PORYW SERCA? ZWIERZĘCA CHUĆ? (Więcej niż kino: „Hańba”)

*

„Hańbę” noblisty Coetzeego czytałem dobre pięć lat temu więc wydawało mi się, że raczej nie jestem narażony na niebezpieczeństwo ciągłego porównywania filmu i książki – snucia paraleli, rozważania wierności oryginałowi, konfrontacji odbioru filmowego obrazu ze słowem pisanym… etc.
Wprawdzie zdziwił mnie nieco wybór Johna Malkovicha na odtwórcę głównej roli (bowiem zupełnie inaczej wyobrażałem sobie profesora Luriego), ponadto absolutnie nieznani mi byli inni twórcy filmu, ale po wyjściu z kina moim nieprzemożnym wrażeniem było poczucie, że oto ktoś zdołał przenieść na ekran ducha prozy Coetzeego. A zadanie takie zawsze wydawało mi się niezwykle trudne do wykonania.

*

ERUDYTA I ZWIERZĘ

Co jest rdzeniem „Hańby” ?
Wydaje mi się, że jest nim jakiś pierwotny (podziemny, podskórny?) strumień elementarnych sił popędowych – ślepy instynkt życia, który w pewnych sytuacjach wydostaje się na powierzchnię, zmuszając człowieka do konfrontacji… zarówno z kulturą, w której on żyje, jak i z nim samym.
Owa konfrontacja jest tym bardziej dramatyczna, im większy jest rozziew pomiędzy tym co w człowieku zdołało się wysublimować, uszlachetnić, wysubtelnić i wyrafinować, a tym co pozostało dzikie, pierwotne, nieuświadomione i ślepe.

Poryw serca czy zwykła chuć? John Malkovich jako zhańbiony profesor.

Tak właśnie, jak to ma miejsce w osobie profesora Luriego – erudyty, muzyka, wykładowcy literatury, miłośnika poezji romantycznej…, który ulega impulsowi „szaleństwa serca” i uwodzi jedną ze swoich studentek, sprowadzając na siebie (dość świadomie zresztą), hańbę, potępienie i ostracyzm, co zmusza go do ucieczki w góry, na pustynię – gdzie, jak się okazuje, żyje już jego córka Judy.

Konfrontacja naszego człowieczeństwa z naszą zwierzęcą proweniencją nie jest przecież czymś nowym (choć zawsze spychanym na margines naszej psyche i obwarowywanym przeróżnym tabu) – podobnie jak freudowska psychoanalityczna maniera grzebania na różnych głębokościach ludzkiej świadomości (i nieświadomości) w poszukiwaniu kompleksów i rzeczywistych motywów zachowania człowieka – to jednak mistrzowskie pióro Coetzeego powoduje, iż widzimy ten dramat w zupełnie innym świetle.
Czy jest to jednak z jego strony tylko czysta estetyzacja? Takie ubieranie w atrakcyjne literackie szatki czegoś, co raczej bardziej potrzebuje radykalnej ekspiacji, niż jakiejś umownej gry i zabawy w słowa?
Wydaje mi się, że tak nie jest, a świadczy choćby o tym ślad, jaki zostawiają w nas książki J. M. Coetzeego.

Taki ślad zostawiła też we mnie czytana przed wieloma laty „Hańba”, co uświadomiłem sobie dopiero po tym, jak skończyła się projekcja filmu. Okazało się, że jednak wiele scen zachowało się w mojej pamięci, a film je tylko przypomniał i (co ciekawe i znaczące) nie odczuwałem żadnego dysonansu między tym, co odnalazłem w sobie, a tym co zobaczyłem na ekranie.
Stąd chyba właśnie wynika moja satysfakcja z zetknięcia się z filmem Steve’a Jacobsa.

CHUĆ I SKOMLENIE

Niech mi będzie wolno zacytować tutaj fragment prozy Coetzeego.
Lurie rozmawia z córką:

