KLASZTOR SHWE YAN PYAY – BIRMA

.

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

.

Birmę* zamieszkuje ponad 50 mln. ludzi, z których 85 % to buddyści. Po całym kraju rozsiane są tysiące klasztorów, gdzie schronienie znajduje ponad pół miliona mnichów. Nic więc dziwnego, że spotyka się ich na każdym kroku, również poza klasztorami, pagodami i miejscami kultu i to nie tylko wczesnym rankiem, kiedy wychodzą oni ze swoimi miskami jałmużnymi, zbierając do nich jedzenie, które składa im w daninie okoliczna ludność. Jednak najlepiej jest zetknąć się z mnichami w świątyni lub klasztorze, zwłaszcza jeśli to są nowicjusze, których dziecięcy szarm i spontaniczność, w zestawieniu z niezwykłą scenerią i anturażem miejsca – tudzież z ich ubiorem i zakonnym drylem – stanowi (zwłaszcza dla Europejczyka) kulturowy fenomen, uderzający swoją egzotyką. Oczywiście, wszystko to składa się na obraz niebywale fotogeniczny, który sprawia, że oko fotografa się raduje, a ręka drży przy zwalnianiu przesłony aparatu, co pozwala cuda te zatrzymać w pamięci (nie tyko cyfrowej karty) na dłużej.

Miesiąc spędzony w Birmie pozwolił mi na poznawanie kraju raczej nieśpieszne. Trafiłem więc do wielu ciekawych miejsc, wśród których na pewno wyróżniał się klasztor Shwe Yan Pyay (spotyka się także nazwę Shwe Yaunghwe Kyaung), położony na obrzeżach miasteczka Nyaung Shwe, bazy wypadowej dla zwiedzających słynne Jezioro Inle i jego okolice. Po spędzeniu paru dni na jeziorze, przez które można dotrzeć do wielu ciekawych zakątków i wiosek zamieszkałych przez ludy inne, niż Birmańczycy; po kilkakrotnym spotkaniu się z rybakami, (ich niezwykłą malowniczość starałem się już wcześniej pokazać TUTAJ), postanowiłem odwiedzić klasztor pełen młodocianych mnichów, którzy – jak można było zobaczyć na wielu zdjęciach reklamujących kraj – często pozowali w owalnych oknach klasztornego budynku (kształt niespotykany w żadnym innym klasztorze Birmy). Wsiadłem więc na rower i po przebyciu kilku kilometrów (dzięki tej drodze nadarzyła się okazja, by rozejrzeć się po okolicznych, głównie ryżowych, polach) zatrzymałem się przed małym drewnianą budowlą na palach, z wnętrza której dochodziły mnie odgłosy… niby to modlitwy, niby recytacji – gwarne jak w pszczelim ulu.

Tradycyjnie, birmański chłopiec przed ukończeniem 12 lat życia przechodzi inicjację (shin-pyu), dzięki której przyjmuje się go do społeczności wierzących (upathaka). Przed wstąpieniem do klasztoru udziela się mu instrukcji, (zaznajamiając go z czymś w rodzaju klasztornej etykiety) aż przychodzi dzień, kiedy ubiera się go w uroczyste szaty, przyozdabia klejnotami i niesie w uroczystej procesji (często na ramionach ojca) do klasztoru. Tam, przed głównym mnichem, którego chłopiec prosi o przyjęcie do klasztoru, zdejmuje się z niego piękne suknie oraz świecidełka, goli głowę i obdarowuje skromną szatą mnicha oraz miską (powtórzona jest w tym rytuale droga Siddharty/Buddy – od bogactwa do ascezy). Odtąd – i to nie tylko w czasie pobytu w klasztorze, który może trwać tydzień, miesiąc, rok… niekiedy i całe życie – obowiązuje go Pięć Przykazań (nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie kłam, nie upijaj się), których przestrzeganie jest niezbędne na drodze do Nirwany, czyli ostatecznego „zdmuchnięcia”, które wygasi jego istnienie, wyzwalając go z cyklu życia i śmierci (samsara), uwalniając tym samym od nieodłącznego od życia cierpienia. Jednak, zanim się to stanie, chłopak musi wstawać przed świtem (śpi na twardej podłodze, za „posłanie” mając jedynie słomianą matę), wychodzić wczesnym rankiem z miską do wioski za pożywieniem (mnisi żywią się tylko tym, co dostaną od ludzi, spożywają jedynie dwa posiłki dziennie, zaś po południu jeść już nie mogą); a także: sprzątać, prać swoje szaty, myć się, wreszcie uczestniczyć w lekcjach – również w czytaniu i recytowaniu świętych tekstów. Miałem to szczęście, że w klasztorze Shwe Yan Pyay trafiłem na to ostatnie zajęcie.

