LUDZIE NEPALU

Nepal. Mały kraj leżący u podnóża gigantycznych gór, nazywanych często dachem świata – Himalajów. Kraj zamieszkały przez ludzi nawykłych do życia w rytmie, jaki narzuca im nie znosząca tu sprzeciwu natura. Natura budząca zachwyt, ale też i przerażenie, stanowiąca tło dla ludzkiego teatru życia, ale również sama grająca w nim jedną z głównych ról.
Oto zbiór obrazów, na których starałem się utrwalić momenty życia ludzi z Nepalu, jak również ich samych, wraz z wypisanymi na ich twarzach emocjami, uczuciami, lękiem, smutkiem i radością… Innymi słowy: obrazów, na których chciałem uchwycić ich człowieczeństwo.

.

Nepalska sjesta - sen i czuwanie seniorów z Bhaktapur

Nepalska sjesta – sen i czuwanie seniorów z Bhaktapur

.

Tekst powyższy napisałem 8 lat temu, w roku mojej podróży do Nepalu. Po strasznym trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło niedawno ten kraj, wróciłem do moich zdjęć i zapisków z tamtego czasu, przypominając sobie wszystkie te wspaniałe miejsca, które udało mi się wówczas zobaczyć i wspominając wielu przyjaznych ludzi, których miałem wtedy przyjemność spotkać. Tym bardziej to, co zobaczyłem na zdjęciach i filmach ukazujących olbrzymie zniszczenia, jakie spowodowało to trzęsienie ziemi – najsilniejsze, jaki nawiedziło Nepal w ciągu ostatnich 80 lat – było dla mnie szokujące. Ponad 8 tysięcy ludzi straciło życie, blisko 20 tysięcy zostało rannych, około pół miliona pozbawionych zostało dachu nad głową. Ludzkie straty są najboleśniejsze, ale mnie dodatkowo zabolały zniszczenia jakim uległy unikalne nepalskie zabytki, które zapamiętałem ze swojej podróży – historyczne miejsca Katmandu, Patanu, Bhaktapur… Niestety, z tego co się dowiedziałem, większość zabytkowych obiektów znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO uległo destrukcji i jest raczej niemożliwe to, by je przywrócić do pierwotnego stanu. Zapewne z czasem zostaną odbudowane, (zakładam, że istnieje dokładna naukowa ich dokumentacja) ale siłą rzeczy będą to już repliki, a nie oryginały. Ponadto, Nepal to jeden z najbiedniejszych krajów świata (157 miejsce na światowej liście PKB per capita), więc bez międzynarodowej pomocy nie będzie to możliwe. Lecz w tej chwili najbardziej liczą się ludzie – najważniejsze jest dostarczenie im podstawowych środków i warunków do życia. A niestety, z tą pomocą jest różnie. Wprawdzie z wielu krajów świata pomoc popłynęła (Polska wysłała do Nepalu 80 swoich strażaków), ale jest to kropla w morzu potrzeb.

* * *

Czytając moją starą notatkę wkrótce po trzęsieniu ziemi, uderzyły mnie w kontekście tej tragedii słowa: „Kraj zamieszkały przez ludzi nawykłych do życia w rytmie, jaki narzuca im nie znosząca tu sprzeciwu natura. Natura budząca zachwyt, ale też i przerażenie, stanowiąca tło dla ludzkiego teatru życia, ale również sama grająca w nim jedną z głównych ról.” Teraz, oprócz tego, że okazały się one jak najbardziej trafne, to zabrzmiały one wręcz brutalnie i złowieszczo. Tak, jakbym okazał się złym prorokiem, mimo, że – pisząc je – nie miałem przecież na myśli tak strasznej klęski żywiołowej.
Człowiek to wytrwałe stworzenie, jego wola przeżycia jest wielka, ale widząc te bezradne tłumy koczujące na ulicach i placach Katmandu (ludzie, ze względu na wstrząsy wtórne, nie chcieli wracać do domów – zakładając, że nie zostały one zburzone), zwątpiłem w to, że ich życie wróci kiedykolwiek do normy, bo przecież nie sposób im będzie o tej tragedii zapomnieć. Nic też nie przywróci do życia bliskich, których w jednej chwili stracili

