WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh


CHINY – UPADEK I NARODZINY WIELKIEJ POTĘGI

O książce Jonathana Fenby’ego, „Chiny”

Każde państwo uważa się za pępek świata, a co za tym idzie – za coś, co jest „najważniejsze”. I Państwo Środka nie jest pod tym względem wyjątkiem… Lecz tak naprawdę Chiny są jednak wyjątkowe pod wieloma innymi względami: to najludniejszy kraj świata (1 miliard 300 milionów mieszkańców – każdego dnia rodzi się tam 44 tysięcy małych Chińczyków!); olbrzymi obszarowo (stanowiąc niejako cały kontynent); posiadający najstarszą, istniejącą nieprzerwanie od dwóch i pół tysiąca lat cywilizację. Ponadto jest to państwo, którym rządzi jedna partia mieniąca się – o dziwo! – nadal „partią komunistyczną” ale przyzwalająca na funkcjonowanie gospodarki charakterystycznej dla państw kapitalistycznych… I to z jakim skutkiem! Żaden inny kraj na świecie nie rozwija się w sposób tak gwałtowny i jeśli proces ten nie zostanie zahamowany, to już wkrótce Chiny wysforują się na czoło globalnej awangardy i prześcigając Stany Zjednoczone staną się największym mocarstwem na planecie Ziemia. Ponadto, wszystko wskazuje na to, że Państwo Środka, stając się potęgą gospodarczą, nie zrezygnuje ze sposobności, by stać się przy tym także największą potęgą militarną w dziejach ludzkości, a co za tym idzie – rzeczywistym Panem Świata. Tak więc jeśli komuś do tej pory nie podobało się to, że w roli globalnego policjanta występuje Ameryka, to wizja policjanta o skośnych oczach powinna jednak budzić jeszcze większą jego obawę, by nie napisać „zgrozę”.

CHIŃSKA TAJEMNICA

Chiny to jedna Wielka Zagadka. Niestety (?) po przeczytaniu opasłego, liczącego 1000 stron tomiszcza Jonathana Fenby’ego, zajmującego się historią Chin ostatnich 160 lat, muszę szczerze wyznać, że owa zagadka w mojej głowie wcale to a wcale się nie wyjaśniła. Wprost przeciwnie – stała się Zagadką Jeszcze Większą. Lecz bynajmniej nie jest to winą autora. Właściwie, świadczy to na jego korzyść, ponieważ oznacza, iż nie wyartykułował on w swojej pracy sądów jednoznacznych, definitywnych, stronniczych… dzięki czemu interpretacja „chińskich przypadków” pozostaje dla czytelnika kwestią otwartą. Zagadka nierozwiązana może się przez to stać zagadką jeszcze bardziej pasjonującą.
Zresztą: wydaje się, że nie sposób jest jednak wyartykułować na temat Chin prawdy jednej i jedynej – jasno zdefiniować to, co się w Pastwie Środka tak naprawdę wyprawia.

Fenby, jak przystało rasowemu dziennikarzowi, skupia swoją uwagę na wydarzeniach, które tworzyły chińską historię począwszy od połowy XIX wieku do roku 2008, a więc na tym w jaki sposób doszło do upadku cesarstwa (1912) co się działo w okresie tzw. interludium, japońskiej okupacji, krwawej walki nacjonalistów z komunistami o władzę (1941 – 45), powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (1949), umacnianie się władzy komunistów i rządy Mao Zedonga, za których doszło do niewyobrażalnych ,   dotykających szeregowych Chińczyków, nieszczęść (głód na przełomie lat 50-tych i 60-tych, powodujący śmierć ok. 30 mln. ludzi – efekt tzw. Wielkiego Skoku ale i wielkiej suszy jaka nawiedziła kraj w tym samym czasie; szaleństwo Rewolucji Kulturalnej końca lat 60-tych). Dalej: śmierć Wielkiego Sternika, upadek tzw. „bandy czworga”; przejęcie władzy (schedy po Mao) przez Deng Xiaopinga, który mimo poważnych kłopotów po drodze (Masakra na Placu Bramy Niebiańskiego Pokoju w 1989 roku) skierował Chiny na nową drogę bezprecedensowego w dziejach świata rozwoju gospodarczego, który trwa do dzisiaj i oszałamia wszystkich na globalną skalę.