Gdyby jednak „studiowanie i recytowanie świętych tekstów” wyglądało tak, jak to się zwykle kojarzy z takową nobliwą aktywnością, to mój fotoreportaż z klasztoru wyglądałby zupełnie inaczej, a prawdę mówiąc, to w ogóle mogłoby go nie być, bo nie wiem, czy bym się odważył zakłócać spokój – wyciszenie i skupienie- całą tę budzącą respekt i szacunek powagę mnichów, (którą znałem skądinąd – choćby z klasztorów w Tybecie). Kiedy jednak wspiąłem się po schodach i wszedłem do środka głównej sali klasztoru, zostałem skonfrontowany z głośną czeredą chłopców i młodzieńców, siedzących wśród drewnianych kolumn, na deskach podłogi, ubranych w czerwone szaty i powtarzających na głos niezrozumiałe dla mnie słowa. Nie był to zgodny chór, ale jedna wielka polifonia, nie pozbawiona wszak pewnej melodyjności – każdy młody mnich wypowiadał swoje wersety, czytając je lub wygłaszając z pamięci. Nie było w tym żadnego namaszczenia, tylko niektórzy adepci kołysali się jak modlący chasydzi, siedząc „po turecku”, czy też raczej po buddyjsku.

Chłopcy, jak to chłopcy – większości z nich trudno się było skupić, wyginali się więc na różne strony, robili dziwne miny lub wyglądali tęsknym i melancholijnym wzrokiem za okno… skąd dobiegał ich śpiew ptaków i gdzie widać było skąpany w słońcu ogród. Mimo tej swobodnej aury i dającej się wyczuć wśród tych młodych mnichów pewnej dezynwoltury, nie chciałem wyjść na intruza, usiadłem więc na podłodze, odłożyłem na bok aparat i zacząłem chłonąć panującą wewnątrz klasztornej sali atmosferę, nasiąkać nią, poddawać się wyczuwalnym tu wibracjom… Było w tym coś z medytacji – może także chęć poczucia i poznania sacrum? Chciałem się oswoić z duchem tego miejsca – przyzwyczajając tym samym mnichów do mojej obecności. Trwało to dłuższą chwilę – może z pół godziny – kiedy wreszcie podniosłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by biegać z aparatem wśród kolumn, więc tylko od czasu do czasu zmieniałem pozycję i miejsce, szukając lepszej perspektywy czy innego światła. Mali mnisi po jakimś czasie nie zwracali na mnie większej uwagi, choć jednak wydawało mi się, że zdają sobie oni sprawę z mojej obecności i… nie pozując jednak pozowali, co według mnie nadawało chyba najlepszy efekt zdjęciom – formę ciekawą, w pewnym stopniu zaaranżowaną, a jednak nadal autentyczną. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie patrząc teraz na te zdjęcia i przypominając sobie tamte niezwykłe chwile, przeżywając je – i to dość intensywnie – na nowo.

* W Polsce usiłuje się wprowadzić w życie oficjalną nazwę, która niestety brzmi okropnie: Mjanma.

greydot

Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć jakie zrobiłem w klasztorze Shwe Yan Pyay (namawiam do obejrzenia ich w pełnym wymiarze, a można to zrobić za pomocą jednego kliknięcia). Kilka z tych fotografii obdarzyłem małym komentarzem, inne zamieściłem w formie fotoreportażu mozaiki, zaś pozostałe trafiły na stronę mojego bloga fotograficznego (TUTAJ).

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (7).

STUDIA WŚRÓD KOLUMN

Mali mnisi buddyjscy wśród drewnianych, pokrytych złotą farbą kolumn, siedzą i studiują buddyjski kanon. Otoczeni lasem tekowych filarów podtrzymujących klasztorne sklepienie, nie czują się zagubieni, bo przecież z każdego miejsca, gdzie siedzą, widoczny jest ich Mistrz, którego ścieżką chcą podążać. Lecz atmosfera jaka wśród nich panuje świadczy o tym, że przede wszystkim są to młodzi ludzie – chłopcy, a także dzieci – którzy próbują się znaleźć w tym nowym dla nich środowisku, wymagających od nich skupienia, dyscypliny i poświęcenia, a przecież nadal są powodowani dziecięcym impulsem zniecierpliwienia i zabawy. Na przedzie, tuż przed ołtarzem z Buddą, siedzą nowicjusze najstarsi, dalej ci średni wiekiem, a pod samymi oknami najmłodsi. Nic dziwnego, że to ci ostatni z tęsknotą wypatrywali często tego, co jest na zewnątrz klasztoru – w świecie jasnym i kolorowym.
Wewnątrz klasztoru (nota bene jest on palafitem), zwłaszcza w pobliżu ołtarza, panował półmrok, jednak z okien wlewało się do środka jaskrawe dzienne światło, co dawało kontrast utrudniający robienie zdjęć (o medytacyjnej i edukacyjnej specyfice miejsca i chwili nie wspominając). Wszystko to wymagało kompromisu – zastosowania złotego środka: wykorzystać dostępne światło naturalne, nie zmącić autentyzmu sytuacji, a jednak znaleźć dla siebie takie miejsce, skąd można byłoby utrwalić te niezwykłe obrazy wyraziście i z charakterem. Nie wypadało być intruzem, a jednak trzeba się było zachować na tyle śmiało i zdecydowanie, by dopiąć swego i uchwycić to, co najciekawsze, we właściwym momencie – to, co pojawiało się i rozwiewało w każdej sekundzie, wyłaniało się na chwilkę i tonęło w rzece płynącego – i przemijającego bezlitośnie – czasu.

.
.Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (5).