„- Kiedy byłaś mała, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Kenilworth, nasi sąsiedzi mieli psa, goldena. Nie wiem, czy pamiętasz.
– Mgliście.
– Za każdym razem, kiedy w okolicy pojawiła się suka, pies podniecał się i przestawał słuchać swoich państwa, a oni z regularnością samego Pawłowa go bili. Powtarzało się to, aż w końcu biedak już zupełnie nie wiedział, co ma robić. Ledwo zwęszył sukę, zaczynał uganiać sie po ogrodzie, z uszami położonymi po sobie, z podwiniętym ogonem. Skomlał i szukał, gdzie by się schować.
Przerywa.
– Nie rozumiem, co ma z tego niby wynikać – mówi Lucy. No bo rzeczywiście, co z tego wynika?
– Całe to widowisko miało w sobie coś tak nikczemnego, że doprowadzało mnie do rozpaczy. Moim zdaniem psa można ukarać za konkretne wykroczenie, na przykład kiedy pogryzie kapeć (…). Ale z żądzą sprawa ma się zupełnie inaczej. Żadne zwierzę nie dopatrzy się sprawiedliwości w karze wymierzonej za to, że posłuchało własnego instynktu.
– Czyli samcom trzeba pozwolić, żeby podążali za swoimi instynktami bez żadnych ograniczeń? Czy taki stąd płynie morał?
– Nie, nie taki. A nikczemność widowiska z Kenilworth polegała na tym, że nieszczęsny pies znienawidził w końcu własną naturę. Odtąd bicie stało się niepotrzebne. Gotów był sam się ukarać. W tym momencie lepiej byłoby go zastrzelić.”

WOLNOŚĆ I ZŁUDZENIE

Trudno o lepsze teatrum mundi dla tego co rozgrywa się w prozie Coetzeego, niż przepastny pustynny krajobraz z potężnym górskim pasmem w tle. To dlatego tak często widzimy ten obraz na filmowym ekranie. I nieważne, czy jest to ziemia afrykańska, australijska czy amerykańska. W takiej scenerii, widziany z oddali maleńki domek zamieszkany wydaje się być przez jakieś drobne istotki, których wielkie (w ich odczuciu) dramaty są w skali świata zaledwie jakimś mikrokosmosem.

Wielka przestrzeń kojarzy nam się z wolnością, ale w „Hańbie” jest czymś wręcz przeciwnym: wskazuje nie tyle na znikomość ludzkich spraw, co na zależność człowieka od sił znacznie go przerastających. Z takiej perspektywy nasza wolność jest złudzeniem. Dopiero zbliżając się do świata ludzkich proporcji owo złudzenie wydaje się nam zanikać, a jego miejsce wypełniamy czymś co nazywamy wolną wolą. Jednak tego poczucia wolności także nie możemy znieść, więc uciekamy ponownie – tym razem w świat naszych ludzkich samoograniczeń. Koło się zamyka i toczy dalej. Stąd wahania człowieka, który zrazu czuje się mocarzem, by za chwilę uznać się bezwolnym marnym pyłkiem.
Czy to właśnie jest hańbą ludzkiego rodzaju?

Hańba jako źródło cierpienia

LĘDŹWIE I BÓG

Prosta w sumie historia Coetzeego nabiera – i to zarówno w książce, jak i w filmie – wymiaru antycznej tragedii. Z tym, że człowiek nie wadzi się tutaj z bogami, a raczej mierzy z siłami, które ongiś przypisywał bogom, a teraz widzi jako wypadkowe ślepych praw natury.
Civitas dei zamieniło się w civitas naturalis, co tak na dobrą sprawę – w rzeczywistym świecie, w którym żyje człowiek – niewiele zmieniło: choć władze w państwie uległy zmianie, to jednak siły pozostały te same.

Jaka jest na to rada?
Może odpowiedzi na to pytanie dostarcza nam jedna z drugoplanowych postaci „Hańby”, a mianowicie Petrus?
Petrus jest czarnym sąsiadem Judy. Cierpliwy, pracowity, silny, stały, zdecydowany – buduje dom, uprawia ogród. Stopiony jest niejako z południowo-afrykańskim krajobrazem, w którym białe postaci wydają się być jednak jakimś obcym wtrętem.
Lurie zderza się z Petrusem, lecz mimo to, że za profesorem stoi cała jego kultura i cywilizacja, z tej kolizji zwycięsko wychodzi jednak Petrus.
Wydaje mi się, że nie przypadkiem Coetzee nadał tej postaci takie a nie inne imię (wszak oznacza ono skałę, opokę). Jednak kościół afrykańskiego Petrusa nie jest Kościołem Przymierza, jakie zawarł biały człowiek z Bogiem jakichś odległych śródziemnomorskich krain. Petrus swojego Boga ma we krwi, we własnych lędźwiach; w ziemi, która rodzi; w duchach, które przenikają wszystko i wszystkich.

