ZAMIAST OSCARÓW (o filmach: „Django”, „Lincoln”, „Nędznicy”, „Operacja Argo”, „Życie Pi”, „Hobbit”, „Atlas chmur”, „Bestie z południowych krain” i innych)

Prawdę mówiąc nie miałem zamiaru pisać o tych wszystkich filmach, które widziałem w ciągu ostatnich paru miesięcy. Kiedy jednak zacząłem o nich myśleć jako o pewnej całości, w głowie pojawił mi się dość spójny obraz przypominający patch-work – ujawniający całą gamę skojarzeń i bogactwo wzorów. Poczułem więc „parcie na pióro”, którego efektem jest ten oto tekst: raczej luźno i z pewną dezynwolturą kreślony szkic, w którym chciałbym utrwalić garść refleksji i skojarzeń w sposób bardziej impresyjny niż analityczny, pretendujący do miana syntezy o większym ciężarze gatunkowym. Innym pretekstem (chociaż drugorzędnym) jest zbliżająca się uroczystość przyznawania Oscarów. Tak się bowiem złożyło, że niemal wszystkie filmy, o których zdecydowałem się w końcu napisać, znalazły się w oscarowej puli obrazów nominowanych. Wprawdzie całe to oscarowe „halo” niekoniecznie musi mieć związek z artystyczną wartością samych obrazów, niemniej jednak stanowi chyba dobry pretekst do rzucenia okiem na to, co dzieje się na ekranach kin całego świata (bo jednak nadal dominują na nich produkty kinematografii zachodnich, bardziej lub mniej zamieszanych w oscarową imprezę).

Filmów nie ogląda się po to, by o nich pisać. To stwierdzenie, które zawodowemu krytykowi kina mogłoby się wydawać herezją, w oczach przeciętnego widza jest po prostu oczywistością. A napisałem to zdanie właśnie dlatego, że uważam się bardziej za amatora (czyli miłośnika) kina, niż krytyka. Chodzę do kina, bo po prostu to lubię – oglądanie filmów jest dla mnie przede wszystkim przyjemnością, która czasem wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. Nawet wtedy, kiedy film sprawia mi zawód – kiedy nie zgadzam się z zawartym w nim przesłaniem, kiedy wydaje mi się, że widzę jego wady, kiedy zetknięcie się z nim staje się dla mnie de facto przykre… więc nawet wtedy nie uważam czasu spędzonego w kinie za czas stracony. Nawet w takim przypadku staram się z obejrzenia filmu wyciągnąć jakąś nau(cz)kę, wnioski, pewien aksjologiczny pożytek – zderzenie się z nim staje się dla mnie swego rodzaju lekcją.

Nędznicy śpiewają, czyli patetycznie i serdecznie

Patos, smutek i brawura – śpiewająco i serdecznie (“Nędznicy”)

Patos, smutek i brawura – rozśpiewani “Nędznicy”

Przykład „NĘDZNIKÓW” świadczy o tym, że w naszej nieprzemożnej potrzebie przeżywania losów innych ludzi, ciągle wracamy do tych samych historii, w których stale powtarzają się podobne motywy (uczucia, zachowania, pasje, namiętności), stanowiące archetypiczną mieszankę odżywczą, jak się okazuje niezbędną nam wszystkim do pchania tego wózka zwanego „życiem”, ale też do orientacji w nieustannie testowanych przez nas systemach etycznych i kulturowych wartościach, które sami przecież tworzymy. Victor Hugo napisał swoją powieść w 1862 roku, ale do dzisiaj żyje ona – głównie za sprawą musicalowej wersji – właśnie dzięki zawartym w niej humanistycznym uniwersaliom.
Powiedzmy sobie szczerze: któż potrafi lepiej zrobić musical, niż Amerykanie? (I to nie tylko dlatego, że jest to forma, która powstała właśnie w Ameryce.) Bowiem wydaje się, że swoista plebejskość, jaka zawsze tkwiła u podstaw amerykańskiej kultury masowej (wliczając w to zarówno kino, jak i sam Broadway), jak najbardziej nadaje się do tego, by nie tylko unieść, ale i spektakularnie zaprezentować publiczności patos, sentyment, pompę, kolor i jaskrawość umuzycznionej story – czyli to wszystko, co przynależy rdzennie do musicalowego genre’u. Nie wszyscy to lubią (prawdę mówiąc nie jest to także moja ulubiona bajka), ale jednak niekiedy warto przełamać swoje uprzedzenia i spróbować poddać się konwencji, zawieszając niejako na ten czas własną (bardziej lub mniej snobistyczną) skłonność do „wyrafinowanej” rozrywki i wysubtelnionego smaku. Bo „Nędzników” bardziej można poczuć sercem i „trzewiami”, niż tylko samym intelektem, który wszak popsuć nam może niekiedy zwykłą zabawę. A w przypadku filmu Toma Hoopera byłoby się nad czym znęcać: od wspomnianej już pompy i patosu, przez emocjonalną ckliwość i litry wylewanych łez, po żyły nabrzmiałe na czołach i migdały drgające w gardłach aktorów przymuszonych do śpiewania na filmowym planie. Ale, jako że właśnie poczułem „Nędzników” bardziej sercem a nie głową (cóż, pewnie i we mnie tkwią jeszcze jakieś niedobitki sentymentalnego głupca), to znęcać się nad nimi nie mam najmniejszego zamiaru. Spodobała mi się szczerość i bezwarunkowe oddanie aktorów dla swoich wystąpień (mam tu na myśli zwłaszcza rewelacyjną według mnie kreację Hugh Jackmana i pełną poświęcenia rolę Anne Hathaway), ujęła mnie prostolinijność i (mimo wszystko) autentyzm ukazania elementarnych ludzkich uczuć (pal licho XIX-wieczny schemat awanturniczo-ckliwy urągający na dodatek wszelkiemu prawdopodobieństwu), zrobiła wrażenie scenografia i ogólny artystyczny poziom całej produkcji, która wydała mi się perfekcyjnym melanżem prawdziwej sztuki i – co tu kryć – dość bezwstydnego kiczu. Jednym słowem: nic tylko nurzać się w tym wszystkim jak nie do końca ucywilizowane, pop-kulturalne zwierzę.

