Z TATR W GÓRY SKALISTE

(zapiski z podróży)

Tatry

Tatry

.

iTatry.
Nie było mnie w tym miejscu 30 lat! Z mojej licealnej wycieczki pamiętam jedynie niewyraźne scenki z domu Tetmajera, cieniutkie nóżki naszego przewodnika i jakieś mgliste obrazki znad Morskiego Oka.
Cały majestat Tatr pozostał dla mnie nieodkryty. Czyżby dopiero dzikość, pejzażowa monumentalność i niezmierzoność amerykańskiego Zachodu obudziły we mnie wyczulenie na otaczający nas spektakl Natury?
Tak więc Tatry objawiły mi się tak, jakbym widział je po raz pierwszy. I zagrało we mnie to uczucie, jakiego doświadczałem często w obliczu nowo poznanych miejsc, które porażały mnie swoją niezwykłością i pięknem.
Nie wydaje mi się abym był zupełnie wolny od plemiennego sentymentalizmu, ale tym razem radość z obecności na ziemi o takiej urodzie była całkowicie wyzbyta jakiejkolwiek patriotycznej konotacji. Góry polskie czy słowackie? Jakież to mogło mieć znaczenie? Niedorzeczna wydała mi się myśl, aby szczycić się czymś, czego posiadanie zawdzięczamy jedynie geograficznemu przypadkowi.

Przeraziły mnie tłumy wdrapujące się po asfaltowej drodze ku Morskiemu Oku. Nie chcę wszak, aby ta niechęć do ludzkiej ciżby została tu źle zrozumiana. Większość z nas, od czasu do czasu lubi być w tłumie, ja również… ale nie w górach, które zawsze uważałem za miejsce gdzie można się wyciszyć, zagłębić w samotności, zajrzeć w siebie… Także zakosztować przyrody, zmierzyć z surowością natury.
Cenię doświadczenie wspólnoty z większą grupą ludzi, ale nie na górskim szlaku.

Zakopane, Krupówki.
Cóż, wydaje mi się, że straciły one swój dawny charakter, a nie wyrobiły sobie jeszcze nowego. Dlatego kosmopolityczne tłumy turystów przewalające się po tym głównym deptaku Zakopanego równie dobrze mogłyby się czuć w jakimkolwiek austriackim, szwajcarskim czy niemieckim górskim miasteczku. Oscypki, kwaśnica czy nawet góralskie u-orkiestry to za mało.
Pizza Hut i Kentucky Fried Chicken gryzą się z wylizanymi, silącymi się na autentyczną góralszczyznę karczmami. Gabinet figur woskowych, sklepy ze szwarcem, mydłem i powidłem, tandetne pamiątkarstwo – cała ta eklektyczna rupieciarnia w nader wątpliwym estetycznie guście wchodzi nam na głowę.
Mimo to wszechobecny luz wakacyjnego lenistwa robi swoje i daje się odczuć owa beztroska atmosfera będąca udziałem ludzi, którzy zostawili za sobą swoje powszednie światy. Zawieszeni w obcym ale jednak przyjaznym miejscu, mogą zapomnieć o swoich harmonogramach. Mogą się stać kimś innym, może nawet… sobą i niewykluczone, że niektórym z nich jest z tym ostatnim wcieleniem dobrze.

Do hotelu Belvedere trafiłem właściwie przez przypadek. Kiedy znalazłem się w jego wnętrzu, przypomniała mi się sarkastyczna opinia Passenta na jego temat, z którą gdzieś niedawno się zetknąłem.
Nie podzielam jego zdania o rozpanoszonym tu „najgorszym guście”, niemniej jednak miałem wrażenie, że jest to obiekt jak najbardziej nie na miejscu – już sama nazwa (podobnie jak sąsiedni „Wersal”) wydała mi się pretensjonalna, przystająca do Zakopanego jak kareta do wołu.
Być może w ogóle luksus nie pasuje z natury rzeczy do takich miejsc jak Zakopane, a już na pewno luksus bezstylowy i kosmopolityczny.