KŁANIAJĄC SIĘ MAO

Przyznam się, że ze szczególną uwagą czytałem to, co autor ma do powiedzenia o Mao Zedongu. Uważałem, że nie sposób jest zachować wobec tej postaci całkowity obiektywizm i że stosunek jaki ma Fenby do Mao, będzie wydatnie wpływał na to, co napisze on o nim (a także o samych Chinach) w swojej książce.
I chyba się nie pomyliłem.
Mao Fenby’ego jest dość marnym – szalonym, narcystycznym, małostkowym, knującym coś nieustannie i popełniającym błąd za błędem – człowieczkiem, który skupił w swoich rękach niebywałą władzę.
Szkopuł w tym, że patrząc na Mao w takim świetle nie sposób jest zrozumieć jak doszło do tego, że stał się on władcą absolutnym najliczniejszego ludu świata i przetrwał w tej roli przez blisko 40 lat. Jedynym wytłumaczeniem – na pierwszy rzut oka – wydaje się to, że musiał on być Wielkim i Wyjątkowym Człowiekiem, posiadającym niezwykłą charyzmę, dysponującym genialnym potencjałem umysłowym, obdarzonym wybitnymi zdolnościami przywódczymi a nawet…  jakąś nadprzyrodzoną siłą.
Ale czyż nie są to nasze złudzenia? Czy rozumując w ten sposób sami nie ulegamy mitologicznej sile kultu jednostki, którą reprezentowany przez Mao system zaszczepiał w sercach i umysłach swoich pokornych oddanych? Może więc Mao był w rzeczywistości dość przeciętnym, a nawet małym człowiekiem, który w sposób przypadkowy (ale i wskutek własnej determinacji) znalazł się na szczycie hierarchii wypracowanej przez liczącą kilka tysięcy lat cywilizację i że to właśnie wiążąca się z tą pozycją moc (sakralizowana na dodatek przez odwołanie się do tzw. Mandatu Niebios) dawała mu ową absolutną władzę i swoistą nietykalność, dzięki czemu nawet okrucieństwo, obłęd i ewidentnie idiotyczne decyzje nie spowodowały jego haniebnego upadku?
Tak, tak… wszystko to stało się możliwe tylko dlatego, że Mao Zedong stał się kolejnym chińskim cesarzem.

Przyszły Syn Niebios i Wielki Sternik Mao Zedong wraz ze swym adiutantem Zhou Enlaiem (w czapce) po zakończeniu Długiego Marszu w 1937 r.

Jestem za coś wdzięczny Jonathanowi Fenby’emu. Mianowicie za to, że umieścił jednak Mao w rzędzie największych zbrodniarzy XX wieku. Bo to, że Mao był odpowiedzialnym za masowe ludobójstwo „potworem”, nie wydaje się być tak oczywiste w świecie dzisiejszej oficjalnej polityki globalnej. Należy zaznaczyć, że to właśnie Stany Zjednoczone zapoczątkowały – i to jeszcze za życia Mao (konkretnie: Nixon w 1972 r.) – ignorowanie zbrodniczych poczynań ChRL, legitymizację komunistycznego reżimu na arenie międzynarodowej – w imię „współpracy” gospodarczej i normalizacji dyplomatycznych stosunków między Chinami a państwami demokratycznymi. I proces ten trwa w najlepsze po dziś dzień: pragmatyzm i „biznes” bierze górę nad jakimikolwiek skrupułami natury moralnej. A przecież jest to – ujmując sprawę w kategoriach etycznych – nic innego jak degenerowanie wartości uznanych za „niezbywalne” przez szczycącą się ideałami demokratycznymi i poszanowaniem praw człowieka cywilizację zachodnią. I wydaje mi się, że przyjdzie czas, kiedy Zachód będzie za to musiał zapłacić słoną cenę.
Prawda jest taka, że Mao Zedong odpowiedzialny jest za podobne zbrodnicze poczynania jak Hitler czy Stalin, a na swoim koncie ma nawet więcej ofiar niż oni. Jedyną różnicą jest to że imperia niemieckie (Rzesza) oraz rosyjskie (Sowiety) upadły, a imperium  chińskie przetrwało. Mało tego – ono urasta w jeszcze większą, niewyobrażalną potęgę przy współudziale i kooperacji niemal wszystkich krajów świata. Co byśmy powiedzieli o takiej współpracy z hitlerowskimi Niemcami, gdyby dotrwały one do naszych czasów? Czy zapomnielibyśmy nagle o Holokauście? Dlaczego holokausty zaserwowane milionom ludzi w Chinach są mniej ważne od tych, które zafundował Żydom (i innym nacjom) Hitler a Rosjanom (a także Polakom) Stalin?
Jednak muszę zaznaczyć, że są to moje dywagacje – Fenby nie posuwa się w swojej książce tak daleko. Lecz wnioski nasuwają się same. Stanowisko autora wydaje się być nam jednoznaczne, zwłaszcza gdy czytamy takie ustępy: „Z okazji sto dziesiątej rocznicy narodzin Wielkiego Sternika partyjny sekretarz generalny Hu Jintao (obecny przywódca polityczny Chin, przyjmowany z wszelkimi honorami na wszystkich znaczniejszych dworach politycznych współczesnego świataprzyp. LA) wygłosił składające się z dziesięciu tysięcy sinogramów przemówienie wynoszące pod niebiosa wielkie osiągnięcia ojca założyciela Chińskiej Republiki Ludowej. Jeszcze przed przemową Hu udał się do mauzoleum położonego nieopodal placu Tian’anmen, by trzykrotnie pokłonić się posągowi człowieka odpowiedzialnego za śmierć wielu dziesiątek milionów ludzi.”

