ZUPA ZE SROMOTNIKÓW (o filmie „OBŁAWA”… i nie tylko)


Nie ma dobrych ani złych?

Szarość to bez wątpienia bardzo modny ostatnio kolor w polskim kinie. I choć mnie osobiście to odpowiada (mimo, że lubię też świat jasny i ukazywany w kolorach), to można się zastanowić nad tym, czy rzeczywiście owa szarość zawsze jest taka cool, i czy zawsze, kiedy babramy w błocie wszystkich ludzi, to dopiero wtedy dochodzimy do „prawdy” o człowieku i jego rzeczywistej naturze?

*

INNE SPOJRZENIE

O filmie tym pisali już chyba wszyscy, więc darując sobie kolejną krytyczną rozprawę na jego temat, chciałbym poruszyć tutaj pewną kwestię, która stała się ostatnio w naszym kraju na tyle istotna – i symptomatyczna dla zachodzących w polskim społeczeństwie zmian i podziałów – że warto jej się przyjrzeć z bliska.
Myślę, że dobrym punktem wyjścia będzie tu rozmowa przeprowadzona przez redaktora polskiego wydania „Newsweeka” z reżyserem filmu Marcinem Krzyształowiczem i z odtwórcą jednej z głównych ról, Maciejem Stuhrem.
Oto jej fragmenty:
„Newsweek”: „Obława” to film, który na długo zostaje w pamięci. To najokrutniejszy, najmroczniejszy, ale być może najlepszy polski film ostatnich miesięcy. Perfidną siłą tego filmu, choć to trudne do zaakceptowania, jest fakt, że polscy partyzanci tak samo jak Niemcy są bezwzględni, brutalni, okrutni, żyjąc niczym zwierzęta w leśnym obozie.”
Krzyształowicz: „Nie mam żadnego szacunku dla bohaterów, bo w moim filmie nie ma bohaterów. Wszyscy są zbrukani (…) Niemcy mówili na nich (tj. polskich partyzantów – przyp. LA) „polnische Banditen”. To bolesne sformułowanie, ale może coś w nim jest. (…) W efekcie nie wiemy, czy opowiadamy o bohaterach, czy wprost przeciwnie. A może to nie ma znaczenia, czy opowiadamy o Polakach, czy Niemcach, bo opowiadamy o ludziach? Zło było po jednej i po drugiej stronie. Wśród naszych i wrogów były elementy człowieczeństwa i diabelstwa. (…) Ja jak większość nie żyję przeszłością. Po prostu każdy reżyser chce zrobić intensywny film na wyrazisty temat. Bo zrobić film bez znaczenia to tragedia.
„Newsweek”: „Zapełnia pan białą plamę, ale czy potrzeba aż tyle okrucieństwa, przemocy?”
Krzyształowicz: „A myśli pan, że flagi biało-czerwone i orzełki coś dziś znaczą? One dla młodego widza nic nie znaczą! Dla młodych coś znaczy emocja i utożsamienie się z postaciami, zrozumienie ich słabości, ambiwalencji. (…) Popularne polskie seriale wojenne zakłamują historię! Ta landrynka telewizyjna, którą się karmi młodzież, nie ma nic wspólnego z prawdą. Pokazuje jeden wielki fałsz, a młodzi ludzie nabierają przekonania, że wojna była jakąś fajną, bajkową przygodą. W tym sensie schlebia mi zarzut, że mój film jest nihilistyczny. Wolę filmy podszyte nutką nihilizmu czy cynizmu, bo one są ostre, wyraziste. To lepsze niż kolejny epos martyrologiczny i fresk wzniecający płomień patriotyzmu.”
„Newsweek”, zwracając się do Stuhra: „Patrioci okazują się perfidni, zdrajcy – zasługują na litość. Nikt w tym filmie nie jest szlachetny, większość jest podła, okrutna, bezwzględna i zła.”
Stuhr: „Moim zdaniem, poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami, większość ludzi na wojnie się ubabrała.(…) Jak będziemy opowiadać dalej o dobrych partyzantach i złych gestapowcach, to będzie dopiero nihilizm. To by oznaczało, że możemy spać spokojnie, bo przecież to my jesteśmy ci dobrzy, a źli zawsze będą Niemcy i Rosjanie. A to nieprawda!”
(Cały tekst przeczytać można TUTAJ.)