SKUPIENIE I RELAKS

Jest w tym zdjęciu wyraźna dwoistość: dwójka małych mnichów, kompozycyjne rozpołowienie kadru, dwa różne podejścia do studiowania pisma i dwa różne nastroje. Chłopiec po lewej siedzi w pozycji, jaka zyskałaby z pewnością aprobatę wychowawcy; przed nim zeszyt i książka ułożone jak mistrz przykazał; zastanawia się nad czymś, ale… czy nie jest to już przechodzenie na stronę towarzysza, który z chęcią rozproszyłby jego powagę i zaraził swobodą, kusząc swoim luzem, nonszalancją i uśmiechem na twarzy? Tak, to ten kocyk rozłożony dla wygody, nieco zmierzwiony… Nogi rozplecione, oparcie się o ścianę, wzrok błądzący w myślach pewnie mało buddyjskich… wreszcie zeszyt otwarty – odłożony (może nawet rzucony) w nieładzie. Innymi słowy: luz blues w klasztorze.
Lubię klasyczną kompozycję tego obrazu, także jego kolorystykę, harmonijnie adaptującą czerwień szat do żółto-złoto-brązowych odcieni podłogi i ścian z tekowego drewna. Jasne tło prawej strony kadru podkreśla sylwetkę – i profil – postaci siedzącej do nas bokiem. Z kolei ciemne tło prawej połowy sprawia, że prawem kontrastu lepiej widoczne jest jaśniejsze ciało chłopca, a zwłaszcza jego sympatyczny wyraz twarzy. Niewątpliwie wdzięczny to widok.

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (4).

PATRZ!

Nie wiem co tak zaprzątnęło uwagę młodego mnicha. Wątpię, że był to posąg Buddy, który znajduje się w centrum klasztoru (chociaż wskazujący palec chłopca wymierzony jest właśnie w tamto miejsce). Bo przecież mnisi widzą ten posąg każdego dnia (jest on w swojej pozie niezmienny, mimo zmienianych każdego dnia kwiatów, którymi się go dekoruje). Poza tym, choć wśród chłopców panuje atmosfera raczej swobodna, której daleko do solenności, to Budda nie może być przedmiotem żartów – kiedy uwaga ludzi kieruje się na niego, okazują oni szacunek, uniżoność i poważanie. Jak widać chłopcy nie są za bardzo skupieni na nauce, ich zachowanie jest swobodne, miny rozbawione…
Zdjęcie wykonane aparatem, który położyłem na podłodze. A zrobiłem to, by – po pierwsze – nie deprymować mnichów, po drugie zaś – uzyskać perspektywę, dzięki której nie patrzymy na nich z góry, a z pozycji, która pozwala na lepsze oddanie ich gestów, postury i zachowania. Dzięki temu kompozycja nie jest stłamszona, a bardziej otwarta, przybliżająca tę grupę naszym oczom..

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (6)

.

SZATY I GESTY

Kompozycja z mnisich szat, gestów rąk, ułożenia nóg… Różne odcienie czerwieni – z lekkim dotknięciem pomarańczu i purpury. Ciekawe wydały mi się te załamania materii, linie odgraniczające jasność od ciemności, gradacje koloru. Światło pada od strony okien i ono jest odpowiedzialne za głębię, która tworzy się przed postaciami. Widać jedynie fragmenty rąk i nóg – ramion, palców i stóp – lecz różnorodność ich ułożenia wprowadza do kadru pewien ruch i bogactwo gestów. Te pierwiastek ludzki niweluje w dużym stopniu abstrakcyjność obrazu, który przestaje być tylko li formalną kompozycją złożoną z kształtów, linii, konturów i barwnych plam, a staje się wyrazem uchwyconego w chwili życia.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z klasztoru Shwe Yan Pyay obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

Powiązany wpis: TYBET – KLASZTOR SAMYE

.

Reklamy

WIOSKA RYBACKA GYEIKTAW – BIRMA

.

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty – ciężka praca też może mieć swoją malowniczą stronę

.

Po kilku tygodniach podróży po Birmie trafiłem na kilka dni do Ngapali Beach, najbardziej chyba znanej miejscowości wypoczynkowej w kraju, by nieco odsapnąć, uporządkować sobie w głowie wszystko to, co zobaczyłem i czego doświadczyłem w czasie ponad miesięcznej, dość intensywnej włóczęgi po Azji południowo-wschodniej. Zatrzymałem się w resorcie Thande Beach – bardzo przyzwoitym, spokojnym miejscu w otoczeniu egzotycznej roślinności, tuż przy samej plaży. Okazało się, że jest to pięknie zaprojektowany ośrodek (choć bez luksusowych szaleństw sąsiednich hoteli w rodzaju Amata Resort czy Aureum Palace), ze świetną lokalizacją, gdzie spotkałem niezwykle przyjaznych i przyjemnych ludzi… Żyć nie umierać: można było czytać do woli i popijając kawę pisać (do dzisiaj czekają na uporządkowanie i opracowanie moje zapiski tam poczynione), pływać w morzu, chodzić po plaży… a wieczory spędzać w niezwykle urokliwych restauracyjkach, gdzie przy ustawionych na ciepłym piasku stołach, przy skłaniającym się ku zachodowi Słońcu, świetle świec i lampionów, można było zjeść najświeższe – a tym samym najsmaczniejsze – owoce morza na świecie (bo wyciągnięte z wody przez tubylczych rybaków kilka godzin wcześniej), popijając winem lub – częściej, bo w towarzystwie ludzi z całego świata i lepszym tu niż wino – piwem Myanmar. A wszystko za grosze – w cenie porównywalnej z napiwkiem, jaki daje się kelnerowi w pierwszej lepszej restauracji w Europie, czy Stanach Zjednoczonych.

