ŻAŁOSNE I PIĘKNE

WSPOMNIENIE O HENRYKU MIKOŁAJU GÓRECKIM

Nie jest sprawą radosną to, że dopiero czyjaś śmierć zwraca uwagę na człowieka, który właśnie odszedł, a o którym ongiś mówiło się sporo z racji jego znaczenia, pozycji, sukcesów… Jak na komendę mnożą się wówczas w mediach elegijne nekrologi sławiące dokonania zmarłego, podkreślające jego zasługi i obwieszczające „niepowetowaną” stratę dla naszego świata, który… stwierdziwszy to pędzi – w najlepsze (lub najgorsze) – dalej. Człowiek, którego już nie ma, pojawia się wtedy w naszej świadomości na kilka chwil, by zaraz potem zniknąć w otchłani amnezyjnego niebytu, przytłoczony nowymi, napierającymi na nas zewsząd wrażeniami i bodźcami.
Śmierć Henryka Mikołaja Góreckiego, który stał się – obok Krzysztofa Pendereckiego i Wojciecha Kilara – najbardziej znanym polskim kompozytorem współczesnym na świecie, przywołała we mnie wspomnienie o nim na dłużej. Wróciłem się bowiem o kilkanaście lat wstecz, by przypomnieć sobie moje spotkanie z kompozytorem, jakie odbyło się w kwietniu 1994 roku w położonym w chicagowskim downtown Hotelu Drake. Rezultatem tej rozmowy był opublikowany w polonijno-amerykańskiej  prasie wywiad, którego fragmenty pozwolę sobie tutaj przytoczyć.

Henryk Mikołaj Górecki (1933 – 2010)

*

To, co się wydarzyło na europejskim rynku muzycznym na początku lat 90-tych, można bez wątpienia uznać za fenomen Góreckiego. Otóż w jednym roku w czołówce listy Billboardu znalazło się aż trzy utwory polskiego kompozytora: „Beatus Vir”, nagrania kwartetów dokonane przez Kronos Quartet, wreszcie III Symfonia w wykonaniu London Sinfonietta, która niemalże przez rok znajdowała się na pierwszym miejscu listy bestsellerów. Wydawało się, że oto przełamana została bariera dzieląca kulturę popularną od elity klasycznej muzyki współczesnej.
W Chicago miała miejsce premiera największego dzieła chóralnego kompozytora „Miserere”. Chicagowską Orkiestrę Symfoniczną i kilkusetosobowy chór poprowadził sam Górecki, dzięki czemu miałem okazję spotkać się z nim osobiście.

*  *  *

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Snuje się ostatnio przypuszczenia, że może pan zdetronizować Krzysztofa Pendereckiego. Jak ocenia pan powagę takich stwierdzeń?

HENRYK MIKOŁAJ GÓRECKI: W ogóle mnie to nie interesuje. Każdy ma swoją część do zrobienia i tyle. A co tam jeden z drugim mówi lub pisze, to ja na to nie mam już wpływu. Osobiście uważam, że tego typu porównania są niepoważne.

W pańskiej twórczości dość wyraźnie można wyznaczyć moment odwrotu od awangardy, którą uprawiał pan w młodości. Co spowodowało tak gwałtowny zwrot?

Proszę pana, to też nieprawda!

Ale za każdym razem mówi się o tym – nawet w profesjonalnych pismach to się podkreśla.

Co to jest awangarda? Ja piszę muzykę – przez całe życie piszę muzykę taką, jaką ja chcę. A że używam materiału, który przez jakichś tam krytyków zaliczany jest do awangardy? Ja się całe życie pytam: co to jest awangarda? Ja nie widzę żebym się do czegoś wracał, albo odwracał… Fakt, że człowiek ma w swoim twórczym życiu różne fazy, zmienia kierunki spojrzenia…

Pańskim późniejszym kompozycjom zarzucano wprost naiwność (m.in. III Symfonii). Również nadmierne uproszczenia, w których dopatrywano się ukłonu w stronę komercji. Padły nawet opinie, że „zaprzedał” się pan artystycznie.

Co to znaczy „zaprzedał się” artystycznie!? Komu!? Jaka komercja!? Ja na tym wielkich pieniędzy nie zrobiłem. A że obśmiewali? Proszę pana, jestem człowiekiem bardzo demokratycznym. Każdy ma prawo do wypowiadania swoich opinii. Jeśli są one bzdurne, to ten ktoś wystawia świadectwo tylko samemu sobie. Nigdy nie napisałem czegoś, czego bym sam nie chciał. I nigdy tego nie zrobię, żeby nie wiem ile dolarów mi za to dawali.

