polskiego rocka. Teksty Bogdana Loebla, świetna gitara Tadeucza Kozakiewicza; Trzciński, Goleniewski, Hajdasz, no i oczywiście sam Nalepa – stali się odpowiedzialni za nagranie czegoś, co uznano, że brzmi jak materiał „zachodni”. A trzeba pamiętać, że był to wówczas komplement najwyższego rzędu, jaki mógł spaść na swojską kapelę młodzieżową znad Wisły (a poniekąd i znad Sanu)

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka - Tadeusz Nalepa z synem na okładce płyty "Blues"

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka: Tadeusz Nalepa z synem – na okładce płyty „Blues”

powrót taty

Płyta „Blues” wyznaczyła, jak się okazało, muzyczne apogeum Nalepy i „Breakoutów” – również biorąc pod uwagę ich popularność. Później już była tylko jazda w dół… z małymi, acz ożywczymi wyjątkami („Kamienie”, 1974). Sława i świetność muzyków umarła – dobita m.in. przez tzw. Muzykę Młodej Generacji – na przełomie siódmej i ósmej dekady, gdzieś na chałturach w Związku Sowieckim. I podczas gdy już wszyscy – łącznie z najwierniejszymi fanami grupy – spisali Nalepę na (muzyczne) straty, zdarzył się cud zmartwychwstania. Oto bowiem przyszły Olsztyńskie Noce Bluesowe (rok 1984), które Marcin Jacobson w „Scenie Muzycznej” tak wspomina: „(no i zdarzył się) siarczysty klaps, jakiego nikt z młodych się nie spodziewał. Wystąpił Nalepa plus Andrzej Nowak (i inni). Wiadomo, że gdy na scenie stanie obok siebie kilku zawodowych gitarzystów, musi dojść do pojedynku – wyścigów, wymiatania, aż będą wióry lecieć. Wiadomo również, że jeżeli obok siebie stanie dwóch młodych i tata, to ci dwaj zrobią wszystko by udowodnić kto jest lepszy. Tak też było. Popłynęły stare bluesy Nalepy, a w miejscach na solówki, działy się gitarowe cuda. Tak było do momentu, w którym do głosu dopuszczony został Les Paul lidera. W miejsce nerwowej zapalczywości młodych, pojawił się wielki spokój i dobrotliwy dystans właściwy ludziom doświadczonym. Nalepa jednym ruchem piórka udowodnił, że jest muzykiem z krwi i kości, że wie w czym rzecz. Jednym ruchem rozwiał wszelkie wątpliwości, jakie kiedyś, przed laty się pojawiły i ponownie nabrał wiarygodności. Tak, to był wielki come-back, potwierdzony zresztą roczną działalnością koncertową.”

Mimo poważnych kłopotów ze zdrowiem (wylew, chore nerki), Tadeusz Nalepa koncertuje i nagrywa płyty: „Live 1986” i „Sen Szaleńca” (1987). Nabiera oddechu i staje w szranki z nową generacją muzyków (Andrzej Nowak, „Dżem”). Nie bez znaczenia jest w tym wszystkim trendowy wówczas powrót „dinozaurów” polskiego rocka. Pozostając wiernym swym źródłom i korzeniom, kontynuuje Nalepa to, co zajmowało go na przełomie lat 60-tych i 70-tych – „styl mocno bluesowy i zarazem swojski, dość zawężony, lecz bardzo uniwersalny.” (W. Królikowski)

jaki ojciec, taki syn…

Któż z nas nie pamięta okładki z „Bluesa”? Odziany w dżinsową katanę, długowłosy Nalepa, niesie pod pachą gitarę i prowadzi za rękę małego chłopca. „Mały chłopiec” ma już teraz 27 lat i podobnie jak tata, rzeźbi na wiośle. Kiedy powstała płyta „Absolutnie” (1991), Tadeusz Nalepa wiedział do kogo zwrócić się z oceną: „Najważniejszą recenzją dla mnie jest telefoniczna recenzja mojego syna. Bo pierwszy egzemplarz, który dorwałem, wysłałem mu, oczywiście, do Ameryki. Powiedział: ojciec, zaskoczyłeś mnie bardzo, spodziewałem się czegoś innego… Ale płyta bardzo mi się podoba.”

Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami… Pozostaje taki, jaki był dawniej. Oto co deklarował równo 10 lat temu: „Chcę być ciągle sprawny, młody i jakoś sobie z tym radzę… Miałem moc wahań, ale po rozmowach z kolegami i z synem zdecydowałem, że mogę jeszcze parę lat popracować, powalczyć.”
Życzymy więc Tadeuszowi, by „powalczył” jeszcze przez następnych parę dziesiątków lat… Mając za oręże gitarę i bluesa.

ii

Z Tadeuszem Nalepą rozmawiałem po serii jego koncertów w Nowym Jorku i Chicago.** Po to, by wysłuchać bluesów Tadeusza (granych m.in. z synem, Piotrem), zgromadzili się licznie, nie tylko lubujący się we wspominkach seniorzy. Tłumy nastolatków zaświadczyły, że muzyka (w tym przypadku: blues-rockowa) nie zna granic – również tych pokoleniowych.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy to ty wybrałeś bluesa, czy też blues wybrał ciebie? Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś tę muzykę?

