„11 MINUT”, czyli ŚWIAT W ROZSYPCE (o najnowszym filmie Jerzego Skolimowskiego)

.

11 minut reż. Jerzy Skolimowski

Czy wszystko zmierza do katastrofy?  („11 minut”)

.

Lubię w kinie polifonię, gdyż wydaje mi się że lepiej potrafi ona zbliżyć film do rzeczywistości, która, tak naprawdę, jest „poszatkowana”, rozproszona, skwantowana… rozparcelowując ludzkie losy w kalejdoskopowym obrazie świata, dzięki czemu są one jak piksele na ekranie monitora. Lecz z polifonią trzeba uważać, gdyż łatwo może się ona zamienić w kakofonię – w rezultacie nakładania na siebie zbyt wielu obrazów i dźwięków otrzymamy infromacyjny – wizualno-foniczny – szum. Na szczęście Skolimowskiemu udało się tego uniknąć, bo zbliżył nas do swoich postaci – zachowując odpowiedni dystans, na tyle jednak bliski, że mogliśmy uchwycić ich istotę i miejsce w (pozornym, mimo wszystko) chaosie świata. Świata pełnego mniejszych i większych apokalips.

Należy przyznać, iż poczucie nadchodzącej katastrofy jest w „11 minutach” wszechobecne. To, że akcję swojego filmu umieścił Skolimowski w peryferyjnej jeśli chodzi o globalne zagrożenia Warszawie, tego poczucia nie umniejsza. Bo to nie sprawa miejsca ani lokalnej atmosfery, tylko – jak mi się wydaje po wysłuchaniu tego, co mówił ostatnio reżyser – egzystencjalnej traumy samego Skolimowskiego (śmierć syna) i jego przeświadczenia, że nasz świat zmierza ku zagładzie. Tym można tłumaczyć katastrofizm „11 minut” – katastrofizm, który moim zdaniem mylnie jest interpretowany, przez co niektórzy nazywają ten film thrillerem.

Jerzy Skolimowski – jako reżyser i scenarzysta – miał pełne prawo do tego, by bawić się w swoim filmie czasem. Tak więc, w trwających niemal półtorej godziny „11 minutach” ukazał całą plejadę ludzkich postaci oraz to, co przeżywają oni w tym samym mieście od godziny 17:00 do godziny 17:11. (Nota bene, już to, że na początek akcji Skolimowski wybrał piątą po południu – godzinę, która dla Warszawy jest znacząca – mówi o jego intencji, podobnie jak eksploatowana wielokrotnie w filmie pechowa „11-ka”, będąca nieprzypadkowym nawiązaniem do daty zamachu na World Trade Center.)
Jest więc seksowna aktorka, którą taksuje zagraniczny reżyser, pod kątem jej przydatności do jego filmu i nie tylko do tego; jest zmaltretowany mąż aktorki, który szaleje z zazdrości, miotając się w hotelowym korytarzu pod drzwiami do pokoju, gdzie ma miejsce audyt jego żony; jest nauczyciel-pedofil sprzedający stadku zakonnic hot-dogi; jest jego syn, handlarz narkotyków, zaliczający żony pod nieobecność ich mężów-biznesmenów; jest rabuś przymierzający się do opędzlowania lombardu, a zamiast skarbów znajdujący tam wisielca; jest młoda skłócona para z pieskiem; jest zespół karetki pogotowia wynoszący rodzącą kobietę z mieszkania, w którym dogorywa ojciec jej dziecka; jest alpinista ze swoją sympatią, który w przerwie mycia okien wieżowca, serwuje jej na laptopie pornosy… Wszyscy ukazani są na ekranie z osobna, w rzeczywistości zmieniającej się jak w kalejdoskopie; w sekwencjach mieszających się niczym elementy kostki Rubika, ale i powoli na siebie zachodzących – dążąc do fatalnej kulminacji, w której losy tych ludzi splatają się ze sobą w czymś, co wygląda na eksplozję przeznaczenia.

