PRZYGODA MŁODEGO UMYSŁU (odnalezione w szufladzie)

*

Życie zatacza krąg – wszyscy wracamy do punktu wyjścia. To co się w nas kiedykolwiek odezwało, było w nas zawsze. Nawet jeśli brzmi teraz obco, było częścią nas samych. W czasie jednej z wizyt w moim domu rodzinnym, dość przypadkowo trafiłem na swoje wiersze, które napisałem mając mniej więcej 15 – 17 lat. Zupełnie o nich zapomniałem – tkwiły w jednej z dawno opuszczonych szuflad, do których nie zaglądałem od wielu, wielu lat. Dziwne to było uczucie odczytywać je na nowo: ta mieszanina ciekawości, zażenowania, sentymentu, zawstydzenia, melancholii… oto docierałem do kogoś, kto był mną w mojej młodości; a ponadto do bardzo specyficznego momentu w moim życiu, który teraz odzywał się echem w dawno nieporuszanych strunach, tkwiących we mnie, mimo upływu lat. 
Jaka jest wartość tych wierszyków? Dla mnie nie jest to teraz tak ważne, choć kiedy je pisałem, wydawały mi się istotne, bo oddawały stan mojego ducha i umysłu – wzburzonych wówczas niespełnioną miłością, tudzież lękami egzystencjalnymi, które towarzyszyły mi od wczesnego dzieciństwa.
Kiedy czytam je teraz, odczuwam lekkie zakłopotanie, bo widzę ich braki i mankamenty, pewne natarczywe wręcz repetycje – słowa tak wyeksploatowane przez wieki w poezji (te wszystkie serca, kwiaty, łzy, krew, usta, słońca, tęsknoty, krople i księżyce…) choć dla mnie były one wtedy świeże, pozbawione kiczu i pretensji – wydawały mi się być czymś naturalnym i adekwatnym w opisie i oddaniu tego, co w tamtych momentach przeżywałem i odczuwałem. Teraz zastanawiam się skąd mi się to wzięło. Czy to tylko wpływ literatury, którą wówczas namiętnie pochłaniałem? Chyba jednak nie – to co pisałem było autentyczne, niezapożyczone, choć obecnie widzę jak pławi się to wszystko w swoistym symbolizmie, pobrzemiewa jakąś mieszanką romantyzmu z egzystencjalizmem, defetyzmu z katastrofizmem, wreszcie psychologią kafkowsko-borgesowską, jungowsko-freudowską… Oczywiście, to wszystko w wydaniu na moją miarę. Wybrałem kilkanaście utworów. Widzę że większość z nich posiada podobną tonację – to rezultat nastrojów, które nawiedziły mnie dość gwałtownie tamtego lata, kiedy zbliżałem się do tzw. „pełnoletności” i cierpiałem katusze niezbyt szczęśliwie zakochanego nastolatka  ;)
Mam nadzieję, że moja odwaga opublikowania ich tu i teraz zostanie doceniona, choć nie oczekuję jednak żadnej taryfy ulgowej, jeśli ktoś będzie chciał je ocenić.

*

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

*
*

* * *

*

zabolało mnie piękno róży
jej czerwień
skradziona mej źrenicy
wbitym kolcem –
to krew
zabarwiła płatki
a kielich kwiatu
wypełnił się
twoimi ustami
zagrzmiały serca ptaków
i ból niemy
skonał w mych ramionach

*

greydot

*

* * *

*

Noc jest moją kochanką

a zazdrosny jestem

jedynie o gwiazdy

*
Nie podejrzewam bowiem
by zdradzała mnie
z tym łysym typem
Księżycem
        – starym truposzem
          żebrzącym Słońce
          o światło

*

greydot

*

* * *

*

brzytwą z oka
błękit wykroisz
i rzucisz
na pożarcie burzy
jak ochłap
łzę wystawisz
na urągowisko
deszczu

*

greydot

*

impresja in blue

*

zdziwione świtem
krople rosy
oczekują słońca
            – swojej śmierci
ich słabość truchleje
drżą srebrzyście
na ostrzu liścia
uśpionego popielatym
smutkiem nocy
otulonej
wilgotną pierzyną mgły

*

greydot

*

misterium babiego lata

*

Ach, jak tu pięknie jest wkoło
nawet kwiat błękitny
niedosiężny
nie rani

*

Rozbite stogów namioty
przylgnęły do traw
kobierców rozłożystych
i pachną

*

Kłosy ziarnem brzemienne
złotem rozpęknięte
są wyniosłe i dumne
i takie proste

*

Na puchu skrzydeł
na przestrzał obłokom
spływają miodem
krople pszczół
         – żółte płatki
           o lepkich palcach

*

Wypełnia się omdlałe
misterium dnia
babiego lata

*

greydot

*

obojętność

**

Pewnego razu przechodziłem
tuż obok
obojętności
i nie zważając na nic
przystanąłem
zaintrygowany płomieniem
uwięzionym
w jej cokole
z lodowych tafli

*

greydot

*

* * *

*

Gdzie chcesz dopłynąć
z tym żaglem
dziurawym na plecach
co bardziej ciężarem ci jest
niż wolności
obietnicą

*

Na mych skrzydłach płonących
                           – myślisz
wzbiję się na sam szczyt
                           – i rozpościerasz
                             swe cherlawe ramiona

*

Oddam wam cały żar mego serca
                           – mówisz
a wiesz, że nie wystarczy go nawet
na ogrzanie twojego ciała

*

greydot

*

natarczywość miękko okolona puklami włosów

*

Moje oczy spotkały się
z jej spojrzeniem
serce załkało trzepotem
słodko zagłębiłem się
w jej obraz
utkany z siateczki czerni
przemienionej
w barwną paletę
jej twarzy
której rysów obsesyjna obecność
                       była ciepła…

*

greydot

*

dwa razy serce w temacie

*

                           I

*

W moim sercu – pochmurne niebo
                         mówiące czerwonemu słońcu krwi
                         wiele czułości

*

W mojej duszy – zagubiony dzwon
                         brzmiący odnalezioną świadomością
                         wymowną milczeniem

*

                           II

*

W mym sercu drży iskra
ciągle żywa jeszcze,
lecz nie wiem
czy jest ona zmierzchem
czy też świtem
płomienia

*

greydot

*

* * *

*
                                                        czas jest zaledwie zwlekaniem
                                                        tego, co ma nadejść
**************************************José Hernández

*

Mówisz – jestem młody
te pokryte żółtym pyłem
dni nie są moje

*

odsłonięte przez czas

białe kości

należą do starca
który siedział w cichej czerwieni
zgarbionej jak on chaty
i patrzył tęsknie
na zachodzące słońce

*

wysuszone smutkiem zmarszczki
spływały z jego serca na ziemię
a siwowłosy wiatr
czesał czule
słomiane strzechy
rozczochrane

*

greydot

*

sen

*

chwila
dzieliła mnie
od Końca Świata
kiedy pomyślałem
o tym,
który był przedtem

*

                   obudziłem się
                   mając przed sobą
                   Wieczność

*

greydot

*

nieśmiertelny

*

Cóż to!
Pędzisz tak
bez tchu

z językiem na brodzie
z pianą na ustach
z wytrzeszczonymi oczyma

*

Poczekaj,
szepnę ci coś! – krzyczę

*

Za późno:
w obłokach pyłu
widzę już tylko
zad krzyża
wbitego w serce śmierci

*

greydot

*

* * *

*
                                                                     Ewie

Kochałem Ciebie…
gdy słońce rozpalało tysiące chłodnych iskier
na czymś, co było zupełnie podobne do śniegu
ale tak piękne
że nie mogło być rzeczywistością
ani żadną rzeczą,
która jej jest

*

Kochałem Ciebie…
gdy ostre konary drzew kaleczyły niebo
a z ran błękitu wypływały łzy deszczu
i mieszały się z moimi na pachnącej wiosną ziemi
łącząc się w bezimiennej przyjaźni

*

Kochałem Ciebie…

kiedy ptaki witały radośnie ludzi i drzewa
wydobywając z siebie dźwięki przedziwne
a wszystko było zaklęte
i wydawało się być dekoracją do baśni
pamiętanej przez dorosłe dzieci

*

Kochałem Ciebie…
drżącą ręką
lękającą się pokalania świętości Twego Ciała
urzekającego bielą
i barwami ciepłymi jak moje uczucie

*

Kochałem Ciebie…
i Twoje usta podobne nierealnej róży
której zapach był smakiem
tego, co było Tobą
i tylko Tobą

*

Kochałem Ciebie…
oczyma pochłoniętymi mgłą pragnienia
spotykającymi się z dwiema iskrami
Twych oczu
których bezmiaru nie pojąłem do końca

*

Kochałem Ciebie…

i czułem Twe ciało tuż obok mojego
a nasze zmysły przenikały się w szale uniesień
goniąc na spienionych rumakach pożądania
na zatracenie
ku wieczności

*

Kochałem Ciebie…
i może dlatego nie ma Cię już przy mnie

*

greydot

*

ona

*

Przyszła kiedyś do mnie
gdy czuwałem nad mymi dniami
usiadła, spojrzała na księżyc
(mogło to być również wygasłe słońce)
wiesz – usłyszałem –
dawno nie widziałam twojego uśmiechu…
                  (wstrząśnięty ukryłem twarz w dłoniach)

*

Zapytała mnie pewnego razu
kiedy pochylony nad korcem pór roku
oddzielałem noce od dni
zadrżałem nagle i podniosłem wzrok
ujrzałem wtedy jej oczy:
jestem zmęczona,
cały dzień ciężko pracowałam
                   – wyczytałem to z jej spojrzenia
                     (i nie pomogły zaciśnięte na uszach pięści)

*

Minęło wiele dni
a może lat
nie musiałem odwracać głowy
aby ją znów zobaczyć
zrezygnowany wypuściłem z garści
spłoszone godziny – byłem gotowy na wszystko
                   a kiedy jej wargi się poruszyły
                   przytuliłem się ufnie do jej piersi

*

greydot

*

rytuał

*

Piłaś świt do dna
Słońce rozpływało się w Twych ustach
Światłość wypełniła je po brzegi
a gwiazdy pobladły od trwogi
i zgasły
w milczeniu

*

Piłaś świt stężały
Mrok sączył się strumieniem,
wezbrał ciemnością,
aż połączył się z morzem nocy

*

A Ty piłaś
Świt budzący się w mym sercu
Świt, co wypalał me źrenice
Świt przemieniony w moją krew
Do dna…

*

greydot

*

wieczór Franciszka K.

*

oczy stężały
zamilkła pusta szklanka
zdziwiona niedopitą kroplą
purpurowe wskazówki zegara, uwięzionego przez czas
to one – krople łez mijających dni wyżłobiły
na twarz Franciszka K. swoje piętno codzienności
jest teraz sam – upragniona i przeklęta samotność
dusza uwięziona w ciele sączy się z ran
i bluźnierczo profanuje gwiazdy – jej macki
mają niekiedy kształt skrzydeł roztapiających się
w Wielkiej Niemożności
Franciszek K. jest człowiekiem
spętany krzyk trzepocze się w gardle – z jego ust
wydobywają się resztki
zwymiotowanego milczenia i nie zwiedzie go gwar
ulicy Nieznanych drzwi jego klatki zatrzaśnięte
nieruchomo – sztaby i okucia wykonane przez Największego
Artystę nie poddadzą się ludzkiemu uczuciu
o sile mimozy – więc nie próbuj wyłamać ich łomem
fałszywego współczucia
nie zwracaj uwagi na Franciszka K.
i wpatruj się w niego
jest zły i dlatego jest taki dobry
ludzie znają go i gdy pełznie
po zmurszałym śliskim murze pozdrawiają go
nie widząc swojego smutnego uśmiechu
K. Nienawidzi ludzi i dlatego tak ich kocha
tylko nieliczni dostrzegają jeszcze
jego prawdziwie piękne ciało
lecz większość z nich chwyta w siatkę
wstydu swe niebieskie motyle
ukradkiem rzucanych mu spojrzeń

*

greydot

*

Borges

*
                                 dla D.