Tadeusz Nalepa: Jak reaguję, gdy mówią o mnie "ojciec polskiego bluesa"? To określenie mnie śmieszy (zdjęcie własne)

Tadeusz Nalepa: Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się… (zdjęcie własne)

TADEUSZ NALEPA: Dokładnie nie mogę powiedzieć, ale z tym prawdziwym amerykańskim bluesem zetknąłem się chyba w 1965 r. Jako „Blackout” graliśmy z zespołem „Polanie”, a oni wcześniej odbyli trasę po Polsce z zespołem „The Animals”. „Animalsom” „Polanie” bardzo się spodobali, zaprzyjaźnili się i Piotrek Popławski dostał od Erica Burdona komplet taśm z bluesem czarnych, na których uczyli się – wzorowali – nie tylko „Animalsi”, ale i inne zespoły, które chciały grać muzykę – nazwijmy to – ambitną. Przesłuchanie tych taśm było dla mnie swego rodzaju szokiem – poczułem, że coś mnie z tym łączy. Później była płyta, którą nagrał Mayall z Claptonem – kolejna rewelacja dla mnie, a Clapton – objawienie! No a pod koniec lat 60-tych na Zachodzie było już od cholery kapel grających bluesa. Co jedna, to lepsza. W końcu i my zaczęliśmy to grać. Wyjechaliśmy na Zachód. No i tam, w klubach opętał nas blues na całego. W 1971 r. nagraliśmy płytę „Blues”. I tej formy się trzymamy – z małymi odchyłkami – do dzisiaj.

– Czy rocka można uznać za bardziej rozwiniętą formę bluesa?

– Zdecydowanie tak! Rock, jak również – wcześniej – jazz, wywodzi się w pierwszej linii od bluesa… Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się między muzykami, również między muzykami a słuchaczami.

– Kiedy przyjechałem do Chicago, zaskoczyło mnie to, że w światowej stolicy „miejskiego” bluesa, nie ma np. radiowej stacji bluesowej. Ale nie ma też i jazzowej – takiej z prawdziwego zdarzenia, (bo trudno uznać za taką program nadający tzw. „smooth jazz”). To jednak o czymś świadczy.

– Muszę powiedzieć, że to tym gatunkom wychodzi chyba na dobre. Nie są tak popularne, przez co stają się w pewnym sensie elitarne. Kiedyś w Polsce były takie czasy, kiedy robiono „spędy” bluesowe. Ja zawsze się wypowiadałem przeciwko upowszechnianiu bluesa na siłę. Tak sobie ktoś wymyślił, że blues będzie tą muzyką wiodącą. A tego nie można narzucić. To wszystko samo się jakoś układa. Nie ulega wątpliwości, że bluesa najlepiej gra się – i słucha – w klubach.

– Skądinąd wiem, że nie lubisz jak nazywa się ciebie bluesmanem. Dlaczego?

– Nie to, że nie lubię. Ja to prostuję. Dla mnie bluesmanem jest człowiek, który się z tym bluesem urodził, a ja wyrosłem na muzyce knajpowej. Uważam się za zawodowego muzyka, a gatunek muzyki, jaki uprawiam, to jest rock. Sam blues jest moim hobby. Dlatego w moich nagraniach tak dużo jest tego bluesa.

– A jak reagujesz, gdy słyszysz, kiedy mówi się o tobie „ojciec polskiego bluesa”?

– Ja tego nie wymyśliłem. To taki slogan reklamowy. Ale prawdą jest, że ja tego przeszczepu dokonałem. Zresztą, to przypadek zupełny, że nagrałem pierwszą polską płytę bluesową. „Ojciec polskiego bluesa” – to określenie mnie śmieszy, a właściwie – nie zwracam na nie uwagi. Ludzie zawsze muszą wszystko gdzieś zaszufladkować.

– Kiedy w latach 50-tych furorę zaczął robić rock&roll, twierdzono z pogardą, że to tylko fanaberia nastolatków. A tymczasem minęło ponad 40 lat i nadal gra się rock&rolla, nadal gra się rocka. I co ciekawe – grają go również ci sami ludzie, dziś już 50-, 60-latkowie. Tak więc rock okazał się nie tylko domeną młodości.

– Za przykład możemy również dać jazz. Z początku grali go też tylko młodzi ludzie. Później się zestarzeli, a jednak dalej grali swoją muzykę. Grali jazz aż do śmierci. Taki czas też nadchodzi dla pierwszego pokolenia grającego rock&rolla. Niektórzy będą mieli po 70 lat i w dalszym ciągu będą grać rocka.

– Nie można przecież tak wyprzeć się tego, co się kochało i grało za młodu – i czym się przesiąkło nieraz do szpiku kości. Choć z pewnych rzeczy jednak się wyrasta….