Niestety, moje poszukiwanie kwatery na Kościeliskach spęzło na niczym, nie chciałem też utknąć w jakimś pensjonacie w samym mieście.
Belvedere zaś leżał na uboczu, przy drodze Do Białego, otoczony lasem i spokojem. Za płotem zaczynał się szlak, w ciągu minuty człowiek był wśród drzew, ptasich świergotów i szumu strumienia. Przejście z „miasta” w góry odbywało się niemal natychmiast. A wystarczyło dziesięć minut na szlaku, by przeżyć kilka przygód: pies kąpiący się w potoku, niezwykłe kwiaty i narośle na liściach, kryjące się wśród drzew stare schronisko…
Maleńkie fragmenty świata, składające się, niczym puzzle, w hedone – wielką radość i przyjemność życia.

greydot

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

.

ii

Od kilku dni jestem w Montanie.
To ciekawe doświadczenie porównać nasze polskie góry (w których byłem zaledwie dwa tygodnie wcześniej) z amerykańską “dziczą” Gór Skalistych, z którą zderzam się teraz.
Miejsce jest mi znane, gdyż bywałem tu już wielokrotnie: to leżący na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady Park Narodowy Lodowców (Glacier National Park). Nigdy jednak nie miałem aż tyle czasu co teraz, by zapuścić się na dłużej w dzikie górskie ostępy – by wędrować całymi dniami wśród lasów, jezior, skał i lodowców.

Słowa te piszę w miejscowości Saint Mary, leżącej na pograniczu Parku Lodowców i rezerwatu Czarnych Stóp.
O tych stronach powiedzieć można sporo, jednakże chciałbym skupić się na pewnym niezwykłym dla mnie doświadczeniu, jakim było spędzenie nocy w odciętym od świata, położonym w samym sercu gór, schronisku.

Aby dostać się do Granite Park Chalet trzeba pokonać kilkunastokilometrowy szlak: Swiftcurrent Pass Trail lub Highland Trail. Wybrałem ten pierwszy, być może dlatego, że wymagał znacznie większego wysiłku. Trzeba było bowiem wspiąć się kilka kilometrów na wysoką przełęcz, po bardzo stromym zboczu, mając tuż obok kilkusetmetrowe przepaści – a wszystko w towarzystwie śnieżnych kozłów, kolorowych skał, grzmiących kaskad i śniegu.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając złotym blaskiem okoliczne doliny. Wkrótce różowym płomieniem zapaliły się górskie szczyty, przechodząc stopniowo w głęboką purpurę. Na niebie kłębiły się chmury, ciągle zmieniając – niczym w jakimś zaczarowanym kalejdoskopie – swoja barwę i kształty.
Prawie godzinę siedziałem oniemiały na tarasie schroniska przyglądając się temu Wielkiemu Spektaklowi na Niebie.
Wkrótce na niebo wysypały się gwiazdy, wzeszedł księżyc ogarniając srebrną poświatą górskie zbocza, granie i szczyty.
Długo nie moglem zasnąć. Mimo zamkniętych oczu ciągle widziałem te wszystkie obrazy, które otaczały mnie dzisiejszego dnia.

Ja, nieodrodny wspólnik wielkomiejskiej cywilizacji, zdaję sobie doskonale sprawę z namiastkowości podobnych doświadczeń.
Dawno minęły już czasy, kiedy dotarcie do takich miejsc wymagało wielotygodniowej przeprawy – końmi lub pieszo – przez dziewicze puszcze i górskie bezdroża; zdania się tylko na siebie – na własną znajomość elementarnej szkoły przeżycia, na którą składały się obycie z przyrodą, zdolność orientacji w terenie, wytrzymałość, twardość, determinacja…