DYSKRETNY UROK NIHILIZMU

Ale czy prawdą jest, że opowiedzenie się wówczas (a chodzi jednak konkretnie o II wojnę światową) po którejś ze stron, to też było wszystko jedno? (bo przecież każdy i tak był ubabrany i tak naprawdę – jak powiedział Stuhr w innym wywiadzie  – „nie ma dobrych ani złych”?)
Osobiście uważam – jakkolwiek atrakcyjnie by to w kinie nie wyglądało – że ta relatywizacja idzie jednak zbyt daleko. I że rzeczywiście blisko jest już temu wszystkiemu do nihilizmu, podobnie jak i cynizmu, który – w przeciwieństwie do zauroczenia nim Krzyształowicza – nie stanowi jednak dla mnie żadnej atrakcji.

Wielu reżyserów – i to nie tylko z młodego pokolenia – deklaruje dzisiaj, że nie robi filmu o konkretnym wydarzeniu historycznym, tylko o ludziach (choćby Lankosz w „Rewersie”, Smarzowski w „Róży”, Pasikowski w „Pokłosiu” czy Wosiewicz w „Tańcu śmierci. Sceny z Powstania Warszawskiego”). Ale czy naprawdę uważają oni, że takie wyjęcie człowieka z kontekstu sytuacji historycznej, powie o nim całą prawdę? A może jednak chodzi im o coś innego: wcale nie o człowieka, ale o… „intensywny film na wyrazisty temat” (czyli znowu: nie ważne jest CO, tylko JAK)? I tak naprawdę nie interesuje ich naród, tożsamość, patriotyzm, historia… (bo to wszystko jest już przecież passé – takie pojęcia prawie że „obciachowe”, do których wstyd się jest teraz odwoływać) – tyle, że nie wszyscy mają jeszcze na tyle śmiałości, by wyrazić to wprost?

Moim zdaniem człowiek jest określony nie tylko przez samego siebie, ale i przez epokę, w jakiej żyje. Również przez ludzi, z którymi wchodzi w pewne relacje. Człowiek sam dla siebie jest tak naprawdę nikim i niczym. Wartości (i cech) nabiera dopiero w zetknięciu się z drugim człowiekiem – a także z czasami, w których przyszło mu żyć. Dlatego nie można ignorować epoki, w której umieszcza się konkretnych ludzi. A tym samym nie należy – jeśli chce się przybliżyć nam prawdę o człowieku – ignorować wszystkich uwarunkowań etycznych, jakie w danej epoce stanowiły o „człowieczeństwie” czy też ewentualnie o „nieludzkości” konkretnego osobnika Homo sapiens. Zwłaszcza, jeśli się miało przed sobą jakiś wybór. A wygląda na to, że jednak zdecydowana większość bohaterów wymienionych przeze mnie filmów, pewnych konkretnych wyborów dokonywała sama – co wiąże się zarówno z odpowiedzialnością za swoje czyny, jak i możliwością moralnego ich osądu. No ale osądzać kogokolwiek to też nie jest cool w czasach, w których niemal każdy chce się czuć kimś „wyzwolonym” – chyba, że chodzi o osądzanie polskiego „motłochu”, który – jak już w świecie coraz powszechniej wiadomo – dyszał cały nienawiścią do Żydów, wydając ich gremialnie na śmierć, a nawet samemu paląc i mordując.

TO TYLKO KINO?