Murzyn bierze rewanż, czyli krwawo i zabawnie

Takiego czarnego mściciela jeszcze na ekranach kin nie było ("Django")

Takiego czarnego mściciela jeszcze na ekranach kin nie było („Django”)

Ku memu zaskoczeniu podobnie było z „DJANGO” – najnowszym filmem enfant terrible Hollywoodu Quentina Tarantino, w którym królowało tak anarchiczne poczucie humoru i pełna polotu zabawa konwencjami, wątkami, postaciami i obrazem, że tym razem dałem się QT-emu rozbroić. Muszę przyznać, że do tej pory (począwszy od „Pulp Fiction”) raczej sceptycznie – i mało radośnie – podchodziłem do tej jego dość cynicznej według mnie gry i metody nadużywania gwałtu i przemocy, których to eksploatacja moim zdaniem realizowała się u Tarantina pod nieco obłudnym pretekstem potępienia tychże, będąc w rzeczywistości napawaniem się brutalnością, sarkazmem, szpanersko-bandycką gadką i estetyką krwistego befsztyka. Trudno mi to było przełknąć. Pamiętam, że oglądając swego czasu „Kill Bill 2”, wyszedłem z kina przed zakończeniem projekcji – co praktycznie nigdy mi się nie zdarza. Irytował mnie zawarty w wielu filmach Tarantino sadyzm (ot, choćby ten kij baseballowy w rękach Brada Pitta rozłupującego z uwielbieniem czaszkę Niemca w „Inglourious Basterds” – widownia na ten widok oszalała ze szczęścia a mnie się po prostu zrobiło głupio i niedobrze). Tak więc, nie za bardzo chciało mi się w to wszystko z Tarantinem bawić – bez entuzjazmu podchodziłem do jego nowych obrazów, mimo że zawsze miałem dobre zdanie o jego reżyserskim talencie i jednak znakomitym – jeśli chodzi o warsztat – wyczuciu filmowego medium.
Z „Django” było jednak inaczej i teraz wypada mi się zastanowić: dlaczego? Pewnie dlatego, że i tym razem (podobnie jak w przypadku musicalowych „Nędzników”) poddałem się zaproponowanej przez Tarantino konwencji. Na te jego wszystkie ekstrawaganckie pomysły zacząłem patrzeć z przymrużeniem oka, lepiej trafiało też do mnie to jego specyficzne poczucie humoru, który tym razem wydał mi się bardziej autentyczny, mniej wymuszony i już nie tak cyniczny. Oczywiście nie bez znaczenia w tym wszystkim były znakomite zdjęcia, chwytająca za ucho muzyka (soundtrack do filmu to prawdziwy hit!); także mój stary sentyment do westernu, niezłe wystąpienia Jamiego Foxxa i Christopha Waltza i rewelacyjne Leonarda DiCaprio. Jednym słowem: świetne rozrywkowe kino, mogące dostarczyć człowiekowi sporej przyjemności.
Choć nie wszyscy tak mieli w kraju, w którym mieszkam. Film wywołał oburzenie tych, którzy uznali, że jest on ni mniej, ni więcej, tylko krypto-rasistowski, mimo że w „Django” bohaterem, któremu nie sposób nie kibicować, jest Murzyn. Rasistowskie było podobno ukazanie aktów gwałtu i przemocy dokonywanych na czarnych niewolnikach w sposób, który nie był uzasadniony scenariuszowo (cokolwiek by to miało znaczyć). Znany reżyser Spike Lee oświadczył: “American Slavery Was Not A Sergio Leone Spaghetti Western. It Was A Holocaust.” Ponadto, z ekranu non stop słyszymy określenie nigger, które jest obecnie w Ameryce wyrażeniem mocno obraźliwym (rzeczywiście częstotliwość z jaką wymawia się w tym filmie słowo „czarnuch” stanowi chyba rekord w historii światowego kina) i na nic zdały się wyjaśnienia twórców „Django”, że przecież w czasach, o których film opowiada, w inny sposób się do Murzynów nie zwracano.
Nie podzielam tych zarzutów. I to nie dlatego, że nie jestem tak przewrażliwiony kwestią murzyńską, jak niektóre środowiska w Stanach Zjednoczonych. Po prostu nie wierzę w ten rasizm skrywający się (ponoć) pod skórą Quentina. Według mnie, jeśli już chcemy przyłożyć do jego filmu poważniejszą miarkę, to zdecydowanie reżyser bierze w nim stronę czarnych niewolników, demaskując „nieludzkość” systemu opresji, jakiemu wówczas byli poddani. I jeśli już się nad kimś znęca, to nad oprawcami jak najbardziej białymi – tyle że ukazanymi tu w roli schwarzcharakterów.

