OD PSÓW PO KONOPIELKĘ

.

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

SCHODZIMY NA… „PSY 2”?

.

"Psy II. Ostatnia krew", czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego.

„Psy II. Ostatnia krew”, czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego

Pierwsza część „Psów” Władysława Pasikowskiego okazała się być najpopularniejszym filmem polskim pierwszej połowy lat 90-tych. Opowieść traktująca o „ubeckich biesach”, czyli o byłych pracownikach bezpieki przekwalifikowujących się na przemytników, gangsterów i bandziorów, już nie tyle państwowych, ale z własna inicjatywą, znalazła poklask u widzów szukających w kinie mocniejszych wrażeń.
Niezła sprawność warsztatowa, wartka akcja, ostre dialogi, dobre aktorstwo i nerw reżysera rzeczywiście uczyniły z „Psów” widowisko rozrywkowe, nietuzinkowe. Natomiast niczym nieskrepowane czerpanie pełną garścią z bogatych zasobów amerykańskiego kina sensacyjnego, mogło tylko wzmóc plebejski aplauz. Jednak film, mimo że wpisywał się w kontekst ówczesnych zmian politycznych w Polsce, to jednak robił to w sposób cokolwiek kartonowy i naciągany. Płaska psychologia i myślowa infantylność dodatkowo mogła odebrać ochotę na poważniejsze potraktowanie „Psów”. Po wielce obiecującym „Krollu” – debiucie reżysera – było to, moim zdaniem, zejście Pasikowskiego o szczebel niżej w artystycznej hierarchii kina – choć ciągle było to kino takie złe w klasyfikacji czysto rozrywkowej komercji. Niestety, „Psy 2” zaświadczyły, że Pasikowski schodzi jeszcze niżej, zatracając już zupełnie dobry smak, mieszając idee i wartości, gubiąc się w meandrach i niewiarygodności scenariusza.

Nie jestem ślepym przeciwnikiem przemocy w kinie. To, że staje się ona wulgarna, bezmyślna i odpychająca, zależy od fabularnego kontekstu filmu i jego artystycznej klasy. podobnie zresztą rzecz ma się z seksem. W pewnym otoczeniu ten sam akt erotyczny będzie zjawiskiem estetycznym, w innym zaś – pornograficznym. Tak właśnie – jako element sztuki – można potraktować przemoc w filmach, dajmy na to Kubricka, Scorsesego, Peckinpaha… Przypadek Pasikowskiego wymaga już wszak większej rezerwy.
Franz Maurer (Bogusław Linda), były ubek, wychodzi z więzienia, do którego trafił za krwawą jatkę dokonana w części pierwszej. W geście samopokuty zatrudnia się w… hucie, skąd natychmiast zostaje wyrzucony jako… łamistrajk. Zwerbowane jednak przez niejakiego gangstera Wolfa (Rafał Żmijewski)pośredniczy w zakupie polskiej broni przez rosyjską mafię i jej przemycie do ogarniętej wojna Bośni. Do przedsięwzięcia tego dokooptowuje swojego starego przyjaciela Nowego (Radosław Pazura), który na tę okazję urlopuje się z pracy w… policji.

cierpiętnicy od k..ew i bagna

Pasikowski i Linda mówili w wywiadach, że ich filmy nawiązują do obecnej rzeczywistości, a scenariusze ją odzwierciedlają. Linda wyraził się dosadniej: Dla mnie film „Psy” i moja w nim rola, wzięły się z nienawiści i pogardy do tego, co dzieje się w tym kraju.
Zważywszy na charakter roli Franza, stwierdzenie to brzmi – delikatnie pisząc – dość przewrotnie. Można się przy tej okazji spytać: to dlaczego – skoro tak cierpią oni z powodu otaczającej ich mizerii i bagna- z prawdziwą fascynacją i zaangażowaniem rzucają się (masochistycznie?) w najczarniejsze szambo?

Tutaj chciałbym przytoczyć próbkę dialogu z „Psów 2”, absolutnie dla filmu reprezentatywną. Oto trójka „naszych” bohaterów wraca furgonem po spotkaniu z rosyjskimi mafiozo i zainkasowaniu – bagatela! – 21 mln. dolarów. Transakcję przypieczętowała dzika i upojna noc ze śpiewem, trunkami i kobietami. Konwersacja dżentelmenów na miejsce nazajutrz, w samochodzie:

Żmijewski: Zamknij się i przestań mnie podkurwiać!
Pazura: Wolfo, nie krzycz!
Ż: Stul pysk, kurwa! Przynajmniej usiądź, a nie leżysz, jak wydymana kurwa!
P: Czego się czepiasz?!
Ż: Jeszcze się pytasz, gnoju? Miałeś kurwa nie pić! Miałeś kurwa pilnować kapusty! Miałeś kurwa pilnować 21 pierdolonych milionów dolarów! Miałeś ich nie spuścić z oczu, a nie urżnąć się i dymać małolatę.
P: Co się przypierdalasz? Zginęło coś? Podłożyłem torby pod nią, to jak mogły zginąć?
Ż: Miałeś kurwa pilnować tych pieniędzy, a nie się na nich rżnąć! Co ty kurwa jesteś, pierdolca małych dzieci?
P: Weź się! Jakie dzieci! Zwykła dziwka.
Ż: Nie na moich pieniądzach!
P: Ty, co się przypierdalasz? A ta twoja Jugolka to ile ma lat, jedenaście?

"Psy" jako przykład polskiego kina amerykańskiego

Macho, brutal, „prawdziwy mężczyzna”…? („Psy”)

Linda: Ona nie jest jego.
P: Ty się nie wpierdalaj między wódkę a zakąskę, bo coś powiem.
L: To mów!
Ż: Stul pysk, kurwa!
P: Boisz się! Nagle się przestraszyłeś chojraku, że mu coś powiem, co!?
L: Co mi powiesz?
Ż: Co ty mi tu kurwa pierdolisz?! Wytrzeźwiej!! Choć i od tego nie zmądrzejesz, bo to przecież niemożliwe, jak ktoś ma dziedziczny syf zamiast mózgu.
P: Ty nie mów tak do mnie. Zobaczymy czy będziesz taki twardy, jak się Franz dowie.
L: Czego się dowiem?
P: Co ty kurwa myślisz, że co?!
Ż: Że mu zależy? Że jest takim samym głupim gnojem, jak ty?
L: Na czym mi kurwa zależy!?
Ż: Że ją kupiłem od serbskiego kaprala za butelkę mocnej whisky, a sprzedałem mu za karton. To na czym ma mu kurwa zależeć, jeśli sam przepłacił?
L: Kupiłem ją i jest moja.
P: Twoja! Nie rozśmieszaj mnie! Rżnie się z nim, jak ty tylko stoisz za drzwiami. Ta twoja cholerna Nadia, rozumiesz? Gdy my gadamy przed domem, to ona w środku ciągnie mu. Zadowolony jesteś? I ten bydlak zarzuca mi, że się przespałem z 16-letnią kurwą, co sprzedaje dupę na ulicy od siódmego roku życia. No nie?!
Ż: Miałeś matkojebco pilnować pieniędzy!
(…)
itd. itp. (Wkrótce wybucha strzelanina i ogólna jatka, a ekran zalewa posoka.)

