„POWRÓT” – rzecz nie tylko o hipokryzji

.

Obca wśród „swoich” (Kadr z filmu „Powrót” Magdaleny Łazarkiewicz)

.

Tekst ten piszę na gorąco, zaraz po obejrzeniu najnowszego filmu Magdaleny Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, co pewnie będzie miało swoje zarówno dobre, jak i złe strony.
Dobre, gdyż według mnie pierwsze wrażenie liczy się najbardziej – a to jest jeszcze ciepłe (może nawet gorące), jak również autentyczne tudzież nie zepsute jeszcze zbytnio racjonalną deliberacją.
Złe, ponieważ moje ewentualne pomyłki – i naturalny w takich sytuacjach subiektywizm – mogą wystawić ten tekst (będący bardziej zapiskiem tego, jak odebrałem pewne aspekty filmu i jak je zobaczyłem w kinie, niż recenzją) na krytykę jego powierzchowności (której jednak będę się starał uniknąć) czy też przyczynkarskiego pisania ad hoc (które mimo to będzie chciało dotknąć sedna filmu).

Na początek muszę wyznać, że „Powrót” Łazarkiewicz dotknął mnie bardziej niż „Kler” Smarzowskiego – w tym sensie, że przejąłem się bardziej problemami etycznymi, jakie oba te filmy podejmują, nawiązując poniekąd do podobnej tematyki, którą jest kwestia ludzkiego zachowania się – oraz dokonywania wyborów – w pewnej przestrzeni społecznej, gdzie obowiązują normy i zakazy moralne (tutaj, w obu przypadkach: autoryzowane i sankcjonowane przez kościół katolicki, jak również uznawane za chrześcijańskie).
Przy czym, nie stało się tak bynajmniej dlatego, że nieśpieszny, stonowany i subtelny styl zastosowany przez Magdę Łazarkiewicz odpowiada mi bardziej, niż zdecydowany, mocny, wyrazisty, „męski” i gwałtowny sposób reżyserowania Wojciecha Smarzowskiego, który – jak sam przyznał – lubi „trąbić siekierą”, bo przecież obok kina „powolnego” (slow) lubię również rozbuchane filmowe fajerwerki w stylu np. ostatniego „Mad Maxa” (do czego przekonało mnie kiedyś kino chociażby Felliniego). Nie, tym razem poszło o coś innego: uważam, że jeżeli chodzi o spójność stylistyczną, to dzieło Łazarkiewicz bije na głowę obraz Smarzowskiego – to po pierwsze; po drugie zaś (i to jest dla mnie chyba ważniejsze), „Powrót”, mimo swojej minimalistycznej formy, bardziej kompleksowo ujmuje ludzką naturę i głębiej w nią wnika, niż trącący karykaturą i pastiszem, zrobiony mimo wszystko „pod publikę” (to tłumaczy zresztą frekwencyjny szał, jakiego byliśmy świadkiem w polskich kinach) oraz koniunkturalny politycznie „Kler”, który moim zdaniem był pod pewnymi względami filmem nieuczciwym, co wynikało z wrogości Smarzowskiego do Kościoła oraz jego stosunku do religii, uznawanej przez niego za przesąd i zabobon. (To – wobec deklarowanego przez niego ateizmu – nie powinno chyba dziwić, choć przecież od inteligenta obeznajmionego ze znaczeniem religii w ludzkiej kulturze i psychice, jak również mającego świadomość, że kultura ta nie może obyć się bez mitu, wymagać można czegoś więcej).
Ale zostawmy „Kler” Smarzowskiego, któremu i tak poświęciłem zbyt dużo miejsca i zajmijmy się obrazem Magdy Łazarkiewicz, który był dla mnie znacznie ciekawszym doświadczeniem – i to nie tylko psychologicznym oraz poznawczym, ale również estetycznym.
Bo w moich oczach forma tego filmu była nieskazitelna. Dawno nie widziałem filmu, w którym by wszystko tak świetnie „zagrało” – począwszy od jego strony wizualnej (kadry, które w dużej mierze historię „Powrotu” opowiadały), muzycznej (dźwięki dozowane dokładnie w takiej mierze, jak tego wymagały obraz i narracja); przez dość ascetyczne dialogi i zaskakująco dojrzałe aktorstwo (świetny pomysł reżyserki, by zatrudnić aktorów „nieopatrzonych” i „nieogranych”); po wątek fabularny, który był bardziej uniwersalną opowieścią o ludzkiej naturze, niż anegdotą ograniczoną do jakichś polityczno-społecznych lokalizmów (co na dodatek mogłoby psuć krew widzowi).

Przede wszystkim film znakomicie rozwijał się fabularnie – zrazu bardzo powściągliwie, nieśpiesznie, subtelnie – przygotowując grunt pod dramatyczną opowieść, która stopniowo do nas docierała i w końcu nami porządnie wstrząsnęła. To wielka sztuka stworzyć coś, w czym stonowanie i niuansowość kończy się takim szokiem.