ZABIJANIE I LITOŚĆ

Zaglądam po latach do książki Coetzeego.
Co widzę?
Oto zauważam np., że reżyser zmienił sekwencję scen. To, co Coetzee zostawił na koniec, Jacobs wplótł we wcześniejszą narrację i scena, w której Lurie uśmierca psa w schronisku dla zwierząt (a z którym to psem zaczął się on zaprzyjaźniać), stała się w filmie jednym z epizodów, znaczącym wprawdzie ale nie finałowym.
U Coetzeego zaś koniec jest twardy i pozbawiony złudzeń:

„(Lurie) niosąc (psa) na rękach jak jagnię, wraca do gabinetu.
– Myślałam, że przedłużysz mu życie jeszcze o tydzień – mówi Bev Shaw – Poddajesz go?
– Tak, poddaję.”

W pierwszym odruchu uznajemy to za zakończenie jednoznacznie pesymistyczne. Czy jednak tak jest w rzeczywistości?

Reżyser Steve Jacobs z kolei kończy swój film prawie że ostentacyjnym happy endem: Lurie rozmawia z pełną spokoju, pogody i życia córką, a oboje spacerują wśród kaskad pięknych kolorowych kwiatów, jakimi otoczony jest dom Judy. Okazuje się, że taki prosty zabieg potrafi zupełnie zmienić perspektywę z jakiej patrzymy na opowiedzianą nam historię, a tym samym na sposób, w jaki zapada nam ona w serce – zabarwiając przy tym cały otaczający nas świat.
Podobnie dzieje się w naszym życiu.

*  *  *

Czy spacer wśród kwiatów jest happy endem?

*

ROZUM i… wszystko jasne?

       *  *  *

 W „Lapidarium VI” Ryszarda Kapuścińskiego znalazłem taką oto – sporządzoną przez niego – listę twierdzeń Rzeczników Oświecenia (pod każdym z nich pozwalam sobie na własny komentarz):

 
– rozum jest naczelną władzą człowieka

Tutaj na dobre zaczęło się uśmiercanie bogów i zarozumiałość racjonalizmu.

– człowiek jest z natury racjonalny i dobry

Tak. Wkrótce wszyscy się o tym przekonali, kiedy zapanował terror krwawej rewolucji z jej gilotynami, paranoicznym mordowaniem się i absurdalnymi jatkami „na górze”.
Człowiek z natury nie jest ani racjonalny, ani dobry. Nie jest też z natury ani irracjonalny, ani też zły. To kultura – warunki oraz okoliczności w jakich będzie żył – czyni z niego istotę dobrą i/lub złą, racjonalną i/lub irracjonalną… etc.

– ludzkość może postępować ku coraz większej doskonałości

Może, ale nie musi i dość często nie postępuje. Czym innym bowiem jest postęp techniczny, przemysłowy, cywilizacyjny… i tu rzeczywiście mamy tendencje – i ambicje – by dążyć ku doskonałości; a czym innym jest „postęp” duchowy, który zbyt często jednak przypomina regres.
Kapuściński użył zresztą wcześniej kapitalnego stwierdzenia:
„Kultura pędzi co sił, ale nie posuwa się ani o centymetr; z zawrotną prędkością stoi w miejscu”.

– wszyscy ludzie są równi

Nieprawda, ja mam 176 cm wzrostu, mój kolega 181.
Ten przykład tylko z pozoru jest trywialny.
Nasza cywilizacja jest cywilazcją nierówności, bo właśnie nierówność jest jedną z zasad konstytuujących świat, w którym przyszło nam żyć.
Już nie wspominam o tym, że bez „nierówności” nie byłaby możliwa ewolucja i jakikolwiek postęp.
(Ale np. pojęcie „równość wobec prawa” ma już większy sens.)

– wszystko jest dostępne ludzkiemu pojmowaniu

Bardzo wątpliwe. Ludzkiemu pojmowaniu dostępny jest jedynie fragment otaczającego nas świata.

– trzeba być tolerancyjnym

Słusznie, trzeba. Lecz nie w każdej sytuacji.

– należy lekceważyć nieracjonalność


Otóż nie należy!
Właśnie dzięki nieracjonalnym zachowaniom – do których człowiek aż nadto jest skłonny – ludzkość znalazła się niejednokrotnie na skraju przepaści; i niewykluczone, że irracjonalizm spowoduje kiedyś tej ludzkości zagładę. Zresztą, wbrew pozorom, równie niebezpieczny jest też sam racjonalizm.

* * *
Czyżby więc dyskredytacja Oświecenia?
Mimo wszystko daleki jestem od takiej konkluzji.

* * *
 

Breugel - "Kaleki" (zdjęcie autora - zbiory Luwru)