prawdziwi, wierni sobie mężczyźni

„Psy II. Ostatnia krew” (taki jest pełny tytuł filmu w sposób jakże subtelny nawiązujący do „Rambo: First Blood”) poparło kilka tzw. „poważnych” polskich periodyków. M.in. w „Polityce” Zdzisław Pietrasik pisał jak najpoważniej: Dlaczego młody, wrażliwy widz tak szalenie polubił Bogusława Lindę, grającego byłego ubeka z komunistyczną przeszłością? Może dlatego, że jest to prawdziwy mężczyzna wierny sobie, nie podobny do obłudnych mięczaków prawiących frazesy o „wartościach niezbywalnych?
I oto – dzięki opiniotwórczej „Polityce” – mamy wykładnię przyczyn tak wielkiego wzięcia „pasikowszczyzny”, szczególnie u widzów „wrażliwych”. (A tak przy okazji i na marginesie: chciałbym się mylić, ale czy przychylność „Polityki” nie wzięła się przypadkiem z faktu, iż jeden z jej prominentnych publicystów napisał nie tak dawno książkę biograficzną o Wojciechu Fibaku, nota bene producencie „Psów 2”?)

No cóż, mnie osobiście Linda wydał się tu karykaturą Brudnego Harry’ego, pamiętnego policjanta z filmu Eastwooda, który stawia siebie (tragicznie) ponad prawem, by „wyrwać chwasty” i uporać się z gangsterską szumowiną. Pietrasik zacytował jeszcze dość enigmatycznie Wajdę, który powiedział ponoć, że Pasikowski wie coś ważnego o polskim widzu. Rzeczywiście, Pasikowski w jednym zw wywiadów wyznał: …widz moich filmów nade wszystko przeraźliwie tęskni do podstawowych wartości: miłości, pokoju, uczciwości, rodziny, sprawiedliwości… Koniec cytatu.
A to dobre! I w tej desperackiej tęsknocie do owych cnót rzuca się, by oglądać „Psy 2”! (Nie wiem, czy Pasikowski zdawał sobie sprawę, że oto właśnie wymienia owe „wartości niezbywalne”, które wyszydził jego apologeta i poplecznik z „Polityki”.)

Co naprawdę miał na myśli Andrzej Wajda, wyrażając się tak oględnie, że dopuścić można każdą wygodną interpretację? Czy aby nie to, że gust masowej widowni w naszym kraju sięgną bruku i na wzbierającej fali ogólnego schamienia raczy się tanią jatką i agresywnym prymitywizmem? W końcu sam Pasikowski przyznaje, że Wajda wyraził się o nim, iż za cenę popularności nie powinien gloryfikować postaci tak wątpliwych, jak Franz Maurer.
Ja jednak chcę być optymistą i wierzyć, że widz potrafi w końcu oddzielić ziarno od plew. Np. w momencie obcinania Pazurze kciuka przy pomocy łopaty, lub wbijania w oko gwoździa, w kinie rozlegał się śmiech. Jedni, zgorszeni, uznali to za reakcję cyniczną publiczności, ja uważam to za przejaw zdrowia. Nikt chyba nie przejął się rzeczywistością filmu, uznając ją – słusznie zresztą – za fikcyjną. Osobiście radziłbym także podejść do filmu humorystycznie i uznać go za taki, jakim jest naprawdę: fantazją wyrośniętych chłopców, wariacją na temat: „Jak mały Władzio wyobraża sobie twardy, brutalny, ostry i ‚męski’ świat postkomunistycznych gangsterów.”

ewentualne atrakcje Pasikowskiego i kolaudacja Piwowarskiego

Władysław Pasikowski był gotów do realizacji następnego, napisanego przez siebie scenariusza pt. „Glok 17”. Komitet Kinematografii projekt odrzucił. Wśród negatywnych opinii ekspertów, znalazła się również reprymenda znanego reżysera („Yesterday”, „Marcowe migdały”, „Kolejność uczuć”…) Radosława Piwowarskiego:

1. Walory artystyczne projektu: brak
Uzasadnienie: Film z gatunku „seks i przemoc”, postawy i charaktery wzorowane na filmach pornograficznych: mężczyźni to samce i brutale; kobiety służą do bicia, ewentualnie kopulacji. Pomiędzy liczeniem forsy, mordowaniem i biciem, bohaterzy często mówią „kocham cię”, co ma tworzyć warstwę liryczną. Ukraińcy i Ruscy jako płatni mordercy, przedstawiciel świata biznesu – kompletna świnia.
2. Walory rozrywkowe: średnie.
Uzasadnienie: 9 trupów + trupy Ruskich i Ukraińców. 5 pieprzeń (aktów miłosnych). Stosunki sadystyczne (bicie dziewczyny sprzączką od pasa, gryzienie). 2 duże wybuchy (stodoła, statek). Męskie dialogi. Dowcipy. Mordobicia, niekonwencjonalne mordowania, sikanie na trupa i tym podobne atrakcje.
3. Przewidywana frekwencja: duża.
Uzasadnienie: Film nie wymaga wysiłku przy oglądaniu. Akcja toczy się sprawnie. „Dobro” zwycięża. Ładne auta.
4. Walory promocyjne: brak (festiwale, imprezy, eksport, itp.)
5. Uznaję projekt za: nadający się do realizacji.
6. Decyzja: nie popieram projektu.

Panie Radosławie, wypada panu podziękować. Nie tyle w imię polskich moralistów, co podatników i zwolenników dobrego kina.

(napisane w lipcu, 1994 roku)

greydot

MIŁOŚĆ, ZACHWYT, LĘK…   (o filmach Witolda Leszczyńskiego)

.