* * *

Człowiek za maską - nepalski sadhu

Człowiek za maską – nepalski sadhu

Bardzo lubię fotografować ludzi. Zawsze przy tym staram się, żeby estetyczny aspekt zdjęcia nie zdominował jego humanistycznego wymiaru – innymi słowy: by plastyczna forma nie przytłoczyła ludzkiej treści, bo przecież człowiek – prawdziwy, nie upozowany, bez maski, a tym bardziej bez egzotycznego entourage’u – jest najważniejszy. Ale w kraju takim jak Nepal, nie jest to wcale łatwe, by nie ulec tej egzotycznej feerii kolorów i kształtów, w której zanurzeni są tamtejsi ludzie – by nie zachwycić się jedynie tą oszałamiającą nas – dzieci zgrzebnej i dość szarej Północy – egzotyką dalekiego kraju, w którym wszystko wydaje się inne, niezwyczajne i unikalne. Należy jednak pamiętać, że za ową „egzotyką”, za całą tą etniczno-kulturową fasadą (bardzo ważną bez wątpienia) kryje się człowiek zupełnie podobny do nas – a może nawet taki sam jak my? Teraz się zastanawiam: gdzie ci ludzie teraz są? Czy przeżyli? Jeśli tak, to w jakich żyją warunkach po tej tragedii. Jak można im pomóc?

* * *

Czuję dyskomfort siedząc teraz w wygodnym fotelu, mając dach nad głową i lodówkę pełną jedzenia, wodę w kranie i sedes ze spłuczką, ciszę i spokój za oknem, kartę kredytową, za którą mogę w każdej chwili kupić to, co mi jest potrzebne do życia – i pisząc o nieszczęściu, jakiego doświadczają w tej samej chwili ludzie w kraju na przeciwległej półkuli, oddalonym o tysiące mil ode mnie. (Mam wrażenie, że jest w tym coś nieprzyzwoitego.) Tym bardziej, że, jak się przed chwilą dowiedziałem, dzisiaj (wtorek, 12 maja) w Nepalu nastąpiło kolejne silne trzęsienie ziemi. Ponownie legły w gruzach domy, życie straciło setki ludzi… Czy pisanie o tym w tak komfortowych warunkach nie jest swego rodzaju zaklinaniem rzeczywistości, obłaskawianiem i unieszkodliwianiem faktów; udawaniem, że sama świadomość i wiedza o ludzkiej tragedii może cokolwiek zmienić? Ale czy alternatywą dla tego jest przyjąć to do wiadomości i siedzieć cicho? Albo jeszcze gorzej: udać współczucie, podczas gdy tak naprawdę pozostaje się obojętnym? Jeśli tak, to co mamy sądzić, jeśli ta obojętność wynikałaby z naszego samozachowawczego instynktu – tym bardziej, że tak naprawdę jesteśmy bezradni wobec wszelkich nieszczęść jakie każdego dnia nawiedzają miliony ludzi na całym świecie? W takiej chwili czuję się marnie wobec ludzi (a są ich tysiące), którzy obecnie pomagają w Nepalu innym – nie tylko piszą i gadają, ale własnymi rękami, ryzykując zdrowiem i życiem, wyciągają spod gruzów ciała, dostarczają potrzebującym wody, lekarstw i żywności, tworzą prowizoryczne schroniska – biorą udział w akcji ratunkowej, która ma wymierne skutki, jest pomocą konkretną i prawdziwą.

Azję odwiedzałem wielokrotnie, poznałem tam wielu ciepłych i przyjaznych ludzi, wywiozłem stamtąd wiele wrażeń i wspomnień, tudzież całą masę zdjęć, które pomagają mojej pamięci w przypominaniu sobie i utrwalaniu tych wypraw. Mam tu zwłaszcza na myśli mieszkańców azjatyckich krajów, takich jak Indie, Tybet, Kambodża, Wietnam a ostatnio Birma – krajów, o podróży do których marzyłem do dzieciństwa.  Udało mi się te marzenia zrealizować. Nagrodą jest satysfakcja spełnienia, poszerzona wiedza o świecie i innych kulturach, poznanie Innych; skutkiem – nieobojętność na ich los i empatia, kiedy doświadczają nieszczęścia; ceną – smutek i przygnębienie (nie chcę nadużywać słowa cierpienie).

