ZAKAZYWAĆ CZY FOLGOWAĆ? (co się plecie w kajecie – zapiski IV)

*

*

Liberalizm – tchnienie wolności czy podszept szatana?
Samo pojęcie „liberalizmu” ma wiele znaczeń. Ci, którzy kojarzą go z pobłażliwością wobec cudzych czynów, poglądów – z tolerancją dla ludzkiej różnorodności – mówią często o permisywiźmie (to odpowiednik naszego swojskiego „róbta co chceta”),  którym według nich skażona jest współczesna kultura i całe społeczeństwo Zachodu. Bardziej przejęci moraliści biją przy tej okazji na alarm i krzyczą o rozkładzie moralnym, obyczajowej degrengoladzie i ogólnym rozprzężeniu wszelkich hamulców etycznych. Przypomina to katastrofizm, dla którego braki w obyczajowym rygoryźmie, większa swoboda i przyzwolenie oznaczają niechybne osunięcie się do piekła libertynizmu.
Warto się tu jednak zastanowić nad tym, jakie były rzeczywiste przyczyny, które w przeszłości niejednokrotnie wtrącały nas do piekła już jak najbardziej prawdziwego – do piekła wojen i masowego ludobójstwa. Czy miały one cokolwiek wspólnego z obyczajowo-kulturowym liberalizmem?

greydot

Istnieje jeszcze liberalizm przynależny do rozległego systemu idei wolnościowych, które Amerykanie tak bardzo chcą widzieć u fundamentów własnej konstytucji i państwowości. Nie można przecież zapominać, że Stany Zjednoczone kształtował także żywioł Dzikiego Zachodu i bezwzględna obrona własnych interesów. Również działania owiane hipokryzją purytańskiej podwójnej moralności.

Bohaterowie narodowi? To także alternatywa dla Waszyngtona czy Lincolna: awanturnicy – rewolwerowcy, w rodzaju Billy’ego the Kida, Wild Billa Hicocka, Calamity Jane, Sundance Kida… i wielu innych wybitnych bandytów.  Nota bene te dwuznaczne legendy eksploatuje się dziś na Zachodzie (nie tylko w turystyce)  w sposób niewiarygodny, najczęściej komercyjno-tandetny.
Dalej: eksterminatorzy Indian w rodzaju generała Custera, Kita Carsona; czy też gangsterzy, wśród których prym wiedzie Al Capone (do dzisiaj w Chicago wystawia się show zauroczony epoką gangsteryzmu) lub ewidentnie już mitologiczny i uromantyczniony po dziurki w nosie Ojciec Chrzestny Don Vito Corleone.

greydot

W Stanach Zjednoczonych często deklarowano i przejawiano dążność do ograniczenia roli rządu i państwa do minimum. Propagowano więc nic innego, jak liberalizm ekonomiczno – polityczny mający swe źródło w XVIII-wiecznej doktrynie ekonomicznej głoszącej swobodę walki konkurencyjnej, wolnej od ingerencji państwa. A to przecież zasada wolnego rynku (z grubsza biorąc). Jednak w praktyce różnie się to sprawdzało, z czego konsekwencjami trzeba się było co jakiś czas liczyć (np. z ogromnym rozrostem machiny biurokratycznej).
Niejednokrotnie administracja amerykańska zapędzała się przez to w ślepy zaułek. Mianowicie zdarzały się w historii tego kraju momenty, kiedy wydawało się, iż bez silnego rządu i konsekwentnego egzekwowania ustaw nie ma szans na wyjście z kryzysu i uporanie się z najbardziej palącymi problemami socjalnymi i gospodarczymi. A to oznaczało przyjęcie państwowego interwencjonizmu, w samej swej istocie sprzecznego z liberalnym instynktem.
Tak było po wojnie secesyjnej, kiedy rekonstrukcja kraju potrzebowała zdecydowanej postawy silnego rządu.

Podobna sytuacja zaistniała też na początku XX wieku, gdy budowa amerykańskiego imperium wymagała kompromisu między poszanowaniem siły roboczej (czyli masy społeczeństwa) a budową kapitału i rozwojem wielkich korporacji. Republikanin Theodor Roosevelt wypowiedział wojnę trustom (niektórym), zagroził prywatyzacją kopalń, powołał do życia Ministerstwo Pracy i Handlu, mające za zadanie regulację i kontrolę przedsiębiorstw o zasięgu krajowym (co jednak bez poparcia finansjery z Wall Street nie byłoby możliwe). Za jego to prezydentury umocniły się też związki zawodowe, które „Teddy Bear” uznał za przeciwwagę dla hegemonistycznych skłonności wielkiego kapitału i niebezpieczeństw związanych z jego nadmierną koncentracją.

Jak wiemy, z największym kryzysem w dziejach kraju musiał się porać Franklin Dylano Roosevelt (demokrata), co wiązało się z koniecznością gruntownej reformy systemu bankowego oraz silnej ingerencji w gospodarkę rynkową. Skutkiem tego była regulacja poziomu produkcji i cen, tworzenie kodeksu pracy, systemu zabezpieczeń społecznych… etc. To właśnie w latach 30. Stany Zjednoczone nabyły najwięcej cech państwa socjalnego (było to oczywiście głównie konsekwencją Wielkiego Kryzysu), co do dzisiaj jest jednym z rysów w charakterze tego kraju (vide: social secrity i tzw. welfare – czyli system opieki społecznej).
Owe tendencje do ograniczania roli państwa z jednej strony i rozszerzania z drugiej, przejawiają się zresztą stale w rywalizacji dwóch amerykańskich partii: demokratycznej i republikańskiej. Tej pierwszej tradycyjnie przypisuje się skłonność do wzmacniania roli egzekutywy (co podbudowuje państwo socjalne); drugiej – redukcję rządu i umniejszanie roli państwa w sterowaniu życiem gospodarczym kraju (wiąże się to oczywiście z ograniczeniem kontroli nad Ameryką korporacyjną, co jest, moim zdaniem, jednym z głównych motywów takiej postawy politycznej).
Co ciekawe i paradoksalne (jednakże tylko z pozoru), demokraci uznawani są za bardziej liberalnych w swych postawach obyczajowych, republikanie zaś – za bardziej konserwatywnych. Choć kto tu jest bardziej moralny i uczciwy? – jeden Pan Bóg raczy wiedzieć.