GLOBALNE WEJŚCIE SMOKA

Po śmierci Mao tylko ślepcy mogli nie zauważyć tego, że kontynuowanie narzuconej przez niego polityki opierającej się wyłącznie na ideologii, maoistycznym dogmatyzmie i oderwanego zupełnie od rzeczywistości partyjnego – zmieniającego się jak chorągiewka na wietrze – widzimisię, doprowadzi wkrótce do kolejnej klęski i pogrąży Chiny w chronicznej zapaści. Dlatego też  jego następca (i ostatni chyba chiński satrapa wielkiego formatu) Deng Xiaoping obrał inny kurs polegający na szerszym otwarciu się na to, co dzieje się na świecie, wykorzystywaniu doświadczeń innych państw, większym poszanowaniu mechanizmów rynkowych, rozwijaniu gospodarki przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii… etc.
Dzięki temu, status państwowego rządcy, czyli Chińskiej Partii Komunistycznej, zaczął wyglądać cokolwiek cudacznie, zupełnie już w swojej marksistowsko-leninowsko-maoistycznej dogmatyce odrywając się od rzeczywistości, czyniąc tym samym z Państwa Środka jakiś bez mała schizofreniczny stwór, dziwaczną ustrojową hybrydę: państwo komunistyczno-kapitalistyczne, autorytarne, reżimowe, stanowiące dyktaturę jednej partii, de facto tylko nominalnie „komunistycznej”.
Oczywiście nie obyło się to bez ostrych spięć i mocnych tarć między bardziej konserwatywnym partyjnym „betonem” a (z pozoru) liberalnym odłamem reformatorów stawiających na wolny rynek, uaktywnienie „sił produkcyjnych, „wolną” konkurencję i ekonomiczne otwarcie się na świat. Ci ostatni np. w sposób sarkastyczny proponowali, by utworzyć specjalną strefę, „w której wprowadzono by w życie postulaty skrajnej lewicy, narzucając całkowite centralne planowanie, racjonowanie i kolejki po żywność, a także zakazano by zagranicznych inwestycji, nie wpuszczano cudzoziemców, natomiast mieszkańcom zabroniono by podróżowania czy wysyłania zagranicę” (autorem tych słów był wicepremier Tian Jiyun, który wyraziwszy to zapytał, czy lewaccy przywódcy byliby gotowi przeprowadzić się w takie miejsce).