Abe Spielberga, czyli hagiograficznie ale po ludzku

Hagiografia, która nie chce wyglądać na hagiografię ("Lincoln")

Hagiografia, która nie chce wyglądać na hagiografię („Lincoln”)

Steven Spielberg z kolei nie ustaje w hołubieniu politycznie poprawnej ostentacji deklarowania poparcia dla idei równościowych i abolicjonistycznych, które przecież wcale nie były w blisko dwu i pół wiecznej historii Stanów Zjednoczonych czymś dominującym (wręcz przeciwnie: dominowało coś zupełnie przeciwnego: a mianowicie rasizm). Ale nagle mają takie być. Więc Spielberg, były Wunderkind Hollywoodu, zaprzęgając cały swój rzemieślniczy sztafaż geniusza kina popularnego, czyni abolicjonizm głównym wątkiem swojego najnowszego filmu, który zajmuje się największą bez wątpienia ikoną amerykańskiej prezydentury, jaką jest Abraham Lincoln. Jak na ironię Honest Abe, zwłaszcza w początkach swojej kariery, nie był wcale duszą i sercem po stronie czarnych niewolników (był natomiast bardziej – zwłaszcza swoim mózgiem – po stronie polityki). Był też dzieckiem swojej epoki, pisząc m. in.: „pomiędzy dwiema rasami istnieją różnice, które zapewne na zawsze uniemożliwią wspólne życie w warunkach pełnej równości”. Wyznał również: „Gdybym mógł ocalić Unię nie uwalniając ani jednego niewolnika, zrobiłbym to. (…) To, co robię w sprawie niewolnictwa i kolorowej rasy, robię dlatego, że moim zdaniem pomoże ocalić Unię.” Tak więc, u korzeni przyczyn wojny secesyjnej leżały przede wszystkim czynniki polityczne i ekonomiczne, a nie moralne (ale czemu ja się dziwię?) Dopiero później sytuacja na froncie walki zwolenników Unii z konfederatami postawiła na ostrzu noża (a raczej bagnetu) sprawę zniesienia niewolnictwa, która wtedy, niejako oficjalnie, została uznana za główną przyczynę wojny. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że i sam Lincoln z czasem zaczął bardziej etycznie podchodzić do niewolnictwa, uważając go za zło – za coś niezgodnego z liberalnym duchem, jakiego Ojcowie Założyciele starali się tchnąć w stworzoną przez siebie Konstytucję nowego państwa, które miało powstać na ziemi wolnych ludzi (bądź co bądź miała to być land of the free).
Ale „LINCOLN” Spielberga nie jest taką sobie zwykłą agitką przybraną w szaty skrojone na miarę pozbawionego refleksji konsumenta kina masowego. Wprawdzie Spielberg nie byłby Spielbergiem, gdyby wyzbył się zupełnie swojej skłonności do patosu i sentymentalizmu, (który w przeciwieństwie do konwencji musicalowej w widowisku stricte historycznym staje się czymś problematycznym), to jednak jego portret Lincolna (ukazujący prezydenta w stosunkowo krótkim czasie kilkunastu tygodni przed jego zamordowaniem, kiedy to w Izbie Reprezentantów toczyła się walka o przyjęcie/odrzucenie 13 poprawki do konstytucji mającej znieść niewolnictwo) nie jest płaski ani pozbawiony swoistego naturalizmu, przybliżającego widzowi tę postać w wymiarze bardziej przyziemnym, rzec można, ludzkim. A jednak, przy tym wszystkim, nie mogę się pozbyć wrażenia, że udała się Spielbergowi rzecz karkołomna, a więc i przewrotna: jego „Lincoln”, mimo że wręcz programowo pozbawiony cech hagiograficznych, hagiografią jednak być nie przestaje. (I sam nie wiem: bardziej się mam zżymać na ten reżyserski wybieg, czy też podziwiać Spielberga za ową prestigigatorską zręczność.)
Przyznaję: obraz ten może się podobać – zwłaszcza (o dziwo?!) widzowi, który nie wyłącza w kinie swoich procesów myślenia. W sumie jest utworem dość kameralnym i jednak wypełnionym na tyle myślową treścią, że można go uznać za konkretny, może nawet ważny głos w sprawie sposobów działania politycznej machiny, konieczności przyjmowania dwuznacznie moralnych kompromisów, a jednocześnie stanowczego forsowania racji, które uznało się za słuszne. Ludzie otaczający Lincolna to postacie z wyraziście zarysowanymi charakterami i – mimo przyjętej świadomie estetyki szarzyzny obrazu (zdjęcia Janusza Kamińskiego) – barwne, a przez to angażujące uwagę i emocje widza. O samej kreacji Daniela Day-Lewisa nie wspominam, bo – aby oddać jej sprawiedliwość – to należałoby poświęcić jej osobną uwagę (nie zgadzam się tutaj z krytykami wystąpienia Day-Lewisa). Tak więc, choć  w Lincolnie nie jest tak wystrzałowo, jak w ubiegłorocznym „Czasie wojny”, to chyba jednak bardziej po ludzku i mimo wszystko bliżej rzeczywistości.

Amerykanie kręcą w Iranie, czyli Hollywood do czegoś się przydaje

Tylko w szalony sposób można się wydostać z jaskini lwa  ("Operacja Argo")

Jak się wydostać z jaskini lwa („Operacja Argo”)

