SCENY Z ŻYCIA (POZA)MAŁŻEŃSKIEGO, czyli soft-porno w wersji feministycznej (o filmie Małgorzaty Szumowskiej „SPONSORING” )

*

Z jednej strony trudno mi jest pisać o tym filmie, bo nie dostrzegłem w nim większej głębi ani treści istotnej – brakło mi w nim artystycznej klasy oraz intelektualnej nośności (więc istnieje pokusa, by ten film po prostu zlekceważyć, dojść do wniosku, że nie wart jest on uważniejszej recenzji – a przecież nie chcę tego robić).
Z drugiej zaś, aż nadto łatwe wydaje mi się wskazanie na jego słabe strony – na to wszystko, co według mnie w „Sponsoringu” nie zadziałało, co sprawiło, że film wydał mi się nietrafiony, nieudany, niewiarygodny… po prostu zły.
Pójdę więc chyba na kompromis i wymienię pokrótce te aspekty filmu, które wydają mi się szczególnie felerne – ale po uprzednim, uważniejszym jednak wglądzie i rozważniejszej refleksji.

*

1.

Większość z reżyserów wzbrania się przed tym, by wyjawić wprost tezę, jaka kieruje nimi przy tworzeniu filmu. A przecież bez tezy nie może powstać żadne dzieło artystyczne, a tym bardziej film. (Taki film bez tezy byłby po prostu filmem bez sensu – czymś w rodzaju bełkotliwej brei.) Jednakże Szumowska (w wywiadach) swojej tezy nie ukrywała. A i na podstawie tego, co widzimy na ekranie, możemy się domyślić, jaka też ona była: reżyserce chodziło o to, by (bez oceniania – co wielokrotnie podkreślała) przedstawić portrety kobiet „sponsorowanych” czyli sprzedających swoje usługi seksualne, jako kobiety niezależne, będące – wg słów samej Szumowskiej – „u władzy”, nie będące ofiarami, a wręcz przeciwnie: lubiące to (czyli uprawianie seksu za pieniądze) robić, czerpiące z tego przyjemność…
Czy jej to się jej udało? Moim zdaniem nie – i to zdecydowanie nie.
Bo przecież ewidentne jest dla nas, że te młode kobiety uzależniają się, choćby od pieniędzy swoich sponsorów – nie wspominając o przesiąkaniu prostytucją, która staje się swego rodzaju nałogiem i to znacznie poważniejszym niż palenie papierosów (to porównanie do palenia można w filmie usłyszeć parokrotnie).
Te kobiety nie są też „u władzy” (wręcz przeciwnie – są one na swój sposób „zniewolone”, choćby przez pewne mechanizmy społeczne, przez „chory” – jak się wyraża Szumowska – system; również przez swoją sytuację materialną, przez własne konsumpcyjne wymagania… etc.)
Są jednak również ofiarami: choćby społecznego ostracyzmu, zrywanych więzów z najbliższym otoczeniem (rodzina, partnerzy), poczucia winy (bo zmuszone są kłamać), wreszcie samego gwałtu per se (jak choćby w przypadku butelki Chyry).
Trudno mi też sobie wyobrazić, że przyjemnie jest tym kobietom uprawiać seks z obcym na dobrą (a raczej złą) sprawę facetem, zwykle znacznie od niej starszym, zupełnie jednak przypadkowym. Warto tu wspomnieć, że wszyscy mężczyźni w „Sponsoringu” zachowują się raczej żenująco (są ulegli, słabowici, miękcy, mazgajowaci) – co jest oczywiście arbitralnym wyborem autora scenariusza, czyli także samej Szumowskiej. Trudno mi uwierzyć w to, że te dziewczyny cieszą się tym seksem nawet wtedy, kiedy jakiś tatuś zechce na nich oddać mocz (o słynnej butelce Chyry – wpychanej im w odbyt – litościwie już nie wspominając).

2.

