WSZYSTKO ZA… JEDNĄ NOC Z MARILYN

„MÓJ TYDZIEŃ Z MARILYN” – na ekranach kin

*

Marilyn Monroe

Nic na to nie poradzę, ale pierwszym głębszym (?) wrażeniem jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z Marilyn Monroe, był widok jej biustu w pamiętnej scenie na jachcie (z Tony’m Curtisem) w „Pół żartem, pół serio”. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać to, że miałem wówczas kilkanaście lat i po nocach śniły mi się moje panie nauczycielki – w sytuacjach bardziej uwzględniających ich ciała i aparycje, niż mądrość i wiedzę.
Ale nawet teraz, kiedy już człowiekowi jest łatwiej (?) utrzymać swoje żądze w ryzach, wybierałem się do kina raczej nie po to, by intelektualnie (i chłodnym okiem) ogarnąć (i przerobić sobie ponownie) kulturowy fenomen bogini seksu, ale by bardziej zmysłowo poczuć ów nieprzemożny kobiecy sex-appeal, który był istotą pozycji Marilyn Monroe w masowej wyobraźni całego zachodniego świata, opanowanego wówczas przez hollywoodzką mitologię ekranowych bożyszczy i przesiąkniętego uwielbieniem dla gwiazd kina.
I z niemałą satysfakcją mogę napisać, że mimo mojego podesz… co ja piszę!?… dojrzałego wieku męskiego, udało mi się tej sztuki dokonać, głównie dzięki przejmująco erotycznemu wystąpieniu Michelle Williams, która weszła w skórę Marilyn niemalże organicznie i bez żadnej rezerwy, promieniując takim czarem, jaki zdolna jest roztoczyć wokół tylko kobieta będąca wcieleniem czystego seksu. Ech!

Ale „Mój tydzień z Marilyn” to nie tylko erotyzm. To przypomnienie niezwykłej kobiety, jednej z najbardziej rozpoznawalnych ikon kultury masowej XX wieku, która była bez wątpienia postacią tragiczną a przy tym niezwykle skomplikowaną i (poprzez swój tragizm właśnie) obnażającą bezwzględne mechanizmy i konsekwencje kreowania pop-kulturowych mitów w dobie niepohamowanej, hedonistycznej konsumpcji dóbr, jakie na masową skalę obiecywała społeczeństwom współczesna cywilizacja Zachodu.
Co ciekawe, film nie zajmuje się najbardziej znanymi wydarzeniami z życia Marilyn Monroe – jak np. romans z wielką amerykańską polityką (obaj bracia Kennedy), małżeństwo z jajogłowym Arthurem Millerem, czy osiłkowatym Joe DiMaggio, tudzież niewyjaśnione do końca okoliczności jej śmierci – ale pokazuje ją w czasie kilkudniowego kręcenia w Anglii dość pośledniego filmiku z Sir. Laurence Olivierem („Książę i aktoreczka”), kiedy to ponoć wdała się w (nietrwały wprawdzie jak jednodniowa łątka) romans z… trzecim asystentem filmu, Colinem Clarkiem. Nikt by o tym chyba nie pamiętał, gdyby nie sam Clark. Otóż – nota bene 10 lat później! – wystrugał z tego aż dwa (sic!) memuary, które następnie stały się bestsellerami.

„Mój tydzień z Marilyn” to solidna brytyjska produkcja (mimo, że jest to zarazem wielko-ekranowy debiut Simona Curtisa), ale nie pretendująca raczej do miana wielkiego kina. Natomiast tym, co może jej zapewnić miejsce w panteonie najbardziej godnych zapamiętania filmów roku, to właśnie kreacja Michelle Williams, która być może przyniesie jej Oscara. (Niby drobiazg, a cieszy.)
Sama aktorka przyznaje, iż czuje jakby się urodziła do odegrania tej roli – a postać Marilyn zajmowała ją od dawna. Być może dlatego łatwiej jej było oddać wszystkie te niuanse skomplikowanej (by nie napisać – niezrównoważonej) osobowości Normy Jeane: od kruchej i delikatnej, podatnej na zranienia neurotyczki po świadomą swej mocy nad masową wyobraźnią sex-bomby i pierwszej wielkości gwiazdy kina.