Można chyba uznać, że muzyka odzwierciedla temperament swojego twórcy. Klimat większości pańskich kompozycji jest przemożnie elegijny, tempo powolne, melancholia wszechobecna… Skąd tyle żalu, smutku?

Dlaczego żal? Jestem bardzo żywotny – pasjonat, choleryk… itd. Nie wiem… takie nutki… Są tematy, które lubię. Nie sądzę, żeby we wszystkich kompozycjach był ten żal i smutek. Ci, co tak twierdzą, znają mnie tylko z „Trzeciej symfonii pieśni żałosnych”.

A „Miserere”?

Jeżeli piszę mszę żałobną, czy piszę „Requiem” to znaczy, że będzie to wesołe? To co – ja mam striptiz robić!? Jeżeli jest konkretny temat, to się pisze na konkretny temat!

Zaprzecza pan wszystkiemu, co się o panu mówi i pisze.

Czy ja się muszę zajmować prasą i mówić: nie piszcie tego, bo to nieprawda!

No to może jest teraz okazja, by to wyprostować?

Ja to prostuje od dwóch lat – odkąd zaczął się ten cyrk!

Cyrk?

Tak, właśnie! Zawsze to jest „komercja”, albo „zaprzedał się”, albo jakiś „fałsz”, albo „obłuda”… itd. Nikt nie patrzy na to z punktu widzenia warsztatu muzycznego.

Gdyż bardzo mało ludzi się na tym zna.

No więc z czym do gości!? Daj chłopu zegarek! Czy ja mu mam gadać jak jest symfonia zbudowana? To wolę już pójść do kina. Przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek.

Podczas niedawnej uroczystości na Uniwersytecie Warszawskim, podczas której przyznano panu tytuł honoris causa, powiedział pan m.in.: „Epoka nasza jest epoką, w której wiele powiedziano o człowieku. Jest epoką humanizmu. Jednak paradoksalnie, jest ona również epoką najgłębszych utrapień człowieka, dotyczących jego tożsamości, jego przeznaczenia. Epoka degradacji człowieka, deptania ludzkich wartości, jak nigdy przedtem.”
Czy rzeczywiście żyjemy w tak wyjątkowych i okrutnych czasach?

Niestety. Wystarczy spojrzeć co się dzieje wokoło. Nigdy nie było takiego zakłamania, obłudy, właśnie deptania ludzkich wartości.

Bardzo wysoko ocenił pan ważność sztuki w naszym świecie. Czy naprawdę sądzi pan, że jest ona w stanie wpływać na rzeczy istotne, decydując o naszym życiu społecznym, politycznym… ?

Co ja bym zrobił, gdybym sądził, że nie wpływa? Pewnie bym barany pasał… A może strzeliłbym sobie w łeb? Gdybym wierzył tylko w to, co w człowieku najgorsze? Ale przecież w tym człowieku jest również i to, co najlepsze. Gdybym nie miał nadziei? To rzeczywiście – żabki hodować, krowy pasać… Wierzę, że jest coś, co nam czasem pomaga przetrwać, pomaga zrozumieć drugiego człowieka. Co nas pociesza, daje nam chwilę refleksji… Tym czymś bywa też i sztuka. A pan w to nie wierzy?

Wierzę w to, że sztuka jest potrzebna człowiekowi. Głownie do tego, o czym pan przed chwilą wspomniał. Również do tego, by zamanifestować własne człowieczeństwo, godność; jako środek ekspresji własnej istoty – odczuć, stanów, myśli, miłości i nienawiści, zarówno rozpaczy jak i radości… Nie wierzę natomiast, że za pomocą sztuki można znacząco wpływać na rzeczywistość społeczną czy polityczną. To są wg mnie pobożne życzenia.

Czyli sądzi pan, że zło trzeba tępić złem, karabin przeciwstawić karabinowi, miecz – mieczowi? Jak on mi głowę, to ja jemu głowę…

Musi pan przyznać, że z obciętą głową nasze pole manewru jest raczej mocno ograniczone.

Ale do czego to prowadzi – zwalczanie zła siłą?

