RODODENDRON, WINO I CYTRYNY (Henri Fantin-Latour, „Un Coin de Table”)

*

Henri Fantin-Latour, „Martwa natura: róg stołu”

*

Czas na pewne zmiany programowe. Aby rozluźnić nieco tematyczną atmosferę bloga, tudzież dać odpocząć co poniektórym czytelnikom od sążnistych elaboratów jakich na mojej stronie nie brakuje, chciałbym tu częściej nawiązywać do dwóch zwłaszcza tematów, które są mi bliskie, a które stosunkowo rzadko pojawiają się na łamach Wizji. Chodzi o muzykę (jaka towarzyszy mi w życiu od zawsze) oraz o malarstwo, (którym interesuję się też już od dawna). Tym, którzy w tym miejscu mogą się zżymać, posądzając mnie przy tym o coś nieskromnego, odpowiadam: reakcja to zupełnie niepotrzebna i raczej nietrafiona. Robię to bowiem dla czystej przyjemności zajmowania się tym, co lubię… a jeśli sprawię tym przyjemność innym – to tym lepiej.
Zacznę dziś od skromnego raczej obrazu XIX-wiecznego malarza francuskiego Fantin-Latoura, niezbyt może znanego, ale który wdzięcznością swoich malunków zwrócił moją uwagę już wiele lat temu. Chodzi konkretnie o jego obraz „Martwa natura: róg stołu”, który nota bene znajduje się w kolekcji chicagowskiego Instytutu Sztuki. Dwa lata temu miałem okazję obejrzeć w Muzeum d’Orsay w Paryżu znane wielkoformatowe dzieło Fantin-Latoura „Przy stole” (1872), ciekawe nie tyle ze względu na swoje walory malarskie, co anegdotyczne: malarz bowiem utrwalił na nim kilku przedstawicieli ówczesnego paryskiego światka artystycznego. Wśród nich uwagę zwracają szczególnie dwaj poeci, których sława dotrwała do dzisiejszych czasów: Paul Verlaine i Arthur Rimbaud. Obraz, który jest w Chicago, powstał rok później. Przedstawia ten sam stół, a nawet te same rekwizyty, tyle że nie ma już przy nim żadnych artystów. Ale pozostało coś innego… kto wie, czy nie bardziej pięknego? ;)

greydot

Wszyscy poznikali jak duchy: wśród nich Rimbaud i Verlaine, którzy siedzieli u krańca stołu (Verlaine ujmujący lampkę z winem, Rimbaud podpierający wdzięcznie podbródek ręką), cała ta paryska bohema, której Fantin-Latour nakazał rok wcześniej zastygnąć w bardziej lub mniej sztucznych pozach. Zostały tylko przedmioty – świat ogołocony z ludzkich istot: ciemna draperia ścian, jasny materiał obrusa; na pierwszym planie kwitnąca roślina, na stole poustawiane skrupulatnie naczynia (zupełnie puste lub wypełnione częściowo płynem), misa z owocami, szklana salaterka, kawałki pomarańczy (?) i jabłko. Rzeczy wyodrębnione ręką malarza z chaosu i ustawione w porządku, rzeczy domagające się naszej uwagi – i wcale nie takie martwe, jak uparł się ten, co nazwał takie ich zgromadzenie „martwą naturą” (bo żyje nie tylko różanecznik wdzięcząc się do nas blado-różową karnacją, ale i porcelanowo-srebrno-szklana materia, wysyłając ku nam ożywczy strumień świetlnych refleksów.) Bardziej adekwatna jest na pewno nazwa angielska: still life – „życie znieruchomiałe”, uchwycone i zatrzymane w malarskiej „stop-klatce”, w pewnym sensie unieśmiertelnione.

“Un Coin de Table” (fragm.)