Zadziwienie światem, zachwyt nad cudem istnienia, pomieszany z lękiem przed potęgą natury; miłość i śmierć… „ŻYWOT MATEUSZA”, „KONOPIELKA”, „SIEKIEREZADA”, „KOLOS” – wszystkie te filmy łączy ze sobą wielka wrażliwość reżysera w próbie ogarnięcia rzeczywistości, w której na pewno nie „wszystko jest poezją” i „nie każdy jest poetą”. A jednak Witold Leszczyński widzi świat tak, jak Stachura – w jego filmach poezja jest wszędzie. Od nas zależy, czy to spojrzenie potraktujemy jako próbę ucieczki z tego świata, czy też jego wzbogacenie.

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle ("Żywot Maeusza")

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle („Żywot Mateusza”)

Zaczęło się od „Żywotu Mateusza”, lirycznej przypowieści o wiejskim „pomylonym”, pełnej ciepła i życzliwości do swoich bohaterów… To był pierwszy film Leszczyńskiego, w którym z „całą jaskrawością” wyłożył on nam swoje artystyczno-duchowe credo. „Żywot Mateusza” wyznacza styl, w którym ascetyzm i powściągliwość w doborze środków wyrazu, podkreśla tylko poetycką intensywność obrazu i jego egzystencjalno-humanitarne przesłanie.
Moim zdaniem niepotrzebnie na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu, reżyser zaczął się tłumaczyć z win niepopełnionych – jakby chcąc uprzedzić zarzuty o stylistyczną sztuczność. Nawet zaprzeczenia, jakie padły ze strony publiczności nie mogły go od tego odwieźć.

Filmy, które nastąpiły po „Żywocie Mateusza” można potraktować jako rozwinięcie tego stylu, ewolucje motywów, które w zmieniającej sią formie, stawały się jeszcze bardziej elokwentne. Tak było w „Siekierezadzie” (z 1986 r.), tak jest w najnowszym obrazie Leszczyńskiego „Kolos”.
Wszystkie te tytuły – mimo, że za ich kanwę posłużyły utwory literackie różnych autorów – łączy podobna wrażliwość i sposób przeżywania świata. Wydają się one być wariacją na te same tematy, mówić o samotności człowieka otoczonego ludźmi i przyrodą, o pogoni za fantomem miłości i o fatalizmie umierania. Bohaterowie zarówno „Kolosa”, jak i „Siekierezady”, ogarnięci są obojętną, acz wspaniałą potęga natury i jej majestatem. Przyglądają się w niej, jak w zwierciadle, chcąc dostrzec po drugiej stronie Boga. W „Siekierezadzie” Jan Pradera zatrudnia się w charakterze drwala. Otoczony leśną głuszą, drzewami niemal dotykającymi wierzchołkami nieba i oprószonymi śniegiem, szuka w sobie siły przetrwania i miłości. Tak samo, jak Brage, bohater „Kolosa”. Wiedziony pozostawionym mu przez matkę przesłaniem („Będziesz kiedyś duży i silny. Wtedy spotkasz właściwą dziewczynę, którą pokochasz. Musisz jej dać wszystko i żądać od niej wszystkiego. Bo tylko miłość jest celem i sensem naszego życia.”), chwyta się miłości, jak ostatniej deski ratunku przed absurdem istnienia. Również i on zanurzony jest w dzikim i surowym splendorze natury: góry i jeziora Norwegii, zapierające dech w piersiach swym krystalicznym, chłodnym pięknem.
Lecz jest coś, co różni obu bohaterów w ich głodzie uczucia. Miłość Bragego znajduje swe cielesne spełnienie. Dla Janka Pradery ukochana dziewczyna na zawsze pozostanie Gałązką Jabłoni – jasnowłosą zjawą z jego słów i marzeń.

Jest jednak w „Żywocie Matgeusza”, „Siekierezadzie” i „Kolosie” coś, co może prowokować w nas jakiś instynktowny sprzeciw.
Zarówno Pradera, jak i Brage (również Mateusz) wybierają samobójstwo – z tym, że finał, puenta tych filmów zawiera w sobie irytującą przewrotność. „Siekierezada” i „Kolos” zadają pytanie: „Czy warto żyć?”, po czym uśmiercają swoich bohaterów, a następnie odpowiadają: „Pewnie, że warto!” (Piosenka, jaką na zakończenie „Siekierezady” śpiewa Daniel Olbrychski, swoje „Nie, nie warto!”, zamienia jednak w konkluzję: „Jeszcze jak warto!”) Brage, który jest już „duży i silny”, czyli takie, jakim chciała go widzieć matka, nie może się pogodzić ze śmiercią swej ukochanej. Ciągnie na saniach jej martwe ciało, odchodząc w lodowatą, bezkresną dal. Ale żegnając się z nami, podnosi pięść i wydaje okrzyk, który jest dla nas głosem życia, a nie śmierci.

W „Siekierezadzie”, pod postacią Pradery, Stachura opisał siebie (pojawiający się tam Kątny – Olbrychski stanowi zaś jego alter ego). Znamy tragiczne przypadki tego poety, jego twórczość, dzięki której zrodził się mit, kult niemalże. Sted popełnił taki sam grzech, jak Pradera – sławiąc wolę istnienia, odwagę życia i poezję świata, wybrał śmierć (a może wykreował w sobie świat urojony, w którym śmierć wybrała jego?). Natomiast jeśli chodzi o Brage – to na cóż mu ta siła, skoro świadomie rezygnuje z szukania nowej miłości, a choćby tylko woli przeżycia i zmierzenia się ze swoim nieszczęściem? Czy to czasem nie jest jakaś egzystencjalna ironia i paradoks: moc owych bohaterów służy im w końcu tylko do odnalezienia w sobie tyle odwagi, by odebrać sobie życie?

„Konopielka” umożliwiła Leszczyńskiemu pozostanie w kręgu tematu „wiejskiego” (rozumianego zresztą bardzo powierzchownie), będąc pretekstem do ponownego oczarowania nas realizmem „magicznym”. Czy tekst Redlińskiego daje się przełożyć na język filmowego obrazu i to taki, który na dodatek byłby niejako idiomem Leszczyńskiego? Czy możliwe było to, by gęstość i bogactwo świata „Konopielki” „pisanej”, przenieść na ekran? Reżyser poddał jednak tę literacką materię transformacji, która w jego ujęciu zaczęła żyć własnym życiem, wypowiadać się swoim własnym językiem – zdobywając przy tym artystyczną autonomię.