* * *

Malowniczość jest aspektem piękna, ale czy piękna może być bieda? (Ludzie przed sklepikiem pod Katmandu)

Malowniczość jest aspektem piękna, ale czy piękna może być bieda? (Ludzie przed sklepikiem pod Katmandu)

.

Zdjęcia ludzi Nepalu prezentuję na stronie Wizji po raz pierwszy (sam nie wiem dlaczego wcześniej tego nie zrobiłem). Szkoda tylko, że okazją do tego jest to, co stało się (i dzieje nadal) w tym kraju w ostatnich tygodniach. Chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę, by oglądając je, oprzeć się pokusie zachwytu nad ich fotogenicznością, czy egzotyką ich środowiska, które de facto jest zaledwie tłem dla ich człowieczeństwa. Najważniejszy jest bowiem humanistyczny wymiar tego, co przedstawiają te fotografie. W tym momencie przypomniało mi się to, co usłyszałem wczoraj od mojego 95-letniego klienta z południowej, „czarnej” dzielnicy Chicago, który opowiadał mi o swoim długim życiu i o tym, czego doświadczył od „białych” – wskutek systemu dyskryminacji, jaki funkcjonował w Stanach Zjednoczonych przez kilkaset lat (i który, pod pewnymi względami, funkcjonuje nadal). I o swojej obecnej lekarce, dla której – jak sama stwierdziła – jego zdrowie jest tak samo ważne, jak ważne byłoby zdrowie Prezydenta, gdyby leczyła ich obu. Całość skwitował ogólną konstatacją, dotyczącą ludzkiej natury: „We are all the same, but different” – chcąc podkreślić różnicę w tym, jak był traktowany w swoim życiu przez różnych ludzi. Pokazując zdjęcia mieszkańców Nepalu, którzy (z pozoru wszak) wyglądają tak bardzo inaczej od nas, mógłbym tę sentencję odwrócić i zabrzmiałaby ona równie prawdziwie: „We all are different, but the same”.

(Kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć ludzi Nepalu obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

TAJLANDIA – ALBUM

*

Tak się złożyło, że Tajlandia była pierwszym azjatyckim krajem, do którego miałem przyjemność zawitać. I tutaj chciałem zwrócić uwagę na słowo: „przyjemność”, bo pobyt na ziemi Tajów był przyjemnością par excellence – w żadnym innym miejscu Azji doświadczenie podróży nie sprawiało mi tak intensywnej przyjemności, jak właśnie pobyt w Tajlandii. Przy czym, aby uprzedzić wszelkie podejrzenia, iż źródłem tych rozkoszy były piękne i pełne uroku Tajki, muszę zaznaczyć, że po Tajlandii podróżowałem z moją żoną – i że pisząc o przyjemnościach mam na myśli głównie to, co ten kraj ma zaoferowania każdemu, w miarę uważnemu i otwartemu na inne, „egzotyczne” kultury turyście. Z premedytacją używam słowa „turysta”, które ostatnimi laty stało się się niemal obraźliwym epitetem (żaden szanujący się „podróżnik” wybierając się do obcego kraju nie chce być nazywany turystą, mimo że w oczach tubylców niczym się nie różni od innych zagranicznych gości, będąc – chcąc nie chcąc – częścią turystyki masowej), a przecież oznacza ono nic innego, jak człowieka, który odbywa pewną „turę” – czyli przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego, zwiedzając i poznając nieznany sobie kraj według pewnego itinerary.

Co więc jest źródłem wszystkich tych przyjemności w Tajlandii? Można wymienić je hurtem: klimat, pogoda, słońce, woda, kultura, architektura, ludzie, jedzenie, przyroda… wszystko to, co może zaspokoić hedonistyczne skłonności – pragnienia i potrzeby – człowieka podróżującego. Ale można też je ująć bardziej subtelnie i niuansowo, z akcentem na poznanie tego, co w kulturze Tajów leży głębiej – pod powierzchnią kulturowo-obyczajowych oczywistości, za fasadowością ładnych obrazków odrestaurowanych świątyń i egzotycznych pejzaży, za słynnym (zwykle nieustającym) uśmiechem łagodnych i przyjaznych tubylców.