Są jednak sytuacje, kiedy trzeba chwycić za karabin i walczyć. Jednak istnieje rozróżnienie między przemocą, która bierze stronę dobra, a przemocą będącą narzędziem zła. Problem stanowi odróżnienie jednego od drugiego. W czasie II wojny światowej trzeba było z hitlerowcami walczyć, a to się niestety wiązało z zabijaniem.

A przeciw stalinowcom nie?

W pewnych sytuacjach – tak.

Ale to jest okropne!

Ale prawdziwe.

Proszę pana, ja też uważam się za realistę i sceptyka. Gdyby tak wyjść z orkiestrą symfoniczną na okopy, to nic byśmy nie zdziałali… Gdybym był człowiekiem niewierzącym, to pewnie stałbym się i zimnym cynikiem. Mimo, że sam zawsze mówię, że „nadzieja jest matką głupich”, to z drugiej strony uważam, że bez nadziei nie można żyć. Bo gdyby tej nadziei nie było, to co by było? A ona pozwala ludziom przetrwać. Wiara. I to w takich sytuacjach, wydawałoby się bez wyjścia. Bezczelnością niesamowitą byłoby to, gdybym myślał, że ja uzdrowię jakieś narody. Dla mnie będzie wielką satysfakcją, jeżeli ktoś przyjdzie po koncercie i powie mi co przeżył. A mam dowody takie, które cenię sobie niezwykle. Oto napisał do mnie ze Szwecji lekarz, ordynator szpitala. W ciągu pół roku zginęło mu dwóch dorosłych synów. Jeden po drugim, w odstępie sześciu miesięcy. I słucha on mojej symfonii. I napisał do mnie wielki, przejmujący list… Człowiek, który na świat patrzy „przez szpital”, który z niewypowiedzianym cierpieniem styka się na co dzień… I takiemu człowiekowi okazuje się być potrzebna moja symfonia. Pomogły mu te „naiwne”, „głupie” nutki… Czy ja po czymś takim potrzebuję jakichś wielkich, chwalebnych, entuzjastycznych, sławiących mnie artykułów?

Są w III Symfonii fragmenty nad wyraz przejmujące. Jak np. ten, w którym cytuje pan napis znaleziony na ścianie więzienia gestapo w Zakopanym, w celi nr 3: Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo. Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario. Podpisano: „Błażusiakówna Helena Wanda, lat 18, siedzi od 25 IX 44 r.” Z kolei „Miserere” był odpowiedzią na ataki milicji na „Solidarność” w Bydgoszczy w 1981 r. Powtarzają się tam słowa: Boże zmiłuj się nade mną. Oba te utwory mają charakter monumentalny, podobny klimat, w pewnym sensie dopełniają się. Czy jednak momenty historyczne, do których się odwołują, można ze sobą porównywać? Czy wydarzenia bydgoskie  miały w sobie na tyle wagi, by poświęcać im tak podniosłe dzieło?

Należy pamiętać w jakim czasie to było pisane. A różne się wtedy rzeczy działy. Wie pan… to ciekawe… Po koncercie podszedł do mnie ktoś i zadał mi pytanie odwrotne: czy w takiej sytuacji brutalnej, tragicznej, kiedy strzelają, ludzie giną…  można pisać „takie kawałki”. To są sprawy tak trudne, tak wieloznaczne, każdy postrzega to inaczej. Są pewne uczucia, wrażenia, które należą tylko do mnie.

„Miserere” na swoją premierę musiało czekać aż 6 lat. Jakie były tego przyczyny?

Bali się, proszę pana! Czasem się można bać zwykłych ludzi, zwykłego smyczka, skrzypiec, klarnetu, fletu… a nie tylko czołgu czy karabinu.
(…)

Pański sukces komercyjny jest w obrębie muzyki klasycznej prawdziwym ewenementem. Na ile jednak jest on skutkiem sprawnego marketingu prowadzonego przez wytwórnie fonograficzne, a na ile zasługą samej muzyki? To, że III Symfonia musiała czekać na swój sukces aż 15 lat, może mieć swoją wymowę.