*

Widziałem człowieka
           w odbiciu zwierciadeł
           tworzących rzeczywistość
           (mnożących Ciebie w nieskończoność)
Szedł trzymając wyciągniętą przez siebie laskę
           dotykał chłodnego muru labiryntu
           (słyszał siebie tuż za ścianą)
Chwalił otaczającą go ciemność
           natarczywie upominał się o jej przyjaźń
           (gdyż myślał, że cienie to nieskończona
           ilość pęknięć lustra, którego odłamki,
           dzięki swej nieprzeliczalności, są tak
           małe, że trudno je porównać ze źródłem
           odbitego światła i Twojej twarzy)
Mówił: słowa
           wyrywające się mej pamięci
           wielu pokoleń
           są martwe
           lecz Ty potrafisz je ożywić

*

Zjednocz się więc ze mną
w którymś ze światów
            (ten, o którym myślę, stanie się kiedyś Ciałem
            choć może też być jeszcze Słowem
            lub już istnieje)

*
Gdzieś w zakamarkach zakrzywionej przestrzeni i czasu
moja myśl będzie Twoją myślą
a ja – nie wierząc w swoje ogromne szczęście
nie odróżnię Cię od innych w tłumie ludzi
gdyż tłumem będziesz Ty

*

Wiem, że wytrąci to z pewnej dłoni sztylet
znaleziony na jednej z rozwidlających się ścieżek
             Ogrodu Wyobraźni
a dwoje oczu
wyglądających jak rozszczepiony Alef
będzie patrzeć
na jego rozsypujące się w proch ostrze
             (być może ujrzysz wtedy siebie
             lub coś, co na przykład nazwać możesz
             radością
                    … bo i tak nie będzie to miało
                        żadnego znaczenia)

*

greydot

*

* * *

*

Tęsknota, ta wieczna tęsknota:
objąć cały świat
                 nie z zachłanności
                 nie z zachwytu
                 nie z miłości…
lecz po to,
by wypełnić pustkę

zdławić absurd
wyciszyć lęk
ukoić cierpienie
na zawsze…

*

greydot

*

WIELKI GATSBY – HAMLETYZM DLA CIELĄTEK

*

...

Wielki Gatsby – amerykański Hamlet?

*

Muszę się przyznać, że zanim jeszcze film Baza Luhrmanna obejrzałem, miałem już gotowy tytuł dla recenzji o nim: „Wielki Gatsby – rzecz o amerykańskim hamletyzmie” – co jest o tyle usprawiedliwione, że Gatsby’ego z powieści Scotta Fitzgeralda do bohatera z dramatu Szekspira porównywano nieraz, a ostatnio zrobili to właśnie sam reżyser filmu, jak również odtwórca roli tytułowej, Leonardo DiCaprio. „No dobrze – pomyślałem sobie – skoro oni tak mówią, to zobaczmy czymże w ich wydaniu jest ten amerykański hamletyzm.” Lecz moje rozczarowanie filmem było tak wielkie (może jednak sprawiedliwiej byłoby napisać: „na tyle duże”?), że zrezygnowałem z szumnego tytułu i zastąpiłem go czymś, co jest po prostu ironicznym sarkazmem. Może niezbyt eleganckim, ale oddającym moją opinię o wnikliwości i głębi ostatniej ekranizacji słynnej książki F. Scotta Fitzgeralda, skądinąd uznanej przecież za jeden z kulturowych kamieni milowych, definiujących istotę amerykańskiego charakteru – a i samej amerykańskości (przynajmniej jeśli chodzi o sposób bogacenia się i korzystania ze zdobytego bogactwa). Innymi słowy: „Wielki Gatsby” Luhrmanna nie dostarczył mi niestety większych przesłanek, by podejść do niego recenzencko bardziej kompleksowo, a poważniejsze zestawienie z szekspirowską klasyką obraz ten, według mnie, jeszcze bardziej by tylko skompromitowało.
Tak więc, zamiast analitycznego tekstu o amerykańskim Hamlecie – będzie tylko ta oto luźna notatka o zbyt rozbuchanym, acz płytkim i niekoherentnym filmowym ekscesie (bo tym, niestety, wydał mi się przede wszystkim obraz Luhrmanna). Tym bardziej to przykre, że zmarnowano według mnie ogromny potencjał, zarówno jeśli chodzi o środki przeznaczone na jego produkcję, jak i wybitną (mimo całego tego bałaganu) kreacji Leonarda DiCaprio. Całości nie mogą nawet uratować – ani zrehabilitować – doskonałe elementy, których w filmie naprawdę nie brakuje. Gdyż są to elementy odosobnione i zazwyczaj do siebie nie przystające. Nie bez znaczenia jest także w tej porażce pewne bezguście tych, którzy budowali scenografię obrazu, a i sam reżyser filmu, który zamiast stonować (zmitygować) nieco owe inscenizacyjne megalomańskie zapędy – dał w nie nura, a raczej pozwolił, by przytłoczyły one ludzki wymiar postaci odgrywanych przez niezłych przecież aktorów.

Tak się zastanawiam teraz z czego ten hamletyzm Gatsby’ego mógłby wynikać? I na czym właściwie miałaby polegać wielkość tego człowieka? (Hamletyzm i wielkość: dwie cechy, które mogą – choć wcale nie muszą – ze sobą się łączyć.) W książce Fitzgeralda dawało się wyczuć wielką gorycz, która następowała po osiągnięciu celu, jakim było zdobycie olbrzymiej fortuny. Okazało się, że materialne bogactwo (zwłaszcza to osiągnięte szemranymi sposobami – a  takimi zazwyczaj gromadzono w Ameryce wielkie majątki) nie przynosi żadnej satysfakcji – wręcz przeciwnie: podkreśla jedynie alienację i frustrację człowieka niemogącego spełnić się duchowo, niezdolnego do miłości – czy też raczej pozbawionego miłości odwzajemnionej, dojrzałej i spełnionej. (Motyw ten powtórzył Orson Welles w swoim „Obywatelu Kane”, symbolizowany tam przez rosebud – napis na dziecięcych sankach, będący wyrazem tęsknoty, utraty i niespełnienia.) Prawdziwa moc prozy Fitzgeralda była w tym, co zawarł on pod powierzchnią tej prostej w sumie i dość banalnej opowiastki o męskiej obsesji bogacenia się i fiksacji na jednej kobiecie: a więc literacki styl, specyficzna atmosfera, niuans, sugestia, literacki język, „duch” czasu, melancholia… Czyli to wszystko, czego w rozbrykanym, głośnym, wystrzałowym, przekoloryzowanym i bombastycznym obrazie Luhrmanna trudno by odszukać.
Hamletyzm jest właściwie czymś bardzo kameralnym (to przecież monolog go definiuje, a nie rozwrzeszczana, hałaśliwa biba), tudzież wyrastającym bardziej z konfliktów rozrywających ludzką duszę, niż z zawodu, frustracji – niemożności skonsumowania tego, czego się pożąda. I więcej ma on wspólnego z ascetyzmem, niż z hedonizmem. Ponadto, zdecydowanie to jakość introwertyczna, a nie ekstrawertyczna. Bardziej jest też problemem psychologiczno-filozoficznym, niż – pardon my French – wolicjonalno-behawioralnym. Czyli tym wszystkim, co Luhrmann – sądząc po ekranowej ewidencji – zlekceważył, popisując się i hałasując, oddając się widowiskowemu rozpasaniu i epatowaniu nas realizacyjnymi trickami (makiety, komputery, 3D, zoomująca nieopamiętanie i bujająca w przestworzach kamera… etc.)

A może najistotniejszą różnicę między hamletyzmem szekspirowskim a amerykańskim dałoby się wyrazić zamianą „to be” na „to have”? Mielibyśmy wtedy: „To have or not to have” – dylemat, któremu tak naprawdę żaden „prawdziwy” Amerykanin nie ulega – tak oczywiste jest dla niego, że lepiej jest mieć (i to jak najwięcej) niż nie mieć (zwłaszcza pieniędzy). Tak więc, jeśli ktoś się tym problemem łamie, to rzeczywiście staje się rzadkim, „hamletycznym” ptakiem.

Lecz „Wielki Gatsby” poległ w moich oczach nie tyle z racji intelektualno-duchowej płycizny i przerostu formy nad treścią, co z powodu jeszcze bardziej banalnego: a mianowicie przez swoją niezborność. Innymi słowy: niewiele w tym filmie trzymało się kupy. To właśnie dlatego, rewelacyjny DiCaprio, choć w każdej scenie robił co mógł, (gdyby tak te sceny wyciąć i pokazać z osobna, to uderzyła by nas ich wyśmienitość) to jednak wziąwszy pod uwagę całość, robi się z tego osobowość tak niespójna, że przestajemy ją „czuć”, zżywać się z nią, kibicować jej losowi i przypadkom. Bo nie wiadomo: jest Gatsby (Luhrmanna) romantykiem czy cwaniakiem? Człowiekiem wrażliwym czy wyrachowanym? Postacią tragiczną czy komediantem? Kimś głębokim czy płytkim? Gangsterem czy arystokratą? A to, co nim powoduje: jestże miłością czy może jednak obsesją? I czy nie ma w tym aby zwykłej głupoty, zaślepienia, dziecinady i utraty kontaktu z rzeczywistością? Czy Hamlet mógłby być kimś tak niedojrzałym? I czy ten infantylizm nie kompromituje tragizmu, zamieniając go w groteskę, może nawet w karykaturę?
Pomyślał by więc ktoś, że Gatsby to jakaś strasznie złożona i skomplikowana postać (tym bardziej więc intrygująca i godna uwagi). Ale nie – to wrażenie nie wynika z charakterologicznego bogactwa postaci filmowego Gatsby’ego, ale z czegoś znacznie bardziej trywialnego: właśnie ze zmienności stylów zastosowanych przez reżysera: a to komediowych, to znów tragicznych; raz to przypomina pastisz, parodię czy burleskę – innym razem zaś dramat, tragedię, może nawet thriller… Tak więc, nie jest to bogactwo per se, ale wielki misz-masz i poplątanie konwencji. Odnosiłem wrażenie, że reżyser kazał czasem grać DiCaprio jak w jakimś skeczu, czy też w kabarecie, innym razem – jak w epickim dramatycznym fresku. A wszystko podane w sosie z przyprawami w ilości nie znającej umiaru. Np. w zalewie confetti czy gąszczu orchidei – o monstrualnie kiczowatej rezydencji Gatsby’ego (przypominającej skrzyżowanie Disneylandowego Sleeping Beauty Castle z Ludwikowym Neuschwanstein) nie wspominając.
I niestety: każda niemal postać pojawiająca się na ekranie przypominała lunatyka (to takie angielskie określenie wariata). Już nie piszę o wybuchach furii bohaterów, ani o ich irracjonalnych wyskokach – bo to skądinąd zawsze jest interesujące. Mam na myśli ich wyraz twarzy i zachowanie – tak jakby nie za bardzo wiedzieli, co też wokół nich się dzieje. Prym wiedzie w tym Tobey Maguire grający przyjaciela Gatsby’ego Nicka, który najczęściej patrzy – zwłaszcza na DiCaprio – wzrokiem niewiele rozumiejącego, zdezorientowanego cielątka. Niestety, wcale nie jest lepsza Carey Mulligan (skądinąd przecież bardzo dobra aktorka, którą na dodatek lubię), grająca miłość Gatsby’ego Daisy, która sprawia wrażenie, jakby była tylko pioneczkiem w rękach Luhrmanna, odgrywając cokolwiek błędną, niezdecydowaną blondynkę – lekko nieprzytomny obiekt pożądania – niepozbawioną wdzięku, ale za to pozbawioną treści i niedostarczającą żadnych przesłanek mogących tłumaczyć romantyczną idée fixe Gatsby’ego.

Być może „Wielki Gatsby” Luhrmanna nie zasłużył aż na taką zgryźliwość, bo widzę w nim jednak sporo rzeczy, które innych widzów mogą nawet… jeśli nie zachwycić, to satysfakcjonować (dobrych opinii o o nim przecież nie brakuje – i ja je rozumiem: podoba się „Wielki Gatsby” tym, których uwiodła jego powierzchowność, „widowiskowość”: muzyka, obrazy, mit wielkiej powieści, inscenizacyjny splendor), ale jednak przemawia przeze mnie zawód kogoś, kogo film ten niezbyt zaabsorbował, pozostawiając w stanie dość mocnego niezaspokojenia (bardziej duszy i umysłu, niż oczu i innych zmysłów).
A może po prostu popełniam błąd, próbując ująć w hamletyczne miarki coś, co jest tylko rozrywkowym produktem pop-kultury i w zasadzie niczym więcej? W takim razie po co Luhrmann i DiCaprio zawracają nam głowy tym hamletyzmem?

6.9/10

greydot

*

MÓZG LEONARDA, WYZNANIE TOŁSTOJA, WIEWIÓRKA MIŁOSZA, POLEMIKA ZE ŚWIREM… (zapiski V)

(z zapisków rozproszonych)

*

KAMIENIE – KLEJNOTY, RELIKWIE, TALIZMANY, FETYSZE…

Setki tysięcy Amerykanów zobaczyły niedawno kremlowskie złoto. Najpierw w Houston, później w Chicago. W Teksasie potraktowano eksponaty jak dekoracje (stąd amerykańska opinia o „niezmierzonych bogactwach Rosji”); chicagowskie Muzeum Ziemi wprowadziło zaś pewien komentarz historyczny, dzięki któremu bardziej już można było poczuć rosyjskie paradoksy i kontrasty: niezmierzone bogactwo – niezmierzona nędza, władza absolutna – absolutna niemoc; okrucieństwo, pycha i szaleństwo – chwała, cierpienie i pokajanie… Niewiarygodne, obłożone setkami diamentów korony carów Rosji sąsiadujące z kilogramami skarbów prawosławnych biskupów Moskwy. Demonstracja bogactwa i władzy. Jaja Fabergé. Kapiące złotem ikony, przyduszone zwałami biżuterii Boże Dziecię i opleciona sznurami pereł Matka Boska. Szokujący, ciężki, cały ze złota sarkofag zamordowanego małego Dymitra i wzruszające puzderko podarowane mu wcześniej przez tatusia, którym był Iwan Groźny.