greydot

Również i w Polsce toczy się od jakiegoś czasu debata na temat liberalizmu zarówno ekonomicznego, jak i kulturowego, która jednak przypomina niestety rozwieszanie gruszek na wierzbie. Naszym rodakom w kraju – jak na razie – liberalizm gospodarczy kojarzy się w większości z powiązaniami mafijnymi, grabieżą i ekonomicznym rozbojem, zaś kulturowy – po prostu z odrzuceniem jakichkolwiek zasad moralnych i lekceważeniem wszelkich kanonów estetycznych.
Batalia o kulturę Polaków idzie więc dość topornie. I to zarówno jeśli chodzi o obyczajowość, robienie interesów, jak i kulturę i sztukę. Doszło do polaryzacji społeczeństwa w stopniu, który niesamowicie utrudnia – jeśli wręcz nie uniemożliwia – wzajemne zrozumienie. Mam wrażenie, iż Polacy żyją w wielu różnych światach, a solidarność społeczna, która ongiś doprowadziła do upadku PRL-u,  jest już śpiewką z innej bajki. Nawet jeśli rodacy dyskutują, to tak, jakby siebie wzajem nie słyszeli, co sprawia, że z obu stron płynie monolog, a wszystko ginie w ogólnym swarze i zgiełku. Głosy mądre i rozsądne gdzieś w tej wrzawie giną, pozostając bez odzewu i konsekwencji. Jak w takich warunkach mówić o problemie liberalizacji czy konserwatyzmu? Wydaje się, że aby podobne dylematy rozstrzygać, społeczeństwo musi być dojrzałe, a co najmniej dorosłe.

Przykładem krajowych nieporozumień w walce o dobre obyczaje może być choćby wybuchający co jakiś czas w Polsce spór o goliznę.  Nawet takie szacowne wydawałoby się pismo jak „Tygodnik Powszechny”, nie ustrzega się przed dziecinną polemiką. Przypomina mi się tu pewien epizod sprzed wielu lat, kiedy jeszcze jednym z felietonistów „TP” był Stanisław Lem. Otóż w jednym z numerów Tygodnika znalazł się jego tekst, któremu chyba trudno byłoby nie przyznać słuszności. Lem wskazał na istniejące wtedy (a były to czasy większego wpływu chadecji i partii deklarujących przywiązanie do tzw. „wartości chrześciajańskich”) zagrożenie wspierania cnoty przymusem, twierdząc a propos odbywającej się wówczas walki z golizną, że on w Krakowie żadnej pornografii nie widział, ponieważ nigdy jej nie szukał. Możemy też przeczytać rozsądne słowa: „Siła cnoty jest to siła płynąca z sumienia, a nie siła strachu przed pikietami, policją albo sądem. W dziedzinie obyczajowości nie może demokracja tworzyć ani zakazów wymuszanych strachem przed karą lub jakimś podpaleniem, ani przed możliwością grzechu bronić siłą. Cnota wymuszona siłą nie jest żadną cnotą, jest jedynie efektem strachu”.

Następnie Lem wyraził przypuszczenie, że pewnie mu się przyjdzie z „Tygodnikiem Powszechnym” pożegnać. (Moim zdaniem ta obawa miała chyba jednak inne przesłanki, jak chociażby zadeklarowany ateizm autora współpracującego z pismem, jakby nie było, katolickim).
Tydzień później na tych samych łamach znalazłem tekst Józefy Hennelowej, która pisze, że owszem, cnota nie może być wymuszona ani zadekretowana, ale zaraz potem dodaje, że podoba się jej, „iż ludzie zaczynają mówić: ‘nie zgadzam się, by mnie i moim dzieciom narzucano okazję oglądania świństw, tak jak nie zgadzam się by pijak klął w tramwaju, cham pluł na posadzkę publicznego urzędu, barbarzyńska grupa wyrostków hałasowała nocą pod oknami osiedla’. Ba, w Singapurze np. płaci się mandat za zapalenie papierosa na ulicy albo publiczne całowanie ukochanej – ale jakoś nie jest to kraj terroru”.

Zupełnie mi to nie przystaje do wypowiedzi Lema, tak jakby pani Hennelowa w ogóle nie zrozumiała (lub nie chciała zrozumieć) tego, co miał Lem na myśli. O czym innym pisał Lem, o czym innym Hennelowa i trudno jej odpowiedź uznać za polemikę. (Nawiasem mówiąc, kraj w którym za publiczne całowanie ukochanej grozi mandat, jest dla mnie krajem terroru.)

W jednym wszak miejscu trudno mi się ze Stanisławem Lemem zgodzić. Kiedy pisze, że „szantażowanie lub siłowe powstrzymywanie od aktów rozwiązłych jest pierwszym krokiem na drodze do fundamentalizmu, do dyktatury, do cenzury, do kolejnego obcinania indywidualnych swobód”, to brzmi to tak złowieszczo, że trudno nam oponować; lecz kiedy zaraz potem dodaje: „… aż przychodzi czas czadorów, kamienowania i podkładania ognia, ponieważ, jak zostało powiedziane, tam gdzie pierwej palą książki, potem palą ludzi” – to mamy wrażenie, że jest to jednak pewna przesada. Czadory, stosy i kamienowanie w Polsce?
Rozumując w ten sposób, można dojść do wniosku, że zakaz publicznego obnażania się po pewnym czasie doprowadzi do rzezi niewiniątek w saunach i klubach zdrowia. Mimo wszystko, nikt z nas nie życzy sobie, by jakiś osobnik rozwierając poły płaszcza wymachiwał przed nami swym przyrodzeniem . Jest to „akt rozwiązły” i wszyscy raczej jednomyślnie zgadzamy się, żeby podobna obscena była zabroniona prawem.
Przykład to dość toporny, ale wykazuje, że jednak są jakieś granice tzw. przyzwoitości, które prawo winno regulować, więc i powstrzymywać kogoś przed ich przekraczaniem siłowo. Warto się tu jednak oprzeć na zdrowym rozsądku.

