POD DŁONIĄ BOGA

palce Buddy (zdjęcie własne)

*

Skąd się bierze ludzka potrzeba modlitwy?
Z wdzięczności za cud stworzenia, czy też ze strachu przed siłami (od nas) wyższymi? Czy pragnienie zbliżenia się do bóstwa jest wyrazem pokory czy też pychy? Czy modląc się człowiek częściej prosi czy dziękuje?

* * *
Istota ludzka wtrącona w otchłanie Kosmosu poddana jest mocom, które ją przerastają. Nie dziwi więc, iż człowiek niekiedy ma wrażenie, że jest igraszką w rękach bogów – opleciony wątkami losu, poddany przeznaczeniu, które nie jest mu znane.
Modląc się znajduje ukojenie – ma poczucie, że jego serce nie bije w próżni, że nie jest Sierotą Wszechświata, że po drugiej stronie jest coś więcej, niźli tylko nicość… (a może tylko pragnienie i nadzieję tego, że po drugiej stronie nie ma już cierpienia?)

Klękając, kłaniając się, schylając głowę, wyciągając ręce do Stworzyciela i władcy…
Czy jednak potrzebne jest to pokajanie?
Czy owo poddanie może mieć jakąś wartość dla bóstwa? Czy też potrzebne jest jedynie człowiekowi, by poczuć się pod czyjąś opieką?

(Kiedy poddany korzy się przed królem-człowiekiem, to ów gest ma sens, bowiem także król nie jest pozbawiony słabości – jego moc jest jedynie umowna i nominalna, dlatego też domaga się nieustannej konfirmacji. Czy Wszechmocny Bóg potrzebuje tego samego?)

Poddańcza poza jest wyrazem uległości, często mając związek ze słabością.
Stając na nogi musimy szukać siły w sobie samych.

* * *
Przyklęknięcie, pochylenie się, skłonienie głowy… ten gest ma swoje źródło w zamierzchłych czasach, kiedy to oznaczał poddanie się, był manifestacją uległości wobec władcy. To było ukorzenie się przed kimś, kto przerastał nas swoją mocą, miał nad nami władzę – mógł nas czymś obdarować, ale też mógł nas skrzywdzić, a nawet zabić.  Miał on na celu zdobycie przychylności, zapewnienie sobie opieki; był prośbą o darownie kary, przebłaganiem za złe uczynki, przeproszeniem za złamanie prawa… Z czasem jednak coraz więcej było w nim zwykłej kurtuazji, także wyrazu szacunku dla drugiego człowieka, niekoniecznie wyższego rangą.

Ta poza ma w sobie także pewien element poniżenia samego siebie.
Nawet jeśli rzeczywiście jest formą podziękowania, respektu i wdzięczności.

Trzymajmy się jednak proporcji: w naszym kręgu kulturowym (w przeciwieństwie choćby do buddyzmu), wiara w Boga zdecydownie bardziej opiera się na lęku przed Nim (i przed śmiercią… te rodzaje lęku są zresztą najczęściej tożsame), niż na wdzięczności za stworzenie.

* * *

Modląca się (przed posągiem Buddy w jednej ze świątyń Sukhothai, Tajlandia)

*

Kiedy przed podróżą do Tajlandii przeglądałem albumy zawierające fotografie z tego kraju, uwagę moją przykuło zdjęcie buddyjskiego mnicha , który stoi z ręką opartą o dłoń Buddy… Dłoń była większa od mnicha.
Postanowiłem odnaleźć to miejsce.
Okazało się, że ów posąg Buddy znajduje się w jednej z licznych świątyń jednego z najważniejszych kompleksów religijnych Tajlandii, a mianowicie w Sukhothai.
Kiedy tam wreszcie dotarłem i z bijącym sercem wkraczałem do świątyni, przed oczami pojawiła mi się scena, jaką mogłem sobie tylko wymarzyć: wspierając się o gigantyczny posąg Buddy, tuż obok jego oklejonej złotem dwumetrowej dłoni, klęczała zatopiona w modlitwie dziewczyna.

Czyżby to był zwykły przypadek?
A może obraz ten po prostu tam na mnie czekał?