– … Ale jest coś, co zostaje w człowieku na zawsze. Poza tym, nie widać na razie niczego, co by rocka wyparło. Dalej pozostaje on najpopularniejszym rodzajem muzyki współczesnej. I tak chyba będzie jeszcze bardzo długo.

– Ciągle wracamy do lat 60-tych. Skąd ta moda, która trwa już przecież od dawna? Czy to chęć powrotu do czasów, kiedy wszystko było prostsze, lepsze?

– Niewątpliwie. Znam ludzi, którzy urodzili się w latach 60-tych i zazdroszczą starszym, że to wszystko sami przeżyli.

– Są jednak tacy, którzy rockowi przypisują samo zło. Że agresywny, obrazoburczy… że psuje młodzież…

– Po to ta muzyka powstała, by wyzwolić się z ograniczeń i przeróżnych pęt. Ludzie, którzy się z tą muzyką nie wychowali, którzy jej nie słuchali, nigdy pewnych rzeczy nie będą mogli zrozumieć. Denerwuje ich nawet to, że młodzi ludzie się śmieją, że są weseli, a przy okazji rozrabiają. Ale ja też staram się zrozumieć starszych ludzi, ich ciągoty do stabilizacji. Oni zresztą też patrzą wstecz. Nam się podobają lata 60-te, 70-te, oni wracają – czy to do lat przedwojennych, czy do wczesnych powojennych (tak robiła np. moja mama, której wiele, jeśli chodzi o muzykę, zawdzięczam). Czują sentyment do czasów swojej młodości. Myślami i uczuciami są tam i nie akceptują wszystkiego, co nowe. I jest to zrozumiałe.

– Wróćmy jeszcze do „Breakoutów”. W którym okresie grało ci się najlepiej?

– Zdecydowanie – w czasie, kiedy ukazał się „Blues”. Chociaż reszty też nie przekreślam. Każda płyta ma coś dobrego, każda płyta ma coś złego… Jednak na dziś, najlepsze wspomnienia mam z ostatniej płyty. Zestaw ludzi mam znakomity. Syna swojego specjalnie z Nowego Jorku sprowadziłem, żeby już na stałe ze mną został, żeby ze mną pracował. Bardzo był mi potrzebny.

– Wielka popularność „Breakoutów” wygasła tak naprawdę pod koniec lat 70-tych. Wypomina ci się jakieś „chałtury” u Sowietów – już w latach 80-tych…

Trzeba zrozumieć pewne sprawy. Kiedy np. „Polanie”, czy „Skaldowie” wyjeżdżali do Związku Radzieckiego, to ja się oczywiście śmiałem i nie wyobrażałem sobie, żebym to ja miał kiedykolwiek tam pojechać. Tak też mówiłem – to totalna chałtura! Jednak, kiedy sam zostałem namówiony, przemyślałem sprawę i wyjechałem – na trzy, czy cztery trasy koncertowe. To był mój zawód. Nie można powiedzieć, że wyjechaliśmy tylko dla pieniędzy, choć to, co płacili nam za koncerty, to były rzeczywiście duże pieniądze. Poza tym, było to wszystko znakomicie zorganizowane. W ciągu trzech miesięcy daliśmy prawie 100 koncertów. Zwiedziliśmy cały Związek Radziecki – co też nie jest bez znaczenia. Sporo wrażeń. W sumie zagraliśmy tam około 500 koncertów, co rzeczywiście wszystkich nas podreperowało finansowo. Trzeba też pamiętać, że Rosjanie są bardzo muzykalni. Poza tym, pozostało im coś takiego, jak kult artysty. Traktowani więc byliśmy znakomicie. Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach, zawsze mieliśmy podstawiony autobus do zwiedzania… Dzisiaj bym żałował, że coś takiego mnie ominęło. A już na pewno nie uważam tego za jakąś ujmę.
Podobnie teraz. Niektórzy mieli obiekcje, gdy usłyszeli, że wyjeżdżamy: „O rany! Do tej Ameryki?! Do tej Polonii?!” Bo to ma być niby coś obelżywego. Ale to jest rozumowanie ludzi, którzy są na zewnątrz tego całego interesu. Mogę jeszcze raz powtórzyć: to jest mój zawód. Ja mogę grać wszędzie – z tego się utrzymuję. Taki zawód sobie wybrałem – i do widzenia! A tak naprawdę, bardzo mało ludzi może sobie pozwolić na to, by utrzymać się tylko z muzyki.

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa - obwoluta płyty "70a"

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa – obwoluta płyty „70a”

– A co się dzieje z Mirą Kubasińską? Osoba też mocno kojarzona z „Breakoutami”… no i z Tobą.

– Zagraliśmy niedawno parę koncertów i pewnie jeszcze sporo zagramy. Jest w bardzo dobrej formie wokalnej.