Lecz tego rodzaju lenistwo turystyczne nie należy do moich najbardziej ulubionych aktywności w czasie podróży, więc po paru dniach zacząłem się rozglądać po okolicy, wypuszczać poza resortową zonę, pamiętając o tym, że jest to rejon, w którym Birmańczycy łowią ryby – i że dla ludzi zamieszkujących tutejsze wioski rybołówstwo, obok rolnictwa, jest głównym źródłem utrzymania (pomijając przemysł turystyczny).
Postanowiłem odwiedzić co najmniej jedną z takich rybackich wiosek. Wiedziałem, że aby zobaczyć rybaków w akcji, muszę się tam znaleźć przed wschodem słońca, bo skoro świt z wód Zatoki Bengalskiej zaczynają spływać na wioskową plażę łodzie. Widziałem je zresztą nocami na horyzoncie – unoszące się na wodzie, oddalone od siebie o kilkaset metrów i rozświetlone dziesiątkami żarówek, jakich używała każda łódź, by zwabić w sieci ryby.
Tak więc, poprosiłem o budzenie w środku nocy i nie bawiąc się w zamawianie żadnych taksówek, wyszedłem na drogę, by złapać lokalną furgonetkę, która podwoziła ludzi śpieszących do pracy, gdzie chcieli dotrzeć jeszcze przed świtem. Podobnie jak ja. Przeszedłem w ciemności kilkaset metrów, kiedy za swoimi plecami usłyszałem charakterystyczny warkot silnika. Zatrzymałem busik, ręcznie starając się wytłumaczyć kierowcy dokąd chcę dojechać – w czym na szczęście pomogła mi jedna z pasażerek, która, jak się okazało, znała kilka słów w języku angielskim. To wystarczyło do porozumienia się i po kilku uśmiechach rozluźniających atmosferę, wyruszyliśmy w drogę.

Jazda nie trwała długo, ale zdążyło nas wytrząść na wybojach. Kierowca zatrzymał samochód, kobieta powiedziała, że tutaj powinienem wysiąść, wskazując mi ręką kierunek. Niestety, ze względu na panujące nadal ciemności, niczego nie mogłem dostrzec. Mimo to trafiłem na jakąś ścieżkę, po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do zmroku i gdzieś za płotami dostrzegłem nawet światło ogniska i zarysy pokrytych strzechą drewnianych chat i szałasów. Usłyszałem uderzające o brzeg fale, odgłosy morza stawały się coraz głośniejsze, co upewniło mnie, że idę w dobrym kierunku. Nagle jednak ścieżka skończyła się a ja zorientowałem się, że trafiłem w opłotki czyjegoś domostwa. Bardzo blisko zaczął ujadać pies, zaraz potem zawtórowała mu cała wiejska wataha, więc na wszelki wypadek podniosłem z ziemi jakiś drewniany kostur i ruszyłem dalej szukając dziury w płocie. Na szczęście z domu wyłoniła się ludzka postać. Stary człowiek podszedł do mnie, ogarnął mnie wzrokiem, spostrzegł zawieszony na ramieniu aparat – zorientował się natychmiast, z kim ma do czynienia. Podprowadził mnie w kąt swojej zagrody i wskazał na ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki w kierunku morza.

Wszedłem na szeroką plażę, robiło się coraz widniej. Na wodzie w oddali dostrzegłem łodzie, które wolno zbliżały się do brzegu. Z wioski, nad którą wynosił się palmowy las zaczęły wychodzić kobiety z koszami i siatkami, które następnie rozpościerały na piasku. Domyśliłem się, że kosze będą służyć do noszenia ryb z łodzi, natomiast na siatkach (tak gęsto splecionych, że przypominających płachtę) będą się te ryby suszyć. Słońce jeszcze nie wyłoniło się znad rozłożonej wśród gęstych palm wioski, choć brzask rozświetlał niebo coraz jaśniej, a mnie cały ten obraz wydał się jakąś odrealnioną fantazją ze snu.

.

wsioska rybacka - Birma (6)

w oczekiawniu na rybaków i ryby

.

Do brzegu przybijało coraz więcej łodzi. Wyciągano kotwice, które po odciągnięciu ich na plaże, zatykano w piasek. Młodzi ludzie – zarówno chłopaki, jak i dziewczyny – posługując się specjalnymi koromesłami, zaczęli transportować ryby z łodzi na ląd, gdzie czekały kobiety, które następnie ryby segregowały, te mniejsze rozsypując na rozłożone na ziemi plandeki. Rytuał ten trwał dobrych parę godzin, dopóki niemal cała – szeroka na kilkadziesiąt metrów – plaża nie zapełniła się rybami. W międzyczasie taksowano połów – ważono, zapisywano i sprzedawano większe ryby, głównie makrele królewskie i srebrne pałasze, do złudzenia przypominające lśniące płazy miecza (Japończycy nazywają je rybami-pasami).