Odrzucona (Sandra Drzymalska)

Historia dziewczyny, która po kilku latach nieobecności, wraca do domu, gdzie musi się mierzyć zarówno z niechęcią własnej rodziny, jak i z ostracyzmem małomiasteczkowej społeczności (wszyscy wiedzą, że na Zachodzie „zatrudniona” była jako prostytutka w burdelu), wydaje się prosta, może nawet banalna, jednak po jakimś czasie dociera do nas jej tragizm, a razem z nim wręcz epicki wymiar tego, co w rzeczywistości dzieje się w relacjach ludzi pojawiających się przed nami na ekranie. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że skala tego dramatu – mimo wątku zajmującego się z pozoru zwyczajnymi ludźmi i osadzonego w jakiejś pipidówie – w końcu zaczyna przypominać ciężar antycznej tragedii, gdzie człowiek dręczony jest przez siły wyższe i silniejsze od niego, jak również poddawany cierpieniu, które trudno znieść.

Tak więc, to nie tylko opowieść o ludzkich słabościach i hipokryzji, ale i o niemożności ucieczki przed naszą La Condition Humain, która jest taka sama na wszystkich kontynentach – we wszystkich religiach, narodach i społecznościach – bez względu na Opatrzność (czy też jej brak) różnych bóstw i bogów, jakich stworzył człowiek, i jacy, być może, stworzyli człowieka.
Mimo swego uniwersalizmu, film jest mocno osadzony w środowisku, gdzie dominuje religia katolicka. Wszystko co się w nim dzieje, dzieje się wśród ludzi, którzy są chrześcijanami – a to ustawia ich zachowanie i dokonywane przez nich wybory (tutaj zresztą pojawia się dylemat, na ile te wybory są suwerenne i świadome) w konkretnej perspektywie światopoglądowej i etycznej. Krzyż jaki pojawia się w wielu scenach (moim zdaniem zbyt często) służy właśnie wyraźnemu określeniu takiej, a nie innej kulturowej przestrzeni, w jakiej umieszczeni są ukazani na ekranie ludzie. Nie jestem jednak pewien czy ów zabieg stosowany jest bardziej po to, by zwiększyć dramaturgiczne napięcie, czy też po to, by denuncjować katolicką istotę hipokryzji i zakłamania, w jakich żyje nie tylko rodzina głównej bohaterki, ale i cała małomiasteczkowa społeczność, której owa rodzina jest częścią.
Jest jednak coś, co mi w filmie nieco przeszkadza, a co uświadomiłem sobie post factum mojego doświadczenia w kinie. Otóż pewne motywy filmu wydają mi się niezbyt realistyczne. (Tutaj ostrzegam przed spojlerami). Mimo świetnej kreacji Agnieszki Warchulskiej (która grała matkę dziewczyny) nie przekonywała mnie jej podwójna natura zakonnicy-kochanki, jak również matki, która z jednej strony nie pozbawiona jest macierzyńskiego instynktu, z drugiej zaś odrzuca swoją córkę i skazuje ją de facto na zatracenie i cierpienie. Jest to po prostu nieludzkie i nie mogę sobie wyobrazić tego, żeby takiego postępowania nie osądzić i nie potępić.
Pewnym nadużyciem wydało mi się również to, że akurat w momencie, kiedy (skądinąd dobry i niegłupi ksiądz) ma odprawić najważniejsze dla chrześcijan nabożeństwo w roku (tutaj związane z rytuałem Paschal Triduum), nachodzi go nie tylko ochota, żeby się w sztok upić, ale również to, żeby się z żoną swojego brata (excuse my French) pieprzyć. Teraz wydaje mi się to nie tylko mało realistyczne, ale i pretensjonalne, niemniej jednak w kinie ta sekwencja zrobiła na mnie odpowiednie wrażenie, podbite wspaniałą sceną wchodzenia ludzi do kościoła, wśród palących się kaganków i zniczy – i przy dźwiękach przejmującej do szpiku kości pieśni.

Magdalena Łazarkiewicz po projekcji swojego filmu na Festiwalu w Chicago (nota bene przyjętego oklaskami, jak chyba żaden film tego przeglądu), zaznaczyła, że nie chciała w nim nikogo osądzać. Muszę się przyznać, że za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego z ust twórcy (literata, scenarzysty czy reżysera), nie za bardzo temu dowierzam, bo trąci mi to mimo wszystko pewną hipokryzją. Otóż wydaje mi się, że to właśnie moralna wrażliwość powoduje, że kręci się taki a nie inny film, pisze się taką a nie inną książkę – i te utwory, tak naprawdę, są bardziej lub mniej ukrytym moralitetem. I takim moralitetem jest bez wątpienia „Powrót”, którego rdzeniem jest właśnie niemożność sprostania etycznemu kodeksowi, jaki obowiązuje w środowisku ukazanych w tym filmie ludzi – czy to przez wygórowane wymogi tegoż kodeksu, czy też przez zwykłą ludzką słabość, moralną niechlujność, pożądliwość, bylejakość, zaniechanie, wyparcie, fasadowość, zakłamanie… W takim przypadku hipokryzja, będąca przecież dramatycznym jądrem filmu Łazarkiewicz, wynika bardziej z ludzkiej ułomności niż nikczemności – i ogólnie: jest przywarą uniwersalną osobników Homo sapiens, a nie tylko specjalnością katolików (mam nadzieję, że tego ostatniego nie sugerowali twórcy filmu).
Lecz ja rozumiem tę deklarację reżyserki, która starała się zachować pewną neutralność w ukazywaniu swoich bohaterów, nie osądzając ich wprost i co ważniejsze: nie sugerując żadnego osądu widzowi, (który i tak – nie czarujmy się – osądzi bohaterów po swojemu, bo widz – a ogólnie człowiek – już tak ma, że jest chodzącym sędzią innych ludzi). Myślę, że Łazarkiewicz się to udało, bo w jej filmie nie ma cienia „reżyserskiego” moralizatorstwa, które by wskazywało palcem (czy też raczej kamerą) winnego.