1000 lat historii, 140 niezwykłych cacek, skarbów, cudeniek i prawdziwych dzieł sztuki. Nikt nawet nie próbował określić ich wartości.

Szlachetne kamienie w Rosji były również fetyszami. Klejnoty posiadały magiczną moc, tudzież mistyczne wręcz właściwości: diamenty łagodziły żądze i chciwość, szmaragdy pomagały przywrócić mądrość (sic!), zaś szafiry zapewniały spokój.

greydot
Klejnoty – twarde jak kamień i jak kamień zimne.
Co przedstawiają? Czyste piękno czy marną próżność?
Co w nich zaklęte? Urok czy złudzenie?
Co jest ich istotą? Bogactwo ducha czy nędza materii?

Jeden z krajowych magazynów dla pań donosi, że „jubilerzy znów rządzą kobietami”. W artykule „Zapach klejnotów” czytamy: „Biżuterii i perfumom blisko do siebie. Zupełnie nie szanują naszego zmysłu praktycznego. Klejnoty z cennych pereł, kamieni i kruszców to elitarna kasta schowana za murem niebotycznych cen. Perfumy są bardziej demokratyczne. Sygnowane nazwiskami słynnych jubilerów ofiarowują zmysłową przyjemność i urodę skradzioną klejnotom”. Ten fragment jest jeszcze interesujący. Niestety, to co czytamy dalej, to już tylko utylitarna toaleta. Typowe vanity fair.

greydot
Istnieją różne przywiązania do klejnotów. Zarówno szlachetne, jak i przyziemne. Cenny talizman, w którym pokładana jest wiara w magię i zaklęcie dobrego szczęścia. Ukochana miniatura symbolizująca czyste uczucie – miłość do kojarzonego z nią człowieka. Klejnoty rodowe pielęgnujące pamięć o zmarłych – przekazujące tradycje rodzinnej świetności.

Człowiek zaklinał rzadkie kamienie, przenosząc na nie swe pragnienia i tęsknoty. Kamień stawał się marzeniem i poezją. To właśnie dlatego takie wrażenie robił na nas ongiś norwidowski „gwiaździsty dyjament”.
Norwid… Nota bene autor „Bransoletki” i „Pierścienia wielkiej damy”.

greydot

WYZNANIE TOŁSTOJA

Od jakiegoś czasu czytam „Dzienniki” Tołstoja. Jak na razie poszukiwanie erudycji i intelektualnej wielkości pisarza przynosi dość mierne rezultaty. Trudno byłoby mi uwierzyć – według tych przeczytanych dotychczas fragmentów – że piszący je człowiek jest równocześnie autorem „Wojny i pokoju”. Lecz są to oczekiwania naiwne (nie tylko dlatego że na czas powstawania tej powieści Tołstoj zaprzestał pisania dziennika).

W powszechnym wyobrażeniu Tołstoj to tytan myśli i moralności. Bogu-podobny starzec, patriarcha ogarniający swym mądrym spojrzeniem świat z Jasnej Polany.
A oto co on sam o sobie pisze: „Przypomniałem sobie swoje wykoślawienie, zepsucie. Jestem zepsuty zarówno wczesną rozwiązłością, jak zbytkiem, obżarstwem i próżniactwem. Gdyby tego wszystkiego nie było, teraz, mając 65 lat, byłbym rześki i młody. Ale czy to zepsucie poszło na marne? Wszystkie moje wymagania moralne wyrosły z tego zepsucia”.

Zastanówmy się jednak czy chcielibyśmy czytać powieści pisane przez chodzące doskonałości. Zapewne trudno byłoby nam przebrnąć już przez pierwszą stronę i nawiedziłyby nas mdłości, bynajmniej nie sartre’owskie a te – po ludzku – fizjologiczne. Istota idealna jest dla nas czymś spetryfikowanym, zastygłym w pozie, ograniczonym do symbolu – wydaje się nam niemożliwe, by była kreatywna, twórcza. Aniołowie są bezpłodni.
Nawet Boga nie możemy sobie wyobrazić bez użyczania mu naszych ludzkich wad i namiętności.

Co o tym myśleć? (bo mimo wszystko jest to intrygujące).

Tołstoj dyktuje swojej córce: „Rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary: lubieżność, chciwość, złość, próżność, a przede wszystkim egoizm. Dziękuję Bogu za to, że wiem o tym, widziałem i widzę w sobie tę ohydę, a jednak z nią walczę. Tym się właśnie tłumaczy powodzenie moich pism.” (Zapis z 7 sierpnia, 1910 r)

W tym samym czasie Tołstoj przechodził gehennę z powodu histerycznych ataków swojej żony Zofii Andriejewny. Może to właśnie tłumaczy ową samokrytykę – pełną poczucia winy bezradność wobec nerwowych wariacji żony?  Idealne „Ja” zmuszone do poniżającej szarpaniny na poziomie ordynarnego domowego awanturnictwa. Nie wydaje mi się bowiem, że są to jakieś przewrotne umizgi – stawianie się w jak najgorszym świetle by wzbudzić litość, czy też może nawet sympatie otoczenia. Kajający się człowiek zazwyczaj miły jest naszemu oku, bo dzięki temu afirmować się może nasza wyższość… choćby tylko na ten moment.
Tołstoj ewidentnie przesadza z tym „rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary …”, bo na pewno we współczesnej mu Rosji roiło się od typów gorszych od niego o piekło całe. Jednak łatwo zrozumieć to, co pisze dalej: że uświadomienie sobie własnych skaz i walka z nimi umożliwiły mu tworzenie dzieł, w których łatwiej było się przeglądnąć ich czytelnikom – także i tym wszystkim węszycielom ułomności życia.
Na takim oto gruncie wyrasta jeden z najsłynniejszych moralistów XIX wieku.

greydot

Dramatyzm ostatnich dni życia Tołstoja. Ucieczka przed rozhisteryzowaną żoną. Zgon na stacji Astapowo. Na kilka dni przed śmiercią wspomina jeszcze w dzienniku o jakimś swoim planie. Ostatni zapis kończy się zaś słowami: „A wszystko to dla dobra innych, a przede wszystkim dla mojego”.

greydot

LENIN, CZYLI NOSTALGIA

W polskim „Newsweeku” korespondencja z Moskwy zatytułowana „Lenin wiecznie nieżywy”.

Mauzoleum Lenina z wystawionymi tam zwłokami prowodyra październikowej rewolucji, to jedna z największych atrakcji Placu Czerwonego. Dla większości zachodnich turystów ten trup na pokaz to jedynie kuriozalna ciekawostka, dla wielu mieszkańców byłego Związku Radzieckiego – ciągle okazja do złożenia hołdu wodzowi. Ponury gabinet jednej jedynej figury woskowej, a właściwie mumii, pamiątki po piramidalnym w swej skali i klęsce, ustrojowym eksperymencie ludzkości.

Jest coś dojmująco koszmarnego w tym ekshibicjoniźmie upiora rewolucji. Chciałoby się rzec, że każdy kraj ma takie atrakcje turystyczne, na jakie zasługuje.

Znany reżyser Nikita Michałkow przypomina, że swego czasu władze nagradzały swoich robotników – liczącą niekiedy wiele tysięcy kilometrów – podróżą do Moskwy, której głównym celem była wizyta w mauzoleum. Obecnie wielu Rosjan nagradza się samemu, wybierając się z pielgrzymką do stolicy, by zobaczyć zwłoki „wielkiego człowieka, który w pojedynkę zmienił oblicze świata.”

To ponure widowisko sporo kosztuje (niektórzy mówią o 1,5 mln. dolarów rocznie), bowiem ciało trzeba poddawać stałym oględzinom. Co kilkanaście miesięcy kąpie się zwłoki w specjalnym balsamującym roztworze, a co trzy lata zmienia się garnitur, koszulę, buty, skarpetki i krawat. Słyszy się głosy, by położyć kres temu widowisku i zakopać Lenina w ziemi (podobno on sam chciał, by pochowano go obok jego matki na cmentarzu w Petersburgu). Skłaniał się ponoć ku temu sam Putin, ale oczywiście podniosły się też głosy ostrego sprzeciwu: „Jak ruszycie Lenina, to my zakopiemy was żywcem!” – krzyczą młode klony starych bolszewików (a więc nawet nie „po naszym trupie” a „po waszym”).
Wszystko wskazuje na to, że jest to również wyraz tęsknoty za reanimacją dawnego sowieckiego imperium.

Truchło Lenina jest więc nadal swego rodzaju komunistyczną relikwią, tyle że – w oczach ludzi świadomych zbrodni totalitaryzmu – relikwią szatańską. Zmumifikowany relikt kultu jednostki, który i tak, prędzej czy później, w proch się obróci… i popadnie w niepamięć, jak wszystkie nasze poronione utopie.

greydot

KALIFORNIA ZABIJA TOOKIEGO WILLIAMSA

Dzisiaj w nocy wykonano wyrok śmierci na Tookie Williamsie skazanym przed 24 laty za czterokrotne zabójstwo. Wszystko odbyło się wśród zmasowanych protestów tzw. “celebrytów” i rozpętanej na szeroką skalę akcji reklamowej mass-mediów.
Cale wydarzenie udramatycznił nawet sam Schwarzenegger, który niczym Deus ex machina miał ostatecznie zadecydować o życiu i śmierci nawróconego ponoć gangstera. W ostatnim niemal momencie ten były kulturysta, a obecny gubernator Kalifornii, zrezygnował z przysługującego mu prawa wstrzymania egzekucji i odrzucił prośbę Williamsa o ułaskawienie.
Dokładnie o północy wprowadzono skazanego do celi śmierci, gdzie przez pół godziny personel medyczny męczył się próbując znaleźć igłą żyłę w nadal muskularnym ramieniu skazańca, by wstrzyknąć weń zabójczą truciznę. W pomieszczeniu obok, za przeszklonymi oknami, przyglądało się temu kilkadziesiąt osób. Kiedy Williams przestał się ruszać, kilku jego czarnych przyjaciół podniosło do góry zaciśnięte pięści (gest ten, jak wiadomo, oznacza “black power”) i rozległy się krzyki: “Oto stan Kalifornia zabił jeszcze jednego niewinnego człowieka”). Ach, to nasze zamiłowanie do teatrum!
Wśród całego tego zgiełku ciągle miałem wrażenie, że osoba Williamsa jest na drugim planie, zaś tak naprawdę chodzi wszystkim o manifestacje własnego egotyzmu w przeróżnej postaci – i to zarówno ze strony tych miłosiernych zwolenników przebaczenia, jak i nieprzejednanych egzekutorów sprawiedliwości, chcących wyeliminować Williamsa z rejestru żywych.
Oczywiście bardziej irytowali mnie ci, podający się za obrońców sprawiedliwości mściciele, ale nie mogłem też zaakceptować tej jednostronnej i równie ślepej postaci miłosierdzia. Pierwsi razili często odpychającym brakiem serca i chłodem wiejącym z ich bezwzględnej kalkulacji, drudzy wydawali się być zamknięci w jakimś szklanym kloszu martyrologicznej retoryki.
Jedni widzieli Williamsa jako bestie, drudzy jako anioła.
Ja zaś dostrzegłem w nim jedno i drugie… a właściwie: coś pośredniego – człowieka.

greydot

To prawda – argumenty jakich użył Schwarzenegger uzasadniając swą odmowę udzielenia skazanemu łaski, wydają mi się dość bezduszne. Prawdę mówiąc spodziewałem się po nim czegoś głębszego. Również jego dobre samopoczucie było chyba nie na miejscu. Nie podejrzewam jednak, ze w podjęciu przez niego decyzji, odgrywały jakąkolwiek rolę względy polityczne. O taką monstrualność nie chcę go nawet podejrzewać! A może się jednak mylę?
A co do prawa decydowania o życiu i śmierci jakie przysługuje dziś gubernatorom i prezydentowi? Uważam je za jakiś feudalny relikt absolutyzmu władcy – przeżytek zamierzchłych epok niegodny żadnej społeczności mieniącej się demokratyczną. Jest to również w pewnym sensie podważanie autorytetu funkcjonującego w cywilizowanym państwie sądownictwa i jego niezawisłości. (Lecz z drugiej strony… dobrze, że coś takiego jest, bo to zawsze jeszcze jedna szansa więcej, by uratować ludzkie życie.)
I do czego to doszło?
Niegdysiejsze bożyszcze muskulatury dysponuje boską mocą szafowania ludzkim życiem i śmiercią – i to w pełnym majestacie prawa! Nomen omen – Terminator: jak to złowieszczo brzmi w tej sytuacji i okolicznościach.

greydot

Jak można chcieć – z własnej i nieprzymuszonej woli! – być obecnym przy uśmiercaniu drugiego człowieka? Czy tak daleko odeszliśmy od ciemnych wieków, kiedy zwoływano całą okoliczną gawiedź i tłuszczę na publiczne egzekucje?
Nieważne czy kieruje nami żądza zemsty czy rozrywki, poczucie sprawiedliwości czy zwykła ciekawość. Te pierwsze motywy są wstrętne, drugie zaś – niemożliwe według mnie do zaakceptowania. Jeśli już gdzieś prawo dopuszcza karę śmierci, to powinno się ją wykonywać w obecności tylko niezbędnych do tego od strony prawnej osób.
Wszystko ponadto – to spektakl.

greydot

Jestem przekonany, że ludzkość wzniesie się na jakiś wyższy poziom swego kulturowego i duchowego rozwoju dopiero wtedy, kiedy pozbędzie się chęci zabijania.
Czy kiedykolwiek będzie to możliwe? Na razie jednak wydaje się to nam jedynie utopią.

greydot

OBDZIERANIE ZE SKÓRY

„El Pais” przypomina sylwetkę Eda Geina, psychopatycznego mordercy, którego wyczyny były inspiracją zarówno dla „Psycho” Hitchcocka, jak i horrorów w rodzaju „Milczenia owiec” czy „Teksaskiej masakry piłą mechaniczną”.