Film „OPERACJA ARGO” – jak na hollywoodzką logikę „emocjonalną” – zaczyna się dość przewrotnie: narrator przedstawia rolę Stanów Zjednoczonych popierających rządy szacha Iranu Rezy Pahlawiego, hojnie odkręcającego Amerykanom kurki z ropą naftową i podporządkowującego swoją politykę interesom „imperialnej” Ameryki, a niekoniecznie własnego kraju. Na tym tle rewolucja irańska z 1979 r., która zainstalowała u steru władzy wrogiego Amerykanom ajatollacha Chomeiniego, wydawała się być czymś zrozumiałym, podobnie zresztą jak zajęcie przez tłum Irańczyków ambasady amerykańskiej w Teheranie (co ponoć nie było zamiarem protestantów, a wynikło z nieporozumienia) i wzięcie pracowników tej placówki w charakterze zakładników. Ale na tym wszelkie implikacje polityczne filmu Bena Afflecka się kończą i przed naszymi oczami zaczyna się rozgrywać sensacyjny thriller, którego akcja równie dobrze mogłaby mieć miejsce w każdym innym, opanowanym przez wrogów Ameryki, kraju.
To skądinąd uczciwe pod względem historycznym zagajenie Afflecka nie ma praktycznie żadnego znaczenia dla rozwoju dalszej akcji przedstawiającej dzieje misji amerykańskich i kanadyjskich służb specjalnych, jaka miała na celu wyprowadzenie z Iranu szóstki Amerykanów, którzy zdołali zbiec z okupowanej placówki dyplomatycznej i schronili się w domu ambasadora Kanady. Ewentualny kontekst polityczny zostaje zredukowany do zera, a zaczyna się nic innego, jak misyjne szaleństwo.
Bo jakże tu wydostać się z tej jaskini lwa? Wsiąść – jak radzą niektórzy geniusze z CIA – na rowery i przejechać na nich ponad 500 km. w kierunku granicy z Turcją? Nie najlepszy to chyba pomysł. A może pójść na całość i spróbować sposobu jeszcze bardziej absurdalnego: wyprowadzić całą szóstkę na wolność, udając iż są oni członkami ekipy filmowej kręcącej na irańskiej pustyni film science-fiction pt. „Argo”?
Podejrzewam, że gdyby ktoś przedstawił taki scenariusz jakiejkolwiek z hollywoodzkiej wytwórni, to mógłby zostać wyśmiany. Szkopuł w tym, że taka akcja wydarzyła się naprawdę – tyle, że została odtajniona dopiero 17 lat post factum. Opisali ją w książce Antonio J. Mendez (agent CIA, która całą to brawurową akcję przeprowadził – nota bene grany w filmie przez samego Afflecka) wraz z Mattem Balio (autorem scenariusza jest Chris Terrio).
Trzeba przyznać, że również Ben Affleck wywiązał się ze swojego reżyserskiego zadania koncertowo. Udało mu się bowiem znakomicie połączyć konwencję thrillera z widowiskiem para-dokumentalnym, rozrywkę z czymś podanym serio, efektywnie aplikując hollywoodzkie chwyty, trzymając nimi (zwłaszcza w finałowych scenach) w wielkim napięciu widza, lecz nie tracąc przy tym autentyzmu i „ducha” epoki. Jego obraz przełomu lat 70-tych i 80-tych jest nad wyraz przekonujący: wszystko wygląda tak, jakby rzeczywiście było nakręcone w tamtych czasach. Nie jest to film wielki – ale taki pewnie miał być. Affleck zachował w nim pewnego rodzaju skromność, widoczną choćby w sposobie, w jaki wykreował na ekranie graną przez siebie postać Mendeza – swego rodzaju anty-Bonda, a może nawet anty-Bourne’a. Ale nie tylko to: gdyż nie ma w jego filmie ani niepotrzebnego gwiazdorstwa (choć zwróciły na siebie uwagę wystąpienia Alana Arkina i Johna Goodmana), ani typowych dla kina „akcji” wystrzałowych fajerwerków ze spluwami i ścigającymi się szaleńczo samochodami w roli głównej. Jest natomiast kawał solidnego kina, które jednak odwołuje się do bardziej subtelnych właściwości współczesnego, zmęczonego tanią sensacją i widowiskowym rozpasaniem, widza.

Dziecko i bestie, czyli siła wyobraźni i życie na bagnach

Realizm magiczny luizjańskich bagien ("Bestie z południowych krain")

Realizm magiczny luizjańskich bagien („Bestie z południowych krain”)