Pamiętam jakby trzy twarze Tajlandii: samą stolicę kraju Bangkok – wielką, rozłożoną nad brzegami rzeki Chao Phraya, azjatycką metropolię, pełną kolorów, ruchu, tętniącą życiem we dnie i w nocy, z królewskim pałacem i pysznymi świątyniami; północ kraju – z jej zabytkami pamiętającymi dawną świetność kraju, wzgórza pokryte lasami i gęstą dżunglą, w której żyją jeszcze tygrysy, małpy, rajskie ptaki i dzikie słonie… o plemionach ludów przybyłych z odległych podhimalajskich rubieży nie wspominając; no i wreszcie pełne słońca, wysp, plaż i lazurowych wód południe – prawdziwy tajski skarb przyciągający rzesze wakacjuszy z całego świata, przypominający coś w rodzaju reklamowanego w folderach biur podróży raju – z tym, że akurat tutaj raj ten okazuje się być jakby mniej fałszywy i oszukiwany, nie budzący aż tak wielkich rozczarowań, jak to ma miejsce w innych, przereklamowanych tropikalnych „rajach”.

Nie mógłbym sobie chyba tego darować, gdybym do tak fotogenicznego kraju, jakim jest Tajlandia, wybrał się bez fotograficznego aparatu, którym jednak można utrwalić niezwykłe obrazy, jakie uleciałyby zapewne z pamięci po jakimś czasie, a tak – wspomożone elektronicznym nośnikiem – pozwalają po latach delektować się całą gamą barw i przywoływać atmosferę miejsc, do których się trafiło.
Z wielu tysięcy zdjęć przywiezionych z Tajlandii wybrałem kilkaset, które uporządkowałem tworząc rodzaj albumu, gdzie poszczególne rozdziały, takie jak: Bangkok, ludzie, świątynie, plemiona wzgórz, natura… pozwalają zapoznać się z pikturalną urodą tego pięknego bez wątpienia kraju, choćby tylko wskazując na to, co warto w nim zobaczyć.
Oczywiście album ten nie ma żadnych „artystycznych” ambicji – zdaję sobie sprawę, że jest to tylko kompendium ładnych obrazków, jakimi chciałbym jednak sprawić przyjemność tym, którzy są ciekawi tajskiej egzotyki, azjatyckich akcentów i nie zamykają się na to, z czego dumni są mieszkańcy Tajlandii, a co nie zawsze pokrywa się z naszymi estetycznymi upodobaniami. Tak więc, może bajeczna kolorystyka i cukierkowość tajskich świątyń nie jest naszą cup of tea; może kapiące złotem ozdoby i mocno wystylizowane posągi Buddy nie są w stanie dostarczyć nam wysublimowanych estetycznie i duchowo wrażeń; może błękit nieba, żółte plaże i lazurowe morza odstręczają nas od tropikalnych atrakcji, przypominając nam o sztucznych rajach turystyki masowej, tudzież o banalnych pocztówkowych widoczkach… jednakże warto moim zdaniem dać szansę tej tajskiej obrazkowości, której uroda jest jednak na tyle autentyczna i bezpretensjonalna, by wykazując dobrą wolę przyjrzeć się jej bliżej, starając się dostrzec piękno w tym, co Tajowie uważają za godne pokazania całemu światu.

Oto kilka wybranych stron z albumu:

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

© ZDJĘCIA WŁASNE

PS. Album zawierający zdjęcia z Tajlandii można obejrzeć (w komplecie i znacznie większym formacie) TUTAJ.

SZTUKA PATRZENIA W OCZY

Prawda w oczach dziecka – dziewczynka z plemienia Karibów na Dominice

*

Pęd za człowiekiem jako antropologiczną ciekawostką.
Wszystko jednak rozbija się o intencje.
Istnieje zasadnicza różnica między byciem ciekawym ludzi a ciekawskim – autentyczne zainteresowanie człowiekiem jako istotą niosącą ze sobą duchowość i kulturę zwiedzanego kraju, nie jest jednak tym samym, co powierzchowne kolekcjonowanie ludzkich obrazków, będące niczym innym jak zbieractwem kolejnych turystycznych pamiątek.
Fotografowany człowiek jako kolorowa żywa atrakcja – taka egzotyczna małpka, która robi jakieś fotogeniczne „fiku-miku” i zaraz potem wyciąga łapkę po orzeszka.
Nie chodzi mi o to, aby nie fotografować podczas podróży ludzi. Wprost przeciwnie – uważam, że moje podróże bez przywiezionych do domu zdjęć spotkanych podczas nich ludzi, byłyby znacznie uboższe – pozbawione czegoś cennego, czegoś co ciągle ginie we mgle zapomnienia, jeśli nie wspomoże się naszej pamięci jakąś techniczną protezą, np. fotograficznym aparatem czy kamerą. Zależy mi jednak na tym, aby ci fotografowani przeze mnie ludzie nie tylko nie gubili na zdjęciu swojej godności, lecz aby utrwaliło się na nim ich człowieczeństwo, co może brzmi cokolwiek patetycznie, ale czego nie można lekceważyć.