Oto fragment artykułu:

„Dom tonął w ciemnościach – nie było światła elektrycznego. Szeryf poczuł, że coś dotknęło jego ramienia. Gdy się odwrócił i poświecił latarką, wpadł na szczątki ciała powieszonego na haku. Zwłoki były obdarte ze skóry i pozbawione wnętrzności. Szeryf na początku pomyślał, że to jeleń – zwierzę, na które tradycyjnie polowano w tym regionie. Po dokładniejszych oględzinach przekonał się, że ma przed sobą szczątki kobiety powieszonej do góry nogami. Miała nogi w rozkroku, w kształcie litery V. Od krocza przez cały tułów szło głębokie rozcięcie, przedłużające szparę między wargami sromowymi aż do szyi. Kobiecie odcięto głowę, usunięto genitalia i odbyt.
Na zebranie dowodów zbrodni Eda Geina policja musiała poświęcić całą noc i sporą część dnia. Funkcjonariusze szybko znaleźli liczne ludzkie szczątki: cztery nosy w skrzynce; dziewięć sromów osolonych i pomalowanych na srebrno; miskę na zupę zrobioną z połowy czaszki; dziewięć masek z kobiecych twarzy; tyle samo głów przymocowanych do ściany jak myśliwskie trofea; bransoletki, torebki, pochwy na noże, kosze na śmieci, abażury i siedzenia z ludzkiej skóry; cztery czaszki, które dekorowały wezgłowie łóżka; serce na patelni; dziesiątki ludzkich organów w lodówce; naszyjnik z warg; pasek z sutków; kamizelkę z pochew i piersi; kompletny strój uszyty z kobiecej skóry…”

Trudno się oprzeć wrażeniu, że ktokolwiek układał tę litanię okropieństw, w jakiś sposób napawał się jej przewrotną, wręcz perwersyjną „atrakcyjnością”, jaką stanowi niekiedy dla ludzi coś niebywale odrażającego. Granica okrucieństwa i obrzydliwości została tu jednak moim zdaniem przekroczona, a tym samym zbrodnia nabrała cech groteski. Groteska zaś jest często formą samoobrony naszej psychiki przed przerażającą nas rzeczywistością.

Nigdy nie przestanie nas jednak zadziwiać fakt ludzkiej skłonności do oddawania czci horrendum.
Dlaczego setki i tysiące kobiet lgnie do seryjnych morderców? Z jakich powodów przedmioty związane ze zbrodniarzami są pożądane przez kolekcjonerów i traktowane niczym jakieś satanistyczne relikwie?
Po wykryciu zbrodni Eda Geina, wielu ludzi płaciło za możliwość choćby dotknięcia furgonetki, którą woził on wykopane na cmentarzu zwłoki.

greydot

Skąd wyrasta nasza, bardziej lub mniej zakamuflowana, fascynacja złem, perwersją, okrucieństwem, makabrą?
Wskazanie na patologię niczego nie wyjaśnia. Skrajne przypadki jedynie bardziej nam to uświadamiają.

Źródeł, moim zdaniem, należy się doszukiwać w naszych zwierzęcych atawizmach – w trwającej setki tysięcy lat historii drapieżnika, który stopniowo narzucał sobie kulturowe ograniczenia, aż wreszcie mógł się nazwać człowiekiem…
Niestety, co jakiś czas dochodzi do incydentów (lub kataklizmów w rodzaju światowych wojen), które uświadamiają nam, że jest to określenie cokolwiek jeszcze na wyrost. Nasza żądza krwi i gwałtu tkwić może jeszcze w paleolicie.

Póki co – w tzw. normalnych warunkach, „spokojnych” czasach – żyjemy w gorsecie norm prawnych i cywilizacyjnych; zamknięci w ramach naszej tradycji i obyczaju. Jeśli więc ktoś jest na tyle odważny czy szalony by zerwać brutalnie te więzy, zwraca na siebie naszą uwagę niczym bestia uwolniona z klatki. Niektórzy reagują przerażeniem, inni zaś z fascynacją patrzą na to, do czego zdolne jest dzikie zwierzę. Są również tacy, którzy przeczuwają albo wręcz uzmysławiają sobie wówczas to, co drzemie w nich samych, zagrzebane gdzieś głęboko w mrokach podświadomości.

greydot

Jeśli chodzi o człowieka, to paradoks jego makabrycznych i perwersyjnych recydyw zdaje się wyrastać wprost z jego intelektualnych możliwości – mózg zbrodniarza jest takim samym zdumiewającym fenomenem, jak mózg świętego. Dlatego człowiek może w zbrodni dojść równie daleko, jak w świętości.

Pozbawione kultury zwierzę nie jest okrutne. Tym bardziej nie może być tak pomysłowe w zabijaniu innych żywych istot, jak pomysłowy bywa pod tym względem człowiek.
Stąd rodzi się jeszcze jeden zaskakujący wniosek: okrucieństwo nie może istnieć bez kultury.
Mało tego – wydaje się, że im bardziej wyrafinowana kultura, tym bardziej wyrafinowane okrucieństwo.

greydot

ATOMEM W WIELORYBA!

Sławomir Mrożek w swoim „Dzienniku powrotu” pisze: „ …cnotliwość, gdy natrętna – nudzi, a grzech kusi. Przekora, właściwa ludzkiej naturze, zwłaszcza ludziom młodym, buntuje się przeciw dyktaturze cnoty. Kiedy mi kładą w uszy: ‚Rób tylko to, ale nigdy tamto’, ‚Myśl tylko to, broń Boże inaczej’ – uszy mi od tego puchną i choćbym nie miał rzeczywistej do grzechu ochoty, kusi mnie, żeby pogrzeszyć, jeśli nie w uczynkach, to przynajmniej w myśli i mowie, czyli trochę pobluźnić. Zresztą grzechem w mowie ryzykuje się więcej niż grzechem w uczynkach, gdyż dla bigotów i hipokrytów jest to grzech najcięższy. Pogrzeszyć dla równowagi po prostu, dla zdrowia psychicznego, dla kontrapunktu (styl bez kontrapunktu jest zawsze złym stylem), rozproszenia nudy czy żeby poczuć się wolnym”.
Mrożek opowiada jeszcze o radości, jaką mu sprawił pewien bumper sticker, który nawinął się mu przed oczy akurat w okresie nasilonych protestów przeciwko zbrojeniom atomowym oraz kampanii na rzecz ochrony wielorybów.
Otóż wtedy, gdy na zderzakach pełno było nalepek w rodzaju „Ban the Nuke!” („Zabronić Atomu!”) czy „Save the Whales!” („Ratować Wieloryby!”), on trafił na banner, który wzywał: „Nuke the Whales!” („Atomem w Wieloryba!”). Na Mistrza – jak sam wyznaje – podziałało to odświeżająco, choć przecie lubi on wieloryby i nie chciałby ginąć w jądrowej katastrofie.

Kiedy zaś czuje się on „przekarmiony namaszczoną wzniosłością, łatwą łzą i poprawnością zbyt skwapliwą, mechanicznym aplauzem i gotowym jak z puszki oburzeniem zbyt świętym”, to wtedy ma ochotę „ … zostać rasistą, antysemitą i pogromcą Cyganów rumuńskich, skinem, punkiem, spalić Białowieżę i lasy tropikalne, uchwalić specjalny podatek od ubóstwa, zwłaszcza w Krajach Trzeciego Świata, pomyśleć coś brzydkiego o Matce Teresie i księżnej Dajanie, zrewidować (swój) stosunek do dyktatur i polubić faszyzm, a nawet zostać szowinistyczną męską świnią”.

Oczywiście nie podejrzewam Mrożka, aby rzeczywiście chciał się stać „rasistą, antysemitą, pogromcą i skinem” naprawdę i permanentnie. Jednak to, co pisze, uświadamia nam fakt odczuwania przez nas niekiedy silnej potrzeby oporu wobec wiszących nad naszą głową restrykcji, wyzwolenia się z pętających nas zakazów i nakazów. Wprawdzie czymś powszechnym jest ucieczka ludzi od wolności (konformizm, oportunizm, wygodnictwo, zastana religia, lenistwo…), to jednak pozostaje w nas owa anarchistyczna skłonność do buntu przeciw dyktaturze cnoty, poprawności, ogłady, sterylnego porządku, niepokalaności… Do tego rodzaju – często burzliwej – przekory, która często przejawia się u dzieci, czy też wśród młodzieży. Ten fenomen jest czymś niezwykle istotnym w tworzeniu naszej kultury, w kształtowaniu naszej osobowości. Dlaczego? O, to już temat na rozprawę całą!

greydot

Jakże razi mnie często brak poczucia humoru naszych polskich polityków. Owa nadęta sztywność i przejęcie się własną ważnością. Patos i zarozumialstwo. Wszelki żart na swój temat odbierają oni jak wołającą o pomstę do nieba, osobistą zniewagę. Bowiem nie są oni w stanie rozróżnić owych dwóch poziomów rzeczywistości: komizmu i powagi. Nie mogą pojąć, że każdy aspekt naszego świata ma swoją poważną i tragiczną, ale również błahą i komiczną stronę. Człowiek, aby zachować równowagę, potrzebuje doświadczenia obu.

greydot

W jednym z miasteczek Bedenii – Wirtembergii, na widok publiczny wystawiono płaskorzeźbę, ukazującą nagie figury Angeli Merkel oraz innych prominentnych niemieckich polityków, w pozach dość dwuznacznych.
Pisze o tym tygodnik „Wprost”, tak przedstawiając ów „seks grupowy z Angelą Merkel”: „Gerhard Schröder trzyma rękę na wzgórku łonowym swej następczyni. Kanclerz Angela Merkel dzierży w dłoni penisa byłego premiera Bawarii Stoibera. Z kolei Stoiber ugniata genitalia szefa liberałów Guida Westerwellego. A minister finansów Steinbrück ściska między nogami Schrödera i samego siebie”.
Burmistrz miasta, testując niemieckie poczucie humoru (raczej nie cieszące się w świecie dobrą sławą) nie daje za wygraną i nie chce usunąć rzeźby.

Można tu postawić kilka pytań:
–   Czy przekroczone zostały granice dobrego smaku?
–   Czy ukazanie w ten sposób polityków jest naruszeniem ich godności osobistej?
–   Jak daleko może sięgać satyra i wolność artystycznej wypowiedzi?
–   Na czym polega wartość podobnej twórczości?
–  Czy ustawianie wszystkiego w świetle tylko li groteski, zjadliwej ironii, satyry, szyderstwa czy absurdu nie koroduje w końcu uznanych przez ogół wartości i autorytetów, niezbędnych do zachowania w społeczeństwie pewnego ładu?

greydot

STORGE

Wiewiórka z drewna

Czesław Miłosz w “Ziemi Ulro” wspomina, że kiedy miał lat sześć, mamusia kupiła mu na rynku drewnianą wiewiórkę – tanią zabawkę, płaską, wycięta z dykty, pomalowaną na rudobrązowy kolor. Dalej wyjawia on, ze to właśnie dzięki niej zapoznał się po raz pierwszy z potęgą Erosa: “… zakochałem się i tak żarliwe było moje uczucie, ze teraz odnoszę się do niego z największą powagą i ani mi w głowie żartować tylko dlatego, ze skierowało się na śmieszny przedmiot”.
Miłosz jest jednak zdumiony (“Kochać się w drewnianej wiewiórce!”), lecz zaraz przyznaje, że przecież ta sama skłonność popychała go także ku innym miłościom: “A czy nie kochałem się później w ilustracji, w ptaku, w poecie, w słowach jednej linijki spiętych rytmem?”