Ja nie mogę na to pytanie odpowiedzieć. O to trzeba zapytać drugą stronę. Ja napisałem te utwory w czasach, kiedy nikomu się nie śniło o pewnych rzeczach. Poza tym: kto mnie miał wtedy lansować? Polskie Nagrania? W Polsce przemysł fonograficzny był żaden. Paczki z moimi płytami, które trafiły do polskich placówek za granicą, lądowały, nierozpieczętowane nawet, w piwnicach. Tych panów bardziej interesowała wódka, machloje… A teraz? To, że wydawca, firma fonograficzna lansuje – to już jest sprawa wydawcy. Jeżeli inwestuje, to i chciałby na tym zarobić. A że jest to akurat moja muzyka?  Widocznie coś tam w niej jest, coś tam w niej widzą. Tak samo ludzie, którzy to kupują. To ich trzeba zapytać, dlaczego kupują. Naturalnie, nie jestem tym (komercyjnym sukcesem) zrozpaczony. Mogę się tylko cieszyć. Dla mnie to jest cudowna sprawa.

Pańscy koledzy na Zachodzie (jak np. Pierre Boulez) z sarkazmem mówią, że pańskie płyty kupują „sprzątaczki, myjący okna…”

Ja sobie myślę, że gdyby sprzątaczki kupowały kompakty Bouleza, to też nie miałby nic przeciwko temu. To, że gosposie nuciły Schuberta, nie ujmuje wielkości Schubertowi… Coś się głupiego stało w naszych mózgownicach, że jeśli coś jest popularne, to  musi być złe.

Jednakże na wielu ludziach wielkie wrażenie robi sama statystyka pańskiego sukcesu komercyjnego: to, że przez 37 tygodni „Symfonia pieśni żałosnych” była na pierwszym miejscu listy bestsellerów Billboardu;  że od 100 tygodni jest na TOP 25; że na całym świcie sprzedano blisko milion kompaktów z III Symfonią… itd. Czy takie sportowe rankingi nie degradują w pewnym sensie samej muzyki, sprowadzając ją do poziomu towaru? Czy – to jest właściwie dla mnie pytanie retoryczne – istota pańskiego sukcesu nie leży gdzie indziej?

Ja się tym nie interesuję. Jestem człowiekiem starszym, wiele przeżyłem, do pewnych rzeczy mam swój ugruntowany stosunek i to wszystko naprawdę zbytnio mnie nie interesuje. Ja na swojej muzyce majątku nie zrobiłem. Mogę panu powiedzieć jedno: wszyscy do tej samej ziemi pójdziemy, a ostatnia koszula nie ma kieszeni.

Ale krąży fama: wille, mercedesy…

Tak! Mój drugi samochód w życiu, w wieku 60 lat! Nie mam własnego domu, dalej szaleję za chałupą na wsi. A tu mówią: wille, baseny, Sophia Loren… Na mnie inni zarabiają. Ja się cieszę tym, że poważne zespoły chcą mnie grać, że przychodzą ludzie na moje koncerty, że kupują moje płyty i mnie słuchają. To jest moja największa radość.

greydot

Obwoluta kompaktu z nagraniem III Symfonii Góreckego w wykonaniu London Sinfonietta pod dyrekcją Davida Zinmana i z solistką Dawn Upshaw (z autografem kompozytora)

*

SYMFONIA PIEŚNI ŻAŁOSNYCH

*

Stefan Kisielewski napisał w swoich „Dziennikach” o Góreckim: On nie boi się prostoty. Myślę, że było to w czasie, kiedy III Symfonię zagrano po raz pierwszy w Polsce podczas Warszawskiej Jesieni w 1977 roku. Audytorium było w swoich opiniach podzielone: jedni byli zachwyceni i w „Symfonii pieśni żałosnych” usłyszeli arcydzieło, inni natomiast uznali, że jest ona przejawem niemocy twórczej kompozytora, który w linii melodycznej nie może wyjść poza kilka powtarzanych obsesyjnie akordów, co wzięte zostało również za ubóstwo inwencji i niedopuszczalne uproszczenie symfonicznej formy. Wszyscy zaś dostrzegli ów gwałtowny zwrot – od zderzających się kaskad i mas dźwiękowych wcześniejszych utworów (uznawanych za tzw. „awangardę” sonorystyczną) do kompozycji wiernych klasycznemu kanonowi, potraktowanej na dodatek wręcz minimalistycznie.
Ciekawe, że marszczący czoła (a pewnie i uszy) krytycy ganili dokładnie to, co w czasie eksplozji światowego zachwytu nad III Symfonią uznane zostało za jej największą zaletę. Ot, dlaczego z wielkim sceptycyzmem traktować należy opinie tzw. „profesjonalistów” i zawierzać przede wszystkim własnemu odczuciu, które winny legitymizować autentyzm i szczerość.