Czy możliwy jest nasz bezwarunkowy powrót do natury?
Czy możemy otrząsnąć się z naszych cywilizacyjnych naleciałości?
Wydaje mi się, że nie jest to już możliwe, nawet jeśli chcielibyśmy poświęcić temu całe nasze życie.
Zresztą, podobne tęsknoty są chyba wyrazem naszej naiwności. Zaczęliśmy je artykułować jeszcze przed Oświeceniem, a już na dobre rozkwitły one w dobie Romantyzmu.
Najwyraźniej odbiło się to w pismach Jana Jakuba Rousseau, który kreślił wizje Natury jako naszego Raju Utraconego. Jemu też zawdzięczamy rozwinięcie archetypu noble savage – Szlachetnego Dzikusa, istoty prostej, niewinnej, nie zepsutej jeszcze przez cywilizację. Swój wpływ miały również powieści Williama Dafoe (przygody Robinsona Cruzoe na bezludnej wyspie), czy też Jonathana Swifta (podróże Guliwera do różnych bajecznych krain)… etc.

W naszej kulturze zrodziła się utopia szczęśliwej nieskażonej krainy, naturalnego raju.
Utraconego na zawsze?
A może nigdy nie istniejącego?

greydot(zapiski pochodzą z 2008 r.)

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island – Park Narodowy Lodowców w Montanie

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island w Parku Narodowym Lodowców w Montanie

© ZDJĘCIA WŁASNE

Powiązane wpisy: „Spotkanie z grizzly” , „Natura – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie”

Zdjęcia z Parku Narodowego Lodowców w Montanie obejrzeć można TUTAJ.

.

URSUS ARCTOS HORRIBILIS, czyli o spotkaniu z grizzly

.

Któż to wie… tego wpisu mogłoby nie być. I w ogóle mogłoby być „po ptakach”, czyli po blogu. Nie wspominając już o mnie samym. Lecz po kolei. Wszystko wydarzyło się w Parku Narodowym Lodowców w Montanie – wśród najpiękniejszych scenerii górskich na świecie, które, jak się okazało, mogą być niezwykłym tłem dla całkiem nieoczekiwanych dramatycznych wydarzeń.

.

Grizzly

Grizzly

.

NOC SZALEJĄCYCH GRIZLLY

W schronisku Granite Park Chalet, dom którego dotarliśmy na noc po całodniowym marszu w górach, nasłuchaliśmy się opowieści o niedźwiedziach, a największą uwagę przykuła ta, którą ranger nazwał „Nocą Grizzly”.
To były pierwsze ofiary tych bestii na terenie parku Glacier. Jednej nocy, w dwóch niezależnych od siebie incydentach, zagryzione zostały dwie młode kobiety. Pierwsze z z tych tragicznych wydarzeń miało miejsce zaledwie kilkaset metrów od Granite Park Chalet, tak że przeraźliwe krzyki zagryzanej dziewczyny słyszeli wszyscy goście schroniska, którzy zostali nimi rozbudzeni tuż po północy pewnej sierpniowej nocy 1967 roku.

Jak do tego doszło?
Otóż para młodych ludzi postanowiła przespać się (bez namiotu) w okolicznym lesie. Kiedy już pogrążeni byli w głębokim śnie, pojawił się czterysto-kilogramowy grizzly i zaczął wydzierać ich ze śpiworów. Mężczyzna, mimo że gryziony był po rękach, nogach i głowie, zdołał powstrzymać się od krzyku. Niestety, nie zdołała tego zrobić kobieta, i jej wrzask rozsierdził tylko niedźwiedzia, który zaczął ją wlec na dół po zboczu góry.
Jej zwłoki, a właściwie tylko część ciała, gdyż około 30 % zostało zjedzone przez zwierzę, znaleziono nad ranem kilkaset metrów dalej.