„Powrót” to chyba najlepszy film w dorobku Magdaleny Łazarkiewicz. A jest ona przecież twórczynią doświadczoną, która zdolności reżyserskie zaprezentowała już w swoim pamiętnym debiucie fabularnym, jakim był „Ostatni dzwonek” z 1989 roku. Jest to również – w moich oczach – jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem ostatnimi laty.
Nie dzieje się dobrze w świecie kina, kiedy tak znakomite obrazy przemykają się gdzieś jego obrzeżami, tylko dlatego, że nie mają dostatecznie rozkręconej promocji (czego najczęstszą przyczyną jest prozaiczny brak pieniędzy), w przeciwieństwie do innych filmów, za którymi stoi już wielka mamona, dzięki czemu trafiają one do świadomości bez porównania większej liczby widzów – czy na to zasługują, czy nie – czasami wywołując wręcz frekwencyjną biegunkę, a nawet wzmożone zachwyty krytyków (jak to było ostatnio w przypadku choćby „Kleru” czy „Zimnej wojny”).

Wśród filmów, jakie udało mi się obejrzeć na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, zaskoczyły mnie zwłaszcza dwa – właśnie „Powrót” Magdy Łazarkiewicz oraz najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej „Fuga”. Tak się złożyło, że mają one ze sobą wiele wspólnego: oba są znakomite, prowadzone w podobnie powściągliwym, subtelnym i zniuansowanym stylu – oszczędne w środki wyrazu a zarazem mocne, no i – last but not the least – opowiadają bardzo podobne historie kobiet (w jakiś sposób zmaltretowanych, lecz mimo to zachowujących nie tylko swoją kobiecość, ale i godność), które pojawiają się nagle w swoim środowisku „znikąd” i muszą walczyć o własną pozycję i tożsamość. Warto zaznaczyć, że są to filmy zrobione przez kobiety (w szerszym, nie tylko reżyserskim sensie), ale nie tylko dla kobiet – i wcale nie w feministycznym tonie. Tym, co je łączy jest więc nie tylko kobieca wrażliwość i solidarność, ale i wyczulenie na los człowieka w jego relacji z innymi ludźmi – i to bez względu na płeć czy seksualność.

*  *  *

Co się kryje za fasadą życia rodzinnego?

KARSKI

Jakim człowiekiem był słynny emisariusz? Czy dowiadujemy się tego z filmu Magdaleny Łazarkiewicz?

.

Jan Karski

Jan Karski

Magdalena Łazarkiewicz o intencjach jakie nią kierowały, kiedy zaczęła pracować nad swoim filmem o Janie Karskim: „Chodzi nam o to, żeby postać Karskiego przefiltrować przez wrażliwość współczesnego widza, pokazać go poprzez optykę młodych ludzi, realizatorów filmu o Karskim, którzy z różnych pobudek podejmują się realizacji filmu o nim, a stopniowo, coraz bardziej, ta realizacja zahacza się o ich własne życiowe wybory a dylematy współczesnego świata niebezpiecznie rymują się z realiami ‚tamtych’ czasów.”
Uważam, że pomysł był świetny. A jaki jest rezultat?
Film Łazarkiewicz tak naprawdę był realizowany jako telewizyjny spektakl teatralny, więc już sam ten fakt ma swoje konsekwencje – choćby w pewnej ograniczoności środków wyrazów, w sposobie gry aktorów, skrótowości i doborze wątków… etc. – bo to jest forma w zasadzie kameralna, utrudniająca nieco szerszy oddech (o fabularnym „rozmachu” nie może więc być mowy). Ale to wszystko nie determinuje przecież tego, że tak realizowany film nie może być dobry. Nie chodzi tu więc o kwestionowanie wyboru takich a nie innych środków formalnych – bo te jeszcze nie przesądzają niczego – a o ostateczny efekt.

„Karskiego” oglądałem z zainteresowaniem i już to świadczy na jego korzyść. Teraz się jednak zastanawiam nad tym, czy powodem tego była sprawna egzekucja tematu przez twórców filmu, czy też sam temat, bo przecież Karski jest postacią intrygującą, wręcz legendarną i niewątpliwie kontrowersyjną, a ponadto jego niezwykłe życie i działalność wiąże się z kwestiami, które dla mnie osobiście zawsze były ważne. Chodzi o faszyzm, komunizm i masowe ludobójstwo jako produkty zachodniej cywilizacji; dokonywanie przez ludzi moralnych wyborów w warunkach ekstremalnych, jakie kreuje wojna, obóz koncentracyjny czy też inne rodzaje niewolenia człowieka przez człowieka (wliczając to reakcję świata – zarówno zwykłych ludzi, jak i ówczesnych politycznych liderów – na Holokaust).