Od sukcesu na Festiwalu (ongiś filmów niezależnych) w Sundance, poprzez Złotą Kamerę w Cannes, aż po nominacje do Oscara w kategorii Best Picture, ciągnie się za „BESTIAMI Z POŁUDNIOWYCH KRAIN” fama filmu niezwykłego, ba… niemalże arcydzieła, tym bardziej zdumiewającego, że zrobionego przez debiutantów (chodzi zarówno o reżysera Benha Zeitliniego, jak i odtwórców głównych ról, wliczając w to małoletnią Quvenzhané Wallis, w której dosłownie wszyscy się zakochali, a niektórzy nawet tak bardzo, że nominowali dziewczynkę do Oscara) i zrobionego za grosze (bo cóż to jest te marne 2 mln. dolarów wobec góry szmalu wydawanego na pierwszą lepszą produkcję hollywoodzką?) Jeśli zaś chodzi o mnie, to wśród wielu myśli, które przyszły mi do głowy po obejrzeniu filmu, znalazła się i ta: jakże wielkie musi być dziś znużenie kinem tradycyjnym – a więc robionym „po bożemu”, operującym tym samym (linearnym) sposobem narracji, podobnymi chwytami formalnymi i dramaturgią; powielającym bez końca te same wątki, (tyle że za każdym razem przebrane w inne nieco szatki) – by zachwycić się i wynieść pod (bez)krytyczne niebiosa obraz, którego twórcy wydają się z całego tego sztafażu niewiele sobie robić, zawierzając własnej intuicji, kreacyjnemu instynktowi oraz wizji, która tyle jest naiwna i rozbrajająca, co fantastyczna i świeża. I dlatego zdolna olśnić i zaczarować każdego – gotowego się jej poddać – widza.
Bezsprzecznie „Bestie z południowych krain” to film niesłychanie oryginalny. Jednak oryginalność ta wynika głównie z powodów formalnych: niezwykłej atmosfery, specyficznego klimatu, sposobu w jaki pokazuje się na ekranie ludzi, ich otoczenie i zdarzenia, które mimo swej pospolitości, nabierają w tym wszystkim cech na poły magicznych, nieco surrealnych, a może nawet i mistycznych. Zaś jeśli  chodzi o „filozofię” filmu – jego przesłanie i zawartość myślową – to lepiej się jednak za bardzo w nią nie wgłębiać, ponieważ wyjść może cokolwiek banalnie i pretensjonalnie. Bo czy wygrywanie naszych lęków przed globalnym ociepleniem, upór i odwaga niezłomnych a prostych i biednych ludzi w obliczu żywiołowej klęski, niezgoda na przyjęcie „dobrodziejstw” nowoczesnej cywilizacji i stylu życia społeczeństwa zniewolonego bezmyślną konsumpcją… czy wskazanie na to wszystko jest czymś tak bardzo unikalnym? Czy uświadamianie nam, że lepiej żyć w zgodzie z Naturą (jakkolwiek bezwzględna by ona wobec nas nie była), bo i tak Wszechświat (jak mówi 6-letnia bohaterka filmu, Hushpuppy) istnieje tylko dzięki temu, że wszystko w nim do siebie pasuje… czy to stanowi jakieś wielce odkrywcze i nośne intelektualnie kompendium?
Lecz nie o racjonalizm tu przecież chodzi, a o doświadczenie pewnej umowności wykreowanej na ekranie rzeczywistości, o poczucie magii wiążącej się choćby z potęgą dziecięcej imaginacji. Muszę się przyznać, że mnie to irracjonalne poddanie się obrazowej fikcji nie za bardzo wychodziło – w sumie patrzyłem na ten film bardziej jak na eksperyment, niż metaforyczną opowieść o rzeczywistych i zwykłych – acz barwnych i mimo wszystko wyjątkowych – ludziach.
Ale to nie znaczy, że nie miałem z oglądania tego filmu w kinie żadnej przyjemności. Bo jednak można było wyczuć pewną świeżość patrząc choćby na to, z jaką dezynwolturą twórcy „Bestii” podchodzą do „uświęconych”, a skostniałych formalizmów kina masowego, odrzucając całą tę jego gładką estetykę, emocjonalną taniochę i efekciarski sensacjonizm – wszystko to, co schlebia zglajszachtowanym popularnym gustom.
Na przekór tej mojej rezerwie, trudno mi się wszak nie zgodzić z tym, że „Bestie z południowych krain” mają jednak w sobie coś magnetycznego i elektryzującego. W całym tym turpizmie i chaosie universum podtopionych bagien Luizjany; w naturalizmie życia i śmierci istot żywych, splatających się w uścisku nie zawsze miłosnym, i mocujących się z siłami bezwzględnej Natury, (która przybiera nawet czasem postać bestii); w całej tej mizerii – ale i tryumfie – ciał kruchych, acz po swojemu niezłomnych; na gnijącej tkance padliny i w cierpieniu umierającego człowieka, który na przekór wszystkiemu chce swemu dziecku przekazać odwagę i miłość do świata i życia…  tak więc w tym wszystkim można dostrzec coś, co potrafi wypełnić nas po brzegi jakąś dziwną i afirmacyjną mimo wszystko siłą.

Z tygrysem w szalupie i z głową w chmurach, czyli kolorowo i magicznie

Ang Lee: "Trzeba chronić harmonię świata, nawet w obecności tygrysa" ("Życie Pi")

Ang Lee: „Trzeba chronić harmonię świata, nawet w obecności tygrysa” („Życie Pi”)