Tej samej nocy, w podobny sposób, tyle że w miejscu oddalonym o kilkanaście kilometrów (sprawcą był już inny grizzly), zginęła jeszcze jedna kobieta. Również i jej nie mógł pomóc towarzyszący jej człowiek. Kiedy grizzly zaatakował ich obozowisko (mimo że oprócz nich było jeszcze kilka osób) i zaczął ich „podjadać”, mężczyzna, który przeżył atak, usłyszał tylko jej słowa: „odgryzł mi ramię”, a zaraz potem: „Boże, jestem już martwa„. Trudno wyjaśnić ten zbieg okoliczności: dlaczego akurat tej nocy – w dwóch znacznie oddalonych od siebie miejscach – grizzly oszalały, zamieniając się w ludojadów.

Do tej pory na terenie Parku w podobny sposób zginęło 11 osób.
Gdzie jest napisane, że do tego grona nie mogłem dołączyć ja albo moja żona?

OKO W OKO Z BESTIĄ

GrizzlyWracaliśmy ze szlaku Iceberg Lake, położonego w okolicy doliny Many Glacier (cudownego zresztą, liczącego ponad 16 km.), było późne popołudnie więc starałem się zwiększyć tempo, gdy oto przed oczami, tuż obok ścieżki, mignęło mi coś w rodzaju płowo-brązowej czapy.
Dopiero w sekundę później uzmysłowiłem sobie, że to może być grizzly.
Schyliłem się gwałtownie i cicho wycofałem kilka kroków do tyłu za pagórek, dając znak idącej kilkanaście metrów za mną żonie, by zrobiła to samo. Byliśmy zbyt blisko, aby ujawnić przed niedźwiedziem swą obecność (co jest wskazane, kiedy widzi się je z daleka). Najniebezpieczniejszej bowiem jest wtedy, gdy zwierzęta te czują się zaskoczone. Wówczas mogą zaatakować, a nie ma sposobu, by przed nimi uciec, jako że potrafią biec z prędkością przekraczającą 50 km. na godz. – szybsze są więc od niejednego konia. Jeszcze kilka kroków dalej i znalazłbym się oko w oko z grizzly… i mogłoby to być moje ostatnie spojrzenie.

Przeczekaliśmy w ciszy kilka minut, zanim zdobyłem się na to, by wychylić głowę zza porośniętego trawą pagórka. Wtedy zobaczyłem drugiego niedźwiedzia, tyle że ciemno-brązowego, jeszcze większego niż ten płowy. Na szczęście oba zwierzaki oddalone były już od nas o jakieś 60 – 70 metrów (co zresztą też jest odległością niebezpieczną).
W międzyczasie dołączyła do nas inna para piechurów.

I wtedy zrobiłem rzecz mało rozsądną, mógłby ktoś powiedzieć – głupią. Zwiększyłem mianowicie czułość mojego aparatu (by uzyskać ostrzejsze zdjęcia) i wyruszyłem w kierunku niedźwiedzi, nie reagując na lekko przerażony szept mojej żony i bladość mężczyzny, który aż przysiadł z wrażenia na piaszczystej ścieżce i powtarzał: „tylko nie patrzcie mu w oczy, nie patrzcie mu prosto w oczy” (jego towarzyszka jednak była równie ciekawa, jak ja).
Niewidoczny dla zwierząt przekradłem się około 20 metrów w ich stronę, przykucnąłem za rzadkim krzakiem huckleberry, lekko wychyliłem się i wtedy ponownie zobaczyłem pysk czarnej bestii. Tym razem grizzly uniósł do góry nos i zaczął nim powąchiwać. Zdałem sobie sprawę, że jestem po nawietrznej stronie i że zwierzę wyczuło moją obecność (no cóż, Calvin Klein Escape).