Narracja w filmie przebiega raczej płynnie, co moim daniem jest zasługą nie tylko dobrego scenariusza, ale i montażu. Wizualnie i dźwiękowo obraz wydaje mi się bez zarzutu, gra aktorska jest poprawna (choć nie przekonała mnie do końca kreacja Łukasza Simlata, aktora skądinąd wszechstronnego i utalentowanego, wcielającego się w postać Karskiego, być może dlatego, iż można ją było konfrontować na bieżąco z autentycznym Karskim pojawiającym się równolegle we fragmentach dokumentalnych włączonych do filmu). Wątek współczesny dość zgrabnie jest wpleciony w stopniowe odkrywanie Karskiego przez młodych ludzi, którzy chcą uchwycić istotę tego człowieka – jego osobowość, charakter i Tajemnicę – i przedstawić to w swoim filmie o nim. Wszystko to działa mimo pewnej schematyczności (można ją nazwać publicystyczną) w wyłuskiwaniu i akcentowaniu owych „dylematów współczesnego świata”, o jakich mówiła reżyserka filmu, odnoszących się np. „faszyzacji” polskich „narodowców”, do wojny na Ukrainie, do problemu uchodźców, czy nawet do zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonej oraz faktycznego rozniecania i podsycania konfliktów zbrojnych w różnych rejonach świata przez Zachód.

Nic właściwie nie mam przeciwko temu misz-maszowi wypełniającemu film Magdy Łazarkiewicz, jednakże pewne zastrzeżenia budzi we mnie obraz Jana Karskiego, jaki pokazują nam na ekranie jego twórcy. Obraz, który niby jest nakreślony i widoczny, ale mało jednak (jak na moje oczy) wyraziście i przekonująco.
Być może jest w tym pewna konsekwencja, bo przecież na samym początku filmu widzimy, że nawet filmowy reżyser, który ma – nota bene z okazji Roku Jana Karskiego – nakręcić o nim film, chce z tego zrezygnować ponieważ, mimo przedarcia się przez wszystkie możliwe dokumenty i materiały o Karskim, nadal nie może uchwycić tego, kim Karski był naprawdę: czy był bohaterem i zwycięzcą, czy też człowiekiem, który poniósł fiasko, bo nie uratował ani jednego Żyda, ani nawet nie zabił żadnego Niemca (nigdy nie biorąc udziału w bezpośredniej walce z bronią w ręku). Muszę przy tym zaznaczyć, że te ostatnie argumenty, mimo, że były podnoszone przez samego – wątpiącego w swój sukces – Karskiego, do mnie nie przemawiają, ale uzasadnienie tego zajęłoby tu zbyt dużo miejsca.

Magda Łazarkiewicz (przypominam: siostra Agnieszki Holland, reżyserki filmu „W ciemności” również nawiązującego do Holokaustu) i współtwórca scenariusza Dominik Rettinger, skupili się wyraźnie na wątku żydowskim w misji Karskiego lecz musimy pamiętać, że nie tylko on był przedmiotem tej misji, o czym wyraźnie mówi w jednym ze swoich wywiadów sam Karski. Bowiem na sercu leżały mu także inne sprawy polskie: losy całego społeczeństwa, problem Polskiego Państwa Podziemnego, zagrożenie komunizmem, kwestia granic powojennej Polski i suwerenności naszego kraju. W pewnym sensie misja Karskiego została niejako „zawłaszczona” – głównie przez środowiska żydowskie w Ameryce i słynnego dokumentalistę Lanzmanna – sprowadzona do jednego tylko wątku: zagłady Żydów w Polsce i próby uświadomienia tej tragedii obojętnemu na nią Zachodowi. Zresztą, w taki rodzaj narracji dał się uwikłać sam Karski, który na dodatek zaczął usprawiedliwiać europejski porządek pojałtajski, przez co popadł w konflikt z Kongresem Polonii Amerykańskiej i samym Janem Nowakiem Jeziorańskim.

Tak więc, jest sporo sprzeczności w postawie (czy też raczej postawach) Karskiego, który miał tendencje do pewnej mimikry – przystosowywania się do zmieniającego się środowiska, do zmieniającej się historycznej narracji, czy wreszcie do mitologizacji samego siebie (wbrew temu, że werbalnie własną osobę umniejszał).
Wprawdzie ten, jak najbardziej potrzebny film Łazarkiewicz zdołał uniknąć pułapki uczynienia z Karskiego postaci „większej jak życie”, ubohaterowienia go ponad miarę (co w pewnym sensie by go odhumanizowało), to jednak nie do końca uczynił z niego pełnego człowieka, gdyż nie podjął kilku istotnych wątków jego życia oraz pominął pewne charakterystyczne cechy jego osobowości, które jednak rzucają się w oczy, kiedy oglądamy autentyczne zapisy wystąpień Karskiego. Zawsze jednak można do nich wrócić i postarać się samemu o poznanie i zrozumienie tego wyjątkowego człowieka. Wszak ostatnie zdanie zawsze należy do widza.