Lecz odchodząc od tych dygresji i abstrahując od całej tej ideologicznej nadbudowy interpretacyjnej wypada mi stwierdzić, że „Obława” to kawał solidnej filmowej roboty. Obraz ten, mimo nietypowej struktury narracyjnej (brak chronologii, „porozrzucane” wątki, czasowe zapętlenia, uwaga poświęcona nie tylko głównemu bohaterowi…) ma w sobie spójność skończonego dzieła sztuki. Stwarza to nie tylko klimat, plastyczna surowość obrazu, stylistyczna konsekwencja zastosowana przez jego twórców, ale i wielka umiejętność aktorów odnalezienia w swoich kreacjach właściwego tonu, gestu, barwy słowa, rysu charakteru… – na tym głównie opiera się autentyzm odgrywanych przez nich postaci. Odnosi się to zwłaszcza do Marcina Dorocińskiego i Macieja Stuhra, którzy powołali do (ekranowego) życia bohaterów wielowymiarowych, niejednoznacznych  i – co dla reżyserskiej koncepcji było chyba najważniejsze – wzbudzających zarówno niechęć (może nawet odrazę), jak i sympatię (choćby pomieszaną z litością i zażenowaniem). Oto mamy kolejne świetne wystąpienie Dorocińskiego i pewną odmianę w emploi aktorskim Stuhra, który wreszcie doczekał się roli nieco przyczernionej, choć nie do końca nikczemnej.
Podobało mi się to, że w tym filmie wszystko się ze sobą zgrało, mimo dość ryzykownej próby poszarpania czasowego wątków, co wśród niektórych widzów mogło wzbudzić pewną dezorientację, może nawet konsternację utrudniającą im pełne zaangażowanie emocjonalne, które zwykle budowane jest wzrostem napięcia stopniowanym przez linearnie prowadzoną „akcję”. Jednak z drugiej strony, ten pozornie skomplikowany – choć w sumie prosty – zabieg formalny niejako wymuszał na widzu większą uwagę, a ponadto sukcesywnie dodawał z czasem każdej z postaci dodatkowego wymiaru, odcienia, motywu… większej psychologicznej głębi. To prawda – nie były to jakieś głębie oceaniczne, ale jednak – w powodzi płaskich jak decha i szablonowych postaci lansowanych przez kino czysto rozrywkowe i popularne – robiących mimo wszystko wrażenie i zmuszających do pewnej refleksji.
Nie miałem też nic przeciwko mocno przyciemnionej i lekko koszmarnej „poetyce” „Obławy”, (którą nie bez kozery lansowano jako wojenny thriller). Tym bardziej, że przemoc w niej stosowano z umiarem i jeśli już epatowano widza jakimś gwałtem, to było to dość mocno umotywowane logiką obrazu, tudzież prawdopodobieństwem zachowania się filmowych postaci (no, może z wyjątkiem pewnej nadreprezentacji motywów masturbacyjnych). Zupa z trupa i sromotników też była OK – jak znalazł w upiornym lesie, w którym trzeba się było zemścić za śmierć współtowarzyszy partyzanckiej walki. Wprawdzie nie było w tym filmie puszczania szelmowskiego oczka – jak robił to choćby w swoich napawających się przemocą filmach Quentin Tarantino – lecz dzięki temu gwałt mógł nabrać dla nas jeszcze większej powagi, a przemoc zrobić wrażenie bardziej dobitne, niźli tylko zwykła zabawa dużych chłopców w wojnę.

SCHODY, MINY, KŁY…

Jako czyste kino więc „Obława” się sprawdza. Schody się zaczynają, kiedy trzeba wyjść poza filmową umowność – umieszczając film w szerszym kontekście kulturowym, społecznym oraz historycznym.
A czy jest to zasadne? – mógłby ktoś zapytać.
Myślę, że tak – bo któryż z bardziej ambitnych filmów nie rości sobie prawa do posiadania jednak większego kulturowego ciężaru, do bycia czymś więcej niźli tylko rozrywką, do zabrania głosu na ważny temat – skomentowania pewnej historycznej rzeczywistości, dokonania głębszej eksploracji ludzkiej natury, dotarcia do jakiegoś sedna sprawy…? I nawet jeśli nie mówi się tego wprost, to sam wybór ważnego momentu historycznego w jakim osadza się akcję filmu ma swoje znaczenie, prowokując do głębszych polemik i rekolekcji naszej przeszłości. Tak już jest.

No więc dobrze – może ktoś powiedzieć: kino to tylko kino… Ale…
I właśnie o to „ale” rozbijają się – zwłaszcza ostatnio – wszystkie dyskusje wokół filmów tzw. kontrowersyjnych, które w ten czy inny sposób dotykają spraw dla nas „delikatnych” i newralgicznych; utworów, które – celowo, albo i nie – nadeptują nam na odciski, poruszają drażliwe wątki (nie tylko narodowe), rzucają wyzwanie naszym stereotypom, denuncjują zagnieżdżone w nas kompleksy…
Ot choćby sprawa polskiego antysemityzmu („Pokłosie”) czy kolaboracji z okupantem podczas II wojny światowej. A w wymiarze bardziej uniwersalnym i antropologicznym: niejednoznaczność ludzkich postaw w sytuacjach ekstremalnych, dokonywanych pod wielką, dziejową presją. W problematykę tę – chcąc nie chcąc – wchodzą także twórcy „Obławy”. A czy można się dziwić, że skoro zapuszczamy się na te (często zaminowane) pola, to należy się liczyć z gorącą reakcją, a nawet z tym, że można wylecieć w powietrze? Bo przecież tam gdzie drwa rąbią, zwykle wióry lecą, a wywołując wilka z lasu można w końcu mieć do czynienia z jego zębami.