Swego czasu wybuchł w Polsce skandal po transmisji jednego z odcinków tzw. reality show, jakim jest „Wielki Brat”, w którym pokazano kopulację, choć bynajmniej nie był to program pornograficzny, a raczej oglądany przez wszystkie grupy wiekowe. Moim zdaniem skandalem był już sam pomysł „Big Brothera”, by z ludzi robić doświadczalne myszki, które głupieją od podniesionego do n-tej potęgi ekshibicjonizmu. Innym przejawem durnoty i chamstwa było rozwieszenie w owym czasie w Krakowie obscenicznych plakatów, przedstawiających w sodomicznej pozie dwóch kandydatów do władz miejskich. Za jeden i drugi wybryk przyszło ich sprawcom słono zapłacić i raczej wszyscy musimy przyznać, że nie miało to zgoła nic wspólnego z brakiem tolerancji i zamachem na wolność, a po prostu z obroną dobrych obyczajów i elementarnej przyzwoitości.

greydot

Radykałowie jednej epoki zamieniają się w konserwatystów następnej – co zauważył już Mark Twain. A liberałowie mają dość ich spraw i wrzasków: chcą mieć święty spokój i wychodzą z sali, w której rozgorzała bójka różnych stronnictw.
Czy jest to potwierdzenie słabości? Czy też gest mądry, wyniesienie się ponad zapiekły rozgardiasz?
Liberałowie to słabeusze – stwierdził kiedyś generał Jaruzelski. Choć oczywiście tolerancja niekoniecznie oznaczać może słabość, to prawdą jest również, że ludzie o mocno ugruntowanych i wyraźnych poglądach nie są skorzy do pobłażliwości. Niektórzy uważają, że nie po to wykuwali swe „cnoty”, by tolerować „miękkość i rozchwianie” (w ich mniemaniu) innych. A jeśli decydują się na pewną wyrozumiałość, to głównie po to, by utwierdzić się we własnej moralnej wyższości. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy za konserwatystę uzna się ktoś ograniczony, własny prymitywizm poglądowy biorąc za twardość przekonań. Często w ten właśnie sposób ukrywa się własne wewnętrzne rozmamłanie i rozchwianie, nadrabiając miną nieprzejednanego pewniaka. Nic bardziej irytującego.

Wydaje mi się, że wszystkie te dylematy powstające dzisiaj na styku „przyzwolenie i zakaz” doprowadziły do powstania pewnej specyficznej grupy kunktatorów – ludzi, którzy są „za a nawet przeciw”: kurioza typu „liberalny konserwatysta” (ewentualnie „konserwatywny liberał”).

greydot

To prawda, że pobłażając innym, często podświadomie spodziewamy się pobłażliwości dla nas samych. To rodzaj asekuracji. Pewien człowiek, nie cechujący się raczej wielkim rygoryzmem moralnym (wobec siebie), upodobał sobie cytat z Flauberta (przytaczany przez Camusa w jego notatnikach): „Zdechłbym ze śmiechu na widok człowieka, który sądzi innego człowieka, gdyby nie budził we mnie litości”.
A co na to sędziowie i prokuratorzy?

greydot

Rzadko się spotyka tak podniosłą pochwałę liberalizmu, jaką wygłosił kiedyś Jose Ortega y Gasset: „Liberalizm jest najwyższą formą hojności i wspaniałomyślności. To prawo jakie większość przyznaje mniejszości. Dlatego uznać go należy najbardziej szlachetnym hasłem, jakie kiedykolwiek zabrzmiało na tej planecie”.
Brzmi owo zawołanie pięknie, ale tak naprawdę jest tylko dowodem na to, że trzeba studzić gorączkę przy natchnieniu.

greydot

Zaskakujące jest, że łatwiej nam chyba wyobrazić sobie państwo skrajnie totalitarne, niż absolutnie liberalne. Nie bez wpływu na to jest dziejowe doświadczenie i nasza znajomość XX-wiecznej historii. Terror faszystowskiego czy komunistycznego totalizmu był przez wiele lat jak najbardziej twardą i okrutną rzeczywistością – czyli funkcjonował! – zaś na totalnym przyzwoleniu nigdy żadnego państwa nie zbudowano, mimo rojeń anarchistów i dość groteskowych pseudo-filozoficznych libertyńskich szaleństw.
Nie zbudowano – gdyż jest to niemożliwe.

greydot

POLKI TO NIE SĄ PICZKI ZASADNICZKI – twierdzi reżyserka filmu „SPONSORING” Małgorzata Szumowska

*

*

To nie będzie recenzja z filmu „Małgośki” Szumowskiej vel „Szumy” *, którego jeszcze nie widziałem. To będzie próba odpowiedzi na pytanie w jakim stopniu nadążamy za kolejną rewolucją seksualną, która z seksu uczyniła jeszcze jeden towar w epoce rozpasanego konsumpcjonizmu? Czyli, innymi słowy: czy zdajemy sobie sprawę, że podobnie jak rynek konsumpcyjny, również seks (jako zjawisko społeczne) wymknął się naszej kontroli, czego przejawem jest choćby zupełny chaos aksjologiczny – nasza niemoc (nieumiejętność, niechęć, odrzucenie, dystans…) w ocenie moralnej niektórych współczesnych zachowań seksualnych człowieka.

*

UNIWERSYTUTKI

W dobie, kiedy wypada być kimś „otwartym”, jak również „wyzwolonym”, nie uchodzi wydawanie jakichkolwiek ocen moralnych, bo pociąga to za sobą stygmat moralizatora i nudziarza, który został w tyle i nie idzie już z duchem czasu. Dlatego każdy, kto chce być uważany właśnie za człowieka „otwartego” i „wyzwolonego”, unika jednoznacznego ustosunkowywania się do pewnych zjawisk społecznych, nie poddając ich jakiejkolwiek ocenie etycznej. (A przecież liberalizmu nie można mylić z amoralizmem – postawa wolnościowa nie może przekreślać, ani tym bardziej unieważniać, konieczności istnienia systemu etycznego.) Tym sposobem, paradoksalnie, to właśnie ci, którzy zwykle ochoczo oskarżają moralizatorów o hipokryzję, sami stają się hipokrytami – najczęściej nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

1.