– Nie mogło się chyba kiedyś obejść między wami bez konfliktów? Mam na myśli konflikty artystyczne. Pamiętam, że dzieliliście się jak gdyby płytami: raz dominowała Mira, raz Ty. Może to był właśnie sposób na to, by wilk był syty i owca cała?

– To też trzeba sobie wyjaśnić. Po pierwsze, ja nigdy nie zamierzałem śpiewać w „Breakoutach”. Śpiewałem numery, których Staszek Guzek (czyli Stan Borys) nie potrafił zaśpiewać. Niektóre rzeczy mu po prostu nie leżały, choć inne wychodziły mu znakomicie (tak na marginesie: po raz pierwszy wystąpił u nas jako konferansjer, a śpiewać zaczął później). Podobnie było z Mirą. Pewien materiał bardziej jej pasował, a inny znów mnie podchodził. Choć na początku „Breakoutów” postanowione było, że ja w ogóle nie będę śpiewał, tylko Mira. Dlatego na pierwszej płycie śpiewa tylko ona, a ja daję drugi głos. Dopiero później – kiedy zaczęliśmy grać coraz więcej bluesów – sam też zacząłem śpiewać. Mirę natomiast ciągnęło gdzie indziej. Nie chciałem jednak pozbywać się jej z zespołu. Graliśmy więc bardzo dużo. No i jak to w rodzinie – ktoś powinien z dzieckiem zostać. Nie można go było tak cięgle zostawiać u rodziny, czy u ludzi zaprzyjaźnionych. A często tak właśnie robiliśmy, czego Piotrek nam jeszcze do dzisiaj specjalnie nie wybaczył. Mira też chciała śpiewać. I tak było do późnych kat 70-tych. Potem na trasę wyruszałem sam z zespołem, składy się zmieniały. Mira zostawała w domu, co zresztą mocno przeżywała. Do dzisiaj jednak śpiewa z nami od czasu do czasu – na jakichś większych imprezach. Moim zdaniem, nigdy tak dobrze nie śpiewała, jak teraz.

– Nie jesteście małżeństwem już od dawna.

– Sprawy zespołowe, muzyczne, oddzielam od spraw rodzinnych, prywatnych. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem dojrzałym – również emocjonalnie – i potrafię te dwie rzeczy rozgraniczyć.

– Cięgle na koncertach zmuszają was do grania tego samego materiału sprzed kilkudziesięciu lat. Czy nie jest to wyczerpujące? Jak można po raz tysięczny grać ten sam kawałek?

– Dla mnie to nie jest wyczerpujące. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu te stare numery przetrwały, do dziś są żywotne. Są też inne zespoły, które wykonują dzisiaj na koncertach moje utwory. A nam nigdy to się nie znudzi, gdyż nigdy nie gramy tego tak samo. Czasem rodzą się nawet nowe wersje.

– Napisałem niedawno taki tekścik o tobie i „Breakoutach” z okazji waszego przyjazdu do Nowego Jorku i Chicago, a w nim m.in.: „Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami, pozostaje taki, jaki był dawniej…” Czy to wszystko prawda? Jak widzę, myliłem się na pewno w jednym: jesteś krótko, schludnie przystrzyżony.

– Stało się to miesiąc temu. Włosy już miałem zmarnowane – przyznaję. I było to już chyba nieestetyczne. Postanowiłem więc zmienić swój image. Dla wygody. Zdecydowałem się ostrugać tak, jak się ostrugałem.

– Miałeś poważne kłopoty ze zdrowiem.

– Tak. Mam wrodzoną wadę nerek. Cztery lata się dializowałem. Jestem już półtora roku po przeszczepie i dzięki Bogu funkcjonuję teraz bardzo dobrze. Zresztą, nawet wtedy, gdy się dializowałem, prowadziłem normalne życie. Byłem nawet w tamtym czasie – trzy lata temu – z wizytą w Stanach. Chorobę – jak to się mówi – można nawet polubić, a już na pewno – przyzwyczaić się do niej.

– Życzę więc długich lat grania. W zdrowiu.

greydot

* Tekst napisany został w 1994 r. Tadeusz Nalepa zmarł w 2007 r. (Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 29 kwietnia, 1994 r.)

** Rozmowa z Tadeuszem Nalepą miała miejsce wiosną 1994 r. (Wywiad opublikowany został w polonijnym tygodniku „Relax”, 21 maja, 1994 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

.

.

WCIĄŻ SZALENI PO TYCH WSZYSTKICH LATACH…

Okazuje się, że nie miał racji Ian Anderson obdarzając jedną z dawnych płyt swojego zespołu „Jethro Tull” tytułem „Too Old To Rock&Roll, Too Young To Die” („Za starzy na rock&rolla, zbyt młodzi by umrzeć”). Okazało się bowiem, że również rock niekoniecznie musi być domeną młodzieniaszków. Kiedy rodził się rock&roll wydawał się być zaledwie kolejną, przejściową fanaberią nastolatków. Minęło kilkadziesiąt lat, a ci, którzy go ciągle uprawiają dochowali się już wnuków, może nawet prawnuków. Rzecz to jest więc o tych, którzy mniej więcej 20 lat temu* byli na rockowych wyżynach – wyznaczali rytm muzyki i jej kierunki: nadawali barwę i kształty, tworzyli kanony – a którzy do dzisiaj są „w drodze”, nagrywają nowe albumy, dają koncerty, ich muzyka nadal ewoluuje.