Chciałbym też wspomnieć tu o dwóch filmach, które według mnie mają ze sobą coś wspólnego, mimo, że – jak się im tak bliżej przyjrzeć – bardzo się jednak od siebie różnią. Wiem, że brzmi to cokolwiek zawile, ale postaram się zaraz tę kwestię wyjaśnić.
Co w takim razie spowodowało, że skojarzyły mi się te dwa obrazy tak parzyście – w jednym miejscu, obok siebie? Co je w mojej głowie połączyło? Cóż, gdybym musiał użyć tylko dwóch słów, napisałbym: „magia kina”. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to zbyt ogólnikowo, może i banalnie, więc się teraz zastanawiam, jakie jeszcze inne analogie dostrzegam między tymi filmami. Bajeczność? Czar iluzji? Dziecięce otwarcie na fantastykę i fantazję? Uleganie emanującemu z ekranu urokowi? Poddanie się magicznemu nurtowi imaginacji i uczuciom, które jednocześnie zawieszają nasz krytycyzm? Dlaczego więc separuję te dwa filmy od takiego choćby „Hobbita”, który też wydaje się spełniać powyższe kryteria?
Niechętnie się do tego przyznaję, ale muszę to wyznać: znów chodzi o „trzewia”. Pisałem już o tym przy okazji „Nędzników”, lecz wygląda na to, że i tym razem wyjaśnienie może być podobne: przy odbiorze jakiegokolwiek dzieła sztuki (bo nie chodzi tu oczywiście tylko o kino) wpierw „czuje” nasza podświadomość (czyli gdzieś tam, w tych naszych neuronowych głębinach, decyduje się to, czy coś polubimy, czemu ulegniemy), a dopiero później – w momencie kiedy sobie to uświadamiamy – do głosu dochodzi nasz rozum, nasze ratio, które niejako post factum zmusza nas do racjonalnego objaśnienia tego, co i tak już się w nas dokonało. Czy nie uważacie, zresztą, że tak jest w naszym życiu niemalże ze wszystkim? Lecz dajmy spokój tej domorosłej psychologii i wróćmy do kina.
„ŻYCIE PI”. Wcale się nie dziwię Angowi Lee, że długo się zastanawiał i wahał, czy przyjąć propozycję wyreżyserowania tego filmu, opartego na bestsellerowej powieści Yanna Martela, która wszem i wobec uchodziła za niemożliwą do sfilmowania. Bo jak tu pokazać na ekranie historię kilkunastoletniego Indusa, który przez 8 miesięcy dryfuje po bezkresnym oceanie w małej jak łupina orzecha szalupie – na dodatek w towarzystwie dzikiego bengalskiego tygrysa? Trudności techniczne to jedno, ale chodzi jeszcze o dramaturgiczną efektywność filmu. Również o to, jak oddać w nim tzw. „ducha” powieści – czyli to, co Martel zdołał zakląć w słowach, a co tak trudno jest przecież zobrazować.
Jak się to wszystko Angowi Lee et consortes udało? Otóż, jeśli chodzi o stronę techniczną, to według mnie udało się im to świetnie: wizualnie film jest absolutnym majstersztykiem – iluzja rzeczywistości jaką obecnie można uzyskać komputerowo jest niewiarygodna. Kino doszło już chyba do momentu, kiedy nie jesteśmy w stanie odróżnić rzeczywistości „prawdziwej” od tej wygenerowanej w komputerach. To dlatego tygrys wygląda na ekranie jak tygrys prawdziwy, a nie jak animowana kukiełka, w którą każe się nam wierzyć. Wprawdzie, jeśli chodzi o estetykę „Życia Pi”, to nie wszystkim może ona jednak odpowiadać, lecz moim zdaniem wizualna atrakcyjność tego obrazu, jego malownicza inwencja i urok, dość skutecznie znoszą ewentualne wrażenie kiczu i przesytu – całej tej ilustracyjnej przesady, którą można jednak wytknąć filmowi Lee przy odrobinie krytycyzmu. Ale ja nie mam na to ochoty.
Nieco gorzej jest według mnie z dramaturgią i płynnością narracji, jak również z daniem naszej wiary prawdziwości tego, co dzieje się na ekranie. Nieco problematyczna jest także „ideowa” wymowa całej historii – ów religijny synkretyzm, który Ang Lee aplikuje nam cokolwiek na siłę. To, że Pi rozmawia z Bogiem jest OK, gorzej jest z rozmowami Pi z tygrysem, który jednak nigdy nie wydał mi się godną zainteresowania postacią – kimś, z kim nasz rozbitek mógł wejść w jakąś bliższą, bardziej umotywowaną psychologicznie, zażyłość. Bo to nieprawda, że zwierzęta nie posiadają żadnej osobowości, a niestety, John Parker sprawiał na mnie wrażenie, jakby był psychologicznym zerem (mimo swej solidnej fizycznej prezencji). To dlatego ekranowe życie Pi było trochę takim życiem w próżni – on się właściwie mocował tylko z wodą i powietrzem, no i oczywiście także z samym sobą. Na szczęście, w kinie, to wszystko jeszcze do mnie tak bardzo nie dotarło, więc nie zdołało mi zepsuć seansu.
„ATLAS CHMUR”. Wow, co za film! I co za rozbieżność wyrażanych o nim opinii. Muszę napisać, że jestem zdecydowanie po stronie tych, którzy uznali „Atlas chmur” za jeden z najbardziej niezwykłych – i godnych uwagi – filmów ostatnich lat. I tutaj również muszę się odwołać do „trzewi”, bo to one według mnie decydowały o tym, czy ktoś tym filmem się zachwycił – wsiąkając weń zmysłowo i duchowo oraz dając się porwać jego kinowej magii – czy też nie – uznając „Atlas” za większe lub mniejsze rozczarowanie (niektórzy nawet mówili o jego ewidentnej klęsce). I niech nikt mi nie mówi, że jest to sprawa intelektu: bowiem zarówno po stronie apologetów, jak i przeciwników filmu, znaleźli się ludzie o intelekcie niekiedy błyskotliwym.
Wiedząc niestety o tych kontrowersjach, zasiadłem przed ekranem z duszą na ramieniu, lecz z czasem zapomniałem o czymś takim jak uprzedzenie, dając się ponieść opowiadanym historiom (piszę w liczbie mnogiej, bo nie była to jedna historia, a sześć – na dodatek każda rozgrywająca się w innej epoce) i niezwykłości przesuwających się przed moimi oczami obrazów. Przestała mnie nawet obchodzić logika następstw kolejnych wydarzeń (zastąpiła ją intuicja), nie męczyła misterna (choć niezbyt jednak miejscami czytelna) sieć wątków i znaczeń – film zacząłem odbierać jako jeden wielki kolorowy, wypełniony uczuciami, strumień – w całej jego kalejdoskopowej migotliwości i różnorodności. Uważam, że Andy i LanaWachowscy (nie muszę chyba przypominać, że są to twórcy kultowego „Matrixa”), pospołu z Tomem Tykwerem dokonali w „Atlasie chmur” czegoś nie tylko ambitnego, ale wręcz heroicznego: to dziw nad dziwy, że ten film – przy takiej ilości wątków, stylów, estetyk, konwencji, postaci i czasów – im się jednak zupełnie nie rozsypał. Dużo by można pisać o tym wyjątkowym obrazie, jednak wspomnę tylko, że jeśli miałbym wybierać, do którego z omawianych tu filmów chciałbym powrócić (i to więcej jak jeden raz), to byłby to właśnie „Atlas chmur”. Dlaczego? M.in.  dlatego, że jestem przekonany, iż film ten za każdym powtórnym obejrzeniem, w moich oczach by zyskiwał.