Do podjęcia tego tematu sprowokował mnie wywiad z reżyserką filmu „Sponsoring”, Małgorzatą Szumowską jaki przeczytałem w polskim wydaniu „Newsweeka”.** Nosił on tytuł „Wystawiam język światu” a otwierało go takie następujące oświadczenie Szumowskiej: „Bohaterki mojego filmu lubią to, co robią. Prostytucja to dla nich bezproblemowa droga do wygodnego życia.” Nie muszę chyba tego wyjaśniać, ale dodam, że film opowiada o tzw. „uniwersytutkach”, czyli młodych kobietach, które sprzedają swoje seksualne usługi mężczyznom, zarabiając w ten sposób nie tylko na studia, ale także (może nawet przede wszystkim) na tzw. „wygodne” życie, utożsamiane przez nich zazwyczaj z dobrymi ciuchami, luksusowymi kosmetykami, jadaniem w dobrych restauracjach, wyjazdami w atrakcyjne miejsca… etc. – czyli z dobrami konsumpcyjnymi, do których dostęp mają ludzie majętni (Szumowska: „te dziewczyny aspirują do tego, by funkcjonować na burżuazyjnym wypasie”.) Zjawisko nie jest żadnym socjologicznym marginesem. Ostatnie badania potwierdziły, że w Polsce temu rodzajowi prostytucji oddaje się jedna piąta wszystkich studentek.

Wywiad z Szumowską to istne lawirowanie wśród słów i sprzeczności. Moim zdaniem doskonale oddaje to problem, o jakim wspomniałem na samym początku: udajemy, że się do oceny pewnych zachowań dystansujemy, ale podskórnie – często w skrytości – jednak osądzamy (bo przecież bycie człowiekiem związane jest z koniecznością przyjęcia jakiegoś kodeksu etycznego, który jest dla nas nie tylko rodzajem życiowego drogowskazu czy punktu odniesienia, ale i wręcz podstawą naszego funkcjonowania w społeczeństwie).
Oto kilka przykładów. Szumowska mówi: „Uważam, że jeśli ktoś jest reżyserem i wystawia moralne oceny, to robi słabe filmy. Nie wydusi pani ze mnie, że to, co robią te dziewczyny, jest złe.”
Ładnie, prawda? Całkiem słuszne i politycznie poprawne – brzmi jak brzmieć powinno i oddala (kompromitujący) zarzut o moralizatorstwo. Szkopuł w tym, że dosłownie w następnym zdaniu czytamy już coś takiego: „Na pewno zapłacą za to wysoka cenę w przyszłości (…) Gdybym miała córkę, to bym stała nad nią i wkładała jej do głowy, że to jest złe…” Czyli na to „złe” nie trzeba było aż tak długo czekać (jakieś 3 sekundy), ani tym bardziej z Szumowskiej tego „wyciskać”. Zdanie, które przerwałem kończy się następująco: „… ale kategorie osobiste to co innego, niż stosunek do wymykającego się zjawiska”. A może to zjawisko wymyka się właśnie dlatego, że nie chcemy ujmować go (pojąć, ocenić) naszymi kategoriami osobistymi? To jest właśnie ta „liberalna” hipokryzja, o której wspomniałem na samym początku. Szumowska mówi dalej: „Kiedy mój syn będzie nastolatkiem, na pewno mu wytłumaczę, że sypianie z byle kim to słaby pomysł, a już za kasę to w ogóle. Jednak dziewczyny są dorosłe, wiedzą co robią. (…) Ja ich nie krytykuję, ja przede wszystkim krytykuje system i to, że wszystkim zawiaduje pieniądz. To jest chore.”
A ja nie jestem pewien czy te dziewczyny naprawdę wiedzą co robią i czy zdają sobie sprawę, że będą musiały w przyszłości ponieść konsekwencje swojego postępowania. Poza tym: jeśli ktoś zgadza się funkcjonować w ramach systemu, który jest zły (przyjmując jego zasady), to czy można takie postępowanie usprawiedliwiać mówiąc, że nie jest ono złe – ponieważ nie jest to wina człowieka, tylko systemu, w którym on funkcjonuje?
Swoją drogą, ciekaw jestem bardzo czy Szumowska rzeczywiście w swoim filmie skrytykowała „system”, ukazując że jest on „chory”? Wątpię. Coś mi się wydaje, że to tylko deklaracje, które się jej wymknęły post factum, jak zresztą wiele innych sprzecznych ze sobą stwierdzeń, jakie przeczytać można w tym wywiadzie. Wszystko to moim zdaniem świadczy o ambiwalencji z jaką traktujemy pewne społeczne zachowania, zwłaszcza te, które wiążą się z seksem.
Pewien światowej sławy seksuolog (Volkmar Sigusch w „Der Spiegel”) na pytanie „Czy ludzie mówią kiedykolwiek prawdę o seksie?” odpowiedział: „Gdy w grę wchodzi sfera seksualna, lubią się mijać z prawdą (czyli po prostu kłamią – przyp. LA). Więcej kłamstw można usłyszeć tylko w kwestii pieniędzy.”

2.