Carlos Santana (zdjęcie własne)

„Still Crazy After All These Years” – śpiewał też przed wieloma laty Paul Simon i już wtedy wydawało się, że z nostalgią wspomina stare dobre lata 60-te, kiedy razem z Artem Garfunkelem tworzyli najpopularniejszy duet w Ameryce, a pewnie i na świecie. Ale oto mijają kolejne dekady i Simon ciągle przebywa gdzieś w okolicach muzycznych szczytów, a bilety na jego tregoroczne tournée wyprzedawano na pniu. Po drodze zdążył nagrać fascynujący album „Graceland”, który stał się już klasyką, mimo swojego kilkuletniego* zaledwie żywota. Podobnie sprawy mają się z innymi twórcami rocka.

Wypada zgodzić się z tym, że okres największej świetności rocka przypadał na drugą połowę lat 60-tych i pierwszą 70-tych. Wtedy to muzyka nie była jeszcze tym, czym jest obecnie – „dobrem” konsumpcyjnym, skomercjalizowanym do cna i ostatniej nutki towarem, który należy sprzedać z jak największym zyskiem. Była czymś znacznie więcej: stylem i filozofią życia – dla wielu  była wszystkim, co posiadali i co chcieli posiadać.
Kiedy więc John Lennon w czasach apogeum bitelmanii głosił, że Beatlesi są bardziej popularni od Jezusa, to nie silił się wcale na obrazoburstwo i szokowanie konserwatywnych mieszczuchów – to było proste stwierdzenie faktu. Muzyka popularna, rockowa wywierała niekwestionowanie ogromny wpływ na całe ówczesne młode pokolenie, a tym samym na kulturę, politykę, społeczeństwo wreszcie. Dla tego ostatniego często była sumieniem, prawdomównym zwierciadłem, w którym – aczkolwiek niechętnie – mogło się ono przeglądnąć. Jej twórcy – kompozytorzy,  wykonawcy, autorzy tekstów – kształtowali świat młodzieżowych wartości, byli ideowymi przywódcami, prorokami, guru…

Festiwal Woodstock (1969) był kulminacją młodzieżowej kontrkultury tamtych czasów, której głównym środkiem ekspresji była muzyka rockowa właśnie. Podobnie rzecz miała się z festiwalem w Monterey, który mniej już może interesował socjologów, ale od strony muzycznej był chyba jeszcze bardziej interesujący (lepszy) niż Woodstock. Na obu wystąpiła „śmietanka” ówczesnego rocka: „The Who”, „Grateful Death”, „Ten Years After”, „The Band”, „Crosby, Stills, Nash & Young”, „Jefferson Airplane”, Carlos Santana, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joe Cocker, Joan Baez
Ale to nie wszystko. Festiwale te nie były w stanie oddać całej różnorodności tego, co działo się wówczas w (rozumianej ogólnie) muzyce rockowej. Twórczość Boba Dylana spowodowała, że na tzw. pop zaczęto patrzeć z większą estymą, a teksty barda uznane zostały za wysokich lotów poezję.
Nie sposób też zapomnieć tu o Brytyjczykach. I to nie tylko o „Beatlesach”, którzy sami w sobie byli fenomenem kulturo-twórczym, czy o „Rolling Stonesach”, stanowiących diaboliczne alter ego słodkich i ulizanych (w pewnym okresie) Liverpoolczyków, i już wówczas definiujących kanon rockowej „kapeli”. To właśnie głównie oni byli odpowiedzialni za tzw. British Invasion, a obok nich inni: „Yardbirds”, „Kinks”, „Animals”, „Manfred Mann”, „Fleetwood Mac”… Przed okrutnymi podatkami z Wysp uciekli również wtedy np. Elton John czy Rod Stewart. W cenie były niezapomniane zespoły wygrywające piorunującą mieszankę rocka i bluesa: „Cream” (Eric Clapton), „Led Zeppelin”, grupy Steviego Winwooda„Traffic”, „Spencer Davis Group”, „Blind Faith”; dalej, hard-rockowe formacje – „Deep Purple”, „Black Sabbath”, „Uriah Heep”, „T. Rex”… Znakomicie łączyli bluesa i rocka, folk i country „Allman Brothers Band”, później „The Eagles” czy „ZZ Top” – grupy amerykańskie z krwi i kości. W Stanach głośno też było o „Steppenwolf”, „Lynard Skynard”, „Grand Funk”
Oddzielnie i z niejakim namaszczeniem wypada wspomnieć  grupach odpowiedzialnych we wczesnych latach 70-tych za stworzenie nurtu zwanego art-rockiem. A więc rock traktowany stricte jako sztuka: rozbudowane aranżacje, wzbogacone instrumentarium, poetyckie teksty, formy rozwijające się w suity. Odbywało się to za sprawą takich formacji, jak „Yes”, „Genesis”, „King Crimson”, „Pink Floyd”, „Emerson, Lake & Palmer”. Tak, to były dla rocka lata zaiste szczerozłote.