Waleczne krasnale, czyli komputerowa zadyma bez ognia

"Hobbit" atakuje nasz zmysł wzroku, lecz nie intelekt

„Hobbit” atakuje nasz zmysł wzroku, lecz nie intelekt

Dlaczego jednak ta magia kina nie zadziałała (przynajmniej jeśli chodzi o mnie) w przypadku „HOBBITA”, który jest przecież mistrzostwem świata jeśli chodzi o wykorzystanie niezwykłych (pod względem technicznym) możliwości współczesnego kina? Bo kino jednak (mam tu na uwadze jego funkcję pop-kulturową) jest nie tylko widowiskiem: winno być jeszcze przy tym zajmującą opowieścią oraz posiadać bohaterów, których losami moglibyśmy się przejąć. Niestety, w przypadku filmu Petera Jacksona, według mnie te dwa ostatnie warunki nie są jednak spełnione: historia jaką on opowiada jest cieniutka tak, jak cieniutkie bywają książeczki dla dzieci (a taką cienką książeczką dla dzieci było w rzeczywistości opowiadanie Tolkiena, które posłużyło za kanwę scenariusza do „Hobbita”); podobnie postaci, jakie w nim spotykamy, przypominają bardziej komiksowe figurki – pionki do zabawy w bajkę – niż prawdziwe osoby obdarzone psychiką bardziej złożoną niż kadłubkowa. Nawet sam Bilbo Baggins (Hobbit), którego osoba winna przecież uzasadniać tytuł całej trylogii (to niewiarygodne, ale rzeczywiście planuje się stworzyć na tej wątłej osnowie aż trzy części, które razem mają trwać ponad 10 godzin!) jest bohaterem tak nijakim, tchórzliwym i niezdecydowanym, że nie może tego usprawiedliwić nawet to, iż wedle zamysłu Tolkiena miał to być właściwie anty-bohater, bowiem z takim łatwiej jest się utożsamić przeciętnemu, średniemu, niezbyt przecież bohaterskiemu widzowi-Everymanowi.
Ja się wcale nie dziwię, że Guillermo del Toro zrezygnował z reżyserowania „Hobbita”, kiedy zorientował się, że ma to być przemysłowa produkcja koncernu Jacksona i że zamiast dwóch części, mają się ukazać trzy – co jest przecież ewidentnym posunięciem komercyjnym, niewiele mającym wspólnego z chęcią zachowania pewnego poziomu artystycznego filmu, poniżej którego każda produkcja staje się zaledwie (mimo swojego spektakularnego rozbuchania) zaledwie wystawionym na sprzedaż patrzydłem (a mnie kupiecka strona filmu niezbyt interesuje).
Kto to kupił i kto się tym cieszył – jego wygrana (chcę tu zaznaczyć, że piszę to bez żadnego sarkazmu). Ja w sumie też na to wszystko gapiłem się początkowo z niejaskim zainteresowaniem (cóż to jednak znaczy siła przyzwyczajeń!), ale dość szybko stwierdziłem, że nie jest to już jednak kino dla mnie: infantylizm tego obrazka w końcu mnie zmorzył; ciągłe zagrożenie i nieustanne pogonie, (w których i tak nic złego nie mogło się naszym „bohaterom” przytrafić) poczęły mnie nużyć; niepohamowane wręcz, wizualne rozpasanie – ta scenograficzna przesada i krajobrazowy splendor niebywały – przestały mnie zadziwiać, a zaczęły śmieszyć; z kolei krasnale przestały mnie śmieszyć, a zaczęły zadziwiać… etc. Cóż, jak widać, nie za bardzo się chyba nadaję do pisania o tym filmie, bo spycha mnie to wszystko w stronę zbyt łatwej ironii.

Szalony „Poradnik”, dekadencki „bond” i rozchwiany „Mistrz”, czyli mała mozaika filmowa na koniec

Błyskotliwie i zabawnie (Jennifer Lawrence w "Poradniku pozytywnego myślenia")

Szaleńczo i zabawnie (Jennifer Lawrence w „Poradniku pozytywnego myślenia”)

No tak, „luźne” notatki rozrosły mi się do mamucich rozmiarów, a ja nic jeszcze nie napisałem o filmie, który mnie chyba najbardziej  wzruszył i rozbawił. Chodzi o … (trudno będę musiał podać polski tytuł, choć niełatwo mi to przechodzi przez gardło) „PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA”. (Tytuł angielski też jest trochę dziwny, ale jednak brzmi już moim zdaniem lepiej: „Silver Linings Playbook„). Zgoda, ten film to czysta rozrywka, ale gdyby taką nie był, to czy mógłby tak spontanicznie wzruszyć i rozbawić?
Film wyreżyserowany przez Davida O. Russella (na podstawie książki Matthew Quicka) jest niemalże klasycznym komedio-dramatem, tyle że komedii jest w nim jednak więcej niż dramatu – na przekór temu, że główny bohater cierpi na zaburzenie afektywne dwubiegunowe (dawniej określano tę chorobę mniej elegancko „cyklofrenią”), jego partnerka jest (była) ofiarą kompulsywnego seksu promiskuitycznego (mówiąc po ludzku: puszczała się z każdym kto pracował w tej samej firmie, co ona). On jest rozwiedziony, ona z kolei wdową. W ich rodzinach też nie dzieje się najlepiej: ojciec cyklofrenika jest nałogowym kibicem baseballu (czy jest na to jakieś określenie kliniczne?), matka zaś nie panuje nad niczym, choć ogłasza wszem i wobec, że wszystko jest pod kontrolą… etc.
Na czym więc polega sukces „Poradnika”? Otóż zapewne na tym, że mnóstwo tam (mimo wszystko) humoru, który jest autentycznie śmieszny i dlatego potrafi działać skutecznie na widza. Również na tym, że jest (także mimo wszystko) romantycznie, wzruszająco i ciepło (sednem filmu jest bowiem prosta love story, mimo że bohaterowie wyglądają na niezłych ekscentryków). To wszystko by się jednak nie udało, gdyby nie pewna ręka Russella oraz fantastyczna gra Jennifer Lawrence i Bradley’a Coopera, którzy dzięki chemii jaka między nimi zaistniała, wykrzesali z siebie pełnych życia – choć do tego życia nieprzystosowanych – kochanków.
Jest to więc jeden z najlepszych rozrywkowych filmów sezonu. Ale czy wart tych wszystkich oscarowych nominacji? Gdyby startował tylko w konkurencji pt. „komedia romantyczna”, to powiedziałbym, że tak. Ale przecież kino może być czymś więcej niż zgrabną, a nawet błyskotliwą komedią. Może być sztuką o większym ciężarze gatunkowym a „Poradnik”, niestety, taką sztuką nie jest. Ale to nie szkodzi – czy winą „Poradnika” może być to, że Oscary czasami tak zniżają loty?