Ten pozornie trywialny, dziecięcy impuls nie jest ani śmiesznością, ani tylko błądzeniem naszego rozproszonego i zdezorientowanego libido, czyli pożądania, które rwie nas ku przypadkowym obiektom. Jest koniecznością w naszej relacji ze światem. Dana jest nam Miłość (przez Greków nazywana Storge), niezbędna do zadomowienia się przez nas w tym świecie – do zarzucenia weń kotwicy, do naszego się w nim spełnienia. Wydaje się ona być wrodzona każdej żywej istocie. Różny z nią jednak robimy użytek.
Ile w tym dysponowaniu i kierowaniu ową Miłością zależy od nas samych? Chcielibyśmy wierzyć, że dużo, choć w życiu bywa różnie i niejednym z nas Storge poniewiera bezlitośnie, nieraz szyderczo i zgubnie.
Największą jednak tragedią jest jej roztrwonienie, rozwianie, odejście… Wówczas człowieka – mimo, iż nadal otoczony jest on światem – ogarnia pustka. A wtedy nawet cymbał nie jest brzmiący. Jak pisał Blaise Pascal w swoich “Myślach”: “Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw i rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłania się z głębi jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal i rozpacz”.

Błądzący Eros

Dziwne są niekiedy drogi, po których prowadzi nas Eros. Nasza Miłość błądzi wśród ludzi, błądzi też wśród rzeczy. Mnóstwo sercowych kombinacji, nieprzeliczalne możliwości, mnogość szans… Kiedy wreszcie już nam kogoś wybierze, za nic nie chcemy przyznać, że to sprawa przypadku. Częściej mówimy o przeznaczeniu. Kochamy się również w rzeczach lub w ideach. I to nie tylko wtedy, gdy pozbawieni jesteśmy (lub sami się pozbawiamy) towarzystwa ludzi. Są też tacy, którzy w miłość nie wierzą. Lecz raczej trudno jest im dać wiarę, bo przecież muszą coś w swoim życiu darzyć uczuciem, być może nawet namiętnością. Choćby: taką władzę czy pieniądze…
Trudno wyobrazić sobie człowieka zupełnie wypranego z uczuć. Życie nie znosi próżni, dusza nie może być pusta. Człowiek bez uczuć to martwy człowiek.

Na bezludnej wyspie i piłka człowiek

Tu ktoś może na ów tytuł się obruszyć, wiec objaśniam: Tom Hanks w filmie “Cast Away” jest współczesnym Robinsonem Crusoe. Wyrzucony w katastrofie lotniczej na małą wysepkę bezkresnego Pacyfiku, trzy lata spędza w samotności, której by nie zniósł, gdyby nie… futbolowa pika z wymalowaną na niej – krwią samego Hanksa! – włosami, oczami, nosem i ustami. Hanks swego towarzysza nazywa Wilsonem (Robinson miał Piętaszka) i przeżywa z nim dramaty, jak z żywym człowiekiem (ta jego rozpacz po stracie Wilsona, kiedy gotów jest dla niego poświecić swe życie!).
A jednak ani nam w głowie naigrywanie się z dziecinności rozbitka, bo przecież sami znamy to uczucie: Wilson uosabia pewien ludzki egzystencjalny mus – jest symbolem konieczności naszego związania się ze światem. Z kimś lub z czymś.
Kto ma styczność z dziećmi, ten wie, że często przywiązują się one bardzo – lub wręcz zakochują – w rzeczach, które dla innych są ledwie szmatką, koralikiem, kubkiem, zabawką… To coś na podobieństwo drewnianej wiewiórki Miłosza.
Nasza miłość do świata musi się na czymś skupić. Z wiekiem przenosimy ja na coś innego, choć z tej dziecinnej naiwności wiele w nas zostaje. Poświęcamy się wtedy tzw. “konikom”, hobby; kolekcjonujemy przeróżne rzeczy, tudzież piszemy bloga lub oddajemy się aktywności nie zawsze praktycznej i racjonalnie wytłumaczalnej.
A że często przypomina to ucieczkę?

greydot

MÓZG LEONARDA

Wieczór z Leonardem Cohenem. W kinie „Music Box” pokazują film dokumentalny „I’am Your Man”. Melancholia Cohena dojrzała. Nie jest już taka natarczywa, jak w większości jego starszych piosenek. W jego słowach panuje spokój, chandra zeszła gdzieś na obrzeża, jej miejsce zajął… humor. Dodajmy: humor specyficzny, cohenowski czyli taki, który wybucha Śmiechem nawet w obliczu nicości.

Cohen spokojny, dojrzały, rzec można – nobliwy. Czyżby to wpływ medytacji Zen, kilku lat spędzonych w klasztorze buddystów? Jego mistrz powitał go słowami: pamiętaj – ja nie jestem Japończykiem, ty nie jesteś Żydem. Za pierwszym razem Cohen z klasztoru uciekł, za drugim jednak został – i to na całe pięć lat. A kiedy już wyszedł na zewnątrz (nie musiał daleko iść, bo klasztor znajdował się w samym Los Angeles), nagrał przebojowy album „The New Songs”.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że cała jego koncepcja powstała jeszcze w klasztorze. Ciekawe czy jego mistrz o tym wiedział?

Leonard Cohen, podobnie jak Bob Dylan, był jednym z tych niewielu artystów, którzy do muzyki pop przemycili poezję. I zaistnieli w tej muzyce przede wszystkim jako poeci, a nie tylko jako śpiewające ikony pop-kultury, produkujące hity i ubiegające się o status gwiazdy. Choć i to ostatnie przydarzyło się im również.
Posłuchałem sobie dzisiaj tej poezji, a po filmie nawet poczytałem. Jej siłą jest prostota i nastrojowość, zaskakujące skojarzenia i obrazy, swego rodzaju liryczna precyzja.

Przy tej okazji zaświtało mi w głowie kilka pytań:
Czy można wpatrywać się w nicość z religijną pasją?
Czy można być wyznawcą wszystkich religii?
Cohen wydaje się mówić że można, ale czy zdaje sobie sprawę, że tym samym w każdej z nich uznany zostanie za niewiernego? (Z wyjątkiem może buddyzmu, który nigdy, nikogo i za nic nie piętnuje.) Pewnie tak, ale on o to nie dba. Sam mówi – a nie pozbawione to jest autoironii – że jego religijność jest kiczowata (podobnie zresztą, jak melodyjki, które układa). Jednakże jest to najwyraźniej przekora, bo tak naprawdę Cohen wszystkie swoje wątki traktuje z wielką powagą.

greydot

Leonard wziął kilkuletnią lekcję buddyzmu ale wrócił na łono zmysłowego świata obierając sobie za towarzyszkę o wiele od niego młodszą, utalentowaną i piękną Anjani Thomas, dla której napisał słowa wszystkich piosenek, jakie znalazły się na jej debiutanckiej płycie.
Nie jest wiec prawdą, że „Ladies’ Man” umarł. Otóż żyje, i ma się wcale dobrze.
Choć i tutaj mruży on melancholijnie oczy, śpiewając, jak np. w piosence „Because of” (tłumaczenie własne):

Dzięki kilku piosenkom
Gdzie mówię o ich tajemnicy
Kobiety są wyjątkowo uprzejme
dla mojego wieku
Robią sekretne miejsce
w swoim ruchliwym życiu
I zabierają mnie tam
Stają się nagie
każda na swój sposób
i mówią
„Spójrz na mnie, Leonardzie
Spójrz na mnie jeszcze ten ostatni raz”.
A później pochylają się nad moim łóżkiem
I okrywają mnie
Jak dziecko, które drży.

greydot

Życie Cohena zatoczyło krąg: jak sam wyznał, mając kilkanaście lat zaczął pisać poezję tylko dlatego, żeby „zainteresować kobiety swoim umysłem”.
Zainteresował je, zainteresował… Nie tylko mózgiem. Również melancholijnym spojrzeniem, męską posturą i niebywale zmysłowym głosem.

greydot

POLEMIKA O ŚWIRACH

Andrzej Poniedzielski w jednym ze swoich listów do Magdy Umer pisze o swoim CV naznaczonym wychowaniem w PRL-u, ale kończy dość zabawnym i przewrotnym wierszykiem odnoszącym się do rodzaju ludzkiego en-bloc:

„Każdy swego świra ma
Ale, że niektórzy – dwa, to,
pytanie mnie po nocy czasem budzi –
– czy przypadkiem nie jest tak,
że jest świrów więcej niźli ludzi(?)”

Dziś, przy śniadaniu, wpadł mi do głowy wierszyk, którym – w tym samym tonie – chciałbym Poniedzielskiemu odpowiedzieć:

Mnie zaś nęka to pytanie
(Czy odpowiedź znajdę na nie?)
Ono spędza mi sen z powiek:
Czy ów świr to także człowiek?

A na prozaicznej jawie
Odpowiadam sobie wprawnie
(Choć odpowiedź idzie w pięty):
Homo sapiens to… acz stuknięty!

I takową konkluzją polemikę tę można zamknąć.

greydot

*

AMOUR – PORNOGRAFIA UMIERANIA

o filmie Michaela Hanekego „Miłość”

jean louis trintignant emmanuelle riva amour miłość reż. Michael Haneke*

Mam problem z najnowszym filmem Michaela Hanekego, odczuwany z tym większą konsternacją, że jest on chyba najwyżej ocenianym filmem ubiegłego roku: Złota Palma w Cannes, Złoty Glob w Ameryce, nominacje do Oscara (to jest ewenement, bo „Amour” został tu nominowany w kategorii Best Picture podwójnie: zarówno tej głównej „amerykańskiej”, jak i obejmującej filmy nieanglojęzyczne). Na dodatek, wysokie noty krytyków dość zgodnie współbrzmią z aplauzem widowni. Ja niestety miałem inaczej: film mną nie poruszył i nie dostrzegłem w nim wystarczających przesłanek, by uznać go (w moim prywatnym panteonie kina) za film wielki.
I teraz muszę się zastanowić – dlaczego?
Bo przecież uważam Hanekego za jednego z najwybitniejszych reżyserów współczesnego kina; bo przecież tematem swoich filmów czyni on to, co i mnie zajmuje; bo pierwszy jego film obejrzany przed laty („Funny Games”) to był dla mnie totalny nokaut (nie pamiętam, żebym jakikolwiek inny film oglądał w takim permanentnym – nieznośnym, ale przykuwającym do ekranu – napięciu, jak to było właśnie w przypadku „Funny Games”).
Skąd więc ten zawód złamanych oczekiwań?
Tym bardziej jest to zastanawiające, że gra aktorska (Emmanuelle Rivy i Jeana-Louisa Trintignanta) jest tu bez mała genialna a reżyser wydaje się panować nad filmowym materiałem z niesłychaną precyzją; ponadto film w sposób niezwykle otwarty odwołuje się do jednego z najważniejszych dla nas wszystkich doświadczeń egzystencjalnych (mowa oczywiście o umieraniu i śmierci), no i estetyka obrazu plasuje go bez wątpienia w obszarach sztuki wysokiej…
A jednak, mimo tego wszystkiego wyczułem w tym filmie coś, co mnie powstrzymało… nie piszę tu nawet „przed zachwytem”, ale przed zwykłym docenieniem, nie tyle jego artystycznej wartości, co, rzekłbym, aksjologicznej wagi i intelektualnej nośności, którą można by rozpatrywać w szerszym kontekście kulturowym i humanistycznym.
Co to było?

Jeśli musiałbym to określić jednym słowem, to brzmiałoby ono: chłód. Zdaję sobie sprawę, że i to jest na przekór temu co chcą w tym obrazie widzieć jego admiratorzy, ale niestety zabrakło mi jednak w tym filmie zwykłego ludzkiego ciepła i empatii (co ciekawe, zauważyli to także apologeci filmu, tyle że nazwali to „brakiem sentymentalizmu” – określeniem bardziej dla nich akceptowalnym, bo nie brzmiącym tak pejoratywnie jak „brak ciepła”). Ale to nie tylko to.
Haneke jest niezwykle sprawnym reżyserem jeśli chodzi o przekazanie istniejącej w ludzkim świecie agresji, wrogości, deprawacji – podskórnej nienawiści, lodowatej psychotyczności, czającego się (za pozorami stabilności i spokoju) zła, czy wreszcie: wszechogarniającego poczucia zagrożenia – suspensu, którym wręcz torturuje widza, paraliżując go strachem i zmuszając do oczekiwania „najgorszego” – czegoś co przyniesie ból, cierpienie, utratę tego, co najważniejsze. Jest przy tym precyzyjny jak chirurgiczny skalpel i jak stal tego skalpela zimny. (I to wystarczyło, by zaliczyć go do mistrzów współczesnego kina.)