Co przyniesie najbliższa przyszłość? Nie wiadomo. Według wracającego w ostatnich dekadach do łask Konfucjusza, nie da się zrozumieć przyszłości bez wiedzy o przeszłości. Jednak to, co się działo z Chinami w przeszłości, nie wróży w tym kontekście niczego dobrego. Lecz akurat nie dlatego, że państwo to już kilkakrotnie nie wykorzystało szansy, by stać się dominującym globalnie imperium (czego akurat nie powinniśmy sobie życzyć). Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w możliwości kolejnej, katastrofalnej destabilizacji i upadku giganta, co będzie tragiczne w skutkach nie tylko dla samych Chińczyków, ale i dla wielu innych ludzi na świecie.
A wbrew pozorom, Chiny dzisiejsze nie są państwem stabilnym. Wydaje się nam, że wszystko jest tam pod kontrolą, że sterowane jest wg kolejnego „mistrzowskiego” planu, jakiejś złotej reguły, która w sposób spektakularny i godny pozazdroszczenia prowadzi Chiny ku nowoczesności, czyniąc zeń państwo bogate, nowoczesne i potężne. Lecz jest to złudzenie. Mimo rozbudowywanego stale do niespotykanych dotąd rozmiarów aparatu represji (służby specjalne, policja, wojsko), monopolu władzy na „prawdę” i zawłaszczania historią, kneblowania ust dysydentom i opozycji, decyzyjnej centralizacji… władze chińskie nie panują jednak nad żywiołowo rozwijającą się gospodarką, nie mają jasnej koncepcji stabilizacji materialnej społeczeństwa, nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa socjalnego setkom milionów ludzi (dopuszczając do zwiększania się różnic społecznych, przez co przepaść między bogatymi a biednymi jest już w tej chwili kolosalna); w najmniejszym stopniu nie przeciwdziałają degradacji środowiska naturalnego… etc.

Pozycja Chin w dzisiejszym świecie jest wyjątkowa z wielu względów. Podobnie jak w przeszłości, nie da się do analizy tego kraju stosować tego, czym można było opisać rozwijające się państwa zachodnie, takie jak np. Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania – a tym samym przewidzieć mniej więcej w jakim kierunku zdąża.
Tę specyfikę Jonathan Fenby starał się ująć w swojej książce konkludując, że ustrojowo Chiny są „państwem kapitalizmu biurokratycznego, podpartego przemocą, oferującego obywatelom niewielką  ilość czasu wolnego, który mógłby zostać przeznaczony na promocję ludzkiego szczęścia na innej płaszczyźnie niż tylko pod kątem dochodu materialnego; (…) narodu, którego wpływy zmieniają cały świat, ale który pozostaje zupełnie niezgłębiony, a sami jego władcy zmagają się z kłopotami o bezprecedensowym wymiarze”, kończąc swoje obszerne dzieło słowami: „Chiny biorą na swoje barki odgrywanie głównej roli na scenie międzynarodowej, nie uporawszy się wcześniej z własną historią, która wciąż wyznacza przyszłość.”

Jeśli Konfucjusz miał rację.

*  *  *

Chińskie dzieci na szkolnym apelu (widok z hotelowego okna w Xi'an, zdjęcie własne)

*

DOPISEK: Powyższa nota o książce Jonathana Fenby’ego powstała jeszcze przed moim wyjazdem do Chin. Czy teraz – po powrocie stamtąd – napisałbym ją inaczej? Niewątpliwie tak, choć w ogólnych zarysach pozostałaby ona niezmieniona. Mam wrażenie, iż ten kilkutygodniowy pobyt w Państwie Środka był tylko czymś w rodzaju wprowadzenia do Chin, dotknięciem wierzchołka góry lodowej, liźnięciem jego powierzchni… Niemniej jednak dał mi poczuć smak tego kraju, pozwolił dostrzec jego specyfikę, „sznyt”, koloryt (ale także i szarość), a zetknięcie się… a właściwie bliższe poznanie kilku jego mieszkańców (wśród których znaleźli się głównie młodzi ludzie, tacy jak Hu Xin, Wang Xan Tang, Zhang Dan, Fang Ling, Song Shan Hu, jak również Tybetańczyk Pema) umożliwiło mi (do pewnego stopnia) wniknięcie w duszę i umysł konkretnego, prawdziwego człowieka. Zobaczyłem przy tym kilka rejonów Chin  – m. in. Pekin, Szanghaj, dawną stolicę cesarstwa Xi’an, Czengdu w Seczuanie, Guilin (wraz z rzeką Li i miastem Yangshuo)… Udało się nam również zrobić kilkudniowy wypad do Tybetu (Lhasa i okolice). Jednym słowem – wrażeń wywiozłem z tej podróży mnóstwo i mam nadzieję, że przynajmniej z kilkoma z nich zdołam się z Wami podzielić.

*