* * *

Modły w świątyni Doi Suthep w Chiang Mai (Tajlandia)

W załączeniu to, co o modlitwie napisała w jednym ze swoich kometarzy Jolanta:

Modlitwa. Jest modlitwa i jest modlitwa. Regułkowa, trochę na zasadzie warunkowania, hipnopedii, wyuczona, szablonowa, pusta tak naprawdę, chyba że ktoś stara się w niej zanurzyć całą swoją świadomością i potrafi wyprowadzić swoją duszę ponad ziemię, ponad ciało i ponad fizyczne ograniczenia, poza ramy szablonu. Ponoć w powtarzalności frazy modlitewnej, jeśli poddać się temu rytmowi, jest jakaś hipnotyczna siła, która wprawia nasz umysł w stan transu (modlitwy). Mantra. Różaniec. Litania. One mają wprowadzić w taki trans. Ale myślę, że do tego niezbędne jest zatracenie się w rytmie, ukołysanie się na jego fali. Jest też modlitwa, która z nazwy nie jest modlitwą. Wzruszenie, stan wyjścia duszy z ciała, którego doświadczyłam, czytając m.in. ostatnią powieść „Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson. Moją modlitwą stała się także recenzja tej niezwykłej książki. Jej pisanie. W trakcie formułowania swoich refleksji byłam daleko, poza granicami świata materialnego. Moja dusza śpiewała pieśń. Moja wrażliwość tańczyła na fali metafizycznego uniesienia.

Modlitwa ma różne oblicza. Zaniemówienie w obliczu piękna natury. Łzy wzruszenia podczas koncertu wspaniałej muzyki – kiedy słucham na żywo koncertu filharmonicznego, doznaję takiego upojenia, że można je nazwać modlitwą. Gdy czytam poezję. Gdy idę w górach stromą ścieżką i widzę w oddali szczyt, który stopniowo się przybliża i za chwilę mogę osiągnąć to, co wydawało się nieosiągalne. I ten zachwyt na górze, gdy spoglądam na rozległą panoramę w dole. Modlitwa. Myślę, że modlitwa niekoniecznie potrzebuje utartych słów. Raczej emocji, wzruszenia, ekstazy. Łez, śmiechu. Poczucia jedności z  chwilą. Zatracenia się w niej. Mam wrażenie, że to stan naturalny, ta zdolność człowieka do doświadczania uczuć transcendentnych, której ktoś nadał definicję modlitwy.

( © ZDJĘCIA WŁASNE )
*

WE MGLE…

 

Nie pytaj komu płonie znicz.
Płonie on tobie.


* * *
Znicze…
W cierpieniu i smutku jesteśmy jak dzieci, które hipnotycznie wpatrują się w płonący ogień.
Czujemy wtedy jak coś nas ku niemu przyciąga.

* * *
Wszyscy stoimy w kolejce do śmierci.
Czasem ktoś się z tej kolejki wyłamuje.
I to wyprowadza nas z równowagi.

* * *
Jeśli Bóg jest mądry, miłosierny i sprawiedliwy, to nie można mówić, że to On właśnie zsyła na nas tragedie i niewypowiedziany ból.
Tak samo, jak nie można mówić, że chroni nas przed nieszczęściem.
Najlepiej jest więc nie mieszać Boga do niczego.
Tak jak i On się do nas (już?) nie miesza.

Jeśli ktoś uważa, że Bóg ingeruje w nasz świat i nasze życie, to w takim razie można Go osądzać wedle tego, co się dzieje w świecie i w naszym życiu.
A to co się dzieje, nie pozwoliłoby nazwać go Sprawiedliwym.
Ani tym bardziej Miłosiernym.

Nie wspominając już o tym, że uznanie za prawdę tego, iż w świecie realizowany jest „plan boży”, kłóci się z pojęciem „wolnej woli”. Podobnie zresztą, jak sensu „wolnej woli” człowieka pozbawiałoby także działanie boskiej Opatrzności i predestynacja (czyli przeznaczenie).

Czy wobec tego wszystkiego może dziwić, że często błądzimy jak to dziecko we mgle?