Jakże często i jakże bardzo nasze wyobrażenie o twórcy odbiega od jego obrazu jaki funkcjonuje w oficjalnej czy też zbiorowej wyobraźni, tudzież w wyobraźni naszej. Szykując się na spotkanie z Góreckim, spodziewałem się zastać człowieka poważnego i solennego niczym andante grandioso, napęczniałego muzycznym geniuszem, jak – nie przymierzając – Penderecki, a spotkałem mężczyznę w sile wieku, na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżniającego, o bardzo bezpośrednim sposobie bycie, wyzbytego krzty pretensjonalności wielkiego artysty.
Pamiętam, że w pierwszej chwili poczułem się zaskoczony. Kiedy bowiem Górecki pojawił się w lobby, gdzie wyznaczyliśmy sobie spotkanie, wyraźnie utykał, wiec odruchowo chciałem mu pomóc, bo podejrzewałem jakąś chwilową kontuzję. Dopiero później się dowiedziałem, że to pozostałość po gruźlicy kości i kilku operacjach, jakie przeszedł on (jako kilkunastoletni chłopiec) jeszcze podczas niemieckiej okupacji. I kto wie? Może to właśnie przyczyniło się do tego, że Górecki stał się kompozytorem? A muzyka (i gra na skrzypcach) stała się dla niego ucieczką przed kalectwem i cierpieniem? Również jedną z najważniejszych rzeczy w życiu.

Mimo swojej (pozornej mimo wszystko) prostoty III Symfonia wymaga skupienia i uwagi, także pewnej gotowości do przyjęcia niezwykłego ładunku emocjonalnego, który w niej się kryje. Nic dziwnego, że utwór noszący tytuł „Symfonia pieśni żałobnych” wypełniony jest po brzegi żalem, bólem i cierpieniem. Nie zaskakuje również to, że za pomocą tak oszczędnych środków, ciemnej tonacji, kilku zaledwie akordów i prostej linii melodycznej – te wszystkie uczucia są niejako przelewane do naszego wnętrza. Bo czy można inaczej? Czyż wyrażenie najbardziej elementarnych i najgłębszych dla nas uczuć wymaga jakiejś skomplikowanej, rozbudowanej, niezwykle złożonej konstrukcji? Wręcz przeciwnie – elaboracja może sprzyjać finezji, ale oddala nas od naszych fundamentów i głębi. A prostota wcale nie musi pozbawiać utworu niuansowości, czego doskonałym przykładem jest zwłaszcza III Symfonia Góreckiego. Właśnie przez zastosowanie bardzo oszczędnych środków, większego znaczenia nabiera każda zmiana tempa i głośności, każda nowa nuta, każda zmiana konfiguracji dźwięku, wejście nowego instrumentu…  natomiast końcowy, wieńczący wszystkie części akord, staje się symbolem – a w przypadku III Symfonii, jest to symbol religijny.
Tak… Górecki nie bał się prostoty, ale i nie wstydził się też swoich korzeni (pochodził z małej pod-rybnickiej wioski, był synem kolejarza), przyznawał się do swojej wiary oraz pochodzenia i owe chrześcijańskie proweniencje są doskonale widoczne w całej jego twórczości, a zwłaszcza w „Symfonii pieśni żałosnych”, której warstwa słowna to nic innego, jak modlitwy: „Lament  Świętokrzyski” pochodzący z XV-wiecznych „Pieśni Łysogórskich”, oraz ów, wspomniany już napis na ścianie celi więzienia gestapo w Zakopanem: Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario, Łaskiś Pełna. Jest jeszcze pieśń ludowa z opolskiego. We wszystkich tych utworach, od których zresztą zaczął Górecki komponowanie swojej Symfonii, przewija się motyw straty rodzicielskiej – matka rozpacza z tęsknoty za zabitym synem, córka za utraconą matką.

Okazuje się, że aby oddać to na wskroś przejmujące ludzkie cierpienie nie potrzeba odwoływać się do żadnych kompozytorskich sztuczek ani technicznego wyrafinowania, które mogłoby je po prostu zabić. Górecki, sięgając do (tak pogardzanej przez niektórych) ludowości i folkloru pozostaje przy uczuciu prawdziwym i autentycznym, unikając tym sposobem megalomanii i patosu, którego przecież w królestwie wielkich kompozytorów muzyki klasycznej nie brakuje.

*  *  *

*