TYBET – OBRAZY Z KLASZTORU SAMJE

.

Czajniczek i znicze - wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

Czajniczek i znicze – wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

.

Swego czasu poświęciłem klasztorowi Samje cały wpis (TUTAJ), w którym wspominałem swoją wizytę w tym najstarszym buddyjskim klasztorze w Tybecie. Zilustrowałem go wówczas kilkoma zdjęciami, które zrobiłem zarówno w samym klasztorze, jak i jego okolicy, lecz lwia część tych obrazów pozostawała nieodkryta w czeluściach komputerowej pamięci. Trafiłem na nie ostatnio i pomyślałem, że dobrze byłoby je odgrzebać i zaprezentować na stronie Wizji, bo jednak przedstawiają miejsce niezwykłe i dla nas Europejczyków egzotyczne – a przy tym niezmiernie moim zdaniem fotogeniczne.

.

Oczywiście żadne zdjęcie, nawet najlepsze, nie jest w stanie oddać „ducha” ani nawet piękna danego miejsca, co najwyżej przybliżyć je nam nieco – tak, byśmy mogli sobie uzmysłowić, jak ono wygląda. Jest już dobrze, jeśli umożliwia nam wyobrażenie sobie tego, jaki potencjał tajemnicy i czaru skrywa. Tak więc, nawet wtedy, kiedy nasze oczy się pasą, warto także uruchomić i wyzwolić wyobraźnię stymulującą mózg – bo tylko angażując naszą psyche (duszę) możemy wejść w głębszą relację z widzialnym (a może nawet niewidzialnym?) światem.

Sacrum i decorum klasztoru Samje – to estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki. Ciekawe są korelacje między pięknem (również tym zmysłowym) a buddyzmem, czyli miedzy estetyką opierającą się na materii, a etyką wywodzącą się z rozumu, serca i duszy. Okazuje się po raz kolejny, że wszystko ze wszystkim się łączy i przenika, tworząc świat, w którym jesteśmy w całości zanurzeni.

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

Klasztor Samje (1)a

Strażnik kaplicy na świętym wzgórzu Hepori. W oddali – płynie Brahmaputra.

.

.

Klasztor Samje (1)

Klasztor Samje wybudowano na planie mandali – widok ze wzgórza Hepori

.

.

Klasztor Samje (2)

Główne wejście do klasztoru i znużeni długą drogą pielgrzymi

.

.

Klasztor Samje (3)

Mnisi modlą się wewnątrz Utse – centralnej świątyni klasztoru Samje

.

 

Klasztor Samje (4)

Mistycyzm światła penetrującego zacienione wnętrze klasztornego krużganka

.

.

Klasztor Samje (5)

Mnisie szaty i dzwoneczki – a wokół unosi się zapach kadzideł

.

.

Klasztor Samje (6)

Dolewanie roztopionego masła jaka do świętego ognia – płonące wiecznie znicze nie mogą zgasnąć

.

.

Klasztor Samje (7)

Pali się modlitewny znicz

.

Oto garść zdjęć, które ewokują wspomnienia wyniesione ze spotkania – i doświadczenia – jednego z najbardziej niezwykłych zakątków świata, do jakich udało mi się w życiu dotrzeć. Sam jestem zdziwiony teraz ich różnorodnością, a szczególnie tym, że tworzą tak bogatą i kolorową mozaikę form i kształtów, przedstawiając miejsce, które zazwyczaj kojarzone jest z buddyjskim ascetyzmem, wyciszeniem i rezygnacją ze zmysłowego świata materii. Wprawdzie mnisi zamykają oczy, kiedy recytują mantry i deklamują sutry, lecz ich otoczenie w tym samym czasie emanuje wręcz orgią kolorów i form, tłumioną wszak tutaj mrokiem zaciemnionych wnętrz. A jednak promienie słoneczne penetrują te zakamarki, wprowadzając do klasztornych komnat grę światła i cieni, tworząc smugi w powietrzu wypełnionym zapachem kadzideł i nieduszącym dymem ulatniającym się z płonących, wypełnionych stopionym jaczym masłem zniczy, które oświetlają migotliwie twarze pobożnych pielgrzymów oraz ściany udekorowane kolorowym materiałem, pełne wnęk z figurkami bóstw i świętych mężów.

Wnętrze klasztoru stanowi uderzający kontrast z tym, co znajduje się poza jego – opartymi na planie mandali – murami. Z pustynią i górami, ze skąpaną w słońcu doliną Brahmaputry, z olbrzymim niebem, którego intensywny błękit moderują białe, pierzaste obłoki – wreszcie z wznoszącym się nad Samje świętym wzgórzem Hepori, pełnym kolorowych i trzepoczących na wietrze modlitewnych chorągiewek oraz głazów, na których wyryto i wymalowano słynną mantrę współczucia Om Ma Ni Pe Me Hum, unoszącą się nad tybetańską ziemią, w obojętnej na ludzkie cierpienie pustce nieba.

.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Powiązany wpis: „KLASZTOR SAMJE”

.

Reklamy

KLASZTOR SHWE YAN PYAY – BIRMA

.

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

.

Birmę* zamieszkuje ponad 50 mln. ludzi, z których 85 % to buddyści. Po całym kraju rozsiane są tysiące klasztorów, gdzie schronienie znajduje ponad pół miliona mnichów. Nic więc dziwnego, że spotyka się ich na każdym kroku, również poza klasztorami, pagodami i miejscami kultu i to nie tylko wczesnym rankiem, kiedy wychodzą oni ze swoimi miskami jałmużnymi, zbierając do nich jedzenie, które składa im w daninie okoliczna ludność. Jednak najlepiej jest zetknąć się z mnichami w świątyni lub klasztorze, zwłaszcza jeśli to są nowicjusze, których dziecięcy szarm i spontaniczność, w zestawieniu z niezwykłą scenerią i anturażem miejsca – tudzież z ich ubiorem i zakonnym drylem – stanowi (zwłaszcza dla Europejczyka) kulturowy fenomen, uderzający swoją egzotyką. Oczywiście, wszystko to składa się na obraz niebywale fotogeniczny, który sprawia, że oko fotografa się raduje, a ręka drży przy zwalnianiu przesłony aparatu, co pozwala cuda te zatrzymać w pamięci (nie tyko cyfrowej karty) na dłużej.

Miesiąc spędzony w Birmie pozwolił mi na poznawanie kraju raczej nieśpieszne. Trafiłem więc do wielu ciekawych miejsc, wśród których na pewno wyróżniał się klasztor Shwe Yan Pyay (spotyka się także nazwę Shwe Yaunghwe Kyaung), położony na obrzeżach miasteczka Nyaung Shwe, bazy wypadowej dla zwiedzających słynne Jezioro Inle i jego okolice. Po spędzeniu paru dni na jeziorze, przez które można dotrzeć do wielu ciekawych zakątków i wiosek zamieszkałych przez ludy inne, niż Birmańczycy; po kilkakrotnym spotkaniu się z rybakami, (ich niezwykłą malowniczość starałem się już wcześniej pokazać TUTAJ), postanowiłem odwiedzić klasztor pełen młodocianych mnichów, którzy – jak można było zobaczyć na wielu zdjęciach reklamujących kraj – często pozowali w owalnych oknach klasztornego budynku (kształt niespotykany w żadnym innym klasztorze Birmy). Wsiadłem więc na rower i po przebyciu kilku kilometrów (dzięki tej drodze nadarzyła się okazja, by rozejrzeć się po okolicznych, głównie ryżowych, polach) zatrzymałem się przed małym drewnianą budowlą na palach, z wnętrza której dochodziły mnie odgłosy… niby to modlitwy, niby recytacji – gwarne jak w pszczelim ulu.

Tradycyjnie, birmański chłopiec przed ukończeniem 12 lat życia przechodzi inicjację (shin-pyu), dzięki której przyjmuje się go do społeczności wierzących (upathaka). Przed wstąpieniem do klasztoru udziela się mu instrukcji, (zaznajamiając go z czymś w rodzaju klasztornej etykiety) aż przychodzi dzień, kiedy ubiera się go w uroczyste szaty, przyozdabia klejnotami i niesie w uroczystej procesji (często na ramionach ojca) do klasztoru. Tam, przed głównym mnichem, którego chłopiec prosi o przyjęcie do klasztoru, zdejmuje się z niego piękne suknie oraz świecidełka, goli głowę i obdarowuje skromną szatą mnicha oraz miską (powtórzona jest w tym rytuale droga Siddharty/Buddy – od bogactwa do ascezy). Odtąd – i to nie tylko w czasie pobytu w klasztorze, który może trwać tydzień, miesiąc, rok… niekiedy i całe życie – obowiązuje go Pięć Przykazań (nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie kłam, nie upijaj się), których przestrzeganie jest niezbędne na drodze do Nirwany, czyli ostatecznego „zdmuchnięcia”, które wygasi jego istnienie, wyzwalając go z cyklu życia i śmierci (samsara), uwalniając tym samym od nieodłącznego od życia cierpienia. Jednak, zanim się to stanie, chłopak musi wstawać przed świtem (śpi na twardej podłodze, za „posłanie” mając jedynie słomianą matę), wychodzić wczesnym rankiem z miską do wioski za pożywieniem (mnisi żywią się tylko tym, co dostaną od ludzi, spożywają jedynie dwa posiłki dziennie, zaś po południu jeść już nie mogą); a także: sprzątać, prać swoje szaty, myć się, wreszcie uczestniczyć w lekcjach – również w czytaniu i recytowaniu świętych tekstów. Miałem to szczęście, że w klasztorze Shwe Yan Pyay trafiłem na to ostatnie zajęcie.

Gdyby jednak „studiowanie i recytowanie świętych tekstów” wyglądało tak, jak to się zwykle kojarzy z takową nobliwą aktywnością, to mój fotoreportaż z klasztoru wyglądałby zupełnie inaczej, a prawdę mówiąc, to w ogóle mogłoby go nie być, bo nie wiem, czy bym się odważył zakłócać spokój – wyciszenie i skupienie- całą tę budzącą respekt i szacunek powagę mnichów, (którą znałem skądinąd – choćby z klasztorów w Tybecie). Kiedy jednak wspiąłem się po schodach i wszedłem do środka głównej sali klasztoru, zostałem skonfrontowany z głośną czeredą chłopców i młodzieńców, siedzących wśród drewnianych kolumn, na deskach podłogi, ubranych w czerwone szaty i powtarzających na głos niezrozumiałe dla mnie słowa. Nie był to zgodny chór, ale jedna wielka polifonia, nie pozbawiona wszak pewnej melodyjności – każdy młody mnich wypowiadał swoje wersety, czytając je lub wygłaszając z pamięci. Nie było w tym żadnego namaszczenia, tylko niektórzy adepci kołysali się jak modlący chasydzi, siedząc „po turecku”, czy też raczej po buddyjsku.