Zupełnie inaczej oglądało mi się tę ciętą (choć przecież w istocie ciepłą) satyrę na polską wieś (zapadłe gdzieś nad bagnami Taplary) pod wieżowcami chicagowskiego downtown, niż przed laty, w kraju. Ciemnota, zabobony, brud, szpetota… z tego wszystkiego łatwiej śmiać się na własnym podwórku, niż poza jego opłotkami – za Oceanem, w Wielkim Mieście. Jednakże amerykańska publiczność zgromadzona w sali kinowej Art Institute nie była publicznością przypadkową, a przez to łatwiej jej było przyjąć tak umowną konwencję. Poza tym, łatwiej jest odebrać nam to, że śmiejemy się z siebie sami, niż gdy śmieje się z nas ktoś obcy. Bądź co bądź jednak, zarówno Redliński, jak i kroczący jego śladem Leszczyński, z wielką życzliwością traktują mieszkańców Taplar. Różnią się tym zdecydowanie o takiego np. Kosińskiego, który swoich chłopów w „Malowanym ptaku” popchnął ku koślawej grotesce i pornografii okrucieństwa. „Konopielka” też nie szczędzi taplarskich bohaterów, niemniej jednak zawsze zachowuje ich ludzkie oblicze.

Miło zauważyć, że w ślady Witolda Leszczyńskiego idzie w Polsce młody reżyser Jan Jakub Kolski (nawet Franciszek Pieczka dostał mu się w schedzie), który takimi filmami, jak „Pogrzeb Kartofla”, „Pograbek” czy ostatnio „Jancio Wodnik”, wypracowuje swój oryginalny styl, ciepłą liryką owiewając ludowy przekaz i wiejskie krajobrazy.

(napisane w kwietniu 1994 r.)

greydot

"Konopielka" - cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

„Konopielka” – cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

.

RADOŚĆ I MELANCHOLIA (rozmowa z Edytą Geppert)

.

Kiedy spotykamy się z unikalnym talentem, wszelka próba opisu tego fenomenu staje się pewnym nietaktem, a słowa bezsilne – ledwie bladą kalka wrażenia. To, co najgłębsze i najintymniejsze, jest zarazem niewypowiedzialne. Intymność wzruszenia łatwo wystawia się na łup profanacji przez banał i prozę komunałów. Tak właśnie podziałało na mnie zetknięcie się ze sztuką i osobą Edyty Geppert.

Edyta Geppert (zdjęcie własne)

Edyta Geppert: Śpiewanie zawsze traktowałam jako rodzaj intymnej rozmowy ze słuchaczami (zdjęcie własne)

Bywała w Chicago wielokrotnie ze swoimi recitalami. Jej piosenki często można usłyszeć w polskim radiu. Ma swoich wiernych słuchaczy, którzy ze skutkiem natychmiastowym potrafią zestroić się z jej wrażliwością – z jej sposobem odczuwania, obserwacji i reagowania na świat. Nie mogłem tego powiedzieć o sobie… aż do momentu osobistego spotkania z Edytą Geppert.
Zaskoczył mnie zupełnie jej chicagowski występ. Nie mogło być inaczej w przypadku kogoś, komu sztuka Edyty Geppert kojarzyła się głównie z refleksyjną i melancholijną modlitwą „Zamiast”. Modlitwa – to zapewne właściwe słowo: cicha skarga wzniesiona ku Bogu, gorzkie westchnienie potulnej istoty zagubionej wśród codzienności matowej i smutnej egzystencji. Podobnie śpiewała Billy Holiday – jakby krople cierpkiego bluesa padały na miękki aksamit ballady. A więc Edyta Geppert liryczna – poetycka zaduma i lekki spleen.
Na dzień przed recitalem powiedziałem pani Edycie o tych wyobrażeniach. Ta uśmiechnęła się delikatnie i rzekła: „Proszę przyjść jutro na koncert.”

ROZBAWIĆ I DOSMUCIĆ

Oczywiście, że poszedłem, lecz wcześniej chciałem usłyszeć odpowiedź od niej samej. Wszyscy znają ją z piosenki „Zamiast”. Wydawało mi się, że to właśnie ona określa w wyobraźni także innych ludzi osobowość i charakter artystki. Przypomnę jedną ze zwrotek:

Póki co w zamęcie trwam
liczę na palcach lata szare
i czasem tylko przemknie myśl:
przecież nie jestem tu za karę

Tak więc „zamęt”, „lata szare”, „kara”… cała ta gorycz i smutek istnienia. Ale przecież taka gwiazda, jak pani – powiedziałem – a ponadto piękna kobieta, która odniosła wielki sukces artystyczny, zyskała ogromną popularność, ma więcej atutów i powodów po temu, by nie poddawać się życiowej melancholii. Na ile więc identyfikuje się pani z tymi słowami?

Edyta Geppert na to odparła: „Chciałabym przypomnieć, że początek mojego śpiewania przypadał na początek lat 80-tych, a ten czas – jak większość z nas pamięta – nie był najweselszy. Był, co tu kryć, ponury, trudny dla każdego z Polaków. A ja moje śpiewanie zawsze traktowałam jako rodzaj intymnej rozmowy ze słuchaczami – wypowiedzi, z którą również inni mogą się identyfikować. Oczywiście, że i ja utożsamiałam się z nią również. Martwi mnie tylko to, że ona ciągle jest aktualna.”
Taka odpowiedź mogła być chyba satysfakcjonująca. Chociaż wiersz „Zamiast”, (którego autorką jest Magda Czapińska) ma na pewno znaczenie uniwersalne i nie można go przypisać do żadnego momentu historycznego, nawet tak doniosłego, jak stan wojenny i czasy, które po nim nastały. Nie jest więc okazjonalnym przyczynkiem do sytuacji politycznej czy społecznej. Ma sens głęboko egzystencjalny, mimo swojej rozbrajającej prostoty i oczywistości.
Przytoczyłem jeszcze wówczas opinię dwóch osób, które uczestniczyły w koncertach Edyty Geppert w Polsce:
– „Jej pieśni są jak nasze życie, chyba dlatego tyle w nich smutku i rezygnacji, czasami aż pretensji do świata i ludzi i samego Boga nawet – o to, że przyszło nam żyć na tej ziemi nad Wisłą, w tak trudnych latach, że ich zła nawet nie sposób pojąć!”
oraz inna:
– „… z gwiazdy emanuje spokój, optymizm, szczęście”
i zapytałem, jak to możliwe, że publiczność tego samego koncertu wynosi z niego tak odmienne wrażenia? – na co usłyszałem: „To jest możliwe, gdyż recital jest różnorodny i tak skonstruowany, żeby zadowolić i tych, którzy przyszli oderwać się nieco od rzeczywistości, rozbawić troszkę; jak i tych, którzy chcą się dosmucić. To również zależy od tego, w jakim nastroju ktoś przychodzi na koncert, od jego osobowości…”
Tak po prostu! Edyta Geppert, przez swoją skromność, omieszkała dodać, że jest to możliwe także dzięki jej wszechstronności, odwadze włączania do swego repertuaru utworów krańcowo odmiennych zarówno nastrojowo, jak i stylistycznie; a co najważniejsze – dzięki swojej artystycznej kompetencji i sprostaniu tymże wyzwaniom.
Co właściwie decyduje, że jakaś kompozycja jest przez nią akceptowana?
Edyta Geppert: „W związku z tym, że traktuję piosenkę właśnie jako wyraz osobistej wypowiedzi, musi być ona przeze mnie jakby przefiltrowana, to znaczy musi być zgodna z moim odczuwaniem, budzić moje emocje. Musi najpierw mnie wzruszyć, żebym później mogła wywołać uczucia słuchaczy.”