Małgorzata Szumowska tak określiła zmiany w mentalności współczesnej młodzieży: „Do seksu podchodzi się tak samo jak do jedzenia, picia i dobrej balangi. Teraz strasznie ważne jest fajne życie. A fajne życie jest wtedy, kiedy stać cię na dobre kosmetyki, knajpy, narty w Alpach, czyli na to wszystko, na co stać przedstawicieli klasy średniej. Jak taka studentka może sobie na to wszystko pozwolić, udzielając korepetycji czy niańczyć cudze dzieci? Przecież tak nie zarobi nawet na czynsz.” A na pytanie dziennikarki („czyli pani twierdzi, że prostytucja to jedyna droga do wygodnego życia?”) odpowiada tak: „Nie jedyna, ale najprostsza, najszybsza i dla wielu bezproblemowa”.
Według mnie to właśnie ta „bezproblemowość” jest tu najbardziej problematyczna, bo czyż nie jest ona po prostu złudzeniem? Pozwolę sobie tutaj jeszcze raz przywołać zdanie samej Szumowskiej, która – mimo że za wszelka cenę chce się trzymać liberalnych pozycji – powiedziała o uniwersytutkach, że „zapłacą za to wysoką cenę w przyszłości”. Czyli jednak, te dziewczyny – jeśli nawet jeszcze nie mają – to z pewnością będą miały problem, i to problem duży.
Bo prostytucja nadal jest mimo wszystko czymś stygmatyzującym, a przekonanie o niemoralności takiego zachowania w dalszym ciągu jest głęboko zakorzenione w każdym społeczeństwie, mimo różnych rewolucji „seksualnych”, które przetoczyły się przez kraje Zachodu, zwłaszcza w ciągu ostatnich 100 lat. Tak było zresztą w każdej epoce – nawet wtedy, kiedy „instytucje” kurtyzańskie były nieodłącznym elementem społecznej konstrukcji, a same „utrzymanki” zdobywały dość wysoki status, jeśli chodzi o wpływy, majątek czy znaczenie w państwowej hierarchii (hetery w starożytnej Grecji, gejsze w Japonii, kurtyzany we Francji… etc.), to w gruncie rzeczy ich nie poważano i były one uważane za „margines” – zawsze wisiało nad nimi to „k… e” odium. Więc mimo deklaracji „wyzwolonych” panienek oferujących własne ciało za pieniądze (że one to lubią i mają z tego fun), kobiety te w głębi ducha odczuwają wstyd, poddają się niskiej samoocenie, może nawet sobą w skrytości gardzą. I oczywiście wszystko przed swoim najbliższym otoczeniem ukrywają. Jedna z nich mówi: „Męczyło mnie to ciągłe kłamanie, ten strach przed wpadką. Najgorzej jest, jak jakimś cudem rodzinka się dowie. Wtedy zaczyna się tornado. Moi zachowywali się tak, jakbym kogoś co najmniej zabiła. Do dziś im nie przeszło, choć minęło już kilkanaście miesięcy od wpadki. Ciągle traktują mnie tak, jakbym była trędowata. Myślałam, że są bardziej wyzwoleni.” (Znów to „wyzwolenie”, które najwidoczniej wszyscy mylą z amoralną obojętnością na czyjeś niemoralne prowadzenie się.)
A co mówi ojciec tej dziewczyny (po odkryciu, że jego córka, studentka psychologii, się prostytuuje)?: „Jestem psychiatrą, ale jak biegłem do domu zastanawiałem się tylko, czym jej przyłożyć, choć przysięgam – nigdy nie dostała ode mnie klapsa. (…) Do dziś, jak o tym pomyślę, to zalewa mnie krew. (…) Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mógł jej to wybaczyć. Niedawno wróciła z podkulonym ogonem. Wymiętoszona przez tych wszystkich facetów. (…) Udaję, że w domu jej nie ma. (…) To doświadczenie kompletne mnie powaliło.”
Nie poważają też tych kobiet sami sponsorzy: „Dopiero z czasem, kiedy nabierają doświadczenia, kiedy pożyją już z kilkoma panami, tracą świeżość, zaczynają mieć ten obrzydliwy uśmieszek prostytutki” – mówi o swojej „utrzymance” jeden z nich.
One same okłamują siebie na różne sposoby. Oto jedna z nich oświadcza: „Jestem kobietą z klasą, trzeba się wysilać, żeby zaciągnąć mnie do łóżka”. Ha! Kobieta z klasą! Czy naprawdę wyciągnięcie z portfela  kilkuset dolarów więcej to taki wielki wysiłek dla kogoś kto nieźle zarabia?

Film Szumowskiej sprowokował całą serię artykułów w tzw. pismach „opiniotwórczych”. I oczywiście każdy z nich napisany jest w tonie zgodnym z programową „linią” polityczno-światopoglądową reprezentowaną (propagowaną) przez to pismo. Oto w lewicującej i liberalnej „POLITYCE” czytam tekst Joanny Podgórskiej pt. „Uniwersytutki” (tu warto wspomnieć, że twórcą tego określenia jest socjolog, prof. Jacek Kurzępa z Wrocławia), zaczynający się od zdania: „Jak się zeszmacić, to z klasą – deklarują studentki dorabiające seksem.”  (A więc jednak „zeszmacenie” – przyp. LA) Jak przystało na „POLITYKĘ” autorka pisze tekst raczej wyważony, ale i tak nie pozbawiony sprzeczności i lawirowania wśród wartości etycznych, w którym nie brak intencji usprawiedliwiania, łagodzenia, wybielania i swoistej utylizacji opisywanego zjawiska. Dzięki temu spotkać możemy w nim np. takie oto stwierdzenie: „(Sponsorzy) płacąc mają poczucie, że inwestują w młodych, wspierają ich aspiracje edukacyjne, pomagają uzyskać wykształcenie. To też nobilituje.” He, he, he… dobre sobie!

3.

William Blake napisał w „The Marriage of Heaven and Hell”, że więzienia zbudowane są z kamieni prawa, a burdele z cegieł religii. Czyli wynika z tego, że burdel jest pewnego rodzaju więzieniem. Zgadzam się, Blake był szaleńcem, któremu jednak nieobce były przebłyski nad wyraz przenikliwego geniuszu, więc często trafiał w egzystencjalne sedno. Tutaj zaś przejrzał na dodatek pewien fenomen socjologiczny. Tak często podkreślana przez prostytutki (a w przeszłości: kurtyzany) niezależność, jaką ponoć daje im uprawianie „najstarszego zawodu świata” jest jeszcze jedną ułudą i samo-okłamywaniem się: bowiem kobiety te są jak najbardziej zależne (choćby – bagatela! – od płacących ze ich seksualne usługi mężczyzn). Poza tym stają się uzależnione od samego procederu – pozwolę tu wyrazić się językiem typowym dla tego światka – „dawania d…y” za pieniądze. Rzadko której profesjonalnej prostytutce udaje się wrócić do „normalnego” życia (by np. założyć rodzinę), tak samo jak trudno jest zrezygnować z „łatwego” zarobku dziewczynom, które zakosztowały sponsoringu. Poza tym, jak mi się wydaje, swego przyszłego (stałego?) partnera (męża?) będą najprawdopodobniej traktowały instrumentalnie – jako kolejnego sponsora, tyle że bardziej usankcjonowanego społecznym układem.