CZŁOWIEK POD PRESJĄ

Odnoszę niekiedy wrażenie, że w niektórych filmach współczesnych (a należy do nich także „Obława”) usiłuje się wyabstrahować człowieka z historii, twierdząc, że tym sposobem można odkryć uniwersalną prawdę o ludzkiej naturze (albo o naturze jakiegoś narodu, społeczności). A to się tak nie da: bo ta natura zawsze jest pod presją epoki i można ją zrozumieć tylko w kontekście czasów, w jakich jest zanurzona. Odnosi się to np. do zachowania Polaków (także Żydów) w czasie II wojny światowej. Jeśliby się to właśnie wzięło pod uwagę, to być może oszczędziłoby się wielu niepotrzebnych oskarżeń, kłótni i ujadań – całego tego wzajemnego psucia sobie krwi.
Wywołana przez Niemców wojna nie odkryła „prawdziwej” natury człowieka, ona tę naturę skorumpowała, brutalizując międzyludzkie relacje, stawiając człowieka przed koniecznością dokonywania wyborów, które decydowały o życiu i śmierci. Innymi słowy: w wielu wypadkach cofała człowieka do quasi-zwierzęcego stadium walki – nie tylko o byt, ale wręcz o fizyczne przetrwanie. Nie można się więc chyba za bardzo dziwić, że jeśli czasy są nikczemne, to także wielu ludzi zaczyna zachowywać się nikczemnie. Czy to świadczy o tym, że ludzka natura jest z gruntu parszywa? Wątpię. Ona jest jak plastelina, którą sami w dużym stopniu możemy formować. Ważne jest więc to, jak ukształtujemy naszą epokę i czas, w którym żyjemy. A temu służy przede wszystkim nasza kultura – czyli to, jaki obierzemy system wartości i jakie ustalimy reguły zachowania się wobec siebie. I jakkolwiek moralizatorsko by to nie zabrzmiało, to nie ma innej drogi wyjścia, jeśli chcemy się mienić ludźmi – gatunkiem cywilizowanym.

POLITYKA WSTYDU

Jest jeszcze jedna sprawa, która mi nie daje od jakiegoś czasu spokoju – i też jest powiązana z tym, co moim zdaniem niedobrego dzieje się w naszym kraju, dzieląc społeczeństwo jak nigdy od momentu, kiedy Polska wyzwoliła się spod sowieckiej kurateli. I niestety, nie wynika to tylko z (naturalnych poniekąd) różnic i zmian pokoleniowych, ale przede wszystkim jednak z pobudek politycznych i ideologicznych. Nie piszę „światopoglądowych”, bo mimo wszystko uważam, że są one w istocie zbyt płytkie i powierzchowne… na swój sposób bezmyślne, bo często poddające się – na przekór indywidualistycznym deklaracjom – odruchom stereotypowym a nawet stadnym. (A niestety tzw. „salon” też jest pewnym rodzajem stadka – na przekór temu, że chce się mienić „elitą”.)

W moim odczuciu źle się dzieje, że linia podziału polskiego społeczeństwa biegnie przez takie pojęcia (i wartości) jak patriotyzm, rodzina, tradycja, katolicyzm, religia… (zwróćmy uwagę, jak wstydliwie one teraz brzmią i jak skrzętnie omija się je w niektórych środowiskach). Przy czym jedna strona chce za wszelką cenę skompromitować drugą. Niestety, atakuje przy tym nie tylko swojego przeciwnika, ale i dyskredytuje wartości wokół których się on skupia, i z którymi jest on kojarzony. Tym sposobem skompromitowano choćby patriotyzm, który stał się niemal synonimem szowinistycznego zaścianka, ksenofobii i nacjonalizmu prowadzącego niechybnie do krwiożerczego faszyzmu. Tym sposobem kompromituje się życie religijne i samą religię, insynuując, że jest ona samym złem wcielonym i perfidnym kłamstwem – i że człowiekiem religijnym może być tylko głupiec i zacofaniec o mentalności niewolnika. Atakuje się cały Kościół (bo to przecież nic innego jak ciemnogród i zasklepiona mentalnie kruchta). Oskarża się na prawo i lewo księży, w których widzi się samych tylko dwulicowców, chciwców, bigotów i pedofilów. Milczy się wtedy o pozytywnej roli, jaką Kościół spełnia w społeczeństwie. Nie wypada się też już odnosić do tzw. „wartości rodzinnych”, podobnie jak przyznawać się do „tradycji” – bo to naturalnie przeżytek, zaścianek i obciach. I co ciekawe w tym wszystkim: ci, którzy rzekomo ze stereotypami walczą, sami nowe stereotypy tworzą i wzmacniają.  (Swoją drogą, czy dzisiejsi wrogowie Kościoła, wszyscy ci kontestatorzy przywiązania do tradycji i patriotyzmu, zdają sobie sprawę z tego, że właśnie dzięki owym wstydliwym obecnie wartościom mogliśmy przetrwać jako naród, ocalić swój język i – co najważniejsze – zdobyć ostatecznie niepodległość, dzięki czemu nie musimy już żyć w takim getcie i skansenie, jakim pod wieloma względami była PRL?)