(niezaspokojona seksualnie) kobieta na skraju załamania nerwowego (Juliette Binoche w filmie „Sponsoring”)

Szumowska wielokrotnie podkreślała, że nie chciała swoich bohaterek oceniać. (Osobny tekst oraz dyskusję na ten temat przeczytać można TUTAJ.) W porządku – rzeczywiście takiego obowiązku nie miała. Ale czy jednak nie mamy prawa oczekiwać od każdego twórcy czegoś w rodzaju… hm… ustalenia etycznej bazy, ustawienia pewnej aksjologicznej perspektywy? W końcu każde prawdziwe dzieło sztuki pretenduje do tego, by nieść ze sobą jakieś moralne ziarno, posiadać etyczny rdzeń, bo tylko wtedy może mieć ono dla nas wartość kulturową, czasem nawet katarktyczną. Musi być czymś w rodzaju zakamuflowanego moralitetu, przesłania, bo inaczej pozostawi nas w jakiejś cywilizacyjnej próżni, tudzież w konsternacji, bo nie będziemy w stanie przejrzeć sposobu widzenia świata (i jego interpretacji) przez twórcę (a przecież wyrażanie siebie samego na tym właśnie polega: na wzajemnej relacji między nami a światem i innymi ludźmi – na konfrontacji naszych kulturowych status quo i przyjętych przez nas wartości).
A jak możemy określić nasz stosunek wobec zachowania innych ludzi bez jego oceny? Moim zdaniem jest to niemożliwe. Nie ma moralności bez oceniania. A ocenianie wcale nie musi być moralizowaniem.

Wróćmy więc do „Sponsoringu” i deklaracji reżyserki, że ona nie chce nikogo oceniać. Szkopuł w tym, że w wywiadach Szumowska wyraziła się dosłownie i jednoznacznie: swojej córce, pomysł oddania się sponsoringowej prostytucji, wybiłaby z głowy; podobnie jak swojemu synowi wydawanie pieniędzy na seks z uniwersytutką. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że uważa ona takie postępowanie za złe. Czyli jak to jest?: w swoim filmie pani Szumowska tego nie ocenia, ale jeśli chodzi o własną rodzinę, to uważa to za złe? Czyż nie jest to klasyczny przykład podwójnej moralności, a w konsekwencji – hipokryzji? Inne miarki przykłada się do siebie, a inne do drugiego człowieka.
Na jakim stanowisku stoi więc Szumowska? Cóż ona chce nam w swoim filmie przekazać, co udowodnić? To, że dawanie „d…y” za pieniądze to fun i coś, czego można pozazdrościć (jak zazdrości grana przez Binoche Anne dziewczynom, które to robią)? Kto się da na to nabrać oprócz tych, którzy w tę fantazyjną bajeczkę są w stanie uwierzyć?

3.

Czym jest tak naprawdę zafascynowana Anne? Co ją tak gwałtownie zmienia (w ciągu jednej doby!)? Co dobrego (albo złego) widzi ona w świecie uniwersytutek? Co ją w nim pociąga – oprócz chuci i seksu?
Trudno mi to pojąć i zrozumieć, bo sposób w jaki przedstawia ten świat Szumowska, czyni go moim zdaniem zupełnie czymś… nie tylko, że nie atrakcyjnym, co zdecydowanie wręcz odpychającym. I nie chodzi tu o to, że ta wizja jest niemoralna i że ja się przy niej oburzony i zgorszony trzęsę. Nie, to nie to. Ona jest po prostu dla mnie nieprzekonywująca. A nie jest to zarzut natury etycznej, tylko estetycznej. Prawdę mówiąc, nie przeszkadzałoby mi to, jeżeli twórca byłby libertynem (sytuacja byłaby przynajmniej jasna), albo nawet złym człowiekiem. Tutaj przeszkadza mi to, że twórca jest niestety… złym reżyserem.