Można więc było nabrać pewnych podejrzeń i obaw, że kiedy weźmie się za „Miłość” (ta ostentacja tytułowa nie jest tu przypadkowa), a więc za uczucie, które przecież nie może być zupełnie wyzbyte sentymentu i czułości, to ten jego wykalkulowany sztafaż – owo zimne instrumentarium i specyficzny arsenał środków filmowego wyrazu – może się po prostu w nowym, innym pod względem uczuciowym i wrażeniowym emploi, nie sprawdzić. Ja takiego nastawienia nie miałem (wręcz przeciwnie – z ciekawością i pełen dobrej woli wyczekiwałem nowego filmu Hanekego, po którym spodziewałem się pogłębionej eksploracji czegoś, czego wcześniej w obrazach austriackiego reżysera nie było). Lecz niestety okazało się, że takie obawy nie byłyby czymś bezpodstawnym.
Cóż się więc stało? Napiszę wprost: mam wrażenie, że Hanekemu trudno jest uchwycić to, co w powszechnym odczuciu brane jest za ludzkie ciepło. A to, niestety, przekłada się według mnie na niemoc przekazu tego rodzaju uczuciowości i klimatu w tworzonych przez siebie filmach. To dlatego „Miłość” wydała mi się jednak być filmem nie o miłości, a o powolnym i bezlitosnym umieraniu, o rozpadzie ludzkiej osobowości, o degradacji nie tylko ciała, ale i psyche, o próbie zmierzenia się z tym ciężarem przez człowieka, który sam się starzeje i który przywiązany jest do odchodzącej w niewyobrażalnym cierpieniu bliskiej osoby. Zapewne w życiu pary głównych bohaterów filmów była miłość, ale w obliczu przeżywanego obecnie nieszczęścia, stała się ona przede wszystkim rozpaczą, która poprzez swoją przewlekłość i swoistą mechaniczność, nabrała cech jakiejś nieludzkiej rutyny. I to w filmie widać, słychać i czuć. I to właśnie udało się Hanekemu przekazać: przerażające spustoszenie ludzkiej duszy, bezsens cierpienia, horror czający się za drzwiami w życiu każdego człowieka. Tylko czy ma to cokolwiek wspólnego z Miłością, czy może raczej z tej miłości destrukcją? I czy tak winno się pokazywać Miłość? Czy właśnie to mamy sobie – skoro mowa o miłości – uświadomić? Według mnie, doszukiwanie się w tym wszystkim jakiejś wartości katarktycznej, (która przecież cechuje prawdziwie wielką sztukę ukazującą ludzką tragedię) miałoby w sobie coś z perwersji.

Wydaje mi się, że Haneke – wbrew temu, co wynikło z gremialnego zachwytu filmem i zbiorowej sugestii (bo czyż zwykle nie widzimy tego, co sami chcemy widzieć?) – wcale nie chciał nam pokazać Miłości. On chciał wygarnąć nam prosto w oczy swój strach, rzucić nam w twarz własne przerażenie światem i pozbawiony wszelkiej nadziei pesymizm. Brzmi to ostro i kategorycznie, ale czy ja to sobie wyssałem z palca? Bynajmniej. Posłuchajmy co o sobie – i właśnie o sposobie postrzegania przez siebie życia i świata – mówi sam Haneke: „Z przeczytanych książek i obejrzanych filmów jedyną rzeczą, która mi po nich zostaje w głowie, jest wspomnienie trwogi, przytłaczającego lęku, panicznego przerażenia światem, w którym żyję. (…) Kultura masowa robi wszystko, abyśmy o egzystencjalnym strachu zapomnieli. Należy się temu przeciwstawić. Z tego m.in. powodu stosuję estetykę szoku. (…) Po co kłamać? Strach jest naszą rzeczywistością. Człowiek nie potrafi się od niego uwolnić. (…) Żyjemy w społeczeństwie przemocy i aby zmusić ludzi do refleksji, kino musi to dosadnie pokazywać.” (Wypowiedzi Hanekego pochodzą z wywiadu jaki z reżyserem przeprowadził Jacek Żakowski i który opublikowała „Polityka” Nr 44/2012, podkreślenie moje).
Zastanówmy się teraz: czy – mając takie przekonania i poglądy, i tak jednostronnie postrzegając rzeczywistość – można wiarygodnie i kompetentnie ukazać najwspanialsze i najbardziej afirmatywne ludzkie uczucie, jakim jest Miłość? Wydaje mi się to wątpliwe. Haneke nie daje nikomu żadnej pociechy, bo sam tej pociechy – w obliczu pustego nieba – nie może znikąd czerpać. Można więc odnieść wrażenie, jakby tą swoją okrutną wizją i pesymizmem chciał zarazić innych ludzi. I być może czyni tak dlatego, gdyż jemu samemu przynosi to pewne wytchnienie. (Haneke: „Jestem przekonany, że konfrontacja z tym, co wytrąca z równowagi, przed czym chce się uciec, ma sens i swoją wagę. A nawet przynosi w końcu ulgę, bo uświadamia, że nie tylko my się boimy, cierpimy w samotności i przeżywamy coś wyjątkowo bolesnego. Dzięki temu rodzi się poczucie głębszej wspólnoty, solidarności w klęsce i wstydzie.” A ja chciałbym się zapytać: Jaki sens? Jaka waga? (Bo z jego filmu nie można tego jednak wyczytać) Dlaczego „w klęsce i wstydzie”? (Czy klęska i wstyd są w życiu człowieka konieczne i nieuniknione?) I czy wskazanie, że może to przynieść ulgę, nie jest czymś przewrotnym, trącącym nawet pewnym masochizmem? No i co to wszystko ma wspólnego z Miłością? Czy aby jednak nie jest tej Miłości zaprzeczeniem?
Jeśli więc film Hanekego obwieszcza się jako „być może najpiękniejszy film o miłości”, to ja śmiem w to wątpić. Mało tego: w decyzji Hanekego, by nazwać swój film „Amour”, zaczynam podejrzewać pewną perfidię, która – żerując bez skrupułów na naszym naturalnym odruchu przerażenia wobec niszczącej ludzkie ciało śmiertelnej choroby – chce upichcić jakiś artystowski placek, który udaje tylko, że jest bogaty w treść mogącą sycić ducha i zaspokajać nasz głód uczuć wyższego rzędu, a który tak naprawdę jest w środku pusty jak nadmuchany suflet. Nic dziwnego, że widzowie w kinie się tym dławią – w przekonaniu jednak, że dławią ich łzy rozczulenia nad Wielką Miłością, (którą dopiero śmierć może rozdzielić) – nieświadomi manipulacji, jakiej zostali przez ten film poddani.

Tak więc, ponownie chciałbym tu zaznaczyć: obraz Hanekego nie jest według mnie filmem o miłości. Bardziej niż jakikolwiek inny genre, przypomina mi on horror, w którym eksploatuje się nasz pierwotny lęk przed cierpieniem, rozkładem ciała i fizyczną zagładą. Z tym, że klasyczny horror zyskuje swój efekt katharsis poprzez kanalizację strachu za pomocą groteskowej przesady, natomiast Haneke, decydując się na realizm (czy też nawet naturalizm), staje się zbyt dosłowny. I niestety, tej dosłowności nie są nawet w stanie zniwelować zastosowane przez niego wstawki symboliczne czy też oniryczne.

Przecież kwestia naszej śmiertelności, podatności na chorobę, ból i czy cierpienie – to jest temat zawierający w sobie tak wielkie bogactwo i potencjał dla głębokiej artystycznej eksploracji, i to nawet wtedy, kiedy rezygnuje się z odwoływań do jakiejkolwiek metafizyki. Jednakże redukowanie tego do fizykalności (a miejscami wręcz do fizjologii) powoduje, że już nie eksplorujemy tego co duchowe i ludzkie, a eksploatujemy to, co czysto materialne, funkcjonalne, organiczne i w istocie swej nieludzkie. A gdzie kultura? Zwróćmy uwagę, że Haneke mówi nam w swoim filmie wyraźnie, iż wyrafinowanie, duchowość, sublimacja, sztuka… – wszystko to, co człowiek w całym życiu w sobie rozwija by dokonać transgresji i przezwyciężyć opór ordynarnej materii – w obliczu „zwierzęcego” cierpienia i definitywnego „końca” staje się zupełnie bezużyteczne, a my zostajemy jedynie „sam na sam” z tępym i bezsensownym bólem osuwania się w nicość. Według mnie jest to (niezbyt nawet zakamuflowany) nihilizm. Czy rzeczywiście w cierpieniu nie ma nic oprócz cierpienia, a w śmierci jest tylko zagłada? Tego tak naprawdę nie wiemy. Ale Haneke uważa, że wie. Wie – a raczej wydaje mu się, że wie – iż POZA nie ma już NIC. Jego film pozbawiony jest jakiejkolwiek tajemnicy, nie ma w nim żadnej furtki – żadnej nadziei na znalezienie jakiejś drogi wyjścia. I na dodatek wygląda to tak, jakby Haneke chciał nas tym swoim beznadziejnym przekonaniem zarazić.

Jest jeszcze sprawa „pornografii” tego obrazu i pewnego reżyserskiego w nim „bezwstydu”. Nie sądzę, abym używając tego słowa przesadził, bo reżyser wyraźnie kładzie emfazę na kliniczne przedstawienie procesu umierania ciała i jego rozkładu, przez co zaczyna to sprawiać wrażenie jakiejś mechanicznej rutyny, w której ból staje się zaledwie czymś funkcjonalnym, a w konsekwencji czymś „bezdusznym” i eliminującym wyższą uczuciowość. (W tym właśnie sensie film nabiera według mnie pewnych cech pornograficznych.) Ponadto, podejście Hanekego do swoich bohaterów wydaje mi się być nieetyczne. Zwróćmy uwagę, że robią oni wszystko, aby dramat i cierpienie, którego doświadczają pozostały tylko między nimi, czymś przeżywanym w prywatności czterech ścian własnego mieszkania. Innymi słowy: nie życzą sobie tego, aby stało się publicznym to, co w rzeczywistości jest dla nich czymś bardzo intymnym. To dlatego umierająca Anna wymusza na mężu przyrzeczenie, aby ten nie oddał jej do szpitala czy hospicjum. To dlatego – w bardzo wymownej scenie – gwałtownym ruchem odsuwa ona lustro, które podsuwa jej przed twarz opiekująca się nią kobieta. Lecz Haneke tego sam nie respektuje, wystawiając poniżenie i ból Anny na widok publiczny, robiąc z tego de facto widowisko. I jakby tego było mało, stosuje w tym wszystkim swoją „estetykę szoku”.
Na koniec muszę jeszcze raz podkreślić, że (abstrahując już o pewnej jałowości filozoficznej obrazu) najbardziej w tym filmie zabrakło mi czułości i ciepła – zwykłej ludzkiej empatii, którą wyparł kliniczny chłód reżyserskiej precyzji. A jak można ukazać prawdziwy obraz Miłości bez tego, co w tej miłości jest najbardziej istotne i najważniejsze?

greydot

PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?

 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

9.9/10

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

CZY S…SYN MOŻE NAPISAĆ „HYMN O MIŁOŚCI”?

czyli moja i telemacha KRÓTKA HISTORIA NIKCZEMNOŚCI

(rzecz poniekąd także i o Św. Pawle)

*

HYMN O MIŁOŚCI

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

i znał wszystkie tajemnice,

i posiadał wszelką wiedzę,

i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.

a miłości bym nie miał,

byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,

a ciało wystawił na spalenie,

lecz miłości bym nie miał,

nic bym nie zyskał.

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje

(…)

Znany nam wszystkim „Hymn o miłości” pojawił się kiedyś w komentarzach pod jednym z wpisów na moim poprzednim blogu. Zaraz potem pojawiły się tam intrygujące słowa telemacha:

TELEMACH: A zatem 13 rozdział pierwszego listu do Koryntian. Logosie to jest pole minowe, wierz mi. Ukłony.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, ja nie muszę Ci wierzyć, ja to wiem. Każdy z wersów tego listu może być przedmiotem krytycznej analizy, można te słowa przepuścić przez młynek różnej maści wyznawców – od strukturalistów po post-strukturalistów, od konstrukcjonistów po dekonstrukcjonistów – wszystkie te modernizmy tudzież różne kretyn-izmy…
Może pozostałem jakimś reliktem idealistycznej epoki – może ciągle kołacze się we mnie jakiś naiwny romantyzm – bo jednak słowa „Hymnu o miłości” nadal wydają mi się być czymś wspaniałym, a w przeszłości zdarzało się, że dostarczały mi wielkiego wzruszenia. Po prostu dotykają czegoś, co siedzi we mnie głęboko i wcale się tego – przy całej swojej małości, marności i niedoskonałości – nie wstydzę, ani też tego nie ukrywam.
Powiem Ci, że ja się wcale nie boję takich „pól minowych”. Bo niby co mogą mi zrobić? Wysadzić mnie z jakiegoś intelektualnego siodła? Zdradzić moją naiwność i sentymentralizm? Uświadomić mi, żem cymbał brzmiący? Że „Hymn o miłości” to nieosiągalny w naszym życiu idealizm? Ja o tym wszystkim wiem.