POLEMIKA Z SAMYM SOBĄ

Wypada mi tu zaznaczyć, że piszę to wszystko jako człowiek, który nie utożsamia się z żadnym obozem politycznym, i który raczej daleko odszedł od instytucji Kościoła. Muszę się także przyznać, że już od dawna czuję też awersję do wszelkiej maści wojujących nacjonalizmów (swego czasu – a konkretnie po katastrofie smoleńskiej – podpadłem narodowcom tekstem „Żałoba i teatr”). Znany jest mi smak kosmopolityzmu tudzież pokusa uznania się przede wszystkim za obywatela świata. Nie interesują mnie podziały na prawicę, czy lewicę (uważam, że w dzisiejszych czasach nie mają już one większego sensu), nie określiłbym siebie ani jako konserwatystę, ani liberała – te wszystkie etykietki są dla mnie czymś krępującym, sztucznym, ograniczającym.
Ale jednak nie mogę powiedzieć, że nie jestem czuły na dialektyczne napięcia jakie między tymi biegunami się tworzą i że jest mi obojętny dyskurs toczący się po obu stronach tych granic. Czasem nawet czuję, jakby ten spór rozgrywał się we mnie samym. Np. argumenty jakie wysuwałem wobec młodych twórców „Obławy” to jest też jakby polemika z kimś, kim byłem przed laty: przyznaję, że i ja przez ten zawód człowiekiem (religią, patriotyzmem, tradycją) w swojej młodości chmurnej i durnej przechodziłem (może niektórzy z nas muszą przez to przejść jak się przechodzi w dzieciństwie przez koklusz, świnkę czy odrę?). Na szczęście zdołałem jakoś ustrzec się przed tym, by stać się chronicznym cynikiem czy szydercą, rozsiewając wszędzie nihilistyczny sarkazm i skrajny pesymizm.

Myślę, że odrzucając (dość jednak odruchowo i bezmyślnie) tzw. „wartości tradycyjne” pewne grupy ludzi (może nawet całe społeczeństwa) robią sobie niedźwiedzią przysługę. Często przypomina to wylewanie dziecka z kąpielą – nie ma wtedy świadomości, że czyniąc tak, traci się coś naprawdę cennego i istotnego. Czy można się więc potem dziwić, że nasza zdodowadziała, znergalizowana, zcejrowskowana i zwojewódczała pop-kultura wygląda tak a nie inaczej? Że masy zajmują się bzdetami, pasjonując się byle kim i podniecając tabloidową cieczką? Że ton nadaje ekstrema i ujadanie oszołomów? Że poziom społecznej dyskusji jest żałośnie prymitywny (i to nie tylko na tzw. internetowych „forach”) i że nawet spory prowadzone na wysokich szczeblach przypominają wzajemne okładanie się cepami?

NIE MA DOBRYCH ANI ZŁYCH?

A wracając jeszcze na chwilę do „Obławy” i do niezbyt fortunnego moim zdaniem określenia Stuhra, że „nie ma dobrych ani złych” i że należy przewartościować naszą historię (bo przecież nie można już mówić o „złych” gestapowcach i „dobrych” partyzantach).