MISTRZ I EDYTA

Wiosną 1995 roku Edyta Geppert przyjechała do Wietrznego Miasta z całą swoją rodziną. 7-letni Miecio zaglądał często do pokoju, w którym odbywał się wywiad, rozpraszając mamę, która wreszcie udzieliła mu ostrej reprymendy. W końcu zjawił się też sam Piotr Loretz, którego obecność w Chicago u boku Edyty jak najdalsza była wszak od przypadkowości czy zbędności: Piotr Loretz bowiem to producent, impresario, menadżer, reżyser, konferansjer… no i – last but not the least – mąż Edyty Geppert. Jakby tego było mało, w przeszłości również nauczyciel akademicki piosenkarki. Tak się złożyło – bynajmniej więc nie przypadkiem – że zapytałem wtedy o to, kto był dla niej wzorem, inspiratorem? Oto co usłyszałem:
– „Mistrzem jest i był zawsze Piotr Loretz. Słucham jego rad. Wydaje mi się, że naprawdę miałam wielkie szczęście, że spotkałam tego człowieka, ponieważ on sam pochodzi z rodziny o ogromnych tradycjach aktorskich. W ich domu bywali wielcy artyści. Poza tym, on sam przez kilkanaście lat uczył w Warszawskiej Szkole Muzycznej na Wydziale Piosenki (był też członkiem komisji, która przyjmowała Edytę Geppert na studia – przyp. stb). Sam też występował, był aktorem. W tej chwili zawiesił swoją działalność artystyczną, zajmuje się czymś innym, nie ma już tyle czasu. Mam ogromne szczęście, że mam takiego człowieka, z którego rad i wiedzy mogę korzystać na co dzień.”
Tutaj wtrąciłem: Czy wobec mnogości ról jakie przyjął na siebie mąż w związku z pani działalnością artystyczną, nie czuje się pani zdominowana?
Edyta Geppert: „Rzeczywiście, jest to reżyser, scenarzysta, pomysłodawca większości moich przedsięwzięć. Myślę, że bez niego nie zdecydowałabym się uprawiać tego zawodu w naszym kraju. Nie, nie czuję się zdominowana. Wręcz przeciwnie: wiem, że mogę pracować, robić to, co jest moją pasją. Piotr przyjął też na siebie ten – proszę mi wierzyć – ciężki w Polsce obowiązek menadżera, organizatora. Tym sposobem zbiera wszystkie ciosy na siebie, a ja tylko oklaski.”
Chciałem się właśnie zapytać, jakimi cechami winien się według Edyty cechować mężczyzna? To, co przed chwilą usłyszałem, mogłem chyba potraktować jako odpowiedź na to pytanie. A może jednak chciałaby dodać coś do portretu idealnego (pożądanego, poszukiwanego) mężczyzny?
Edyta Geppert (uśmiech szczery, ale i lekko ironiczny): „Na pewno powinien być mądry, tolerancyjny, no i… dobrze gotować (Śmiech) I znów wymieniłam wszystkie cechy Piotrusia.”
Pitor Loretz, który w międzyczasie zaczął się przysłuchiwać naszej rozmowie, wtrącił: „I jeszcze niepalący.”
Eydta: „A tak! Niepalący! Zdecydowanie!”
Ja: Pijący z umiarem?
Edyta: No, to jak on już uważa. Nie mam pod tym względem szczególnych wymagań.” (Śmiech)
Ja: Czy wierz pani w miłość?
Edyta: „Oczywiście, że tak! Co za pytanie!?”
Ja: Muszę więc pani powiedzieć, że nie dla wszystkich to jest takie oczywiste. Otóż niedawno przeprowadzono w Polsce sondaż, według którego 57% dorosłych Polaków przyznało, że nigdy się nie zakochało… w tym 86% biznesmenów.
Edyta: „To jest w takim razie bardzo ponura statystyka. Dla mnie miłość jest sprawą podstawową. Biznesmeni sercem nie mogą się widocznie kierować.”
Ja: No ale mogą się chyba zakochać… choć czasami. Życie to nie tylko biznes.
Piotr Loretz (wyraźnie rozbawiony): „Oni już mają swoją kochankę…”; po chwili namysłu dodając: „Ja mam prywatne przedsiębiorstwo. Dzięki temu mogę jakby inwestować w Edytę. Co jakiś czas dokupuję jej coś ze sprzętu, finansuję inne wydatki.”

Edyta Geppert: moje spojrzenie na wszystko, na świat cały, po urodzeniu Miecia, zmieniło się na bardzo pozytywne. Zupełnie zmienił się mój punkt widzenia. (Fot. East News)

Edyta Geppert: Moje spojrzenie na wszystko, na świat cały, po urodzeniu Miecia, zmieniło się na bardzo pozytywne. Zupełnie zmienił się mój punkt widzenia. (Fot. East News)

MIECIO

Był jeszcze Miecio („słynny Miecio” – jak nazwał syna Piotra Loretza i Edyty Geppert jeden z polonijnych radiowców).
Nie mogło się więc obyć i bez takiego oto pytania: W pewnym momencie swojego życia została pani żoną, matką… Jaki to miało wpływ na wyraz tego, o czym pani śpiewa? W jaki sposób człowiek twórczy radzi sobie z godzeniem życia rodzinnego z karierą artystyczną? Czy jest to w ogóle do pogodzenia?
Edyta Geppert: „To musi być do pogodzenia, choć naprawdę jest sprawą trudną. Jednak nie do tego stopnia, żeby z tego powodu rezygnować z macierzyństwa, bo dziecko mogłoby przeszkodzić mi w karierze. Spotkało mnie to szczęście, że mam wspaniałą, udaną rodzinę, mam synka. Naprawdę, moje spojrzenie na wszystko, na świat cały, po urodzeniu Miecia, zmieniło się na bardzo pozytywne. Zupełnie zmienił się mój punkt widzenia. Doznałam tego szczęścia i mam dziecko.”

POCZĄTEK NORMALNOŚCI?