Chłopcy, jak to chłopcy – większości z nich trudno się było skupić, wyginali się więc na różne strony, robili dziwne miny lub wyglądali tęsknym i melancholijnym wzrokiem za okno… skąd dobiegał ich śpiew ptaków i gdzie widać było skąpany w słońcu ogród. Mimo tej swobodnej aury i dającej się wyczuć wśród tych młodych mnichów pewnej dezynwoltury, nie chciałem wyjść na intruza, usiadłem więc na podłodze, odłożyłem na bok aparat i zacząłem chłonąć panującą wewnątrz klasztornej sali atmosferę, nasiąkać nią, poddawać się wyczuwalnym tu wibracjom… Było w tym coś z medytacji – może także chęć poczucia i poznania sacrum? Chciałem się oswoić z duchem tego miejsca – przyzwyczajając tym samym mnichów do mojej obecności. Trwało to dłuższą chwilę – może z pół godziny – kiedy wreszcie podniosłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by biegać z aparatem wśród kolumn, więc tylko od czasu do czasu zmieniałem pozycję i miejsce, szukając lepszej perspektywy czy innego światła. Mali mnisi po jakimś czasie nie zwracali na mnie większej uwagi, choć jednak wydawało mi się, że zdają sobie oni sprawę z mojej obecności i… nie pozując jednak pozowali, co według mnie nadawało chyba najlepszy efekt zdjęciom – formę ciekawą, w pewnym stopniu zaaranżowaną, a jednak nadal autentyczną. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie patrząc teraz na te zdjęcia i przypominając sobie tamte niezwykłe chwile, przeżywając je – i to dość intensywnie – na nowo.

* W Polsce usiłuje się wprowadzić w życie oficjalną nazwę, która niestety brzmi okropnie: Mjanma.

greydot

Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć jakie zrobiłem w klasztorze Shwe Yan Pyay (namawiam do obejrzenia ich w pełnym wymiarze, a można to zrobić za pomocą jednego kliknięcia). Kilka z tych fotografii obdarzyłem małym komentarzem, inne zamieściłem w formie fotoreportażu mozaiki, zaś pozostałe trafiły na stronę mojego bloga fotograficznego (TUTAJ).

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (7).

STUDIA WŚRÓD KOLUMN

Mali mnisi buddyjscy wśród drewnianych, pokrytych złotą farbą kolumn, siedzą i studiują buddyjski kanon. Otoczeni lasem tekowych filarów podtrzymujących klasztorne sklepienie, nie czują się zagubieni, bo przecież z każdego miejsca, gdzie siedzą, widoczny jest ich Mistrz, którego ścieżką chcą podążać. Lecz atmosfera jaka wśród nich panuje świadczy o tym, że przede wszystkim są to młodzi ludzie – chłopcy, a także dzieci – którzy próbują się znaleźć w tym nowym dla nich środowisku, wymagających od nich skupienia, dyscypliny i poświęcenia, a przecież nadal są powodowani dziecięcym impulsem zniecierpliwienia i zabawy. Na przedzie, tuż przed ołtarzem z Buddą, siedzą nowicjusze najstarsi, dalej ci średni wiekiem, a pod samymi oknami najmłodsi. Nic dziwnego, że to ci ostatni z tęsknotą wypatrywali często tego, co jest na zewnątrz klasztoru – w świecie jasnym i kolorowym.
Wewnątrz klasztoru (nota bene jest on palafitem), zwłaszcza w pobliżu ołtarza, panował półmrok, jednak z okien wlewało się do środka jaskrawe dzienne światło, co dawało kontrast utrudniający robienie zdjęć (o medytacyjnej i edukacyjnej specyfice miejsca i chwili nie wspominając). Wszystko to wymagało kompromisu – zastosowania złotego środka: wykorzystać dostępne światło naturalne, nie zmącić autentyzmu sytuacji, a jednak znaleźć dla siebie takie miejsce, skąd można byłoby utrwalić te niezwykłe obrazy wyraziście i z charakterem. Nie wypadało być intruzem, a jednak trzeba się było zachować na tyle śmiało i zdecydowanie, by dopiąć swego i uchwycić to, co najciekawsze, we właściwym momencie – to, co pojawiało się i rozwiewało w każdej sekundzie, wyłaniało się na chwilkę i tonęło w rzece płynącego – i przemijającego bezlitośnie – czasu.

.
.Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (5).

SKUPIENIE I RELAKS

Jest w tym zdjęciu wyraźna dwoistość: dwójka małych mnichów, kompozycyjne rozpołowienie kadru, dwa różne podejścia do studiowania pisma i dwa różne nastroje. Chłopiec po lewej siedzi w pozycji, jaka zyskałaby z pewnością aprobatę wychowawcy; przed nim zeszyt i książka ułożone jak mistrz przykazał; zastanawia się nad czymś, ale… czy nie jest to już przechodzenie na stronę towarzysza, który z chęcią rozproszyłby jego powagę i zaraził swobodą, kusząc swoim luzem, nonszalancją i uśmiechem na twarzy? Tak, to ten kocyk rozłożony dla wygody, nieco zmierzwiony… Nogi rozplecione, oparcie się o ścianę, wzrok błądzący w myślach pewnie mało buddyjskich… wreszcie zeszyt otwarty – odłożony (może nawet rzucony) w nieładzie. Innymi słowy: luz blues w klasztorze.
Lubię klasyczną kompozycję tego obrazu, także jego kolorystykę, harmonijnie adaptującą czerwień szat do żółto-złoto-brązowych odcieni podłogi i ścian z tekowego drewna. Jasne tło prawej strony kadru podkreśla sylwetkę – i profil – postaci siedzącej do nas bokiem. Z kolei ciemne tło prawej połowy sprawia, że prawem kontrastu lepiej widoczne jest jaśniejsze ciało chłopca, a zwłaszcza jego sympatyczny wyraz twarzy. Niewątpliwie wdzięczny to widok.

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (4).

PATRZ!

Nie wiem co tak zaprzątnęło uwagę młodego mnicha. Wątpię, że był to posąg Buddy, który znajduje się w centrum klasztoru (chociaż wskazujący palec chłopca wymierzony jest właśnie w tamto miejsce). Bo przecież mnisi widzą ten posąg każdego dnia (jest on w swojej pozie niezmienny, mimo zmienianych każdego dnia kwiatów, którymi się go dekoruje). Poza tym, choć wśród chłopców panuje atmosfera raczej swobodna, której daleko do solenności, to Budda nie może być przedmiotem żartów – kiedy uwaga ludzi kieruje się na niego, okazują oni szacunek, uniżoność i poważanie. Jak widać chłopcy nie są za bardzo skupieni na nauce, ich zachowanie jest swobodne, miny rozbawione…
Zdjęcie wykonane aparatem, który położyłem na podłodze. A zrobiłem to, by – po pierwsze – nie deprymować mnichów, po drugie zaś – uzyskać perspektywę, dzięki której nie patrzymy na nich z góry, a z pozycji, która pozwala na lepsze oddanie ich gestów, postury i zachowania. Dzięki temu kompozycja nie jest stłamszona, a bardziej otwarta, przybliżająca tę grupę naszym oczom..

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (6)

.

SZATY I GESTY

Kompozycja z mnisich szat, gestów rąk, ułożenia nóg… Różne odcienie czerwieni – z lekkim dotknięciem pomarańczu i purpury. Ciekawe wydały mi się te załamania materii, linie odgraniczające jasność od ciemności, gradacje koloru. Światło pada od strony okien i ono jest odpowiedzialne za głębię, która tworzy się przed postaciami. Widać jedynie fragmenty rąk i nóg – ramion, palców i stóp – lecz różnorodność ich ułożenia wprowadza do kadru pewien ruch i bogactwo gestów. Te pierwiastek ludzki niweluje w dużym stopniu abstrakcyjność obrazu, który przestaje być tylko li formalną kompozycją złożoną z kształtów, linii, konturów i barwnych plam, a staje się wyrazem uchwyconego w chwili życia.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z klasztoru Shwe Yan Pyay obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

Powiązany wpis: TYBET – KLASZTOR SAMYE

.

DALAJ LAMA I GWIAZDY

.

Tybet zderza się z Ameryką, naiwność przenika z mądrością, cynizm ze szlachetnością, dolary z idealizmem, pragmatyzm z metafizyką… Paradoksy współczesnego świata bez granic – skutek rewolucji elektronicznej i informatycznej – rewolucji w mediach w epoce satelitarnego przekazu.
Czy znoszą się naturalne podziały? Czy łamią bariery? Czy może spełnić się utopia jedności? Dwa krańcowo odmienne światy usiłują siebie nawzajem zrozumieć. Efekt? Czasami wydaje im się, że się zrozumiały, ale jeszcze częściej – udają, że się zrozumiały.

.

.

Letnia niedziela, chicagowska Medinah Temple.* Tłumy ludzi. Mały, krępy Azjata w narzuconej na nagie ciało mnisiej szacie. Dalajlama. Duchowy przywódca milionów Tybetańczyków, narodu od ponad 50 lat pozbawionego praw do samostanowienia. Dalajlama to bardziej tytuł niż imię. Od wieków noszą go ci, których Tybet uważa za swą busolę, wyrocznię – moralny i duchowy autorytet. Człowiekowi obecnemu w Medinah Temple nadano taką władzę i atrybuty, kiedy był jeszcze dzieckiem. Gdy miał dwa lata uznano, iż jest on 14-tą reinkarnacją świętego męża, który żył w zamierzchłych czasach. Wobec tego, może się ktoś zapytać, nie stroniąc od żartu – kto otrzymał Nagrodę Nobla?

greydot

„Chicago Tribune” przygotowała dla Dalajlamy pytania i dostarczyła mu je w pisemnej formie. Z misją odnotowania odpowiedzi wysłano jednego z profesorów Uniwersytetu Columbia zajmującego się buddyzmem tybetańskim.
Żałuję, że autorem pytań nie był profesor Columbii. Niestety, popularna gazeta postanowiła popisać się sama i tym sposobem azjatycki mędrzec został skonfrontowany z takimi oto pytaniami: „Co sprawia, że jest Pan szczęśliwy?” lub „Czy pamięta Pan swoje wcześniejsze wcielenia?”
Niemądre pytania najlepiej byłoby zignorować, a jeśli już ktoś czuje się zobligowany do odpowiedzi na nie, to należy się pilnować aby nie zniżyć się do ich poziomu i nie sięgnąć dna. Innymi słowy, należy się bronić przed udzieleniem niemądrej odpowiedzi na głupie pytanie, które do tego właściwie prowokuje.