4.

Muszę jeszcze napisać coś, aby uniknąć nieporozumień: jestem (i zawsze byłem) za tym, aby pozostawiać ludziom jak największe pole swobody jeśli chodzi o ich zachowanie (w tym seksualne). Ani mi więc w głowie jakieś jurysdykcyjne zapędy regulowania np. życia seksualnego dorosłych ludzi, wchodzenie im do łóżka z księdzem czy książeczką do nabożeństwa; daleki jestem od rzucania gromów na tych, którzy się zachowują prowokacyjnie czy „nieobyczajnie” – nie uważam, że za pomocą paragrafów należy „normować” przejawy ludzkiego erotyzmu (dopóki nie naruszają one wolności drugiego człowieka, a zwłaszcza nie krzywdzą dzieci). Jednakże to, co się dzieje ostatnio na polu walki między tzw. konserwatystami a liberałami (wg mnie, podział ten – jak zresztą każdy podział ludzi na kategorie – jest podziałem sztucznym… ale to inna spawa; ja sam np. nie uważam się ani za konserwatystę, ani za liberała) zmusiło mnie niejako do zabrania na ten temat głosu, który oczywiście (zdaję sobie z tego sprawę) będzie tylko kolejnym głosem wołającego na puszczy. Bardziej więc robię to, by uporządkować swoje myśli na ten temat. A jakie one są – to każdy widzi, bo pisanie jest dla mnie niczym innym, jak głośnym myśleniem.
Co więc myślę o tym sporze? Cóż, wydaje mi się, że jak każdy tego typu spór (o pryncypia), jest to walka o poszerzenie własnego obszaru światopoglądowego. Ci, którzy biorą w nim udział mają poczucie tego, że walczą o większą dla siebie swobodę, ergo – o samą wolność, bo wydaje im się, że ta wolność jest zagrożona. Pewnie dlatego tyle w tym sporze różnych podchodów, ciosów poniżej pasa i przewrażliwienia… często nawet wręcz histerii i zmącenia umysłów przez emocje. A tu nie chodzi moim zdaniem o zagrożenie ludzkiej wolności – dodajmy: wolności zachowań seksualnych (gdyż o takich tu mowa) – bo jednak prawo pod tym względem jest (przynajmniej jeśli chodzi o państwa Zachodu) coraz bardziej liberalne. Tu chodzi o to, by swobodnie mówić o tym, co wydaje się nam złe, niemoralne (tak, nie bójmy się wypowiedzieć czasami to słowo), godzące w godność człowieka – bez wściekłego i ślepego wysyłania głoszących tego rodzaje poglądów do kruchty, czy szydzenia z materiału, z jakiego zrobione są ich berety. Chodzi wreszcie o ochronę pewnych wartości (powszechnie uznawanych za tradycyjne, czy też konserwatywne, jak np. tzw. „wartości rodzinne”), które – jak by na to nie patrzeć – są niezwykle ważne dla ogólnej stabilności społeczeństwa, dla zdrowia rodziny, dla poczucia szczęścia… a to wszystko jest możliwe tylko dzięki wzajemnej przychylności, wyzbycia się wrogości, wreszcie – w naszych najbliższych relacjach – dzięki miłości i przyjaźni, (która jest zresztą jednym z wyrazów tej pierwszej).

Zdaję sobie sprawę z tego, że mogło to wszystko zabrzmieć po kaznodziejsku, więc chcę zawczasu odeprzeć jeszcze jeden zarzut i rozwiać pewne wątpliwości: ze zrozumiałych względów nie chcę tu uprawiać zbytniego ekshibicjonizmu, ale muszę przyznać, że sam niejednokrotnie zachowywałem się (zachowuję) niezgodnie z przyjętymi w moim społecznym środowisku normami obyczajowymi. I jeśli ktoś, biorąc to pod uwagę, nazwałby niektóre moje zachowanie niemoralnymi, to przyznałbym mu rację. Lecz sam nie uważam się jednak za amoralistę (czyli człowieka nie uznającego żadnych zasad moralnych). Bowiem kieruję się swoim własnym kodem etycznym, który – przyznaję – nie we wszystkich aspektach jest tożsamy z zasadami moralnymi przyjętymi powszechnie. Nie mieszam też w to wszystko religii – jako człowiek skłaniający raczej się ku światopoglądowi, który można (od biedy) uznać za sceptycyzujący agnostycyzm. Tak więc – żaden ze mnie święty. Może właśnie dlatego to co mówię o moralności-niemoralności ma większą „ludzką”, wolną od dogmatyzmu wartość? Któż bowiem lepiej zna grzeszny świat od samego grzesznika?

5.

Na koniec oddajmy jeszcze raz głos Małgorzacie Szumowskiej: „A społeczeństwo mamy pozamykane, odporne na zmiany. Również dlatego, że oburza się na różne sprawy moralne. Wg mnie takie oburzenie jest z gruntu fałszywe. Bo niemoralne to jest okłamywanie ludzi w imię jakiejś ideologii czy religii, a nie robienie filmów o trudnych problemach.”
Pomijając fakt, że Szumowska używa określeń cokolwiek kuriozalnych (bo cóż to znaczy „oburzać się na różne sprawy moralne”?), to nadal, niczym mantrę, powtarza liberalne pustosłowie o „z gruntu fałszywym” oburzeniu społeczeństwa, które jest „zamknięte”, bo jest przywiązane do swych starych a przeżytych wartości i nie może nadążyć za wyzwolonym duchem liberalnych przemian. Ponadto Szumowska zrównuje tu ze sobą „okłamywanie” ideologiczne z „okłamywaniem” religijnym – wpisując się tym samym w nurt antykatolicyzmu i dyskredytując religijne przesłanki postawy moralnej.