Od Piotra Loretza usłyszałem jeszcze parę zdań na temat zmieniającej się sytuacji – jeśli chodzi o działalność artystyczną – w Polsce:
„Wie pan – powiedział Loretz – nasza sytuacja jest jednak lepsza, niż była, a daje szanse i nadzieję na to, że będzie jeszcze lepsza. No bo tak: uchwalono prawa autorów, którzy do tej pory byli systematycznie okradani. Tutaj – wskazał na Edytę – siedzi osoba, która sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich dwóch pierwszych płyt. Jak się teraz taką liczbę wymienia w Europie, to ludzie zaczynają człowieka po stopach całować. Bo to oznacza ogromne pieniądze, których Edyta oczywiście nie dostała. Są jednak w kraju początki jakiegoś normalnego funkcjonowania. Edyta jest w tej szczęśliwej sytuacji, że na nią publiczność przychodzi. A tym może się pochwalić niewielu artystów w Polsce. Ważne jest jeszcze to, że Edyta należy do tego typu wykonawców, którzy w każdych czasach niezwykle szanowali publiczność, a publiczność potrafi to docenić. (…) Teraz na tyle się zmieniło, że te propozycje z Ameryki są dla polskich artystów czymś innym, niż były kiedyś. Już się trochę na innych zasadach tutaj przyjeżdża. Praca w kraju stała się naprawdę konkurencyjna. Jest paszport w domu, fax, telefon… Jest jakiś kontakt ze światem – już człowiek nie czuje się taki ubezwłasnowolniony, jak to było za czasów PRL-u.”

ŚPIEWANIE TO INTYMNA ROZMOWA

Ta nasza rozmowa często sprowadzała nas na ziemię, jednak już nazajutrz mogliśmy się poczuć przeniesieni w zupełnie inny świat… świat artyzmu i poezji. Myślę, że warto przytoczyć tu słowa wyrażone na początku:
Kiedy spotykamy się z unikalnym talentem, wszelka próba opisu tego fenomenu staje się pewnym nietaktem a słowo bezsilne – ledwie bladą kalką wrażenia. To, co najgłębsze i najcenniejsze, jest zarazem niewypowiedzialne. Intymność wzruszenia tak łatwo wystawia się na łup profanacji przez banał i prozę komunałów.

Recital Edyty Geppert. Jak go opisać wobec tych ograniczeń i pułapek?
Już na samym początku uderzenie: precz ze smętkiem! Wiązanka piosenek lekkich, żywych, pełnych humoru i przyjemności istnienia: żart i jasna strona życia. Nadęty patos pęka jak mydlana bańka. Zwiewny i nieuchwytny mit zmienia się w ciało – w kobietę z krwi i kości.
To właśnie w repertuarze koncertu dominowało, objawiając w pełnej krasie szalenie bogate aktorskie emploi Edyty Geppert. A bogate emploi to nic innego jak bogata osobowość. Można było usłyszeć piosenki kabaretowe, był żywiołowy folklor cygański i pełne temperamentu akcenty żydowskie, a nawet… heavy-metalowa parodia.
Całe spotkanie niezwykle precyzyjnie wyreżyserowane. Każdy utwór miał swoją dramaturgię, jak przystało na dobrze skrojoną aktorską etiudę. Czasem przypominało to obyczajową anegdotę, plotkarską wręcz historyjkę, pełną ekspresji dzięki ruchowi, gestom, mimice – grze całego ciała. A o urodzie Edyty Geppert można by napisać poemat cały.

To cecha przypisywana jedynie prawdziwej sztuce: harmonijne połączenie przeciwieństw.. Na przykład wtedy, kiedy pozorna kruchość i delikatność łączy się w jakimś zadziwiającym mariażu z mocną dynamiką i uderzająca ekspresją. Tak właśnie, jak w przypadku Edyty Geppert. A przy tym ta lekkość, urok, wdzięk i czar…
Jak widać było – i słychać – piosenkę można potraktować z estymą prawdziwego artyzmu i nadać jej status wielkiej sztuki. To właśnie robią Edyta Geppert i Piotr Loretz. I doprawdy, niewielu jest w Polsce takich wykonawców, którzy mogliby im w tym dorównać. Te monotonne, statyczne, ograne gesty – w wielu przypadkach przebijająca rutyna chałturników. Brak dla Edyty Geppert konkurencji.
Mam nadzieję, że nie będzie to pretensjonalne, jeśli zacytuję w tym miejscu Arystotelesa, który zauważył, że większość ludzi raczej odbiera, niż daje uczucia. Edyta należy do tej artystycznej elity, która głębokie wzruszenia daje innym. Tak jak robili to Edith Piaff, Jacques Brell, Włodzimierz Wysocki, Bułat Okudżawa i szczególnie bliskie piosenkarce: Liza Minelli czy Bette Midler.
Mark Twain powiedział kiedyś: „Pochwała jest dobra, komplement jest dobry, ale dopiero uczucie, wzruszenie… ono jest tą ostateczną, pełną i najbardziej cenną nagrodą, jaką może zyskać człowiek, czy to dzięki zaletom swego charakteru, sztuki i artyzmu, czy też innych osiągnięć.”
Bob Dylan wierzył w to, że w tłumie, na jego koncertach, zawsze znajdzie się ten jeden człowiek, który będzie wiedział to samo, co on wie; będzie czuł to samo, co on czuje – There is One in Every Crowd… Pani Edyto, na Pani koncercie takich ludzi było naprawdę wielu. Czymże można się Pani odwdzięczyć i podziękowań, jeśli nie uczuciem – tą najcenniejszą nagrodą?

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 24 listopada, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

PRZYGODA MŁODEGO UMYSŁU (odnalezione w szufladzie)