Uosobienie kobiecości (Michelle Williams jako Marilyn Monroe)

To nieważne, czy Clark swoją znajomość z Marilyn przekoloryzował (a wszystko wskazuje, że tak). Ważne, że zdołał nastrojem, klimatem i anegdotą utrafić w coś co sprawia wrażenie autentyzmu, a co ujęło jego czytelników: oddać przekonująco uwielbienie dla niezwykłej kobiety, która chyba jednak nie przypadkiem stała się ikoną swojej epoki. A jeśli taką się stała – to czy nie jest to dostateczny powód do tego, żeby o kilkudniowej znajomości z nią napisać aż dwie książki?
Nic dziwnego, że relacja między Marylin a Colinem leży w centrum zainteresowania filmu Curtisa. Bowiem to właśnie dzięki niej docieramy do sedna tego, co przydawało Marylin Monroe jej niezwykłej aury – magnetyzmu, który potrafił niewolić otaczających ją ludzi, ale i rozbrajającej słabości, która w każdym bliskim jej mężczyźnie budziła nie tylko seksualną żądzę, ale i opiekuńcze instynkty.
Ktoś z towarzystwa, w którym oglądałem film, powiedział po jego zakończeniu: Marilyn była łatwa (w sensie gotowości wskakiwania facetom do łóżka). Nie wiem, może i rzeczywiście się Clark z nią przespał, ale dla każdego kochanka Marilyn, spędzenie z nią nocy, to był zwykle moment, kiedy stosunki z nią stawały się niezwykle trudne – wręcz nie do zniesienia.

Nie trzeba być psychologiem, by sobie uświadomić, skąd to wszystko się brało. Oczywiście źródeł należy szukać w dzieciństwie Normy, opuszczonej (zaniedbanej) przez matkę, (która w końcu trafiła do zakładu dla psychicznie chorych) wychowywanej w rodzinach zastępczych i dość szybko robiącej użytek ze swojej seksualnej atrakcyjności (jej akty znalazły się w pierwszym wydaniu „Playboya”, a droga do filmowej kariery przebiegała często przez łóżka producentów, reżyserów i innych prominentów hollywoodzkiego kina). Lecz Norma Jeane kleiła się do facetów nie tylko po to, by instrumentalnie ich wykorzystać, czy też zyskać coś wymiernego i konkretnego. Jej promiskuityzm nie był promiskuityzmem – excuse my French – kurewskim. Mimo wszystko więcej w tym jej zachowaniu było intymnej potrzeby bliskości, niż wyrachowania. Ona rzeczywiście szukała wśród ludzi (a zwłaszcza mężczyzn) wsparcia, miłości i ciepła – tego wszystkiego, czego jej brakowało w całym dotychczasowym życiu, szczególnie zaś w dzieciństwie. Nagle też odkryła, że oto może mieć władze nad światem – a źródłem tej władzy może być właśnie ten jej niezwykły sex-appeal, (który niepotrzebnie w jej przypadku mylony jest z narcyzmem). Szkopuł w tym, że nie była zdolna do zawiązania z nikim trwalszej relacji – głębszego mentalno-duchowego związku. Tak jakby uwodzenie kolejnych mężczyzn stało się dla niej narkotykiem, bez którego już nie mogła się obyć. Tak jakby musiała za każdym razem potwierdzać swoją kobiecą wartość… być może właśnie dlatego, że sama w nią wątpiła?

Ale takiej kobiecie – która mimo tego wszystkiego (a może właśnie dzięki temu?) stała się najsłynniejszą i najbardziej pożądaną kobietą na świecie – wybacza się wszystko. Była w niej jakaś esencja archetypicznej kobiecości, która opanowywała mężczyzn poza progiem ich rozsądku i świadomego wyboru.
Dlatego łatwo mi było zrozumieć zauroczenie Colina. Dlatego też sam pewnie poszedłbym za nią jak w dym – jedna noc z Marilyn, a po niej choćby potop.

*