Zdecydowana większość tych wykonawców, których wymieniłem, nie tylko utrzymała się na powierzchni do dzisiaj*, ale z powodzeniem konkuruje z młodą rockowa generacją: mają swoich odbiorców nie tylko wśród rozsentymentalizowanych i nostalgizujących (późnych) 30-latków, ale i również wśród zupełnych jeszcze małolatów. Nie dali zepchnąć się w odstawkę, grają swoją muzykę bez kompleksów starych stetryczałych dziadygów. W Polsce ukuto dla naszych krajowych stworzeń tego typu nazwę „dinozaury”. Ale tych gadów już przecież nie ma – wyginęły bez (bardziej widocznych) śladów lub zastygły, spetryfikowane na wieki wieków w skałach. Tego nie da się powiedzieć o rockowych weteranach, którzy stale są gorący tak, jak gorąca jest ich muzyka.
No więc tak się właściwie sprawy mają. Rzućmy okiem na tę moją wyliczankę. „The Who”. Kilka razy zebrali się w latach 80-tych by dać parę bardzo dobrych koncertów. Roger Daltrey nic nie stracił ze swej ikry – śpiewał znakomicie. Jednak razem wygrywali swoje stare nuty. Tym kto stworzył coś nowego – ale firmując to już własnym nazwiskiem – był muzyczny lider grupy Pete Townshend. „Greateful Dead” mają się cały czas znakomicie (niedawno z koncertem w Chicago). Ten zespół to już „instytucja” i to prężnie działająca. Wielu nie waha się ich nazwać amerykańską grupą Nr 1. Również „Lynard Skynard” (aczkolwiek przetrzebieni) wyszli niedawno ze studia z nowymi nagraniami. Ciągle robi to też kapela o nazwie „Chicago” (z 21 płytami na swoim koncie).
Carlos Santana ma swoich stałych, wysmakowanych zwolenników. Co jakiś czas wydaje albumy, na których nie brak perełek – ten znakomity muzyk i gitarzysta nie daje zapomnieć o tych swoich pięknych, melodyjnych, krystalicznie czystych gitarowych solach i gorącym rytmie. Również ostatnimi laty wiele razy rozlegały się w salach koncertowych niepowtarzalne harmonie Crosby’ego, Stillsa i Nasha. Ale najśmielej z wszystkich poczyna sobie Neil Young. Uważany za ostoję (bastion raczej) tego mainstreamowego, krwistego rocka, daje płomienne koncerty. Jego niedawny album „Freedom” przywitały pienia aprobaty i zachwytu. Całkiem zasłużenie.

Joe Cocker

Specjalne słowa uznania chciałbym zatrzymać dla Joego Cockera. Któż z nas nie pamięta jego niesamowitego występu na Woodstock? Do dzisiaj poraża ta naprawdę genialna interpretacja beatelsowskiej piosenki „With a Little Help From My Friends”. Jednak tym, co najbardziej imponuje u Cockera, to jego nie tak dawny, tryumfalny comeback po kilkunastu latach milczenia i dramatycznej walki z alkoholizmem. Posłuchajcie albumów „Unchain My Heart” lub „One Night of Sin”. Przyznacie, że nagromadzonym tam ładunkiem emocji, można obdzielić płyt kilkanaście.

Jednak nie wszyscy idą naprzód. Wielu odcina kupony ze swojej dawnej chwały, sławy i świetności. „The Byrds”, „Black Sabbath”, „Nazareth”, „Uriah Heep”, „The Moody Blues”… wypadają niestety na koncertach jak pogrobowcy swoich własnych cieni. Szczególnie boli to w przypadku Boba Dylana. Dzieje się z nim coś niedobrego. Dowodem na to jego ostatnie wystąpienia. Mam nadzieję, że nagrana przez niego dwa lata temu płyta „Oh Mercy” nie będzie jego ostatnim – gorzkim i melancholijnym (wes)tchnieniem.
Próbowali nagrywać coś „Deep Purple”, najczęściej nowe wersje własnych utworów sprzed lat. Ale nie miało to blasku. Już lepiej im wychodziło w mutacji „Whitesnake”. Ozzy Osbourne (ex „Black Sabbath”) znalazł sporą grupę wiernych odbiorców wśród co nieco zblazowanych metalowych małolatów. ale to, co wyprawiają np. z Alicem Cooperem zupełnie nie trafia mi do przekonania – i to nie tylko z powodu chorobliwej estetyki tego, czym się otaczając, tworząc swój dziwaczny jednak, „gotycki” image.