Symptomatyczne jest w tym kontekście to, że środowisko „konserwatywne”, ludzi o bardziej tradycyjnych poglądach, reprezentujących tzw. „wartości rodzinne”, „wyzwoleni” libarałowie za wszelką cenę usiłują zdyskredytować, często ośmieszyć (to dlatego kobiety, które starają się postępować wg pewnych zasad, nazywa się obraźliwym i pogardliwym w sumie określeniem „piczki-zasadniczki”, a samo środowisko „kruchtą” albo „ciemnogrodem”). Oto np. rada, jaką dała Szumowska Krystynie Jandzie grającej w jej filmie matkę jednej z uniwersytutek, (która oczywiście nie może się pogodzić ze stylem życia prowadzonego przez córkę). Szumowska: „Powiedziałam do niej: ‚Krystyna, musisz zagrać chamkę i wieśniarę’. A ona na to: ‚Nigdy takiej nie grałam’. Kiedy (jednak) zobaczyła kostium swojej bohaterki, już wiedziała, jak ma grać.”

Ciekaw jestem filmu Małgorzaty Szumowskiej. Ciekaw jestem czy reżyserka nie zwodzi w tym filmie nikogo i  ukazuje świat w jakim żyją kobiety „sponsorowane” takim, jakim jest on naprawdę. Czy te dziewczyny rzeczywiście są wolne i niezależne?
I czy jest w nim jakaś moralna puenta?
Bo jeśli jej nie ma – czyli jeśli z filmu nie wynika, że to co robią te prostytuujące się dziewczyny jest z gruntu złe (bo to tylko fun, zabawa, fajny sposób na wygodne życie); i że będą musiały za to słono zapłacić w przyszłości – to ten film po prostu wszystkich okłamuje.
Okłamuje wskutek fałszywie pojętego liberalizmu.

*  *  *

Ilustracja: fragment plakatu filmu „Sponsoring”

* Użyta przeze mnie forma imienia pani Szumowskiej nie jest przejawem lekceważenia. Tak bowiem jej imię pojawia się na plakacie reklamującym jej film – nie ma tam „Małgorzaty” tylko właśnie „Małgośka”. To jakiś nowy i chyba jednak cokolwiek pretensjonalny trend, który się pojawił ostatnio w kraju (podobnie jest z „Wojtkiem” Smarzowskim). No i jeszcze ta „Szuma”. Tak podobno zaprezentowano Szumowską w pewnym ogólnopolskim programie telewizyjnym. (A ja się cieszę, że za moich czasów, prezenterzy telewizyjni nie zwracali się do Zanussiego per „Krzysiek”, czy do Machulskiego per „Julek”.)

** W moim tekście wykorzystałem cytaty z wywiadu Magdaleny Rigamonti z Małgorzatą Szumowską opublikowanego w polskim wydaniu „Newsweeka” (6/2012), artykułu Violetty Ozminkowskiej pt. „3 razy sponsoring” (z tego samego numeru „Newsweeka”), oraz tekstu Joanny Podgórskiej pt. „Uniwersytutki” („POLITYKA”, 6/2012).

BŁAZNY I DEMONY

I. PIEPRZYĆ CZY NIE PIEPRZYĆ?, czyli odwieczny problem z przyprawami

Rebelianci, obrazoburcy i prowokatorzy są nie tylko solą w oku dobrze ułożonego społeczeństwa. Są również jego przyprawą – pieprzem, który zdecydowanie polepsza proces trawienia.
Wiadomo jednak, że nadmiar przypraw może w końcu doprowadzić do niestrawności i niewydolności różnych układów.
I tu staje przed nami ten odwieczny problem cywilizowanej ludzkości: pieprzyć czy nie pieprzyć?

Te konflikty są stare jak świat: między wolnością a restrykcją, między anarchizmem a porządkiem, między nonszalancją a taktem, między otwartością a cenzurą, między szczerością a wyrachowaniem, między moralizatorstwem a permisywizmem, między liberalizmem a konserwatyzmem, między wygłupem a powagą…
Czy jednak dla równowagi nie jest konieczne istnienie owych przeciwieństw?

* * *
Trudno sobie wyobrazić, aby całe społeczeństwo składało się z rebeliantów, obrazoburców i prowokatorów. Dlatego też istnieje w nim pewna cienka linia, której przekroczenie wiąże się z negacją, może nawet z ostracyzmem i potępieniem. Działa tu mechanizm obronny społeczeństwa wspomagany lękiem przed dezintegracją i chaosem.
A jednak to samo społeczeństwo przyzwala na istnienie pewnej grupy ludzi, którzy biorą na siebie owo wichrzycielskie zadanie. Aczkolwiek stosunek do nich jest ambiwalentny, pełen kontrowersji. Przez jednych podziwiani, przez innych potępiani; budzą respekt, albo też nimi się pogardza… Patrzy się na nich z rozbawieniem, to znów z odrazą i niesmakiem. Stawia sie na piedestały albo marginalizuje…
A wszystko to balansuje na granicy aprobaty i odrzucenia.

* * *
Po co społeczeństwu tacy ludzie?
Powodów jest wiele.
Są oni pewnym probierzem wartości, wentylem bezpieczeństwa, moralnym katalizatorem. Pełnią katarktyczną rolę błaznów. Pozbawieni pruderii i konwenansów, wygrywają ciemne, tudzież skrywane popędy „ułożonej” i statecznej grupy; wreszcie pozwalają na pewne przewartościowania niezbędne dla rozwoju danego społeczeństwa.
Bycie takim dyżurnym obrazoburcą nie jest łatwe. Ustawianie się pod włos jest bowiem permanatnym stresem. Ciągle ma się poczucie uczestnictwa w jakiejś batalii.
Bycie na świeczniku wymaga nieustannego wysiłku, zwłaszcza wtedy, kiedy rzuca się stamtąd pieprznymi żartami, tudzież mięsem, czy też kalumniami. Kiedy zadziera się z „wielkimi i zacnymi” tego świata, krytykując, często niewybrednie, establishment
Na powierzchni utrzymują się tylko najsilniejsi.