.

Jakie są reakcje prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

Jakie są reakcje politycznych prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

.

UWAGA: Film obejrzany w ramach rozpoczętego niedawno w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

„TRZY MINUTY. 21:37”, „KI”, „MÓJ BIEGUN”, „MARATON TAŃCA”, „UWIKŁANIE”…

… o filmach 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. II

Dramatycznie, groteskowo, komicznie i tragicznie – „Trzy minuty” z życia „papieskiego” kraju

*

„TRZY MINUTY. 21:37” (reż. Maciej Ślesicki)

** * * * * *

Nie czarujmy się: wszystko najpierw czujemy „trzewiami”. Zwłaszcza jeśli chodzi o odbiór sztuki: muzyki, malarstwa, filmu (o naszych partnerach seksualnych nie wspominając)… Dopiero później zaczynamy „kombinować” intelektualnie, zaprzęgając do tego naszą wiedzę i konfrontując to z wyznawanym przez nas systemem etycznym, uświadomionymi preferencjami estetycznymi, wymogiem sytuacji, kontekstem środowiskowym i względem behawioralnym. Innymi słowy, zaczynamy ten nasz pierwotny, instynktowny (czyli w samej swej istocie irracjonalny) odruch racjonalizować: motywować, usprawiedliwiać – a tym samym starając się go przyswoić i zrozumieć.
Taka to refleksja przyszła mi do głowy, kiedy zacząłem myśleć o obrazie Macieja Ślesickiego„Trzy minuty. 21:37” – filmie, który bez wątpienia może człowieka „porwać”.

Tytuł nawiązuje do apelu o to, aby na trzy minuty wygasić w Polsce światło, zatrzymać zegary, wyciszyć się i oddać hołd komuś, kogo prawie cały świat uznał za Wielkiego Człowieka. I aby uczynić to dokładnie o 9:37 wieczorem – w godzinie śmierci Jana Pawła II.
Nic dziwnego, że skoro wiedziało się o tej przesłance twórców filmu, to można się było spodziewać jakiegoś zbiorowego portretu Polaków, pochylonych nad uwielbieniem i czcią dla „naszego” Papieża, a tym samym nawiązującego do „bogoojczyźnianych” stereotypów i odmalowanego raczej na kolanach. Nic z tego. Ja osobiście nie dałem się zwieść, oczekując raczej czegoś wręcz przeciwnego: ukazania, że ta śmierć tak naprawdę niewiele w naszym kraju zmieniła, że kult Jana Pawła II jest czymś powierzchownym, że jego nauki na nasze zachowanie nie mają większego wpływu – czyli że zło i mizeria, ludzka słabość i nikczemność nadal będą nas dotykać. I te moje oczekiwania jednak się sprawdziły. Nie spodziewałem się jednak tego, że przedstawi mi się to wszystko na ekranie w tak absorbujący sposób.

Wszyscy bohaterowie na zakręcie („Trzy minuty. 21:37”)

Powiedzmy sobie szczerze, że wśród postaci, które spotykamy w filmie, nie ma raczej „przeciętnych” Polaków: reżyser – alkoholik (genialne bez mała wystąpienie Krzysztofa Stroińskiego), którego właśnie opuściła kolejna żona, co rekompensuje sobie romansem z kobietą młodszą od własnej córki; malarz-rozpustnik, który wskutek napadu i uderzenia pałą w głowę staje się „warzywem”, acz świadomym tego, co się wokół niego dzieje; były mistrz boksu a obecnie kłusownik, który żyjąc w nędzy opiekuje się małym chłopcem zafascynowanym koniem, jaki przypadkowo trafia do ich zagrody; wreszcie człowiek o dobrym i litościwym (dla zwierząt) sercu, który mści się na zimnej i bezdusznej państwowej biurokracji, niepostrzeżenie stając się przy tym mordercą…
Choć może się nam ten zbiór wydać cokolwiek kuriozalny, to jednak podchodząc do tych ludzi bliżej, dostrzegamy w nich cechy, które posiadają przecież wszyscy z nas – szeregowi przedstawiciele gatunku homo sapiens, zmagający się ze swoją egzystencją, tudzież obywatele takiego, czy innego kraju, którzy zmuszeni są do stawiania czoła panującej w nim rzeczywistości społecznej i politycznej.

W filmie prowadzonych jest kilka równoległych wątków – opowiadane historie tylko w pewnych momentach nawzajem się przenikają, stanowiąc w zasadzie odrębne całości. A podane jest to w sposób przypominający narrację do jakiej przyzwyczaili nas w kinie choćby Alejandro González Iñárritu , czy wcześniej Robert Altman, a w ubiegłym roku Paweł Borowski, który w znakomity sposób wyegzekwował ją w swoim świetnym „Zerze”. I choć „Trzy minuty” pozbawione są wirtuozerii tamtych utworów, to jednak sprawdzają się w filmie Ślesickiego całkiem nieźle, przydając mu walorów intrygującej – chwytającej nasze oko i uwagę – kolorowej i mimo wszystko dość zgrabnie poukładanej mozaiki.
Lecz tym, co w „Trzech minutach” jest wyjątkowe, to jego wielki potencjał emocjonalny, wyzwalający się zwłaszcza w kilku genialnie sprokurowanych przez twórców scenach. Należy do nich choćby monolog sparaliżowanego, a pomstującego Bogu i ludziom Bogusława Lindy, który w sposób przejmujący – buntowniczy i bezceremonialny, a zarazem ludzki i uległy – wspina się nim na wyżyny aktorskiej recytacji. Według mnie monolog ów to takie małe mistrzostwo świata.