Dalajlama jest ukontentowany tym co ma dzięki nauce Buddy. To ona sprawia, że mniej obawia się on o siebie, niż o innych. To ona daje mu spokój ducha i nadzieję. Naturalnie, nie może być zadowolony z położenia w jakim znajdują się miliony jego rodaków. Zbyt wiele cierpią z powodu chińskiej opresji.
Nie uważa, że życie mnicha jest trudne. O wiele cięższe byłoby dla niego wtedy, gdyby miał rodzinę – te wszystkie obowiązki! Wielka i ciężka jest natomiast odpowiedzialność Dalajlamy.
Nie bardzo wątpił w to, że jest wcieleniem świętego starożytnego męża. Kiedy był małym chłopcem wybrał się z pielgrzymką do Lhasy odległej o tysiąc mil. Pamięta, że odnaleźli go ludzie, których znał z przeszłych żywotów. Później już tego dobrze tego nie pamiętał. Ale też zbytnio nie wątpił. Zresztą, o wiele ważniejsze jest to, jak dobrze wypełnia się swoje obowiązki w doczesnym życiu.
Buddyści z zasady nie mówią o czymś takim, jak swoje poprzednie wcielenia. Jeżeli praktykuje się medytację buddyjską, to oczywiście łatwo jest wtedy sobie przypomnieć pewne wydarzenia, które miały miejsce w czasie poprzednich wcieleń. Ale mnich nie powinien tego wykorzystywać dla zdobycia władzy, czy prestiżu, by osiągnąć moc. Szczególnie wtedy, gdy… jej nie posiada. Dalajlama jest jednak pewny („pretty sure”), że miał przeszłe życia.

Istnieją wielkie filozoficzne różnice między buddyzmem a chrześcijaństwem – tego nie powinno się ukrywać. Buddyści np. nie wierzą w Boga Stwórcę – że wykreował On wszystko i nad wszystkim ma kontrolę. Chrześcijanie natomiast nie wierzą w karmę, ani w to, że mieliśmy już wcześniejsze życia i że możemy w końcu osiągnąć stan oświeconego umysłu, który jest prawdziwą wszechwiedzą.
To są wielkie różnice, jednak możemy je tolerować. Buddyści i chrześcijanie – zdaniem Dalajlamy – nie powinni próbować nawracać siebie nawzajem, nie powinni marnować energii na dyskutowanie o tych problemach. Takie dysputy bowiem trwają od tysięcy lat i jak do tej pory, nie doprowadziły one do żadnej pożytecznej konkluzji.

greydot

Mao Tse-tung?
Dalajlama był młody, kiedy Mao wygrał swoją rewolucję. Zetknął się z Mao osobiście i ten zrobił na nim wielkie wrażenie. Ale w końcu przyszło rozczarowanie. Mao nie dotrzymał słowa.
Później Dalajlama czytał, że totalna władza i moc jaką osiągnął swoja pozycją Mao, uczyniły go szalonym, kimś w rodzaju opętanego cesarza – „był przyczyną tak wielu śmierci”.
Dalajlama nie rozpacza z powodu tak długiego zniewolenia Tybetu. Czyje jednak smutek na wieść o cierpieniach swojego ludu, które się nie kończą. Ale wierzy przy tym w moc prawdy.

greydot

Nie tak dawno słyszałem opowieść pewnej Polki, której zdarzyło się pracować na tzw. „domku”, tyle że tym „domkiem” był pałac – rezydencja nieprzyzwoicie bogatych krezusów amerykańskich. Zwyczajowa śpiewka: „Takie mieli góry pieniędzy, że sami nie wiedzieli co z nimi zrobić. Całkiem poprzewracało im się w głowach” – brzmiała puenta polskiej gospodyni.
Podobną myśl można ubrać szlachetniej. Orson Welles oparł nawet na tym swoje filmowe arcydzieło – „Obywatela Kane”. Bohater, wzorowany według wszelkiego mniemania na magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearst, buduje potężny, przepyszny pałac, otaczając się w nim zwałami skarbów i dzieł sztuki z całego świata. W swoich przepastnych komnatach czuje się jednak jak marny przecinek – ów materialny splendor pogłębia jedynie jego przeraźliwe poczucie osamotnienia. Czymś w rodzaju wyzwolenia staje się wspomnienie… pączka róży wymalowanego na zwykłych dziecięcych sankach. „Rosebud” – symbol niewinności i czystości; niemalże transcendentalne pragnienie pełni i nasycenia – na wpół uświadomiona tęsknota za głębią, prostotą, sensem i zrozumieniem.

Wydaje mi się, że dla bogaczy z Chicago, Dalajlama stał się właśnie takim „Pączkiem Róży”.
Nie tylko oni szukają odpowiedzi i sensu w kulturze zgoła im obcej, rzec można egzotycznej, którą uważają za bardziej archaiczną, pierwotną, a tym samy bliższą prawd Wszechświata; szlachetniejszą pod względem duchowym, nie skażoną jeszcze współczesnym relatywizmem. Cały ten ruch New Age porwał przecież złaknione jakiejkolwiek metafizyki i spirytyzmu tabuny. Mieszkający w Arizonie Indianie Hopi nie mogą się opędzić od Kalifornijczyków, żądnych uzdrowienia i wyzwolenia od wszelkich bolączek osobistych i cywilizacyjnych; w zagłębiach materializmu i konsumpcjonizmu poszukuje się jakiegokolwiek guru, który podjąłby się roli Mistrza i wypełnił duchową pustkę. Parapsychologia, duchy, anioły, zjawiska nadprzyrodzone, romantyczno-baśniowe science-fiction… pełno tego wszędzie – od półek księgarni, gazetowych szpalt, po ekrany telewizorów i repertuar w kinie.

greydot

Dla amerykańskich milionerów Dalajlama stał się „Pączkiem Róży” – rodzajem metafizycznej atrapy, duchowego guru, ale i… okazją do zrobienia interesu. Otóż wspomniana rezydencja pod Chicago, po tym, jak Dalajlama stał się korzystającym z gościny „przyjacielem domu”, zamieniła się szybko w muzeum sztuki Dalekiego Wschodu. Wykorzystując znajomości i koneksje, Amerykanie zaczęli za bezcen wykupywać orientalne skarby i zabytki, oczywiście przy okazji nimi handlując.

Dla bogaczy z Chicago Dalajlama stał się „Pączkiem Róży”, jednak nie chcą oni rezygnować ze swoich współczesnych przyziemnych – i raczej nie kojarzonych z buddyjskim pacyfizmem i pokojem – zabawek.
We wspomnianej rezydencji znajduje się pomieszczenie, które przypomina arsenał i magazyn dla wojska. Co jakiś czas w posiadłości tej zbiera się „śmietanka” highlife’u – głównie showbiznesowa – przebiera w mundury, dzieli na armie i rozgrywa wojnę. No kidding! Mają do dyspozycji teren wielkości poligonu; mają swoje „bojowe” pojazdy, sprzęt, broń, zadania, rozkazy…
Jednym z częstych gości jest Richard Gere, mąż Cindy Crawford, aktor uznany za obdarzonego największym sex-appealem spośród hollywoodzkich bożyszcz. Możemy go pamiętać choćby z filmu „Pretty Woman”, gdzie zakochał się w grającej prostytutkę Julii Roberts.
Gwiazdor ten wpędził w niejaką konsternację niektórych widzów parę lat temu, gdy podczas ceremonii rozdawania Oscarów zaczął telepatycznie wysyłać swoje myśli ku Azji, aby skłonić chińskich przywódców do zaniechania anty-humanitarnych i dyktatorskich praktyk ciemiężców, a przede wszystkim – do wyzwolenia Tybetu. Richard Gere skupił się, ujął swoje skronie w dłonie, nastroił się na chińską częstotliwość i radził innym zrobić to samo.
Gere jest bowiem przyjacielem Dalajlamy, adwokatem i propagatorem jego posłannictwa w Ameryce.
Dalajlama zapytany w Chicago o to, czy poparcie Hollywood uważa za błogosławieństwo, czy też przekleństwo, odparł: „Ludzie, którzy pracują w filmie i innych mediach są grupą artystyczną, która ma moc oddziaływania na umysły i serca całych społeczności. Jeżeli ich motywacje są dobre, to mogą pomóc miliardom ludzi za pomocą swojej sztuki. Jestem szczęśliwy, że mam tak dobrych przyjaciół, którzy są zarazem tak dobrymi artystami.”
Swoją drogą ciekaw jestem, czy Dalajlama oglądał kiedyś jakikolwiek film z Rambo, czy Schwarzeneggerem.

greydot
Kiedy prostotę mędrca uznać można za jego naiwność, a mądrościową maksymę za banał? Kiedy szlachetna dążność zaczyna się przemieniać w pobożne życzenie? Czy cudowne recepty zbyt często nie ignorują rzeczywistych faktów i całej masy uwarunkowań?
Wydaje się, że tylko autorytet i pozycja Dalajlamy może uchronić przed krytyczną oceną choćby takiej jego wypowiedzi: „W dzisiejszych czasach świat zrobił się o wiele mniejszy. Dlatego musimy się nauczyć żyć jak bracia i siostry w jednej wielkiej ludzkiej rodzinie. Możemy dojść do porozumienia ponad naszymi filozoficznymi różnicami, znaleźć wspólny grunt dla dotyczących nas wszystkich problemów etycznych – w naszym wspólnym dążeniu, by służyć dobru całej ludzkości. Buddyści i chrześcijanie powinni wzmacniać swe wysiłki, by krzewić mądrość, prostotę i miłość. Ponad wszystko ludziom religijnym nie wolno dopuszczać do tego, by religie stawały się przyczyną podziałów między ludźmi i nie wyrządzały nikomu krzywdy.”
Amen. Ja również tego bym sobie – i innym – życzył.