Chodziłem między tymi ludźmi chłonąc atmosferę i obrazy zupełnie dla mnie egzotyczne. Nie odczuwałem ze strony tubylców żadnej niechęci (o wrogości nie wspominając), dlatego mogłem ich – a zwłaszcza to, co robią – swobodnie fotografować, wiedząc że nie przeszkadza im to w pracy. Ot, byłem dla nich pewnie jeszcze jednym dziwnym turystą z aparatem, którego wścibskość traktowali jako coś niezbyt szkodliwego. Uśmiechy i rzucane mimochodem słowa ustalały między nami coś w rodzaju comfort zone – bezpiecznej strefy, która łagodziła niejako zderzenie się naszych światów.

Zaskakujace było dla mnie to, jak młodzi byli ludzie, którzy wykonywali wszystkie te czynności. Osoby starsze pojawiały się sporadycznie i sprawiały wrażenie opiekunów tej młodzieży, która – jak zauważyłem – doskonale wiedziała jak wykonywać swoją pracę: każdy ich ruch był pewny, miał swój cel w ustalonym już rutynowo porządku. Wyglądało na to, że każdy odgrywał przydzieloną mu rolę, a płynność i sprawność wykonywanych czynności powodowały, że ta ciężka bez wątpienia praca nie powodowała u nich zmęczenia – przynajmniej nie było tego widać po tych młodych ludziach, często żartujących i uśmiechających się do siebie nawzajem. Niestety, bariera językowa uniemożliwiała mi to, by wypytać się mieszkańców tej wioski o szczegóły dotyczące ich rybołówczego zajęcia, poznać bliżej rytm ich życia, niekoniecznie związanego z morzem i rybami. Liczyłem na to, że już po powrocie do domu dowiem się czegoś więcej o rybakach łowiących w wodach Zatoki Bengalskiej, u wybrzeży Birmy. A tymczasem utrwalałem fotograficznie te ulotne przecież obrazy – bardziej jako świadek, niż uczestnik wydarzeń – zafascynowany zupełnie nowym dla mnie światem.

.

wsioska rybacka - Birma

fresh catch – całonocny połów skończony, teraz trzeba rozładować pełne ryb łodzie

.

.

wsioska rybacka - Birma (3)

rybna drobnica będzie się suszyć na słońcu

.

.

wsioska rybacka - Birma (5)

rozrzucanie ryb wymaga wprawy (w tle: rozłożona tuż przy plaży wioska)

.

.

wsioska rybacka - Birma (4)

wszystkie łodzie z rybakami powróciły już z połowy – teraz kolej na pracę kobiet (i pełnych gracji dziewcząt)

.

Bez wątpienia obiektyw (a właściwie aparat fotograficzny) jest „przedłużeniem” naszego oka, a tym samym mózgu. To dlatego ten sam świat, za każdym razem na zdjęciach wygląda inaczej, w zależności od tego, kto go fotografuje. Nie będę ukrywał, że wioska rybacka Gyeiktaw o świcie, kiedy to z nocnego połowu wracają do niej rybacy na łodziach wypełnionych  tonami srebrnych ryb, które następnie są transportowane na ląd i selekcjonowane przez wiejskie kobiety – do suszenia lub natychmiastowej sprzedaży – należała do moich najmocniejszych, najbardziej niezapomnianych fotograficznych przeżyć, jakich doświadczyłem w Birmie. Z pewnością mogę do nich zaliczyć także wizytę w świątyni Shewedagon Pagoda w stolicy kraju Yangonie, spotkanie ze stupami w Baganie, ale również zetknięcie się z rybakami na Jeziorze Inle (tym ostatnim poświęciłem wpis TUTAJ), które – mimo, że również nawiązujące do rybołówstwa – było jednak doświadczeniem zupełnie innym, zarówno etnograficznie, jak i fotograficznie.

W wiosce Gyeiktaw miałem ułatwione zadanie, gdyż obrazy i sceny jakie rozgrywały się przed moimi oczami były niezwykle fotogeniczne. Wystarczyło więc tylko znaleźć się w odpowiednim miejscu, poszukać odpowiedniej perspektywy, nie psuć kadru, zachować refleks i zwolnić migawkę Nikona – a wszystko układało się jak z płatka, rejestrując się na kartach pamięci mojego aparatu. W momentach takich przeżywam coś w rodzaju niemalże nirwanicznego flow – rodzaj euforii, czy choćby tylko radości z tego, że robię to, co robię – że udało mi się dotrzeć do jakże ciekawego miejsca na świecie i mam oto możliwość utrwalenia i udokumentowania jego niezwykłości oraz objawiającego się tu i ówdzie piękna.