Tybetańskie pokolenia

Ucząc się fotografowania (a cały czas, robiąc zdjęcia, powinniśmy się uczyć) dość szybko zorientowałem się, że najbardziej lubię robić zdjęcia dzieciom i ludziom starym.*[1] Bowiem zarówno na twarzy dziecka, jak i starca uwidacznia się jakaś esencja człowieka, którą ten – będąc osobą dorosłą czy też „dojrzałą” – w jakiś zagadkowy sposób gubi. Co może nie tyle wynika z chęci ukrycia czegoś, co z pewnego rodzaju powściągliwości – przesunięcia na dalszy plan prawdziwej istoty własnej osobowości. Może jest w tym też coś z kamuflażu?
Dziecko, skonfrontowane z obiektywem aparatu, nawet jeśli robi głupiutkie, słodkie, czy „małpie” miny – jest spontaniczne, autentyczne, szczere – nic to z kamuflażem nie ma wspólnego.
Człowiekowi staremu natomiast nie zależy już na żadnej grze – najczęściej patrzy on wprost w obiektyw aparatu ze śmiałością i mądrością kogoś, kto dotknął już jakiejś fundamentalnej prawdy o życiu, kto przejrzał wszystkie nasze zwodnicze sztuczki i kto nie dba już o żadne upiększające a próżne zabiegi podobania się światu.

Ryszard Kapuściński napisał kiedyś: „Fotografowanie jest nie tylko czynnością mechaniczną – jest to również akt magiczny. Oddajesz mi swój wizerunek, którego od tej chwili staję się współwłaścicielem. Twoja twarz nie jest już twoją wyłącznie; zrobiłem jej zdjęcie i tym samym wszedłem w posiadanie jej cząstki, ­wiernej kopii, negatywu. Z tego negatywu mogę zrobić dowolną ich liczbę. Mogę skazać cię na niebyt, jeżeli retuszem usunę ją z grona innych, wśród których widniała na zdjęciu. Albo odwrotnie – mogę cię unieśmiertelnić, usuwając retuszem wszystkie inne twarze, a pozostawiając tylko twoją. Mogę właściwie zrobić wszystko – dać dowód, że żyłeś, lub też pokazać, że nigdy cię nie było.
Straszna i ryzykowna to rzecz stanąć przed obiektywem! Ludzie wyczuwają, że w akcie fotografowania jest jakaś tajemna magia i dlatego widok aparatu – zwłaszcza podczas działania – zawsze budzi w nich jakąś reakcję. Pozytywną lub negatywną, ale nigdy – obojętną.”

Tak, fotografowanie wymaga tej świadomości, że utrwalając czyjś obraz na kliszy czy w cyfrowej karcie pamięci, stajemy się niejako właścicielami cząstki drugiego człowieka. Dlatego fotografowanie wymaga również taktu. Ale i przydaje się też przy tym śmiałość. Oczywiście nie piszę tu o bezczelności robienia zdjęć przez paparazzich, które wg mnie żadnym fotografowaniem ludzi nie jest, a jest wobec nich ordynarną a niekiedy i brutalną agresją.
Tak więc, oprócz tego, że fotografowanie może być wielką przygodą, to wymaga jeszcze pewnego wyczucia. Niekiedy bowiem można zrobić komuś zdjęcie – wykorzystując np. chwilę czyjejś nieuwagi lub nieświadomości (a uchwycenie takiego momentu jest niekiedy dla uzyskania dobrej fotografii czymś niezbędnym) – ale zwykle możemy się domyśleć, czy wykorzystanie takiego zdjęcia (i w danym kontekście) byłoby dla kogoś czymś deprymującym, kłopotliwym, zawstydzającym…

Zwykle nie mam problemu z tym, aby bez wywoływania większego popłochu robić ludziom zdjęcia. Zazwyczaj wystarcza porozumienie za pomocą naszych oczu – jedno spojrzenie potrafi powiedzieć więcej, niż stek niezrozumiałych, czy nawet zrozumiałych, słów. Czasem jest to dla mnie spojrzenie na wagę złota.