Fakt, ten zbiór ludzkich indywiduów przypomina swoiste panopticum, jednak w ujęciu Skolimowskiego wydają się oni być mimo wszystko banalni. Może dlatego, że podobnie jak wszyscy ludzie, są oni wodzeni na pasku przez los i niczym bezwolne marionetki prowadzeni ku swemu przeznaczeniu, bez możliwości uniknięcia fatum? Może dlatego, że są wydani na łaskę i niełaskę przypadku, który coraz bardziej wpływa na nasze losy, bo żyjemy coraz szybciej i w coraz bardziej skomplikowanym świecie? Może dlatego, iż tylko podglądamy tych ludzi przez krótką chwilę, przechodząc w zasadzie obok nich obojętnie, bo wszyscy nawzajem w naszym życiu tak bardzo się mijamy?
Może wreszcie dlatego, że tak naprawdę są nam oni zupełnie obojętni i takimi pozostają, mimo tragedii, która ich w końcu zgładza – tragedii, którą też za bardzo się nie przejmujemy, szybko o niej w szumie i zgiełku pędzącego na łeb na szyję świata zapominając?

Rozumiem tych, którzy mówią, że film Skolimowskiego jest w sumie płytki i banalny – że tylko pokazuje powierzchnię, nie drążąc głębi. Również tych twierdzących, że nie obchodzą ich ukazani w filmie ludzie i że nie mogli uchwycić głównego wątku opowieści, bo narracja filmu była zbyt chaotyczna i poszarpana. Ponieważ  faktem jest, że „11 minut” to obraz specyficzny, na pewno rozmijający się z oczekiwaniami przeciętnego widza, chcącego obejrzeć film nakręcony „po bożemu”, czyli z linearną narracją, z bohaterem, który jest główny, a nie tylko drugo- czy trzecio-planowy.

Ja jednak „11 minut” bronię, nie tylko z tego subiektywnego powodu, że film Skolimowskiego oglądałem z uwagą, a momentami to nawet i z emocjonalnym przejęciem, bo wciągnął mnie on w swój świat i w łamigłówkę bardziej lub mniej znaczących i sensownych zdarzeń, Uważam, że jest to film bardzo dobrze zrealizowany (jeśli nie merytorycznie, to na pewno technicznie) – ze świetnymi zdjęciami i znakomitą muzyką, która stopniowo w filmie nabrzmiewa, budując napięcie i prowadząc do kataklizmowego (i głośnego) finału. Naprawdę wszystko jest tu doskonale zmontowane, współpracując ze sobą niczym w precyzyjnym mechanizmie zegarka.
Zaintrygowały mnie te obrazy i dźwięk, nawet ów czarny (martwy) – widoczny nie tylko na ekranie, ale i na niebie – piksel, który niczym klamra spinał sens (bezsens?) świata ukazanego w „11 minutach”, stając się synonimem tajemnicy życia, której i tak nigdy nie będziemy w stanie przeniknąć.

greydot

UWAGA: Film obejrzany w ramach odbywającego się w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

WE MGLE…

 

Nie pytaj komu płonie znicz.
Płonie on tobie.


* * *
Znicze…
W cierpieniu i smutku jesteśmy jak dzieci, które hipnotycznie wpatrują się w płonący ogień.
Czujemy wtedy jak coś nas ku niemu przyciąga.

* * *
Wszyscy stoimy w kolejce do śmierci.
Czasem ktoś się z tej kolejki wyłamuje.
I to wyprowadza nas z równowagi.

* * *
Jeśli Bóg jest mądry, miłosierny i sprawiedliwy, to nie można mówić, że to On właśnie zsyła na nas tragedie i niewypowiedziany ból.
Tak samo, jak nie można mówić, że chroni nas przed nieszczęściem.
Najlepiej jest więc nie mieszać Boga do niczego.
Tak jak i On się do nas (już?) nie miesza.

Jeśli ktoś uważa, że Bóg ingeruje w nasz świat i nasze życie, to w takim razie można Go osądzać wedle tego, co się dzieje w świecie i w naszym życiu.
A to co się dzieje, nie pozwoliłoby nazwać go Sprawiedliwym.
Ani tym bardziej Miłosiernym.

Nie wspominając już o tym, że uznanie za prawdę tego, iż w świecie realizowany jest „plan boży”, kłóci się z pojęciem „wolnej woli”. Podobnie zresztą, jak sensu „wolnej woli” człowieka pozbawiałoby także działanie boskiej Opatrzności i predestynacja (czyli przeznaczenie).