greydot
Prostota. Wyrafinowana myśl nigdy nie zdobędzie masowego poklasku. Wiedzą o tym ci, którzy chcą sterować umysłami ludzi. In nie jest istotne to, czy robią to z premedytacją, czy też intuicyjnie. Efekt jest ten sam, choć premedytacja wymaga od nich ciągłej uwagi i kontroli, która w końcu może osłabnąć; intuicja zaś zwykle zdradza rasowego przywódcę.
Prostota w połączeniu z pasją, oddaniem i mocą sugestii (to ostatnie może wskazywać na fanatyka, wizjonera lub genialnego manipulatora) – ten mariaż jest w stanie uczynić z człowieka charyzmatycznego lidera.
Prostota, jeśli chodzi o wielką politykę indoktrynacyjną – światopoglądową, duchową czy religijną – przeplata się z naiwnością, niekiedy ocierając się nawet o prostactwo. A to ostatnie najczęściej jest udziałem grubiaństwa dyktatury sprawowanej przez osobników upośledzonych moralnie, upośledzonych uczuciowo i pospolitych duchem. Przykładami: niespełniony malarz Hitler i syn kowala Mussolini. Chamstwo i arogancja wydają się być dyktaturze przyrodzone, choć jej apologeci mają dla tych cech inną nazwę: nie uleganie sentymentom, pewność, skuteczność, zdecydowanie, twardość, realizm, wytrwałość, pragmatyzm…

greydot
Jak ryba wody a ptak powietrza, świat potrzebuje „bożych szaleńców”, którzy nie zważając na góry popiołów, szukają cierpliwie i chronią „gwiaździste dyjamenty” ponad zgliszczami destrukcji i zwątpieniem. Ta potrzeba szlachetności – jedno z najwznioślejszych i najbardziej budujących ludzkich dążeń. Nobilitacja samego człowieka jako niezgoda na grzęźnięcie w błocie ogólnej mizerii, w bagnie jakiego nie szczędzi nam świat i jakiego nie szczędzimy sobie nawzajem.
Należy jednak podkreślić, że jest to wartość, którą tworzymy i respektujemy – albo nie respektujemy, a nawet odrzucamy – my sami. Będzie ona iluzoryczna wtedy, kiedy odmówimy do niej prawa innym. Chroniąc człowieczeństwo innych ludzi, chronimy je także w nas samych – odmawiając innym człowieczeństwa, zabijamy je tym samym również w nas samych.
greydot.

* Artykuł został opublikowany na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 6 września, 1996 r.

Znicze modlitewne w tybetańskim klasztorze Samje (zdjęcie własne)

Znicze modlitewne w tybetańskim klasztorze Samje (zdjęcie własne)

.

Powiązane wpisy: „TYBET JAKO MISTYCZNA GŁĘBIA” (o filmie Martina Scorsesego „Kundun”, opartym na biografii Dalajlamy); „KLASZTOR SAMJE(o wizycie w najstarszym klasztorze buddyjskim Tybetu); „MNISI Z LUANG PRABANG” (fotoreportaż z niezwykłego rytuału w Laosie); „DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU” (o chińskiej inwazji i okupacji Tybetu – relacja z Lhasy).

.

MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS

*

*

Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą. Nie, ciągnęła mnie tam moja ciekawość, (o której z kolei w naszym kręgu kulturowym mówi się, że jest pierwszym stopniem do piekła). Tak więc, mimo że czułem się pośród tych quasi-religijnych przestróg niczym między młotem a kowadłem, to wyruszyłem w dalszą podróż i już wkrótce znalazłem się w tym maleńkim miasteczku u zbiegu Mekongu z krętą jak wąż rzeką Nam Khan. Byłem ciekaw miejsca, które cieszy się famą jednego z najbardziej „uroczych” miejsc południowo-wschodniej Azji (fama ta wszak rodziła we mnie podejrzliwość, że utknę w ogładzonej, jaskrawo-kolorowej i wykończonej na globalną sztampę turystycznej pułapce pełnej raczących się azjatycką kuchnią i opijających lokalnym piwem back-packerów ). Przede wszystkim chciałem zobaczyć znajdujące się tam świątynie i spotkać zamieszkujących tę okolicę ludzi – ciekaw byłem bardzo tego zakątka Laosu osadzonego w dolinie najważniejszej rzeki Indochin, otoczonej zielonymi wzgórzami, pełnymi wodospadów i jaskiń. Wreszcie: ciekaw byłem zaludniających tutejsze – jakże liczne – świątynie, mnichów. Wiedziałem… spodziewałem się, czułem… że w Luang Prabang czeka mnie jedno z najciekawszych spotkań z buddyjskimi mnichami i że będzie to przeżycie niezapomniane. Czy oczekiwaniom tym stało się zadość?

Zbudziłem się kiedy jeszcze na zewnątrz panował gęstym mrok, zanim zaczęły piać okoliczne koguty, a nie umilkły jeszcze głosy bliżej mi nieznanych stworzeń żyjących w bambusowo-bananowych zaroślach i krzewach bugenwilii. Nie zapalając światła (by nie budzić osoby, która spała tuż obok mnie), narzuciłem na siebie to, co znalazłem pod ręką, otworzyłem drzwi i wsunąłem stopy w spoczywające przed progiem sandały, kierując się do wyjścia. Brama guesthouse’u była zamknięta, przed nią, na dziedzińcu leżała pod kocami jakaś skulona postać. Na dźwięk skobla, który usiłowałem odsunąć, śpiący człowiek zerwał się na równe nogi, ale poznawszy mnie uspokoił się, i – z niewyraźnym pozdrowieniem „gud monin” – otworzył mi furtkę. Wyszedłem na spotkanie z mnichami.


Stare Luang Prabang, ze względu na swoje rozmiary, trudno nazwać miastem. To raczej osada położona na cyplu jaki tworzą zbiegające się tu rzeki Mekong i Nam Khan i rozciągająca się na długości niespełna mili wzdłuż stromych urwisk rzecznych brzegów i szerokości dochodzącej zaledwie do stu, dwustu metrów. Na dodatek, znaczną część tego półwyspu zajmuje zalesione wzgórze Phu Si z górującą nad miastem złotą stupą. Na tym małym spłachetku ziemi wystawiono ponad 30 świątyń, przy każdej świątyni powstał klasztor, a w nich zamieszkało blisko pół tysiąca mnichów. Każdego ranka, o świcie, cała ta mnisza armia wychodzi ze swoich skromnych klasztornych kwater na ulice Luang Prabang i udaje się na… żebry.
No cóż, „żebry” mają w naszej kulturze raczej negatywną konotację. Tutaj, proszalna procesja buddyjskich mnichów jest natomiast czymś w rodzaju uświęconego rytuału, mającego także bardzo praktyczne, utylitarne znaczenie: jest ona głównym sposobem zdobywania pożywienia przez mnichów, którzy w swe jałmużne naczynia (swoją drogą nie pozbawione estetycznej elegancji) zbierają żywność ofiarowaną im przez okoliczną ludność.
Wychodząc przed wschodem słońca z mojego hotelu, chciałem być tego wszystkiego świadkiem – być może nawet uczestnikiem.


Mając jeszcze w kościach kambodżańskie upały sprzed kilku dni, tym mocniej poczułem chłód laotańskiej „zimy”, która oznaczała tu temperaturę w nocy rzędu 10 – 12 stopni Celsjusza, zanim jeszcze słońce nie podniosło ją w dzień do przyjemnych dwudziestu-paru stopni. Od klasztoru Wat Xieng Thong i głównej Świątyni Złotego Miasta, gdzie zwykle pojawiają się pierwsi mnisi i dokąd zamierzałem dotrzeć, dzielił mnie nie więcej jak kwadrans drogi. Wokół panowała jeszcze głęboką ciemność rozświetlana słabym światłem ulicznych lamp, więc kiedy na opustoszałej ulicy zobaczyłem człowieka rozkładającego swój kram i zapraszającego mnie do wypicia czegoś ciepłego, nie omieszkałem skorzystać z tej okazji, by bardziej zdecydowanie przebudzić moje szare komórki. Kawa była gorąca i słodka, kubek parzył mnie w ręce – i mimo, że zwykle nie znoszę cukru w kawie, z niemałą rozkoszą smakowałem ten gęsty i mocny napój, który przypomniał mi wietnamskie esspresso z mocną nutą indyjskiego kardamonu. Czułem się dzięki temu jak w świecie nieco odrealnionym – niczym w zlepku różnych kultur, klimatów i smaków, w rzeczywistości pół-sennej i pół-jawnej, w której przenikały się majaki i wspomnienia – to co zmysłowe i konkretne z tym co wymyślone, oniryczne i urojone. Tu i ówdzie pojawiali się jacyś ludzie, coraz częściej rozlegał się dźwięk otwieranych bram i drzwi, podnoszonych rolet i stor, słychać było głosy wzajemnych pozdrowień. Nokturnowo-niebieskawa szarość zaczęła ustępować miejsca mglistemu brzaskowi dnia. Nad rzeką wisiały jeszcze sinawe mgły, od wschodu nadciągało przejaśnienie, w oddali szarzały góry… Otaczał mnie kraj, który mnie intrygował, ale którego nie znałem. Musiałem iść dalej. Podziękowałem mojemu ulicznemu gospodarzowi za kawę i dość energicznym krokiem skierowałem się ku leżącemu na samym cyplu półwyspu klasztorowi – tam gdzie kończyło się (czy też zaczynało) miasto. Szybkim marszem chciałem strząsnąć z siebie resztki nocnego spleenu, a pomagała mi w tym skutecznie także spora dawka kofeiny, jaką przed chwilą dostarczyłem mojej krwi. W pewnym momencie wydało mi się, że w oddali między świątynnymi zabudowaniami, mignęły pomarańczowe szaty mnichów.