*[1] Moja żona, przeczytawszy to, zgłosiła poprawkę, że to nie do końca jest prawda, gdyż na pewno lubię także fotografować kobiety – i to w każdym – a zwłaszcza młodym ;) – wieku. I że w tym to ona też dość szybko się zorientowała ;)

*

Prawda w oczach starego człowieka – pobożna seniorka z Lhasy (Tybet)

*

*

Stara kobieta z Chichicastenango (Gwatemala)

*

*

Bracia z St. Lucia (Karaiby)

*

*

Mała Majanka w masarni (Gwatemala)

 © ZDJĘCIA WŁASNE

Nową wystawę zdjęć ukazującą ludzi Tybetu można obejrzeć TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy oraz Tybet w obrazach.

Jeśli ktoś chce popatrzeć także i na uśmiechy, może zaglądnąć TUTAJ.

*

SMILE!

Uiechnięte rodzeństwo z Delhi (Indie)

*
Uśmiech.
Czym byłoby życie bez uśmiechu? Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego, uważając go za coś zwykłego.
A przecież śmiech – jeśli szczery – jest czymś bez mała cudownym. Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię… Rozjaśnia mroki egzystencji.
Świat bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.
Oto mała kolekcja uśmiechów zebrana przeze mnie w różnych częściach naszego globu.
*

Dziewczyna spotkana przypadkowo na wiejskiej drodze pod Dżodpurem w indyjskim Radżastanie. Poprosiłem ją tylko, by popatrzyła się w kierunku zachodzącego Słońca – stąd to miękkie światło i… zniewalający uśmiech.
*  *  *
*

Ojciec i syn z Varanasi (Indie)

Varanasi to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Indiach. To właśnie tam – na brzegach Gangesu – pali się zwłoki Indusów. Na przybyszu z innego rejonu świata robi to doprawdy niesamowite wrażenie. Przechodząc się wśród płonących stosów doznajemy wstrząsu – dociera do naszej świadomości to, w jak odmienny sposób ludzie różnych kultur podchodzą do śmierci.
W pewnej chwili odwróciłem wzrok od płomieni stosów i mętnej wody Świętej Rzeki, zasłaniając się od swądu palących się ciał.
I wtedy właśnie dostrzegłem tę śmiejącą się z całego serca parę – ojca z synem. Efekt był piorunujący: jednocześnie, w tym samym momencie, poczułem grozę śmierci i radość życia.
Zawirowało mi w głowie.
*  *  *
*

W drodze do szkoły (Dżajpur, Indie)

Najjaśniejsze i najczystsze uśmiechy z mojej kolekcji.
To rodzeństwo emanuje niezwykłym ciepłem, które wyzwala się nie tylko poprzez uśmiech, ale i przez te młode, ufne i spokojne oczy.
To był kolejny indyjski kontrast. Warto zwrócić uwagę na tło – niestety słabo tutaj widoczne. Dzieci, ubrane czysto i schludnie szły bowiem do szkoły po jednej z ulic Dżajpuru, która przypominała śmietnik i rynsztok zarazem.
To zastanawiające, że najwięcej ludzkich uśmiechów wywiozłem z Indii – z kraju nieopisanej nędzy i mizerii.
*  *  *
*

Chocolate trio from Ocho Rios (Jamajka)

Czekoladowe trio z Ocho Rios.
Trzy siostry (koleżanki?), które spotkałem w miasteczku Ocho Rios na Jamajce.
Jamajczycy mają typowo południowy charakter: bywają gorący i namiętni. Te dziewczynki o namiętności jeszcze nic nie wiedzą, ale emanująca z nich radość oraz ciepło ich uśmiechów są już widocznym odbiciem jamajskiej duszy.
O ile sobie przypominam, była wówczas niedziela – stąd te „kościółkowe” ubranka, w których dominowały róż i biel. Samo miasto zaś nie sprawiało dobrego wrażenia. Te uśmiechy uratowały jednak moje o nim wspomnienie.
*  *  *
*