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

Na czym polegała ta fotogeniczność? To, mam nadzieję, widoczne jest na zaprezentowanych tu zdjęciach. Przede wszystkim więc sceneria: położona tuż przy szerokiej piaszczystej plaży – i wśród lasu wysokich palm – wioska, pełna drewnianych chat, których wygląd nie zmienił się tu od stuleci. Ale także łodzie… dziesiątki łodzi nadpływających z szerokiego morza (czy też raczej oceanu, bo Zatoka Bengalska jest częścią Oceanu Indyjskiego) lub zakotwiczone już przy brzegu i kołyszące się na łagodnej fali. Następnie ludzie: mimo dostępnej im nowoczesności ubioru, noszący tradycyjne ubrania (odnosi się to zwłaszcza do kobiet), czy choćby tylko zaznaczający swój odrębny styl w małych, osobistych akcentach. I wreszcie ryby: lśniące srebrzyście na kontrastujących kolorystycznie niebieskich sieciach (bardzo malownicze zestawienie) lub zalegające w koszach, często ze sterczącym w górę ostrym ogonem płetw. Jak zawsze w fotografii, najważniejsze jest jednak światło. Tutaj, o świcie jeszcze miękkie, nie tak jaskrawe, bo oświetlające wszystko z miejsca położonego niewysoko nad horyzontem, nadające więc światu ciepłej barwy. And last but not the least: gracja kobiet, zwłaszcza niektórych dziewczyn, których zgrabna sylwetka i wdzięczne ruchy przypominały jakiś balet.

Miałem też to szczęście, że byłem wśród tych ludzi jedynym „obcym”, mimo że w promieniu kilkunastu kilometrów znajdują się dziesiątki hoteli i resortów pełne zagranicznych turystów i wakacjuszy. Dopiero po godzinie od wschodu słońca zjawili się inni przyjezdni, ale też w znikomej ilości paru osób. Widocznie wioska rybacka nie została jeszcze „odkryta” przez masową turystykę – i nikt nie popularyzuje jej atrakcyjności w ośrodkach wypoczynkowych, co nota bene wydaje mi się trochę dziwne, bo na całym świecie chce się zarobić na czymkolwiek się tylko da. Ale to dobrze, bo większe grupy turystów i fotografów amatorów, nie tylko psułyby zdjęciowe kadry, ale i zapewne przeszkadzały by ludziom w pracy. A tak udało mi się utrwalić kawał autentycznego życia rdzennych mieszkańców Birmy, nie zepsutych jeszcze skomercjalizowanym, zachodnim stylem życia i nie uległym jeszcze postępującej „nowoczesności” młodych azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Tym bardziej ten mój „urobek” zdjęciowy wydaje mi się cenny, że, jak mniemam, świat ten odchodzi dość szybko w przeszłość – cokolwiek dobrego, czy złego by to nie oznaczało – i za kilka lat będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Z pewnością mniej fotogenicznie.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z wioski rybackiej Gyeiktaw obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

RYBACY Z JEZIORA INLE

.

Rybak z papierosem - zmierzch nad Inle, największym jeziorem Birmy

Rybak z papierosem. Zmierzch nad Inle – drugim co do wielkości i pierwszym co do popularności jeziorem Birmy.

.

W coraz bardziej homogenicznym świecie szukamy miejsc niezwykłych, które zachowały jeszcze swój autentyzm – gdzie przekazywana z pokolenia na pokolenie kultura i tradycja zdołała się oprzeć ekspansji nowoczesnej cywilizacji, za którą odpowiedzialny jest głównie Zachód. Tylko czy takie miejsca gdziekolwiek istnieją? Niestety, im dłużej podróżuję, tym bardziej przekonuję się o tym, że pozostało ich jak na lekarstwo. Najczęściej spotyka się coś w rodzaju kulturowej namiastki: „egzotykę” podrasowaną dla potrzeb turystyki masowej, dającej złudzenie „eksploracji” świata, a w rzeczywistości eksploatującą powierzchowne stereotypy, ludzką ignorancję, pęd za niezwykłością i wyjątkowością – ucieczkę przed rutyną i nudą.

Wydawało mi się, że decydując się na miesięczną podróż po Birmie – samodzielnie, bez korzystania z turystycznych biur podróży – uda mi się pułapek i nieznośności turystyki masowej uniknąć, ale okazało się, iż – chcąc odwiedzić najważniejsze dla birmańskiej historii i kultury miejsca – nie sposób było się od masowego turysty odseparować. Co starałem się znosić dzielnie. Mało tego: spotkania z ludźmi podróżującymi podobnie jak ja, wspominam z wielką przyjemnością – były one cennym doświadczeniem, także dla próby zgłębienia ludzkiej natury… i to nie tylko jeśli chodzi o człowieka podróżującego. Tym razem dysponowałem czasem, który pozwalał mi na sporządzanie zapisków i notatek „na gorąco”. Kiedy jednak teraz, po powrocie do domu, je przeglądam, to nie jestem pewien, czy aby nadają się one do publikacji – czy reprezentują poziom, który mnie samego by zadowolił. Ale to inna sprawa.

Prawdę pisząc, przytłacza mnie ta ilość materiału – zdjęć, zapisków, wrażeń, wspomnień – którą wywiozłem z Birmy. Sam nie wiem od czego zacząć. Może od… poczynienia pierwszego kroku: ot, choćby od pokazania tutaj małego wyboru fotografii, które powstały podczas mojego kilkudniowego pobytu nad jeziorem Inle?