*

Wszystko zaczęło się od Buddy – Przebudzonego, który odrzucił złudę materialnego świat wygód, bogactwa, posiadania i zmysłowości, by wyzwolić się z zaklętego koła życia (samsary) i osiągnąć nirvanę – stan, którego właściwie niczym nie da się opisać, a który dla niektórych buddystów jest odpowiednikiem naszego „nieba”, choć jest opisywany bardziej jako swego rodzaju „pustka”.
Wokół Sidharty-Przebudzonego zaczęli skupiać się jego uczniowie i to właśnie oni dali początek mniszym zgromadzeniom zwanym sangha. W klasztorze można było prowadzić bardziej zaawansowaną drogę buddyjskiego stylu życia: odsunięcie się od świata zwykłej życiowej krzątaniny i powszednich zajęć, wyrzeczenie się ludzkich pragnień (nie tylko tych przyziemnych, zmysłowych, ale i jakichkolwiek wyższych, w tym i duchowych, takich jak np. pragnienia nieśmiertelności, ale i nawet czegoś przeciwnego: pragnienia uwolnienia się z samsary). Żyć życiem prostym, cnotliwym, pokornym, wycofanym… pełnym spokoju i współczucia dla wszystkich cierpiących istot świata. Bowiem tylko wtedy może człowiek wejść na drogę Oświecenia i spełnienia się w finalnej nirwanie.
Oczy mnicha nie powinny się stymulować tym, co jest dla innych wizualnie atrakcyjne; jego usta powinny powstrzymywać się od gadatliwości, ręce Mistrza powinny oduczyć się chwytania i zagarniania rzeczy, a jego twarz nie może wyrażać pożądliwości ani nawet zwykłego pragnienia…
Czy spotkania takich ludzi mogłem się spodziewać tego ranka na ulicach Luang Prabang?


Dniało już kiedy na ulicy pojawił się wreszcie niezwykły korowód. Długi, pomarańczowy, niekończący się łańcuch idących gęsiego bosych mnichów, przedstawiał widok zgoła nieziemski. Każdy taszczył ze sobą sporych rozmiarów naczynie przypominające kształtem pękatą wazę, każdy milczał starając się zachować na twarzy wyraz powagi i nie zważać na to, co się działo wokół. Beznamiętnie i mechanicznie mnisi podsuwali swoje naczynia ludziom, którzy ustawili wzdłuż chodnika i wkładali w nie żywność – głównie „lepki” ryż. Wszystkie kobiety – skażone wedle odwiecznych przekonań nieczystością i stanowiące potencjalne zagrożenie dla cnotliwości mnicha – klęczały i dawały jałmużnę ze spuszczonymi oczami. Mężczyźni mogli to czynić na stojąco.
Jako że miałem ze sobą aparat fotograficzny (jakżeby inaczej!) starałem się trzymać od całej tej aktywności i ceremoniału z daleka.

To, na co patrzyłem, nie było tylko malowniczą paradą ubranych w pomarańczową szatę i ogolonych na łyso mężczyzn, którzy zbierali ryż do oplecionych wikliną mis. To był przede wszystkim odwieczny rytuał określający podstawową relację między ludźmi świeckimi a duchownymi – ich wzajemną zależność i wymianę pewnych wartości.
Wyrzeczenie się świata materialnego przez mnichów pozwala na ich doskonalenie się duchowe, osiąganie wyższych wartości, które w postaci nauk i przykładu mogą przejmować ci, którzy prowadzą życie laickie. To właśnie mnisi niejako torują drogę ku wyzwoleniu się z cierpienia, zwiększają szansę na odrodzenie się w lepszym wcieleniu czy wreszcie osiągnięcia stanu nirwany. Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny. Ponadto, okazując szczodrość, zdobywają zasługi, dzięki którym będę się mogli odrodzić do lepszego (a przynajmniej niegorszego) życia.
Świadomość tego wszystkiego pozwalała mi patrzeć na odbywający się na ulicach Luang Prabang ceremoniał nie tylko okiem ciekawskiego turysty żądnego lokalnych ciekawostek i  egzotycznego kolorytu, ale i kogoś, kto chciał zrozumieć jego głębszy sens.


Ale patrzyłem na ten rytuał także okiem fotografa. Teleobiektyw pozwalał mi zachować pewien dystans, zaś estetyczna radość utrwalania niezwykle fotogenicznych obrazów – podekscytowanie będącego w swoim żywiole pasjonata. Uliczki Luang Prabang dostarczały znakomitego tła dla kontrastujących z nimi pomarańczowymi szatami mnichów. Wystarczyło tylko wybrać te kadry, które objęłyby także tutejszą architekturę, roślinność, samych mieszkańców… jak również – last but not the least – buddyjskie świątynie i klasztory. A przy tym unikać widoku innych paparazzich i wpychających się na pierwszy plan turystów. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, zwłaszcza jeśli można było usunąć się w bardziej ustronne, niezatłumione przez obcych przybyszów, miejsce.

Nie była to moja jedyna z mnichami styczność. Kilka dni spędzonych w Luang Prabang pozwalało na niemal ciągłe z nimi obcowanie, bo poza ranną procesją, prowadzili oni dość otwarte życie na dziedzińcach świątyń i klasztorów, w szkolnych klasach – ucząc się, chędożąc obejście, bawiąc się, śmiejąc, rozmawiając… Kontrastowało to z solemną postawą jaką zachowywali podczas porannego obchodu miasta, kiedy w milczeniu zbierali do swoich misek potrzebny im do przeżycia ryż.
A we mnie pozostawiło wspomnienie przyjaznych, ciekawych świata i mimo wszystko… zwykłych ludzi.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ (bardziej przestrzennie) oraz (nieco bliżej) na stronie Światowida TUTAJ .

*

TYBET – KLASZTOR SAMJE

Mnisi modlą się w klasztorze Samje

*

1.

Tybet bez klasztorów nie byłby Tybetem. Dlatego też Chińczycy, okupując ten kraj od ponad pół wieku, zrównali z ziemią kilka tysięcy klasztorów i miejsc kultu. Religia, według słów Wielkiego Sternika Mao, była trucizną i nie mieściła się w komunistycznej wizji społecznego porządku opartego na materialistycznym dialektyzmie Marksa i Engelsa, w którym nie było miejsca dla tego „opium dla mas”.
Nie zauważono nawet, że jedno „opium” zamieniono na inne – tym razem utopijnej fantasmagorii powszechnej równości i dyktatury proletariatu, która stała się niczym innym, jak dyktaturą jednej partii, a konkretnie – dość małej grupy samozwańczych, opętanych ideologią, uzurpatorów. Ale to temat do innych rozważań. Wróćmy więc do klasztoru.

2.

Klasztor… Wobec klasztoru moje uczucia zawsze były ambiwalentne.
Z jednej strony bowiem pociągał mnie mistycyzm jaki emanuje z monastycznych cel i krużganków, pewna ekskluzywność związana z rozkwitającym niekiedy wśród klasztornych murów arystokratyzmem ducha; z drugiej zaś odstręczał swoją klaustrofobiczną atmosferą rezygnacji z prawdziwego, poddanego zmysłom i spontanicznego życia – zamknięciem się, odsunięciem i separacją od świeckiego świata zwykłych śmiertelników.
To właśnie w klasztornej celi rodzą się intrygujące skądinąd paradoksy: zamknięcie, o którym mówi się że jest zyskaniem wolności;  skrajny egotyzm, o którym mówi się, że jest ostatecznym zerwaniem z własnym ego (bo odrzuceniem samego siebie).
Lecz do klasztoru i mnichów dwoisty stosunek ma większość z nas. Bo przecież klękamy przed świętym Franciszkiem, szanujemy benedyktyńską cierpliwość, z uwagą potrafimy czytać Mertona, delektujemy się dobrociami wymyślonymi przez rozmyślnych braciszków, ale i naśmiewamy z karykaturalnego świata próżniactwa, opilstwa i obżarstwa (Monachomachia), a kiedy słyszymy, jak Ofelii mówi się, by szła do klasztoru, to potrafimy jej współczuć, bo wiemy jaki straszny jest to dla niej wyrok (choć dzięki niemu nie będzie musiała „płodzić grzeszników” – zamiast cielesnemu kochankowi, oddając się bezkrwistemu Bogu).

Wnętrze Samje: czy klasztorne mury stanowią granicę między sacrum a profanum? (Kliknij raz i kliknij ponownie by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

3.

Jak by nie patrzeć na klasztor, zawsze jest to dla nas miejsce niezwykłe a przekraczając jego mury odnosimy wrażenie przekraczania jakiejś niewidocznej granicy sacrum i profanum, odgradzającej zwyczajny świat wypełniony prozą od świata mistycznego i pełnego tajemnic.
Na ile jednak jest to doświadczenie powierzchowne, a na ile głębokie – pozostaje sprawą indywidualną, zależną od konkretnego człowieka.
Wydaje się, że decydujące znaczenie ma w tym wszystkim nasze zaplecze kulturowe i stopień „uduchowienia” – religia w jakiej się wychowaliśmy, zdobyta przez nas wiedza i wyrobiony światopogląd, stosunek do poszczególnych kultur i religii, wiara w Boga, agnostycyzm lub ateizm…
Klasztor jest więc pewną wydzieloną z naszego (widzialnego i niewidzialnego) świata przestrzenią, w której szuka się  metafizycznego klucza, gdzie spełnia się rytuał ludzkiej tęsknoty za wyzwoleniem i transgresją – za obcowaniem i połączeniem się z czymś Wyższym, Absolutnym i Doskonałym.

4.

Nie ukrywam, że kiedy wyłoniła się przed nami możliwość zwiedzenia klasztoru Samje, ogarnęło mnie uczucie podekscytowania. To przecież jedno z najświętszych miejsc Tybetu – najstarszy buddyjski klasztor tej ziemi, będący jednym z najważniejszych ośrodków buddyzmu tybetańskiego od ponad tysiąca lat.
Wyjechaliśmy z Pemą – naszym tybetańskim przewodnikiem i tłumaczem – wcześnie rano z Tsetang. Czekała nas ponad godzinna przeprawa promem przez rozlewiska Tsangpo (Brahmaputry), a później jeszcze kilka kwadransów „tłuczenia się” mocno zużytym vanem po pełnej dołów i wertepów piaszczystej drodze, którą po bokach znaczyły liczne, ozdobione kolorowymi chorągiewkami, czorteny. Wreszcie poczułem się jak w „prawdziwym” Tybecie, wolnym od chińskiego, równego i gładkiego asfaltu lhasańskiej drogi, tudzież chińskich szyldów oraz miejskiego – komercyjnego i prozaicznego – zgiełku Tsetang. W głowie ciągle czułem lekki ucisk spowodowany niedoborem tlenu, myśli biegnące ku celowi naszej podróży, kurz drapiący w gardle, ale także znacznie przy tym wyostrzoną uwagę, która sprawiała, że otaczający nas górsko-pustynny pejzaż wydał mi się jeszcze bardziej odrealniony i nierzeczywisty…
Wkrótce z daleka wyłonił się wysoki mur otaczający klasztorny kompleks. Stanęliśmy pod ogromną bramą, nad którą powiewały ozdobione symbolem wieczności jurtowe płachty. Na złoconych gzymsach klasztornej pagody tańczyło tybetańskie słońce…
Byliśmy w miejscu, gdzie wielki Guru Rinpocze (Padmasambhava) pokonał przed wiekami lokalne demony i nakazał im służyć nowej mądrości przyniesionej przez wtajemniczonych z drugiej strony Himalajów. A była to oczywiście mądrość i droga samego Buddy Śakjamuniego.