Lecz porzućmy jednak ten niezbyt radosny margines i powróćmy na jaśniejsze terytoria rockowej sceny. Z Beatlesów w najlepszej formie (jak zwykle od rozpadu grupy) jest Paul Mc Cartney. Na jego ubiegłoroczny występ w Chicago biletów nie uświadczyło się już na kilkanaście tygodni przez koncertem. Z materiału nagranego podczas tegorocznego tournee Mc Cartney był na tyle zadowlony, że wydał to na płycie. Parę miesięcy temu, z samą gitarą akustyczną wstąpił – tak jakby od niechcenia – na godzinkę do studia MTV, zaśpiewał kilka piosenek, co natychmiast wydano na kompakcie, a krytycy z miejsca przykleili na tym maksymalną ilość gwiazdek.
George Harrison wystąpił zaś w czymś zupełnie niewiarygodnym pt. „Traveling Willburys”. W formacji tej – wraz z innymi kombatantami rocka (tak zasłużonymi, jak: Bob Dylan, Roy Orbison, Tom Petty i Jeff Lynne) nagrał dwa albumy, na których radość z grania i śpiewania konkuruje z prostotą i bezpretensjonalnością. Całość przypomina spotkanie starych kumpli po fachu, którzy zebrali się, by powspominać dawne dobre czasy.
„The Rolling Stones” zapisali się już w historii tym chociażby, że grali w niezmienionym od tylu lat, że pobili tym rekord. Podobno rozeszli się po ostatnim, niezbyt udanym tournee, ale ja w to nie wierzę. Kiedyś pewnie znów zobaczymy siwego Wattsa, zdartego Richardsa i niezmordowanego Jaggera wykrzykującego: „I know it’s only rock’n’roll, but I like it!”.

Ze starego „Zeppelina” najbardziej aktywny jest Robert Plant. Z „Genesis”Phil Collins oczywiście wiedzie prym wśród twórców rockowej ballady, choć przecież wielką karierę solową kompozytora i wykonawcy zrobił także związany z tym legendarnym zespołem, Peter Gabriel. Z „The Eagles” najbardziej powiodło się Donowi Henleyowi, choć i Glen Frey miał swoje sukcesy. „Allman Brothers” na początku ubiegłej dekady dawali wspaniałe koncerty, teraz znów są w trasie. Mimo, że nigdy nie będą tym, czym byli z Duanem Allmanem, nadal potrafią zagrać ze znakomitym feelingiem (patrz: tegoroczne tournee i płyta „Seven Turns”). Jednak najbardziej robi wrażenie to, co robią starzy blues-rockowi wyjadacze z Teksasu: „ZZ Top” – fantastyczne koncerty i albumy z tym ich ciężkim a zarazem melodyjnym brzmieniem (świeży krążek „Recycler”).

Eric Clapton

Eric Clapton był ciągle w formie zwyżkującej (dowód: jego ostatnie koncerty i rewelacyjna moim zdaniem płyta „Journeyman”). Także Steve Winwood (nota bene kolega Claptona z „Blind Faith”) święci tryumfy, nie tylko wśród uwielbiających go yuppies. Jego „Back in the Highlife” został przez fachowców uznany za jeden z najlepszych albumów lat 80-tych. (Parę tygodni temu dał świetny koncert w Chicago.)
Imponująco dał nam o sobie znać w ubiegłym roku Roger Waters (ex „Pink Floyd” naturalnie) spektakularnym widowiskiem laserowo-muzycznym „The Wall” w Berlinie, wykorzystując muzykę ze słynnego podwójnego albumu grupy macierzystej sprzed lat 10-ciu. David Gilmour zaś firmuje się nazwą „Pink Floyd” mimo, że bez Watersa i Baretta. Ale na szczęście ni gubi tak bardzo tego niezapomnianego brzmienia Pink Floydów, czego można posłuchać np. na „Delicate Sound of Thunder”.
Sensacyjnie wręcz zapowiada się reunifikacja wszystkich (ośmiu!) byłych członków „Yes”, łącznie więc z tymi kluczowymi: Wakemanem i Brufordem. Czy nie będzie to rozczarowanie, będziemy się mogli wkrótce przekonać, słuchając ich za parę tygodni na koncercie w Chicago. Podobnie będziemy mogli niedługo sprawdzić, jak się prezentuje i gra dzisiaj kultowe niemal trio „Emerson, Lake & Palmer”.
No, może dość tego! Nie sposób tu bowiem wymienić tych wszystkich, którzy na przekór czasowi (i czasom) robią „swoje”. Można by także wiele dobrego napisać np. o ognistej „babci” Tinie Turner, „Fleetwood Mac”, Eltonie Johnie, Rodzie Stewarcie, Jeffie Becku, „Rush”… Dzięki nim ma szansę przetrwać w rocku to, co najlepsze i najcenniejsze. Jestem pewien, że za lat 10 – może nawet 20? – znów będzie można o nich napisać: „Still Rocking After All These Years”.