Wszak zrobiło to na mnie takie wrażenie, że zrezygnowałem ze zdjęć i wycofałem się na uprzednie pozycje, co zostało przyjęte z niejaką ulgą, zwłaszcza przez Anię.
Wkrótce zorientowałem się, że niedźwiedzie wspinają się zboczem do góry w kierunku osikowego zagajnika. Kilka minut później na szlaku za nami pojawiło się kilka innych osób. Pomyślałem wówczas, że sytuacja nie jest już tak groźna… tym bardziej, że grizzly zdały sobie sprawę z naszej obecności, niejako oswoiły się z tym i nie zwracając na nas większej uwagi, wyjadały coś z trawy i krzewów.
Wtedy już mogłem spokojnie obserwować je przez mój teleobiektyw i zrobić im kilka zdjęć.

I tak, szczęśliwie, zakończyła się moja, bez wątpienia najbardziej emocjonująca, przygoda w Glacier National Park w Montanie.

BARIBAL I SERCE MOJEJ ŻONY

W związku z tym, że swego czasu spędziłem kilka lat na amerykańskim Zachodzie, bywając wielokrotnie w parkach narodowych, w górach, nad jeziorami, w pustyni i w puszczy… widok niedźwiedzi nie był dla mnie czymś niezwykłym. Nigdy jednak nie znalazłem się tak blisko tej dzikiej bestii, jaką jest grizzly. I należy pamiętać, że grizzly cały czas tą bestią pozostaje, mimo naszych naiwnych wyobrażeń o jego misiowatej naturze niezdarnego szatłapy.
Niezdarny szatłapa! Jakże dalekie jest to od rzeczywistości!

Zresztą, kilka dni wcześniej (po stronie kanadyjskiej parku, w Waterton), także zupełnie niespodziewanie, natknęliśmy się na niedźwiedzia czarnego (nagle spostrzegłem go za plecami mojej żony, kiedy zajęty byłem fotografowaniem niezwykle malowniczego hotelu Prince of Wales).

.

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

.

Tym razem jednak zaledwie jeden rzut oka wystarczył, bym ocenił sytuację jako niegroźną i mimo nieco panicznej reakcji mojej żony (biedna, wymachiwała rękami biegnąc w moją stronę, ale dopiero zaczęła krzyczeć wtedy, kiedy była już bliżej mnie…) nabrałem pewności, że misio nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Poza tym niedźwiedzie czarne są jednak mniej agresywne od grizzly.
(Później się dowiedziałem, że Ania dlatego nie krzyczała, ponieważ nie chciała wystraszyć baribala, aby umożliwić mi zrobienie zdjęcia… No nie! A ja mimo wszystko nie skierowałem aparatu w ich stronę… Zapomniałem o tym, bo… jednak bardziej obawiałem się o serce mojej żony.)

CO NAS POCIĄGA?

Niedźwiedzie wszelkiej maści…
Mimo wszystko, wielką sympatią darzę te włochate olbrzymy. Skąd to się bierze?
Może to jeszcze ta naiwna chłopięca wiara w dobre zwierzątka i pamięć o przytulności pluszowego misia?
Skąd ta ekscytacja i chęć zobaczenia bestii w jej naturalnym środowisku?
Może to jeszcze ów atawistyczny instynkt myśliwego, który drzemie w nas mimo cotygodniowych zakupów mięsa w supermarkecie?
A co nas ciągnie w dzikie ostępy?
Może świadomość tego, że ten dziki świat, który towarzyszył nam przez tysiąclecia – i z którym byliśmy na dobre i złe zrośnięci – po prostu się kończy?

* * *

NOTA: Wpis powyższy ukazał się na moim poprzednim blogu tutaj. Myślę, że na rzeczy będzie zamieszczenie również przy tej okazji krótkiej noty, jaką popełniłem swego czasu o filmie dokumentalnym Wernera Herzoga „Grizzly Man”:

.