Sacrum i decorum klasztoru Samje - estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki (kliknij raz a potem jeszcze raz by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

5.

Mój pierwszy tybetański klasztor. Co czeka na mnie w jego wnętrzu?
Przy wejściu siedzą dwie kobiety z dziećmi. Z ciemności wychodzi mnich z kanką pełną herbaty – zapewne słonej i tłustej – ten smak jest mi już znany z drogi do Tsetang. Nalewa ją do naczyń, które podsuwają mu kobiety. Płyn może wydawać się wstrętny w smaku, ale jest za to pożywny, idealnie przystosowany do panujących tu warunków.
Wchodzimy na skąpany w słońcu klasztorny dziedziniec. W zacienionych krużgankach obracają się modlitewne bębny poruszane rękami przechodzących obok pielgrzymów. Widać, że ludzie ci przybyli z daleka – i  raczej z biednych rejonów kraju. Twarze pobrużdżone zmarszczkami, skóra spalona słońcem, brudne, splamione, wyświechtane ubranie… Jedni wydają się być nieobecni duchem, inni ciekawie wpatrują się w nasze białe (jeszcze) twarze. Przypomina to zderzenie się dwóch różnych światów, których punktem stycznym stają się na moment oczy – spojrzenie szukające w drugim człowieku kogoś podobnego do siebie samego, mimo że na pozór zupełnie innego.

Roztopione masło z jaka podtrzymuje wieczny ogień

Pema mówi, że mamy szczęście, bo właśnie dzisiaj wszyscy mnisi zbierają się w Utse, czyli w centralnej świątyni, by wspólnie odprawić modły – a zdarza się to (ponoć) tylko cztery razy w miesiącu. Rzeczywiście – z głębi klasztoru zaczynają dobiegać jakieś dziwne dźwięki. Coś jakby chóralne mruczenie, pohukiwanie i łkania wydawane bardzo niskimi męskimi głosami. Wychylam głowę zza ciężkiej kotary a przede mną wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych widoków jaki dane mi było zobaczyć w życiu: dziesiątki ubranych w czerwone szaty mnichów, siedzących w pozycji lotosu i recytujących sutry z rozłożonych przed każdym z nich ksiąg. Co jakiś czas kilku z nich chwyta za przypominające surmy trąby i dmie w nie wydobywając z ich wnętrza jeden przejmujący ton; to znów w ruch idą pałeczki, gongi, oboje, dzwonki, talerze i bębny; chór wydobywa z siebie coraz donośniejsze głosy, a cały klasztor wydaje się wibrować od rozedrganych w powietrzu cząstek pobudzonych przez całą tę rozmodloną, rozśpiewaną i rozegraną gromadę ludzkich stworzeń, chcących przeniknąć tajemnicę sansary, bytu i wszechświata. Przypomniały mi się słowa lamy Govindy:  „Dźwięki [muzyki tybetańskiej] wydają się wyłaniać z otchłani ziemi czy głębi przestrzeni, a podobne dudnieniu grzmotu mantryczne głosy natury, swymi twórczymi drganiami symbolizują uniwersalne źródło wszechrzeczy”.

Pomieszczenie, w którym modlą się mnisi jest bardzo wysokie. Panuje w nim lekki mrok, lecz przez położone w górze wąskie okna wpada światło, które natrafiając na swojej drodze na dym z kadzidlanych mis, tworzy niesamowite smugi, wypełniające całą świątynię nieziemską zupełnie aurą. Migocze to tysiącami kolorów, bo ściany i ołtarze pokryte są gęstą plątaniną różnobarwnych tkanin, chust, szarf, chorągiewek, proporców…
Przyznam się, że nie spodziewałem się zastać w klasztorze takiej rozbuchanej orgii światła i dźwięków.
Nastawiam swojego Nikona na najwyższą czułość i robię zdjęcia z nadzieją, że utrwali się na nich choć odrobina tej niezwykłości.

Modły w Utse - głównej świątyni klasztoru Samje, miejscu modłów i zgromadzeń wszystkich mnichów.

6.

W klasztorze są tylko mnisi, pielgrzymi i my. Wszędzie czuć zapach palonego tłuszczu – ale nie jest to nieprzyjemna woń spalenizny, być może dlatego, że miesza się ze słodkawą wonią kadzidlanego dymu. W wielkich kadziach wypełnionych po brzegi stopionym masłem z jaka pływają małe, palące się znicze. Pomarańczowo-żółte płomyki rozświetlają twarze kobiet i mężczyzn dolewających łoju ze specjalnych, przypominających czajniki, naczyń. Przed jednym z ołtarzy stoi, niczym na straży wiecznego ognia, przystrojony w wielką, żółtą – przypominającą pióropusz-  czapą mnich, trzymając dzban pełen stopionego tłuszczu.

Pema szeptem mówi nam o tym, czego jesteśmy świadkami, pokazuje i nazywa spowite w kolorowe szaty złote posążki upamiętniające znaczące postacie z historii klasztoru (w ustronnej części świątyni zauważam posążki w akcie kopulacji – część religijnej tradycji buddyzmu tybetańskiego miała orgiastyczny charakter); w głównej świątyni Utse napotykamy olbrzymie posągi bóstw i demonów o budzących grozę obliczach, otoczone jednak całymi stosami kwiatów, (zapewne w podzięce za sprawowaną przez nich opiekę nad klasztorem i jego mieszkańcami). Wiele ścian pokrywają freski z wymalowanymi nań scenami ukazującymi dzieje tybetańskich joginów, wielkich myślicieli i władców – ikonografia przyprawiająca niewtajemniczonego profana i dyletanta o lekki zawrót głowy. Podobnie jak relikwie, których pełne są gabloty i szuflady jednej z komnat, bodajże sypialni Dalaj Lamy.

Młody buddyjski mnich z zakonu Żółtych Czapek dolewa roztopionego masła jaka do wiecznie płonących zniczy.

Klasztor pochodzi z drugiej połowy VIII wieku. Wiem, że w ciągu tego czasu kilkakrotnie był palony lub burzony – ostatnio, nie tak dawno, bo podczas chińskiego szaleństwa rewolucji tzw. „kulturalnej”, jakieś 40 lat temu. I za każdym razem go odbudowywano. Trudno mi jednak odróżnić starodawne autentyczne elementy, przedmioty i rekwizyty antyczne od tych nowych i zrekonstruowanych – wszystko wydaje się być pokryte wiekową patyną czasu, tkwić w tym miejscu „od zawsze”. Rzeczywiście jestem skłonny uwierzyć, że to właśnie te dziedzińce i krużganki, te pokoje i ich ściany, te a nie inne posągi Buddy i lamów były świadkami słynnej Wielkiej Dysputy jaka miała miejsce właśnie tutaj, w Samje, między wybitnym uczonym indyjskim Kamalasilem a wielce uczonym Chińczykiem He Szangiem wkrótce po założeniu klasztoru przez króla Trisonga Detsena. Był to pojedynek, który przyniósł zwycięstwo indyjskiej koncepcji buddyjskiej nad naukami buddyzmu w wydaniu chińskim, dzięki czemu praktyki tantryczne (zwane wadżrajaną) – zaszczepione tu przez nauczycieli z Indii i Kaszmiru – stały się z czasem esencją buddyzmu wyznawanego przez Tybetańczyków.

Główna budowla klasztorna ma trzy piętra, a każde wybudowane jest w innym architektonicznym stylu: wygląd pierwszego jest charakterystyczny dla Tybetu, drugie dla świątyni hinduskiej, natomiast trzecie to odwołanie się do wzorów architektury chińskiej. Niby przesyt i przesada ale cały ten eklektyczny kompleks tworzy jednak dość harmonijną całość.

Z najwyższego tarasu świątyni rozglądam się po okolicy. Stąd widać już doskonale cały klasztorny mur, który jest niczym innym jak obrzeżem gigantycznej mandali, na planie której zbudowane jest Samje (pierwowzorem był klasztor Odantapuri w indyjskim Bikharze); cztery bramy, odpowiadające czterem kardynalnym stronom świata oraz cztery olbrzymie stupy, psujące jednak swoimi odpustowymi kolorami spójny autentyzm całości. Za murem widzę ulice i domy przyklasztornej osady, w kilku miejscach dają się zauważyć chińskie dźwigi – nie jestem jednak pewien czy te place budowy to rekonstrukcja zabytków po ich barbarzyńskim zniszczeniu, czy też konstrukcja bardziej nowoczesnej infrastruktury, będąca niczym innym jak umacnianiem chińskiego porządku i administracji.
Jednak największą moją uwagę skupia majaczące w oddali wzgórze. W pierwszej chwili myślałem, że na jego zbocze wylał ktoś hektolitry różnokolorowej farby, jednak już za moment zrozumiałem co jest powodem owej tęczowej aparycji: oczywiście tysiące modlitewnych chorągiewek, które zanieśli tam i złożyli pobożni tybetańscy pielgrzymi, by wiatr rozesłał ich modlitwy nie tylko nad Doliną Jarlungu, ale i dalej – na całą Tybetańską Wyżynę i poza najwyższe góry świata, jako znak jedności i współczucia dla wszystkich żyjących istot.
Patrzyłem na Hepori – jedną ze świętych gór Tybetu.

7.