Czy wobec tego wszystkiego może dziwić, że często błądzimy jak to dziecko we mgle?

* * *
Zwykle ciosy, które w nas godzą, uznajemy za sprawę „zawistnego losu”, by nie obarczać nimi Boga.
Jednak są i tacy, którzy owe „ciosy” i nieszczęścia uważają za bożą Łaskę (by nie pozbyć się wiary w to, iż chroni ich boża Opatrzność).

* * *
Słowa „los” jako synonimu Boga, używają zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący.
Zaskakująca jednomyślność.

* * *
Jaki sens ma nasza modlitwa wobec milionów modlitw niewysłuchanych i nie spełnionych?
Mobilizację drzemiących w nas sił i możliwości? Komfort dla naszego mózgu i nerwów?
Niwątpliwie tak – i to jest niezbywalna racja, dla której modlitwę można uznać za coś niezwykle ważnego i istotnego w życiu (nie tylko wewnętrznym) człowieka.
Lecz człowiek modlący nie może się zgodzić na takie racjonalne podejście do modlitwy, którą uważa za „rozmowę” z Bogiem. I zakłada, że Bóg nie tylko go wysłucha, ale i również spełni jego prośby.
Jednak czy zdaje sobie wówczas sprawę z tego, jak bardzo ta postawa jest postawą egoistyczną?
Dlaczegóż to Bóg powinien spełnić właśnie jego prośbę, a nie tysięcy – czy też milionów – innych ludzi (ani nie lepszych, ani nie gorszych od niego)?

Człowiek, modląc się, przywołuje siostrę Modlitwy – Nadzieję, bo bez niej nie tylko nie mógłby się modlić, ale i żyć.

* * *
10. 04. 2010.
Fatum, klątwa, przeznaczenie, spisek, chichot historii, pech… ?
Czy może po prostu mgła?
Albo za bardzo przechylone skrzydło?
Jakiś ludzki błąd, nieopatrzna decyzja?

* * *
10. 04. 2010 zdarza się każego dnia.
Czy zdajemy sobie z tego sprawę?

(Nie, ponieważ życie ma, mimo wszystko, większą władzę nad nami niż śmierć, a nadzieja większą niż rozpacz.)
Tragizm istnienia uświadamiamy sobie na raty – w takich jednorazowych wstrząsach.
(Podobnie jak naszą śmiertelność… Na codzień jesteśmy przecież nieśmiertelni.)

* * *
Prawdziwa rozpacz nie zna nadziei.

Rozpacz może ustąpić tylko wtedy, kiedy jej miejsce zajmie nadzieja.

* * *
Mówi się: „Śmiej się, a świat będzie się śmiał z tobą. Płacz, a będzisz płakał samotnie.”
A jednak czasem jest zupełnie na odwrót.

* * *
Urzędy, władza, ceremoniał, ważność, …
Wpojona jest nam bezduszna hierarchia: śmierć prezydenta jest dla nas ważniejsza, niż śmierć stewardessy.

Tak, jakbyśmy nadal byli stadem (zwanym po ludzku społeczeństwem), którego przywódca jest ważniejszy od osobnika w t(y)le.

Także: w świecie opętanym przekazem informacji, ważniejszy jest ten, kto jest „większy” medialnie.

* * *
Słowa, słowa, słowa…
Zaklinamy, przeklinamy, opisujemy, wyjaśniamy…
A czasem najlepiej byłoby zachować milczenie… ale to już się chyba nie da.
Nie po to ćwiczyliśmy się w mowie i językach od tysięcy pokoleń.

Myślimy, że słowa zdolne są nas obronić.
A one zbyt często nas jednak zdradzają.

Lecz mimo wszystko, przynoszą nam również ulgę. I próbują wyrazić… choćby skargę.

Wypowiedziane wobec pustego kosmosu będą się błąkać wiecznie… wśród gorącej obojętności płonących gwiazd i mroźnej obojętności lodowych komet.
(Niczym wyrzut sumienia Wielkiego Eksperymentatora?)

* * *
Ręka dotykająca trumny. Łzy.
Rozpacz dziecka, które traci nagle oboje rodziców…
– więźnie w gardle, dusi wszelkie słowa.

* * *

 

Zdjęcie własne: wejście do jednego z grobowców na paryskim cmentarzu Père Lachaise.