Lecz wróćmy jeszcze na koniec do wątku „papieskiego”. Z tego co wiem, film raczej nie miał w kraju dobrej „prasy”. Czyżby właśnie przez to, że niejako zakpił z religijnych oczekiwań Polaków spodziewających się podejścia do podobnego tematu na klęczkach? Jak się dowiaduję, premierę filmu zapowiedziano dokładnie na dzień, będący kolejną rocznicą śmierci Papieża, a ponadto producenci zwrócili się do władz kilkudziesięciu największych miast Polski, by 2 kwietnia, dokładnie o 21:37, zatrzymali na 3 minuty ratuszowe zegary. Jakąż niespodzianką wobec tego musiał być dla wszystkich film – zgoła mało święty, a być może nawet i (dla wielu) obrazoburczy!?
Cóż, nie mnie jest ten „chwyt” – najprawdopodobniej par excellance marketingowy – osądzać. Choć, jeśli to prawda, to był to chyba jednak taki szturchaniec poniżej pasa. Co nie zmienia faktu, że film  można zaliczyć do najciekawszych tytułów roku.

„KI” (reż. Leszek Dawid)

** * * * * *

Jaka jest współczesna Matka-Polka? („Ki”)

Zwracający uwagę debiut fabularny dokumentalisty Leszka Dawida, który pokazuje nam na ekranie swoją wersję współczesnej Matki Polki – młodej kobiety samotnie „wychowującej” dziecko. Użyty przeze mnie cudzysłów nie ma jednak w sobie nic ze złośliwości, choć rzeczywiście postępowanie Ki wobec własnego dziecka jest bardziej żywiołem wynikającym z niepozbieranej, roztrzepanej acz rozbrajającej i obdarzonej niewątpliwym urokiem osobowości Ki, niż jakimś metodycznym, bardziej świadomym, odpowiedzialnym, skupionym na dobru dziecka sposobem wychowania.

Ki nie ma wyraźnie szczęścia do mężczyzn – począwszy od własnego ojca (którego widuje tak gdzieś… jak sama mówi: „dwa razy na 20 lat”); poprzez ojca jej dziecka, niedojrzałego, nerwowego i nie mogącego nawiązać z nią (ani z synem) żadnej bliższej relacji; po małomównego, zamkniętego w swoim świecie współlokatora, który zupełnie zdaje się nie zwracać uwagi na jej nietypowy wdzięk i niewątpliwą kobiecość.
Ale Ki się nie poddaje. „Zwalając” swoje obowiązki rodzicielki na kogo się da, bezceremonialnie wchodząc w paradę ludziom, którzy ją otaczają – stara się coś jeszcze (poza swoim uwiązaniem do macierzyństwa) robić. Z tym, że to też jej za dobrze nie wychodzi: nadal chce się bawić (w towarzystwie dość podejrzanych „koleżanek z klubu”), pić i palić (niebezpiecznie blisko uzależnionych narkomanów), pracować (tyle że swoim ciałem – pozując nago w malarskim atelier, albo nawet tańcząc, też nie do końca ubrana, na rurze)… Innymi słowy: wszystkie te jej wysiłki są lekko niewydarzone i raczej nietrafione.

Wygląda na to, że Roma Gąsiorowska trafiła tą rolą w swój kobiecy typ idealnie – jej aktorskie emploi mogło tutaj dosłownie… jeśli nie eksplodować, to przynajmniej rozkwitnąć, dając nam obraz kobiety, której postępowanie może irytować i wydawać się czymś nieznośnym, ale obdarzonej przy tym swoistym urokiem, barwnością, spontanicznością i otwartością, które to cechy sprawiają, że właściwie wszystko możemy jej wybaczyć. Cóż… najprawdopodobniej każda inna osoba, pozbawiona jej aparycji, sex-appealu, tudzież innych atrybutów atrakcyjnej kobiecości, ale zachowująca się tak samo, miałaby by u nas (a zwłaszcza wśród otaczających ją ludzi) po prostu „przechlapane”. Ki, prawdę powiedziawszy, też ma „przechlapane”, ale jest to „przechlapane” inaczej.
Inaczej, bo – wbrew plakatowym ostrzeżeniom sloganu reklamującego film („nie polubisz jej”) – my, widzowie, jesteśmy ją w stanie polubić… a przynajmniej polubiłem ją ja.