Rezygnując z posiłku w przyklasztornej stołówce, postanowiłem dotrzeć na szczyt Hepori. Pema, słysząc o moim pomyśle, odparł, że ma nadzieję, iż wiem co robię, bo tak wielki fizyczny wysiłek przed końcem wysokościowej aklimatyzacji, może się zakończyć… (tu się lekko żachnął)… wypluciem własnych płuc (tak jakby można było wypluć płuca cudze ;) )
Powiedziałem, żeby się nie martwił i żeby zachował dla mnie kawałek steka z jaka, który właśnie zaczęto nam przyrządzać w mnisiej garkuchni.
Chcąc dotrzeć w pobliże wzgórza musiałem przejść przez całą wioskę i odnaleźć drogę do początku ścieżki prowadzącej na szczyt. Nie było to trudne, bo osada miała właściwie jedną, liczącą niespełna pół kilometra ulicę, a na jej końcu zauważyłem coś, co instynktownie odebrałem jako drogowskaz. Był to dym unoszący się nad przypominającym mały czorten paleniskiem. Doglądała go ubrana w czerń kobieta, która na mój widok uśmiechnęła się i pokazała miejsce, gdzie zaczynał się szlak.
Byłem gotowy do wyplucia płuc.
Wybrałem jedną z wielu ścieżek. Biegła ona łagodnym grzbietem, obok wielkiej śnieżnobiałej stupy ze złotym szpicem, do której doczepiono całe mnóstwo kolorowych chorągiewek modlitewnych. Te zresztą były wszędzie i musiałem uważać, by po nich nie deptać, co, jak mi się wydawało, byłoby czymś niestosownym.

Mnich strażnik na szczycie Hepori - jednej ze świętych gór Tybetu (kliknij dwukrotnie by zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze)

Niestety, łagodny grzbiet szybko się skończył a jego miejsce zajęło strome podejście, które uznałem za pierwsze poważniejsze wyzwanie na moim szlaku prowadzącym na szczyt Świętej Góry. I w tym momencie poczułem nagły przypływ mocy (no, no… proszę się nie śmiać – chodzi o siłę, którą często można poczuć w górach na dużej wysokości, kiedy nagle organizm przestawia się na inny poziom przemiany materii, doprodukowując sobie czerwone ciałka krwi, zdolne transportować większą ilość tlenowych drobin do spalania w mitochondriach i wyzwalania tym samym większej ilości energii… ekhm…)

Mantra Om Mani Pe Me Hum na głazach wzgórza Hepori

Szybko wychodziłem coraz wyżej i wyżej. Im bliżej było szczytu, tym więcej otaczało mnie głazów z wypisanymi na nich sylabami kanonicznej dla wszystkich buddystów mantry Om Mani Pe Me Hum („Pozdrowiony niech będzie klejnot w lotosie”). Góra wydawała się tonąć w morzu kolorowych szmatek – w prześwitach między zwisającymi chorągiewkami dostrzegłem wybudowaną na szczycie Hepori kapliczkę, a obok niej maleńką z tej odległości, ludzką sylwetkę. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem siedzącego na skale, ubranego w czerwone szaty człowieka. Czytał książkę, lecz jego twarzy nie mogłem dojrzeć – skrywała się za tanim chińskim (a ściślej: wyprodukowanym w Chinach) kapeluszem. Powiedziałem coś do niego na przywitanie – już nie pamiętam w jakim języku, bo wydało mi się to wówczas zupełnie obojętne. Na co on podniósł znad książki wzrok i wtedy mogłem zobaczyć jego piękne oczy. Do dzisiaj nie wiem, czy była to kobieta, czy też mężczyzna… ale jakież to może mieć teraz znaczenie – skoro żadnego znaczenia nie miało już wówczas?

Muszę się przyznać, że kiedy stanąłem na szczycie Hepori, odczułem coś w rodzaju euforii. Z jednej strony roztaczał się przede mną widok na całą Dolinę Jarlungu zwieńczoną w oddali ośnieżonymi górami; z drugiej zaś, w dole, widziałem jak na dłoni mandalę klasztoru Samje, skąd nie tak dawno wyruszyłem na zdobycie Świętej Góry. Czułem ją teraz mocno pod swoimi stopami a myśli zdawały się ulatywać z mojej głowy i szybować na wietrze wraz ze słowami zaklęcia i pozdrowienia dla wszystkich ludzi i całego świata: Om Mani Pe Me Hum, Om Mani Pe Me Hum…

*  *  *

Klasztor Samje widziany ze szczytu świętego wzgórza Hepori

*

PS. Tak sobie czytam teraz te zapiski z mojej wizyty w klasztorze Samje, (których zarys powstał jeszcze podczas mojej azjatyckiej podróży do Chin i Tybetu) i dopada mnie pewne zwątpienie: przecież nie oddają one nawet małej części tego, co przeżywałem odwiedzając to miejsce (dotyczy to również innych miejsc, które widziałem w Tybecie, o Chinach nie wspominając). Każda bowiem minuta na obcej i nieznanej ziemi dostarcza taką moc przeróżnych bodźców, wrażeń, impulsów, myśli, informacji i odczuć, że nie sposób ogarnąć ich wszystkich, a same słowa ukazują ledwie czubek lodowej góry, mogąc sprawdić wrażenie jakiegoś wybiórczego (z konieczności) i powierzchownego szkicu. Mam jednak nadzieję, że udało mi się przekazać choćby i to – mały wybór impresji, dotknięcie prawdy, niewielką lecz istotną cząstkę krainy, która na dobre rozgościła się ostatnio w mojej świadomości i pamięci.

*  *  *

 Zdjęcia z klasztoru Samje obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATOWIDA.

Kolorowe i mistyczne wnętrze Samje - najstarszego buddyjskiego klasztoru w Tybecie

© ZDJĘCIA WŁASNE 

TYBET – MIĘDZY WSPÓŁCZUCIEM A NICOŚCIĄ

Pielgrzym przy modlitewnych młynkach w klasztorze Samye

*

„Moi wrogowie będą niczym, moi przyjaciele będą niczym i ja będę niczym, tak jak wszystko stanie się niczym” – mówi duchowy przywódca Tybetańczyków w filmie Martina Scorsese Kundun, opartym na autobiografii Dalajlamy, zwanego Lamą Litościwym i Współczującym.

Czy jednak „nic” to to samo co „nicość”? A „nicość” to to samo co „pustka”?
I czy można to wszystko wiązać z nihilizmem?
Przypomnijmy sobie pojęcie horror vacui – „lęk” natury przed próżnią, która to „niekompatybilność” była dla człowieka Zachodu czymś tak oczywistym, że trudno mu było sobie wyobrazić coś takiego, jak istnienie próżni (z czym musiał się zmagać choćby jej „odkrywca” Pascal, sam przesiąknięty judeo-chrześcijaństwem, jak przystało na nieodrodne dziecko ówczesnej europejskiej umysłowości i jej ograniczeń).
Już same te kwestie mogą nam uświadomić sobie, jak trudno jest człowiekowi Zachodu zrozumieć istotę buddyzmu, a szerzej – psychikę, światopogląd i filozofię Dalekiego Wschodu. Bo nie jest to tylko kwestia słów i języka. Bardziej mentalności, z której te słowa i język wyrosły (choć słowa i język także mentalność kreują).

buddyjski mnich rozprasza mrok

Czesław Miłosz wyraził kiedyś opinię o buddyzmie, która i mnie jest bardzo bliska:  „Buddyzm jest dobroczynny, przynosząc sakralność wielu ludziom niezdolnym pogodzić się ze sprzecznościami religii biblijnych, czyli z Bogiem osobowym. Buddyzm, ani teistyczny, ani ateistyczny, po prostu nie wypowiada się o początku świata i pierwszej przyczynie, a tym samym nie musi zmagać się z pytaniem, w jaki sposób Stwórca może równocześnie być dobry i zły”.
Ale czy można przynieść jakąkolwiek sakralność do świata, skoro z drugiej strony głosi się, iż to co my nazywamy metafizyką, tak naprawdę jest (dla oświeconego buddysty) pustką?
I czy negując zdolność przeniknięcia istoty rzeczywistości przez ludzki umysł, nie pozbawiamy się jednocześnie możliwości poznania tego, co święte? I czy rzeczywiście to, co uznamy za święte staje się naprawdę święte?

Nie tylko Nietzsche, ale i wielu innych myślących ludzi Zachodu uznało, że buddyzm jest o wiele bardziej uczciwszy w swoim umiejscowieniu człowieka w świecie, niż chrześcijaństwo, nie mamiąc go np. żadną metafizyczną Opatrznością.
Ale zarówno buddyzm jak i chrześcijaństwo z emfazą podkreślają wszechobecność cierpienia w świecie. Zarówno buddyzm, jak i chrześcijaństwo starają się wskazać człowiekowi drogę zbawienia (czy też wyzwolenia). To świadczy o tym, że w zasadzie wszystkie religie wyrastają z poczucia jakiegoś niedopasowania człowieka do świata, w którym on żyje, w którym on cierpi i lęka się – drżąc z bojaźni przed siłami, które go przerastają, i na których pastwę (łaskę lub niełaskę) jest on wydany.
A także i o tym, że wszystkie wielkie religie muszą się oprzeć na ludzkiej instytucji, co wynika choćby tylko z tego, że człowiek jest istotą społeczną.

Pod Świątynią Jokhang w Lhasie

*  *  *
Wybierając się na tak krótki czas do Tybetu nie mogłem się łudzić, że oto nagle będę mógł tam przeniknąć jakieś Wielkie Tajemnice duchowe żyjącego tam ludu, że uda mi się zdecydowanie zbliżyć do lepszego poznania i zrozumienia tybetańskiego buddyzmu, że zdołam do głębi przejrzeć i ogarnąć to, co tak naprawdę się teraz w tym kraju dzieje… Nie. Miałem pragnienia dużo skromniejsze: dotknąć własną ręką żyjących tam ludzi, spojrzeć im z bliska w oczy, poczuć zapach i smak krainy, w której od tysiącleci żyją. I jeszcze zobaczyć na własne oczy okupujących ich sąsiadów, którzy 60 lat temu wtargnęli tu niczym do swojego własnego folwarku, „pokojowo” „wyzwalając” Tybet i włączając go ponownie do „Macierzy”.

Cieszę się, że tego wszystkiego udało mi się dokonać. Co nie oznacza, że nie opuszczałem Lhasę z uczuciem wielkiego niedosytu.

Co we mnie zostało? Wystarczy, by uznać Tybet i spotkanych tam ludzi częścią mojego życiowego doświadczenia, dopełnienia wiedzy i wyobrażenia o człowieku jako istocie nie ustającej w wysiłkach zadomowienia się – duchowego i cielesnego – w świecie i w Naturze, która może być mu zarówno sojusznikiem, jak i wrogiem.