Dziadziu spod Machu Picchu (Peru)

Rozbrajający uśmiech dziadzia spod Machu Picchu w Peru.
Kiedy zjechaliśmy już z gór, gdzie rozłożone jest legendarne miasto Inków, natrafiliśmy na coś w rodzaju wiejskiej fiesty, w której brali udział dość cudacznie poprzebierani mężczyźni w różnym wieku. Również ten senior w jakże oryginalnym przybraniu głowy.
Jak widać, nawet bezzębny uśmiech może mieć swój nieodparty urok.
*  *  *
*

Soooooo sweeeeet! Dziewczynka z lamą (Peru)

Dziewczynka spotkana w drodze znad Jeziora Titicaca do Cuzco w peruwiańskich Andach. Do dzisiaj nie wiem, czy uśmiech lamy był szczery, czy też… wyuczony ;)
*  *  *
*

Dziewczynka z lizakiem (Lago de Atitlán, Gwatemala)

Gwatemala to miejsce, gdzie do dzisiaj żyje kilka milionów potomków legendarnych Majów. W tej dziewczynce bez wątpienia płynie krew plemienia, które zawładnęło na kilkaset lat Ameryką Środkową,  by wkrótce popaść w ruinę i to zaledwie w ciągu życia  jednego pokolenia. Dziewczynka sprzedawała haftowany rękodzieło, w którym specjalizują się mieszkańcy wiosek położonych w cieniu wielkich wulkanów nad Jeziorem Atitlán.
*  *  *
*

Carnaval beauty from Rio (Rio de Janeiro, Brazylia)

Brazylijskie Rio de Janeiro w czasie Karnawału zamienia się w miasto szalone, tętniące życiem, kipiące erotyzmem i naładowane seksem.
Ten uśmiech jest dla mnie niezwykły – łączy bowiem skromność i zawstydzenie z jednoznacznie wyzywającym strojem, niemalże negliżem.
Okazuje się że taka fuzja też może mieć swój nieodparty sex-appeal.
*  *  *
*

Prząśniczka z Katmandu (Nepal)

I jeszcze jeden zniewalający uśmiech seniora – tym razem kobiety przy krosnach napotkanej pod Himalajami.
*  *  *
*

Ludowy przyodziewek jednej z pod-andyjskich wiosek (Peru)

Peruwianka w fantazyjnym kapeluszu i równie oryginalnie haftowanym stroju.
*  *  *
*

Zadowolone z życia Japonki (Honolulu, Hawaje)

Dwie japońskie dziewczyny (Koreanki?) na Hawajach.
Uśmiech cokolwiek pozowany, niemniej jednak szczery.
Nawet jeśli wymuszamy swój uśmiech, w pewnym momencie może się on stać czymś autentycznym… Wtedy nas nie razi.
Uśmiech sztuczny i nieszczery szybko się demaskuje. I niekiedy staje się nawet czymś trudnym do zniesienia.
*  *  *
*

Młodziutkie Tajki (Bangkok, Tajlandia)

Cóż tu będę krył – z wszystkich Azjatek najbardziej podobają mi się kobiety z Tajlandii.
Lecz mam tu na myśli nie tylko urodę – chodzi mi również o charakter i sposób bycia. Nie ma chyba milszych kobiet za świecie niż Tajki… naturalnie, z wyjątkiem naszych kochanych Polek.
*  *  *
*

Uśmiechnięty reprezentant Europy (Paryż, Francja)

Oczywiście, nie może w naszej kolekcji zabraknąć uśmiechu ze Starego Kontynentu. I oto mamy – uśmiech młodego dżentelmena, sprzedawcy staroci w jednej z paryskich dzielnic. Nie wiadomo co bardziej podziwiać – gest i pozę czy szykowny, choć niemal sportowy, kostium.
*  *  *
*

Od chmurności, przez wstydliwość do uśmiechu (Antigua, Gwatemala)

Małe studium przełamywania lodów i zdobywania zaufania… tutaj: nieśmiałej dziewczynki z gwatemalskiego miasteczka Antigua.
*  *  *
*
A NA KONIEC… JESZCZE KILKA UŚMIECHÓW Z INDII:
*
*
*
*
*
*
*
*
*