Rybak z Inle, ze swoją charakterystyczną stożkowatą siecią (zwaną saung) i jeszcze bardziej charakterystycznym, nigdzie indziej na świecie nie spotykanym, sposobem wiosłowania, to bez wątpienia ikona jeziora Inle i jego okolic zamieszkałych przez wiele grup etnicznych, jak również jeden z najlepiej rozpoznawalnych symboli (rzec można: turystycznych) Birmy. Jechałem do tego kraju z mocnym postanowieniem dotarcia do miejsca, gdzie mógłbym rybaków Intha spotkać, przyjrzeć się ich pracy i oczywiście utrwalić to rendezvous na zdjęciach. Udało się. Ale, oczywiście – jak to zwykle bywa – wszystko okazało się inne, niż to sobie wcześniej wyobrażałem. Przy okazji dotarłem do podszewki jaka kryła się za folderową fasadą jednej z największych atrakcji turystycznych Birmy (a tym samym Azji południowo-wschodniej), jaką jest jezioro Inle wraz żyjącymi – nie tylko na jego brzegach, ale i na nim samym – ludźmi. Zanim jednak opowiem o Inle i jego bogatym sąsiedztwie, skupię się na tubylczych rybakach.

Inle jest stosunkowo płytkie, pełne trzcin i wodorostów, wymaga więc wielkiej zręczności w poruszaniu się po nim. Aby sobie poradzić z nawigacją, tutejsi wioślarze rozwinęli specjalną umiejętność posługiwania się wiosłem, tyle że do operowania nim wykorzystują nie ręce, lecz… nogi. Polega to na tym, że jedną nogą „oplatają” oni niejako wiosło, co umożliwia im zarówno wiosłowanie na stojąco, jak i uwalnia ich ręce, dzięki czemu mogą je oni wykorzystać przy łowieniu ryb, które wymaga zręcznego posługiwania się siecią i pięciopalczastym harpunem, na który złapane ryby nadziewają. Wiosłowanie na stojąco jest o tyle ważne, że bardzo ułatwia zarówno manewrowanie łodzią w wodzie pełnej wodorostów, jak i wypatrywanie ryb. Zachowanie w tym wszystkim równowagi (rybacy Intha stoją na samym dziobie łodzi) wymaga niezwykłej zręczności, która praktykowana jest od dziecka. Dzięki temu Intha czuje się na czubku łodzi tak, jak ryba w wodzie – oczywiście chodzi o rybę, która nie szamocze się w sieci i nie jest przybita harpunem. Co ciekawe, ten sposób wiosłowania stosują wyłącznie mężczyźni (kobiety wiosłują „klasycznie”, czyli siedząc w łódce) – sam jednak nie wiem, czy jest to tabu, rodzaj zakazu, czy po prostu zwyczaj. Lecz mężczyzna łowiący wykazuje się w tym wszystkim niemal kobiecą gracją – jego harmonijne ruchy przypominają coś w rodzaju tańca, w którym sieć, wiosło i łódka stają się rekwizytami tej niezwykłej sztuki, stanowiąc przy tym, wraz z rybakiem, integralną, pełną estetycznego potencjału, całość.

 .

Dramatyzm połowu

Dramatyzm (i malowniczość ) połowu

.

Nyaung Shwe to miasteczko położone w odległości kilku kilometrów od samego jeziora, do którego można się dostać płynąc szerokim kanałem, po obu stronach którego rozłożyły się wioski ludu Intha, zamieszkującego te okolice od ponad pół tysiąca lat. Jedynym sposobem, by udać się na spotkanie z rybakami, jest dopłyniecie do jeziora motorową łodzią. Zrobiłem to kilkakrotnie, a towarzyszył mi w tych eskapadach – nie tylko jeśli chodzi o rybaków, ale i zwiedzanie całego jeziora i jego najciekawszych zakątków – Saw Lwyn, tutejszy przewodnik, a jednocześnie właściciel łodzi… dopóki nie urwał się pasek klinowy w silniku, co zniweczyło moje plany dotarcia na czas w pewne miejsce, które chciałem tego dnia zwiedzić. Niemniej jednak, nasze poprzednie wyprawy okazały się całkiem udane.

Wyruszaliśmy z Nyaung Shwe na długo przed wschodem słońca, bo płyniecie kanałem zajmowało dobre pół godziny, a zależało nam na dotarcie do jeziora o świcie. Rybacy czekali na nas u wyjścia kanału. Tak, czekali, bo głównym ich zajęciem o tej porze było pozowanie turystom, którzy wybierali się w dalsze rejony Inle. Za pierwszym razem – jako, że była to bardzo wczesna pora nawet dla najbardziej gorliwych przewodników grup zorganizowanych – spotkałem tylko jednego fotografa, młodego Chińczyka, wokół którego „tańczyli” na swoich łódkach rybacy z sieciami saung.  Poprosiłem Lwyna, by przekazał „rybakom” moje instrukcje, które dotyczyły miejsca, gdzie chciałem ich sfotografować, jak również to, że nie zależy mi na tych wszystkich dziwnych pozach, którymi zachwycony był Chińczyk, a raczej na tym, by wypadli oni naturalnie, bez celowego ustawianie się przed obiektywem aparatu – innymi słowy, poprosiłem ich o to, by nie zwracali na mnie większej uwagi. To było jednak trudne, bo pozowanie łasym na ich „balet” turystom weszło im już jakby w krew. Lecz myślę, że udało mi się uchwycić tę ich swobodę bycia na jeziorze i łodzi, choćby na tym oto zdjęciu:

.