Otóż nie trzeba być wybitnym znawcą ludzkiej natury ani też nadzwyczaj przenikliwym psychologiem, by stwierdzić, że nie ma człowieka, który do końca byłby tylko zły albo tylko dobry – i że zdecydowana większość ludzi to ludzie „szarzy”, czyli tacy, w których znaleźć można zarówno elementy dobra jak i zła. Nie musi się być także jakimś szczególnie mądrym filozofem ani doskonale zorientowanym w aksjologii etykiem, by skonstatować, że dobro i zło są czymś relatywnym i ściśle związanym z ewolucją ludzkiej kultury. A jednak przy tym wszystkim to od nas zależy wybór: między tym, co własne sumienie podpowiada nam że jest dobre, a tym, co czujemy, że jest złe. To dlatego nie mam teraz większych wątpliwości by uznać za zło np. przywdzianie munduru gestapowca czy donoszenie hitlerowcom na własnych rodaków, a za dobro np. decyzję o wejściu w szeregi partyzantów lub AK i zbrojnemu przeciwstawieniu się niemieckiemu okupantowi.
Ale niestety, w „Obławie” tego nie ma. Właściwie nie wiemy – biorąc pod uwagę tylko to, co widzimy na ekranie – po co ci ludzie siedzą w ziemiankach w tym upiornym lesie. I dlaczego jedni walczą z drugimi, wzajemnie się zabijając? Czyżby chciano nam przez to powiedzieć, że to wcale nie jest już takie ważne?

greydot

PO CIEMNEJ STRONIE („Zabić bobra”, „Lęk wysokości”)

Podczas ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce można było również obejrzeć obrazy w tonacji ciemniejszej: najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Zabić bobra” oraz „Lęk wysokości” – fabularny debiut Bartosza Konopki. Oba warte uwagi i plasujące się moim zdaniem w czołówce polskiego kina ostatnich lat.

Mrocznie, gwałtownie, desperacko, tragicznie… Kolski w „Zabić bobra” pławi się w ciemnej tonacji

ZABIĆ…

Jan Jakub Kolski mnie zaskoczył. Z pobrzmiewającego sielsko realizmu magicznego (exemplum: „Pogrzeb Kartofla”, „Jancio Wodnik”, „Grający z talerza”, „Jasminum”), solidnej klasyki („Pornografia”) i nostalgicznej malowniczości („Wenecja”), przerzucił się w „Zabić bobra” na męski i brutalny thriller eksplorujący ciemne strony psychotycznej osobowości weterana kilku wojen i killera w jednej osobie. Tym anty-bohaterem jest Eryk (grany przez swojego imiennika, Lubosa), który przybywa do własnego, opuszczonego przed laty domu, by przygotować się do pewnej tajemniczej misji. Kolski ponownie wraca tu do popielawskich plenerów swej rodzinnej wioski – jakże jednak zmienionych, bo zamiast scenerii malowniczych i na poły magicznych widzimy miejsce opuszczone i odizolowane od świata, zgodnie jednak korespondujące ze stanem psychiki cierpiącego na PTSD agenta-zabijaki-żołnierza, który nawet w tak odosobnionym i bezludnym miejscu nie może się powstrzymać od kompulsywnego strzelania – choćby do ludzkich sylwetek z kartonu czy właśnie do Bogu ducha winnych (ale za to metaforycznych) bobrów. Z tej rutyny wybija go nagłe pojawienie się enigmatycznej sąsiadki (Agnieszka Pawełkiewicz) – młodej dziewczyny, która mimo szorstkości i gwałtowności Eryka, lgnie do niego niczym mucha do (śmiercionośnego dla niej) lepu. Tę dziwną parę wpierw ogarnia seksualna desperacja przejawiające się w kopulacyjnym szale, ale już wkrótce ich związek nabiera cieplejszych barw i zaczyna się kręcić bardziej wokół serca i uczuć, niż genitaliów i czystej chuci, mimo… a może nawet dzięki temu, że oboje wydają się skrywać jakieś osobiste tajemnice i są poranieni przez życiowe przejścia i traumy.

Jak to podobno określił sam Kolski, w filmie tym „eksploruje” on „zejście na dno samego siebie”. Wprawdzie trudno mi jest wyobrazić sobie dziecięco wrażliwego artystę (a takim w moim odczuciu jest JJK) w roli paranoicznego hit-mana zstępującego wgłąb własnych piekieł, jednak skuteczność z jaką reżyser oddaje na ekranie mroczną i gwałtowną stronę ludzkiej natury, rodzi jednak przypuszczenie, że jest mu ona znana nie tylko z filmów (choćby Scorsesego, Tarantino czy Bessona), ale i z jakichś zakamarków własnej psyche, co w połączeniu z jego warsztatową perfekcją (bo to nieprawda, że w „Zabić bobra” on od niej odszedł, kreśląc na ekranie obraz surowy i zgrzebny) daje zaskakująco mocny efekt. Wprawdzie czerń tego filmu bardziej jest jednak metaforyczna niż dosłowna i rzeczywista, to jest ona równie przekonująca i klimatyczna, jak kolorowe światy Kolskiego, które pamiętamy z jego wcześniejszych obrazów. Czyżby więc cień był czymś co uzupełnia światło – a jasność tak naprawdę nabierała sensu dopiero przy mroku?