„MÓJ BIEGUN” (reż. Marcin Głowacki)

** * * * * *

Zdobyć biegun – wygrać życie („Mój biegun”)

Wprawdzie decydując się na obejrzenie filmu Marcina Głowackiego spodziewałem się zupełnie czegoś innego, to okazało się, że w swojej klasie jest to pozycja bardzo dobra – sprawnie zrealizowana, świetnie zagrana, nieźle napisana, zajmująco opowiedziana, emocjonalnie trafiona…
Czego się spodziewałem? Tytuł – jak również informacja, że jest to opowieść o najmłodszym, a  przy tym jedynym niepełnosprawnym zdobywcy bieguna północnego – mógł sugerować, że oto czeka mnie film ukazujący młodego człowieka, który przezwyciężając własne kalectwo, przygotowuje się do wyprawy na biegun, następnie go zdobywa – przy pomocy zresztą (jak to było w rzeczywistości) słynnego polarnika Marka Kamińskiego. Lecz okazało się coś innego: informacja o zdobyciu bieguna przez naszego bohatera pojawia się na samym końcu filmu, podobnie nazwisko Kamińskiego możemy zobaczyć dopiero w napisach końcowych.

Co ciekawe, nie byłem tym zawiedziony, gdyż przez półtorej godziny działy się na ekranie rzeczy równie ciekawe, jak ewentualne wątki polarne. Zobaczyłem mianowicie poruszającą historię rodziny, która stawia czoła nieszczęściom, jakie ją spotykają (utrata 7-letniego syna, który topi się w jeziorze, a następnie wypadek drugiego syna, który porażony prądem staje się częściowo sparaliżowany, tracąc przy tym rękę i nogę). Rodzice borykają się ponadto z własnymi problemami psychicznymi i napiętymi relacjami, jakie między nimi istnieją. Chodzi tu zwłaszcza o ojca chłopców, który własne złe doświadczenia z dzieciństwa (despotyczny ojciec) przenosi na swój stosunek do okaleczonego syna.
Okazuje się, że niepotrzebna była żadna egzotyczna tematyka biegunowa, by zaprzątnąć naszą uwagę, w sposób wiarygodny i przejmujący przedstawiając złożoność zachowań ludzi doświadczanych dotkliwie przez spadające na nich nieszczęścia.
Do Magdy Walach mam pewną słabość co najmniej od czasu kiedy usiadła mi na kolanach w czasie krakowskiego spektaklu opartego na sztuce Tennessee’go Williamsa „Tramwaj zwany pożądaniem”, (gdzie grała pełną temperamentu i erotycznego uniesienia Blanche). Ale w „Moim biegunie” zagrała z takim polotem i zręcznością, że mój podziw dla jej aktorskich możliwości wzrósł jeszcze bardziej. Dla mnie to była czysta przyjemność patrzeć na jej grę – ten jej zwiewny i lekki sposób poruszania się, zupełnie przypominający taniec. Ale dobrze zagrali też w tym filmie inni – Bartłomiej Topa (w roli ojca) a zwłaszcza odtwarzający postać  niepełnosprawnego chłopca Maciej Musiał. W sumie „Mój biegun” jest filmem jak najbardziej wartym uwagi.

„MARATON TAŃCA” (reż. Magdalena Łazarkiewicz)

** * * * * *

Czasem słońce, czasem deszcz – czyli polski prowincjonalny misz-masz tragikomiczny („Maraton tańca”)

Przyznam się, że czuję się nieco bezradny chcąc napisać o najnowszym filmie Magdaleny Łazarkiewicz „Maraton tańca”, bo oglądając film doznawałem skrajnie odmiennych wrażeń, choć nie były to wrażenia burzące we mnie krew ani też rozpętujące w mojej głowie jakąś większą nawałnicę myśli. Tak więc, owe wrażenia mieściły się na skali od lekkiego zażenowania (grubą kreską kreślone postaci, niewybredny humor, stereotyp prowincjonalnego badziewia, słownikowe prostactwo, w którym rozbawiać nas ma samo słowo na k…, byle tylko wypowiedziane zostało przez księdza, rzucone przez utytłanych w błocie braciszków lub zakonnicę z dzieckiem); przez cichą satysfakcję uczestnictwa w karykaturze i grotesce (ciut, ciut powiało „Weselem” Smarzowskiego, choć oczywiście ciężar tych filmów jest zupełnie inny); po pewne rozbawienie w momentach, kiedy widownia (wraz ze mną) wybuchała  śmiechem – i to właściwie do końca nie wiadomo  dlaczego.