Juliette Binoche stara się jak może, ale co może zrobić, skoro scenariusz wpycha ją w jałowe rozmowy (z dziewczynami) oraz w sytuacje, w których grana przez nią Anne zachowuje się co najmniej dziwnie, jeśli nie zabawnie? Czy takie naiwne pytania może zadawać rasowa, inteligentna reportażystka? Bez cienia krytycyzmu? Bez żadnej socjologicznej (ale i psychologicznej) głębi? Bez drążenia tematu? Bez chęci otrzymania odpowiedzi na pytanie: „dlaczego”? (A Anne się zachowuje tak, jakby prowadząc te wywiady, powodowana była tylko i wyłącznie voyeurystyczną ciekawością).
Poza tym: gdzie ona widzi romantyzm w tych – excuse my french – kurewskich schadzkach? (Scena, kiedy Anne wyobraża sobie, że podczas wspólnej kolacji ze znajomymi w jej domu, do stołu przysiedli się klienci uniwersytutek, jest wg mnie nader kuriozalna: to ma być ta alternatywa dla jej pustego ponoć la vie bourgeoise (Szumowska: „Ok, ja bywam mieszczańska, np. kiedy zajmuję się gotowaniem, swoim synem itd. Mam takie naleciałości, choć bardzo tego nie lubię.”) – cała ta galeria żałosnych typów, to alfonsowate panoptikum pretensjonalnych lovelasów i krypto-perwertów? (Ktoś napisał, że wszyscy ci mężczyźni są atrakcyjni… Niestety – a raczej na szczęście – nie dla mnie.)

Można zrozumieć to, że człowiek wyposzczony seksualnie (zwłaszcza jeśli posiada urodę i temperament Juliette Binoche), zdolny jest do czynienia największych głupstw, a nawet do desperacji, by głód seksu zaspokoić. Ale po co od razu dorabiać do tego jakąś wielką historię ze sponsoringiem i udawać, że się opisuje świat, którego tak naprawdę się nie zna, nie rozumie i zupełnie nie czuje?
Czy w tym wszystkim przypadkiem nie chodzi o coś całkiem innego?
Może o to, by na nośnym temacie przemycić film soft-pornograficzny – coś, co tak naprawdę zajmuje się niemal wyłącznie „d…ą Maryni”?

Seks za pieniądze – pożyteczny fun czy gra w rosyjską ruletkę? (Andrzej Chyra jako klient i Anaïs Demoustier jako żywa oferta)

4.

Dlaczego soft-porno? (Soft dlatego, że nie widzimy genitaliów aktorów, a porno?… to zaraz postaram się wyjaśnić.)
W jednym z wywiadów Szumowska rozbrajająco stwierdziła, że chciałby aby widzowie oglądający jej film w kinie, poczuli nagle chęć do tego, aby się kochać. Teraz może sobie poczytać, jakie odczucia wśród widzów oglądających jej sceny ukazujące seks przeważały: żenada, niesmak, niekiedy wręcz obrzydzenie… Ja jeszcze mogę dodać reakcję wielu widzów podczas projekcji filmu w Chicago: śmiech na sali. Być może Szumowska chciała nas sprowokować perwersją – ale wg mnie nawet ta jej perwersja jest sztuczna i aseptyczna, jak genitalia aktorów, którzy musieli przed zagraniem tych scen zakleić je jakimiś plastrami.
Swoją drogą, właśnie wtedy, kiedy kręci się film z intencją, aby przede wszystkim wzbudzić podniecenie seksualne widza, można to uznać za przesłankę do zakwalifikowania takiego obrazu jako pornograficznego. Erotyzm w kinie jest OK, ale kiedy nie angażuje naszych wyższych funkcji myślowych, to redukuje nas tylko do konsumenta pornografii, czyli do opanowanego popędem płciowym zwierzątka. To też jest (czasami) OK, ale w konsekwencji film, który to robi, musimy uznać nie za dzieło sztuki, tylko właśnie pornografii, bez jakiejś większej  intelektualnej czy duchowej wartości.
Z filmem Szumowskiej nie jest aż tak źle, ale jednak balansuje on na tej cienkiej granicy dzielącej pornografię jawną od zakamuflowanej.