* * *
Jak postrzegamy takich ludzi?
Bardzo różnie. Jest to wszak sprawa indywidualna, w każdym przypadku inna. Zależy to od naszego poczucia humoru, preferencji, nastroju, otwartości, wykształcenia, charakteru, obycia, poziomu kultury, pruderii… etc.
I zależy oczywiście od tego, kim są ci ludzie, jaki prezentują poziom, jakie są ich intencje, dowcip, inteligencja, talent… Wreszcie: w jakiej sytuacji to się odbywa.

Niekiedy trudno nam sobie wytłumaczyć, dlaczego wobec kogoś czujemy sympatię, a do kogoś innego zaś antypatię, mimo, że osoby te mogą wyrażać tę samą treść, używać tych samych słów.
Jest to więc także sprawa pewnej charyzmy.
Instynktownie wyczuwamy np. czy jakaś satyra podszyta jest jadem i złośliwością, czy też tego jadu i złośliwości jest pozbawiona.
Ważny jest także moment.
Są sytuacje, w których zawieszamy niejako naszą powagę, moralne kategoryzacje i sądy, dopuszczając do głosu żart, ironię i dowcip.
Ma się wtedy poczucie ulgi i wyzwolenia.
Bez tego nasz świat mógłby kiedyś eksplodować, zalewając nas wszystkich żółcią i trując stęchłą atmosferą – morowym powietrzem nadętych smutasów.

 

II. DEMON POD KRAWATEM

Historia mogłaby nauczyć nas unikania kardynalnych błędów, jednak bardziej uczy nas sceptycyzmu.
Czy np. istnienie w przeszłości niewątpliwych i wielkich autorytetów zdołało ustrzec ludzkość przed szaleństwem światowych wojen, przed wzajemnym unicestwianiem się milionów ludzkich istnień? Czy zapobiegła temu wspaniała europejska tradycja humanistyczna, tudzież chrześcijańska?
Jak wszyscy wiemy, na nic się to zdało.
XX-wieczne kataklizmy ludobójcze jak drzazga tkwią więc w naszej świadomości, zmuszając do ciągłych rewizji poglądów i ludzkich złudzeń. Poza tym, pozwalają nam jednak na właściwą ocenę i analizę przyczyn, które do tych katastrof doprowadziły.

I co się okazuje? Otóż trudno by – zarówno w przypadku Niemiec jak i Rosji – wskazać, że podłożem, na którym rozwinęły się zbrodnicze ideologie, była zliberalizowana kultura czy rozluźnienie obyczajów. Wprost przeciwnie: starano się wprowadzać tam rygorystyczne zasady, restrykcje w sferze obyczajowej i seksualnej; cenzura stała się jedną z kluczowych instytucji; dążono do stworzenia zdyscyplinowanego, zuniformizowanego społeczeństwa, – sztywnego, na baczność, na rozkaz, na każde zawołanie władzy, która zmierzała do totalnej kontroli wszystkich i wszystkiego.

I właściwie nie ma to żadnego znaczenia, czy ów totalitaryzm był pochodną ideologii lewicowej czy prawicowej, ateistycznej czy deistycznej, albowiem każda ideologia może się zdegenerować, czego skutki mogą być podobnie tragiczne.

* * *
Wobec powyższych spostrzeżeń, jedno wydaje się być pewne: do społecznych katastrof nie prowadzą występki bohemy, dziwactwa artystów, wybryki odmieńców, wygłupy błaznów, sztuczki kuglarzy, rozwiązłość erotomanów, wrzaskliwość rockmanów, eksperymenty pacykarzy, dziwaczne instalacje pseudo-artystów, ani jakieś tam świntuszenia. Nie ta osobliwa i w sumie niegroźna w skali społecznej menażeria będzie odpowiedzialna za następne holocausty, (do których oby nie doszło).

Cała demoniczność tego niebezpieczeństwa polega na tym, że kryje się ono w gabinetach skądinąd ułożonych, ustawionych, zasadniczych i z pozoru nawet przyzwoitych gości w czystych koszulach, pod krawatem i w garniturach, ewentualnie w mundurach.
Politycy z chorymi ambicjami, zakadzeni ideologią, pozbawieni skrupułów, przedkładający własny albo zgoła abstrakcyjny interes ponad dobro indywidualnego człowieka z krwi i kości; święcie przekonani, że jedynie macchiawelizm może zapewnić im skuteczność.
Pod tym względem bardziej groźny jest amoralizm polityczny niż obyczajowy.

Przy współczesnych zagrożeniach globalnych, stary dobry dekalog zaczyna przypominać jakiś przykurzony eksponat z lamusa.
Kto dziś zagląda do wytartych kamiennych tablic, mając przed sobą lśniacy ekran nowoczesnego komputera – domenę globalnych korporacji, megalomańskich imperiów, szemranych konsorcjów, aroganckich bankierów i wirtualnych a nieludzkich sił?

A jednak podobnie niebezpieczni mogą się okazać ci, którzy sądzą iż mają monopol na moralność i prawdę, wszyscy ci szermujący jedynie słuszną ideologią i światopoglądem, powołujący się na „boski” porządek wykonawcy  „woli Boga”…

Czy Mojżesz był to w stanie przewidzieć?
Czy mógł to przewidzieć sam Bóg?

* * *

Ilustracje: Na głazie rozłożony – oczywiście, król błyskotliwej i zjadliwej ironii oraz paradoksu, enfant terrible Oscar Wilde; postaci z obrazu Andrégo Deraina „Arlequin et Pierrot” (Muzeum Oranżerii, Paryż, zdjęcie własne); Hitler z dziećmi (archiwum).

*