Fantin-Latour upodobał sobie zwłaszcza kwiaty. I choć przez to nie dorobił się wśród malarzy i krytyków sztuki należnego mu szacunku, (co starał się nadrobić całkiem przyzwoitymi litografiami ilustrującymi muzykę i portretami) to zwrócił uwagę wielu innych admiratorów, dla których kwiat mimo swej (pozornej) banalności i powszechności, jest wręcz esencjonalnym przejawem naturalnego piękna. Zwrócił też uwagę moją – polubiłem obrazy Fantin-Latoura od pierwszego spojrzenia. (Nie jest chyba hańbą dla mężczyzny przyznać się do tego, że miłuje kwiaty?) Choć spodobały mi się te obrazki nie tyle z racji swego kwiecistego tematu, co ze sposobu, w jaki jego piękno oddał na tych płótnach sam Fantin-Latour: stonowane i zgaszone barwy (dominuje „zgniła”, ale przecież nadal żywa zieleń z subtelnym dotknięciem różu – całość raczej pozbawiona jest większych kolorystycznych szaleństw); bardzo zgrabne kompozycje bukietów wyłaniających się zwykle z mroków ciemnego tła, skutecznie podkreślającego ich barwne niuanse i florystyczne kształty.

„Róg stołu” to odważna kompozycja: niemal połowę całej powierzchni płótna wypełnia nieprzenikniona prawie ciemność, jedną trzecią zaś – biała, choć wibrująca jednak światłem, plama stołowego obrusu. Dalej: asymetryczne, choć rzędowe i jednoplanowe ustawienie naczyń i owoców, no i wreszcie – last but not the least – sam różanecznik (czy też rododendron), będący chyba głównym bohaterem całego zjawiska, które bez wątpienia nazwać można ucztą dla oka. Gdyż Fantin-Latour karmi nas (dosłownie) jak z ręki swoim niesłychanym wyczuciem malarskiej materii. Przy czym – wbrew pozorom i obiegowym opiniom, które w malarstwie tzw. „realistycznym” widzą tylko fotograficzne odbicie rzeczywistości – jego pędzel wcale nie powiela widzialnego świata, nie „ściąga” „gotowców” z natury, nie kopiuje bezmyślnie naturalnych zjawisk, faktur, kolorów i kształtów… On je na pustym płótnie obrazu stwarza na nowo – mocą iluzji wyczarowywanej przez mistrzostwo swojego doskonałego warsztatu.

Fantin-Latour malował przede wszystkim kwiaty, bo to najlepiej malować umiał. Poparcie Jamesa Whistlera zapewniło mu wzięcie w Anglii, co pozwoliło mu się z tych kwiatów utrzymywać. A było to dla niego dość istotne, bowiem w tym samym czasie Francja pozostawała wobec nich raczej obojętna. Rewolucji dokonywali tam wtedy impresjoniści, a Fantin-Latour, przywiązany do starej, tradycyjnej techniki malarskiej (szkolił się m. in. w pracowni Delacroix) wpisywał się (czy też wmalowywał) w kanon malarstwa akademickiego – mimo, że w kręgu jego znajomych byli malarze już mniej wobec konserwatystów pokorni: Edgar Degas, Édouard Manet, Gustave Courbet… Jednakże, nawet jak na gust i preferencje Akademików, Fantin-Latour wykazywał się pewnymi ograniczeniami, co nie przyniosło mu wśród nich większego uznania. Ale to chyba prawda, że jego obrazowanie (grupowe) ludzi przedstawiało jednak wiele do życzenia, było zbyt sztywne i wystudiowane, nie miało w sobie większego rozmachu, naśladowało zbyt dosłownie starych mistrzów. Może właśnie dlatego „martwy” „Róg stołu” lepszy jest jednak od „zaludnionego” „Przy stole”?
W malowaniu kwiatów artysta osiągnął perfekcję, choć przecież na omawianym tu obrazie mistrzowsko namalowane są także inne rzeczy, dzięki czemu całość bez wątpienia uznać można za gatunkowe arcydzieło – za jedną z najlepszych „martwych natur” XIX wieku.

Bardzo lubię ten obraz, mimo tej jego wykalkulowanej, estetycznej „porządności”. Bo czuć w nim jednak swobodę i pewność ręki malarza, jego uwielbienie dla pewnej subtelności tonów rzeczy żywych i martwych, wielkie wyczucie ich prawdziwej faktury… Dzięki temu wszystkiemu „Róg stołu” jest niczym objawienie najlepszej ze stron Natury – jej piękna, i to nie tylko tego, które zaklęte jest w kwiatach.

greydot

PS. Kolekcję kwiatów Fantin-Latoura zebranych specjalnie na tę okazję, obejrzeć można TUTAJ.

*