Mrocznie i dekadencko (Daniel Craig w “Skyfall”)

Mrocznie i dekadencko (Daniel Craig w “Skyfall”)

Sztuką „wysoką” nie jest też najnowszy „bond”, czyli „SKYFALL” – ale znowu: czy można to traktować jako zarzut?  Chyba jednak nie, zwłaszcza że film Sama Mendesa jest „bondem” według mnie udanym, bo skutecznie dostarczającym widzowi rozrywki na niezłym poziomie widowiskowo-sensacyjnego kina akcji. Żaden z dotychczasowych „bondów” nie pretendował do tego, by stanowić jakiś poważniejszy komentarz do swojej epoki, choć oczywiście „bondy” zimnowojenne nie mogły uniknąć odniesień do dwubiegunowego podziału świata. Także i ten najnowszy nurza się w swoim żywiole zupełnej fantazji i wręcz cyrkowych wyczynów występujących w nim bohaterów. Chociaż jest w nim wyraźniejszy niż zwykle – i głębszy – rys dekadencki, i to widoczny nie tylko w zatracającej stopniowo swoją niezniszczalną doskonałość psycho-fizycznej sprawności Jamesa Bonda. Świat – jak możemy wyczytać ze „Skyfall” – schodzi jednak na psy, stając się areną coraz bardziej cynicznej i bezwzględnej gry korporacyjnych kreatur, zblazowanych (iluzorycznym przecież) bogactwem i (nietrwałą jednak) władzą.

Podczas gdy w najnowszym „bondzie” ciemną stronę świata przedstawiono jako widowiskową rozrywkę, to już „MISTRZ” przenosi nas w dekadenckie rejony współczesności, bez żadnej intencji aby nas rozbawić. Z charakterystycznym dla siebie rysem ekscentryczności, Paul Thomas Anderson wprowadza nas w świat ludzi zakręconych mentalnie: zarówno manipulatorów wykorzystujących własną charyzmę i megalomańskie obsesje do niewolenia innych, jak i typów rozchwianych emocjonalnie – i z niestabilną psyche – którzy poddając się „mistrzom” i szemranym „liderom”, starają się odzyskać zachwianą równowagę oraz nadać sens własnemu bezkształtnemu, pustemu i bezcelowemu życiu. Film spotkał się z dobrym (i bardzo dobrym) przyjęciem wśród tzw. „wymagającej” widowni, wyświetlany był raczej w kinach tych bardziej pokątnych (mimo sporych środków weń włożonych, „Mistrz” nie jest żadną miarą produktem mainstreamowym) – poszła więc za nim fama filmu niezwykłego i oryginalnego, tym bardziej kusząca dla tych, którzy pamiętali świetność ostatniego obrazu Andersona „Aż poleje się krew” (muszę się przyznać, że również i ja do nich się zaliczam). Może ten cały zestaw oczekiwań spowodował, że poczułem się jednak „Mistrzem” nieco zawiedziony – mimo tematu, który zawsze mnie intrygował; mimo zalet formalnych obrazu; mimo wyróżniających się kreacji Joaquina Phoenixa i Philipa Seymoura Hoffmana… To, co inni uznali za zaletę filmu – jego narracyjne „rozedrganie”, niedookreślenie relacji między głównymi postaciami, niejasność samej historii…  ja gotów jestem niestety uznać za wadę. Zamiast tego bowiem widziałem pewną niezborność: pourywane wątki, wydarzenia, które zmierzały donikąd, lekki chaos motywacyjny i brak logiki w budowaniu charakterów niektórych postaci. W sumie konsystencja „Mistrza” wydała mi się mało spójna i taka jakaś… zbytnio gruzłowata. Innymi słowy: miejscami traciłem z tym filmem emocjonalny (a trochę też i intelektualny) kontakt. Nie wiem, być może jest w tym sporo mojej własnej winy, ale nawet owo sławetne wystąpienie Phoenixa momentami wydawało mi się być zbyt karykaturalne, chociaż, ogólnie, mam dla niego spory jednak respekt. Podobnie zresztą jak – mimo wszystko – dla samego filmu en bloc.
* * *
Cóż, jak widać „luźne” notatki wymknęły mi się spod kontroli. Mam nadzieję, że ci, którzy zaczęli je czytać, jednak się nie zniechęcili i dobrnęli do końca. Tym bardziej, że czuję, iż na jakiś czas głód filmowy na „Wizji” powinien zostać zaspokojony.

We władzy Mistrza  (Joaquin Phoenix w "The Master")

We władzy Mistrza (Joaquin Phoenix w „The Master”)

*