5.

Tak się złożyło, że niemal w tym samym czasie co „Sponsoring”, pojawił się w kinach „Wstyd” – obraz także zajmujący się borykaniem współczesnego człowieka z seksem, ale w jakże odmienny sposób. Niestety, zestawienie obok siebie tych filmów tylko podkreśla przepaść dzielącą „Wstyd” od „Sponsoringu” – jeśli wziąć pod uwagę ich artystyczną klasę oraz zdolność potrząśnięcia wrażliwością i myśleniem widza. Także w filmie McQueena nie brakuje scen ukazujących seks w sposób „ostry” i nie zawoalowany. Jednak nie ma w nich krzty pornograficznej… nie wiem jak to nazwać… lubieżności, prostactwa – właśnie tej chęci epatowania erotyzmem dla samego efektu wzbudzenia podniecenia u widza. One są tam tylko po to, by łatwiej nam było wejść do wnętrza i psychiki bohatera – poczuć jego ból i poznać dramat człowieka, który ulegając seksualnej obsesji, niszczy siebie samego i swoje relacje ze światem. I McQueen też wcale nikogo tam nie ocenia – ale tak przedstawia sprawy, że to my oceniamy, choć też nie robimy tego wprost. Lecz oceniamy nie dlatego, że chcemy kogoś potępić za niemoralne czyny, tylko po to, by nazwać złem coś, co niszczy człowieka.
A filmie Szumowskiej? Szkoda jednak gadać. Anne też ogarnia seksualna obsesja, ale pokazuje się ją nam tylko po to, by ugloryfikować seksualne „wyzwolenie” uniwersytutek, które skądinąd dla nas widzów nie jest żadnym „wyzwoleniem”, ani tym bardziej czymś, co ma w sobie choć odrobinę glorii. To jest jednak porażka – nie tyle moralna, co właśnie artystyczna.

6.

Tytuł francuski filmu stanowi słowo „Elles”, czyli „One”. I to – nie tylko moim zdaniem – znacznie lepiej oddaje treść samego filmu, którą tak naprawdę nie jest jest zjawisko sponsoringu, lecz seksualność występujących w filmie kobiet. Moim zdaniem, jeszcze lepiej byłoby, gdyby film nosił tytuł „Ona”, bo właściwie tylko grana przez Binoche Anne stanowi centralną postać, która mogłaby uwiarygodnić dla nas cały film i to jego seksualne „halo” – gdyby tylko pozwolił jej na to scenariusz i dostarczył jej do tego kontekstu – pretekstu. Ale tak się niestety nie stało i dlatego Anne jak gdyby miotała się w pozbawionej większego sensu próżni. Szkoda mi było aktorstwa Juliette Binoche. Wydaje mi się że jej zaangażowanie w rolę wypływało nie tylko z tego, że jest ona profesjonalistką i perfekcjonistką – na pewno aktorką solidną i ponadprzeciętną – ale również z tego, że ona cały czas myślała, iż gra w lepszym filmie. A teraz, kiedy widzi gotowy efekt na ekranie, kiedy czyta w recenzjach, że wystąpiła w niewiele znaczącej wydmuszce, to może poczuć, że ktoś zawiódł jej zaufanie.
Podobnie zawiodła mnie Małgośka Szumowska, której „33 sceny z życia” rozbudziły we mnie pewne wobec niej – a właściwie wobec jej reżyserskiej kompetencji – oczekiwania. Miejmy nadzieję, że następnym razem będzie jednak lepiej.

„Sponsoring” – pusta i zimna mieszczańska wegetacja contra gorący, witalny i zmysłowy świat studenckiej prostytucji?

*

PS. Przeczytaj również poprzedni tekst nawiązujący do wywiadu z reżyserką M. Szumowską TUTAJ, a zwłaszcza dyskusję jaka się wywiązała pod tamtym wpisem.

*

*