* * *
Zwykle ciosy, które w nas godzą, uznajemy za sprawę „zawistnego losu”, by nie obarczać nimi Boga.
Jednak są i tacy, którzy owe „ciosy” i nieszczęścia uważają za bożą Łaskę (by nie pozbyć się wiary w to, iż chroni ich boża Opatrzność).

* * *
Słowa „los” jako synonimu Boga, używają zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący.
Zaskakująca jednomyślność.

* * *
Jaki sens ma nasza modlitwa wobec milionów modlitw niewysłuchanych i nie spełnionych?
Mobilizację drzemiących w nas sił i możliwości? Komfort dla naszego mózgu i nerwów?
Niwątpliwie tak – i to jest niezbywalna racja, dla której modlitwę można uznać za coś niezwykle ważnego i istotnego w życiu (nie tylko wewnętrznym) człowieka.
Lecz człowiek modlący nie może się zgodzić na takie racjonalne podejście do modlitwy, którą uważa za „rozmowę” z Bogiem. I zakłada, że Bóg nie tylko go wysłucha, ale i również spełni jego prośby.
Jednak czy zdaje sobie wówczas sprawę z tego, jak bardzo ta postawa jest postawą egoistyczną?
Dlaczegóż to Bóg powinien spełnić właśnie jego prośbę, a nie tysięcy – czy też milionów – innych ludzi (ani nie lepszych, ani nie gorszych od niego)?

Człowiek, modląc się, przywołuje siostrę Modlitwy – Nadzieję, bo bez niej nie tylko nie mógłby się modlić, ale i żyć.

* * *
10. 04. 2010.
Fatum, klątwa, przeznaczenie, spisek, chichot historii, pech… ?
Czy może po prostu mgła?
Albo za bardzo przechylone skrzydło?
Jakiś ludzki błąd, nieopatrzna decyzja?

* * *
10. 04. 2010 zdarza się każego dnia.
Czy zdajemy sobie z tego sprawę?

(Nie, ponieważ życie ma, mimo wszystko, większą władzę nad nami niż śmierć, a nadzieja większą niż rozpacz.)
Tragizm istnienia uświadamiamy sobie na raty – w takich jednorazowych wstrząsach.
(Podobnie jak naszą śmiertelność… Na codzień jesteśmy przecież nieśmiertelni.)

* * *
Prawdziwa rozpacz nie zna nadziei.

Rozpacz może ustąpić tylko wtedy, kiedy jej miejsce zajmie nadzieja.

* * *
Mówi się: „Śmiej się, a świat będzie się śmiał z tobą. Płacz, a będzisz płakał samotnie.”
A jednak czasem jest zupełnie na odwrót.

* * *
Urzędy, władza, ceremoniał, ważność, …
Wpojona jest nam bezduszna hierarchia: śmierć prezydenta jest dla nas ważniejsza, niż śmierć stewardessy.

Tak, jakbyśmy nadal byli stadem (zwanym po ludzku społeczeństwem), którego przywódca jest ważniejszy od osobnika w t(y)le.

Także: w świecie opętanym przekazem informacji, ważniejszy jest ten, kto jest „większy” medialnie.

* * *
Słowa, słowa, słowa…
Zaklinamy, przeklinamy, opisujemy, wyjaśniamy…
A czasem najlepiej byłoby zachować milczenie… ale to już się chyba nie da.
Nie po to ćwiczyliśmy się w mowie i językach od tysięcy pokoleń.

Myślimy, że słowa zdolne są nas obronić.
A one zbyt często nas jednak zdradzają.

Lecz mimo wszystko, przynoszą nam również ulgę. I próbują wyrazić… choćby skargę.

Wypowiedziane wobec pustego kosmosu będą się błąkać wiecznie… wśród gorącej obojętności płonących gwiazd i mroźnej obojętności lodowych komet.
(Niczym wyrzut sumienia Wielkiego Eksperymentatora?)

* * *
Ręka dotykająca trumny. Łzy.
Rozpacz dziecka, które traci nagle oboje rodziców…
– więźnie w gardle, dusi wszelkie słowa.

* * *

 

Zdjęcie własne: wejście do jednego z grobowców na paryskim cmentarzu Père Lachaise.