Jeśli komuś przyjdzie oczekiwać po tym filmie gorzkiego egzystencjalnego spleenu „Czyż nie dobija się koni” Sydney’a Pollaca, albo ironicznej acz ciepłej i przychylnej swojemu prowincjonalnemu panoptikum „Pali się moja Panno” Formana, to nie tędy droga. „Maraton” nie jest tam żadnym filmem amerykańskim, ani nawet nie jest filmem czeskim (nad czym – jak zauważyłem – niektórzy z jego komentatorów nieco złośliwie ubolewali). Jest natomiast pewnym pomysłem, który chciała urzeczywistnić na dużym ekranie zdolna reżyserka. Ale wygląda na to, że wszystko jej się zaczęło z rąk wymykać i oto w efekcie otrzymaliśmy patch-work, niezbyt, powiedzmy sobie szczerze, stylistycznie spójny.
Kiedy myślę o tym filmie, to jakbym ponownie wysypywał przed sobą worek pełen różnych różności, gdzie bez większego ładu i składu, w dość przypadkowym sąsiedztwie, znalazły się zarówno niezłe artystycznie cacka, jak i nadto odpustowe świecidła. Bo jest w filmie Łazarkiewicz i spora doza romantyzmu i lekkie dotknięcie dramatu, trochę fatalnego tragizmu i duża domieszka farsy; jest realizm zgrzebny, ale też i ten bardziej magiczny… jednym słowem misz-masz taki, że aż cud, że to wszystko trzyma się jednak kupy, w jakiś przedziwny sposób ze sobą współgrając – i że z zabawy tym wszystkim można mieć niejaką frajdę.
Czy frajdę miałem ja? Częściową. Czy frajdę miała chicagowska publiczność? Chyba jednak tak, bo i śmiech na sali… był słyszalny dość często, a i uwagi jakie do mnie dotarły po projekcji, były raczej filmowi przychylne.
Jednym słowem, da się ten „maraton” nie tylko wytrzymać, ale i całkiem  nieźle nim zabawić.

„UWIKŁANIE” (reż. Jacek Bromski)

** * * * * *

Kryminał po swojsku – czyli haki, teczki, była esbecja i szemrane spółki („Uwikłanie”)

Podobno ci, którzy nie czytali książki Zygmunta Miłoszewskiego, na podstawie której Jacek Bromski i Juliusz Machulski napisali scenariusz do „Uwikłania”, mają czego żałować, bo film – zdaniem tych, którzy ten kryminał znają – nie oddaje jednak autentyzmu, klasy i wiarygodności powieści.
Nie wiem, książki nie czytałem, więc zostawiam te dywagacje innym. Jednak mogę się zgodzić z tym, że film Jacka Bromskiego rzeczywiście kuleje pod względem wiarygodności przedstawianych tam zdarzeń, jak również autentyzmu – zarówno występujących w nim postaci, jak i rzeczywistości, w jakiej są oni umieszczeni.
Poza tym „Uwikłanie” wydaje mi się być produktem na wskroś komercyjnym, które w ładnym opakowaniu i atrakcyjnej formie chce sprzedać rozrywkę jak największej ilości odbiorcom. A to mnie nieco do filmu dystansuje. Tym bardziej, że odnoszę wrażenie jakby kryło się za tym lekceważenie potencjału inteligencji bardziej wymagającego widza, który gotów jest na „Uwikłanie” spojrzeć nieco wnikliwiej i być może bardziej krytyczniej.

Jednym słowem „Uwikłanie” zawodzi. A szkoda, bo film miał potencjał – jeśli chodzi o treść i formę – niezgorszy: znakomitą obsadę (Seweryn, Adamczyk, Stenka, Łukaszewicz, Pieczyński, Stroiński, Globisz… ), jędrne ciało Maji Ostaszewskiej i aparycję Marka Bukowskiego; intrygujący wątek kryminalny i bogate tło społeczno-politycznych zawirowań w Polsce ostatniego czasu; dalej: sprawnego niewątpliwie reżysera (Bromski) i lotnego szefa produkcji (Machulski). Lecz niestety, w filmie nie zdołano tego w pełni wykorzystać. No… może z wyjątkiem pięknego, seksownego ciała pani Ostaszewskiej. Przy czym trudno nie zauważyć, że był to chyba jedyny powód, dla którego z książkowego prokuratora Szackiego zrobiono prokuratorową Szacką – bo zwykle nagie kobiece ciało lepiej się prezentuje na ekranie (nie wspominając już o tym, że jednak lepiej też się w tym kinie sprzedaje).

Jednak wszystko byłoby OK, gdyby mnie kryminalna intryga „Uwikłania” wciągnęła i nie zmuszała co kwadrans do spoglądania na zegarek. Gotów byłbym przymknąć oczy na nielogiczność niektórych elementów scenariusza, nieprawdopodobne momentami zachowanie się przedstawicieli polskiego wymiaru oraz pani prokurator (raz szczwanej „s…i”, to znów mocno przestraszonej panienki, która robi ze swojego zawodu szopkę); niewiarygodność przypadków, podsuwanie nam coraz bardziej absurdalnych tropów, które w końcu prowadziły donikąd (jak np. cała ta historia z niezbyt mądrą terapią grupową „metody ustawień” i jeszcze mniej mądrym rzucaniem podejrzeń na wszystkich, z wyjątkiem oczywiście… rzeczywistego mordercy)… etc. Koniec końców wszystko byłoby OK, gdyby tylko film mnie swą intrygą bardziej zaabsorbował.
Niestety, można tę litanię zastrzeżeń ciągnąć dalej, aż do momentu samego zakończenia, które mogło wpędzić w całkiem sporą już konsternację, (lecz o tym ze zrozumiałych względów nie mogę tutaj mówić) co raczej nie pomogło mi bardziej się w tę całą historię „uwikłać”.
Być może jednak znajdą się wśród widzów tacy, którzy film Bromskiego wezmą za dobrą monetę i będą się potrafili nim lepiej zabawić. Bo ma on przecież swe jaśniejsze strony, jak np. wspomniana już aktorska plejada, czy choćby niewątpliwa fotogeniczność miasta Krakowa.

*