Całość filmu spina nie tylko pewna ręka Kolskiego, ale także rewelacyjna kreacja Eryka Lubosa, którzy chyba dopiero w tym filmie pokazał na co tak naprawdę go stać, choć przecież do tej pory zwrócił już na siebie uwagę kilkoma dobrymi rolami. Moim zdaniem idealnie wpisuje się on w tę ciemną, paranoidalną, gwałtowną i zagadkową „poetykę” aplikowaną przez Kolskiego, który – jak widać – równie dobrze czuje się w świecie filmowej przemocy ukazanej naturalistycznie, jak i w fantazyjnej sielskości oddawanej na ekranie niemalże magicznie.

Pobrzemiewają w tym filmie jakieś (wilcze?) echa dziejących się na świecie wojen, szczucia psami i obław na ludzi, których odczłowiecza się mówiąc o nich „wróg”; „esencjonalnych” zabójców (zarówno w mundurach, jak i bez), którzy dostali się w nieludzką machinę walki na śmierć i życie – w szpony terroru rozsiewanego w imię walki o wolność.
Ale czy to są echa obce i egzotyczne? Dobiegające nas tylko z jakichś odległych krain i zupełnie nas nie dotyczące?
Odpowiedź filmowców, którzy z uporem wracają do ciemnej strony człowieka, zajmując się jego gwałtowną naturą, wydaje się brzmieć: Nie, to nie są tylko fantazje i rojenia. Nie jesteśmy tylko takimi znudzonymi konsumpcją dużymi chłopcami, bawiącymi się w kino. Te lęki, strachy i obsesje są w nas – może skryte gdzieś w głębi, na dnie naszych piekieł, lecz ciągle jednak obecne i dające o sobie znać, nieraz w bolesny i przerażający sposób – w naszych przeczuciach, obawach, intuicjach i premonicjach – w  koszmarach ukazujących się nam na jawie i we śnie. A to wszystko może być również Twoim udziałem, kochany widzu, rozparty wygodnie w fotelu.

LĘK…

Syn poszukuje miłości w cieniu choroby psychicznej ojca… („Lęk wysokości”)

Choroba psychiczna nas przeraża, ale i fascynuje. Jednak kiedy dotyka bliską nam osobę – np. kogoś z naszej rodziny – wtedy staje się dla nas czymś osobistym, może nawet intymnym – jednym z najważniejszych doświadczeń egzystencjalnych w naszym życiu. Przeżyciem najczęściej bardzo traumatycznym, ale też i w pewnym sensie katarktycznym, mogącym określić nasze miejsce w świecie i uświadomić nam sposób, w jaki jesteśmy uwikłani w relacje z innymi ludźmi. Antoni Kępiński, jeden z najsłynniejszych polskich psychiatrów, który jak nikt inny potrafił chorobę psychiczną wpisać w kontekst naszej kultury i wypełnić ją głębokim humanizmem, napisał kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. W „Lęku wysokości” objawia się to w sposobie, w jaki syn próbuje sobie radzić z pogrążającym się w psychozie ojcu: Marcin Dorociński gra robiącego karierę dziennikarską Tomka, dowiadującego się nagle o tym, że ojciec (Krzysztof Stroiński), z którym zresztą nie utrzymywał ostatnio bliższych kontaktów, trafił na oddział szpitala psychiatrycznego. Syn spotyka się z ojcem, ale trudno między nimi o jakiekolwiek porozumienie – i to nie tylko z powodu zaburzeń psychicznych tego ostatniego. Na przeszkodzie stają tu głównie pewne – choć nie dość jasno określone – epizody z ich rodzinnej przeszłości (zdrada matki? brak porozumienia, zerwane więzi?) Nieoczekiwanie, wbrew pogarszającemu się stanowi ojca, syn zaczyna się do niego zbliżać, odnajdując w nim coś, co porusza jego wrażliwość i być może pozwala dotrzeć także i do własnych lęków, z którymi prędzej czy później trzeba będzie sobie poradzić. W ten sposób buduje się jego dojrzałość, może nawet określa tożsamość umożliwiająca mu zmierzenie się ze zmianami we własnym życiu – z perspektywą zostania mężem i ojcem.