Wschód słońca nad jeziorem Inle - nastrój jak podczas zachodu

Wschód słońca nad jeziorem Inle – nastrój jak podczas zachodu

.

Zanim jednak ktoś rzuci kamieniem w tych „pozerów” udających rybaków gwoli uciechy turystycznej gawiedzi, tudzież potępić tych, którzy z ciekawości przybyli tu z najdalszych zakątków świata, by za drobną opłatą zakłócić naturalny porządek tej ziemi, chciałbym o czymś wspomnieć. Otóż ci ludzie wcale nie porzucili swojego prawdziwego rzemiosła dla czegoś, co jest sztuczne i nieproduktywne, z wygodnictwa, czy z lenistwa. To raczej rzemiosło porzuciło ich, bo łowienie ryb w jeziorze stawało się ostatnimi czasu coraz mniej opłacalne. Innymi słowy, nie można już było, zajmując się jedynie rybołówstwem, wyżywić rodziny, którą się miało na utrzymaniu. Do tego, że w jeziorze była coraz mniejsza ilość ryb, przyczyniła się zakłócona przez ostatnie kilkadziesiąt lat równowaga ekologiczna jeziora, jak również używanie na zabójczą dla rybnej populacji skalę pestycydów, których całe tony aplikuje się do uprawiania pływających ogrodów Inthów. Nota bene owych ogrodów ciągle przybywa i z roku na rok zajmują coraz większą powierzchnię jeziora. A większa ilość upraw oznacza coraz większą ilość chemii zatruwającej wodę. Na domiar złego Inle robi się coraz płytsze (wypalanie lasów na otaczających jezioro wzgórzach powoduje coraz większą erozję gleby, a tym samym coraz większą sedymentację – odkładanie się wywołanych tą erozją osadów na dnie jeziora), przez co drastycznie kurczy się środowisko, w którym żyją ryby. Tak więc, ryb i rybaków jest coraz mniej, ogrodników zaś coraz więcej – i wygląda na to, że trudno będzie przerwać to błędne koło, zanim jezioro nie udławi się dokumentnie wskutek ludzkiej działalności.

Coraz więcej jest również „rybaków” czekających na turystyczne łodzie u ujścia kanału prowadzącego z Nyaung Shwe do Inle. Nie będę jednak ukrywał, że ich widok sprawił mi jakąś wielką przykrość. Wręcz przeciwnie – zadziwiła mnie ta ich niemal artystyczna zręczność pozowania fotografom – zręczność, która moim zdaniem wcale nie ustępowała tej, jakiej wymaga samo łowienie ryb. Spędziłem wśród nich dobrych parę kwadransów, starając się uchwycić jak najlepsze światło, wybierając także najciekawsze kompozycję z ich sylwetek i ruchów. Z różnym skutkiem – nie było to bowiem takie łatwe, jako że warunki i sytuacja zmieniały się dosłownie z sekundy na sekundę, a ja robiłem zdjęcia z kołyszącej się łódki. Nie da się ukryć, że temat jest bardzo fotogeniczny – rybak ze swoją łodzią, wiosłem i stożkową siecią, wykonujący ruchy przypominające balet, a to wszystko na tle spowitego poranną mgłą (choć nie tylko mgłą – ale o tym może innym razem) jeziora i okolicznych wzgórz na horyzoncie. Jakże wdzięczny widok, mogący dostarczyć wielkiej estetycznej przyjemności. Podobnie zresztą było o zachodzie słońca, kiedy światło jest nie mniej ciekawe, niż o świcie.
Tutaj mała próbka wybranych zdjęć z tych poranno – wieczornych sesji:

.

.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo na jeziorze Inle spotkałem także prawdziwych rybaków. Nie chciałem jednak przeszkadzać im w pracy, więc fotografowałem ich z daleka, czasami z efektem chyba nie gorszym od sesji pozowanych, o czym być może zaświadczą zamieszczone poniżej zdjęcia. Zdarzało się również tak, że odkładałem swój aparat i przypatrywałem się temu, co ci ludzie robią. Każdy ich ruch miał swój cel i znaczenie. Byłem zwłaszcza pod wrażeniem ich pracy zespołowej, która pozwalała zagonić większą ilość ryb do sieci (nie wszyscy z nich posługiwali się tradycyjnymi saung, najczęściej była to zwykła sieć nylonowa, a technika przypominała tę tradycyjną, stosowaną przez rybaków na całym świecie. Ktoś może powiedzieć, że obrazy te, mimo że niedoskonałe techniczne, są ciekawsze od tych pozowanych, choćby z tego powodu, że są po prostu bardziej autentyczne. I muszę przyznać, że skłonny jestem z takim argumentem się zgodzić.
A Wam, które obrazki podobają się bardziej?

(Kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze)
Poranne mgły i samotna łódź na jeziorze Inle

Poranne mgły i samotna łódź na jeziorze Inle

.

Inle sunrise

Inle sunrise

.

Inle sunset

Inle sunset

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Więcej zdjęć rybaków z jeziora Inle obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.