* UWAGA: Może to niektórych zdziwić, ale artykuł ten napisany został ponad 20 lat temu (opublikował go w maju 1991 r. „Dziennik Chicagowski”). A zdziwienie oczywiście może się brać także stąd, że jest on na swój sposób nadal aktualny. Bowiem większość wymienionych w nim zespołów i wykonawców w dalszym ciągu koncertuje, wydaje nowe płyty i nie myśli schodzić ze sceny (swoją drogą ciekaw jestem, czy na swoje 50-lecie istnienia, wystąpią Stonesi). Wypada im tylko wszystkim życzyć: Rock on, guys! The show must go on!

A w ramach dopisku, krótka notka zapisana po obejrzeniu filmu Martina Scorsesego, ukazującego koncert Stonesów z 2008 roku:

*

JĘZYK MICKA JAGGERA (O filmie Martina Scorsesego „The Rolling Stones – Shine a Light”)

Christina Aguilera i Mick Jagger

Widziałem dzisiaj najnowszy film Martina Scorsese „Shine a Light”, będący zapisem jednego z ostatnich koncertów „Rolling Stonesów”. Sala była pusta ale obok mnie usiadły trzy siedemdziesięcioletnie kobiety. Nie tylko nie zasnęły, ale nawet przytupywały wtórując szalejącym na scenie dziadkom. Nie jest tak źle, pomyślałem. A mówią że świat zmierza ku zagładzie.

Gdzie te czasy kiedy uważano, ze ktoś jest too old to rock’n’roll, too young to die?  Jak widać na przykładzie Stonesów, na rock’n’rolla nigdy nie jest się za starym. Rockowy czad, twarze poryte zmarszczkami… kto by pomyślał, że to może iść ze sobą w parze?
Rock się obronił! Rock żyje! Rock will never die! – deklarują (zwykle bardzo głośno) ci, którzy mają już szósty czy nawet siódmy krzyżyk na karku, ale ani myślący schodzić ze sceny.

Na czym polega fenomen rocka? Skąd wynika jego żywotność?
Z pewnością nie z ideologii, która nota bene zmieniała się na przestrzeni lat, a była po kolei wszystkim: kwiecistą utopią, naiwnym rebelianctwem, buntowniczą kontestacją, narkotycznym eskapizmem, wulgarną prowokacją, straceńczym nihilizmem, awanturniczym ekscesem… i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze! Rock się trzyma dzięki swojej pierwotnej, ekstatycznej sile, która eksploduje z samych trzewi rockmanów.
Właśnie! Rock jest czystą energią, jaka się wydziela w ludziach pod wpływem prostych a dobitnych środków: mocnego rytmu, krzykliwej wokalizy, motorycznego drive’u i ostrych gitarowych riffów, które niczym szamańskie zaklęcia wprowadzają ich w trans, wyzwalając przy tym moc nie znaną żadnej innej muzycznej ekspresji.

Zespół „The Rolling Stones” są genialnym uosobieniem tego, co przed chwilą napisałem o rocku i film Martina Scorsese „Shine a Light” (czyli „The Rolling Stones w blasku świateł”, bo pod takim bodajże tytułem wchodzi on właśnie na polskie ekrany), doskonale to potwierdza. Scorsese świetnie wie jak się robi filmy naładowane emocjami i energią (przypomnijmy sobie choćby jego „Taksówkarza” czy „Wściekłego Byka”). Miał też już do czynienia z dokumentacją innych koncertów (m. in. był jednym z operatorów kręcących słynny „Woodstock”, zrealizował też film z pożegnalnego koncertu legendarnego zespołu „The Band” – pamiętany do dzisiaj „The Last Waltz”). Tutaj utrwalił po prostu jeden z ostatnich koncertów „Stonesów” na taśmie filmowej, ale uczynił to tak, że mamy wrażenie, iż sami wchodzimy na scen – że oto Jagger, Richards, Wood i Watts grają tuż obok nas, są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka i energia emanująca zwłaszcza z diabelnie dynamicznego Jaggera, który dokonuje na scenie rzeczy niewiarygodnych, o jakie nigdy nie podejrzewalibyśmy sześćdziesięciokilkuletniego seniora. Takiej kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
Kto pamięta niegdysiejsze ekscesy „Stonesów”? A zwłaszcza – kto obecnie ma im to za złe? Oto na ich koncert przychodzi dziś były prezydent Stanów Zjednoczonych Clinton. Wśród publiczności możemy również zobaczyć naszego byłego prezydenta Kwaśniewskiego, który być może zawitał tam w drodze na Filipiny – a może wracając już z Filipin?
Prezydenci na rockowym koncercie!? O czym to może świadczyć? Być może o tym, że w końcu i sam establishment dał się obłaskawić rockowi (bo raczej trudno sobie wyobrazić to, aby stało się coś wręcz odwrotnego). Rocka można ubrać w garnitur, zawiesić mu krawat, ale i tak w końcu pokaże on wszystkim czerwony jęzor Jaggera.

The Rolling Stones (Keith Richards w rockowym rozkroku)

*