*  *  *

Patrząc na pustynny tybetański krajobraz, na te nagie, niekończące się hałdy piachu, żwiru, pokruszonych i zwietrzałych skał; na smagane wiatrem i palone słońcem rośliny i zwierzęta, na wyschnięte skalne żleby, na majaczące w oddali ośnieżone szczyty niebotycznych gór… nie wydaje się dziwne, że buddyjskie przeświadczenie o wszechobecności cierpienia wśród wszystkich żyjących istot, właśnie tu – w tej najbardziej odizolowanej od reszty świata krainie – przyjęło się w ludzkich duszach, niektóre z nich przenikając do głębi. I tęsknota za tym, aby wyrwać się z błędnego koła powtórnych narodzin – by nie żyć już więcej, by rozpłynąć się w nirwanie, w tej kosmicznej pustocie, która dla wyznawców Buddy jest najwyższym stanem świadomości, spełnieniem się absolutu, (a którą  „profani” kojarzą z pragnieniem czegoś w rodzaju nihilistycznego orgazmu).
Tak więc życie jako przekleństwo? Życie jako kara za złe postępki? Życie jako coś, z czego należy się wyzwolić, bo jest ono tożsame z cierpieniem?

Rozmodlona Tybetanka

Jak w takim razie pogodzić to wszystko z dość powszechnym na Zachodzie wyobrażeniem Tybetu jako duchowego raju na świecie, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie i w niczym niezmąconej harmonii z Naturą? Gdzie każdy każdemu jest bratem, siostrą i przyjacielem? Gdzie wreszcie szanuje się każdą żyjącą istotę i odrzuca przemoc, bo prowadzi ona donikąd, potęgując przy tym ból i cierpienie?
Otóż można to pogodzić tylko w jednym przypadku: kiedy na Tybet spojrzy się jak na krainę istniejącą tylko w sferze mitycznej. Także w naszych wyobrażeniach, które przecież nie muszą już mieć wiele wspólnego z tzw. realnością…

*  *  *
Kiedy tak patrzyłem na rozmodlonych Tybetańczyków, zastanawiałem się w jakim są oni teraz świecie. Czy kręcąc modlitewnym młynkiem rzeczywiście rozumieją słowa modlitwy, które ponoć uwalniają się wtedy i biegną w świat, by uczynić go lepszym? A może myślą o czymś zupełnie innym? Albo po prostu nie myślą o niczym i wprawiają kołowrotek w ruch bezmyślnie? A nam się wydaje, że oto właśnie zgłębiają jakąś Wielką Tajemnicę Wszechświata i Egzystencji?
Te tłumy obchodzące dookoła świątynię Jokhang. Przeważnie starzy ludzie, okutani w zgrzebne koce, pledy i płaszcze, z ogorzałymi od słońca, porytymi zmarszczkami twarzami, z wbitym przed siebie, nic nie widzącym wzrokiem… Albo inaczej – rozglądający się z ciekawością wokół siebie, rzucający okiem na stosy bardziej lub mniej tandetnych pamiątek piętrzących się na ciasno upakowanych wzdłuż drogi straganach; tudzież uciekający przed wzrokiem białego turysty, który chce przeniknąć do wnętrza ich duszy.
A wszystko to przy monotonnym skrzypieniu obracających się młynków i bazarowym gwarze

Pielgrzymi zdążający ku Lhasie

*

Na nowoczesnej, asfaltowej, doskonale utrzymanej, chińskiej drodze do Lhasy, także spotykamy grupki pielgrzymów. Najczęściej idą parami, choć nie brakuje również tych samotnych. Do Potali, byłej siedziby Dalajlamy, pozostało im już zaledwie kilka godzin drogi. A za sobą mają  kilka… dni, tygodni lub miesięcy takiej wędrówki. Niektórzy – ci z najdalszych zakątków Tybetu – są już w tej podróży od dwóch lat. Co kilka kroków klękają, kładą się na ziemi, odmierzając przebytą drogę długością własnego ciała.
Ich życie jest teraz drogą dosłownie. Mają przed sobą cel, który jest dla nich tymczasowym sensem. Idą z nadzieją, że u kresu czeka na nich coś, co jest święte, jak również coś, co może im potwierdzić obietnicę wyzwolenia.
Wyzwolenia… także od jakiegokolwiek celu i sensu.

*  *  *

Tony złota w Pałacu Potala.
Potala to byłe centrum religijne i państwowe Tybetu – miejsce skąd rządzili krajem dalajlamowie uznani za kolejne wcielenia samego Buddy i gdzie znajdują się ich groby. Przez setki lat władze religijne i świeckie były tu jednym – rozdział kościoła i państwa dokonywał się w odległych a egzotycznych krainach.

Jeden z wielkich nauczycieli-mnichów na złotym tronie – buddyjskie ołtarze lśnią od drogocennych kruszców i klejnotów

Tak więc władca, który dysponował państwowym aparatem przemocy i represji (a każdy ustrój państwowy posiadać takowy musi), jest jednocześnie duchowym przywódcą odrzucającym wojnę, gwałt i przemoc? Wyczuwamy pewną ironię, fałsz, może nawet absurd? Słyszymy jakiś zgrzyt w bajecznej krainie Shangri-La?
Uświadamiamy sobie sprzeczność, może nawet coś w rodzaju społeczno – kulturowej schizofrenii?

Prawdą jest, że przed „pokojowym wyzwoleniem Tybetu” przez Chiny, w kraju tym panował ustrój feudalny, ze ścisłym podziałem na kasty, gdzie istniało niewolnictwo, a każdy zwykły obywatel był sługą możnowładców. Tych ostatnich była garstka, ale posiadali wszystko, co w Tybecie można było posiadać. (Lecz zostawmy ten temat na później.)

Złoto! W Potali, w stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana „Dalai Lamą”, czyli „Oceanem Mądrości”). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił precz całe swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.

Jeszcze jedna analogia: pyszny, otaczający się bogactwem Kościół, którego słudzy głoszą, że „prochem jesteś i w proch się obrócisz” oraz kolejne wcielenia Buddy Litościwego spoczywające na górach ze złota, wśród mnichów głoszących ideał ubóstwa i konieczność nieprzywiązywania się do tego (doczesnego a przemijającego) świata bogactwa i glorii. Ludzka przewrotność, czy tylko niekonsekwencja?
Czyżbyśmy więc aż tak bardzo różnili się od naszych azjatyckich braci, umiejscawiając religię w społeczno-politycznym systemie,  tworząc instytucję o charakterze sakralnym, ale w praktyce i działaniu świecką?

*  *  *
Z pałacu pełnego złota nad wodę pełną głodnych ryb.
Z Pemą, który urodził się wśród jednego z nomadzkich plemion na północy Tybetu, jedziemy doliną rzeki Yargun (zwaną z hinduska Brahmaputrą). Pema chce nam pokazać miejsce, gdzie „chowa” się zmarłych. Po drodze opowiada nam o 5 sposobach radzenia sobie Tybetańczyków ze zmarłymi, a konkretnie – z ciałami zmarłych, których już nie łączy się z człowiekiem, jaki okupował ciało przed śmiercią. To rozróżnienie jest tu jednak istotne, bo zwykle łagodzi szok, jakiego może doznać ktoś, kto pochodzi z kręgu kultury, w której obowiązuje rewerencja dla zmarłych, w tym także dla ludzkich zwłok. Dla takiego człowieka funeralne praktyki tybetańskie mogą sprawiać wrażenie barbarzyńskiego bezczeszczenia zwłok.

Miejsce pochówku wodnego nad Brahmaputrą

Jednak Tybetańczyk widzi to inaczej: dla niego martwe ciało to tylko materia, którą należy zwrócić ziemi. Nie ma już w niej duszy – ta bowiem jest już w czymś co nazywa on „Między”, wędrując tam w poszukiwaniu kolejnego wcielenia. Wprawdzie dla nas zwłoki także są już martwą materią, jednak podchodzimy do nich zupełnie inaczej, nadal wiążąc je (symbolicznie) ze zmarłym człowiekiem.

Najpowszechniejszy w Tybecie jest pochówek „niebiański”, zwany także przez niektórych „powietrznym” lub „podniebnym” (w j. ang. – „sky burial„). Polega on na oddzieleniu od kości ludzkiego mięsa, pocięciu go na drobne kawałki, połamaniu i skruszeniu na miał wszystkich kości, dodaniu mąki z jęczmienia i rzuceniu tego wszystkiego na pożarcie sępom.
W pochówku „wodnym” dzieje się mniej więcej to samo, tyle że zamiast sępów żer mają ryby.
Pochówek „ziemny” podobny jest do naszego, tyle że sposób ten uważany jest przez Tybetańczyków za najmniej godny.
Na kremację mogą sobie pozwolić nieliczni (w Tybecie brakuje drewna, więc opał – wraz z obsługą krematoryjnego pieca – jest bardzo drogi); natomiast zaszczytu mumifikacji i balsamowania zwłok doznają jedynie lamowie i najbardziej znaczący mnisi.

Pema mówi, że niestety pochówku „podniebnego” nie możemy zobaczyć (chociaż zdradził nam przy okazji, że zabrał kiedyś ze sobą grupę polskich buddystów, z którymi po kilku dniach wędrówki po górach dotarł na miejsce, gdzie odbywał się „sky burial” – co było dla Polaków totalnym szokiem). Widok ten chroni się przed wzrokiem postronnych, ale Pema obiecuje, że pokaże nam miejsce, gdzie odprawiane są pochówki „wodne” i – jeśli  będziemy mieć trochę szczęścia – to możemy tam znaleźć nóż, którym kroi się zwłoki na nadrzecznych kamieniach, albo przynajmniej ślady krwi.
Lecz niestety, czy też raczej na szczęście, kiedy dotarliśmy już nad brzeg Brahmaputry, żadnych noży, ani nawet ciemnych plam po krwi na kamieniach nie było, a tylko na wietrze powiewały różnokolorowe chorągiewki, trzepocząc i szepcząc modlitwę, która przecież nie mogła być czymś barbarzyńskim. Ta modlitwa zdawała się też być skierowana ku niebu. Ku niebu, które w Tybecie wydaje się jednak zionąć wielką pustką.

*  *  *

Znicze w Tybecie palą się wiecznie – podsycane stopionym masłem z jaka

*

Zdjęcia z mojej ostatniej podróży do Tybetu obejrzeć można TUTAJ – na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego). Na początek pozwalam sobie zaprezentować tam panoramy.

*

Misterium światła i cienia w świątyni Jokhang (Lhasa)

*

Podsycanie ognia

( © ZDJĘCIA WŁASNE )