Grizzly_Man.film posterKiedy się dowiedziałem, że Werner Herzog nakręcił film dokumentalny o człowieku, który żył przez kilkanaście lat wśród alaskańskiej dzikiej przyrody, i którego zjadły tam w końcu niedźwiedzie, lekko się zdziwiłem… ale to był moment. Bowiem zaraz przypomniałem sobie obsesje niemieckiego reżysera, które odezwały się w takich jego filmach, jak np. „Stroszek”, „Fitzcarraldo”, „Zagadka Kaspara Hausera”, „Aquirre, Gniew Boży”… Czyli: fascynacja zderzeniem jednostkowych bytów drobnych szaleńców z ogromem bezlitosnych żywiołów świata.
To samo znaleźć można w „Grizzly Man”.

Nie chcę aby ten wpis stał się jeszcze jedną recenzją, jakie można znaleźć w pierwszym lepszym piśmie. (Być może niechęć do pewnej uniformizacji, którą się tam spotyka, spowodowała, że przestałem publikować w drukowanej prasie.) Dlatego pozwolę sobie tylko na garść narzucających mi się najwyraźniej refleksji po niedawnym przypomnieniu sobie tego filmu.

Zbyt łatwe wydaje mi się skwitowanie postawy Treadwella słowami: naiwny szaleniec, który igrając z dzikimi bestiami zasłużył na to, co go spotkało. A taka opinia spotykana jest najczęściej. Jego casus sięga jednak głębiej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest wyrazem pewnego archetypu, który rodzi się właśnie na styku natura – człowiek – cywilizacja (być może Houellebecq nazwałby to mutacją metafizyczną).
Tylko tym mogę sobie tłumaczyć moje wielkie poruszenie, jakiego kilkakrotnie doświadczyłem oglądając ten dokument.
Jaki to archetyp?
Jest on, według mnie, wyrazem naszych czasów, choć z jego przejawami spotykamy się raz po raz na przestrzeni dziejów – w procesie tworzenia się naszej kultury. I jak każdy archetyp, jest prosty i potrafi mieć moc objawienia: Timothy Treadwell jest człowiekiem, który ucieka od współczesnej ludzkiej cywilizacji, jednakże – wbrew swoim wysiłkom – nie może już wrócić do świata natury. Nie jest w stanie żyć wśród ludzi i ich kulturowych gadżetów, łudzi się więc, że przygarnie go do siebie dzika przyroda, że znajdzie tam azyl. Ale jest to już niemożliwe: światy te, wbrew wzajemnemu przenikaniu się, na zawsze się już rozdzieliły.
Tim żyje więc w rozdarciu.
I tak naprawdę żyje on w próżni, oszukując się, że jest ona pełnią. Próżnia zaś jest nieznośna, stąd jego nieuświadomione – moim zdaniem – pragnienie śmierci. Pragnienie, któremu stało się zadość.

Razi mnie teraz u Herzoga ten jego ciemny niemiecki pesymizm (kiedyś mnie intrygował). W „Grizzly Man” słyszymy jak mówi: „Wszechświat nie jest harmonią. Jest chaosem. Jest wrogi, morderczy…”
Ja widzę to inaczej. To znaczy, widzę chaos tam, gdzie nie jestem w stanie dostrzec harmonii. Lecz nie dlatego, że tej harmonii tam nie ma, ale dlatego, że jestem zbyt ograniczony w swojej ludzkiej percepcji, by tę harmonię dostrzec.
A pojęcia „wrogi”, „morderczy”…?
Wydają mi się zbyt ludzkie, a więc wobec Kosmosu aż nadto zaściankowe, by można je stosować do opisu czegoś tak ogromnego i nieopisywalnego, jak Wszechświat. Na wszystko patrzeć mogę jedynie z mojej małej ludzkiej perspektywy. Wyznacza mi się ona w świecie obcym i nieobcym zarazem. Ten świat wydaje mi się zrazu przyjazny, to znów wrogi. Wrastam weń, by za chwilę poczuć się wyalienowanym.
Lecz bywa jeszcze to uniesienie, i zachwyt też bywa… Na przykład wtedy, gdy słyszę muzykę ludzi, których zebrał Herzog, by wypełnili ścieżkę dźwiękową jego filmu. I kiedy widzę te wspaniałe zwierzęta pędzące przez alaskańską tundrę… I myślę sobie wtedy, że być może piękno jest czymś, co znajduje się właśnie między światem ludzkim a nieludzkim? Ale trzeba człowieka, by to piękno dostrzec – i niejako powołać tym samym do życia?