TELEMACH: „Hymn o miłości” przepiękny. Niepowtarzalny – i wszystkie „izmy” niewiele mają z tym wspólnego. Pole minowe znajduje się jednak gdzie indziej, wkraczamy na nie gdy konfrontujemy ten tekst z niektórymi szczegółami z życia jego twórcy. Theillard de Chardin powiedział kiedyś: „nieważne na co się patrzy, ważne skąd się patrzy”. Nad wyraz słusznie moim zdaniem. Myśl Theillarda można jednak rozszerzyć: nie ważne co zostało powiedziane, ważne kto to powiedział. I zaczyna się robić dziwnie. Dziękuję za inspirację, zajmę się tematem gdy się uporam z podatkami.

Parę dni minęło i oto czym dał nam znać o sobie znać telemach„Z podatkami się nie uporałem, ale tematem zająłem się mimo to. Wyszło z tego…” (i tutaj znalazł się link do jego wpisu pt. „HAGIOGRAFIA. ŚWIĘTY SZCZEPAN”, który w całości pozwolę sobie tutaj przytoczyć:

Święty Szczepan jest świętym wyjątkowym. Pierwszy męczennik Chrześcijaństwa zasługuje na naszą szczególną uwagę. Przypatrzmy mu się zatem bliżej bo warto. Myliłby się ten, kto by sądził, że nasz Szczepan – zwany dalej dla ułatwienia studiów porównawczych Stephanosem – zawdzięcza swą palmę męczeństwa i tytuł świętego nienawistnym poganom, którzy uwzięli się na zwolenników religii opartej na miłosierdziu i miłości bliźniego. Było zupełnie inaczej i z perspektywy czasu raczej śmiesznie.

Stephanos był nieomal rówieśnikiem Chrystusa, rok młodszy od Nazareńczyka, przeżył go jednak jedynie o lat kilka. Zadbała o to gmina braci w wierze. A było tak:

Po śmierci Jezusa, malutka gmina chrześcijańska postawiła sobie za punkt honoru, obok głoszenia sławy Pana, opiekę nad potrzebującymi ze szczególnym uwzględnieniem nędzarzy, chorych, wdów i sierot. Opieka polegała na wspomaganiu takowych dobrym słowem a także uczynkiem. Mówimy tutaj o dobrach materialnych, sprawa jest raczej jasna i nie ma powodu aby owijać ją w bawełnę. W krótkim czasie doprowadziło to niebywałego wzrostu popularności Chrześcijaństwa, szczególnie wśród chorych nędzarzy oraz obdarzonych licznym potomstwem wdów. Te akurat garnęły się do nowej religii że aż ho. Gmina, a szczególnie stojący na jej czele Apostołowie stanęli w obliczu sytuacji kryzysowej, której niełatwo było sprostać. Rysowała się groźba rozłamu: frakcja judeoaramejczyków posiadała zupełnie inne wyobrażenia na temat priorytetów i misji chrześcijaństwa niż judeogrecy. Istotą kontrowersji było czy Apostołowie powinni poświęcić się w pierwszej kolejności zagadnieniom krzewienia wiary czy też raczej praktykowaniu miłosierdzia. Rzesza potrzebujących skłaniała się ku drugiemu wariantowi, Apostołowie preferowali pierwszy. Istotne też było, komu należy się więcej miłosierdzia: wdowom oraz sierotom aramejskim, czy też raczej judeogreckim. Aby uniknąć rozłamu, zwołano walne zgromadzenie chrześcijan i wybrano z łona obu frakcji siedmiu diakonów, których zadaniem była troska o nędzarzy, wdowy i sieroty, Apostołowie mogli w końcu odetchnąć i zająć się chwaleniem Imienia Pańskiego. Jednym z diakonów był nasz Stephanos, jak imię wskazuje mąż o greckim rodowodzie, wybrany w celu reprezentowania judeogreckich wdów i sierot. Te bowiem czuły się dyskryminowane, twierdząc że datki i zapomogi płyną raczej w kierunku zupełnie niewłaściwym, czyli nędzarzy aramejskich.
To właśnie z grupy podopiecznych Stephanosa rozczarowanych niewystarczającą ich zdaniem opieką wypłynął donos do Synhedrynu jakoby nasz miły diakon miał powiedzieć, iż Chrystus miał jakoby z całą pewnością powiedzieć iż Świątynię Jerozolimską należy zburzyć. Coś takiego i jeszcze kilka innych ciekawostek w tym stylu mających doprowadzić Synhedryn do białej gorączki. Stephanosa wezwano przed oblicze i zadano mu jedno jedyne pytanie, a mianowicie, czy zarzuty mają odbicie w rzeczywistości. W odpowiedzi Stephanos zaczerpnął oddechu i wygłosił zawiłą mowę obrończą trwającą dwa dni z której nikt niczego nie zrozumiał. Byłaby to sprytna taktyka, gdyby jakieś licho nie pokusiło naszego diakona aby – gdy główne niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane – wznieść nagle oczy ku niebu i zawołać: „Widzę jak otwiera się niebo a syn człowieczy stoi po prawicy Pana!”. Każdy może mieć chwilę słabości. Synhedryn potrzebował kilku sekund na skazanie Stephanosa na zwyczajowe w takim przypadku ukamienowanie. Nadzór natychmiastowego wykonania powierzono młodemu, zaangażowanemu człowiekowi o imieniu Saulus, znany zapewne większości polskich czytelników pod pseudonimem Szaweł. Z obowiązku wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając. Nie wiemy czy trafił i czy jego rzut był rozstrzygający. Gdyby jednak tak było, to byłby to ciekawy przyczynek do historii chrześcijańskiej martyrologii. Saulus przeszedł do historii jako Święty Paweł, Ojciec Kościoła, ten od podróży misyjnych i listów. Zestawienie – wśród jego rozlicznych zasług – obok sławiącej potęgę miłości pieśni zawartej w „Liście do Koryntian” również celnych rzutów kamieniami, których wynikiem był pierwszy męczennik kościoła może wprawić i wprawia w zadumę.
W rozlicznych pismach Św. Pawła na próżno szukać wzmianki o onegdaj ukamienowanym przezeń Stefanosie. Pamięć bywa zawodna, szczególnie jeśli chodzi o błędy młodości.

Dlaczego Św. Szczepan został patronem bednarzy, woźniców, murarzy, tkaczy, krawców i cieśli pozostanie tajemnicą tych, którzy na ten pomysł wpadli. Skierowane do niego modlitwy pomagają jak ręką odjął w przypadku napadu szału, bólów głowy i ataków kamicy nerkowej.

(telemach)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu Drogi, przypominam sobie, jak kiedyś, w jednej z chicagowskich garkuchni, popijaliśmy sobie z Andrzejem Mleczko golonkę piwem. Na moje pytanie o źródło twórczych popędów, Mistrz odpowiedział: „A co mnie to obchodzi, czy ktoś napisał dobrą książkę ślęcząc w bibliotece, modląc się na klęczkach, czy też grzejąc wódę, balangując i pieprząc przy tym panienki – każdej nocy inną !?”
Wprawdzie niezbyt harmonijnie koresponduje ta odzywka z poetyką „Hymnu o miłości” Św. Pawła, to jednak porusza coś istotnego, jeśli chodzi o proces twórczy, czy też o wartościowanie dzieła artysty poprzez pryzmat moralnej oceny jego życia.
Telemachu, nie podzielam Twoich – wybacz, że tak to nazwę – insynuacji, które każą kwestionować moralną weryfikowalność słów Szawła, zważywszy na jego przeszłość. Dajesz mocny przykład w jego domniemanym uczestnictwie w ukamienowaniu Św. Szczepana. Chcę również zaznaczyć to, że nie jest do końca pewne, czy „Hymn” został napisany przez Św. Pawła (tudzież w takiej wersji, jaką znamy), ani też to, czy Szaweł rzeczywiście brał czynny udział w tym ukamienowaniu męczennika, (które zresztą było wykonaniem, zgodnego z ówczesnym prawem, wyroku Sanhedrynu… choć ponoć bez kontrasygnaty). Pewne jest natomiast to, że słowa „Hymnu i miłości” towarzyszą ludziom od blisko dwóch tysięcy lat, mocno na nich oddziaływając.
Jakie znaczenie może mieć przy tym to, kto jest ich rzeczywistym autorem, jakim był on człowiekiem, jaką miał przeszłość, w jakich okolicznościach je napisał?
Ważna jest moc tych słów – tu i teraz! Siła trafienia w ludzkie uczucia i serce.
Ponadto: jeśli już przyjmiemy że „Hymn” napisał Św. Paweł, i jeśli już zaczniemy brać pod uwagę jego przeszłość, to, moim zdaniem, słowa te nabierają w tym kontekście dodatkowej mocy i wiarygodności. Przecież nawrócenie Szawła w drodze do Damaszku można uznać niemalże za jeden z kamieni milowych Chrześcijaństwa, w tym samym nowożytnej cywilizacji Zachodu – symbolem moralnego wstrząsu, który prowadzi do ekspiacji; dowodem na ludzką zdolność do przemiany swojego życia, (a nawet i osobowości), odkupienie grzechów, wkroczenie na drogę cnoty… (celowo używam tych słów, które jednak w dalszym ciągu mają dla wielu ludzi wartość i nie wydają się im jeszcze śmieszne – tak jak, podejrzewam, śmieszne wydają się Tobie).
Koniec końców, przeszłość Św. Pawła jako człowieka złego (bo był prześladowcą pierwszych Chrześcijan) jest wszem i wobec znana, rzec można – ikoniczna. Tym bardziej cenione jest dobro, które później czynił – a jego listy mogą być wysłuchiwane z należną im uwagą i przejęciem.
Dzięki Bogu i poecie za lirykę i piękno „Hymnu o miłości”.

TELEMACH: Drogi Logosie, Twój interesujący nad wymiar komentarz zasługuje na równie staranną i rzetelną odpowiedź. A może nawet na nowy wpis. Bo temat odpowiedzialności za własną przeszłość i i granic prawa do swobodnej ekspiacji jest tematem fascynującym. Za słowo „insynuacje” nie obrażam się – użycie terminu może być uznane za zasadne jeśli przyjmiemy Twój tok rozumowania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, sam wszak napisałeś: „‘Hymn o miłości’ (jest) przepiękny, niepowtarzalny…” Czyli co… jeśli Św. Paweł okazałby się sukinsynem, to hymn ten przestałby być „przepiękny” i „niepowtarzalny”?
A z tego co wiemy, Św. Paweł sukinsynem raczej nie był… w każdym razie tak było po wstrząsie, jakiego doznał w drodze do Damaszku (był ponoć przez kilka dni nieprzytomny). Wtedy stał się innym człowiekiem. Należy przecież odróżnić jego zaangażowanie w prześladowanie Chrześcijan, (o której każdy wie i bez Twoich wywodów) od późniejszej działalności misjonarskiej, której się poświęcił, wędrując po wielu krajach basenu Morza Śródziemnego.
Nieszczęsne ukamienowanie Św. Szczepana dzieli od napisania listów do Koryntian 20 lat. W tym czasie Św. Paweł był człowiekiem, który niósł innym dobre słowo, radę, pociechę, ukojenie… Tym sposobem Paweł odpokutował za grzechy Szawła, i im zadośćuczynił… choćby przepięknym i niepowtarzalnym „Hymnem o miłości”. Pisanie że: „z obowiązku (nadzoru ukamienowania) wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając” jest po prostu pomówieniem, bo przecież nie znamy tak naprawdę przebiegu tego zdarzenia.
Co więc zyskujemy dyskredytując moralną kompetencję Św. Pawła przy pisaniu „Hymnu o miłości”?
Usprawiedliwienie naszego sarkazmu?