*

Życie zatacza krąg – wszyscy wracamy do punktu wyjścia. To co się w nas kiedykolwiek odezwało, było w nas zawsze. Nawet jeśli brzmi teraz obco, było częścią nas samych. W czasie jednej z wizyt w moim domu rodzinnym, dość przypadkowo trafiłem na swoje wiersze, które napisałem mając mniej więcej 15 – 17 lat. Zupełnie o nich zapomniałem – tkwiły w jednej z dawno opuszczonych szuflad, do których nie zaglądałem od wielu, wielu lat. Dziwne to było uczucie odczytywać je na nowo: ta mieszanina ciekawości, zażenowania, sentymentu, zawstydzenia, melancholii… oto docierałem do kogoś, kto był mną w mojej młodości; a ponadto do bardzo specyficznego momentu w moim życiu, który teraz odzywał się echem w dawno nieporuszanych strunach, tkwiących we mnie, mimo upływu lat. 
Jaka jest wartość tych wierszyków? Dla mnie nie jest to teraz tak ważne, choć kiedy je pisałem, wydawały mi się istotne, bo oddawały stan mojego ducha i umysłu – wzburzonych wówczas niespełnioną miłością, tudzież lękami egzystencjalnymi, które towarzyszyły mi od wczesnego dzieciństwa.
Kiedy czytam je teraz, odczuwam lekkie zakłopotanie, bo widzę ich braki i mankamenty, pewne natarczywe wręcz repetycje – słowa tak wyeksploatowane przez wieki w poezji (te wszystkie serca, kwiaty, łzy, krew, usta, słońca, tęsknoty, krople i księżyce…) choć dla mnie były one wtedy świeże, pozbawione kiczu i pretensji – wydawały mi się być czymś naturalnym i adekwatnym w opisie i oddaniu tego, co w tamtych momentach przeżywałem i odczuwałem. Teraz zastanawiam się skąd mi się to wzięło. Czy to tylko wpływ literatury, którą wówczas namiętnie pochłaniałem? Chyba jednak nie – to co pisałem było autentyczne, niezapożyczone, choć obecnie widzę jak pławi się to wszystko w swoistym symbolizmie, pobrzemiewa jakąś mieszanką romantyzmu z egzystencjalizmem, defetyzmu z katastrofizmem, wreszcie psychologią kafkowsko-borgesowską, jungowsko-freudowską… Oczywiście, to wszystko w wydaniu na moją miarę. Wybrałem kilkanaście utworów. Widzę że większość z nich posiada podobną tonację – to rezultat nastrojów, które nawiedziły mnie dość gwałtownie tamtego lata, kiedy zbliżałem się do tzw. „pełnoletności” i cierpiałem katusze niezbyt szczęśliwie zakochanego nastolatka  ;)
Mam nadzieję, że moja odwaga opublikowania ich tu i teraz zostanie doceniona, choć nie oczekuję jednak żadnej taryfy ulgowej, jeśli ktoś będzie chciał je ocenić.

*

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

*
*

* * *

*

zabolało mnie piękno róży
jej czerwień
skradziona mej źrenicy
wbitym kolcem –
to krew
zabarwiła płatki
a kielich kwiatu
wypełnił się
twoimi ustami
zagrzmiały serca ptaków
i ból niemy
skonał w mych ramionach

*

greydot

*

* * *

*

Noc jest moją kochanką

a zazdrosny jestem

jedynie o gwiazdy

*
Nie podejrzewam bowiem
by zdradzała mnie
z tym łysym typem
Księżycem
        – starym truposzem
          żebrzącym Słońce
          o światło

*

greydot

*

* * *

*

brzytwą z oka
błękit wykroisz
i rzucisz
na pożarcie burzy
jak ochłap
łzę wystawisz
na urągowisko
deszczu

*

greydot

*

impresja in blue

*

zdziwione świtem
krople rosy
oczekują słońca
            – swojej śmierci
ich słabość truchleje
drżą srebrzyście
na ostrzu liścia
uśpionego popielatym
smutkiem nocy
otulonej
wilgotną pierzyną mgły

*

greydot

*

misterium babiego lata

*

Ach, jak tu pięknie jest wkoło
nawet kwiat błękitny
niedosiężny
nie rani

*

Rozbite stogów namioty
przylgnęły do traw
kobierców rozłożystych
i pachną

*

Kłosy ziarnem brzemienne
złotem rozpęknięte
są wyniosłe i dumne
i takie proste

*

Na puchu skrzydeł
na przestrzał obłokom
spływają miodem
krople pszczół
         – żółte płatki
           o lepkich palcach

*

Wypełnia się omdlałe
misterium dnia
babiego lata

*

greydot

*

obojętność

**

Pewnego razu przechodziłem
tuż obok
obojętności
i nie zważając na nic
przystanąłem
zaintrygowany płomieniem
uwięzionym
w jej cokole
z lodowych tafli

*

greydot

*

* * *

*

Gdzie chcesz dopłynąć
z tym żaglem
dziurawym na plecach
co bardziej ciężarem ci jest
niż wolności
obietnicą

*

Na mych skrzydłach płonących
                           – myślisz
wzbiję się na sam szczyt
                           – i rozpościerasz
                             swe cherlawe ramiona

*

Oddam wam cały żar mego serca
                           – mówisz
a wiesz, że nie wystarczy go nawet
na ogrzanie twojego ciała

*

greydot

*

natarczywość miękko okolona puklami włosów

*

Moje oczy spotkały się
z jej spojrzeniem
serce załkało trzepotem
słodko zagłębiłem się
w jej obraz
utkany z siateczki czerni
przemienionej
w barwną paletę
jej twarzy
której rysów obsesyjna obecność
                       była ciepła…

*

greydot

*

dwa razy serce w temacie

*

                           I

*

W moim sercu – pochmurne niebo
                         mówiące czerwonemu słońcu krwi
                         wiele czułości

*

W mojej duszy – zagubiony dzwon
                         brzmiący odnalezioną świadomością
                         wymowną milczeniem

*

                           II

*

W mym sercu drży iskra
ciągle żywa jeszcze,
lecz nie wiem
czy jest ona zmierzchem
czy też świtem
płomienia

*

greydot

*

* * *

*
                                                        czas jest zaledwie zwlekaniem
                                                        tego, co ma nadejść
**************************************José Hernández

*

Mówisz – jestem młody
te pokryte żółtym pyłem
dni nie są moje

*

odsłonięte przez czas

białe kości

należą do starca
który siedział w cichej czerwieni
zgarbionej jak on chaty
i patrzył tęsknie
na zachodzące słońce

*

wysuszone smutkiem zmarszczki
spływały z jego serca na ziemię
a siwowłosy wiatr
czesał czule
słomiane strzechy
rozczochrane

*

greydot

*

sen

*

chwila
dzieliła mnie
od Końca Świata
kiedy pomyślałem
o tym,
który był przedtem

*

                   obudziłem się
                   mając przed sobą
                   Wieczność

*

greydot

*

nieśmiertelny

*

Cóż to!
Pędzisz tak
bez tchu

z językiem na brodzie
z pianą na ustach
z wytrzeszczonymi oczyma

*

Poczekaj,
szepnę ci coś! – krzyczę

*

Za późno:
w obłokach pyłu
widzę już tylko
zad krzyża
wbitego w serce śmierci

*

greydot

*

* * *

*
                                                                     Ewie

Kochałem Ciebie…
gdy słońce rozpalało tysiące chłodnych iskier
na czymś, co było zupełnie podobne do śniegu
ale tak piękne
że nie mogło być rzeczywistością
ani żadną rzeczą,
która jej jest