Fabularny debiut Bartosza Konopki wpisuje się w nurt kina – gotów jestem nazwać je melancholijno-intymnym – który w naszej rodzimej kinematografii objawił się ostatnio w takich obrazach, jak choćby „Erratum”, „Kret” (nota bene oba te filmy ukazują także relację ojciec-syn), „Matka Teresa od kotów”, „Rysa”, „33 sceny z życia”, „Wymyk”, „Mój rower”… Filmy te zajmują się trudnymi relacjami członków najbliższej rodziny (wynikającymi zazwyczaj z traumy spowodowanej jakimś nieszczęściem – tragicznym wydarzeniem, chorobą, wypadkiem…) i robią w to sposób kameralny – zazwyczaj powściągliwy i zniuansowany, prosty ale wieloznaczny, moralitetowy ale unikający wydawania jakichkolwiek sądów. I za każdym razem podbudowany znakomitym aktorstwem (w tym przypadku: przejmujący duet Dorociński – Stroiński), bez którego żaden z tych filmów nie mógłby unieść wielkiego emocjonalnego ciężaru, pokładanego w nich przez ich twórców – zwłaszcza przez scenarzystów i reżyserów, dla których każdy z tych filmów jest wypowiedzią nad wyraz osobistą i ważną.

W NAS

Człowiek w niebezpieczeństwie ma do wyboru dwie drogi działania: uciec albo atakować. Dotyczy to oczywiście również artysty, a szerzej – twórcy, który czując się zagrożony i nękany, postanawia zmierzyć się z własnymi lękami, cierpieniem i traumą, zanurzając się w ciemnościach i piekle własnego wnętrza; albo też ucieka od tego w krainę ułudy i zmyślenia, gdzie może się poczuć lepiej – w jasnej swej fantazji, ogrzewając się światłem kolorowych krain, robiąc sobie jakiś mały raj czy niebo.
No… być może przesadzam z kwiecistością tej alternatywy, ale chyba każdy z czytających te słowa dokładnie wie, co mam myśli: chodzi z grubsza o to, czy mamy uciekać od świadomości istnienia zła i wrażych sił w świecie (i w nas samych), czy też wręcz przeciwnie? Czy lepiej jest zło pamiętać, czy może raczej zapomnieć – dostrzegać tylko jasne strony świata, czy też spojrzeć czasami także wgłąb jego mrocznej studni…? Zakładając, że taki wybór mamy. A przecież są sytuacje, kiedy jednak żadnego wyboru nie ma i czujemy się jak byśmy byli miażdżeni przez bezwzględne fatum – wydani na łaskę i niełaskę żelaznego determinizmu.

Zapewne ani Kolski, ani tym bardziej Konopka nie czują się pod obstrzałem „pocisków zawistnego losu” (o taki hamletyzm ich nie podejrzewam – nie tylko dlatego, że szekspirowszczyzna już od dawna wydaje się być anachronizmem), ale jednak: pierwszy mówi, że schodzi w swym filmie na dno własnego piekła, które chce zbadać (i być może zabić tam prześladującego go bobra?); drugi zaś, że inspiracją i powodem zaistnienia filmu była jego własna sytuacja życiowa, a mianowicie chory psychicznie ojciec, któremu nota bene swój „Lęk wysokości” zadedykował.

Co ryzykujemy schodząc do podziemia własnej duszy? Czy tylko wtedy możemy zabić grasujące w nim demony? A może wręcz przeciwnie: to, że się w ciemność zapuścimy sprawi, że z łańcucha zerwą się czające się tam biesy?
Być może jednak tylko w ten sposób jesteśmy w stanie oswoić nękające nas lęki – eksternalizując je, nazywając, stawiając im czoła?  Artysta o tyle znajduje się w lepszej sytuacji, że może to wszystko robić za pomocą sztuki – i niejako w jej obrębie zlokalizować pole bitwy. Zmobilizować własną wyobraźnię – za pomocą fikcji i zmyślenia zmierzyć się z tym, co niepokoi go całkiem realnie. Bo przecież do końca nie wiemy czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?

Podróże wgłąb własnego jądra ciemności – „Zabić bobra” i „Lęk wysokości”

*