TELEMACH: Logosie, myślę sobie że to wszystko nie jest takie proste jak by się z pozoru wydawało. Sądzę również, że o wiele nam do siebie bliżej niż przypuszczasz. Tekst ma w istocie – jak zauważyłeś – charakter lekko prowokacyjny. I nie chodziło mi w nim ani o moralny osąd czynu Szawła/Pawła, ani o podważenie niezaprzeczalnego piękna „Hymnu o miłości”. Rozumiem ten tekst raczej jako zaproszenie do refleksji nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.
Pomijam już monthypytonowskie niemalże losy gminy chrześcijańskiej w pierwszych dziesięcioleciach jej istnienia – jeśli chcemy być uczciwi to musimy przyznać, że nie wiemy nawet czy Dzieje Apostolskie (w tym przypisywany Św. Łukaszowi fragment D. App. 8.1-9, w którym poczytać możemy o udziale Szawła w egzekucji Szczepana) nie zostały w znacznym stopniu zełgane w II wieku n.e. Również pisma Pawła – w tym list do Koryncjan – mogły powstać już po jego śmierci i zostać mu wraz z budującą historią o cudownym nawróceniu najzwyklej przypisane przez nadgorliwego skrybę łgającego ku chwale Pańskiej. Dla mnie to wszystko nie jest aż tak ważne. Dla mnie istotny jest archetyp sytuacji, w której ten sam człowiek, z takim samym zapałem i niezachwianym przekonaniem czyni to, co on sam uważa za dobro, a co okazuje się być w zależności od punktu widzenia i historycznej perspektywy albo problematyczne albo najzwyczajniej złe. Chodzi mi o typ człowieka pozbawionego dobrodziejstwa wątpliwości, gotowego poświęcać dla wartości uważanych przez siebie za wyższe, to co jego zdaniem poświęcone być może i nie cofającego się nawet przed udziałem w mordzie.
Mam z tym poważny kłopot. Z jednej strony widzę w naszym kraju nagonkę na ludzi, którym niezależnie od oceny ich dzieła i dalszego życiorysu, zapalczywi katoliccy talibowie nie są gotowi wybaczyć najmniejszego grzechu młodości. Nawet gdy wynikał on z nieświadomości, niedojrzałości, braku alternatyw lub błędnej oceny sytuacji. Michnik, Bauman, Szymborska, Miłosz, Szczypiorski, Woroszylski. You name it…
Z drugiej strony zastanawiam się, czy gdyby Eichmann stanął po wojnie na czele założonej przez siebie Amnesty International to czy gotów byłbym przyznać mu prawo do ekspiacji, czy gdyby Beria założył Ligę Humanistyczną to gotów byłbym mierzyć go tą samą miarą jaką zwykliśmy przykładać do Św. Pawła, aktywnego uczestnika odrażającego mordu na lekko obłąkanym bliźnim mającym „widzenie”.
Logosie, ja nie znam odpowiedzi na te pytania, ale jak być może zauważyłeś, nie roszczę sobie pretensji do formułowania jednoznacznych i słusznych odpowiedzi i szermowania ocenami. Wystarczy mi, że zastanowię się wraz z innymi, czy niektóre pytania nie powinny być trochę inaczej sformułowane. Stąd też tytuł tego bloga.
A wracając do Św. Pawła to ja boję się najzwyczajniej w świecie ludzi przekonanych bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów. Najzwyczajniej się ich obawiam. Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka. Ktoś potem w imię wyznawanych przez niego dogmatów palił żywcem Katarów i Albigensów, ktoś uruchomił Inkwizycję, ktoś inny napisał z jego imieniem na ustach „Młot na czarownice”. I szczerze powiedziawszy mam takie dziwne przeczucie że Paweł – gdyby żył dajmy na to w Rewolucyjnej Rosji to nawróciłby się ponownie na neandertalski ateizm i propagowałby wieszanie popów i palenie cerkwi. W imię nowej religii której oddałby się z takim samym przekonaniem jak tym poprzednim.
To wszystko mi się nasuwa i kojarzy gdy widzę gdzieś zachwyt nad „Hymnem o Miłości”. Którym też się zachwycałem i nadal zachwycam.
A z Andrzejem Mleczko się zasadniczo zgadzam. Do momentu gdy przypomnę sobie że Pol Pot w młodości pisywał podobno całkiem piękne wiersze.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, Twój komentarz jest niezwykle interesujący ale uwalniający taką kaskadę wątków i tematów, że nie sposób odnieść się do tego wyczerpująco w kilku zdaniach. Zabrzmiało to dość osobiście – niczym coś w rodzaju Twojego credo (może raczej dis-credo). Widzę tu pole do szeroko zakrojonej dyskusji… Może w końcu udałoby się nam wyeliminować parę zbędnych pytań na zadane odpowiedzi?

*  *  *

Tak sobie teraz czytam (ponownie) tę rozmowę i zastanawiam się, gdzie też leży pies pogrzebany w tych moich polemikach (nieporozumieniach?) z Telemachem, (które sobie na swój sposób cenię, a dowodem na to jest choćby ten wpis). No cóż, dochodzę do wniosku, że ma to wiele wspólnego… nie tyle z intelektem, co z tym, co anglojęzyczni nazywają guts – z pewnym rodzajem wewnętrznego przeczucia, intuicji, piętna charakteru… co dopiero później wspierane jest racjonalną (jak by się mogło wydawać), intelektualną argumentacją. Dyskusja z mizantropem jest jednak trudna.
Oto Telemach czyta mój wpis, gdzie przywołuję piękno i wielkość „Hymnu o miłości” Św. Pawła i naraz zapala mu się światełko: „Wierz mi Logosie, to jest pole minowe”, by zaraz potem wysmażyć wielce stylizowany (i mocno zabarwiony jednak tak charakterystycznym dla siebie sarkazmem) tekst o „monthypytonowskich losach” pierwszych chrześcijańskich gmin, tudzież o tym, że jednak Paweł to był kawał sukinsyna, i takim właściwie do końca pozostał (a durni i naiwni ludzie uznali go za „świętego” i się podniecają tym, co on w swoim zakłamaniu i fałszywości wyskrobał).
Co ciekawe, później Telemach pisze, że on wcale tego nie chciał, i że tak naprawdę to chodziło mu o refleksję „nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.”
Jeśli tak, to uważam że nawiązanie w tym kontekście do Św. Pawła (i podanie go jako exemplum) jest nad wyraz chybione. A tym bardzie chybione (być może nawet skandaliczne) jest zestawienie Św. Pawła z takimi figurami jak Pol Pot, Beria czy Eichmann…

Telemach jakby ignorował moje przypomnienie, że przecież tak naprawdę to niewiele wiemy o tym, jaki był udział Szawła w ukamienowaniu Szczepana, ani też nawet nie jesteśmy pewni tego, że autorem „Hymnu” jest Św. Paweł, a tym bardziej nie mamy zielonego pojęcia, jakim tak naprawdę był on człowiekiem… etc.
Zamiast tego (w ostatnim komentarzu) powtarza z uporem człowieka, który jednak (na to wygląda) jest „przekonany bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów” i raczy nas taką oto filipiką:
„Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka.”
Czyli wracamy do punktu wyjścia (jakby żadnej dyskusji nie było).

A ja się mogę zapytać: czy to, co zrobił tu Telemach nie jest właśnie „paradoksalnym pomieszaniem losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen”, czyli jego własnym przyczynkiem do pogłębienia zjawiska, nad którym tak on boleje?

*  *  *

Św. Anna (fresk z Faras, VIII w.)

*

CON AMORE

*

Antonio Canova, „Amor i Psyche”, Luwr, Paryż (zdjęcie własne)

*

Miłość.
Najpiękniejsze a zarazem najbardziej strywializowane ludzkie uczcie.

Napisano o niej wszystko, do cna zbanalizowano, przenicowano na wszelkie możliwe sposoby. Dlatego tak ostrożnie podchodzimy czasem do tego, by wyrazić się o niej wprost.
Nie obawiają się tego jedynie ci, którzy właśnie są zakochani – ci, którzy w tej danej chwili (tu i teraz) oddychają miłością… Im niepotrzebne są słowa. A jeśli już nawet wyrażają swą miłość, to wystarczają im te słowa najprostsze lub milczenie, czasem tylko gest lub czułe spojrzenie.

*

Każdy zdrowy i normalny człowiek pragnie miłości, bo tylko w relacji z drugim człowieku może się spełnić – jedynie w drugiej podobnej mu istocie może się odbić jego człowieczeństwo, niczym w lustrze, w którym przeglądamy się samym sobie i innym, gdzie szukamy sensu, gdzie przypatrujemy się wszelkim fenomenom życia.

*

Nasz głód miłości jest wielki, więc często mylimy z nią seks lub pożądanie.
Choć samo pożądanie nie jest jeszcze miłością, to zawiera w sobie jej ziarno, obietnicę, nadzieję… Wydaje nam się nie tylko przyprawą, ale i samą treścią, jaką wypełniamy naszą chwilę zespolenia ze światem – ów moment spełnienia, który odczuwamy jako afirmację istnienia.

*

Miłość może się obejść bez rozumu, tym bardziej bez tego rozumu może się obejść seks i pożądanie, dlatego tak irracjonalne wydają się nam często zachowania kochanków i tych, którzy do siebie lgną, by zaznać choć tej chwili rozkosznego spazmu. 

Rozsądek jest końcem wszelkiego nastroju, a przecież tylko on (nastrój) może ocieplić naszą egzystencję, uczynić ją bardziej znośną, uduchowioną – ubrać, udekorować tę scenę zimnego i obojętnego świata, na której rozgrywają się drama naszego życia.

*  *  *

Do napisania powyższych słów sprowokowała mnie pewna wiadomość, o której zresztą wspomniałem w jednym z komentarzy do tekstu o bachanaliach. Otóż przeprowadzono ostatnio badania, które wykazały, że częstotliwość doznawania przez kobiety orgazmu jest wprost proporcjonalna do stanu konta jej partnera, czyli do grubości … jego portfela; innymi słowy: zależy od posiadanego przez niego bogactwa.
W pierwszej chwili uległem pozornej oczywistości tej rewelacji,  lecz zaraz potem zdobyłem się jednak na spojrzenie krytyczne. Jest to bowiem nic innego, jak kolejna sensacyjka, która pod płaszczem naukowości stara się nas epatować zbyt daleko idącą i upraszczającą wszystko (by nie napisać – prostacką) konkluzją. Jeśli już nawet przyjmiemy kulturowo-biologiczną przesłankę tych wniosków o kobiecym pożądliwym wpatrzeniu się w pieniądze swojego kochanka, które stymulują jej orgazm, to musimy zauważyć, że pomylono tutaj skutek z przyczyną.

Oczywiście nie same pieniądze doprowadzają kobiety do erotycznej ekstazy, a posiadający je partner. Ta proste spostrzeżenie prowadzi do dalszego oczywistego wniosku, że jednak materialne bogactwo nie ma tutaj żadnego znaczenia, znaczenie natomiast ma sam mężczyzna, który właśnie dzięki cechom doprowadzającym kobietę do orgazmu, zdobył również pieniądze.
Koniec końców, ów mężczyzna upoiłby erotycznie kobietę, nawet gdyby był biedny jak mysz kościelna, a stan jego konta wynosiłby zero (bo np. nie przejawia on szczególnych skłonności do gromadzenia dóbr materialnych – a jego siła życiowa skierowana jest gdzie indziej).
Okazuje się, że coś wręcz trywialnie oczywistego jest ignorowane przez jakieś pseudo-naukowe doniesienia, których jedynym celem jest epatowanie medialnym sensacjonizmem.

*  *  *
Redukcja miłości – a nawet samego pożądania – tylko do biologicznych przesłanek, jest zbytnim uproszczeniem, odzierającym człowieka z tego, co jest dla niego najbardziej cenne – a mianowicie z jego kultury. Gdyż kultura ta jest nie tylko jakimś ubocznym produktem ślepej ewolucji, a czymś, co tworzy w świecie materii ożywionej odrębną, swoistą, wyższą i wyjątkową jakość.
Ponadto – i wydaje mi się to niezwykle istotne – w procesie rozwoju ludzkiej cywilizacji, doszło do czegoś w rodzaju kosmogoniczego sprzężenia zwrotnego: nasza kultura jest już w stanie wpływać na siły, które ją – za pośrednictwem człowieka – urzeczywistniły (wliczając w to siły kierujące ewolucją).

To wygląda tak, jakby kreacjonizm (jakkolwiek nazwiemy siły progresywne, kreatywne Wszechświata) włączył swój dodatkowy program.
Stworzenie może już dotknąć boskości, dzięki której powstało: kropla powraca do swojego Oceanu.
Może to jest właśnie ten poszukiwany przez nas sens…
Cel, którym zamyka się koło bytu?

*  *  *
Prawdziwa ludzka miłość nie szuka swych przyczyn w wirujących atomach, skręcających się łańcuchach cząsteczek, w chemicznych kwasach i zasadach…
Dla człowieka zakochanego wystarczającą afirmacją jego uczucia jest poczucie samej miłości – jednej z niewielu metafizyk, której jest wówczas pewny.

*  *  *