*

Kochałem Ciebie…
gdy ostre konary drzew kaleczyły niebo
a z ran błękitu wypływały łzy deszczu
i mieszały się z moimi na pachnącej wiosną ziemi
łącząc się w bezimiennej przyjaźni

*

Kochałem Ciebie…

kiedy ptaki witały radośnie ludzi i drzewa
wydobywając z siebie dźwięki przedziwne
a wszystko było zaklęte
i wydawało się być dekoracją do baśni
pamiętanej przez dorosłe dzieci

*

Kochałem Ciebie…
drżącą ręką
lękającą się pokalania świętości Twego Ciała
urzekającego bielą
i barwami ciepłymi jak moje uczucie

*

Kochałem Ciebie…
i Twoje usta podobne nierealnej róży
której zapach był smakiem
tego, co było Tobą
i tylko Tobą

*

Kochałem Ciebie…
oczyma pochłoniętymi mgłą pragnienia
spotykającymi się z dwiema iskrami
Twych oczu
których bezmiaru nie pojąłem do końca

*

Kochałem Ciebie…

i czułem Twe ciało tuż obok mojego
a nasze zmysły przenikały się w szale uniesień
goniąc na spienionych rumakach pożądania
na zatracenie
ku wieczności

*

Kochałem Ciebie…
i może dlatego nie ma Cię już przy mnie

*

greydot

*

ona

*

Przyszła kiedyś do mnie
gdy czuwałem nad mymi dniami
usiadła, spojrzała na księżyc
(mogło to być również wygasłe słońce)
wiesz – usłyszałem –
dawno nie widziałam twojego uśmiechu…
                  (wstrząśnięty ukryłem twarz w dłoniach)

*

Zapytała mnie pewnego razu
kiedy pochylony nad korcem pór roku
oddzielałem noce od dni
zadrżałem nagle i podniosłem wzrok
ujrzałem wtedy jej oczy:
jestem zmęczona,
cały dzień ciężko pracowałam
                   – wyczytałem to z jej spojrzenia
                     (i nie pomogły zaciśnięte na uszach pięści)

*

Minęło wiele dni
a może lat
nie musiałem odwracać głowy
aby ją znów zobaczyć
zrezygnowany wypuściłem z garści
spłoszone godziny – byłem gotowy na wszystko
                   a kiedy jej wargi się poruszyły
                   przytuliłem się ufnie do jej piersi

*

greydot

*

rytuał

*

Piłaś świt do dna
Słońce rozpływało się w Twych ustach
Światłość wypełniła je po brzegi
a gwiazdy pobladły od trwogi
i zgasły
w milczeniu

*

Piłaś świt stężały
Mrok sączył się strumieniem,
wezbrał ciemnością,
aż połączył się z morzem nocy

*

A Ty piłaś
Świt budzący się w mym sercu
Świt, co wypalał me źrenice
Świt przemieniony w moją krew
Do dna…

*

greydot

*

wieczór Franciszka K.

*

oczy stężały
zamilkła pusta szklanka
zdziwiona niedopitą kroplą
purpurowe wskazówki zegara, uwięzionego przez czas
to one – krople łez mijających dni wyżłobiły
na twarz Franciszka K. swoje piętno codzienności
jest teraz sam – upragniona i przeklęta samotność
dusza uwięziona w ciele sączy się z ran
i bluźnierczo profanuje gwiazdy – jej macki
mają niekiedy kształt skrzydeł roztapiających się
w Wielkiej Niemożności
Franciszek K. jest człowiekiem
spętany krzyk trzepocze się w gardle – z jego ust
wydobywają się resztki
zwymiotowanego milczenia i nie zwiedzie go gwar
ulicy Nieznanych drzwi jego klatki zatrzaśnięte
nieruchomo – sztaby i okucia wykonane przez Największego
Artystę nie poddadzą się ludzkiemu uczuciu
o sile mimozy – więc nie próbuj wyłamać ich łomem
fałszywego współczucia
nie zwracaj uwagi na Franciszka K.
i wpatruj się w niego
jest zły i dlatego jest taki dobry
ludzie znają go i gdy pełznie
po zmurszałym śliskim murze pozdrawiają go
nie widząc swojego smutnego uśmiechu
K. Nienawidzi ludzi i dlatego tak ich kocha
tylko nieliczni dostrzegają jeszcze
jego prawdziwie piękne ciało
lecz większość z nich chwyta w siatkę
wstydu swe niebieskie motyle
ukradkiem rzucanych mu spojrzeń

*

greydot

*

Borges

*
                                 dla D.

*

Widziałem człowieka
           w odbiciu zwierciadeł
           tworzących rzeczywistość
           (mnożących Ciebie w nieskończoność)
Szedł trzymając wyciągniętą przez siebie laskę
           dotykał chłodnego muru labiryntu
           (słyszał siebie tuż za ścianą)
Chwalił otaczającą go ciemność
           natarczywie upominał się o jej przyjaźń
           (gdyż myślał, że cienie to nieskończona
           ilość pęknięć lustra, którego odłamki,
           dzięki swej nieprzeliczalności, są tak
           małe, że trudno je porównać ze źródłem
           odbitego światła i Twojej twarzy)
Mówił: słowa
           wyrywające się mej pamięci
           wielu pokoleń
           są martwe
           lecz Ty potrafisz je ożywić

*

Zjednocz się więc ze mną
w którymś ze światów
            (ten, o którym myślę, stanie się kiedyś Ciałem
            choć może też być jeszcze Słowem
            lub już istnieje)

*
Gdzieś w zakamarkach zakrzywionej przestrzeni i czasu
moja myśl będzie Twoją myślą
a ja – nie wierząc w swoje ogromne szczęście
nie odróżnię Cię od innych w tłumie ludzi
gdyż tłumem będziesz Ty

*

Wiem, że wytrąci to z pewnej dłoni sztylet
znaleziony na jednej z rozwidlających się ścieżek
             Ogrodu Wyobraźni
a dwoje oczu
wyglądających jak rozszczepiony Alef
będzie patrzeć
na jego rozsypujące się w proch ostrze
             (być może ujrzysz wtedy siebie
             lub coś, co na przykład nazwać możesz
             radością
                    … bo i tak nie będzie to miało
                        żadnego znaczenia)

*

greydot

*

* * *

*

Tęsknota, ta wieczna tęsknota:
objąć cały świat
                 nie z zachłanności
                 nie z zachwytu
                 nie z miłości…
lecz po to,
by wypełnić pustkę

zdławić absurd
wyciszyć lęk
ukoić cierpienie
na zawsze…

*

greydot

*