* * *

© ZDJĘCIA WŁASNE

UWAGA: więcej zdjęć z Parku Narodowego Lodowców w Montanie i Jezior Waterton w kanadyjskiej Albercie, obejrzeć można na nowej wystawie ŚWIATA W OBRAZACH TUTAJ.

.

YELLOWSTONE

Wróciłem oto z yellowstońskich rubieży. Pora więc przestawić się na zupełnie inne tory – “łono” dzikiej przyrody zamienić na cywilizacyjne teatrum wielkiego miasta. Stało się to szybko: dwie godziny jazdy samochodem z parku Yellowstone do Idaho Falls, stamtąd trzy kwadranse lotu samolotem nad Górami Skalistymi do Denver, a z Denver – dwugodzinny lot do Chicago. I oto złote kaniony Yellowstone ustąpiły miejsca ulicznym kanionom chicagowskiego downtown.

Mimo zmiennej pogody wyjazd był udany. W ciągu kikunastu dni przeżyłem wszystkie poru roku: od zimowego śniegu i gradu, przez wiosenno-jesienne burze deszczowe z piorunami, po piękne słoneczne ciepłe dni lata. Kiedy pogoda nie pozwalała na cieszenie się parkiem, można się było zaszyć z książką i herbatą z rumem, gdzieś przy kominku w jednej z kilku yellowstońskich górskich lodge (czyli schronisk- zajazdów).
Te przerwy były nawet wskazane: można było bowiem odpocząć zarówno po chodzeniu po szlakach (a w Yellowstone jest gdzie chodzić, jako że znajduje się tu blisko  1,5 tys. km. “utrzymywanych” szlaków), jak  i po… fotografowaniu – choć tego ostatniego zajęcia nigdy nie jest mi za dużo.

Zanim zdołam uporządkować jakoś swój fotograficzny plon wywieziony z Yellowstone, tudzież napisać coś konkretniejszego, chciałbym przedstawić mały wybór pochodzących z niego zdjęć.
Przy okazji dziękuję wszystkim tym, którzy zechcieli TUTAJ zajrzeć i zostawić dla mnie (oraz dla innych Gości tego bloga), parę przyjaznych słów.

**

Yellowstone pełen jest „nieziemskich” zakątków.

*
*

Gorące źródła bywają też kolorystycznie wysublimowane – wręcz koronkowe, a nawet subtelne i delikatne.

*

Bajecznie kolorowe gorące źródło nad rzeką Firehole (Górna Kotlina Gejzerów).

*
*

„Odlotowe” faktury Grand Prismatic Springs (Środkowa Kotlina Gejzerów).

*

Mama grizzly ze swoim bobasem (obserwowana z odległości ok. 150 m. – stąd niezbyt dobra jakość zdjęć).

*

Wymowne spojrzenie innej bestii – starego bizona (niech nas jednak  nie zwiodą te niewinne oczęta – bizony zabijają ludzi niemal każdego roku).

m
*

Zmierzch nad Wyoming

m

Wieczorne pożegnanie z gejzerem Old Faithful.

*

Więcej o Yellowstone dowiedzieć się można z następujących wpisów:

*

KRAINA WIECZNYCH CZARÓW

*

ZDJĘCIA:

YELLOWSTONE: PANORAMY

– fantastyczne twory termalne: KOLORY YELLOWSTONE

– fauna: ZWIERZĘTA (Światowid)